Morderstwo, w wyniku którego śmierć
poniosło pięć osób, miało miejsce mroźną nocą 1928 roku w Valensole,
spokojnej miejscowości w regionie Alp Górnej Prowansji, otulonej
niebieskawymi polami lawendy i połyskującej złotem pszenicy. Narzędziem
zbrodni były broń palna, noga od krzesła oraz, wyjątkowo makabryczny i wstrząsający detal, ceramiczna wygrzewalnica - kafel, który wkładało się
pod kołdrę przed wejściem do wyziębionego łóżka.
Wszystko wydarzyło się dokładnie 2 grudnia 1928 roku w gospodarstwie des
Courrelys, zwanym potem "krwawym gospodarstwem". Upłynął niemal wiek,
ale można odnieść wrażenie, jakby to było wczoraj... Na cmentarzu w Valensole z kamienia nagrobnego do dzisiaj spoglądają na nas zastygłe na
owalnych fotografiach twarze ofiar: Adrien Richaud, lat czterdzieści
sześć, o finezyjnie podkręconym wąsie; Antonia Richaud, lat czterdzieści
jeden, o ciepłym spojrzeniu; ich dzieci Clément i Roger Richaud, lat
jedenaście i lat trzy; wreszcie Auguste Amaudric, lat pięćdziesiąt
jeden, służący.
Wszyscy patrzą na nas z niemym pytaniem w oczach: dlaczego my? Czym
sobie na to zasłużyliśmy? Niczym. Absolutnie niczym. Ta tragedia równie
dobrze mogła spotkać mieszkańców sąsiedniego gospodarstwa. Przypadkowy
charakter tego morderstwa jeszcze przez długi czas będzie napawać lękiem
lokalną społeczność.
Analizując przebieg wydarzeń, niejednokrotnie miałem wrażenie, że
znajduję się w samym środku jakiegoś przerażającego koszmaru. Ale to nie
sen, lecz fakty. To naprawdę się wydarzyło. A ja spróbuję wam o tym
opowiedzieć, nie szczękając zbytnio zębami.
PIERWSZE CIAŁO ODKRYTE POD PLANDEKĄ
5 grudnia 1928 roku: pierwszą osobą na miejscu tragedii będzie Armand
Mégy, chłopak niewiele starszy od pierwszego z synów Adriena i Antonii,
Clémenta; to on podniesie alarm.
Dochodzi piętnasta. Wprawdzie powietrze jest przenikliwie zimne, ale nad
równiną rozpościera się cudownie błękitne niebo. Nikt w Valensole nie
niepokoi się tym, że od dwóch dni nie widziano Richaudów. Nic dziwnego:
kiedy ściska tak siarczysty mróz, ludzie zaszywają się w swoich domach i grzeją nogi przy kominku.
Zresztą kilka dni wcześniej Clément przeziębił się i dostał przykaz
leżenia w łóżku. To dlatego jego młody kuzyn, mieszkający w sąsiednim
gospodarstwie Armad Mégy, postanawia go odwiedzić w porze podwieczorku.
Chce się oczywiście dowiedzieć, jak się miewa Clément, przede wszystkim
jednak ma nadzieję, że jeśli kuzynowi się poprawiło, uda im się wspólnie
pobawić. Zimą dni straszliwie się dłużą. Pierwsze, co uderza Armanda,
kiedy dochodzi do gospodarstwa, to zamknięte okiennice. Ochrona przed
zimnem? "Clément! Clément! Jesteś tam? Pobawimy się razem?" - krzyczy.
Nikt mu nie odpowiada. Być może cała rodzina poszła do sadu migdałowego,
żeby doglądać drzewek, z których uprawy czerpie znaczne zyski. Tak,
pewnie tak, bo dom wydaje się opustoszały. "Trudno - mówi sobie Armand w drodze powrotnej - co ma wisieć, nie utonie. Wrócę jutro".
Ale kiedy chłopak wraca do gospodarstwa kuzyna następnego ranka,
okiennice wciąż są zamknięte. I wciąż ta dziwna cisza, teraz jeszcze
bardziej dojmująca. Armand chce mieć czyste sumienie: biegnie w stronę
sadu, żeby sprawdzić, czy w oddali nie dojrzy rodziny Richaudów przy
migdałowcach. Żywej duszy. W zagrodzie zwierząt? Też nikogo.
Armand, z walącym sercem, jeszcze raz obchodzi gospodarstwo. Gdzież oni
się wszyscy podziali? Nagle zatrzymuje go głuchy, nieokreślony dźwięk
dochodzący zza drugiego budynku gospodarczego. Co to? Armand podochodzi
bliżej. Na widok starego psa stróżującego chłopak czuje niemal ulgę. Sęk
w tym, że zwierzę wygląda mizernie: popiskuje i nie rusza się z miejsca.
Normalnie pies podbiegłby do niego, merdając ogonem, i wepchnąłby ciepły
pysk w jego dłonie; teraz wydaje się dosłownie uziemiony. Coś jest nie
tak. Armand, który wychował się na wsi, wie coś na ten temat. Zwierzęta
mają nosa do kataklizmów, wyczuwają je, zanim jeszcze ludzie się
zorientują. To one podnoszą alarm. Wtedy Armand dostrzega plandekę
leżącą tuż obok psa. Zwierzę wydaje się pilnować jej kątem oka. Pod nią
rysuje się jakiś kształt. Kształt, który do złudzenia przypomina...
ludzkie ciało? W jednej chwili przez głowę Armanda przewijają się obrazy
jakby żywcem wyjęte z horroru. Chłopak wpada w panikę. Nie potrafi się
zdobyć na podniesienie plandeki. Kto by potrafił? Biegnie po pomoc.
