1
Pierwszy raz usłyszałem o Natchez od szefowej kuchni i pisarki Reginy Charboneau. Poznałem ją na otwarciu festiwalu literacko-kulinarnego Hot Tamale, który odbywał się w dawnej przetwórni bawełny. Ogromny blaszany magazyn obwieszono kandelabrami i zastawiono stołami bankietowymi. Na białych obrusach lśniły kieliszki i srebrne sztućce. Wokół stoisk z rzemieślniczymi wędlinami kręciły się setki elegancko ubranych gości, a mała armia barmanów nalewała darmowe wino i mocniejsze alkohole.
Oboje podpisywaliśmy egzemplarze naszych świeżo wydanych książek. Ja opisałem przeprowadzkę znowojorczałego Anglika na missisipijską wieś. Moja nowa znajoma opublikowała piękną książkę kucharską z tradycyjnymi przepisami zbieranymi wzdłuż rzeki Missisipi. Regina była serdeczna, dowcipna i światowa, biła od niej aura silnej osobowości. Miała staroświeckie okulary i ciemne włosy obcięte na pazia. Przez wiele lat prowadziła modną restaurację i klub bluesowy w San Francisco, a w gronie jej przyjaciół byli Lily Tomlin i Rolling Stonesi.
Teraz sprzedała wszystko w San Francisco i wróciła do rodzinnego Natchez, gdzie jej rodzina żyła od siedmiu pokoleń. Przyznałem się jej, że wcześniej nie słyszałem o tym mieście, chociaż kojarzyłem nazwę ze starej piosenki Howlin' Wolfa.
- Natchez jest cudowne - powiedziała. - Słynie z historii i wzniesionych przed wojną secesyjną rezydencji. Bardzo różni się od reszty Missisipi. Często się słyszy, że Natchez to mały Nowy Orlean, ale tak naprawdę jest absolutnie wyjątkowe.
Jej mąż Doug, rodowity Minnesotczyk - poznali się na Alasce, gdzie Regina była obozową kucharką - nalał mi białego rumu, który produkuje w Natchez. Wyrazistym, cierpkim posmakiem trunek trochę przypominał tequilę. Pokazali mi zdjęcia swojego domu, przedwojennej neoklasycystycznej rezydencji o nazwie Twin Oaks, z białymi kolumnami i wielkimi, starymi drzewami.
- Musisz przyjechać na dłużej - powiedziała Regina. - Ja będę gotować, bo codziennie gdzieś jest przyjęcie, a ty możesz podpisywać swoje książki w King's Tavern. - Tak nazywała się jej najnowsza restauracja zlokalizowana w jednym z najstarszych zachowanych budynków w Missisipi, wzniesionym prawdopodobnie w 1789 roku.
Takiego zaproszenia nie mogłem odrzucić i wkrótce pierwszy raz odwiedziłem Natchez. Miasto leży w odległym zakątku południowo-zachodniej części stanu, na skarpie nad rzeką Missisipi. Najbliższe lotnisko znajduje się w oddalonym o sto pięćdziesiąt kilometrów Baton Rouge w Luizjanie. Nie jeździ tamtędy pociąg ani nie biegnie autostrada. Jak mawiają Missisipijczycy, żeby trafić do Natchez, trzeba chcieć trafić do Natchez, bo nie leży ono po drodze do żadnego innego miejsca.
Wiejskie drogi wiodły mnie przez łagodnie falujące lasy i pastwiska, obok z rzadka porozrzucanych chałup, farm i kościołów małych fundamentalistycznych wspólnot. Przerzucałem stacje radiowe, ale słyszałem tylko ględzenie pastorów, białych i afroamerykańskich. Minąłem opuszczoną stację benzynową z melancholijnym szyldem:
TANKUJ DO WOLI
POKARM DLA DUCHA
Wkrótce potem znalazłem się na zaniedbanych obrzeżach Natchez. Był to typowo południowy ciąg barów szybkiej obsługi, składów budowlanych, firm pożyczkowych, tanich sklepów, stacji benzynowych i kościołów. Były tam też meksykańska restauracja, dyskont spożywczy i wiadukt prowadzący do Walmartu.
Droga do King's Tavern biegła przez ubogą afroamerykańską dzielnicę. Zatrzymałem się przy tablicy pamiątkowej i przeszły mnie ciarki. Stałem na miejscu dawnego targu niewolników zwanego Rozdrożem, drugiego co do wielkości na Głębokim Południu. W bocznej uliczce zauważyłem niewielki pomnik i podszedłem, żeby mu się przyjrzeć.
