Prorok
Dam głowę, że jeśli pójdziecie na spacer ulicą Rabina Meira w jerozolimskiej dzielnicy Geula, natkniecie się na żeliwne pokrywy studzienek kanalizacyjnych z napisem "City of Westminster", pamiątkę po czasach, gdy Palestyna podlegała władzy Brytyjczyków. Nie wiem, czy wciąż działa tam sklepik wymieniony przez Amosa Oza w pierwszych zdaniach tej książki, lecz jestem pewien, że ujrzycie mężczyzn w chałatach, białych pończochach i czarnych kipach, kobiety z zakrytymi włosami, w obszernych beretach i długich spódnicach, dzieciaki ubrane jak na dziewiętnastowiecznych rycinach portretujących codzienność wschodnioeuropejskich sztetli. To wnuki i prawnuki tych, których oglądał Oz. Lisie czapy i kuchenne zapachy będą dokładnie takie same, właściwe aszkenazyjskiej kuchni, która zupełnie nie sprawdza się w tych temperaturach. Plakaty na ścianach będą się różnić tylko datą druku. Do tego taki sam ruch, kurz, wyładowane torby z zakupami na szabat. Targ Machane Jehuda jest stąd raptem o rzut beretem.
Zresztą najpewniej zobaczycie jeszcze bardziej, dzisiejsza Jerozolima jest bowiem - powiadają świeccy Izraelczycy - o wiele bardziej chałaciarska niż dekady temu. Inne są tylko samochody, no i mnogość telefonów komórkowych, lecz prowadzone przez nie rozmowy zahaczają zapewne o sprawy dyskutowane czterdzieści lat temu, gdy Amos Oz rozpoczął podróż po Ziemi Izraela. Po wielekroć książka Na ziemi Izraela służyła mi za przewodnik, bo zapisano w niej również niezmienne, codzienne trwanie.
Tyle że przecież Izrael '82 to zupełnie inny Izrael niż ten z trzeciej dekady XXI wieku. Nikt wówczas nie miał pojęcia, co ofiaruje przyszłość. Ofiarowała, na przykład, dwie wojny libańskie, którym sprzeciwiał się Amos Oz; pierwsza z nich stała się niezwyczajną traumą dla generacji urodzonej u schyłku lat pięćdziesiątych (wojna sześciodniowa była triumfem i stała się przyczynkiem poczucia izraelskiej mocy, wojna Jom Kipur zaś - szokiem dla wszystkich Izraelczyków). I dwie intifady, powstania palestyńskie. Wcześniejsza z nich okazała się drogą do rozmów pokojowych, druga - festiwalem samobójczych zamachów i kresem nadziei. Osiedla na Zachodnim Brzegu stanowiły w 1982 roku niewielkie eksklawy, a nie kilkudziesięciotysięczne miasta, takie jak Beitar Ilit, Modiin Ilit czy Ariel (z własnym uniwersytetem). Nie podpisano jeszcze porozumień w Oslo i nikt nie przewidywał, że Icchak Rabin, generał, premier i architekt pokoju z Palestyńczykami, zostanie zamordowany przez izraelskiego fanatyka. Ówczesne rządy narodowej prawicy wydawały się jedynie urlopową przerwą od rozpoczętego w dzień narodzin państwa - w 1948 roku - władztwa lewicowych syjonistów. Dzisiaj to normalka trwająca już kilkanaście lat. W Tel Awiwie nie stały drapacze chmur, Izrael zaś nie miał najsilniejszego high-tech na świecie (jeżeli przesadzam, to nie celowo; prawdę mówiąc - nie przesadzam wcale) i nie był nazywany krajem start-upów.
Wszystkie te zmiany nie sprawiły jednak, że Na ziemi Izraela to reportaże z myszką, relacja z odległej, minionej epoki.