Szybko natyka się na jednego z sąsiadów, Guicharda, który idzie z Armandem zobaczyć, co się stało. Kiedy mężczyzna podnosi plandekę,
uginają się pod nim nogi. Przerażony, szybkim gestem zasłania oczy
chłopca. Pod prymitywną, zawilgoconą plandeką leży martwy Adrien
Richaud. Uderzenia były tak brutalne, że zniekształciły głowę
nieszczęsnego mężczyzny. Jego twarz jest wręcz nierozpoznawalna. Ciało
ukryto naprędce. Wszystko musiało dziać się bardzo szybko. Między nogami
trupa leży lampa: najprawdopodobniej mężczyzna został zamordowany nocą.
Może robił obchód po gospodarstwie, bo usłyszał podejrzane dźwięki?
Wyszedł zaniepokojony obecnością nieproszonych gości?
Dochodzi południe, kiedy na posterunek żandarmów w Valensole wpada
roztrzęsiony Guichard: "Szybko, stało się coś potwornego w gospodarstwie
des Courrelys! Nie wiemy, co dokładnie, ale nie wygląda to dobrze.
Adrien Richaud został zamordowany!". Całe Valensole jest wzburzone. Na
miejsce w pośpiechu udają się żandarmi, ale też mer, lekarz i sędzia.
NA MIEJSCU ZBRODNI KREW I NIEOPISANY BAŁAGAN
Żandarmi zaczynają rekonstruować przebieg tej przerażającej tragedii od
razu po wejściu na teren gospodarstwa, odkrywszy zmaltretowane zwłoki
Adriena Richauda. Gospodarz został postrzelony w szyję, przypuszczalnie
od tyłu, gdy wchodził na drabinę prowadzącą na szczyt stodoły. Pomimo
rany musiał zaciekle się bronić. Dowodzą tego liczne ślady uderzeń na
jego twarzy oraz zerwany kapelusz, wiszący teraz na drucie pobliskiego
ogrodzenia.
Ale co z resztą rodziny? Czy spotkał ją ten sam los? Nie ma ani sekundy
do stracenia. Jeden z żandarmów wybija szybę na parterze domu.
Wszystkich natychmiast uderza bijący z wnętrza fetor. Pierwszy z mężczyzn, który wchodzi do środka, omal nie potyka się o trupa
blokującego przejście. To Amaudric, służący: leży skulony z rękami nad
głową, jakby starał się osłonić dom przed niebezpieczeństwem. Żandarmi
rozpoznają stężenie pośmiertne. To niezawodny dowód kliniczny,
informujący śledczych o przybliżonej godzinie lub dniu zbrodni. Stężenie
pośmiertne pojawia się bowiem dopiero po dwóch do czterech dni po
zgodnie, kiedy zaczynają się naturalne procesy rozkładu. Wynika z tego,
że do morderstwa doszło w niedzielę, o czym świadczą również odświętne
ubrania domowników. Ciała musiały zatem tutaj leżeć przez niemal cztery
dni, porzucone na miejscu kaźni.
Przeszukiwanie miejsca zbrodni odbywa się w niemal religijnej ciszy,
zakłócanej tylko tykaniem starego, stojącego w jadalni zegara. Zbroczony
u podstawy krwią, co pół godziny regularnie wydaje z siebie ponury
dźwięk - jakby chciał dowieść, że tylko jemu udało się ujść z życiem.
Ale w gospodarstwie des Courrelys czas jakby się zatrzymał. W domu
panuje nieopisany bałagan: powywracane meble, fragmenty połamanych
krzeseł, leżące tu i ówdzie znieruchomiałe ciała z roztrzaskanymi
czaszkami. Ponury detal: do nóg krzeseł, którymi zakatowano domowników,
poprzyklejały się kępki włosów. Ciało matki, Antonii, leży obok kominka.
Być może dorzucała do ognia, żeby podgrzać zupę. Zostało jej jeszcze
trochę na dnie kociołka. Ona również - tak jak jej mąż i Amaudric -
została kilkakrotnie postrzelona. Jedna kula utkwiła w głowie kobiety.
Jej twarz jest spuchnięta, oczy zaś szeroko otwarte, wytrzeszczone w niemym wyrazie przerażenia. Tuż obok Antonii leży jej trzyletni syn,
malutki Roger. Kobieta prawdopodobnie starała się ochronić chłopczyka
przed bandytami, biorąc go w ramiona. Na próżno. Trzylatek ma
roztrzaskaną główkę. Leży na plecach ze skrzyżowanymi ramionami, w rozkroku. Clément, starszy syn Richaudów, leży nieopodal młodszego
braciszka, zwrócony twarzą do podłogi, z ziejącą dziurą w głowie. Na
ścianie widnieją ślady poczerniałej krwi.
Chociaż analiza śladów krwawych wówczas jeszcze nie istniała, żandarmom
udaje się ustalić, że w przypadku matki i Amaudrika nogami od krzeseł
posłużono się tylko po to, by dobić obie postrzelone wcześniej ofiary.
