- Historia socjaldemokracji i szwedzkiego
państwa opiekuńczego zaczyna się od solidarności ludzkiej, od
ruchów społecznych, od organizowania bibliotek, pomocy dla biednych,
od tego, że lud szwedzki wspólnie zażądał równości względem
prawa oraz praw socjalnych, a potem w sposób pokojowy przejął
władzę - opowiada Thomas, wysoko postawiony pracownik biura
partii socjaldemokratów. Pijemy kawę, której nie podała nam żadna
sekretarka, w takich sprawach obowiązuje samoobsługa. Thomas ma na
sobie dżinsy, chociaż znajdujemy się w kancelarii rządowej, na samym
szczycie władzy. Jest przytulnie, mysigt. -
Do młodzieżówki socjaldemokratycznej trafiłem, mając trzynaście
lat, i zostałem w niej do dziewiętnastego roku życia. Potem
zrobiłem sobie przerwę, ale do pracy w partii wróciłem. Jakiś
czas temu zastanawiałem się nad tym, dlaczego robię to, co robię,
i doszedłem do wniosku, że mam w sobie jakiś dług wdzięczności,
a jednocześnie niepokoi mnie przyszłość. - Thomas ma miękki,
uspokajający głos. - Pochodzę z dość prostego domu i gdyby nie
dobra szkoła i cała opieka, którą ma każdy szwedzki obywatel, nie
zaszedłbym w życiu tak daleko. Nie miałbym tej wolności, którą
mam dziś jako jednostka. Moja siostra zaczęła pracować zaraz po
skończeniu podstawówki, bo była zmęczona nauką. Dziś wykłada
na uniwersytecie i niedługo będzie miała tytuł profesora. Odbyła
długą podróż. Była ona możliwa, bo żyjemy w społeczeństwie,
w którym wierzy się w jednostkę i ją wspiera. To samo można
powiedzieć o mnie. Miałem możliwość studiowania na dobrych
uniwersytetach, podróżowania. Chciałbym, żeby to społeczeństwo
nadal było takie: zbudowane na zaufaniu, solidarności i wierze,
że mamy wszyscy ze sobą wiele wspólnego.
Solidarność w Szwecji niejedno ma
imię i jest bardzo ważna. Vi m?ste vara solidariska
("Musimy być solidarni") to zdanie
imperatyw, często powtarzane przez polityków, media, nauczycieli
w szkole oraz zwykłych ludzi. Zdanie, które waży w Szwecji więcej
niż w Polsce. Zawsze to podziwiałam.
Kultowy muzyk Dogge Doggelito - syn Szwedki
i Wenezuelczyka - ujął tę prawdę prostymi słowami, opowiadając
w jakiejś gazecie o mądrości swojej babci: "Nauczyła mnie, że
prawdziwy Szwed jest oczytanym i solidarnym z innymi demokratą. [...]
Szwedzkość to duma z naszej historii, której częścią jest
solidarność ze wszystkimi ludźmi i angażowanie się w pracę na
rzecz demokracji w innych krajach".
W swoim własnym kraju Szwedzi nie tylko
solidarnie płacą jedne z najwyższych podatków na świecie,
lecz także mają pensje ukształtowane pod wpływem koncepcji
solidarnej polityki płacowej. Chodzi o to, by zarobki najniżej
opłacanych pracowników były większe, niż oferowałby wolny
rynek, a pensje osób o największych zarobkach - niższe od
ich rynkowej wartości. Szwedzką kasjerkę powinno być więc stać
na wakacje na Majorce, ale pensja szwedzkiego dyrektora pomniejszona
o pięćdziesiąt procent podatku niekoniecznie wystarczy na wszelkie
luksusy, choć na wakacje na Majorce na pewno tak. (Wiem, w polskiej
duszy takie rozwiązanie rodzi sprzeciw, w naszej mentalności silne
jest przekonanie o tym, że to, co sobie jednostka wyszarpie, jest
jej, że to jej własność). W Szwecji zmniejszanie nierówności
uważa się za konieczną dla dobrego funkcjonowania społeczeństwa
solidarność. I jak to z dzieleniem bywa, oznacza ono także czyjąś
rezygnację.
Długie lata rządów socjaldemokratów w XX wieku
oznaczały triumfy solidarności klasowej, wspólną walkę o prawa
pracownicze, o prawa kobiet, ale także o to, by wszystkie klasy
społeczne miały dostęp do kultury i mogły ją współtworzyć. Nie
przypadkiem to właśnie w historii szwedzkiej literatury nie brakuje
wywodzących się z klasy robotniczej pisarzy proletariackich, takich
jak Moa Martinson czy Ivar Lo-Johansson.
Bardzo wcześnie, bo już w roku 1952
zorganizowanego kształtu nabrała solidarność z najbiedniejszymi tego
świata. Powstał wtedy Centralny Komitet Szwedzkiej Pomocy Rozwojowej,
łączący czterdzieści cztery organizacje, które wspierały między
innymi Etiopię i Pakistan. W roku 1962 pomoc rozwojowa została
zinstytucjonalizowana i stała się ważną częścią polityki
rządowej. Za czasów premiera Olofa Palmego polityka zagraniczna nabrała
jeszcze większych ambicji "humanitarnego mocarstwa", Szwecja w coraz
większym stopniu angażowała się w problemy Trzeciego Świata i nie
tylko. Zaangażowanie po stronie słabszych i potrzebujących oznaczało
także wsparcie dla amerykańskiego ruchu praw obywatelskich (Civil Rights
Movement). "Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby cały naród
w ten sposób zaangażował się we wsparcie naszej sprawy. Szwecja to
kraj, który ma sumienie" - powiedział Martin Luther King po tym,
jak wiosną 1966 roku wziął udział w wieczorze na rzecz równości
rasowej w Operze Królewskiej w Sztokholmie.
