Kogo nie przyjmować w domu
Wiesław Górnicki ma sprężynę w brzuchu. "Mieć sprężynę w brzuchu" oznacza w żargonie dziennikarskim wysoki komplement. Wystarczy tę sprężynę nakręcić i dziennikarz lata jak fryga, sypie iskry z pióra i wyje jak syrena alarmowa. Kiedy Wiesław Górnicki wsiądzie na temat, to siedzi w nim jak Kozak w siodle. Nic nie jest w stanie wytrącić go z galopu, dopóki nie zacwałuje tematu na śmierć.
Dlatego trzeba czytać Wiesława Górnickiego, ponieważ to, co pisze, zawsze staje się ważne. Nie JEST WAŻNE, bo Górnicki potrafi także pisać o tematach całkiem nieważnych, ale STAJE SIĘ WAŻNE, ponieważ napisał o tym Górnicki - z wielkim rozmachem, ostro, efektownie, uruchamiając swoją, umieszczoną w brzuchu, stalową sprężynę.
Górnicki nie uznaje półśrodków i jest jak bokser, który boksuje "w linii": idzie do przodu z pochyloną głową i widzi przed sobą tylko przeciwnika, którego postanawia zmasakrować. Jeśli przeciwnik uskoczy z linii ataku, Górnicki pruje straszliwymi ciosami powietrze, jeśli dochodzi do zwarcia - otrzymuje zazwyczaj ostrzeżenie za bicie głową. Przed paroma laty Górnicki napisał słynny artykuł o Polonii amerykańskiej, po którym to artykule obraziła się nie tyle zmieszana z błotem Polonia, ile sporo ludzi w kraju. Później szlagierem Górnickiego był artykuł o "chochołach", w którym dowodził, że władzę mamy pierwszorzędną, tylko społeczeństwo do niczego, ogarnięte chocholim tańcem. W publicystyce Górnickiego emocja zawsze brała górę nad rozsądkiem i podziwiam w nim człowieka, który parę razy do roku potrafi wprawić się w stan najwyższego emocjonalnego iskrzenia.
W ubiegłą niedzielę, 19 sierpnia, Górnicki opublikował w "Życiu Warszawy" artykuł pod tytułem Geografia wstydu, traktujący o polskich uczestnikach wycieczek zagranicznych, którzy wykorzystują dobrodziejstwa turystyki w tym celu, aby trudnić się "handlem naręcznym" na podejrzanych bazarach europejskich stolic, a także sugerujący, że istotny statystycznie procent naszych turystek handluje nie tylko "żubrówką", ale czym tam która ma, do tego stopnia, "że wśród bezżennych tuziemców wieść o przyjeździe jakichkolwiek Polek rozchodzi się tak zwanym "lotem błyskawicy"". Artykuł Górnickiego wywarł na czytelnikach "Życia Warszawy" piorunujące wrażenie. Myślę, że połowa spośród nich poczuła się poszkodowana na honorze narodowym, podczas gdy drugą połowę, razem z Górnickim, oblał rumieniec wstydu.
Zastanawiam się, czy artykuł podobny mógłby przyjść do głowy jakiemukolwiek publicyście w jakimkolwiek innym kraju? W RFN widuje się na dworcach tabuny jugosłowiańskich i tureckich "gastarbeiterów" sprawiających wrażenie najczarniejszego wielkomiejskiego lumpenproletariatu, wystających przed barami lub tłoczących się przy wejściu do lupanarów, nie spotkałem jednak ani jednego dziennikarza jugosłowiańskiego (nie mówiąc już o tureckich, których w sumie, jak obliczyłem, znam trzech), który chodziłby z tej racji pąsowy ze wstydu i nie śmiał spojrzeć ludziom w oczy, chociaż w gruncie rzeczy miałby może i większy powód, ponieważ zjawisko owych "gastarbeiterów" ma jednak coś wspólnego z sytuacją ekonomiczną jego kraju. W Ameryce, jak wiadomo, jądro świata przestępczego stanowią "mafiosi" przybyli z Włoch, ale u żadnego znajomego Włocha nie zdołałem się dopatrzeć zawstydzenia z tej właśnie racji. Wreszcie w każdym szanującym się domu publicznym świata musi być jedna pensjonariuszka będąca Francuzką lub udająca Francuzkę, nie czytuje się jednak jakoś na ten temat zdenerwowanych esejów na łamach "Le Monde" lub "Le Nouvel Observateur".
