Prolog
Sobota, 7 maja 1977
Telefon dzwoni o godzinie 17.46.
Głos w słuchawce jest rozdygotany, rozmowa chaotyczna, rozmówcy nerwowi.
Dzwoniący to Bogusław Sonik, który jednak zapomniał się przedstawić.
Telefonuje z Krakowa, z automatu przy hotelu Pod Kotwicą, mieszczącego
się na Szpitalnej. Nie zna osobiście Jacka Kuronia, ale wie, że można do
niego dzwonić w ważnych sprawach. Tak przeczytał w biuletynie Komitetu
Obrony Robotników.
Mówi, że chodzi o Staszka z polonistyki, którego zabili ubecy. Obaj od
miesięcy byli zaangażowani i pomagali KOR-owi, dlatego bezpieka deptała
im po piętach i miała ich na oku. Staszek wyszedł wczoraj po południu z akademika, nie wrócił na noc, nikt nie wie, gdzie był, a rano milicjanci
zapukali do jego kolegów i powiedzieli, że znaleźli go martwego na
klatce schodowej w centrum Krakowa. Nie wiadomo, dlaczego był na
Szewskiej. Ludzi z akademika przesłuchiwali rano, ale wypytywali o wódkę, narkotyki i myśli samobójcze, a nie, jak zwykle, o ulotki,
gazetki i petycje. W Krakowie Staszek był na pierwszej linii frontu.
Dlatego nie wygląda to wcale na zwykły wypadek, chyba że przy pracy.
- Nie gadaj, jak nie wiesz! - denerwuje się Kuroń. - Poczekaj, wszystko
sprawdzimy. Ktoś do was wkrótce przyjedzie - uspokajająco rzuca do
słuchawki. Tuż po jej odłożeniu grobowym głosem mówi do Joanny
Szczęsnej: "Zamordowali Pyjasa".
Potem zapisuje zdarzenie w dzienniku pokładowym. Tak nazywa brulion, w którym notuje przychodzące z całej Polski zgłoszenia o represjach. Jego
numer telefonu (39 39 64) i adres (Mickiewicza 27/4) drukowany jest od
kilku miesięcy w wydawanym własnym sumptem biuletynie KOR-u. Każdy może
przyjść do jego mieszkania lub zadzwonić i poskarżyć się na opresyjność
socjalistycznego państwa. KOR sprawdza wszystkie te informacje, a po
zweryfikowaniu przekazuje zachodnim korespondentom bądź publikuje w kolejnym biuletynie, drukowanym na powielaczu. A kto czyta, musi się
zadumać nad kondycją władz ojczyzny proletariatu, które wciąż
prześladują klasę robotniczą.
Jednak Staszek Pyjas to coś zupełnie innego. To nie jakaś kolejna
anonimowa ofiara, zaciągnięta na komisariat, wypałowana czy zwolniona z pracy. To młody chłopak, który od pół roku pomagał KOR-owi i stracił
życie w dość dziwnych, niejasnych okolicznościach. To pierwszy taki
przypadek w ośmiomiesięcznej historii KOR-u, więc to, co dzieje się na
Mickiewicza po jego śmierci, jest dokładnie monitorowane przez
SB1.
O 18.03 Kuroń przekazuje telefonicznie informację o zamordowaniu Pyjasa
synowi Jana Józefa Lipskiego - Tomaszowi, a o 18.15 - współpracującemu z KOR-em Wojciechowi Ostrowskiemu. (Ostrowski proponuje, żeby podać
wiadomość o morderstwie do wiadomości publicznej, z sugestią, że dokonać
go mogła Służba Bezpieczeństwa).
O 18.47 Kuroń dzwoni do Jana Józefa Lipskiego z KOR-u. Tłumaczy, że to
nie może być przypadek, bo chłopak zbierał dla nich pieniądze i podpisy
pod petycjami, a kilka dni temu przysłał swój pierwszy list do redakcji
biuletynu.
O 19.01 Grażyna Kuroń o tym samym opowiada Sewerynowi Blumsztajnowi
("Sewkowi nie chce się wierzyć, aby milicja zrobiła taki "numer"" -
notuje SB), a o 20.14 Marcie Miklaszewskiej, żonie mecenasa Jana
Olszewskiego, który od lat broni Jacka w sądzie.
O 20.47 znowu odzywa się Wojciech Ostrowski. Mówi, że w Krakowie zna
pewnego studenta, Lesława Maleszkę, i że można mu ufać; o 22.18 Ludwika
Wujec informuje, że własnymi kanałami potwierdziła informację o śmierci
studenta w Krakowie.
Tuż przed północą Kuroń rozmawia o tym z przebywającym w Paryżu
rzecznikiem prasowym KOR-u Aleksandrem Smolarem. Jest on najważniejszym
pośrednikiem w kontaktach KOR-u ze światem. To centrala telefoniczna
czynna całą dobę i jednoosobowa agencja prasowa. Telefoniczne rozmowy z Warszawą nagrywa na magnetofon, przepisuje, redaguje, tłumaczy, a potem
rozsyła komunikaty do zaprzyjaźnionych redakcji francuskich i angielskich gazet, Radia Wolna Europa, Głosu Ameryki i BBC.
Niedziela, 8 maja-poniedziałek, 9 maja 1977
Do Krakowa Kuroń wysyła dwóch swoich współpracowników -
trzydziestojednoletniego Seweryna Blumsztajna i trzydziestoletniego
Pawła Bąkowskiego. Obaj byli harcerzami w jego drużynie walterowskiej,
obaj w 1968 roku brali udział w wiecach na Uniwersytecie Warszawskim i obaj trafili za to do pudła. W KOR-ze mają status współpracowników i w odróżnieniu od dostojnych założycieli zajmują się czarną robotą:
drukiem, kolportażem, akcjami ulotkowymi. Blumsztajn jest redaktorem
biuletynu wydawanego przez KOR, Bąkowski - łącznikiem KOR-u z akademicką
młodzieżą Krakowa. Na miejscu mają zweryfikować informacje przekazane
przez Sonika.
Zanim Blumsztajn z Bąkowskim wyjadą z Warszawy, spotykają się z adwokatem Andrzejem Grabińskim w jego mieszkaniu przy ulicy Długiej.
Grabiński od lat sześćdziesiątych jest obrońcą w procesach politycznych.
Bronił studentów kolportujących List do Partii autorstwa Kuronia i Modzelewskiego, uczestników wydarzeń marcowych 1968 roku, a ostatnio
wyrzucanych z pracy robotników z Radomia i Ursusa. Teraz ma przygotować
Blumsztajna i Bąkowskiego do wizyty w Krakowie, wytłumaczyć, o co mają
pytać i na co zwrócić szczególną uwagę. Bąkowski pamięta, że mecenas
Grabiński przygotował im długą listę spraw do załatwienia na miejscu,
ale najważniejsze były trzy: przesłuchać lokatorów kamienicy, w której
znaleziono ciało, wysłać do prosektorium jakiegoś zaufanego lekarza,
znaleźć adwokata, który poprowadzi sprawę na miejscu.
Z Warszawy wyjeżdżają pośpiesznym Wigry o 2.12. Do Krakowa docierają o świcie i idą do Sonika, który mieszka na Floriańskiej, obok Jamy
Michalika, na pierwszym piętrze. Przyjmuje ich w wielkim pokoju z oknami
wychodzącymi na ulicę. (Na pamiątkę po poprzednim lokatorze nazywany
"pokojem wisielca"). Musi być bardzo wcześnie, bo gospodarz jest jeszcze
w piżamie.
1. W 1977 roku Paweł Bąkowski był łącznikiem KOR-u z akademicką
młodzieżą Krakowa. To on zorganizował przywiezienie dziesiątków tysięcy
ulotek, za pomocą których krakowscy studenci próbowali zatrzymać
juwenalia. Od 1980 roku Bąkowski należał do "Solidarności", a po
wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 działał w podziemiu. Po
ujawnieniu się w 1983 roku wyemigrował do USA. Jest pomysłodawcą i organizatorem corocznych spotkań weteranów SKS-u w Gorcu
W mieszkaniu jest ktoś jeszcze. Długi, chudy, z rozwianymi włosami -
wygląda jak niepościelone łóżko, z którego wygrzebał się na ich widok.