W latach osiemdziesiątych zeszłego wieku niesamowite
było wsparcie Szwedów dla polskiej Solidarności. Do legendy przeszła
składka na Polskę zorganizowana przez kilka organizacji, między innymi
Szwedzki Czerwony Krzyż, kiedy w ciągu jednego styczniowego dnia 1982
roku zebrano niemal osiem i pół miliona koron. W przeprowadzeniu
zbiórki wzięło udział 20 tysięcy ochotników. Poczucie solidarności
było tak duże, że tego samego dnia zebrano też dwie i pół tony
ubranek dziecięcych, 200 tysięcy par butów i 50 tysięcy koców
dla Polaków.
Od dłuższego czasu jednym z najsilniejszych
wyrazów szwedzkiego poczucia solidarności z innymi jest otwarta
polityka względem uchodźców, która do roku 2016 była jedną
z najbardziej szczodrych w Europie. To prawdziwie radykalne otwarcie
serc dla potrzebujących jest jednak zjawiskiem stosunkowo nowym
w szwedzkiej historii. Kto czytał znakomitą książkę Elisabeth
?sbrink W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa,
ten wie, jak niechętna była Szwecja przyjmowaniu uchodźców żydowskich
z nazistowskich Niemiec i Austrii. Protestowali przeciw temu studenci
w Lund i Uppsali, na ulice Sztokholmu i innych miast wychodziły
demonstracje, a Związek Lekarzy stanowczo sprzeciwił się dopuszczeniu
do pracy w kraju dziesięciu żydowskich lekarzy z Niemiec. Cytowany
przez ?sbrink szwedzki dyplomata w Wiedniu Torsten Undén już w 1934
roku pisał w liście do podsekretarza stanu Carla Hamiltona: "Żydzi
są jak czosnek w jedzeniu. Jeśli dodać go w ilości minimalnej,
niczemu nie zaszkodzi, ale jeśli zrobi się go za dużo, to cała
potrawa zaśmierdnie". To także Szwecja wpadła na pomysł, żeby
w paszportach niemieckich Żydów wstawiano dla rozpoznania pieczątkę
"J", jak "Jude".
Cecilia Notini Brunch, doktor historii specjalizująca
się w kwestiach polityki wobec uchodźców tłumaczy mi to w ten
sposób:
- Szwedzka polityka migracyjna w okresie
międzywojennym, podobnie do ówczesnej polityki innych krajów
Europy Zachodniej, charakteryzowała się protekcjonizmem i dużym
strachem przed innymi, a także znacznym antysemityzmem. Nazywało
się to eufemistycznie niechęcią do "importowania" problemu
antysemityzmu. Chciano też chronić szwedzki rynek pracy.
To podejście do znajdujących się w potrzebie obcych
zmieniało się stopniowo w czasie drugiej wojny światowej. Szwedzka
misja ewangelicka w Wiedniu pomogła znaleźć schronienie sporej grupie
żydowskich dzieci, a w październiku 1943 roku Szwecja przyjęła osiem
tysięcy Żydów zbiegłych z Danii. Pod koniec wojny kraj przyjął
kolejne 200 tysięcy ludzi, między innymi uchodźców z Finlandii
i Norwegii, a po jej zakończeniu dzięki słynnym białym autobusom
akcji humanitarnej Szwedzkiego Czerwonego Krzyża kierowanej przez
hrabiego Folkego Bernadotte - 25 tysięcy wyzwolonych więźniów
obozów koncentracyjnych. W roku 1951 szwedzka polityka azylowa została
ostatecznie uregulowana prawnie i kraj zaczął przyjmować coraz
więcej uchodźców. W ten sposób z narodu bardzo homogenicznego
Szwedzi stali się społeczeństwem wyjątkowo wielokulturowym. Dziś
16 procent mieszkańców to imigranci w pierwszym pokoleniu, konkretnie
1,6 miliona osób (dane z roku 2015).
- Szwecja jest dziś krajem bardziej wielokulturowym
niż większość państw europejskich - mówi Cecilia Notini
Brunch. - Państwem, które stworzyło sobie tożsamość kraju
humanitarnego, o hojnej polityce względem uchodźców. Według mnie
oficjalny obraz Szwecji jako potęgi humanitarnej został wypracowany
dość świadomie, żeby poprawić narodowy wizerunek po drugiej wojnie
światowej, jako że polityka uników mocno go nadwyrężyła. Myślę
jednak, że obraz ten wpłynął na to, jak Szwedzi postrzegają
samych siebie: który wychowany tu człowiek nie uczył się w szkole
o białych autobusach? Otwartość na uchodźców stała się więc po
wojnie częścią narodowej tożsamości Szwedów. Myślę, że było
to bardzo dobre dla naszego społeczeństwa.
Notini Brunch ma rację, Szwedzi są dumni z tego,
że są solidarni, a pomaganie innym uważają wręcz za oczywisty
obowiązek. Słyszę to często, w wielu zwykłych rozmowach. Z tej
przyczyny szwedzka reakcja na falę uchodźców w trakcie
kryzysu migracyjnego przypominała reakcję Niemców, ich słynną
Willkommenskultur. Premier Löfven zapewniał,
że szwedzka gościnność nie będzie znała granic, a zwykli ludzie
angażowali się na niespotykaną skalę w organizowanie pomocy dla
nowo przybyłych. Wielu zmieniło wtedy swoje życie, zostawili dawne
prace po to, by zacząć pracować z uchodźcami.
Po jakimś czasie stało się wyraźne, że
najłatwiej jest pomagać innym, gdy widzimy w nich tylko niewinne
ofiary. Trudniejszą sztuką staje się pomaganie w sytuacji, gdy
uchodźcy zaczynają przysparzać problemów, gdy okazują się ludzcy,
a więc pełni wad i nie zawsze wdzięczni za pomoc. A także wtedy,
gdy zaczyna brakować miejsca i pieniędzy (w roku 2016 Urząd do spraw
Migracji wydał na swoją działalność 73 miliardy koron, czyli niemal
osiem procent budżetu państwa).
Szwecja znajduje się dziś
w momencie historycznej próby solidarności. Jeszcze za wcześnie,
by robić jednoznaczne podsumowania, ale spotkałam wielu Szwedów,
którzy tej próbie sprostali. Choć miało to swoją cenę.