Obok autentycznych kajdan na betonowym postumencie stały tablice informacyjne. Teksty były ciekawe i przejmujące. Towarzyszyły im reprodukcje starych rycin przedstawiających niewolników i handlarzy oraz prasowych reklam: "Murzyni! Murzyni! Świeża dostawa DWUDZIESTU PIĘCIU młodych parobków. Nadto wyborny Woźnica i Służące - do kupienia u R. H. Elama na Rozdrożu".
Sprzedano tutaj dziesiątki tysięcy osób. Transportowano je barkami w górę i w dół Missisipi. Pędzono lądem aż z Wirginii i Marylandu. Cel stanowiło nowe, dynamicznie rozwijające się bawełniane zagłębie w dolinie Missisipi, którego Natchez było stolicą i epicentrum. Mężczyzn skuwano razem łańcuchami i pierścieniami za nadgarstki i szyje i tak prowadzono nawet tysiąc mil. Kobiety zwykle pętano sznurem, a dzieci sadzano na wozy razem z chorymi i ciężarnymi. Te kolumny niedoli zwano "karawanami". Prowadzili je ludzie na koniach uzbrojeni w bicze i pistolety.
W czasie marszu kazano niewolnikom śpiewać, żeby podnieść morale, ale słowa karawanowych pieśni, które się zachowały, są przeważnie smutne i rzewne, ponieważ tak wielu śpiewających zostało rozdzielonych ze swoimi rodzinami.
Długa droga przede mną, ukochani,
A miłość wszelka za mną;
Będziecie mnie szukać przy starym eukaliptusie,
Ale żadne z was mnie nie znajdzie.
Gdy karawana zbliżała się do Natchez, handlarze zarządzali postój. Ludzki towar, którego miesiącami nie rozkuwano dla załatwienia potrzeb fizjologicznych czy z jakiegokolwiek innego powodu, teraz pucowano, tuczono i szykowano na sprzedaż. Kobiety odziewano w perkalowe sukienki z różowymi wstążkami przy dekolcie, mężczyzn w sztruksowe spodnie, białe koszule, kamizelki i cylindry. Skórę nabłyszczano tłustym osadem, który zostawał po gotowaniu warzyw i mięsnych ochłapów. Tak przygotowanych i pouczonych, żeby "kroczyli żwawo" i w ten sposób zachęcili kupców, pędzono do zagród na Rozdrożu.
Potencjalni nabywcy zaglądali w zęby, ważyli w dłoni biusty, macali i szturchali, pożądliwie łypali, naigrawali się i upokarzali, ale nie było tam podwyższenia jak w salach aukcyjnych. Kupowanie ludzi na Rozdrożu odbywało się tak jak dziś kupowanie samochodu. Uzgadniało się cenę z dilerem, wpłacało zaliczkę i podpisywało zobowiązanie do zapłaty pozostałych rat, aż do nabycia statusu pełnoprawnego właściciela. Tylko bardzo zamożnych ludzi było stać na zakup niewolników za gotówkę.
Wziąwszy pod uwagę zrodzony tu ogrom cierpienia i poniżenia, globalne ekonomiczne skutki ekspansji niewolnictwa w dolinie Missisipi i powstania najbogatszych plantacji bawełny na świecie - pomnik wydawał się aż nazbyt skromny: kilka tablic, para kajdan, kawałek przystrzyżonego trawnika z klombami. W pobliżu znajdowały się głównie małe firmy - warsztat wulkanizacyjny, myjnia samochodowa - oraz tanie czynszówki, których mieszkańcami byli wyłącznie Afroamerykanie. Żyli na tym samym skrawku gruntu, na którym kupowano i sprzedawano ich przodków.
Przejechałem obok pustych działek, budynków z zabitymi oknami, ładnych starych domów, które wymagały gruntownego remontu, i okazałego neogotyckiego kościoła. Potem minąłem skrzyżowanie z ulicą Martina Luthera Kinga, która wydała mi się linią demarkacyjną między czarnym a białym Natchez, między dwoma różnymi poziomami dochodów. Teraz stare domy były zadbane i świeżo odmalowane, a frontowe ogródki - wypieszczone. Zabytkowe śródmieście, pod które podwaliny położyli Hiszpanie w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku, było piękne i nastrojowe, a z wysokiej skarpy rozciągał się wspaniały widok na rzekę.