To Leszek Maleszka, nazywany Malechą - jeden z najbliższych przyjaciół
zabitego Staszka Pyjasa. Czekał tu od wieczora, by być ich przewodnikiem
w Krakowie. Poznali się ze Staszkiem na praktykach studenckich, jeszcze
przed rozpoczęciem pierwszego roku. Obaj byli spoza Krakowa - Staszek z Gilowic, góralskiej wioski pod Żywcem, Malecha - z Zakopanego. Obaj
kochali książki i ciężką muzykę.
Wspólnie odkrywali semiotykę kultury Eco, rosyjską semiologię i wiedeńskich pozytywistów - Reichenbacha i Poppera. Fascynowali się
strukturalizmem i teorią buntu - czytali Drogi kontrkultury i Oblicza
studenckiego buntu.
Byli anarchistami zafascynowanymi paryskim Majem '68. (Ich anarchizm był
mocno antyklerykalny. Mieli w pogardzie nie tylko Kościół, ale też
drobnomieszczański Kraków i inteligencję, która podlizywała się władzy).
Studiowali rosyjskich anarchistów - Kropotkina i Bakunina; próbowali
zrozumieć racje stojące za terrorystami z Grupy Baader-Meinhof.
Razem jeździli do Wrocławia na misteria Jerzego Grotowskiego i razem
biegali tam boso po rozżarzonych węglach. Czytali autorów zakazanych w PRL-u - Gombrowicza, Hłaskę, Miłosza, Sołżenicyna - i marzyli, by wyrwać
się w świat. Słuchali Led Zeppelin (choć Malecha zawsze wolał
Beatlesów), palili sporty (za 3,50 zł), pili wódkę - czystą (za 57 zł)
lub żytnią (za 62 zł), a także piwo - wiosną barbakan (za 3,60 zł) w barze Tramp na Błoniach, zimą krakus (za 3,80 zł) w Rotundzie naprzeciw
akademika. (Tylko Maleszka zbyt dużo wypić nie mógł).
Wszystko zaczęło się w Rotundzie po koncercie Wojciecha Młynarskiego.
Podszedł do nich chłopak, którego znali trochę z widzenia. Wcisnął im do
ręki Rodowody niepokornych Bohdana Cywińskiego. Tak wkroczyła w ich
życie wielka polityka. Przepisywali ręcznie komunikaty KOR-u, zbierali
pieniądze dla rodzin prześladowanych robotników i podpisy pod petycją o zwolnienie ich z więzień.
Sam Staszek przyniósł ich ponad setkę. Dlatego wezwali jego rodziców na
uczelnię. Profesor Weiss powiedział wprost, że byli u niego i jeśli
Staszek nie zerwie z KOR-em, będzie miał nieprzyjemności. "Może stać się
coś złego, coś najgorszego" - ostrzegał.
Nieprzyjemności nadeszły pod koniec kwietnia w błękitnych kopertach. W środku same kalumnie. "Śmierdziel", "kurdupel", "gnój", "skurwysyn",
"zasraniec", "skunks" i "kapuś". Dostało je pięciu najbliższych kolegów
Staszka. We wszystkich była sugestia, że jest esbeckim kapusiem, a w jednym, że trzeba go załatwić ("Tępić takich skurwysynów wszelkimi
sposobami"2). Wszyscy czuli, że za anonimami stoi SB, bo od
dawna wokół nich węszyło i deptało po piętach, ale jednoznacznych
dowodów nie było. Malecha namawiał ich, by nie odpuszczać, Sonik,
student prawa, mówił, że jest na to paragraf, i napisał pismo do
prokuratury.
W czwartek 5 maja złożyli w prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu
przestępstwa: "Nieznany nam autor domaga się rozprawienia ze studentem
Stanisławem Pyjasem. Tego rodzaju podburzanie do przestępstwa i tworzenie atmosfery zagrożenia w stosunku do człowieka stanowi
działalność przestępczą".
W piątek 6 maja Staszek wyszedł z Żaczka około czternastej, dwie godziny
później pojawił się na chwilę w mieszkaniu Sonika przy Floriańskiej i nikt go już później żywego nie widział.
Następnego dnia rano milicjanci przyszli do Żaczka, obudzili kierownika
domu studenckiego Jana Maurera i kazali się zaprowadzić na czwarte
piętro, do pokoju 441. Gdy o 10.30 trzech milicjantów zaczęło
przeszukanie, nie było tam żadnego z lokatorów. Pierwszy pojawił się
Leszek Czarnecki - student drugiego roku filozofii. Niczego mu nie
tłumaczyli, niczego nie wyjaśnili, tylko wręczyli wezwanie na
przesłuchanie.
Zabrali ze sobą indeks Staszka (numer 30534), książeczkę oszczędnościową
PKO (z wkładem pięciu złotych), zapisane na kartkach wyrwanych z zeszytu
wiersze, czarną walizkę z dermy, z którą przyjechał na studia do
Krakowa, i zawieszoną na ścianie płachtę szarego, pakowego papieru,
zapisaną tajemnymi ciągami liczb i nazwiskami. ("Tam zapisywali swoje
długi karciane" - mówi dziś Czarnecki).
O jedenastej rozpoczęły się przesłuchania na komisariacie przy placu
Szczepańskim. Studenci z Żaczka siedzieli na korytarzu, nikt z nich nie
wiedział, po co został wezwany. Byli przekonani, że znów chodzi o politykę - ulotki, petycje lub nielegalne gazetki.
Że Staszek nie żyje, Czarnecki dowiedział się dopiero po wejściu. "Pan
wie, że Stanisław Pyjas nie żyje?" - to pierwsze pytanie, które zadał mu
śledczy. Później było już standardowo: z kim utrzymywał kontakty, czy
miał wrogów, myśli samobójcze, czy pił, zażywał narkotyki i kto go
widział ostatni?
Sonik o śmierci Pyjasa dowiedział się dopiero po siedemnastej, gdy do
mieszkania na Grodzką, gdzie mieszkała jego dziewczyna Liliana,
przybiegł podekscytowany Malecha. Krzyczał od progu, że Staszka zabiła
bezpieka, a potem powtórzył, czego dowiedział się w Żaczku. Że znaleźli
go rano na klatce schodowej, że nie wiadomo, co robił na Szewskiej, że
od popołudnia nikt go nie widział, że ta śmierć jest w ogóle tajemnicza
i musi mieć związek z wysyłanymi kilkanaście dni wcześniej anonimami. A skoro z anonimami, to także z SB, bo nikt inny nie mógł ich napisać.
To właśnie Sonik próbował tłumaczyć Jackowi Kuroniowi, gdy dzwonił do
niego w sobotę po południu.
Teraz to wszystko jeszcze raz opowiadają ze szczegółami jego wysłannikom
- Blumsztajnowi i Bąkowskiemu - a potem prowadzą ich do najważniejszego
ze świadków. To najbliższy przyjaciel Staszka. Na głowie ma afro jak
Hendrix i jest w stanie szoku. (Tak to pierwsze spotkanie z Wildsteinem
zapamiętał Paweł Bąkowski).
Bronisław Wildstein nie mieszka w Żaczku, bo jest z Krakowa. O śmierci
przyjaciela dowiedział się w sobotę po południu, gdy do jego mieszkania
na Chocimskiej przybiegli koledzy z tą tragiczną wiadomością. Gdy dotarł
do Żaczka, w 441 trwała już narada. Było mnóstwo plotek i żadnych
konkretów, więc postanowił dowiedzieć się więcej. Na plac Szczepański
poszedł ze swoją dziewczyną Iwoną Galińską i z Jackiem Nowaczkiem.