ZROBILIŚMY W SZWECJI
TO, CO NALEŻAŁO
Wejście do Urzędu do spraw
Migracji
fot. Ove Nordstrom/Shutterstock
- Takie rzeczy to dla nas chleb powszedni -
ucięła energicznie kolejne pytanie dziennikarza, kiedy zobaczyłam
ją po raz pierwszy w telewizyjnym reportażu. Duże, męskie
oprawki okularów na drobnej twarzy i podwójna zmarszczka na czole
dodawały jej powagi, poza tym była raczej dorosłą dziewczynką niż
kobietą. Dyrektorka ośrodka dla uchodźców położonego w zachodniej
Szwecji nie wydawała się szczególnie zszokowana efektami bijatyki, do
której doszło w prowadzonej przez nią placówce. Potłuczone szyby,
wyrzucony przez okno telewizor, dziury w suficie. Personel schronił
się nocą w jadalni i tam oczekiwał na przyjazd policji. Patrol
dotarł nad ranem.
Takie rzeczy po prostu się zdarzają. Ludzie
w ośrodkach są sfrustrowani ciągnącym się bez końca czekaniem na
decyzję o tym, czy dostaną azyl, zmęczeni poczuciem bezsilności,
ogarnięci powojenną traumą. Odkąd zaczęła się wielka fala
uchodźców, przeważają wśród nich młodzi samotni mężczyźni,
a testosteron to nie jest hormon pokoju i harmonii. Część
mieszkańców nadużywa alkoholu i narkotyków. Nie wszyscy się
ze sobą lubią. Tu także zdarza się rasizm, podobno Syryjczycy
często gardzą Somalijczykami. Samotne kobiety narażone są na
niebezpieczeństwo. Podobnie jak ubiegający się o azyl w Szwecji
homoseksualiści, którzy w ośrodkach spotykają znaną z ojczyzny
nienawiść do "odmieńców", przed którą tak bardzo chcieli
uciec. Powraca pytanie, czy osoby LGBT nie powinny trafiać do
specjalnych ośrodków dla nich przeznaczonych. Pojawiają się napięcia
religijne; szwedzki dziennikarz i aktywista Nuri Kino walczy o to,
by otwierać osobne ośrodki dla uchodźców chrześcijan, bo -
jak twierdzi, padają ofiarą prześladowań ze strony muzułmanów
(jako kuffar, niewierni). "Nie możemy
trwać w romantycznym przekonaniu o istnieniu harmonijnej mozaiki
religii i grup etnicznych w naszych ośrodkach dla uchodźców,
ten czas minął" - apeluje Kino w dzienniku "Svenska
Dagbladet".
Być może konflikty, przed którymi człowiek
uciekł na drugi koniec świata, przylepiają się do niego. Być może
do pontonu zabierasz też ułamki wojny.
Patrząc na Veronicę, czuję, że sporo o tym
wie i nie będzie się bała mi o tym opowiedzieć. Nie chodzi tu
o lęk przed dziennikarzami czy szefostwem, ale o ów bardzo przyzwoity
szwedzki strach, by nie czynić rasistowsko brzmiących uogólnień,
by nie zabrzmieć jak człowiek z gruntu nietolerancyjny. Stąd
tendencja do przemilczania problemów lub gorączkowe poszukiwanie
eufemizmów. Mistrzostwo osiągnął w tym szeregowy pracownik jednego
z największych w Szwecji ośrodków dla uchodźców, w którym doszło
do kilku napaści na kobiety. Tłumaczył reporterom, że to nic takiego,
chodziło tylko o "niewielkie molestowanie".
Nie mam ochoty na odkodowywanie lękliwej
nowomowy. Szukam ludzi, którzy chcą pomagać innym, ale robiąc
to, nie lukrują rzeczywistości. Pomaganie nie jest tylko piękne
i nobilitujące, zdarza się, że trudno lubić tych, którym właśnie
teraz potrzeba pomocy. Veronica jest odważna. Z towarzyszącego
wywiadowi artykułu dowiaduję się, że dopiero co wróciła do pracy
po kilkutygodniowym zwolnieniu, na którym wylądowała dlatego, że
jeden z mieszkańców jej ośrodka groził, że zabije ją i jej
dzieci.
- Podetnę im gardła - oznajmił zmęczonym
nadmiarem pracy urzędnikom Urzędu do spraw Migracji, do których
drzwi zapukał specjalnie po to, by porozmawiać o Veronice i jej
córce. Zwłaszcza córka zrobiła na nim duże wrażenie, widział
w niej wielkie i niebezpieczne moce.
Nie dało się go wsadzić do aresztu, bo nie ma
szwedzkiego numeru identyfikacyjnego. Veronice przyznano za to stałą
ochronę policji, a prowadzony przez nią ośrodek znalazł się pod
nadzorem firmy ochroniarskiej. Veronica twierdzi, że mimo wszystko
lubi swoją pracę. Głęboko wierzy w jej sens, a dobrze jest robić
w życiu coś sensownego.
Prowadzony przez nią ośrodek znajduje się na jednej
z wysp archipelagu göteborskiego. Takie miejsca przypominają latem
raj. Bujna zieleń, rozgrzane słońcem skały, dni znacznie dłuższe
niż noce, białe żaglówki śmigające po gładkiej wodzie. Z kolei
zimą jest ciemno, zimno i depresyjnie. Zdecydowałam, że zrobię ten
wywiad późną wiosną, w przedsionku do raju, kiedy pamięć o zimie
jeszcze się nie zatarła.