Jadąc dalej, dostrzegłem wzniesione przed wojną secesyjną rezydencje, które są wizytówką Natchez. Miasto i jego okolica to największe skupisko przedwojennych domów na amerykańskim Południu, w tym najbardziej wystawnych i ekstrawaganckich. Kiedy oglądało się te neoklasycystyczne i neorenesansowe rezydencje, ich piękno zdawało się nierozerwalnie złączone z grozą systemu, który je stworzył. Strzeliste białe kolumny, kajdany, obskurne czynszówki na Rozdrożu, brody hiszpańskiego mchu zwieszające się ze starych, sękatych drzew, a nawet parne, wonne powietrze - we wszystkim wyczuwało się tak silną i trwałą obecność niewolnictwa, jakiej nie doświadczyłem nigdzie indziej.
Zaparkowałem pod King's Tavern, piętrowym ceglano-drewnianym budynkiem, w którym mimo renowacji wciąż można było dostrzec osiemnastowieczną karczmę. Pchnąwszy masywne drzwi, wszedłem do niskiego pomieszczenia z belkowanym sufitem, nieotynkowanymi ścianami i barem z beczkowych klepek. Regina Charboneau uściskała mnie jak starego przyjaciela.
Stromymi, wąskimi schodami zaprowadziła mnie do pokoju, w którym miałem podpisywać i sprzedawać książki. Rozłożyłem towar na stole i powitałem zebranych. Okazali się znacznie bardziej wyrafinowani, niż się spodziewałem po takim małym missisipijskim mieście. Rozmawiałem z niewiarygodnie oczytaną kobietą, która zjeździła cały świat, zanim wróciła do Natchez, gdzie dorastała. Doszła do wniosku, że najbardziej odpowiada jej tutejszy styl życia.
Kiedy poprosiłem ją, żeby go bliżej scharakteryzowała, odparła:
- Mamy bzika na punkcie domów. Uwielbiamy stare budynki, antyki, wydawanie przyjęć, które przechodzą do legendy. Geje świetnie się tu odnajdują. Pod pewnymi względami Natchez jest bardzo liberalne i tolerancyjne, a pod innymi bardzo konserwatywne i rasistowskie, chociaż nasi rasiści przeważnie nie są zapiekli czy agresywni. Ani nie uważają się za rasistów. Wielu miejscowych białych wciąż wypiera myśl, że całe miasto zbudowano na niewolnictwie. Większość czarnych też woli o tym nie rozmawiać, chociaż doskonale to wiedzą.
Opowiadała o prowincjonalności Natchez i osobliwości jego kultury.
- Bardziej patrzymy na Nowy Orlean niż na resztę Missisipi. Wpływ katolicyzmu jest równie silny w czarnej społeczności jak w białej. Mamy obsesję na punkcie naszej historii, ale często jest to jej egocentryczna, zmitologizowana wersja. Genealogia ma wielkie znaczenie. I jest całe spektrum zachowań, które wyłącznie przez grzeczność nazywamy "ekscentrycznością".
Zastanawiałem się na głos, czy Natchez nie byłoby dobrym tematem na książkę. Kazała mi przysiąc, że o niej nic nie napiszę, i ostrzegła przed postawą ptasiarza.
- Mnóstwo osób, które tu przyjeżdżają, popełnia ten błąd - powiedziała. - Jak ptasiarze obserwują mieszkańców, odnotowują ich dziwactwa i kolorowe upierzenie. Ale wiesz co? Te ptaki patrzą na ciebie. I prędzej czy później jeden z nich będzie o tobie brzydko mówił.
Przechadzające się pary gejów witano z niewymuszoną serdecznością. Regina przyniosła mi półmisek z pieczoną w niskiej temperaturze pikantną wołowiną i rzodkiewkami na podpłomyku oraz kieliszek dobrego hiszpańskiego wina. Próbowałem dostroić moje wewnętrzne anteny. Natchez nie przypominało żadnego z miejsc, które wcześniej odwiedziłem. Podobało mi się tutaj, a mimo to czułem pełzający niepokój. King's Tavern podobno nawiedzają duchy pomordowanych kobiet i dzieci, ale to nie było to. W mojej głowie wciąż sunęły karawany niewolników. Natłuszczone szmaty polerowały ciemną skórę. Przeszłość pękła jak źle zszyta rana i krwawiła do teraźniejszości.