Dyżurny milicjant go spławił, ale wygadał, że ciało jest w Zakładzie
Medycyny Sądowej po drugiej stronie Plant. Poszli tam i Wildstein
powiedział, że jest bratem zmarłego. Cieć [w rzeczywistości był to
laborant Władysław Machlowski] zawiózł ich windą do piwnicy, otworzył
chłodnię i wystawił wózek. Staszek był przykryty białym płótnem. Umyty,
wystrzyżony. Nie było widać krwi, tylko pękniętą wargę, rozbity nos,
rozciętą brodę i dziurę wielkości paznokcia w kąciku oka. Większość ran
po lewej stronie twarzy. "Jakby został pobity kastetem" - tak powiedział
kolegom po powrocie do akademika. A prokuratorowi, z którym rozmawiał
kilka dni później, oświadczył, że jest przekonany, iż Staszek został
zamordowany.
Kolegom oznajmił wprost, że w kostnicy zobaczył twarz zakatowanego
człowieka i że to pobicie musi się łączyć z SB, które za nimi chodziło.
Mówił o tym każdemu, kto chciał słuchać.
To samo powtarza w niedzielę rano w akademiku przy Piastowskiej rodzicom
Staszka, którzy przyjechali z Gilowic, i wysłannikom Kuronia. Wieść o zamordowanym studencie UJ zaczyna krążyć po Krakowie. W niedzielę rano
dowiaduje się o tym nawet kardynał Wojtyła. (Przekazał mu tę informację
duszpasterz studentów - ojciec Andrzej Kłoczowski).
Wątpliwość dotyczy już tylko tego, czy chłopaka zamordowano z premedytacją, by zastraszyć zbuntowane środowisko studenckie, czy był to
wypadek przy pracy i ktoś przesadził z biciem.
Bąkowski wraca do Warszawy w niedzielę wieczorem, przekonany, że za
śmierć Pyjasa odpowiedzialna jest Służba Bezpieczeństwa. Blumsztajn
wyjeżdża z Krakowa w poniedziałek rano. Też w zasadzie przekonany o udziale SB w śmierci Pyjasa, choć ma drobne wątpliwości. Nie potrafi
znaleźć sensownej odpowiedzi na pytanie: dlaczego właśnie Pyjas?
Był jednym z wielu, ale nikim ważnym - kolporterem bibuły, który zbierał
podpisy pod petycją. Nie wziął nawet udziału w spotkaniu w Gorcach,
gdzie kilka dni temu po raz pierwszy KOR spotkał się z akademicką
młodzieżą Krakowa. Dlaczego on?
- Nie znaliśmy wtedy jeszcze żadnych szczegółów z Szewskiej - mówi dziś
Blumsztajn. Nie wiedzieliśmy, po co tam poszedł i że był pijany. Nie
mieliśmy dostępu do żadnych dokumentów i wiedzieliśmy tyle, ile
dowiedzieliśmy się z rozmów z jego kolegami. Było dużo plotek, domysłów,
podejrzeń i dramatyczna opowieść Bronka Wildsteina z kostnicy. Ale on
przecież nie był lekarzem.
Dlatego przed wyjazdem Blumsztajn prosi najbardziej przebojową
dziewczynę, którą wtedy spotkał - Lilkę Batko - by poszła jeszcze na
Szewską porozmawiać z lokatorami.
Po powrocie do Warszawy próbuje o swoich wątpliwościach opowiedzieć
Jackowi Kuroniowi, ale ten mówi, że nie ma to już znaczenia.
"Uznaliśmy, że to próba fizycznej rozprawy z nami i musimy iść na
całość" - odpowiada i gasi dyskusję w zarodku.
- Fakty już Jacka nie interesowały. Miał wypracowaną koncepcję i nikogo
nie zamierzał słuchać - mówi dziś Blumsztajn.
W poniedziałek gotowy był już komunikat KOR-u o śmierci Pyjasa, który
powstawał w nocy z niedzieli na poniedziałek. "Jacek przeprowadzał coś w rodzaju ankiety" zanotowała po latach pisarka Anka Kowalska. Pamiętała,
że spotkali się wieczorem kilkuosobową grupą w jakimś pustym, nieznanym
mieszkaniu, do którego Kuroń miał klucze. "Co myślisz o tej śmierci?" -
zapytał. "Wiedzieliśmy dość, żeby znać sprawców" - zapisała. "Adam
[Michnik] powiedział: - Skończyły się żarty. Żarty to były
przesłuchania, rewizje, zatrzymania, inwigilacja, pierwsze sankcje
prokuratorskie, wylewanie z pracy i studiów, groźby, szantaże, anonimy,
wywożenie porywanych na ulicy za miasto, porzucanie ich tam pobitych,
bicie w komendach i poza nimi. [...] Mimo wstrząsu i napięcia
uznaliśmy [...] śmierć Pyjasa za wypadek przy pracy. Jak się bije, można
i zabić. W skleconym tej okropnej nocy oświadczeniu opisaliśmy znany nam
wówczas stan rzeczy i zwróciliśmy uwagę na bezkarne tworzenie klimatu
(prasa, prasa!), którego logicznym, choć przypadkowym zapewne skutkiem
stać się może zbrodnia"3.
Napisali w nim, że zmarły student był ich współpracownikiem i dostawał
pogróżki, zanim został znaleziony martwy, z urazem głowy. A stało się to
dzień po tym, jak złożył zawiadomienie do prokuratury. W tekście nie ma
oskarżeń wprost, że zabiła go bezpieka, ale jest mocna sugestia, że
wcześniej zabiciem przez nieznanych sprawców Służba Bezpieczeństwa
groziła innym współpracownikom KOR-u - Mirosławowi Chojeckiemu,
Eugeniuszowi Klocowi, Andrzejowi Zdziarskiemu - a dwa dni przed śmiercią
Pyjasa ciężko pobity został górnik z Gliwic, Władysław Sulecki.
Tekst jest wyważony, ostrożny, rzeczowy. Kończy się apelem o rzetelne
zbadanie sprawy: "Okoliczności śmierci Stanisława Pyjasa wymagają
publicznego wyjaśnienia przez kompetentne organy władzy i pociągnięcia
do odpowiedzialności sądowej winnych zbrodni, bez względu na to, jakie
zajmują stanowisko"4.
W nocy z poniedziałku na wtorek Kuroń konsultuje jeszcze ten komunikat z bratem Aleksandra, Eugeniuszem Smolarem - dziennikarzem sekcji polskiej
BBC w Londynie. We wtorek rano, 10 maja, wysyła gotowe oświadczenie
KOR-u zachodnim korespondentom w Warszawie. Pierwszy jest Jerzy Brodzki
z amerykańskiej agencji prasowej Associated Press w Warszawie, który o 14.30 przesyła gotową już depeszę o śmierci Pyjasa teleksem do Wiednia,
a stamtąd agencyjnymi łączami wędruje ona do redakcji na całym świecie.
Radio Wolna Europa jako pierwsze informuje z Monachium o śmierci
studenta, powołując się właśnie na informację AP.
Tekst depeszy w języku angielskim przygotował legendarny korespondent AP
Alexander G. Higgins, przebywający wtedy przez kilka dni w Warszawie.
(Za dwa lata jako szef biura AP w Teheranie będzie relacjonował upadek
szacha Rezy Pahlawiego).
To zaledwie 437 słów, z których najważniejsze są te o przyczynach
śmierci Pyjasa:
"Studenta blisko związanego z polskim dysydenckim Komitetem Obrony
Robotników znaleziono pobitego na śmierć w budynku krakowskiej kamienicy
- powiedział dziś rzecznik prasowy komitetu Jacek Kuroń.
Ciało 23-letniego Stanisława Pyjasa zostało znalezione w sobotę w innej
części miasta niż ta, w której mieszkał. Zmarł około cztery godziny
wcześniej z powodu urazów głowy.
"Jedno jest pewne - powiedział Kuroń - jego urazy głowy nie były
spowodowane upadkiem. Został pobity czymś twardym""5.
W Oborach koło Konstancina-Jeziorny w Domu Pracy Twórczej wieczornej
audycji RWE słucha reporter Marian Brandys. "[P]odano sporo szczegółów
o okolicznościach śmierci Pyjasa - notuje w swoim dzienniku. - Natomiast
nasza prasa i radio (...) milczą jak zaklęte. Za to w dzisiejszej
"Trybunie Ludu" znalazłem wiadomość o skrytobójstwie politycznym (...) w małym miasteczku środkowoamerykańskiego państewka Salwador. Czytelnicy
"Trybuny" gotowi pomyśleć, że z odległym o wiele tysięcy kilometrów
Salwadorem mamy lepszą komunikację niż z Krakowem"6.