Była sobota, środek dnia. Wyobrażałam sobie,
że wejdę do miejsca przypominającego ul, gdzie mówi się naraz
w wielu językach, a dzieci biegają z krzykiem po korytarzach. Duży
drewniany budynek, w którym zorganizowano dom dla uchodźców,
wyglądał jak średniej klasy hotel położony w wyjątkowo malowniczej
okolicy. Mieszkało w nim prawie dwieście osób, ale kiedy weszłam do
środka, wokół panowała kompletna cisza. Po korytarzach przemykały
pojedyncze postaci. Kobieta w bardzo zaawansowanej ciąży z niosącym
kosz z praniem mężczyzną. Dwie dziewczynki z matką. Za oknem
mignęło jakieś dziecko na huśtawce. Poza tym pustka. Długie
rzędy starannie pozamykanych drzwi. Zapytałam kogoś, kto wyglądał
na pracownika, gdzie znajdę szefową. Czekała na mnie w wielkiej
i pustej jadalni. Była jeszcze drobniejsza niż na filmie. Wyglądała
na zmęczoną, ale miała zamaszyste ruchy i zdecydowany, niski głos
z charakterystycznym dla tego regionu Szwecji wibrującym "r". Nie
unikała wzroku rozmówcy. Nie owijała w bawełnę. (Przyszło
mi do głowy, że nie jest do końca typową Szwedką, ale to też
stereotyp. Szwedzi są różni, jak i uchodźcy). Veronica wzbudzała
zaufanie. W którymś momencie podeszły do niej dwie dziewczynki,
te same, które widziałam wcześniej na korytarzu. Zdziwiłam się,
jak ładnie mówią po szwedzku.
- Mamy już wakacje!
- Widziałaś moje paznokcie?
Twarz dyrektorki się rozjaśniła, ale kiedy
dziewczynki odbiegły w podskokach do swojej mamy, między brwiami
mojej rozmówczyni ponownie pojawiły się dwie pionowe zmarszczki,
znacznie głębsze od tych prowadzących od nosa do kącików ust.
- Lubię moją pracę - zaczyna swoją opowieść
Veronica. - Gdyby tak nie było, podałabym się do dymisji, zwłaszcza
po tym wszystkim, co przeżyłam... Urodziłam się na tej wyspie, znam
ją tak dobrze, że już nie widzę, jaka jest piękna, człowiek robi
się ślepy na to, co ma wokół siebie. Ale to jest moje miejsce. Ten
hotel też, bo pracuję tu od tylu lat, że znam każdy kącik. Kiedy
właściciel zdecydował, że zamiast centrum konferencyjnego, które
tu prowadziłam, otworzy ośrodek dla uchodźców, chciał, żebym to
ja została jego szefową. Zależało mu na kimś, kto będzie nadal
o to wszystko dbał. Decyzję podjęłam błyskawicznie, przyznam,
że nie miałam pojęcia, na co się porywam.
Mamy tu dziś sto siedemdziesięcioro czworo
uchodźców na ośmioro pracowników. Wśród naszych mieszkańców
jest sporo rodzin, kilka samotnych kobiet i bardzo wielu samotnych
mężczyzn. Na początku mieliśmy prawie samych mężczyzn i nieustannie
dochodziło do spięć. Przedyskutowałam to z Urzędem do spraw Migracji
i zdecydowaliśmy, że trzeba wyprowadzić z ośrodka czterdziestu
mężczyzn, a na ich miejsce wprowadzić rodziny. Sytuacja się
poprawiła.
Z mojego pierwszego autobusu z uchodźcami
też wysiedli wyłącznie mężczyźni. Pamiętam, że wcześniej
wyobrażałam sobie, jak to będzie wyglądało. Miałam wtedy dość
wyraźne oczekiwania wobec uchodźców. Stałam w recepcji pełna
współczucia i patrzyłam na wchodzących do środka. I wiesz, co
mi wtedy przyszło do głowy? "Jak się wsiada na ponton z dwiema
walizkami i wielką sziszą?".
Wydawało mi się strasznie dziwne, że mieli
ze sobą tyle rzeczy, to się jakoś nie zgadzało z moimi
wyobrażeniami. W ciągu czternastu dni dotarło do nas wtedy
osiemdziesiąt osób. Wszyscy z bagażami. Dopiero później
dowiedziałam się, że ci pierwsi sprzedawali wszystko, co mieli,
i przylatywali do Szwecji samolotem, dlatego taszczyli ze sobą tyle
walizek.
Kiedy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, wielu
mężczyzn powtarzało, jak bardzo się martwią o rodzinę. "Ale
dlaczego zostawiłeś tam w kraju żonę z dziećmi?", pytałam, bo
dla nas, Szwedów to jest jednak bardzo dziwne. Mój mąż twierdzi, że
w takiej sytuacji wysłałby raczej najpierw mnie i dzieci. Wygląda
jednak na to, że oni z początku sądzili, że szybko dostaną
pozwolenie na pobyt, a potem ściągną żonę i dzieciaki. Tylko że
inaczej wyszło. A teraz są tutaj i czekają.
Chociaż mieszkał tu jeden mężczyzna, który
mnie zaskoczył. Przyjechał do Szwecji sam, zostawiwszy w Syrii
czwórkę dzieci i żonę w ciąży. Któregoś dnia zniknął. To
się czasem zdarza, bo niektórzy, jak to się mówi, wybierają
"nielegalność". Naszym zadaniem jest zawiadamiać o sprawie
urzędników. Okazało się jednak, że ten mężczyzna wrócił do
Syrii na poród żony, a potem znowu przyleciał do Szwecji. Mówimy
o listopadzie, może grudniu 2014 roku, wtedy najwyraźniej było to
jeszcze możliwe.
Na początku uchodźcy z Syrii stanowili
dziewięćdziesiąt procent naszych mieszkańców, dziś już tak
nie jest. Na przykład ostatnio przyjechało do nas bardzo wielu
Afgańczyków.
Nie wytrzymuję i zadaję Veronice krążące
mi od dawna po głowie pytanie, dlaczego to właśnie Szwedzi tyle
innym pomagają. Dlaczego akurat oni ze wszystkich narodów chcą być
najbardziej solidarni na świecie?