- Masz garnitur i krawat? - zapytała Regina, gdy pakowałem niesprzedane książki. - Jest dzisiaj przyjęcie w Stanton Hall. Myślę, że ci się spodoba.
- Powinnaś była mnie uprzedzić. - Zerknąłem na moje dżinsy i kowbojskie buty. - Mam tylko sportową marynarkę.
- Wystarczy - stwierdziła. - Przecież masz brytyjski akcent.
Kiedy nad miastem zapadał już zmierzch, pojechaliśmy do domu Douga i Reginy. Za oknem mignęły mi wieża kościoła, piękne stare domy, które równie dobrze mogłyby się znajdować w Nowym Orleanie, i lodziarnia z lat pięćdziesiątych zeszłego wieku, wciąż z osobnymi okienkami do zamówień na wynos dla białych i kolorowych, chociaż już z nich nie korzystano. Potem przejechaliśmy szpalerem drzew wzdłuż ceglanego muru i zaparkowaliśmy na tyłach neoklasycystycznej rezydencji z 1852 roku. To było Twin Oaks, a mój pokój znajdował się po drugiej stronie otoczonego murem ogrodu, w długim, niskim drewnianym budynku, który teraz spełniał funkcję stylowego pensjonatu.
Włożyłem marynarkę i ruszyłem w stronę wielkiego domu. Z ciemności dobiegało pohukiwanie sów i pluskanie fontanny. Wszedłem po kamiennych stopniach i otworzyłem drzwi do kuchni. Były tam trzy duże lodówki, profesjonalny sześciopalnikowy piec, maszyny do lodów, wypiekacze do chleba. Regina nalała nam wina i poprowadziła do sąsiedniego pokoju, gdzie stały wygodne nowoczesne sofy i telewizor. Wskazała na obraz przedstawiający chudego białego mężczyznę o sterczących włosach.
- Lubię powtarzać, że to jedyna przedwojenna rezydencja w Natchez z autoportretem Ronniego Wooda - powiedziała. Gitarzysta Rolling Stones osobiście podarował jej ten obraz. - Oczywiście Ronnie ma swoje za uszami, ale to naprawdę uroczy facet - dorzuciła.
Poprowadziła mnie przez kolejne drzwi i znalazłem się w innej epoce. Poza żarówkami w kandelabrach we wspaniałej jadalni Reginy bardzo niewiele świadczyło o tym, że XX wiek rzeczywiście się wydarzył. Zabytkowy stół był zastawiony starą porcelaną i szkłem. Zielone ściany ozdobiono wielkimi reprodukcjami przedstawiającymi ptaki, które John James Audubon upolował i następnie namalował w czasie pobytu w Natchez w latach dwudziestych XIX wieku. Pod sufitem wisiała dziwna rzeźbiona tablica.
- To punkah - wyjaśniła Regina. - Rodzaj wachlarza, który trafił do Natchez z brytyjskich Indii via Karaiby. Dużo ich w tutejszych domach.
- W Natchez domem nazywamy tylko przedwojenne budynki - wtrącił Doug. - Powojenna tandeta na to nie zasługuje.
W Indiach Brytyjskich punkah wprawiał w ruch młody służący zwany punkah wallah, który pociągał za sznur. Tutaj było to zadanie niewolników, a później byłych niewolników oraz ich potomków, aż do pojawienia się elektrycznych wentylatorów i klimatyzatorów, które uczyniły z punkah zabytkowe gadżety, trzymane po domach - jak tyle innych rzeczy w Natchez - z czysto sentymentalnych względów.
- Kiedy tu dorastałam, o niewolnictwie prawie nie wspominano - powiedziała Regina. - Albo twierdzono, że niewolnicy byli szczęśliwi i zadbani, a wojnę secesyjną toczono o autonomię stanów i honor. Oczywiście, nadal się to słyszy, ale jest jakiś postęp. Najlepsze, co możemy zrobić w sprawie tej strasznej historii, to zdobyć się na szczerość.