Wtorek, 10 maja-środa, 11 maja 1977
Na Szewskiej pojawia się Liliana Batko z dwiema koleżankami z duszpasterstwa akademickiego "Beczka". Sąsiedzi kierują je na drugie
piętro, pod szóstkę, do mieszkania studentki Barbary Paneczko, której
ojciec podobno jest oficerem milicji.
To pod jej drzwiami leżał rano chlebak Pyjasa, istnieje więc
przypuszczenie, że może coś więcej wiedzieć o jego ostatniej nocy.
Batko podaje się za kuzynkę Staszka i wślizguje z koleżankami do kuchni.
Dziewczyna jest zimna i nieprzyjemna. Mówi, że prawie Pyjasa nie znała.
Ostatni raz widziała go półtora roku temu. I niczego więcej nie można
się od niej dowiedzieć. Powtarza w kółko: "Nic nie słyszałam, nic nie
widziałam, nic nie wiem".
- Po tym oziębłym i szalenie nieprzyjemnym spotkaniu było oczywiste, że
niczego się już od niej nie dowiemy, więc nie szukałam następnego
kontaktu - mówi dziś Liliana. - Do momentu wizyty na Szewskiej nie
wierzyłam w zabójstwo. Opowieści Bronka z prosektorium mogły być efektem
szoku, Maleszka krzyczący: "Ubecja zabiła Staszka" mógł
histeryzować. Ale w każdym, kto widział klatkę schodową na Szewskiej,
musiały się zrodzić wątpliwości. Gdy tam poszłam, były jeszcze widoczne
ślady krwi na posadzce. I na zdrowy rozum od razu było widać, że on nie
mógł spaść ze schodów w to miejsce, w którym go znaleźli. Zaczęłam mieć
wątpliwości.
Następnego dnia próbowałam w biurze ogłoszeń na Wiślnej zamieścić
nekrolog w lokalnej gazecie. To była sucha informacja: imię, nazwisko,
wiek i że zginął śmiercią tragiczną. Gdy podałam karteczkę z nazwiskiem
Pyjasa, zobaczyłam strach w oczach pani z biura ogłoszeń. Zabrała fiszkę
ze sobą, wyszła na zaplecze, a gdy wróciła, powiedziała bez słowa
wyjaśnienia, że takiego nekrologu nie mogą zamieścić w gazecie. Nie, bo
nie. W pozostałych dwóch gazetach było tak samo. Pomyślałam: "Coś tu nie
gra".
W środę notkę o pobitym na śmierć dysydenckim studencie w Krakowie
publikuje u dołu siódmej strony londyński "The Times". Z pięciu
opublikowanych zdań najważniejsze są dwa: "Ciało pana Stanisława Pyjasa
znaleziono w zeszłą sobotę w bloku mieszkalnym w innej części miasta,
niż mieszkał. Zmarł około czterech godzin wcześniej z powodu obrażeń
głowy".
Jeszcze bardziej lapidarny jest tego dnia krakowski "Dziennik Polski".
Opis śmierci Stanisława P., jak piszą tam o Pyjasie, to tylko trzy
zdania w kronice wypadków publikowanych na ostatniej stronie gazety:
"Według informacji KW MO w Krakowie (...) śmierć nastąpiła w wyniku upadku
ze schodów. Stwierdzono także u denata 2,6 promila alkoholu we krwi.
Dochodzenie prowadzi prokuratura".
Nikt w Krakowie w ten nieszczęśliwy wypadek nie wierzy. Profesor Karol
Estreicher odnotowuje w swoim dzienniku podawane z ust do ust informacje
i nastroje krakowskiej ulicy:
"Został zabity uderzeniem w tył głowy. Wywołano go nad ranem z domu
akademickiego i zwłoki zostały podrzucone. "Sprawca nieznany", chociaż
przesłuchiwana surowo i ostro młodzież i koledzy ze studiów rozpoznali,
że Milicji zależy na stwierdzeniach, że zmarły był degeneratem, że pił,
że był nienormalny. (...)
Wśród młodzieży panuje ogromne wzburzenie. Plotki, przesadzone
wiadomości. Kraków jest podminowany.
Na murach i rynnach przyklejane są żałobne kartki ogłaszające
nabożeństwo żałobne. Są one natychmiast zrywane przez Milicję. (...)
W Krakowie można spodziewać się rozruchów akademickich"7.
Czwartek, 12 maja 1977
Jacek Kuroń też w upadek ze schodów nie wierzy.
Przed południem zwołuje na Mickiewicza konferencję prasową z zachodnimi
dziennikarzami. Opowiada im o oględzinach zwłok dokonanych przez
Wildsteina, tajemniczej znajomej Pyjasa z Szewskiej, zakłamanej notatce
prasowej i oficjalnej, dość podejrzanej przyczynie zgonu - chłopak miał
się zakrztusić krwią płynącą z rozciętej wargi. Jego zdaniem Pyjas
został zamordowany przez Służbę Bezpieczeństwa, a ciało, w pośpiechu i niedbale, podrzucono na klatkę schodową i ułożono w miejscu, w którym w żaden sposób nie powinno się znaleźć, jeśli rzeczywiście spadł ze
schodów. Zresztą upadek z drugiego piętra narobiłby sporo hałasu, a żaden z lokatorów niczego nie słyszał. Żeby jednak uprawdopodobnić
wypadek, podrzucono plecak studenta pod drzwiami dziewczyny, do której
czasem przychodził8.
To samo Kuroń powtarza Krzysztofowi Bobińskiemu, dziennikarzowi "The
Financial Times", który o 14.15 dzwoni z Krakowa z prośbą o dalsze
szczegóły.
Dwudziestoośmioletni Bobiński to urodzony w Anglii syn polskich
emigrantów. Po ukończeniu historii na Oxfordzie trafił do największego
brytyjskiego dziennika finansowego i od 1976 roku jest jego
korespondentem w Warszawie. Miał szczęście, bo jesienią, po strajkach w Radomiu i Ursusie, powstała w Warszawie pierwsza jawnie działająca w komunizmie opozycyjna organizacja - Komitet Obrony Robotników. Jej
członkowie oświadczenia i apele podpisują własnymi nazwiskami, a w podziemnych gazetkach podają swoje adresy i numery telefonów. KOR broni
praw człowieka, krytykuje komunistyczne władze, wspomaga finansowo
robotników wyrzucanych z pracy, wydaje biuletyny i organizuje
konferencje prasowe dla zachodnich dziennikarzy. Czegoś takiego nie było
wcześniej w bloku wschodnim, więc wzbudza to duże zainteresowanie
brytyjskiego czytelnika i jest o czym pisać.
- Jacek Kuroń był ważnym źródłem informacji dla wszystkich
korespondentów w Warszawie i po prostu dzwonił, gdy miał coś ważnego do
przekazania - mówi Bobiński. - Tak też było w ten wtorek, gdy zadzwonił,
by powiedzieć, że w Krakowie zamordowany został współpracownik KOR-u.
Wiedziałem tyle, ile dowiedziałem się od Kuronia: że prawdopodobnie stoi
za tym milicja. Założyłem, że to prawda, ale nie miałem możliwości
potwierdzić. To pierwsze polityczne zabójstwo od powstania KOR-u, ważne
wydarzenie polityczne i przełomowy moment historii. Kraków buzował.
Pojechałem tam, by zobaczyć z bliska wybuch społeczny - i jak sobie
poradzi z nim władza.
Pierwsze kroki Bobiński kieruje na Franciszkańską, gdzie w pałacu
biskupim urzęduje waleczny kardynał Karol Wojtyła. Ale zamiast z kardynałem, spotyka się z jego sekretarzem. Ksiądz Stanisław Dziwisz
jest miły, ale na pytania dotyczące śmierci studenta nie odpowiada.
Zaprasza Bobińskiego na niedzielę do Bieńczyc, gdzie kardynał ma
uroczyście wyświęcić pierwszy kościół zbudowany w Nowej Hucie.