Czy świadczy to o tym, że w nacjach tych wystygło żywe ognisko dumy i godności narodowej, które w nas pragnie podsycić swoim artykułem Wiesław Górnicki? Nie przypuszczam. Myślę natomiast, że zastanawiające milczenie na temat hańby spotykającej Turków, Jugosłowian, Włochów czy Francuzów bierze się stąd, że nikt przytomny nie zgodzi się na utożsamienie swego narodu z lumpem, gangsterem, dziwką dlatego tylko, że mówią jednym językiem. Górnicki przytacza nazwisko jakiejś Kamili Jaworskiej z Nowej Huty, która jeżdżąc na wycieczki zagraniczne przemyciła 197 piłek do metalu i ileś tam pudełek kremu "Nivea". Jest to fakt pożałowania godny, ale co mnie, na Boga, ma łączyć z Kamilą Jaworską z Nowej Huty? Że podróżujemy z takim samym paszportem?
W każdym społeczeństwie, w każdym narodzie mieści się ziarno obok plewy, szumowina obok ludzi przyzwoitych. Nie lubię, kiedy się moją godność narodową i osobistą oddaje w dzierżawę jakimś Kamilom Jaworskim, które handlują w branży metalowo-kosmetycznej, lub jakiejś "pani Grażynce", która podobno handluje sobą.
Górnicki powiada, że owi handlujący czym popadnie turyści stanowią 8-10 procent wycieczek zagranicznych. Nie jest to mało, chociaż nie znam procentu handlujących turystów szwedzkich, jugosłowiańskich czy niemieckich. Sądząc po zaopatrzeniu komisów, zwłaszcza w naszych miastach portowych i turystycznych, nie jest on o wiele mniejszy. Sedno jednak zagadnienia nie leży wcale w tym, że, jak pisze Górnicki: "Polska jest krajem, gdzie część obywateli wpadła na pomysł uprawiania turystyki zagranicznej nie tylko za darmo, ale jeszcze z sowitym zyskiem." Sedno zagadnienia leży w tym, jak sądzę, że Polska jest krajem, gdzie wyjeżdżający na kongres naukowy uczony po przekroczeniu granicy zredukowany zostaje do rangi skauta, tropiącego, gdzie można posiedzieć nic nie płacąc, gdzie można zjeść za grosze i przenocować za ćwierć dolara. Gdzie wykonuje on tysiące manewrów, jak by tu nie zapłacić za kawę, którą wypił ze swoim zagranicznym kolegą, nie mówiąc już o tym, że nawet przez myśl mu nie przejdzie, aby mógł owego kolegę zaprosić na obiad do restauracji i nie musiał nazajutrz wyjeżdżać do kraju.
Paradoks sytuacji, która dała Górnickiemu asumpt do jego artykułu, polega więc na tym, że Kamili Jaworskiej z Nowej Huty z wielkim jedynie trudem możemy przeciwstawić normalnych, szanujących się Polaków, dla których wyjazd za granicę nie oznacza automatycznie przeniesienia w inny świat - z kraju, gdzie mogą być gościnni, korzystać z taksówek, wejść do restauracji czy do teatru, do świata, gdzie ich zasoby finansowe nie pozwalają im nawet na połowę tej normalności.
Turystycznych "naręcznych" - jak ładnie mówi Górnicki - handlarzy prędzej czy później wyeliminuje normalizacja naszego obrotu handlowego. Bo niby dlaczego jakaś paniusia z Nowej Huty, a nie państwowa centrala, ma eksportować piłki do metalu lub krem "Nivea", skoro jest na to taki popyt?
Już dzisiaj polityka importowa państwa podcięła skrzydła przemytniczemu handelkowi prowadzonemu w odwrotną stronę - z zagranicy do Polski - i mało komu opłaca się przemycać do kraju bluzeczki, majtki, świecidełka, które można kupić w domach Centrum. Być może więc szlaki handlarzy, o których pisze Górnicki, powinny stać się przedmiotem badań handlu zagranicznego, jako wskazówki dla eksportu?
Natomiast problemem, nad którym warto się naprawdę zastanowić, jest stworzenie sytuacji, w której wyjazd zagraniczny "panny Grażynki" różnić się czymś będzie od wyjazdu członka Akademii Nauk. Nie twierdzę - i nie postuluję tego bynajmniej - aby państwo miało mu za ten wyjazd sowicie płacić; trzeba mu jedynie stworzyć możliwości, aby zapłacił sobie sam. I wówczas niech się wstydzi, jeśli niechęć do zapłacenia zetknie go gdzieś na jakimś bazarze z panią Jaworską. Nie za nią. Za siebie.
W jednym bowiem Górnicki ma rację. Wówczas kiedy pisze, że nam w najwytworniejszych niekiedy towarzystwach nie wstyd się przyznać, że sprzedało się za granicą litr spirytusu. Że po prostu za słabo działa opinia odgradzająca owe 8-10 procent wyjeżdżających od reszty. Tylko że Górnicki sam ich nie odgradza, lecz każe nam się za nich rumienić, zamiast po prostu nie przyjmować w przyzwoitych polskich domach. A solidaryzować to się mogę z Kościuszką, niekoniecznie zaś z ośmioma procentami turystów "Orbisu". Po co więc zaraz łamać krzesła?
2 IX 1973 r.