Regina zaprosiła mnie, bym rozejrzał się po reszcie domu, a sama poszła się przebrać na przyjęcie. W krótkim odstępie czasu spotkały mnie dwie niespodzianki. Najpierw prawie dosłownie wpadłem na Janet, czarną kobietę w średnim wieku, która pracowała dla Reginy jako kucharka i gosposia, a kiedyś także opiekunka jej dzieci. Chwilę później zaskoczyło mnie wielkie olejne malowidło, na którym widniał młody mężczyzna w mundurze konfederackiego oficera z szablą u boku. Nie była to rodowa pamiątka, lecz dzieło współczesnego artysty. Regina zrobiła na mnie wrażenie postępowej, tolerancyjnej osoby, więc co robił ten hagiograficzny portret konfederaty na ścianie jej salonu?
- To syn pani Reginy, Jean-Luc - wyjaśniła Janet. - Kilka lat temu był królem Pielgrzymki.
Zapytałem, co to oznacza, ale odparła, żebym zwrócił się z tym do pani Reginy. Kiedy więc Regina wróciła, w długiej czarnej sukni, zagadnąłem o obraz.
- Och - zachichotała. - Martin, jego brat, powiedział, że równie dobrze mógłby sobie domalować swastykę na plecach, ale ku naszemu zdziwieniu Jean-Luc bardzo chciał być królem, a zgodnie z tradycją mężczyźni w orszaku zawsze nosili takie mundury. Wstyd przyznać, ale do niedawna nawet nie wiedziałam, że to mundury konfederatów. Dla mnie to były po prostu mundury, w których faceci występują na paradzie.
Byłem coraz bardziej zaciekawiony.
- Co to za parada?
- To Tableaux co roku organizowane przez kluby ogrodowe. Są tańce dzieci wokół słupa majowego, małego i dużego, soirée i tak dalej, a potem zjawia się cały dwór z królem i królową, ale tak naprawdę chodzi w tym o pozycję społeczną matki. Trudno to wytłumaczyć.
Wyruszając na przyjęcie, czułem się bardzo niestosownie ubrany i kompletnie skołowany tymi wszystkimi tajemniczymi nazwami. Kiedy jechaliśmy cichymi, ciemnymi ulicami, Regina powiedziała, że przyjęcie wydaje Pielgrzymkowy Klub Ogrodowy, którego jest prezeską.
- Niezwykłe, że masz jeszcze czas na ogród - zdziwiłem się, myśląc o jej książkach, restauracji, firmie cateringowej i pensjonacie.
- Och - znów zachichotała. - Kluby ogrodowe nie zajmują się ogrodnictwem, chociaż fakt, wszystkie lubimy kwiaty.
- Kluby ogrodowe - wyręczył ją Doug - zajmują się zbiórkami pieniędzy, dbaniem o społeczny prestiż, promocją turystyki i ochroną przedwojennych zabytków. Rządzą nimi kobiety i mają potężne wpływy. Jeśli gdziekolwiek w Ameryce panuje matriarchat, to właśnie w Natchez.
Zaparkowaliśmy przy rezydencji, która wprost oszałamiała wielkością i przepychem. Stanton Hall zajmuje cały kwartał w śródmieściu Natchez i jest jednym z największych domów na amerykańskim Południu, które przetrwały wojnę secesyjną. Monumentalne rozmiary i masywne korynckie kolumny są złagodzone i bardziej kobiece dzięki koronkowym okuciom balkonów i okalającym budynek ozdobnym drzewom i kwietnikom. To jedna z pereł w koronie Pielgrzymkowego Klubu Ogrodowego, który urządza tu wystawy dla turystów oraz wydaje przyjęcia takie jak obecne.
Wspięliśmy się po białych kamiennych schodach i weszliśmy do głównego holu, który ma ponad dwadzieścia metrów długości. Wszystkie meble, draperie i obrazy były przedwojennymi antykami i można było odnieść wrażenie, że tutaj czas rzeczywiście zatrzymał się 11 kwietnia 1861 roku. To odczucie pogłębiał fakt, że wszyscy goście byli biali, a wszyscy kelnerzy czarni.
- Nie ma dobrego rozwiązania - oznajmił Doug. - Gdy najmowaliśmy białych kelnerów, wychodziło na to, że dyskryminujemy czarnych, odmawiając im zatrudnienia. Gdy najmowaliśmy czarnych, oskarżano nas o utrwalanie rasowych uprzedzeń z czasów niewolnictwa. Tak więc przestaliśmy się tym przejmować i z reguły zatrudniamy czarnych. To znajomi naszych znajomych, potrzebują pracy i dobrze wykonują swoje obowiązki. Jeśli komuś to przeszkadza, to trudno.