"Zobaczymy, co Jego Eminencja tam powie" - zachęca Dziwisz tajemniczo.
- Tylko że Wojtyła o Pyjasie w ogóle nie wspomniał - dodaje dziś
Bobiński. - Kościół mówił wtedy sporo o śmierci tego studenta, ale
bezpiecznie. Że odszedł, umarł, zginął, ale nigdy, że został zamordowany
- tłumaczy Bobiński.
Z Krakowa redaktor "The Financial Times" pamięta ciągnące na Szewską
tłumy, czarne flagi, gniewnych ludzi przed wejściem do kamienicy,
wiązanki kwiatów, płonące znicze, kobiety przekładające różaniec w palcach, szepty modlitw i atmosferę sanktuarium w sieni.
Na tarasie hotelu Cracovia spotyka się z chłopakiem, którego polecił mu
Kuroń. Wysoki, szczupły, długie włosy. Nazwiska nie pamięta, ale mógł to
być Maleszka. Chłopak mówi o determinacji i złości, która w nich
narasta, i zapowiada największą manifestację studencką od Marca '68.
Liliana Sonik pamięta z kolei, że zanim zdecydowali się na bojkot
juwenaliów, mieli mnóstwo wątpliwości i dwa najważniejsze pytania, na
które musieli sobie odpowiedzieć. Czy na pewno nie był to wypadek? Czy
nie zarzucą im, że politycznie wykorzystują śmierć kolegi?
I wtedy odezwał się Józek Ruszar. "Staszkowi się coś od nas należy, nie
zasłużył sobie, by jego śmierć została przemilczana" - powiedział.
Ale postanowili zapytać jeszcze Bronka Wildsteina, bo był najbliżej
Staszka. Od chwili jego śmierci waletował w Żaczku, spał w łóżku
przyjaciela, sporo pił, rzadko się budził, niewiele mówił i był
nieprzytomny z rozpaczy. Wysłali do niego Sonika. Wybudził Bronka i zapytał, co sądzi o bojkocie. Wildstein bąknął coś tylko pod nosem, a oni to burknięcie wzięli za zgodę.
Przygotowania trwają od czwartku, gdy do Krakowa dojechali wysłannicy
KOR-u: Bąkowski, Onyszkiewicz, Chojecki, Macierewicz. Mają wspierać
studentów i pilnować, by nie wpadli na minę. Są kilka lat starsi od tych
z Krakowa, zaprawieni w politycznych bojach, bardziej doświadczeni i bardziej nieufni wobec władzy. Każdy z nich ma za sobą polityczne
doświadczenie Marca '68, areszt, wyrok, odsiadkę, dziesiątki zatrzymań,
rewizji, przesłuchań i poszturchiwań.
Gdy docierają wieczorem na ulicę Tarnowskiego, do mieszkania Józefa
Ruszara, jest tam już sporo młodzieży. Ktoś wystukuje na maszynie tekst
ulotki. Trwa spór, jak najskuteczniej zatrzymać rozpoczynające się za
niecałą dobę juwenalia - największą, najhuczniejszą, najstarszą,
najbardziej radosną studencką imprezę w Polsce, wizytówkę
Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, przygotowywaną od wielu
miesięcy przez setki działaczy.
- Najbardziej bojowy był Ruszar, najbardziej spokojny i opanowany -
Sonik, reszta pełna grozy, a wszyscy wciąż w szoku po śmierci Staszka -
tak ich pamięta Paweł Bąkowski.
Zabawę mają powstrzymać czarne opaski, kokardy, chorągwie, moralna
presja i tysiące ulotek-klepsydr, których treść nocą uzgadniają
telefonicznie z Warszawą. Minimum słów - imię, nazwisko, że był
studentem piątego roku polonistyki, że zginął tragicznie, że msza za
jego duszę w najbliższą niedzielę. Najważniejsze przesłanie ma być
wydrukowane na samym dole kartki: "W związku z zamordowaniem naszego
kolegi Staszka Pyjasa apelujemy o nieuczestniczenie w imprezach
juwenaliowych. Prosimy wszystkich o udział w trzydniowej żałobie".
Piątek, 13 maja 1977
Na Stolarskiej u dominikanów swoją bazę ma Józef Ruszar, który kieruje
grupą kilkudziesięciu licealistów z duszpasterskiego kółka dyskusyjnego.
Dziewczyny z "Beczki" chodzą natomiast po sklepach i wykupują czarną
tkaninę. Ich mamy, ciocie i babcie szyją z tego żałobne opaski i flagi.
Chłopcy w tym czasie przygotowują listewki, na których te flagi trzeba
będzie osadzić.
Po południu rozpoczyna się zorganizowana przez Ruszara akcja okrywania
miasta kirem. Spiskowcy wykorzystują druty rozpięte w poprzek uliczek
przy rynku, na których wiszą zwykle miejskie ozdoby, i konspiracyjną
technikę z czasów ostatniej wojny. Z jednej strony czarnego płótna
zamocowana pinezkami listewka, z drugiej - półtorametrowy sznurek
zakończony kamieniem. Jedna osoba trzyma sukno zwinięte wokół listewki,
druga rzuca kamieniem. Sznurek okręca się wokół drutu i niełatwo to
wszystko zdjąć.
Czarne flagi muszą widzieć kolorowi przebierańcy, zmierzający wieczorem
w stronę Rynku.
Gdy o godzinie 21 na scenie przy wieży ratuszowej wiceprezydent Krakowa
Zygmunt Sakiewicz wręcza studentom klucze do miasta, trzysta metrów
dalej, w kościele Świętej Anny, trwa właśnie kolejne spotkanie
konspiratorów. Jest na nim trzydzieści, może czterdzieści osób, którym
Macierewicz tłumaczy podstawy konspiracyjnego bhp.
Akcja ulotkowa ma się zacząć w sobotę po południu. Na czterech rogach
Rynku Głównego staną warszawscy opozycjoniści - ruchome skrzynki z ulotkami. Będą oni chronieni przez studentów z czarnymi opaskami.
Kolporterzy będą odbierać ulotki ze skrzynek i rozdawać je przechodniom.
2. "Ukazanie się pierwszych ulotek na mieście - klepsydr oraz
"Oświadczeń" KOR-u w rejonach Dworca Głównego PKP, Rynku Głównego oraz
ulic: Floriańskiej, Sławkowskiej, Szewskiej, Solskiego, Anny,
Karmelickiej i w Miasteczku Studenckim w Krakowie. Kolportaż trwał do
późnych godzin wieczornych" - zapisano w dokumentach milicyjnych pod
datą 13 maja godzina 13.00
Po pierwsze: nikt nie może dać się złapać.
Po drugie: wszyscy mają trzymać się razem.
Po trzecie: przy próbie zatrzymania krzyczeć i wzywać pomocy. A gdy
zacznie się gromadzić tłum, mówić, że bezpieka chce zamordować kolejną
ofiarę.
Po czwarte: żądać od milicjantów legitymacji służbowych, numerów
identyfikacyjnych i nazwisk.
Gdy po naradzie wychodzą z kościoła, na ulicy Świętej Anny płynie już
radosny tłum przebierańców, którego nic prócz zabawy nie interesuje.
- Wtedy zwątpiłem, czy uda nam się to zatrzymać - mówi dzisiaj Bąkowski.
"Miasto podminowane - notuje w swoim dzienniku pisarz Jan Józef
Szczepański, który w piątek wieczorem spacerował po Krakowie. - Milicja
zdziera klepsydry Pyjasa. W niedzielę ma być msza żałobna. Rozwiesza się
juwenaliowe transparenty, tu i ówdzie krążą już grupki przebierańców,
ale nastroje napięte. Na Pędzichowie koło nas niechlujny transparent
"Śmiej się razem z nami". (...)
Na Szewskiej, przed bramą, w której znaleziono ciało, stał radiowóz
nadający beatową muzykę i odbywała się loteria fantowa"9.
Sobota, 14 maja 1977 roku
Pierwsze ulotki docierają do Krakowa porannym ekspresem. Przywozi je w dwóch wielkich torbach szkolny kolega Pawła Bąkowskiego - Jan Walewski.