*
Wielkość pisarza poznaje się również po tym, że tworzy on opowieści ponadczasowe. W przypadku Amosa Oza splatają się one z jego biografią. Był zatem Amos jerozolimczykiem z urodzenia (1939 rok). Jego ojciec, Arie Klausner, bibliotekarz i prawicowy syjonista, i matka, Fania Mussman, kobieta wrażliwa i depresyjna, która popełniła samobójstwo - pochodzili odpowiednio z Wilna i z Równego, więc fakt, że ich syn nie mówił po polsku, to wyłącznie niedorzeczny przypadek. Mówił za to i pisał po hebrajsku tak niezwykle, iż wielu Izraelczyków uważało, że robi to zdecydowanie zbyt dobrze, pięknem języka wynosi się ponad ogół, a na dodatek tworzy nowe słowa współczesnej hebrajszczyzny wchodzące do potocznego języka ulicy. Tylko geniusz mógł wymyślić frazę "znosorożczyć się" (od tytułu dramatu Eug?ne'a Ionesco Nosorożec), oznaczającą, że ktoś, najczęściej polityk, bałwani się koncertowo.
Amos dorastał w kibucu Chulda. Był tam, między innymi, traktorzystą. W wojnie sześciodniowej walczył na Synaju jako czołgista, a w Jom Kipur na Wzgórzach Golan. Był jednym z pierwszych, bo chwilę po triumfie w 1967 roku, piszących o potrzebie rozsądnego pokoju z Palestyńczykami, za który Izrael powinien zapłacić okupowanym Zachodnim Brzegiem. Współzakładał organizację Pokój Teraz. Stał się ikoną Izraela, głosem sumienia żydowskiego państwa, choć prawica przypinała mu etykietkę zdrajcy (wielokrotnie mówił mi, że nosi ją jak najważniejszy order, skoro dla oszczerców zdrada równa się sprawiedliwemu pokojowi). Ale też radykalni nacjonalistyczni osadnicy żydowscy z Zachodniego Brzegu chylili przed nim czoła, gdyż jako kibucnik, a zatem człowiek o zdecydowanie odmiennych poglądach, mimo wszystko był izraelskim pionierem.
Niektórzy, analizując pisarstwo Oza, nazywali go prorokiem. Nie przywiązywał się do tego określenia, raczej dodawał, że prorocy w Ziemi Świętej są potrzebni jako nieodzowny element rytuału kamieniowania. Za to z całą pewnością był jedynym izraelskim pisarzem, który kopnął w tyłek izraelskiego premiera. Stało się to wprawdzie w dzieciństwie; Arie Klausner przyjaźnił się z ojcem premiera Binjamina Netanjahu, więc podczas pewnego spotkania obu rodzin mały Amosek wymierzył kopniaka małemu Bibiemu, gdy ten, szczypiąc po łydkach i wiążąc pod stołem sznurówki u butów starszych chłopców, przeszkadzał im w zabawie.
Sam Amos Oz pisze w jednym ze wstępów do kolejnych edycji książki, że przesadził z tytułem. Jako że Ziemia Izraela różnie się różnym kojarzy. Może nią być - znajdzie się garść myślących w ten sposób szaleńców - kawał bliskowschodniej pustyni od Rzeki (czyli Nilu) do Rzeki (Eufratu). Albo Izrael w granicach sprzed wojny sześciodniowej, albo z dodatkiem okupowanego Zachodniego Brzegu. Tymczasem Oz ograniczył swoją podróż do Jerozolimy, żydowskiej i arabskiej, przejechał przez wzgórza otaczające Święte Miasto od południa, wschodu i północy. Nic więcej. Oznacza to, że nie rozmawiał z druzami z Golanu, z Beduinami z Negewu i nie dokładał - jak otwarcie przyznaje - nadmiernej staranności w portretowaniu Arabów, współobywateli Izraela.
Oznacza to, że jego książka jest zaledwie wycinkiem rzeczywistości. Autor lojalnie o tym informuje: "Nie uważam ich [reportaży - przyp. P. S.] za "reprezentatywny obraz" czy "typowy przekrój" Izraela tych czasów. Nie wierzę w reprezentatywne obrazy ani typowe przekroje. Każde miejsce jest światem samym w sobie, podobnie jak całym światem jest każdy człowiek. Ja dotarłem do niewielu miejsc i nielicznych osób i mogłem zobaczyć i usłyszeć tylko niewielką część całości".