Natomiast w przypadku chłopców bezpośrednią przyczyną śmierci były ciosy
zadane za pomocą krzesła i ceramicznej wygrzewalnicy. "Masakra" to chyba
najwłaściwszy termin na określenie tej barbarzyńskiej zbrodni. Jakie
potwory mogły uśmiercić bez żadnych skrupułów tych dwoje niewinnych
dzieci?
Co to jest analiza śladów krwawych?
Analiza śladów krwawych to gałąź kryminalistyki zajmująca się
interpretowaniem śladów krwi na miejscu zabójstwa, samobójstwa lub
wypadku. W Stanach Zjednoczonych zacznie być traktowana na poważnie w latach 50. wraz z publikacją badań doktora Shepparda. Francuska
żandarmeria zainteresuje się nią dopiero u schyłku lat 90. Wchodzi w zakres medycyny sądowej. W trakcie dochodzenia dostarcza cennych
wskazówek dotyczących zdarzeń, w wyniku których powstały analizowane
ślady krwi. Kiedy jest to możliwe, pozwala również ustalić chronologię
tych zdarzeń oraz pozycję poszczególnych uczestników (ofiary,
napastnika, świadka...). Istnieje nawet uniwersalny atlas plam (jest ich
wszystkich około pięćdziesięciu). Technik analizy śladów krwawych
wkracza na miejsce zbrodni w białym kombinezonie i przy każdej plamie
umieszcza znacznik. Tak oznaczone plamy fotografuje i opisuje pod kątem
rozmiaru, wysokości, wzajemnej odległości i nakładania się. Stworzenie
końcowego raportu może wymagać nawet trzech miesięcy pracy. Dyscyplina
ta znana jest szerokiej publiczności za sprawą amerykańskich seriali
Dexter - nawet jeżeli fabuła nie do końca oddaje realia zawodu - oraz
CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas.
Jak wyjaśnić zaciekłość, z jaką pastwiono się nad ciałami? Jak gdyby
sprawca lub sprawcy znali ofiary i chcieli czym prędzej uciec przed ich
wzrokiem, uciszyć je na zawsze. Z pewnością nie obyło się bez krzyków,
błagań. Tak, to nie ulega wątpliwości. Stopniowo śledczy zaczynają na
poważnie traktować tę hipotezę. Ofiary i sprawcy się znali. Wydaje się,
że obecność osób trzecich nie wzbudziła w domownikach podejrzeń, wszyscy
spokojnie jedli kolację, nie przypuszczając, że za chwilę rozegra się
dramat.
Dla śledczych nadszedł moment otrząśnięcia się z pierwszego szoku. Muszą
ustalić motyw zbrodni, żeby znaleźć te "potwory", jak od tej pory będzie
się nazywać sprawców. Muszą działać metodycznie.
We wszystkich pozostałych pomieszczeniach panuje nie mniejszy bałagan:
wyciągnięte szuflady, wywrócone łóżka, wybebeszone materace. Każdy
kluczowy zakamarek domu został skrupulatnie przeszukany. Czyżby szukano
pieniędzy? Splądrowany został nawet mieszczący się w osobnym budynku
pokój Amaudrika. To potwierdza tezę o tym, że sprawca był znany
domownikom. Dokładnie wiedział, gdzie szukać. Znał to miejsce. Teraz
motyw zbrodni wydaje się oczywisty: kradzież. Jedyny zgrzyt: policjanci
znajdują w pokoju Augusta Amaudrika czarny skórzany portfel z 775
frankami, jego oszczędnościami. Jak rabuś mógł przeoczyć taką sumę? Brak
doświadczenia? Panika? Jeżeli motywem rzeczywiście były pieniądze, to
wydaje się, że złodziej się nie obłowił. Kim zatem mógł być? Szaleńcem?
Mściwym krewniakiem, który - historia, jakich na wsiach wiele -
postanowił definitywnie rozstrzygnąć zawiły spór dotyczący spadku? A może zwykłym włóczęgą?
CZY GOSPODARSTWO DES COURRELYS ZOSTAŁO POMYLONE Z INNYM?
Wieść o masakrze roznosi się po okolicy lotem błyskawicy. 7 grudnia
zaczyna się festiwal świadków: "Widziałem, jak gospodarstwo opuszcza
dwóch podejrzanych blondynów", "Mówili po włosku i mieli ciemne włosy",
"Był tylko jeden - gruby", "Chudy", "Mówili z tutejszym akcentem", "Od
dawna kręcili się po okolicy", "Nigdy wcześniej ich nie widziałem" itd.
W atmosferze rozemocjonowania każdy chce wtrącić swoje trzy grosze. Jak
zwykle w tego rodzaju sprawach ludzie walą na komisariat drzwiami i oknami, wierząc, że ich zeznanie może okazać się pomocne. Zadaniem
śledczych jest odsiewanie plotek od poważnych tropów.
W trakcie przesłuchań szczególną uwagę śledczych zwracają dwa istotne
elementy. Mieszkańcy miasteczka donoszą żandarmom o zaginięciu roweru
Amaudrika. Czyżby morderca ukradł jednoślad, żeby szybciej uciec z miejsca zbrodni? Rower będzie łatwo rozpoznać: wiadomo, że jest
niebieski, marki Chamois, a numer seryjny wybity na błotnikach to 4964
lub 4966. Skąd taka precyzja? Ano dzięki panu Chauvetowi, sprzedawcy, u którego Amaudric go kupił!