Bąkowski odbiera je na dworcu i niesie do zakrystii kościoła Świętej
Anny, skąd wysyłane są do punktów kolporterskich.
Najważniejszy jest w Żaczku, w pokoju 518, gdzie ulotki przydzielane są
konkretnym osobom.
Według instrukcji Bąkowskiego mają być wkładane w witryny sklepów,
naklejane na przystankach autobusowych, wręczane przechodniom - ale tak,
żeby tekst przeczytało co najmniej kilka osób. ("W związku z zamordowaniem naszego kolegi Staszka Pyjasa apelujemy o nieuczestniczenie w imprezach juwenaliowych").
3. By utrudnić komunikację między Krakowem a resztą Polski, władza w sobotę 14 maja zawiesiła połączenia telefoniczne z Krakowem. Telegram
wysłany do Jacka Kuronia przez Jana Korowskiego
Na drugim piętrze kamienicy przy Grodzkiej 27, w mieszkaniu studentki
Liliany Batko nie zamykają się drzwi. W pokoju trwa niekończąca się
narada, a w kuchni gotuje się klej z mąki. Tym klejem studenci smarują
wielkie afisze namalowane w nocy przez studentów Akademii Sztuk
Pięknych, skrzykniętych przez Joannę Barczyk. Na szarym papierze pakowym
to samo co na ulotkach, tylko łagodniej, za to wielkimi, bijącymi po
oczach literami: ZGINĄŁ ŚMIERCIĄ TRAGICZNĄ", "PROSIMY O WSPÓŁUDZIAŁ W ŻAŁOBIE" i "APELUJEMY O NIEUCZESTNICZENIE W JUWENALIACH".
Pod naklejonymi na murach plakatami przechodnie składają kwiaty,
zapalają znicze i stają na chwilę, by wysłuchać komunikatu odczytywanego
przez młodych ludzi: "Okoliczności śmierci Stanisława Pyjasa wymagają
publicznego wyjaśnienia przez kompetentne organy władzy i pociągnięcia
do odpowiedzialności sądowej winnych zbrodni, bez względu na to, jakie
zajmują stanowisko".
- Prosimy o uszanowanie naszej żałoby - apelują do przechodniów
studenci.
Na Rynku są dwie estrady, przebierańcy, muzyka, tańce i wygłupy. Gdy
zbliżają się kolejni roześmiani studenci, doskakują do nich chłopcy
Ruszara, wtykają w ręce ulotki i opowiadają o zamordowanym koledze. To
zwykle wystarcza, by zniechęcić świętujących do dalszej zabawy i powrotu
do akademika, więc Rynek wypełnia się milczącą, żałobną masą, wokół
której krążą ciemne napoleońskie kapelusze. To gwardia juwenaliowa SZSP.
Tropią kolporterów ulotek i tych w czarnych opaskach, którzy pod
pretekstem żałoby chcą zepsuć zabawę studentom.
W nocy z soboty na niedzielę to właśnie oni usuwają kwiaty, znicze i wszystkie plakaty dotyczące tragicznej śmierci Stanisława Pyjasa. Nic to
nie daje, bo w mieszkaniu Lilianny Batko na Grodzkiej przyjaciele i znajomi Staszka powołują w tym czasie Studencki Komitet Solidarności im.
Stanisława Pyjasa. Tak ma się nazywać ta pierwsza, działająca jawnie,
studencka organizacja opozycyjna, stworzona po to, by wyjaśnić
tajemniczą śmierć ich kolegi.
Słowo "komitet" w nazwie zostało zapożyczone od KOR-u, ale "solidarność"
to ich własny pomysł.
- Oznaczało, że nikt nie będzie sam, że możemy liczyć na siebie, że
będziemy się wspierać i pracować razem. Słowo to wisiało w powietrzu,
często było używane przez kardynała Wojtyłę i stało się dla nas
inspiracją - mówi dziś Liliana Batko-Sonik. Nie pamięta jednak, kto to
słowo wtedy wymyślił.
Niedziela, 15 maja 1977
To, co dzieje się na Rynku Głównym, z okna pierwszego piętra Szarej
Kamienicy obserwuje szef komisji kultury zarządu krakowskiego SZSP i organizator juwenaliów - Waldemar Janda. Ma swoją siedzibę nad klubem
Pod Jaszczurami i stamtąd kieruje organizacją studenckiego święta, do
którego przygotowywał się przez rok. Ma dwadzieścia pięć lat, jest
absolwentem AGH (ukończony w 1976 roku wydział elektrotechniki,
elektroniki i fizyki atomowej) i może się pochwalić pasmem sukcesów
organizacyjnych. Ostatnio szefował zakończonemu w ubiegłym miesiącu
Festiwalowi Piosenki Studenckiej, którego laureatem został
dwudziestoletni student polonistyki - Jacek Kaczmarski. (Pamięta, że
Kaczmarski śpiewał piosenkę o młodych wilkach, uciekających przed
obławą).
O śmierci Stanisława Pyjasa dowiedział się od kolegi, Piotra
Szczerskiego, studenta polonistyki. Szczerski twierdził, że Staszka
zamordowało SB, i próbował namówić Jandę do odwołania juwenaliów i ogłoszenia żałoby.
- Nie mogliśmy tego zrobić - mówi dziś Janda. - Po prostu nie
wierzyliśmy, że został zamordowany. Nie był aż tak ważną postacią w opozycji, by władza miała ochotę ryzykować bunt społeczny z powodu
śmierci chłopaka, który otarł się o KOR.
Zresztą nie było żadnych dowodów na udział SB. Jeszcze przed
rozpoczęciem juwenaliów przyszedł do nas prokurator Henryk Sołga i wszystko wyjaśnił. Powiedział, że to był wypadek. Pijany Pyjas potknął
się i upadł tak nieszczęśliwie, że uderzył twarzą o betonową posadzkę,
zadławił się krwią i umarł z powodu uduszenia. Nie mieliśmy podstaw, by
mu nie wierzyć.
Gdy w niedzielę o dziewiątej rano w kościele Świętej Trójcy przy
Stolarskiej rozpoczyna się msza żałobna za duszę Stanisława Pyjasa,
dwieście metrów dalej, w siedzibie SZSP, dyżur przy teleksie rozpoczyna
Krzysztof Balon, wysyłający do Warszawy komunikaty z pola ideologicznej
walki.
"W tej chwili trwa Msza akademicka (...) ksiądz mimo zapewnień potępia
studentów że się bawią, gdy ich kolega zginął" - relacjonuje to, co się
dzieje w kościele, a potem wystukuje na klawiaturze to, co widzi przez
okno: "[P]rocesja luźna wyszła z Kościoła Dominikanów przez Rynek i Dominikańską na ul. Szewską, na końcu szła grupa z czarnymi flagami,
całość liczyła (...) ok. 2000 osób (...) nie wiemy, co zrobią dalej".
Kolejny teleks dotyczy Szewskiej:
"[A]pelowano do zebranych o upowszechnianie nastroju żałoby i zerwanie
Juwenaliów (...) by zebrać się o godz. 21 w trakcie finalnej uroczystości
koronacji najmilszej [studentki] w celu jej zbojkotowania".
4. "Tuż po zakończeniu nabożeństwa na ul. Grodzkiej w pobliżu Rynku
gromadzą się tłumy. Jest poczet sztandarowy - 15 czarnych flag. Ludzie
ruszają za nimi, formując się w pochód. Po okrążeniu Rynku, manifestanci
wchodzą w ul. Szewską, gdzie wisi transparent "Święto Uniwersytetu
Krakowskiego". Na krawężnikach gromadzą się mieszkańcy. Spokój,
milczenie, powaga". Od lewej w pierwszym rzędzie idą: NN, Mirosław
Swatek, Jerzy Geresz, Jan Piotr Jarosz, NN, Paweł Bąkowski; w drugim
rzędzie pierwszy od prawej Jerzy Budyń
Po chwili kolejny: "[O]becnie istnieją dwa punkty, gdzie gromadzą się
ludzie mianowicie na Sukiennicach (...) i przy "kapliczce" na Szewskiej
odczytuje się tam odezwę KOR i podaje "okoliczności" śmierci Pyjasa (...)
na Rynku pod Sukiennicami jest ok. 50 osób (...) na Szewskiej około
150-200 osób, które też się wymieniają. (...) Ludzie się rozchodzą,
zresztą pada deszcz organizatorzy jednak stoją cały czas z czarnymi
flagami (...)