Przemknęło mi przez myśl, że wyjściem z sytuacji mogłoby być zatrudnianie i czarnych, i białych, ale już nie drążyłem tematu. Regina i Doug ruszyli między gości, a ja powędrowałem na werandę z tyłu domu, gdzie ulokowano bar, i poprosiłem o kieliszek czerwonego wina. Barman obrzucił mnie spojrzeniem, którego nie umiałem zinterpretować - coś nie tak z moim akcentem lub z moim ubraniem?
- Może jednak białe? - zapytał po chwili.
Za mną stał potężnie zbudowany mężczyzna o błękitnych oczach i lekko zasępionym, melancholijnym spojrzeniu.
- Chodzi o dywany - wyjaśnił. - Zabytkowe dywany w jadalni są jasnokremowe. W Stanton Hall nigdy nie podaje się czerwonego wina, żeby panie z klubu ogrodowego nie musiały nikogo zamordować.
Zamówiłem szkocką z lodem. Nie opuszczało mnie poczucie, że znalazłem się na planie filmowym i nic nie jest prawdziwe. Nie mogłem oderwać oczu od grupy starszych kobiet. Miały po osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt lat, diamentową biżuterię i włosy tapirowane lub upięte w koki. Nosiły się z królewską gracją i godnością, a kiedy nieruchomiały, wyglądały jak figury woskowe.
Obserwowałem je, gdy zasiadały na zabytkowych krzesłach pod jedną ze ścian jadalni. To były grandes dames Pielgrzymkowego Klubu Ogrodowego, prawdziwa elita i grupa trzymająca władzę w Natchez, a młodsze kobiety ustawiały się w kolejce, żeby złożyć im hołd. A że grandes dames siedziały, te młodsze musiały niezgrabnie przykucać lub klękać, by nie patrzeć na nie z góry. Matrony czasem chwytały je za rękę, żeby pomóc im utrzymać równowagę.
Pewna nieszczęśnica, kucając przed dystyngowaną osiemdziesięciolatką, przypadkiem wywróciła szklankę z colą, która wylała się na zabytkowy jasny dywan. Matrona zesztywniała. Potem lekkim uniesieniem brwi, zaczątkiem sztucznego uśmiechu, który zgasł przedwcześnie, i prawie niedostrzegalnym poruszeniem żuchwy odprawiła kobietę, która błagalnie zawodząc, rozpaczliwie próbowała zetrzeć plamę serwetką. Wydawało mi się całkiem możliwe, że wyrzucą ją z przyjęcia, a następnie każą przywiązać do rozłożystego dębu i udusić.
Poznałem Bettye Jenkins, która miała dziewięćdziesiąt lat i wyglądała bajecznie w czarnym spodnium, złotych butach i z siwymi włosami upiętymi w perfekcyjny kok. Powiedziałem jej, że pierwszy raz jestem w Natchez i ciągle słyszę o jakiejś pielgrzymce. Mogłaby mi wyjaśnić, o co chodzi?
- Cóż, owszem - odparła, wytwornie przeciągając samogłoski. - Wtedy wkładamy krynoliny i przyjmujemy.
- Przyjmujecie?
- Przyjmujemy turystów w naszych domach.
- Przepraszam za ignorancję, ale co to są krynoliny?
- Z pewnością widział pan Przeminęło z wiatrem. To właśnie są krynoliny, suknie, które nasze prababki nosiły przed wojną.
Panna Bettye, jak się do niej zwracano, żeby okazać szacunek dla jej sędziwego wieku, wydała mi się uosobieniem dobrze urodzonej, majętnej kobiety z historycznego Południa i dlatego zdziwiłem się, słysząc, że razem z córką Carlą prowadzi firmę holowniczą działającą na Missisipi.
- Panna Bettye nadal codziennie chodzi do pracy, chyba że akurat ma wizytę w salonie piękności - powiedziała Regina, gdy odnalazłem ją na ganku. - Jest tu także kobieta po dziewięćdziesiątce, która kieruje stacją radiową. W Natchez zawsze było dużo silnych, utalentowanych i wpływowych kobiet.
