Moja Madera. Raj na sprzedaż - Aleksandra Skibińska

Kup ebooka

47.99 zł
38.39 zł (38,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

To nie jest przewodnik turystyczny, takich jest w księgarniach pełno. Pełno jest także w Internecie opowieści ludzi, którzy wpadli na Maderę na dwa tygodnie i opisują tę wyspę, przekonani, że wiedzą wszystko, podczas gdy ich wiedza jest raczej skromniutka. Ktoś napisał przykładowo, że słynne wino maderskie jest bardzo słodkie, tymczasem produkowane jest w czterech różnych smakach, czego autorka wpisu po prostu nie wiedziała.

Dzisiaj na Maderę ciągną tłumy turystów ze wszystkich stron świata, a cała armia ludzi marzy o kupnie nieruchomości lub nawet ją kupuje - jedni, by na wyspie zamieszkać, inni, by zarabiać na wynajmie.

Wyobrażenia o Maderze są niekiedy bardzo dziwne. Spotykam turystów paradujących po mieście w strojach kąpielowych czy nawet owiniętych tylko ręcznikiem kąpielowym, stawiających namioty w samym centrum stolicy wyspy - Funchal - czy w parku narodowym, pytających policjanta, gdzie można kupić "trawkę". Widać, ich zdaniem, znajdują się w miejscu dzikim, gdzie wszystko wolno i gdzie nic im nie grozi. Sporo jest też takich, którzy próbują rozkręcać tutaj jakieś interesy bez znajomości języka, mając zawody, które nijak się na wyspie nie przydadzą. Potem są zdziwieni, że przepadają w biurokratycznym młynie, który miele obcokrajowców bez pardonu i na ogół - bez upragnionego sukcesu.

W Internecie kwitną przeróżne grupy typu: "Polacy na Maderze", "Niemcy na Maderze" (niem. Deutsche auf Madeira) czy wreszcie "Życie w Raju" (niem. Ein Leben im Paradies), a tam pytań bez liku, na które albo nie ma odpowiedzi, albo są bezsensowne. Swoje dokłada armia agentów biur nieruchomości, którzy opowiadają bajki tylko w jednym celu: "Przyjeżdżajcie, wydawajcie pieniądze i kupujcie, kupujcie... Przecież raj na was czeka! Tutaj zawsze świeci słońce, kwiaty kwitną, wiosna nigdy się nie kończy, a problemy pozostają daleko na kontynencie!".

Wiele lat temu, bo w 2009 roku, gdy Madera nie była ani modna, ani oblężona jak dzisiaj, także i my wpadliśmy na pomysł, aby zamieszkać na tej wyspie. Wtedy wydawało się nam, że faktycznie, nasze marzenia się spełniły, a my jesteśmy tam, gdzie zawsze chcieliśmy być - w małym raju na środku oceanu.

Od tamtej pory minęło wiele lat, czas upłynął i zweryfikował wiele wyobrażeń, które jednak nadal pokutują u tych, którzy zakochali się w wyspie od pierwszego wejrzenia i albo już się tutaj przenieśli, albo mają taki zamiar.

Nie jest moim celem pozbawiać kogokolwiek marzeń, niech każdy sam je z czasem zweryfikuje.

Ta książka jest o tym, jak wyglądało życie na Maderze jeszcze kilkanaście lat temu i jak zmieniało się pod wpływem rozwoju turystyki i osadnictwa. Piszę także o historii wyspy, jaką mało kto zna, o kulturze, zwyczajach, języku, mentalności i o wszystkim tym, co się na wyspie działo i dzieje po dzień dzisiejszy.

Ruina na ruinie

W Ponta do Sol, w hotelu, było tak, jak opowiadała nam pani z biura. Hotel wiszący na klifie nad oceanem, przed nim już tylko bezkresna woda, a poza tym kwiaty, zieleń, słońce... Krótko mówiąc: przytulnie i miło. Nie za ciepło, nie za zimno, ludzie mili i uprzejmi, wszyscy młodzi mówią po angielsku, samochód można zostawić otwarty, węży nie ma, tygrysów też nie. Mirko przy kolacji w hotelu z widokiem na ocean: "Czyżbym znalazł swoje miejsce na ziemi?".