Nastroje w porządku. Aktyw dzielny. Trzymamy się"10.
* * *
Wieczorem jest jeszcze więcej ludzi. Cała Szewska wypełniona po brzegi.
Są czarne flagi, świece i znicze. Stąd wielotysięczny tłum wyrusza w kierunku Wawelu. Tylko że wejścia na Rynek strzeże kordon ludzi
trzymających się za ręce. Więc ci, którym nie udało się przedrzeć, robią
w tył zwrot i docierają na Wawel przez Planty. Na placu Świętego Idziego
na odwróconym koszu na śmieci stoi Józef Ruszar, odczytujący deklarację
założycielską Studenckiego Komitetu Solidarności (z nazwy w ostatniej
chwili wycięte zostało nazwisko Pyjasa).
"W odpowiedzi na wstrząsający fakt zabójstwa zrodziła się wśród
studentów krakowskich spontaniczna inicjatywa zbojkotowania imprez
juwenaliowych. Żałoba studentów i mieszkańców Krakowa była wielokrotnie
naruszana przez funkcjonariuszy SB i SZSP. (...) Tym samym SZSP straciło
ostatecznie moralne prawo do reprezentowania środowiska studenckiego.
Dlatego (...) powołaliśmy Studencki Komitet Solidarności dla zainicjowania
prac nad stworzeniem autentycznej i niezależnej organizacji
studenckiej"11.
Najwięcej w oświadczeniu jest o śmierci Pyjasa i o tym, że trzeba ją
wyjaśnić, pociągnąć do odpowiedzialności winnych i ukarać tych, którzy
sprofanowali żałobę ("bez względu na to, jakie zajmują stanowisko").
Pod deklaracją podpisało się z imienia i nazwiska dziesięcioro
studentów, m.in. Lesław Maleszka, Andrzej Balcerek, Liliana Batko,
Bogusław Sonik, Józef Ruszar i Bronisław Wildstein. Spoza Uniwersytetu
Jagiellońskiego jest tylko Joanna Barczyk - studentka Akademii Sztuk
Pięknych.
W "The Financial Times" Krzysztof Bobiński pisze następnego dnia o tysiącach ludzi, którzy przyszli opłakiwać tragicznie zmarłego studenta
z Krakowa. Ale także o nierozstrzygniętym sporze, czy zginął pijany,
spadając ze schodów, jak twierdzi władza, czy raczej został zabity przez
komunistycznych zbrodniarzy w odwecie za swoją polityczną działalność,
jak uważają jego koledzy.
- Ten znak zapytania sprawił, że ta śmierć nie poruszyła świata - mówi
dziś Bobiński. - Bo ileż razy można roztrząsać, czy został zamordowany?
Nie było na to jednoznacznych dowodów, nikt nie był niczego pewny, a władza powtarzała, że był to tylko nieszczęśliwy wypadek.
Zainteresowanie zachodnich mediów śmiercią Pyjasa kończy się w niedzielę
późnym wieczorem, po odśpiewaniu przez manifestantów pod Wawelem
kościelnej pieśni Boże, coś Polskę.
Następnego dnia świat chce się dowiedzieć, co stało się z liderami
Komitetu Obrony Robotników - Jackiem Kuroniem, Adamem Michnikiem,
Sewerynem Blumsztajnem i Janem Lityńskim, którzy zostali zatrzymani na
Dworcu Centralnym w Warszawie, gdy w sobotę wieczorem wyjeżdżali na mszę
żałobną do Krakowa.
- I na tym skupiła się nasza uwaga - mówi Bobiński.
Śledztwo (1)
Ze starych meldunków, zeznań, milicyjnych notatek, wycinków prasowych i rozmów próbuję odtworzyć to, co się wydarzyło 7 maja 1977 roku.
Sobota, 127. dzień roku; słońce wzeszło o 4.51, zajdzie o 20.13.
Dzień był chłodny i pochmurny: zachmurzenie umiarkowane, wiatr słaby i umiarkowany, północno-zachodni, temperatura od 13°C do 16°C, w nocy od
3°C do 7°C (według krakowskiego biura prognoz Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej).
Londyn przygotowywał się do koncertu finałowego XXII konkursu Eurowizji
(wygra go Marie Myriam z Francji), Warszawa do obchodów 32. rocznicy
rozgromienia "hitlerowskiego faszyzmu" (zgodnie z rozkazem ministra
obrony narodowej zostaną oddane 24 salwy armatnie), a Kraków do meczu
Wisły z Szombierkami Bytom (Wisła wygra 3 : 1, a dwie bramki strzeli
Zdzisław Kapka).
Tego dnia rano o 6.57 z mieszkania na trzecim piętrze przy Szewskiej 7
wyszedł dwudziestoczteroletni inżynier Stanisław Pagacz, zatrudniony na
stanowisku referenta krakowskiego Zakładu Opakowań Blaszanych. Gdy
zszedł na dół, zobaczył chłopaka leżącego przy schodach. Mężczyzna był
ubrany w niebieską marynarkę i ciemne spodnie. Leżał na brzuchu, z rękami wyciągniętymi wzdłuż tułowia, wciśnięty między ścianę a posadzkę.
Pagacz chciał go wybudzić, ale ciało było bierne i bezwładne. Gdy
zauważył zakrwawioną brodę, próbował wyczuć puls, a kiedy go nie
znalazł, pobiegł do automatu telefonicznego pod Sukiennicami, by wezwać
milicję.
Po latach pamiętał głównie nienaturalne ułożenie ciała.
"Położenie ciała S. Pyjasa wskazywało, że nie mógł on spaść ze schodów
(...), gdyż niemożliwe jest, aby po takim upadku kończyny były tak
równolegle, wzdłuż tułowia ułożone - pisał. - A ponadto ciało S. Pyjasa
usytuowane było w takim miejscu, że nad jego głową przebiegał kolejny
(prostopadły do ściany, wzdłuż której leżał) odcinek schodów w odległości około 40 cm od ich krawędzi. Oznacza to, że spadając musiałby
on o coś zahaczyć, aby ciało jego zostało podrzucone i spadło właśnie
pod ten odcinek schodów. Wówczas jednak na pewno nie leżałby tak, jak
leżał"12.
5., 6. Oględzin miejsca znalezienia zwłok na Szewskiej dokonał inspektor
wydziału kryminalnego komendy dzielnicowej Kraków Śródmieście Sylwester
Wiśniewski. Przesłuchiwany 45 lat później zeznał, że był wtedy
przekonany, iż Pyjas zginął na skutek upadku ze schodów.
Zdjęcia operacyjne zwłok Stanisława Pyjasa
O 7.07 dyżurny Komendy Wojewódzkiej Milicji zapisał w książce zdarzeń
zgłoszenie numer 8148: "W bramie budynku leży człowiek - nie daje znaku
życia". I wysłał na miejsce jednostkę 09 - czyli radiowóz z dwoma
milicjantami, sierżantami Henrykiem Noszczykiem i Czesławem Żurkiem. To
oni przekazali kolejny meldunek o wezwaniu karetki pogotowia. Zespół
ratunkowy z ulicy Łazarza przyjechał o 7.15 w składzie: kierowca,
sanitariusz, pielęgniarka i lekarka. Doktor Marianna Głogowska
zapamiętała półmrok i wiszących na poręczach sąsiadów. Denat leżał na
lewym boku pod ścianą, twarzą do posadzki. Kazała go obrócić. Wtedy
zauważyła gęstą brodę sklejoną zakrzepłą krwią. Widziała też zapadniętą
żuchwę, więc pomyślała, że być może została złamana. Nie zauważyła na
ciele plam opadowych ani stężenia pośmiertnego. Denat miał zimne
kończyny, ale korpus utrzymywał jeszcze ciepło, co świadczyło o tym, że
zgon nastąpił nie tak dawno, najwyżej kilka godzin wcześniej. Dokładnej
godziny śmierci nie potrafiła jednak wskazać. Tak jak przyczyny zgonu.