Ale też, wbrew przestrogom Oza, można spojrzeć na jego reportaże jak na kroplę morskiej wody, w której, przy odrobinie wyobraźni, namysłu i refleksji, widać cały ocean.
Podczas kilku spotkań, które odbyliśmy, zawodowych i prywatnych, Oz zawsze wydawał mi się nazbyt skromny. Może powodował to dobrotliwy uśmiech i wzrost z tych średnio-niskich zestawione z książkami, które śmiało można określić mianem dzieł wielkich. A może niezwykła cierpliwość w wysłuchiwaniu rozmówcy? Gdy rozmawialiśmy o podróży z 1982 roku - po niewielkiej części Ziemi Izraela - zastrzegał, że rzecz odbyła się przed laty, więc upływ czasu i skromna liczba przejechanych kilometrów każą mu się mitygować w ocenach.
A jednak uchwycił w książce rzecz najważniejszą: stan emocji, kondycję mentalną, sposób widzenia świata, rozumienia przeszłości, aż po czasy biblijne, teraźniejszości i przyszłości, które dostrzegał u swoich rozmówców. Właśnie to sprawia, że Na ziemi Izraela to nie tylko zapis tego, co było, ale też wyprawa w kolejne dekady. Jest przestrogą, ostrzeżeniem przed tym, co teraz i co - być może - w przyszłości. Wyszło znakomicie. Reportaże Amosa, choć są już w wieku dojrzałym, wcale nie pachną naftaliną.
W 2019 roku, akurat w święto Jom Kipur nakazujące Żydom rachunek sumienia, skruchę i prośbę o wybaczenie skierowaną do tych, których się skrzywdziło, gazeta "Jedijot Acharonot" wypuściła pokaźny dodatek z tekstami najlepszych izraelskich dziennikarzy i pisarzy, który ruszyli w Ziemię Izraela "tropem Oza". Assaf Gavron, fan piłki nożnej i znakomity specjalista od żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu, pojechał do Ofry, miasteczka pod Jerozolimą, gdzie Amos był w trakcie zbierania materiałów do książki dwukrotnie, więc powstały dwa reportaże, oba zatytułowane Debata o życiu i śmierci.
Trudno o bardziej poważny tytuł i bardziej serio rozmowy. Jest w nich spór liberała z zaściankiem, człowieka spoglądającego w przyszłość z kustoszami mitów i przeszłości. Amos rozmawia z liderami ruchu osadniczego i ani myśli szczędzić im krytyki. Oni odpowiadają, że nic nie rozumie.
Kiedy zatem Gavron, już po śmierci Oza, zjechał do Ofry, usłyszał od najtwardszych z twardych, którzy kilkadziesiąt lat wcześniej gadali z Amosem do świtu, że w historii osiedla nigdy nie było ważniejszych dni. Furda przymusowa, nakazana przez Sąd Najwyższy Izraela, dwukrotna ewakuacja nielegalnych baraków ze wzgórza nad Ofrą, bijatyki z policją i z wojskiem! Był u nich Amos Oz, pionier, żołnierz i wielki pisarz, więc czapki z głów. Że Oz w poglądach błądził - notował Gavron opinie osadników - żadna w tym świeżość, bo nie miał racji, ich zdaniem, już przed dekadami. Ale przyjechał: dzielny, uczciwy człowiek, fantastyczny pisarz i fałszywy prorok.
Rozmowa Gavrona z osadnikami z Ofry, która odbyła się w 2019 roku, brzmiała kropka w kropkę jak rozmowy Oza w roku 1982. Te same argumenty, uprzedzenia, przesądy. Dla mnie to znak, że o Izraelu nikt nie napisał bardziej współczesnej książki.