- Pytasz, czy uważamy to za nasz obowiązek? Nie
wiem. Myślę, że Szwedzi są po prostu dobrymi ludźmi. W jakiś
sposób. Na przykład mieliśmy tu parę miesięcy temu spotkanie
z mieszkańcami naszej okolicy, których zaczął ogarniać
niepokój. Mieszkało wtedy u nas ponad dwustu uchodźców. To było
w najgorszym okresie, w grudniu 2015 roku, kiedy w kraju panował
totalny chaos, a nowo przybyli spali na ulicach miast. Okoliczni
mieszkańcy mieli do mnie pretensje, że przyjęłam za dużo ludzi,
że nie powiedziałam na czas stop, bo wiedzieli, że jako szefowa
ośrodka mam prawo to zrobić. Zapytałam ich wtedy: "Ale o co
wam chodzi? Uważacie, że lepiej, żeby ci ludzie spali na ulicy
w Göteborgu, zamiast nocować u nas, może w ścisku, ale
pod dachem?". I wiesz, że ci wszyscy sąsiedzi przyznali mi
rację? Zaakceptowali to.
Dlatego naprawdę myślę, że Szwedzi chcą innym
pomagać. To dlatego wspiera nas tu sporo wolontariuszy. Ale raczej
nie w samym ośrodku. Chodzi o to, że trzeba trochę popracować
w takim miejscu, żeby zrozumieć, dlaczego mamy takie, a nie inne
zasady i ograniczenia. Że musimy na przykład w ciągu dnia zamykać
jadalnię, bo inaczej giną sztućce i kubki w takim tempie, że nie
nadążamy z kupowaniem. Ludzie z zewnątrz reagują w sposób...
typowo ludzki: "Och, jak ich szkoda, och, trzeba wszystko dla nich
zrobić".
A tak się nie da. Po jakimś czasie już nie. Dlatego
wolontariusze organizują wycieczki, pokazują okolicę. I jeszcze
prowadzą lekcje szwedzkiego, ze trzy, cztery razy w tygodniu. Bo u nas
możesz zacząć się uczyć języka od pierwszego dnia pobytu! Inna
rzecz, że niewielu mieszkańców z tego korzysta. Nie rozumiem
dlaczego. Skoro przyjechałeś z zagranicy i musisz przez rok siedzieć
w bezczynności, to dlaczego nie nauczyć się czegoś za darmo? Ale
wielu z nich po prostu przesypia całe dnie. W ogóle nie wychodzą ze
swoich pokoi. Sama widzisz, nikogo nie ma na korytarzach. Zgadłabyś,
że przebywa tu w tej chwili ponad sto siedemdziesiąt osób? No
właśnie. Z drugiej strony to mamy ramadan, a połowa naszych
mieszkańców to muzułmanie. Ich życie toczy się teraz nocą, więc
w dzień odsypiają.
Pytasz, czy nasi mieszkańcy okazują
nam wdzięczność? Moja odpowiedź brzmi: niestety nie. Nie
okazują. Niektórzy może tak, ale jest ich mało. W chwilach
zmęczenia zdarza nam się z pracownikami zażartować, że niektórzy
z naszych podopiecznych miewają luksusowe problemy. Potrafią mieć
do nas straszne pretensje o to, że materace są za cienkie, pokój
za ciepły, a internet zbyt wolny. Wtedy łatwo pomyśleć sobie
z goryczą, że my tu zasuwamy dwadzieścia cztery godziny na dobę,
a oni... No, weźmy taki przykład. Pracownicy ciągle sprzątają,
a mieszkańcy ośrodka wyrzucają śmieci za okno. Nie wiem, dlaczego
tak jest. Wszyscy, którzy tu trafią, mają przecież świadomość, że
utkną w tym miejscu na rok albo i na dłużej. Nie rozumiem, dlaczego
w takiej sytuacji wolą wyrzucić te swoje śmieci pod dom, zamiast je
wynieść na śmietnik. Takie zachowanie to w mojej interpretacji brak
wdzięczności. Czy nie mam racji?
Przytakuję, bo rozumiem jej wzburzenie,
zwłaszcza, że to taka piękna okolica, ale zastanawiam się, jak
dużą rolę odgrywa tu zła wola, a jak dużą zwykłe różnice
obyczajów. W Polsce przecież też z większą niż w Szwecji
łatwością wyrzuca się śmieci za okno samochodu, z kieszeni na
chodnik, do lasu... Skoro już mówimy o nieporozumieniach, pytam, co
najczęściej wywołuje konflikty między mieszkańcami ośrodka. Czy
jest ich tak dużo, jak sugeruje prasa?
- Tak, jest sporo kłótni - mówi Veronica. -
Na przykład o czas w pralni albo o jedzenie, tak mniej więcej raz
na tydzień. Mieszkańcy naszego domu niestety nie mogą sobie sami
gotować. W ich pokojach jest to zabronione ze względu na ryzyko
pożaru, a w kuchni trzeba się stosować do całej masy naszych
przepisów sanitarnych. Nawet ja nie mogę tam gotować, a co dopiero
mieszkańcy, mamy tu ciągle jakieś kontrole. Słyszałam, że są
ośrodki, gdzie mimo wszystko pozwala się mieszkańcom zaglądać do
kuchni. Ale pomyśl, jeżeli pozwolę dwóm kobietom, żeby coś sobie
upichciły, to zaraz kolejne pięćdziesiąt wpadnie w oburzenie,
że tamte dwie zostały potraktowane lepiej od nich.