"Znaleziony w klatce schodowej bez oznak życia"13 - zapisała na
skierowaniu do Zakładu Medycyny Sądowej.
Dopiero po odjeździe karetki sierżant Noszczyk przeszukał kieszenie
denata. W górnej marynarki znalazł dowód osobisty, książeczkę wojskową i kartę biblioteczną. Poczytał i poszedł przekazać dyżurnemu kolejny
meldunek. Dyżurny zapisał w książce interwencji, że NN z Szewskiej
nazywa się "Tyjas Stanisław".
Gdy na miejsce dotarł dwudziestoośmioletni inspektor Sylwester
Wiśniewski z wydziału kryminalnego komendy dzielnicowej Kraków
Śródmieście, ciało leżało na wznak i było przykryte papierem pakowym,
który ktoś przyniósł z pobliskiej cukierni Kropka.
"Zwłoki ubrane są: w spodnie i kurtkę z materiału Teksas: koloru
szaro-niebieskiego, koszulę: koloru żółtego, półbuty koloru brązowego,
skarpety koloru niebieskiego. (...) Garderoba denata nie uszkodzona i nie
nosi śladów, które mogłyby świadczyć o stoczonej bójce lub
pobiciu"14 - zanotował Wiśniewski. - "[D]olne kończyny lekko
rozchylone, stopy rozwarte na zewnątrz. Lewa górna kończyna odchylona
jest od tułowia pod kątem prostym, lekko ugięta w stawie łokciowym,
dłonią skierowana w kierunku ściany (...). Prawa ręka lekko odchylona od
tułowia (...). Głowa potylicą spoczywa na posadzce. Twarz w okolicy brody,
lewego policzka, lewego oczodołu, lewej skroni pokryta skrzepłą krwią. W okolicy głowy (...) widoczna jest plama koloru brunatnego o kształcie
nieregularnym"15.
Około ósmej do zespołu śledczego dołączył dochodzeniowiec Jan Rusek i technik kryminalistyczny Zygmunt Supernak. Rusek zajął się
przygotowaniem protokołu oględzin zwłok, a Supernak dokumentacją
fotograficzną klatki schodowej i zmarłego. (To właśnie jego zdjęcia są
od trzydziestu lat wykorzystywane w tysiącach publikacji poświęconych
Stanisławowi Pyjasowi).
Sylwester Wiśniewski przemierzał kolejne piętra kamienicy, przepytując
lokatorów, czy nie zauważyli w nocy czegoś niepokojącego.
Pod piątką na pierwszym piętrze mieszkała samotna emerytka Waleria
Derewacz. Okno jej sypialni wychodziło na klatkę schodową, więc, jak
twierdziła, słyszała każde skrzypnięcie schodów i każde kliknięcie
włącznika światła na korytarzu. Ale tej akurat nocy nic nie wzbudziło
jej niepokoju. Tylko o 2.45 (spojrzała wtedy na zegarek) obudził ją
jakiś hałas. "Przypuszczałam, że coś się na klatce schodowej spadło,
określam to jako upadek z wysokości - mógł to być tynk lub kawałek
muru"16 - tak opisała ten dźwięk Wiśniewskiemu.
Pod numerem 6a, na drugim piętrze, mieszkał rencista Mieczysław Czubak.
Usłyszał tej nocy coś dziwnego: ktoś nacisnął klamkę do jego mieszkania
i uchylił lekko drzwi, aż stawiły opór. Szerzej nie mógł ich otworzyć,
bo zabezpieczone były łańcuchem. Wtedy cicho je zamknął i się wycofał.
"Tak jakby pomylił drzwi" - powiedział Czubak i przyniósł Wiśniewskiemu
płócienny, zielony chlebak, który znalazł rano pod drzwiami sąsiadki.
Wiśniewski zajrzał do środka - zobaczył tam jakąś książkę, zeszyt z notatkami i plik zszytych kartek papieru, zatytułowany Konstytucja.
"Ale gdy znalazłem w torbie tą "konstytucję", to uznałem, że sprawą
powinni zająć się mądrzejsi ode mnie"17 - zeznał w prokuraturze.
Wywołał przez radiotelefon dyżurnego milicji i poprosił o wsparcie. Na
Szewską przyjechali wtedy: prokurator Teresa Mąka z prokuratury Kraków
Śródmieście, doktor Jan Kołodziej z Zakładu Medycyny Sądowej oraz
mnóstwo milicjantów i esbeków.
Uwaga śledczych skupiła się na dwudziestopięcioletniej studentce
geografii Barbarze Paneczko spod szóstki, córce emerytowanego majora
milicji. Mieszkała sama, ale czasami odwiedzali ją koledzy ze studiów.
Tak powiedzieli milicji jej sąsiedzi. I to pod jej drzwiami Czubak
znalazł zielony chlebak tego chłopaka leżącego na dole.
O 8.50 zaczęło się pierwsze z dziesiątków przesłuchań Barbary.
Milicjanci sprowadzili ją na parter i kazali rozpoznać denata.
Przypomniała sobie, że miał na imię Stanisław, ale twierdziła, że nie
zna nazwiska. Mówiła, że poznała go dwa lata wcześniej, kiedy przyszedł
do jej mieszkania z Bronkiem Wildsteinem. (Wildsteina znała, bo uczyli
się w tej samej klasie w liceum). Brodatego Stanisława widywała czasami
na mieście w towarzystwie kolegi Wildsteina. Ale kiedyś przyszedł do
niej wieczorem sam. Był mocno pijany i go spławiła. To było półtora roku
temu. Potem już nigdy go nie widziała.
Ostatniej nocy nic nie słyszała, nic nie widziała. Uczyła się do późna,
a potem zgasiła światło i zasnęła. Rano obudzili ją dobijający się do
drzwi milicjanci. Wtedy dowiedziała się, że ktoś leży na dole.
Śledczy jej nie uwierzyli. Przypuszczali, że Pyjas mógł być w jej
mieszkaniu, dlatego zarządzili przeszukanie. Żadnych śladów jego
bytności tam nie znaleźli.
Podporucznik Jan Rusek szczegóły swojej wizyty na Szewskiej opisał w raporcie, który sporządził po powrocie na komisariat. To on pierwszy,
jeszcze zanim pojawiły się wyniki sekcji zwłok, postawił tezę o upadku
ze schodów. ("Posiadał obrażenia głowy, które najprawdopodobniej
powstały wskutek upadku z wysokości, tzn. ze schodów na beton"18).
Żadnych wątpliwości nie miał też drugi z milicjantów wezwany na Szewską
- Sylwester Wiśniewski. Przesłuchiwany w 2012 roku zeznał, że podczas
oględzin klatki schodowej zwrócił uwagę na bardzo nisko osadzone poręcze
przy schodach. Sięgały mu uda, więc sam bardzo ostrożnie poruszał się
tam, żeby nie spaść. Ta niska poręcz i pozostawiony przy drzwiach na
drugim piętrze chlebak ostatecznie przekonały go, że Pyjas mógł spaść z wysokości.
"[P]atrząc na zwłoki tego mężczyzny (...), byłem przekonany, że (...)
zginął na skutek upadku ze schodów, choć nie można wykluczyć, że został
wypchnięty"19 - dodał.
Jeszcze tego samego dnia milicja wysłała do krakowskiego Zakładu
Medycyny Sądowej plutonowego Kubasa, który dotarł tam w trakcie badania
ciała i rozmawiał z przeprowadzającym sekcję doktorem Janem Kołodziejem.
Po spotkaniu sporządził notatkę, w której napisał, czego się dowiedział:
obrażenia nie były śmiertelne, Pyjas zmarł po godzinie z powodu
zachłyśnięcia się krwią i miał w chwili śmierci 2,6 promila alkoholu we
krwi.
"Na podstawie przeprowadzonej sekcji nasuwa się wniosek, że Pyjos [tak
plutonowy zapisał nazwisko ofiary] doznał obrażeń na skutek uderzenia
(nie wyklucza się działania osób trzecich) lub też upadku - utraty
równowagi na skutek wypitego alkoholu"20 - zanotował Kubas.