Męski protekcjonalizm - objawiający się w przerywaniu kobietom, próbach zdominowania konwersacji i przemądrzałym objaśnianiu, jak sprawy faktycznie się mają - w tym towarzystwie był zaskakująco niewidoczny. To kobiety nadawały ton rozmowom i przerywały mężczyznom, którzy w takich sytuacjach potulnie ustępowali z placu boju. Nawet charyzmatyczni, potężnie zbudowani nafciarze trzymali język za zębami. Zapytałem pewnego nobliwego, bogatego przedsiębiorcę, jak to właściwie jest z władzą i prestiżem społecznym w Natchez.
- Dlaczego, u licha, mnie o to pytasz? - odparł. - Robimy jedynie to, co nam każą matrony, tylko, na Boga, nie mów im, że tak je nazywam.
Regina zwijała się jak w ukropie, czarując gości, łechcąc ego, łagodząc spory, rozładowując napięcia, gromadząc informacje, podpowiadając okazje, wywierając naciski i pytając o małżonków i dzieci. Należało załatwić ważne sprawy i zebrać ogromne sumy. Stanton Hall potrzebował nowego dachu i innych napraw, a to miało kosztować klub ogrodowy siedemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów.
Ze ścian spoglądały na nas portrety rodziny Stantonów. Frederick Stanton, który zbudował tę rezydencję przy użyciu niewolniczej siły roboczej, był Irlandczykiem z Belfastu. Kiedy osiedlił się na Południu, przeobraził się w plantatora, właściciela niewolników i handlarza bawełny.
Bardzo niewielu nababów z Natchez, jak nazywano przedwojennych milionerów, urodziło się na Południu. Byli to ludzie z zewnątrz, głównie z Pensylwanii, którzy szybko opanowali umiejętność zdobywania ziemi i wykorzystywania niewolników do uprawy bawełny, czyli system produkcji opisywany przez jednego z historyków jako "nagi kapitalizm".
Próbowałem poruszyć temat niewolnictwa z jedną z dam.
- W Natchez nie było niewolników - oświadczyła wyniośle. - Naturalnie, mieliśmy parobków na plantacjach, ale one znajdowały się poza miastem lub po drugiej stronie rzeki. Tutaj, w Natchez, mieliśmy służących. Darzyliśmy ich miłością, byli jak członkowie rodziny.
Kiedy powtórzyłem to Reginie, wywróciła oczami i westchnęła.
- Z pewnością od dziecka jej to wmawiano. I pewnie niektórzy rzeczywiście kochali swoich służących i mamki. Ale ci ludzie byli ich własnością, niewolnikami, których można było kupować i sprzedawać, podobnie jak ich potomstwo. Tego nie da się po prostu wymazać.
Najdziwniejsze było to, że wielu tutejszych właścicieli niewolników było unionistami. Mimo że miejscowa gospodarka była całkowicie uzależniona od niewolniczej siły roboczej, Natchez zagłosowało przeciwko odłączeniu od Unii, trafnie przewidując, że doprowadzi ono do wyniszczającej wojny domowej, a miasto dwukrotnie poddało się wojskom Unii, bez jednego wystrzału. Plantatorzy z Natchez przyjmowali oficerów Unii w swoich rezydencjach, a niektóre domy zostały zajęte na kwatery dowódców. Kiedy armia unionistów opuściła miasto, zostawiła je w nietkniętym stanie, dlatego w Natchez do dziś zachowało się tak wiele przedwojennych rezydencji.
Chociaż łoże z baldachimem w moim pokoju było nieziemsko wygodne, tej nocy długo nie mogłem zasnąć. W głowie kłębiły mi się pytania. Jaki związek łączy Pielgrzymkę - podczas której damy przywdziewają krynoliny i za opłatą przyjmują turystów w swoich zabytkowych domach - z dworem królewskim, konfederackimi mundurami, tańcami dzieci wokół słupa majowego i pozycją społeczną matek? Czy poza służącymi biorą w niej udział inni czarni?
Regina lekceważąco wspomniała o jakimś "innym klubie", a Doug wyjaśnił, że w Natchez są dwa kluby ogrodowe, skłócone od 1935 roku, chociaż nie powiedział, co było przyczyną konfliktu ani dlaczego wciąż trwa. Podczas tej nocnej gonitwy myśli przed moimi oczami przesuwały się teksty i obrazy z tablic na Rozdrożu, karawanowe pieśni i Murzyni! Murzyni! W cylindrach i perkalowych sukienkach.