Ale jest też nieoczekiwane zeznanie złożone przez panią Mégy, matkę
młodego Armanda, który odkrył ciało Adriena Richauda. Pani Mégy,
właścicielka gospodarstwa des Sivans, odległego o kilka kilometrów od
gospodarstwa Richaudów, twierdzi, że w niedzielne popołudnie 2 grudnia
1928 zjawił się u niej bardzo młodo wyglądający mężczyzna, młokos o stalowych oczach i krągłych policzkach. Przedstawił się jako pracownik
rolny i spytał, czy nie znajdzie się dla niego jakieś zajęcie. Uwagę
kobiety zwrócił jego "mocny, północny akcent". Chłopak był ubrany w "zwykłą szarą marynarkę, spodnie khaki i sandały"1. Pani Mégy
odparła, że nic dla niego nie ma, więc odszedł szukać szczęścia gdzie
indziej. Słowa pani Mégy znajdują potwierdzenie w innym zeznaniu,
złożonym przez marsylskiego przedsiębiorcę mieszkającego w Valensole,
pana Blancheta, który również spotkał blondyna o bardzo wyraźnym,
północnym akcencie. Według mężczyzny chłopak nie był sam, lecz
towarzyszył mu inny młodzieniec - nieco starszy, może osiemnastoletni
brunet. Zbieżność jest co najmniej zastanawiająca.
Te dwie tajemnicze postacie, widziane w pobliżu gospodarstwa des
Courrelys w dniu morderstwa, od razu wzbudzają zainteresowanie prasy,
dla której zbrodnia staje się pretekstem do podsuwania czytelnikom
niemal codziennej porcji newsów.
Równolegle do zeznań naprowadzających śledczych na trop dwóch
pracowników rolnych pani Mégy dzieli się sensacyjną informacją:
gospodarstwo Richaudów zostało niedawno sprzedane. Zaliczkę w wysokości
200 tysięcy franków przekazał, albo wkrótce miało to nastąpić, nowy
właściciel, którym jest nikt inny, jak... pan Mégy we własnej osobie!
Czyżby mordercy dowiedzieli się o tej transakcji, przez przypadek
podsłuchując małżonków Mégy? Wiedzieli, o jaką kwotę chodzi? I czy w związku z tym z premedytacją postanowili włamać się do domu państwa
Mégy, będących w posiadaniu 200 tysięcy franków w gotówce? W tamtych
czasach większość gospodarzy trzymała oszczędności w domu, upychając je
pod materacem albo w kredensie z podwójnym dnem. Bandyci, skuszeni wizją
dużego łupu, być może najzwyczajniej w świecie pomylili domy. Ciemną
nocą, na poplątanych dróżkach bez drogowskazów, nic bardziej nie
przypomina jednego gospodarstwa niż inne gospodarstwo!
Pierwsza nagłośniona medialnie zbrodnia
Przerażająca zbrodnia w Valensole z grudnia 1928 roku stanie się
precedensem, który zapoczątkuje praktykę nagłaśniania spraw kryminalnych
przez lokalną prasę. Od zwykłych wzmianek po obszerne artykuły
publikowane dzień w dzień w regionalnym dzienniku "Le Petit Provençal",
począwszy od pierwszych hipotez po końcowy proces, wszystko jest
rozkładane na czynniki pierwsze, to znów składane w jedną całość, przy
każdej możliwej sposobności ilustrowane zdjęciami i podawane do rąk
czytelnika. Rozemocjonowana opinia publiczna zaczytuje się tą kroniką
jak sensacyjną powieścią odcinkową. Każdy zajmuje stanowisko, każdy
identyfikuje się z tym lub tamtym uczestnikiem zdarzeń. To tłumaczy
niebywałe emocje narosłe wokół całej sprawy, których kulminacją będzie
wybuch gniewu podczas wizji lokalnej. Zgromadzony wówczas tłum (co
najmniej osiemset osób) przerwie kordon otaczający gospodarstwo des
Courrelys, skandując: "Stryczek! Mordercy! Bandyci!". Kapitan policji
będzie zmuszony zagrozić wzburzonym gapiom użyciem bagnetów, żeby
przywrócić porządek.
Albo też inna prawdopodobna opcja: bandyci myśleli, że transakcja doszła
do skutku i 200 tysięcy franków było już w posiadaniu Richaudów. Liczyli
zatem, że wchodząc uzbrojeni na teren gospodarstwa des Courrelys, znajdą
tam wspomnianą sumę.
W obydwu przypadkach kusząca wizja wejścia w posiadanie 200 tysięcy
franków mogła po części tłumaczyć okrucieństwo włamywaczy. Nie znajdując
tego, czego szukali, i zderzając się z milczeniem rodziny Richaudów,
bandyci stracili cierpliwość i użyli przemocy. Wprawdzie trop jest
jeszcze mętny i przynosi szereg pytań, dostarcza jednak poważnego i wiarygodnego motywu. Do czasu pojawienia się kolejnej hipotezy...
NIEMOŻLIWA ŻAŁOBA
Jest 9 grudnia 1928 roku, znajdujemy się na głównej ulicy miasteczka.