Pewnego dnia w portowym mieście Aszdodzie Amos Oz spotkał starego Żyda z Rumunii. Wywiązała się rozmowa, która byłaby niemożliwa, gdyby nie to, że takie rozmowy zdarzały się w Izraelu. Zrelacjonował ją w tej książce.
Stary Żyd opowiadał: "Mówię panu, tak to jest w Ziemi Izraela. Żyd ma żydowskie serce. Między obcymi staje się taki jak oni. Powiedzieć panu jedną rzecz, w którą wierzę? Proszę posłuchać: wszyscy są dobrzy. Begin jest dobry. Peres jest dobry. Rabin jest dobry. Nasz szanowny prezydent na pewno jest dobry, tak samo Dawid Lewi. Josi Sarid był wcześniej pilotem wojskowym. Wszyscy są bohaterami. Ze wszystkich grup. Każdy chce dobra. Wszyscy oddali swoje życie naszemu państwu. Musimy ich szanować! Ta kłótnia, która jest teraz, to nic takiego, zdarza się w najlepszych rodzinach. Pokłócą się? To się pogodzą. Ja mówię wszystkim: widziałem na własne oczy, co jest u gojów, a co jest u nas. Państwo Izraela to bardzo piękna rzecz! Nawet wielu gojów bije nam brawo! Wie pan, jakie mam marzenie? Powiem panu. Pan może jest jeszcze młody, ale i tak powiem. Mam marzenie, żeby jeszcze zanim przyjdzie mój czas, pozwolono mi raz jeden powiedzieć coś przez dwie minuty w telewizji, w piątek wieczorem, kiedy wszyscy słuchają. Powiem wtedy młodym ludziom: codziennie wieczorem i rano wszyscy powinni dziękować Bogu za wszystko, co mamy w kraju. Za wojsko, za ministrów w Knesecie, za El Al, nawet za podatki, drogi, kibuce, fabryki. Za wszystko! A co, zapomnieli już, jak było na początku? Niczego nie było! Same piaski i wrogowie! Teraz, dzięki Bogu, mamy państwo. Wszyscy mają co jeść, w co się ubrać, mamy edukację, chociaż jeszcze nie dość. Jest nawet wiele luksusów! Co mieliśmy na wygnaniu? A fejg! Wielka chwała dla narodu żydowskiego za to, czego dokonano w Izraelu tak prędko! Przy tych wszystkich kłopotach! Niech tylko przyjadą Żydzi, którzy mieszkają w Ameryce, we Francji, w Rosji, nawet u Chomeiniego, niech wszyscy przyjadą szybko, niech cały Naród Izraela zamieszka w domu! O tym chcę powiedzieć w telewizji. Jako człowiek z ulicy. W Rumunii pracowałem w drewnie. W Aszdodzie też. Teraz jestem emeryt. Pewnego razu niedaleko Afuli widziałem błogosławionej pamięci Goldę Meir. To było przed jej śmiercią. Spotkał mnie bardzo wielki zaszczyt, że mogłem rozmawiać z panią Goldą Meir. Powiedziałem jej tak: pani premier, w Rumunii było dużo krytyki i w ogóle nie było wolno nic mówić. Był strach. W Izraelu mamy swobodę mówienia wszystkiego i nie ma strachu, ale co? Tu nie mam czego krytykować. Nic. Same pochwały... Mogę tylko dziękować Bogu".
Amos Oz należał do wielkich, niezmiennie uczciwych krytyków Izraela. Robił to, po prostu, z miłości. Miał świadomość, na której zbywa wielu patriotom na pokaz - że jeśli w ukochanym kraju dzieje się nie najlepiej, jeżeli ojczyzna ma pryszcz na nosie, nie oznacza to wcale, że trzeba zamknąć oczy i nie widzieć pryszcza na twarzy ojczyzny. Trzeba za to zastosować kurację, żeby pryszcz znikł. To również zadanie pisarstwa najwyższych lotów, które w Na ziemi Izraela Amos Oz wypełnił wybornie.
Paweł Smoleński