Są też napięcia między chrześcijanami
a muzułmanami, to nie plotki, tak rzeczywiście jest. Powiem ci,
że ja sama, jak większość Szwedów, nie wierzę w nic poza tym,
co tu i teraz. Religia to w moim odczuciu coś takiego, jak poglądy
polityczne: jest moją prywatną sprawą, na kogo głosuję, i tak
powinno też być z wiarą. Mam wrażenie, że my, Szwedzi w jakiś
sposób boimy się oczekiwać tego samego od muzułmanów. Nikt nie
chce być uznany za rasistę, więc nikt nawet nie piśnie, co tak
naprawdę myśli o stosunku do religii niektórych z nich, a zdarza
się nieraz, że bywa on trochę problematyczny. Nie powinno być chyba
tak, że grozisz człowiekowi, z którym dzielisz pokój, bo ma on
według ciebie paść na kolana w tym samym czasie co ty i modlić
się do twojego Boga. Zdarzało się, że muzułmanin siłą ściągał
z łóżek swoich współlokatorów, żeby modlili się razem z nim,
nawet jeśli to byli chrześcijanie czy ateiści. Myślę, że jak tak
dalej pójdzie, to za parę lat będziemy mieli w Szwecji bardzo trudną
sytuację. Takie problemy powinno się zauważać i rozwiązywać od
razu, wtedy gdy ludzie tu przyjeżdżają. Uchodźcy w ośrodkach powinni
dostawać znacznie więcej informacji o naszym społeczeństwie. Coś
w stylu: zmieniłeś kraj i teraz obowiązują cię szwedzkie prawa. Bo
to jest jednak nasz kraj i powinniśmy mieć odwagę mówić o tym,
na jakie zmiany społeczne się nie zgodzimy. Wtedy wszystkim byłoby
łatwiej.
Jakiś czas temu odbyłam bardzo dla mnie
bulwersującą rozmowę z jednym z tutejszych ojców. Chodziło
o to, że człowiek ten zmuszał swojego siedmioletniego syna do
przestrzegania ramadanu. A przecież siedmiolatek, który ma spędzić
długi dzień w szkole, musi zjeść śniadanie! W każdym razie
musi to zrobić wtedy, kiedy jest pod moją opieką i ja za niego
odpowiadam. Zagroziłam, że jeśli syn nie przyjdzie na śniadanie
do stołówki, to zadzwonię do służb socjalnych. W Szwecji
dbamy o dzieci, więc chłopiec nie może chodzić głodny. Ojciec
upierał się, że to jego dziecko, więc powiedziałam mu w końcu,
że są w moim domu i w razie czego mogą przeprowadzić się pod
namiot.
Okropnie było podkreślać w ten sposób swoją
władzę, ale w takich sprawach nie da się zawierać kompromisów. A te
wszystkie dzieciaki od nas radzą sobie w szkole i szybko łapią
język. Niesamowity jest moment, kiedy nowe słowa zaczynają z nich
płynąć ciurkiem jak woda z kranu. Za to jeśli chodzi o rodziców,
to tylko część z nich zna angielski. Szczęśliwie bardzo dużo da
się wyrazić mową ciała. Mam tu dwie Afganki, które nie znają ani
słowa po angielsku. Są bardzo sympatyczne i zakładają, że rozumiem,
co do mnie mówią. Zdarza się, że przychodzą i mówią do mnie bez
przerwy przez kilka minut. Najpierw nie mam pojęcia, o co im chodzi,
ale w końcu zaczynam rozumieć, że potrzebują pieluch dla dzieci
czy czegoś takiego. Język jest jednak podstawą, bo bez niego taka
kobieta nigdy nie zrozumie, jakie ma w Szwecji prawa. Pracowaliśmy
w tym kraju setki lat, żeby dać kobietom pozycję, którą mają tu
dzisiaj. A co teraz robimy? Przyglądamy się z założonymi rękami,
jak jest ona podkopywana. Uważam to za skandal.
Mamy w ośrodku taką miłą parę. Kobieta zawsze
nosi chustę, jak jest w budynku, ale zdejmuje ją, kiedy wybierają się
oboje na wycieczkę z naszymi szwedzkimi wolontariuszami. Dlaczego? Bo
ci ludzie są nowoczesnymi muzułmanami i przyjechali do
Szwecji także dlatego, że chcieliby żyć w otwartym i tolerancyjnym
kraju. Byli pewni, że kobieta nie będzie tu już musiała nosić chusty,
ale niestety w naszym ośrodku jest tak silna presja ze strony innych
muzułmanów, że ona nie ma odwagi odsłonić włosów. I tak to potem
wygląda na niektórych przedmieściach.
Mieliśmy tu straszną historię z pedofilem, który
napastował dwie dziewczynki. Matki ofiar bardzo długo ukrywały,
do czego doszło, aż w końcu powiedziały o tym dwóm osobom
z personelu. Została wezwana policja. To, co stało się potem, było
dla mnie szokujące. Wyobraź sobie, że ośrodek podzielił się na
dwa obozy. I znalazła się spora grupa ludzi, którzy uważali, że te
dwie matki powinny wycofać swoje oskarżenia, bo to nic takiego i szkoda
faceta. W końcu powiedziałam, że to ja zgłosiłam sprawę na policję
i niczego nie odwołam. Nie wiem, może nie mam racji, ale myślę,
że gdyby w tym ośrodku mieszkali Szwedzi, to nie znalazłby się
nikt, kto stanąłby po stronie pedofila. Nie da się więc zaprzeczyć
istnieniu różnic kulturowych, na pewne sprawy patrzymy inaczej.
Co nie znaczy, że ludzie nie mogą się do siebie
zbliżyć. Zorganizowaliśmy trzy duże międzynarodowe przyjęcia,
w których brali udział nasi podopieczni i mieszkańcy okolicy. Bardzo
się udały. Trochę ludzi nawiązało trwałe kontakty i teraz jak
jakiś sąsiad jedzie na zakupy do miasta, to zabiera ze sobą znajomych
z naszego domu.