Tego dnia języki, rozgrzane do czerwoności spekulacjami na temat dwóch
młodych mężczyzn podejrzanych o morderstwo, milkną. Mieszkańcy tworzą
szpaler po obu stronach jezdni. Twarze są poważne, a atmosfera
podniosła. Przez szacunek dla zmarłych ludzie wbijają wzrok w ziemię, a kurtyny sklepowe wyjątkowo zostały opuszczone.
Nadszedł moment pożegnania. Choć ofiar było pięć, ku cmentarzowi w Valensole zmierzają tylko cztery trumny. Obaj chłopcy leżą razem. Czy
próbowano w ten sposób złagodzić okrutny los, jaki stał się ich
udziałem? Tym samym, na czas tej ostatniej podróży, zostali złączeni w braterskim uścisku. Ich trumna - mniejsza niż pozostałe - jest niesiona
jako ostatnia. Jej widok chwyta za serce. Ludzie powstrzymują emocje,
wzruszenie jest jednak namacalne.
Dotarłszy do głównego placu, kondukt zatrzymuje się naprzeciw pomnika ku
czci żołnierzy poległych w I wojnie światowej. Trumny są złożone na
drewnianych podestach. Wkrótce szesnastu młodych mężczyzn przeniesie je
na cmentarz. Mer miasteczka, sztywno opięty żałobnym garniturem,
odchrząkuje. Oto fragment jego przejmującej mowy
pogrzebowej2:
Panie, Panowie,
stając pod tym nisko zawieszonym niebem, którego szarość tylko pogłębia
mój smutek, z sercem pogrążonym w nieopisanym bólu, chciałbym, w imieniu
rady miejskiej oraz wszystkich wstrząśniętych i zbulwersowanych
mieszkańców Valensole, oddać ostatni hołd nieszczęśliwym ofiarom
brutalnego morderstwa, które zbrukało krwią nasze spokojne miasteczko.
Dwóch chłopców, dwóch smyków w wieku jedenastu i trzech lat, nie
zasłużyło na łaskę w oczach zwyrodnialców. Przez długi jeszcze czas
będzie mnie prześladować przerażający obraz - wspólny wszystkim, którzy
widzieli zwłoki - tej nieszczęśliwej rodziny, zwłaszcza zaś drobnych
ciałek dzieci zmasakrowanych za pomocą kafla i nogi od krzesła.
Taka zbrodnia nie może ujść płazem i wymiar sprawiedliwości nigdy nie
będzie dość surowy, by ukarać podobny występek. Niestety, nie ma kary,
która byłaby adekwatna do owej zbrodni, przerastającej w swoim ohydztwie
wszystko, co wyobrażalne.
Niech umilknie jednak wzburzenie, abyśmy mogli przenieść się myślą do
tych grobów, zbyt wcześnie wykopanych, i oddać cześć szczątkom ofiar
tego barbarzyństwa.
Żegnajcie, przyjaciele, żegnajcie!
Mowa ta zapisze się w pamięci wielu osób. Ze względu na jej
emocjonalność, bezpośredniość i prostotę. Ale również ze względu na apel
o ukaranie winnych. Tak, całe miasteczko żąda sprawiedliwości i, pomne
tragedii Richaudów, nie zamierza odpuścić!
"Żegnajcie, biedne maluchy, ledwie żeście przyszły na świat, a już
żegnacie się z nim w przerażeniu i trwodze!"
Mowa pogrzebowa
mera Valensole
ZDRADZENI PRZEZ ROWER I DWIE PARY NOWYCH BUTÓW
Następuje więc wielka mobilizacja. Kanały komunikacyjne poczty
pantoflowej są rozgrzane do czerwoności, dzięki czemu informacje
rozprzestrzeniają się lotem błyskawicy. Niewysłowione okrucieństwo
zbrodni sprawia, że w sprawę angażuje się każdy mieszkaniec regionu bez
względu na to, czy pochodzi z Valensole, czy nie. Ludzie gorliwiej
czytają prasę, baczniej zwracają uwagę na szczegóły, uważniej słuchają
sąsiadów. To właśnie dzięki temu Paul Sabatier, właściciel baru w oddalonym o trzydzieści kilometrów od miejsca zbrodni miasteczku Volx,
nada śledztwu nowy bieg. Mężczyzna jest dobrym obserwatorem - jak każdy
szanujący się restaurator - i zapamiętał markę roweru, który zniknął z gospodarstwa des Courrelys. Ale Paul Sabatier ma przede wszystkim sokoli
wzrok.
Cofnijmy się w czasie. Jest poniedziałek 3 grudnia, dzień po zbrodni.
Paul Sabatier zastępuje za barem swoją szwagierkę. Taki już jest, lubi
pomagać w podbramkowych sytuacjach. To zresztą normalne - kogo mamy
wspierać, jeśli nie krewnych? Około siódmej rano do baru wchodzi młody,
wynędzniały chłopak. Uwagę Paula Sabatiera przyciągają jego zniszczone
sandały. Jak można chodzić w czymś, co nadaje się tylko na śmietnik?
Nieważne. W chwili, gdy przychodzi do zapłaty za "małą czarną", chłopak
wyciąga stufrankowy banknot. "Sto franków o siódmej rano?! Przepraszam
cię, kolego, ale będziesz musiał znaleźć drobne, bo inaczej nie będę
mógł ci wydać". Wówczas młodzieniec zaczyna przetrząsać kieszenie. Robi
to jednak w podejrzany sposób. Zmieszany, spuszcza wzrok, jakby bał się,
że zostanie na czymś przyłapany. Wreszcie wygrzebuje kilka monet, wśród
których Paul dostrzega jedną złotą. To go zastanawia: złota moneta nie
pasuje do tego chłopaka i jego ogólnego wyglądu. Skąd ten szczyl ją
wytrzasnął? Kiedy młodzieniec wychodzi, Paul Sabatier śledzi go
wzrokiem. Dostrzega rower. Uważnie przygląda się jednośladowi: Chamois.