Niestety, połowa wyspy była wtedy dosyć mocno zrujnowana. Całe stare miasto w Ponta do Sol straszyło czteropiętrowymi domami z oczodołami okien. Smętnie tu było i wcale niefajnie.

W jednej z takich ruin, na parterze, odkryliśmy sklep z pamiątkami. Jego właściciel, wysoki Niemiec, poczęstował nas winem maderskim i opowieściami o swoich klientach.

- Dużo obcych to tutaj nie ma. Trochę Niemców, trochę Anglików, a Polacy... Był tu taki jeden, kupił butelkę whisky i wypił na miejscu.

- Na pewno Polak? A może Rosjanin?

- A może Rosjanin - zgodził się przedmówca i zaproponował biznes. - Ruin tu pełno, kupić można za grosze, chociaż miejscowi już się wycwanili i chcą za nie więcej niż nawet rok temu. No a potem trzeba toto odremontować i wynajmować! Możemy wejść w spółkę.

Trochę nas to uskrzydliło, więc razem z nim oglądaliśmy jakieś rozwalone kamienne domeczki, gdzie w środku stały jeszcze łóżka i nocniki, a na ścianach wisiały święte obrazy.

W stolicy na Starym Mieście również powitały nas same ruiny, nic, tylko odbudowywać! Handlarz nieruchomościami jednak nieco nas ostudził:

- Tu na wyspie układy własnościowe są tak skomplikowane, że aby je rozwiązać, potrzeba co najmniej stu lat. Krótko mówiąc, ruiny są i pewnie będą jeszcze długo, a właściciele...

Jeszcze w latach 70-tych 20 wieku mieszkano na Maderze w kamiennych domach.

Oryginalne kuchnia i pokój w starym kamiennym domu.

I tu popłynęła opowieść o starych dziejach. Wyspa była mocno w rękach wielkich posiadaczy ziemskich, naprzód tylko Portugalczyków, a potem Anglików, których tutaj nikt nie zapraszał, bo jak zwykle - sami wleźli. Chłop musiał od takiego posiadacza wziąć ziemię w użytkowanie wieczyste, a w zamian za to właściciel nie mógł mu wymówić użytkowania, które było przekazywane spadkobiercom. A że dzieciaków w rodzinach było mnóstwo, więc też poletka były dzielone na coraz mniejsze kawałki.

- I wie pani, że cały ten bałagan uporządkowano dopiero w dwudziestym wieku? A tych wielkich posiadaczy załatwiono. Jak nie po dobroci, to podatkiem. Kiedyś jednak ziemi nie starczało dla wszystkich, więc ludzie emigrowali. Na wyspie mieszka dzisiaj jakieś dwieście trzydzieści tysięcy Maderczyków, a na świecie milion! Bo było tak, jak w mojej rodzinie: miała babcia dwadzieścioro dzieci, dziesięcioro wyjechało, dziesięcioro zostało, niektórzy z czasem poumierali. Z tego zrobiło się osiemdziesięcioro wnuków i jeszcze więcej prawnuków, a babcia zmarła. No i gdzie pani teraz połapie te wnuki i prawnuki? Gdzieś w Wenezueli, Boliwii, Peru? Pani droga, my się tak szarpiemy już z piętnaście lat z tą naszą spuścizną, a końca nie widać!

Nie ukrywam, że miny nam trochę zrzedły. I nie tylko przez to. Po całej wyspie włóczyły się bowiem watahy bezdomnych psów i sparszywiałych kotów. Co gorsza, jak już jakiś pies był przy domu, to koniecznie na łańcuchu, i to często metrowym! Pod tym względem faktycznie byliśmy w trzecim świecie. Nie, czegoś takiego nie oczekiwaliśmy od naszego wymarzonego miejsca na ziemi.

A tak poza tym, dla nas nie był to dobry czas na odbudowywanie Madery. Oboje pracowaliśmy. Mirko na dodatek musiał zawsze liczyć się z tym, że wezwą go na statek, nawet jutro, a samoloty do Niemiec latały tylko raz w tygodniu. A poza tym musiałabym tu sama tkwić i użerać się z budowlańcami...

Tak więc odłożyliśmy sprawę ad acta, obiecując sobie, że na wyspę będziemy przylatywać na urlopy. I tak też przez parę lat robiliśmy.