Później często wracałem do Natchez i zatrzymywałem się w Twin Oaks. Robiłem to z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że miasto jest tak niezwykłe, tak fascynujące, tak bogate w niesamowite opowieści i ekscentryczne postaci, tak pełne sprzeczności i niespodzianek. Na przykład burmistrzem Natchez był Darryl Grennell - czarny gej. W Missisipi, na głębokiej prowincji, w mieście prawie w połowie białym, dawnym bastionie Ku Klux Klanu, dostał dziewięćdziesiąt jeden procent głosów. Czym jest to miejsce? I jak się stało tym, czym jest? Musiałem się dowiedzieć.
Po drugie, wracałem do Natchez, bo zacząłem je postrzegać jako specyficzny mikrokosmos, najczystszy destylat znacznie poważniejszych, wciąż nierozwiązanych kwestii rasy i niewolnictwa w Ameryce. W większości kraju, zwłaszcza jeśli jest się białym, można łatwo uwierzyć, że niewolnictwo to przeszłość, która nie ma nic wspólnego z obecną sytuacją czarnych w Stanach Zjednoczonych. Jednak żeby nadal w to wierzyć w Natchez, trzeba wyjątkowego zaparcia i klapek na oczach, ponieważ w tym rasowo podzielonym mieście, które jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku promowało się hasłem: "Tutaj dawne Południe jest wiecznie żywe", pamiątki po niewolnictwie widzi się na każdym kroku. Tymi pamiątkami są nie tylko przedwojenne rezydencje z przylegającymi kwaterami niewolników czy mijany w drodze do spożywczaka teren dawnego targu, na którym handlowano ludzkim towarem. Dla niektórych tutejszych Afroamerykanów to także odcień ich skóry, rozjaśniony przez przodka znanej im osoby.
Niewolnictwo i jego spuścizna są widoczne w prawie każdym aspekcie życia społecznego Natchez. Są przedmiotem burzliwych debat na posiedzeniach rady miasta i wydziału turystyki. Są tematem przedstawień teatralnych, historycznych rekonstrukcji i recitali chórów afroamerykańskich. Są dyskutowane na zjazdach rodzinnych, na które od niedawna zaprasza się czarnych kuzynów mających białych przodków. Po stu pięćdziesięciu latach wypierania prawdy i zastępowania jej fantazjami w rodzaju Przeminęło z wiatrem biała społeczność dziś podejmuje autentyczny wysiłek na rzecz uznania roli niewolnictwa w historii miasta jako warunku postępu w kwestii rasowej.
W Natchez zadawałem sobie jeszcze jedno pytanie: jak naprawdę wyglądało życie tutejszych niewolników? Miejscowi plantatorzy zostawili po sobie ogromną ilość listów, pamiętników, książek i dokumentów, z których wynika, że niemal bez wyjątku postrzegali oni siebie jako szlachetnych ludzi, starających się jak najlepiej wypełniać ojcowskie powinności wobec często nieznośnych czarnych podopiecznych. Ale prawie niczego nie zostawiły po sobie dziesiątki tysięcy analfabetów, których pracę owi "szlachetni ludzie" wyzyskiwali i których życie tak naprawdę ukradli. W latach trzydziestych XX wieku biali historycy rozmawiali z garstką byłych niewolników z Natchez, ale te rozmowy, choć interesujące, są krótkie i wycinkowe, a wiele z nich później "poprawiono", żeby przedstawić niewolnictwo w Missisipi w lepszym świetle.
W rezultacie dziś w miarę dokładnie znamy historię życia tylko jednego niewolnika z Natchez, a to dlatego, że było ono tak niezwykłe. Przeprowadzono z nim wywiady i spisano jego opowieści. W Natchez był znany jako Książę, a obecnie jego portret zdobi ścianę gabinetu burmistrza. Kiedy wprowadziłem się do mojego pokoju na piętrze Twin Oaks, na nocnej szafce postawiłem reprodukcję właśnie tego portretu.
Gdy Książę pozował artyście, czoło miał już zryte głębokimi zmarszczkami, a długie siwe włosy układały się w kształt aureoli. Wziąwszy pod uwagę, co przeszedł, zadziwiał niewiarygodnym spokojem i pewnością siebie, a z jego oczu biła żywa inteligencja. To portret godności zachowanej na przekór wszystkiemu, skąpanej w królewskim majestacie.