Myślę, że ludzie z okolicy czują się
bezpieczniej, wiedząc, że to ja prowadzę ten ośrodek. To jest mała
miejscowość, wszyscy mnie znają i wiedzą, że w razie problemów
mogą do mnie zadzwonić. Myślę, że bez tego byłoby więcej
plotek, więcej podejrzliwości i więcej narzekań. Zdarzyło się,
że zadzwonił ktoś z pobliskiego sklepu i powiedział,
żebym przyszła zobaczyć film zarejestrowany przez kamery
monitoringu, na którym widać złodzieja, który wygląda, jakby
był od nas. Pomyślałam natychmiast, że to pewnie jeden z naszych
nastolatków coś zwędził i że każę mu za karę sprzątać parking
przed sklepem. Być może tak nie wolno robić, ale postąpiłabym
przecież w ten sam sposób, gdyby moje dziecko zostało złapane
na kradzieży w sklepie. Szczęśliwie okazało się jednak, że to
nie był mieszkaniec mojego ośrodka, w okolicy jest więcej miejsc,
w których mieszkają uchodźcy. Tak czy owak staram się reagować,
jeśli coś jest nie tak, i ludzie to czują. Inna rzecz, że nasi
mieszkańcy rzadko pojawiają się w okolicy, bo jak już wiesz,
całym dniami chowają się w swoich pokojach. Decyzje dotyczące
przyznania zgody na azyl zajmują coraz więcej czasu i tak jakoś od
dziewiątego miesiąca zaczyna się poważny kryzys. Ludzie wpadają
wtedy we frustrację, stają się apatyczni.
Za to jeśli dostaną zgodę na pozostanie
w Szwecji, to zaczyna ich rozpierać energia, aż przyjemnie
popatrzeć. Nagle pytają mnie, jak szukać mieszkania, gdzie jest
Urząd Pośrednictwa Pracy. To napawa optymizmem, ale mówiąc szczerze,
nie wiem, czy mają duże szanse na znalezienie pracy w Szwecji,
bo niestety żyjemy w czasach, kiedy nawet Szwedzi miewają problemy
ze znalezieniem zajęcia. Wśród uchodźców niewielu mówi dobrze
po angielsku i niechętnie uczą się szwedzkiego. Jeśli zapytasz
mężczyzn z Syrii, jaki mają zawód, to wszyscy powiedzą, że są
inżynierami, ale nie jestem pewna, czy to prawda, bo miewają problem
ze skręceniem półki z Ikei. Myślę, że wyższe wykształcenie
mieli może ci pierwsi, którzy przylecieli samolotami. Nie wszyscy
uchodźcy chcą też wziąć jakąkolwiek pracę. Mieliśmy kilku bardzo
zaangażowanych przedsiębiorców z okolicy, którzy chcieli przyjmować
praktykantów od nas, żeby mieli szansę uczyć się w ten sposób
języka. Wielu uznało, że to bez sensu i że ciężko będzie im
wstawać rano. Mieliśmy też mieszkańca, który mówił po angielsku,
był otwarty i energiczny, więc ktoś mu zaproponował, żeby dorabiał
prostymi pracami. To była jakaś szansa na pierwsze zarobione pieniądze
w Szwecji, ale on uznał, że strzyżenie trawników nie odpowiada jego
oczekiwaniom. Przyznam, że gdybym sama prowadziła jakąś firmę,
to nie zatrudniłabym obcokrajowca, który nie za bardzo chce się
nauczyć szwedzkiego. Uważam, że do integracji nie jest konieczne
przejmowanie naszych zwyczajów czy kultury, ale język trzeba jednak
opanować.
Inna rzecz, że nawet kwestie kulturowe mogą być
problematyczne. Wiele razy zdarzało się, że kobiety w ośrodku
złościły się na mnie, że serwujemy tu tylko szwedzkie jedzenie,
a one chciałyby, żeby ich dzieci jadły dania somalijskie lub
afgańskie. Przepraszam, ale w szwedzkich przedszkolach, szkołach oraz
miejscach pracy też jest szwedzkie jedzenie. Nic na to nie poradzę. Nasi
mieszkańcy uważają, że najgorsze jest to, że nie zatrudniamy
kucharzy arabskich, somalijskich i tak dalej. No ale jeśli mamy tu
przykładowo reprezentantów dziesięciu narodowości, to nie możemy
mieć dziesięciu kucharzy! A serwujemy naprawdę dobre, przyrządzane
tu na miejscu posiłki. Mamy to nawet wpisane w regulaminie, że nie
wolno podawać gotowych dań. Wszystko musi być świeże. Co ciekawe,
szwedzcy emeryci dostają często gotowe jedzenie w plastikowych
pudełkach na cały tydzień.
Być może zabrzmi to dziwnie, ale mam czasem
wrażenie, że istnieje duża różnica w traktowaniu ludzi ubiegających
się o azyl oraz innych. Trochę tak jak z tamtym mężczyzną, który
groził, że zabije mnie i moją córkę. Nadal mam ochronę policji,
bo uznano, że tamten człowiek jest chory psychicznie, ale nie aż tak,
żeby mógł trafić do szpitala. Sądzę, że gdyby był Szwedem,
aresztowaliby go za te pogróżki. No ale jeśli nie masz numeru
identyfikacyjnego, to nikt cię tak łatwo nie aresztuje. Tak więc
mężczyzna, który zniszczył kilka tygodni mojego życia, mieszka
sobie teraz w innym ośrodku. Moja trzynastoletnia córka przez trzy
miesiące spała na materacu w naszej sypialni, bo miała przez niego
nocne koszmary. Zaczęła się też bać wychodzić na dwór, bo mieszkamy
blisko ośrodka, a jej nagle wszyscy ludzie wyglądający na uchodźców
wydawali się groźni i niebezpieczni.
Ktoś mi powiedział: "Veronica, zrozum,
nie wiemy, co ten biedny mężczyzna przeżył, przez jakie piekło
przeszedł. Może był jako dziecko zmuszany do strasznych rzeczy, do
brania udziału w działaniach wojennych?". Muszę powiedzieć, że
w takich sytuacjach wybieram chłód emocjonalny. Nie obchodzi mnie,
co ten człowiek przeżył, i myślę, że nie powinien dostać azylu
w Szwecji, że zmarnował swoją szansę. Każdy z nas ma przecież
wybór. Nie można zrzucić wszystkiego na złe dzieciństwo i trudne
doświadczenia.
Tak, ta praca mnie zmieniła właśnie w ten sposób,
że stwardniałam. Moja mama wciąż mi powtarza, że zrobiłam się
zbyt ostra. Ale ja mam takie podejście, że nie ma znaczenia, czy
jesteś Szwedem, Syryjczykiem, Afgańczykiem czy Pakistańczykiem. Po
prostu bądź przyzwoity. Pewnych rzeczy się nie robi i nie gra roli,
czy jesteś już obywatelem danego kraju, czy dopiero ubiegasz się
o azyl.