Starcza mu również czasu, żeby odszyfrować imię na obowiązującej
rowerzystów tabliczce informacyjnej: "Amaudric". Następnie widzi, jak
chłopak kieruje się do sklepu obuwniczego. A potem traci go z oczu, bo
musi wracać za bar. Kiedy jednak kilka dni potem dowiaduje się z gazet o zbrodni dokonanej w Valensole, wszystko w jego głowie natychmiast składa
się w całość. Amaudric to nazwisko służącego, który oddał życie za
rodzinę Richaudów. To jego rower widział! Czyżby chłopak, który zamówił
u niego kawę, był mordercą?
Zeznania składa również sprzedawca butów. Owszem, młodzieniec wszedł do
jego sklepu, żeby kupić dwie pary sandałów. Dlaczego dwie? Bo morderców
było dwóch, teraz śledczy mają pewność.
Dzięki świadkom rysuje się coraz wyraźniejszy portret obu bandytów.
Pierwszy z podejrzanych ma mniej więcej dwadzieścia trzy lata, metr
siedemdziesiąt wzrostu, ciemne włosy, ogoloną twarz, smagłą cerę; nosi
zwyczajne, czarne spodnie w białe prążki, wyświechtaną brązową marynarkę
i nowe białe sandały. Drugi, młodszy, około siedemnastoletni, jest
Polakiem z pochodzenia. Nosi szary garnitur i przypuszczalnie takie
same, nowiusieńkie sandały. Taki opis trafia telegramem do wszystkich
regionalnych placówek żandarmerii, szczególnie zaś do tej w Cavaillon,
mieście, w którym obaj podejrzani mieli być widziani na początku
tygodnia.
Minął tydzień od masakry. Śledczy otrzymują telefon z żandarmerii w La
Grand-Combe, miejscowości leżącej dwieście trzydzieści kilometrów od
Valensole: "Mamy waszych podejrzanych, chcieli uciec jak najdalej stąd,
do północnej Francji, ale w porę ich zatrzymaliśmy, w restauracji".
Obaj są pochodzenia wschodnioeuropejskiego. Starszy nazywa się Alexandre
Ughetto i w rzeczywistości ma osiemnaście lat. Urodził się 6 grudnia
1910 roku w Lauris, w departamencie Vaucluse. Jego wspólnik jest
zaledwie szesnastolatkiem i nazywa się Stephan Mucha, ale każe na siebie
mówić Joseph Witkowski. Przez kilka lat pracował jako górnik. Puszczeni
samopas, dwaj chłopcy włóczą się razem już od kilku tygodni.
Przepytany przez śledczych, młodszy z nich, Joseph, przyznaje, że
feralnej niedzieli 2 grudnia 1928 roku przebywał w gospodarstwie
Richaudów: owszem, był świadkiem całego zdarzenia, ale nikogo nie zabił.
Potem komisarz Guibbal wzywa na przesłuchanie Ughetta. Nie patyczkuje
się. Wrzeszczy: "Na kolana, morderco! Proś o wybaczenie! Proś o wybaczenie społeczeństwo! Proś o wybaczenie biedne dzieci, które tak
barbarzyńsko zabiłeś!".
Najwyraźniej Ughetto wpada w panikę. Zanosi się płaczem i przyznaje do
wszystkiego. Nie chciał zabić... chciał tylko trochę pieniędzy. Tak jak
przypuszczali śledczy, chłopak był znany Richaudom, którzy zatrudnili go
na osiem dni w grudniu 1927 roku i na tydzień w marcu rok później. Kiedy
więc Ughetto 2 grudnia zjawił się z Josephem, państwo Richaud przyjęli
go z otwartymi ramionami - w końcu znali się tak dobrze. Na prośbę żony
pan Richaud poszedł nawet po kołdrę, żeby dwóm robotnikom było ciepło,
kiedy będą nocować w stodole. Wiemy już, co spotkało walecznego Adriena,
kiedy wspinał się po drabinie... Pierwszy akt tragedii.
Jak często bywa w tego rodzaju sprawach, Ughetto zacznie kluczyć.
Następnego dnia przedstawi całkiem inną wersję zdarzeń. Być może po to,
żeby zminimalizować okrucieństwo dokonanej zbrodni. Czy ukradł dużą sumę
pieniędzy? Sam nie wie. Owszem, motywem zbrodni była kradzież - ale nie
200 tysięcy franków pochodzących ze sprzedaży gospodarstwa, jak
początkowo zakładali śledczy. Czy to on zabił wszystkie pięć ofiar? Nie,
ostatecznie zabił "tylko" pana Richauda i jego żonę. To Joseph zajął się
dziećmi i służącym! To zresztą Joseph go do wszystkiego namówił. Zwrot o 180 stopni. Tymczasem szesnastolatek o stalowo-niebieskim spojrzeniu
wciąż wszystkiemu zaprzecza: nic nie zrobił, we wszystko został
wmanewrowany. Na jego korzyść przemawia dziecięca twarz niewiniątka.
Ughetto ponownie zmienia zdanie. Pomylił się, mówiąc, że uderzał kaflem,
bo w rzeczywistości to "zakrwawione ciała, upadając, pobrudziły owe
leżące na podłodze wygrzewalnice". Czytając te rojące się od
przerażających detali i składane beznamiętnym głosem zeznania, można
zakładać, że gdyby wówczas istniała praktyka sporządzania portretów
psychologicznych, Ughetta uznano by za psychopatę.
PRÓBA RZUCENIA ŚWIATŁA NA ZBRODNIĘ PODCZAS WIZJI LOKALNEJ
Jest 12 grudnia 1928 roku. Do rekonstrukcji zdarzeń w gospodarstwie
Richaudów dochodzi zaledwie dziesięć dni po feralnej nocy. Wizja
lokalna, polegająca na precyzyjnym odtworzeniu wszystkich czynów i gestów na miejscu zbrodni, odbywa się na polecenie prokuratora celem
skonfrontowania i wyklarowania mętnych i sprzecznych wersji obu
bandytów.
Oczywiście Ughetto i Witkowski nie składają wyjaśnień jednocześnie.
"To Joseph zabił dzieci i służącego, nie ja!"
Ughetto
W gospodarstwie des Courrelys zbliża się godzina 8.30. Na miejscu: dwóch
morderców, pan Bernard, prokurator okręgowy, dwóch sędziów śledczych,
Caron i Terrin, oraz żandarmi i śledczy, którzy prowadzili dochodzenie;
w sumie około pięćdziesięciu osób, nie licząc rozwścieczonego tłumu,
który stara się na wszelkie możliwe sposoby zaatakować - werbalnie, ale
też fizycznie - oskarżonych.
Niektórzy uczestnicy wizji są na terenie gospodarstwa już drugi raz.
Byli tutaj w momencie odkrycia ciał. Ale tym razem na miejscu obecni są
również mordercy. Wyjaśnienia Ughetta, który mówi jako pierwszy,
pozwalają nam prześledzić ciąg zdarzeń tej makabrycznej opowieści.
Ughetto wypowiada się w prosty, często niezdarny sposób3:
Richaud to był porządny człowiek. Muszę powiedzieć, że poczęstował mnie
szklanką wina. Potem ustaliliśmy, że będę spał w stodole. Stodole, która
stoi przed klepiskiem i stogami siana. Tam w ukryciu czekał na mnie
Joseph. Kiedy pan Richaud starał się otworzyć wrota stodoły, strzeliłem
do niego z rewolweru. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem! Nie potrafię
wyjaśnić, jakie powody kazały mi sięgnąć po broń! Tak naprawdę uległem
wpływowi Josepha!
Stary nie żył, więc obszedłem podwórko i skierowałem się w stronę
kuchni, w której znajdowała się pani Richaud, jej dzieci i ich służący.
Na progu ujadał pies. Wszedłem do środka i poprosiłem panią Richaud o kołdrę na noc. Nie usłyszała wystrzału.
Trzymając ręce w kieszeni, oparłem się o kominek, w którym paliło się
polano. Amaudric siedział na krześle przy drzwiach wejściowych. Clément,
starszy z dwojga dzieci, leżał przy kominku na kanapie. Młodszy, Roger,
trzymał się spódnicy mamy.
Przeciągająca się nieobecność męża wzbudziła niepokój pani Richaud.
Powiedziałem jej, że pewnie poszedł załatwić jakieś sprawy. Czy
zrozumiała, co się szykowało? Nie wiem. Nagle, zdjęta strachem,
powiedziała mi i służącemu, że pójdzie poszukać męża u swoich krewnych,
państwa Mégy, mieszkających w gospodarstwie zwanym des Sivans, oddalonym
o jakieś dwa lub trzy kilometry od des Courrelys. "Wyjdźcie!" -
powiedziała.
Usłuchałem. Gdy tylko znalazłem się na zewnątrz, znowu chwyciłem za
rewolwer i dwukrotnie do niej strzeliłem. Krzyknęła i osunęła się na
środku kuchni, upadając głową w stronę okna.
Służący, który nie był zbyt bystry ani zbyt silny, krzyknął tylko:
"Richaud! Richaud!".
W międzyczasie skierowałem się do małego budynku, zajmowanego przez
Amaudrika. Tutaj dołączył do mnie Joseph, który, jak już mówiłem,
popchnął mnie do tej zbrodni. Dałem mu rewolwer. Joseph miał w kieszeniach naboje. Załadował magazynek i, grożąc mi, nakazał zabić
służącego. Wróciłem więc do kuchni i strzeliłem do służącego z rewolweru, który przed chwilą oddał mi Joseph. Stary zaczął uciekać, ale
Joseph, który stał za mną, rzucił się na niego i go dobił.
Nie uderzyłem dzieci! Nawet ich nie dotknąłem, to Joseph miał w sobie
tyle siły, żeby je zabić! Ja nie mógłbym tego zrobić, widząc wbity we
mnie wzrok małego Clémenta. "Alexandre, dlaczego to zrobiłeś mamie?" -
krzyczał. Nie ośmieliłbym się, nie mógłbym...
Ughettowi załamuje się głos. Chłopak wybucha płaczem. Za każdym razem,
gdy mowa o dzieciach, Ughetto traci grunt pod nogami. Czyżby dowód winy?