Wcześniej myślałam tak jak większość
zwykłych Szwedów, że nad uchodźcami należy się tylko pochylić
i użalać. Dziś uważam, że uchodźcy, którym udało się
przyjechać do nas z rodzinami, są już w całkiem dobrej sytuacji,
bo mają dach nad głową, jedzenie i bezpieczeństwo. Oczywiście, że
część z nich przeżyła straszne rzeczy, ale ja znam też szwedzkie
rodziny, które przeżyły straszne rzeczy, na przykład dwanaście
lat temu w Tajlandii podczas tsunami, kiedy fala zabrała ludziom
partnerów i dzieci. Pomagając, nie można kierować się we wszystkim
współczuciem, bo jeśli kogoś traktujesz na równi z innymi, to nie
widzisz w nim tylko ofiary. Zdarza mi się mieć do czynienia z dość
roszczeniowymi uchodźcami, którzy ciągle czegoś żądają i wiedzą
wszystko na temat przysługujących im praw, ale jednocześnie brak im
wiedzy na temat ewentualnych obowiązków.
Powinna być jednak jakaś metoda, by zasygnalizować
ubiegającym się o azyl, co w ich zachowaniu nie jest możliwe do
zaakceptowania. Mieszkasz tu w końcu za darmo, dostajesz za darmo
jedzenie i kosmetyki, dostajesz kieszonkowe. Dlatego jeśli podczas
bijatyki wyrzucisz za okno telewizor, to kieszonkowe powinno zostać
wstrzymane. A wyobraź sobie, że tak się nie dzieje. Podobnie jak nic
nie mogę zrobić, jeśli pomimo zakazu palenia w budynku staniesz sobie
demonstracyjnie na korytarzu i patrząc mi w oczy, zapalisz papierosa,
pokazując, że to ty tu rządzisz. To są oczywiście drobiazgi,
ale jak wiemy, zdarzają się też poważniejsze wykroczenia. Jako
szefowa ośrodka dla uchodźców powinnam mieć możliwość napisania do
Urzędu do spraw Migracji, żeby wstrzymać komuś na miesiąc wypłatę
kieszonkowego, ale taka możliwość na razie nie istnieje. Trzeba
chyba jakoś zacząć to wszystko zmieniać, żeby ludzie, którzy tu
przyjeżdżają, szybko dowiadywali się, że mają zarówno prawa, jak
i obowiązki. W przeciwnym razie źle się to wszystko skończy. Nie
mogę ze względu na współczucie zgadzać się na wyrzucanie śmieci
za okno ani na prześladowanie innych mieszkańców ośrodka.
Powiem ci, że jestem dumna z tego, jak sobie
w Szwecji poradziliśmy w czasie kryzysu migracyjnego. Ludzie
tacy jak ja pracowali po dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nasze
telefony nieprzerwanie dzwoniły: "Macie wolne łóżka? Zmieścicie
jeszcze kilka osób?". To był kompletny obłęd i cały czas
chodziło o to, żeby dać ludziom dach nad głową, żeby ich
nakarmić. Zdarzyło się, że dostałam z koleżanką specjalne
zadanie, żeby pojechać do niedużej miejscowości niedaleko stąd
i w błyskawicznym tempie otworzyć tam dom dla uchodźców. Miałyśmy
na to kilkanaście godzin. Potem w środku nocy przyjechały autobusy
ze stu pięćdziesięcioma osobami. To byli ludzie, którzy musieli się
przedostać przez ogrodzenia na granicy węgierskiej czy macedońskiej,
już nie pamiętam. Kiedy wyszli z autobusów, po raz pierwszy
zobaczyłam takich uchodźców, jakich się spodziewałam: wycieńczonych,
zagubionych ludzi. Musieli zamieszkać w bardzo prowizorycznych
warunkach i wszystko przyjmowali ze spokojem. Zrobiliśmy w Szwecji
to, co należało. Ta ogromna masa ludzi ma gdzie spać i co jeść,
załatwiliśmy im wizyty u dentysty czy lekarza, ich dzieci poszły
do szkoły.
Za każdym razem, kiedy któryś z naszych
mieszkańców biegnie do mnie, żeby pokazać z dumą, że dostał
brakujące cztery cyfry do szwedzkiego numeru identyfikacyjnego,
czuję wielką radość. Udało się! Wytrzymaliśmy ze sobą ten rok
czy nawet dłużej, nie pozabijaliśmy się nawzajem, jest dobrze. Kiedy
widzę ludzi, którzy dostali szansę i chcą ją wykorzystać, czuję,
że chcę podpisać umowę na kolejny rok pracy. Oczywiście zdarzają
się i tacy, o których wiem, że nawet po tym, jak dostali prawo
pobytu, nie kiwną palcem, żeby nauczyć się języka i zintegrować
ze społeczeństwem, ale spotkałam też w ośrodku osoby, które mi
bardzo imponują. Kiedy patrzę na samotną matkę z dziećmi, która
w strasznych warunkach przebyła pół świata, żeby zapewnić im
bezpieczeństwo, to myślę sobie, że nie wiem, czy sama dałabym tak
radę i że zrobiłabym wszystko, żeby właśnie ta rodzina mogła
zostać w Szwecji.
Wczoraj mieliśmy zakończenie roku. Byłam na
nim jako mama szóstoklasistki i opiekunka dwanaściorga dzieci
z naszego ośrodka. Znowu pomyślałam, jak to dobrze, iż robimy
to, co robimy. I nawet jeśli nie wszystkie rodziny dostaną prawo
pobytu w Szwecji, to wiem, że podarowaliśmy im radość zakończenia
pierwszego roku nauki w szwedzkiej szkole, radość bycia razem. I to
też ma swoją wartość.
czerwiec 2016
Ciąg dalszy w wersji pełnej