A może to tylko gra pozorów? Postawa chłopaka jest co najmniej
paradoksalna. Ughetto wyznaje bowiem jednocześnie, że ukradli z Josephem
znalezione w pokojach brzytwy, które miały posłużyć do poderżnięcia
dzieciom gardeł, w razie gdyby przeżyły pobicie. Ten makiaweliczny i barbarzyński plan podważa autentyczność jego emocji.
Co do wersji Stephana Muchy, znanego jako Joseph Witkowski, nie różni
się ona znacząco od tej, jaką przedstawiał od samego początku. Poddawał
się tylko woli Ughetta. Przyznaje się jedynie do dobicia służącego.
Wizja lokalna nie pozwala zatem wyjść z impasu, każdy obstaje przy
swojej wersji. Komu więc wierzyć?
NADCHODZI DZIEŃ PROCESU
Proces zaczyna się 16 września 1929 roku. Trwa ponad 24 godziny i pozwala rzucić światło na mroczną naturę obu oskarżonych.
Dokładnie o 9.00 rano obaj zajmują miejsce na ławie oskarżonych.
Alexandre Ughetto i Joseph Witkowski siadają ramię w ramię, w jednym
rzędzie, spędziwszy w areszcie 9 miesięcy. Wyglądają na spokojnych. Na
sali jest również ojciec Ughetta, który dowiedziawszy się o aresztowaniu
syna, zgłosił się do sądu jako świadek. Fakt godny odnotowania: ma
zeznawać przeciwko własnemu dziecku, jak przyjdzie nam odkryć w trakcie
procesu.
Zacznijmy jednak od słów, jakimi pan Guérin, przewodniczący składu
sędziowskiego, zwrócił się w mowie otwierającej proces do Alexandre'a Ughetta4:
Oskarżony już od najmłodszych lat przejawiał złe skłonności. Krótko
mówiąc, nigdy dobrze nie rokował. W wieku trzynastu lat już pracował.
Jeden z jego przełożonych, pan James, wyznał, że oskarżony był zdolny do
wszystkiego. Wykazywał się okrucieństwem wobec zwierząt. W wieku
piętnastu lat zaczął rozważać możliwość zabicia człowieka. Jeden z jego
kolegów stwierdził, że oskarżony często mówił o okradaniu i zabijaniu.
Wówczas oskarżony jeszcze nie zabijał - ale kradł. Ów kolega poskarżył
się, że oskarżony przywłaszczył sobie należącą do niego sumę trzydziestu
franków.
Ughetto zaprzecza oskarżeniu o kradzież.
Przewodniczący kontynuuje:
Oskarżonego prześladuje myśl o zabijaniu. Ma coś, co można nazwać
"pociągiem do zbrodni". Krążą nawet pogłoski, że oskarżony groził
jakiejś rodzinie.
Ughetto uparcie odpiera te zarzuty. Przewodniczący pyta go wówczas, w jakich okolicznościach poznał Josepha. Ughetto odpowiada, że spotkał go
w restauracji 28 listopada 1928 roku. To Joseph miał zaciągnąć go do
gospodarstwa Richaudów, twierdząc, że "jest coś do ugrania". Pierwsza
oczywista sprzeczność: Joseph nie mógł wiedzieć o istnieniu tego
gospodarstwa, bo pracował wówczas w jednej z okolicznych kopalń.
Potem przewodniczący kreśli mrożący krew w żyłach portret tajemniczego i milkliwego Josepha.
Chłopak ma dziesięć lat, gdy wraz z rodzicami przyjeżdża do Francji.
Szybko zaczyna wyróżniać się agresywnym usposobieniem. Jest skory do
bójki, ale nie do nauki - jego oceny są fatalne. W 1925 roku, w wieku
zaledwie trzynastu lat, trafia do zakładu poprawczego za to, że dźgnął
swojego kolegę nożem w plecy. Mimo że wyrokiem sądu miał pozostać w zamknięciu aż do osiągnięcia pełnoletności, Joseph ucieka, korzystając z przepustki. To wtedy zmienia tożsamość. Stephan Mucha staje się Josephem
Witkowskim. Na fałszywym nazwisku nie ciąży młodzieńczy występek.
Za fasadą zagubionego chłopczyka, rzekomo wmanewrowanego w morderstwo
przez starszego Ughetta, odkrywamy agresywnego watażkę. Chłopak nie
dość, że potrafi dźgnąć nożem, to jeszcze robi to zdradliwie: wbija go w plecy.
Z kolei po południu powołany na świadka ojciec Ughetta wprawia
wszystkich w zdumienie, oświadczając krótko: "Szanowna ławo, z bólem
muszę powiedzieć, że mój syn jest potworem i nie zasługuje na litość".
Nawet on wyrzeka się bandyty. Rankiem 17 września 1929 roku prokurator
Bernard wygłasza surową mowę oskarżycielską5:
Jakiż odrażający czyn, jakiż absolutny cynizm, jakiż wstrząsający brak
emocji cechują morderców! "Postanowiliśmy coś dla siebie ugrać!" -
zeznał Ughetto. "Poszliśmy zabawić się w bandytów!" - oświadczył Joseph.
Dowód jest zatem niezbity, dowód na planowanie zbrodni na długo przed
tymi tragicznymi wydarzeniami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki