Minuty. Reportaże o starości - Iza Klementowska

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (32,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I.

Dzie­ci z ple­mie­nia Tson­ga od trze­cie­go do czter­na­ste­go roku ży­cia miesz­ka­ły z dziad­ka­mi. Im były star­sze, tym częściej pod­bie­ra­ły im por­cje ży­wie­nio­we. Kie­dy star­szy Tson­ga nie znaj­do­wał nic na swo­im ta­le­rzu, dzie­ci wy­bu­cha­ły śmie­chem.

U Lep­czów te­ściów na­zy­wa się bab­cią i dziad­kiem. Sta­rzy są ta­li­zma­na­mi, któ­rych na­le­ży ob­da­ro­wać pre­zen­ta­mi, by w przy­szło­ści prze­jąć ich za­le­ty. Jed­nak bez­dziet­ni star­cy mu­szą ra­dzić so­bie sami. Pew­ne­mu scho­ro­wa­ne­mu sta­rusz­ko­wi za­da­no py­ta­nie: "Cze­mu, dziad­ku, nie umrze­cie, póki są tu Eu­ro­pej­czy­cy, żeby ktoś był na wa­szym po­grze­bie?".

.

Mi­nu­ty

- To już nie mój dom - po­wie­dzia­ła gło­śno, za­my­ka­jąc furt­kę. I roz­pła­ka­ła się.

Mia­ła sie­dem­dzie­si­ąt czte­ry lata, kie­dy po­że­gna­ła się z do­mem. Wzgó­rze, na któ­re wdra­py­wa­ła się przez ostat­nie pi­ęćdzie­si­ąt lat, jak­by na­gle, z dnia na dzień, uma­rło. Z lipy opa­dły li­ście, za­wias w drew­nia­nych drzwiach we­jścio­wych w ko­ńcu pękł na pół, a wiatr prze­stał prze­my­kać po ko­ry­ta­rzach. Daw­niej lu­bi­ła nocą wsłu­chi­wać się w lek­ki szmer języcz­ków po­wie­trza, któ­rym uda­wa­ło się prze­do­stać przez nie­szczel­ne fra­mu­gi sta­rych okien. I za­sy­pia­ła ko­jo­na przez nie­mra­we po­dmu­chy.

- To tyl­ko bu­dy­nek, mamo. Czte­ry ścia­ny i dach. - Cór­ka pró­bo­wa­ła ją ja­koś po­cie­szyć. W dro­dze do sa­mo­cho­du obej­mo­wa­ła ją jak naj­de­li­kat­niej­szą por­ce­la­nę. - Wa­żniej­sze są wspo­mnie­nia. Po­my­śl, ile pi­ęk­nych chwil prze­ży­łaś w tym domu, i za­bierz tyl­ko je. Mury zo­staw, niech słu­żą te­raz ko­muś in­ne­mu.

Bro­da jej drża­ła, nie po­tra­fi­ła wy­do­być z sie­bie sło­wa, dla­te­go w my­ślach po­wta­rza­ła so­bie: "Tak, wspo­mnie­nia, tego będę się trzy­mać".

- U nas po­czu­jesz się le­piej, będziesz z ro­dzi­ną, wśród swo­ich lu­dzi, przy mnie, przy wnu­kach. Już ni­g­dy nie będziesz sama. - Cór­ka nie prze­sta­wa­ła mó­wić. - Sko­ńczy się wresz­cie to no­sze­nie ci­ężkich wia­der z wodą, rąba­nie drew­na, ko­pa­nie ogród­ka. Prze­cież ty już sił nie masz na to wszyst­ko. Sama tak nie­daw­no po­wie­dzia­łaś, pa­mi­ętasz? My też nie mo­że­my przy­je­żdżać do cie­bie co­dzien­nie, cho­ćby­śmy nie wiem, jak bar­dzo tego chcie­li. Dwie go­dzi­ny w jed­ną stro­nę to na­praw­dę zbyt dużo. A ja mar­twię się, że je­steś tak da­le­ko i w ra­zie ja­kie­goś wy­pad­ku nikt ci nie po­mo­że.

- Moje zwie­rzęta - szep­nęła w ko­ńcu, choć łzy dła­wi­ły jej gar­dło. Mu­ćka, Kary, kacz­ki, kury, gęsi. Gdy za­bie­ra­li je sąsie­dzi, mia­ła wra­że­nie, że je wszyst­kie zdra­dza. Tak pa­trzy­ły! Wy­cie Mu­ćki i rże­nie Ka­re­go wci­ąż sły­szy, od nowa i od nowa. Ci­ągle. Ten wy­rzut, ten żal.

- Nie bój się o nie, są w do­brych rękach, prze­cież znasz tych lu­dzi od lat. - Cór­ka wzi­ęła jej dło­nie w swo­je i chu­cha­ła w nie. Było lato, nie było zim­no, ale ręce mia­ła jak kost­ki lodu. - U nas też są zwie­rzęta. Na pew­no za­przy­ja­źnisz się z pie­skiem Mo­ni­ki. To miły szcze­niak.

Pies. Kie­dyś też mia­ła psa, znaj­dę, któ­ry przy­plątał się do jej męża, gdy wra­cał pew­ne­go dnia ze skle­pu. Ulu­bie­niec Stasz­ka, tyl­ko jemu po­zwa­lał na wszyst­ko - dra­pa­nie po brzu­chu, czo­chra­nie mi­ędzy usza­mi, za­kręca­nie ogo­na. Ona mo­gła go tyl­ko gła­skać. No i kar­mić. Ale też bar­dziej niż mąż go ga­ni­ła, kie­dy bie­gał za ku­ra­mi, wzbu­dza­jąc w nich po­płoch i być może, jak u czło­wie­ka, pal­pi­ta­cje ser­ca. W za­bru­dzo­nych frędz­lach z za­pląta­nej sie­rści wy­glądał jak umo­ru­sa­ny py­łem anioł na po­lo­wa­niu. Albo na­wet dia­beł. Pry­chał za­baw­nie na wy­rwa­ne pió­ra za­bi­te­go dro­biu la­ta­jące wo­kół jego nosa. I to jego mla­ska­nie, gdy od­dzie­la­ła skór­ki z reszt­ką po­kar­mu od ku­rze­go żo­łąd­ka. Drep­tał w miej­scu i wąchał kisz­ki, miau­cząc jak kot. Gdy prze­je­chał go trak­tor, prze­pła­ka­ła całą noc. Te­raz leży po­cho­wa­ny pod zwa­lo­nym ko­na­rem i już nikt do nie­go ni­g­dy nie zaj­rzy. Sta­szek uma­rł dwa lata temu, ona sprze­da­ła dom. Z tam­te­go świa­ta nie zo­sta­ło nic. Oprócz bu­dyn­ku.

"Będę wśród swo­ich, będę wśród swo­ich, będę wśród swo­ich" - po­wta­rza­ła, sie­dząc na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­cho­du cór­ki. Ale w mie­ście nie będzie już pło­tu, gdzie­nie­gdzie nie­rów­ne­go i po­ła­ma­ne­go, zu­pe­łnie jak ona. Nie będzie tej po­chy­lo­nej to­po­li, o któ­rą nie­raz się opie­ra­ła, ani szu­wa­rów przy sta­wie. Nie będzie ni­cze­go, co przez lata uko­cha­ła. W mie­ście nie będzie też ci­szy.

Nowy po­kój, naj­wi­ęk­szy w miesz­ka­niu, znaj­do­wał się od stro­ny ogro­du. Trzy cze­re­śnie, dwa krza­ki ma­lin i resz­ta same po­rzecz­ki - czer­wo­ne i czar­ne, jej ulu­bio­ne. Po­środ­ku traw­nik, na nim że­la­zny okrągły stół i czte­ry krze­sła, któ­rych nó­żki za­pad­ni­ęte nie­rów­no w zie­mi nie wy­gląda­ły na zbyt sta­bil­ne. Mo­gła wy­jść na po­wie­trze, kie­dy tyl­ko mia­ła ocho­tę, ale drzwi bal­ko­no­we otwie­ra­ły się z lek­kim stęk­ni­ęciem, więc wo­la­ła po­cze­kać, aż wszy­scy wsta­ną. Nie chcia­ła ni­ko­go obu­dzić.

- Będzie­my z bab­cią sąsiad­ka­mi - cie­szy­ła się szes­na­sto­let­nia wnucz­ka Mo­ni­ka w dniu jej prze­pro­wadz­ki. Ale próg bab­ci­ne­go po­ko­ju prze­kra­cza­ła raz czy dwa razy w mie­si­ącu. Na wi­ęcej nie znaj­do­wa­ła cza­su - jak nie szko­ła, to od­ra­bia­nie lek­cji. Jak nie od­ra­bia­nie lek­cji, to do­dat­ko­we za­jęcia: ko­re­pe­ty­cje, kó­łko te­atral­ne i pły­wa­nie. Jak nie za­jęcia po­za­lek­cyj­ne, to ko­le­żan­ki. A po­tem spać.

Mia­ła swo­je łó­żko, swo­ją sza­fę, mały sto­lik, lamp­kę noc­ną i duże lu­stro. Co rusz w nie spo­gląda­ła i kie­dy wi­dzia­ła się smut­ną, zmu­sza­ła mi­ęśnie twa­rzy do uśmie­chu. To było trud­ne - jak­by w kąci­kach mia­ła uwi­ąza­ne małe ci­ężar­ki.

- Jak się czu­jesz, mamo? - py­ta­ła cór­ka co­dzien­nie przy śnia­da­niu.

"Tro­ska czy po­czu­cie od­po­wie­dzial­no­ści?" - za­sta­na­wia­ła się, pa­trząc jej w oczy.

- Od wczo­raj nic się nie zmie­ni­ło - od­po­wia­da­ła jej na od­czep­ne­go, bo ile razy mo­żna mó­wić to samo. A czy ma lek­ki ka­tar, czy lek­ką chryp­kę, to co za ró­żni­ca. I tak zaj­mie się sobą sama. De­ner­wo­wa­ła ją ta tro­ska wrzu­co­na po­mi­ędzy chleb z twa­ro­giem a jaj­ka na mi­ęk­ko. Cza­sem mia­ła wra­że­nie, że cór­ka w ogó­le jej nie słu­cha. Dla­te­go raz od­po­wie­dzia­ła:

- Przez noc wy­ro­sła mi trze­cia ręka.

Cór­ka po­ki­wa­ła tyl­ko gło­wą, prze­ły­ka­jąc łyk kawy z mle­kiem. Je­dy­nie mały jesz­cze wte­dy Ku­buś za­re­ago­wał śmie­chem:

- Trze­cia ręka?! Mamo, mamo, bab­ci wy­ro­sła trze­cia ręka. Gdzie ona jest?

- Co, gdzie, co ty mó­wisz? - Cór­ka zbu­dzo­na na­gle z le­tar­gu oprzy­tom­nia­ła. - Mamo, cze­mu opo­wia­dasz dziec­ku ta­kie głup­stwa?

I tyle, je­śli cho­dzi o co­dzien­ną ro­dzin­ną tro­skę. Tak było osiem lat temu.

Te­raz cza­sa­mi opusz­cza na­wet wspól­ne śnia­da­nia, bo de­ner­wu­je ją, że lek­ko nie do­sły­szy i nie po­tra­fi sku­pić się na wi­ęcej niż jed­nej oso­bie. Pa­nu­je taki har­mi­der, że nie nadąża za sło­wa­mi naj­bli­ższych. A cała ro­dzi­na też jak­by jej nie do­strze­ga­ła. Prze­cho­dzą obok, cza­sa­mi kła­dą dłoń na jej ra­mie­niu i uśmie­cha­ją się, pa­trząc na nią prze­lot­nie. Szyb­ki po­si­łek, szast-prast my­cie zębów, ubie­ra­nie na­pręd­ce i już. Głu­chy od­głos za­my­ka­nych drzwi. Dom pu­sto­sze­je na kil­ka go­dzin. A jej wy­da­je się, że sama zmie­nia się w je­den z tych nie­ru­cho­mych, ale trzesz­czących ze sta­ro­ści me­bli, któ­re są w miesz­ka­niu. Zna je wszyst­kie na wy­lot - ka­żde pęk­ni­ęcie w drew­nie, ka­żdy słój, ka­żde za­ry­so­wa­nie. Po dwóch ty­go­dniach od prze­pro­wadz­ki za­częła mó­wić do sta­re­go ze­ga­ra z ku­ku­łką, ko­biet na re­pro­duk­cjach ob­ra­zów wi­szących na ścia­nach po­koi, do plu­szo­wych za­ba­wek Kuby i Mo­ni­ki. Nie prze­szka­dza­ło jej, że nie od­po­wia­da­ją. Wa­żne było, że mo­gła otwo­rzyć usta do cze­go­kol­wiek. Po­wie­dzieć coś.

Wie­czo­rem cór­ka przy­cho­dzi zmie­rzyć jej ci­śnie­nie, spy­tać, czy zja­dła obiad i ko­la­cję, a po­tem idzie do sie­bie. Jest tak zmęczo­na, że nie ma sił ga­dać. Trze­ba cze­kać z roz­mo­wą do nie­dzie­li. Bo wte­dy za­czy­na­ją się od­wie­dzi­ny. Ubie­ra się odświ­ęt­nie, w naj­lep­szą su­kien­kę i we­łnia­ny swe­ter, za­wie­sza sztucz­ne per­ły od wnucz­ki, przy­pi­na brosz­kę z bursz­ty­nu przy­wie­zio­ną znad mo­rza przez syna, za­miast kap­ci wsu­wa sto­py w pan­to­fle, któ­re gnio­tą jej pal­ce. Chce wy­glądać ele­ganc­ko. Ni­g­dzie nie wy­cho­dzi, więc od­ci­sków się nie na­ba­wi. Na­słu­cha się wte­dy kom­ple­men­tów, któ­re star­cza­ją na cały ty­dzień. Naj­star­szy wnuk Ja­siek przy­cho­dzi z żoną i bo­ba­sem, wnucz­ka Mo­ni­ka z na­rze­czo­nym, naj­młod­szy Kuba jesz­cze sam, za wcze­śnie na dziew­czy­ny. Po­sie­dzą po pół go­dzi­ny, opo­wie­dzą, co ro­bi­li przez cały ty­dzień, po­ki­wa­ją gło­wa­mi. Uśmie­cha­ją się, kie­dy mówi im, że też chcia­ła­by być tak za­jęta jak oni. Za­wsze jej od­po­wia­da­ją:

- Bab­ciu, bab­cia nie wie, o czym mówi. Te­raz wszy­scy za­bi­ja­ją się o byle jaką pra­cę, żeby tyl­ko ją mieć. Te­raz świat pędzi do przo­du, a o tych, co zo­sta­ją w tyle, za­po­mi­na. Te­raz nie ma cza­su na ży­cie. Nic, tyl­ko pra­ca.

Pra­wnu­czek roz­rzu­ca ser­wet­ki, kar­ty do pa­sjan­sa, ga­ze­ty i bi­be­lo­ty, któ­re po­usta­wia­ła na dol­nej pó­łecz­ce lu­stra. Po ka­żdej wi­zy­cie ma przy­naj­mniej co ro­bić, sprząta­nie ba­ła­ga­nu zaj­mu­je nie­kie­dy na­wet pół go­dzi­ny. Raz w mie­si­ącu ka­żde z wnu­ków do­sta­je od pi­ęćdzie­si­ęciu do stu zło­tych. Ale chce wie­rzyć, że nie tyl­ko dla­te­go do niej przy­cho­dzą. Pro­te­stu­ją wte­dy, że nie chcą, lecz bio­rą. A ona przy­naj­mniej czu­je, że ja­koś im po­ma­ga.

Naj­trud­niej­szy był pierw­szy ty­dzień. Gu­bi­ła się w miesz­ka­niu, choć to tyl­ko pięć po­koi. Wy­cho­dząc ze swo­je­go, nie mo­gła na po­cząt­ku sko­ja­rzyć, że drzwi z ma­łym szkla­nym okien­kiem są nie od ła­zien­ki, ale od kuch­ni. Ła­zien­ka znaj­do­wa­ła się po dru­giej stro­nie dłu­gie­go ko­ry­ta­rza, jak lu­strza­ne od­bi­cie kuch­ni. Tak samo duża, tak samo z oknem.

Dro­ga z jej po­ko­ju była tak dłu­ga, że cza­sem mia­ła wra­że­nie, że nie wy­trzy­ma, nie doj­dzie na czas. Raz się nie uda­ło i po­pu­ści­ła na świe­żo wy­pa­sto­wa­ną podło­gę. Po­łącze­nie smro­du mo­czu z za­pa­chem pa­sty wy­bu­dzi­ło ją z resz­tek snu. To była noc. Nikt nic nie za­uwa­żył. Ście­recz­kę, któ­rą wy­ta­rła podło­gę, scho­wa­ła u sie­bie za łó­żko. Wy­rzu­ci­ła ją do ko­sza do­pie­ro rano, kie­dy wszy­scy już wy­szli. A śmie­ci, gdy sama wy­szła się prze­jść.

My­li­ła ga­bi­net Zbysz­ka, męża cór­ki, z po­ko­jem Ku­bu­sia. Dłu­go za­jęło jej, za­nim po­zna­ła, kto cho­wa się za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi. Tyl­ko swój po­kój od­naj­dy­wa­ła bez pro­ble­mu - był na ko­ńcu ko­ry­ta­rza, ostat­ni. Obok nie­go nie było nic prócz du­że­go fi­ku­sa.

Klu­czy­ła po miesz­ka­niu, jak­by to był la­bi­rynt za­kręco­nych i śle­pych ko­ry­ta­rzy. Jej sta­ry dwu­pi­ętro­wy dom z dzie­wi­ęcio­ma po­ko­ja­mi po­wi­nien na­stręczać jej wi­ęk­szych pro­ble­mów, ale nie. Od po­cząt­ku wie­dzia­ła, gdzie kuch­nia, sy­pial­nia, spi­żar­nia i po­kój go­ścin­ny z te­le­wi­zo­rem. Tam­te ście­żki zna­ła na pa­mi­ęć. Te były ta­jem­ni­cą, któ­ra wci­ąż zło­śli­wie się przed nią za­my­ka­ła. Do cza­su.

- Je­stem tu jak ja­kiś in­truz - po­wie­dzia­ła cór­ce pi­ąte­go dnia po prze­pro­wadz­ce. - Ci­ągle wcho­dzę ko­muś w dro­gę, mu­si­cie mnie omi­jać. Wszy­scy cmo­ka­cie na mnie, gdy na­gle za­miast tor­by znaj­du­je­cie moją dłoń. A ja chcę tyl­ko po­dać wam tę tor­bę. Chcę być uży­tecz­na.

- Mamo, no co ty opo­wia­dasz! - ob­ru­szy­ła się cór­ka. - Nikt się na cie­bie nie zło­ści za to, że z nami miesz­kasz. Ko­cha­my cię prze­cież. Chce­my, że­byś tu była.

Ona jed­nak czu­ła co in­ne­go i po śnia­da­niu szyb­ko wra­ca­ła do swo­je­go po­ko­ju. Cze­ka­ła, aż zro­bi się ci­cho, i do­pie­ro wte­dy wy­cho­dzi­ła. I tak ma do dziś.

"Czło­wiek ode­rwa­ny od ży­cia, do ja­kie­go przy­wy­kł, czu­je się, jak­by go już nie było" - nie po­tra­fi­ła ode­rwać się od tej my­śli. Po­wra­ca­ła do niej jak bu­me­rang. A po­tem przy­szło otępie­nie. Na­gle wszy­scy za­częli wszyst­ko za nią ro­bić, a ra­czej ona nie mu­sia­ła ro­bić nic poza my­ciem się, ubie­ra­niem, spa­niem i je­dze­niem. Jak­by tyl­ko to li­czy­ło się w ży­ciu. Jak­by tyl­ko to mia­ło jej wy­star­czyć. "To taki mój ko­niec?" - my­śla­ła przed za­śni­ęciem, ale bała się po­roz­ma­wiać o tym z cór­ką. Nie chcia­ła ro­bić pro­ble­mów: obo­je mie­li ich w pra­cy do­sta­tecz­nie dużo. Poza tym nie bar­dzo wie­dzia­ła, jak to po­wie­dzieć, żeby ich nie ura­zić. Bo prze­cież nie dzia­ła jej się tu krzyw­da. A jed­nak cier­pia­ła.

- Mamo, ja zro­bię to szyb­ciej. - Cór­ka za­bie­ra­ła jej z ręki obie­racz­kę do wa­rzyw, gdy chcia­ła ob­rać ziem­nia­ki.

- Mamo, niech mama zo­sta­wi to zmy­wa­nie - nie­cier­pli­wił się zięć. - Mamy prze­cież zmy­war­kę. Zro­bi to do­kład­niej i ta­niej.

- Bab­ciu, zo­staw od­ku­rzacz. Ja od­ku­rzę przed­po­kój, nie mu­sisz tego ro­bić. - Wnucz­ka wy­łącza­ła sprzęt za ka­żdym ra­zem, gdy tyl­ko wci­ska­ła gu­zik z na­pi­sem "start".

- Bab­ciu, my wy­nie­sie­my ta­le­rze, nie dźwi­gaj - mó­wi­li, kie­dy chcia­ła od­nie­ść po obie­dzie cho­ciaż swo­je.

- Mamo, nie mu­sisz iść do skle­pu. Zby­szek wszyst­ko kupi w su­per­mar­ke­cie - sły­sza­ła, gdy chcia­ła pó­jść i cho­ciaż obej­rzeć skle­po­we pó­łki.

- A do ko­ścio­ła mogę pó­jść?! - krzyk­nęła pew­ne­go razu, bo nie wy­trzy­ma­ła tego ci­ągłe­go od­ma­wia­nia jej wszyst­kie­go.

- Oczy­wi­ście. Za­wio­zę cię.

- Nie, nie chcę! Chcę iść, sama. Pó­jść, wy­jść, prze­wie­trzyć się, zo­ba­czyć mia­sto, in­nych lu­dzi.

- Zgu­bisz się, na Boga! Mamo, to jest duże mia­sto, to nie wieś.

Ale po­szła. Nie było jej pra­wie czte­ry go­dzi­ny, bo rze­czy­wi­ście nie po­tra­fi­ła zna­le­źć dro­gi do domu. Nie przy­zna­ła się cór­ce. A ta ob­ra­zi­ła się na na­stęp­ne trzy dni.

Ko­ściół ją oszo­ło­mił. Był wiel­ki pod ka­żdym względem. Wy­so­ki jak kil­ka wiej­skich ko­śció­łków, któ­re przy nim zda­wa­ły się mi­nia­tur­ka­mi. Sze­ro­ki na łąkę przed jej by­łym do­mem. Tak na­praw­dę to mó­głby się śmia­ło w nim zmie­ścić ra­zem ze sto­do­łą, kur­ni­kiem i staj­nią. Ogrom­ne ko­lo­ro­we wi­tra­że tro­chę prze­ra­ża­ły po­tęgą i roz­mia­rem. Tu anioł z roz­ło­żo­ny­mi skrzy­dła­mi, tam dwóch apo­sto­łów na klęcz­kach przed Je­zu­sem. Tu Ma­ry­ja z Dzie­ci­ąt­kiem uśmiech­ni­ętym od ucha do ucha, a tam już Je­zus na krzy­żu. Wszyst­kie po­sta­ci były od niej wi­ęk­sze na pew­no z pięć razy. "Je­śli tyl­ko" - my­śla­ła.

Żeby przy­jąć ko­mu­nię świ­ętą, mu­sia­ła się na­cze­kać kil­ka ład­nych mi­nut. U niej na wsi po pro­stu wy­cho­dzi­ła z ław­ki, pod­cho­dzi­ła do schod­ka pro­wa­dzące­go do ołta­rza, klęka­ła i ksi­ądz już przy niej był. Tu cze­ka­ła znacz­nie dłu­żej. I kie­dy tak sta­ła, po­czu­ła na­gle jed­no­ść ze wszyst­ki­mi, któ­rzy cze­ka­li tak samo, wraz z nią, na sa­kra­ment. I to ją po­krze­pi­ło. W do­dat­ku były to oso­by w jej wie­ku. Jed­ne tro­chę star­sze, inne młod­sze, ale wszyst­kie z wi­docz­ny­mi zmarszcz­ka­mi na twa­rzach i ta­kim sa­mym smut­kiem w oczach. Od tam­tej pory cho­dzi­ła do ko­ścio­ła co ty­dzień.

- Tyl­ko żeby nie sta­ła się za­raz mo­he­ro­wym be­re­tem - pod­słu­cha­ła sło­wa zi­ęcia. - Fa­na­ty­czek w domu nie po­trze­bu­ję.

- Nie mów tak. To jej na­praw­dę do­brze robi - bro­ni­ła jej cór­ka. - Świet­nie, że zna­la­zła so­bie w ko­ńcu coś, co ją cie­szy. Mar­twi­łam się, że cho­dzi z no­sem na kwin­tę, że nie po­świ­ęca­my jej tyle cza­su, ile po­win­ni­śmy.

Otóż to. Była cór­ce wdzi­ęcz­na, że zro­zu­mia­ła. Bo cho­dzi­ło tu nie tyl­ko o re­li­gię, ale też przede wszyst­kim o coś, co mo­gła­by wresz­cie na­zwać wy­łącz­nie swo­im wła­snym. Co­ty­go­dnio­wy ry­tu­ał, dzi­ęki któ­re­mu do­brze za­czy­na­ła ko­lej­ny ty­dzień. Dzi­ęki nie­mu ja­koś się jesz­cze trzy­ma­ła.

Kie­dyś jej dzień wy­glądał tak: wsta­wa­ła z łó­żka tro­chę wcze­śniej niż jej mąż. Szła na­kar­mić wszyst­kie zwie­rzęta. Podśpie­wu­jąc pod no­sem Czar­ną Ma­don­nę, szyb­ciut­ko myła się w mi­sce. Gdy Sta­szek jesz­cze żył, sma­ży­ła ja­jecz­ni­cę, któ­rą obo­je je­dli z pa­tel­ni. Wy­grze­bu­jąc krom­ka­mi chle­ba reszt­ki ja­jek przy brze­gach na­czy­nia, spo­gląda­li przez okno. Bo ze wzgó­rza roz­po­ście­rał się wi­dok na całą oko­li­cę. Po le­wej stro­nie, na dole, za­raz za stru­my­kiem, miesz­ka­li Cie­śla­ko­wie, po pra­wej - Kra­ko­wia­ki. A hen w od­da­li, za szo­są i je­dy­nym skle­pi­kiem w wio­sce, były tory ko­le­jo­we, po któ­rych po­ci­ąg prze­je­żdżał czte­ry razy na dobę. Dwa razy w jed­ną i dwa razy w dru­gą stro­nę. Za dwor­cem był las, któ­ry si­ęgał aż Je­le­niej Góry. Raz na ja­kiś czas prze­je­chał dro­gą sa­mo­chód, raz na ja­kiś czas fur­man­ka z sia­nem lub zbo­żem. Zimą na­tu­ra ni­ko­mu nie po­zwa­la­ła się po­ru­szać. Uwiel­bia­ła po­dzi­wiać o świ­cie ma­lo­wi­dła, ja­kie na szy­bach zo­sta­wiał mróz.

Po śnia­da­niu szła wy­do­ić kro­wę, a mąż wy­pro­wa­dzał ze staj­ni ko­nia i je­chał albo po za­ku­py, albo tak so­bie, w pole, w las, byle za­bić czas. Do obia­du.

Nie roz­ma­wia­li ze sobą pra­wie w ogó­le. Ale nie szczędzi­li so­bie ca­łu­sów, ta­kich znie­nac­ka - w usta, po­li­czek, kark czy ra­mię. Tego bra­ku­je jej te­raz naj­bar­dziej. Ona mó­wi­ła na nie­go "sta­ry", on na nią "mat­ka". I ni­g­dy ani jed­no, ani dru­gie nie po­wie­dzia­ło na ma­łżon­ka złe­go sło­wa.

Po obie­dzie znów krząta­nie się po za­gro­dzie - znów zwie­rzęta, znów ogród, znów go­to­wa­nie. Po­tem ko­la­cja, wie­czo­ry przy kar­tach, krzy­żów­ce lub te­le­wi­zo­rze. To ostat­nie naj­częściej. A na ko­niec krót­ki pa­cierz i spać. Niby nic, a jed­nak dzia­ło się tak wie­le. Co dzień to samo, ale mimo to ży­cie mia­ło smak. Usta­lo­ne we­dług jej za­sad, w zgo­dzie z jej świa­tem. Te­raz tego świa­ta już nie ma. Od­pły­nął wraz z la­ta­mi.

Te­raz też dzień w dzień to samo, a jaka ró­żni­ca. Też wsta­je, też je śnia­da­nie, ma obok sie­bie bli­skich, ale nie czu­je już sma­ku. Na­wet go­ry­czy. Schu­dła, choć wy­da­je jej się, że je za trzech.

- Mamo, nie po­cho­wam cię ra­zem z oj­cem! Prędzej spro­wa­dzi­my jego trum­nę tu­taj, na nasz cmen­tarz. - Cór­ka żach­nęła się, kie­dy pew­ne­go dnia wspo­mnia­ła o wła­snym po­grze­bie. - Bo kto to będzie je­ździł po­tem na cmen­tarz tak da­le­ko.

- Ale obie­ca­li­śmy so­bie ze Stasz­kiem, two­im oj­cem, że będzie­my le­żeć obo­je na na­szym wiej­skim cmen­ta­rzy­ku, na wzgó­rzu, wśród wrzo­sów. Obo­je lu­bi­li­śmy te kwia­ty, dla­te­go tak bar­dzo o nie dba­łam. Te­raz pew­nie mar­nie­ją. Wci­ąż tyl­ko obie­cu­jesz, że po­je­dzie­my po­sprzątać po­mnik ojca. Nie po to wy­ku­pi­łam gro­bo­wiec na nas obo­je, żeby Sta­szek le­żał tam sam. Chcę być przy nim.

- Mamo, a czy ty zda­jesz so­bie spra­wę z tego, jaki będzie­my mieć kło­pot w przy­szło­ści? My­ślisz, że będzie­my mie­li tyle cza­su i zdro­wia, żeby pil­no­wać, czy wszyst­ko na cmen­ta­rzu jest tak jak po­win­no? Czy nikt ni­cze­go nie ukra­dł? Może jed­nak prze­nie­sie­my ojca, a po­mnik i miej­sce ko­muś od­sprze­da­my?

Skrzy­wi­ła się na sam dźwi­ęk pro­po­zy­cji.

- Tu na pew­no po­cho­wa­li­by nas osob­no. Prze­cież nie wy­ku­pi­łaś miej­sca na żad­nym cmen­ta­rzu, praw­da?

- A kto to te­raz my­śli o śmier­ci i po­grze­bach? Póki co ży­je­my, więc za­po­mnij, pro­szę, o swo­im po­my­śle, do­brze? Zresz­tą co to za ró­żni­ca, gdzie będzie­my le­żeć, jak umrze­my? Po śmier­ci ni­cze­go nie ma.

- Ja o tym my­ślę. Dla mnie śmie­rć i po­grzeb to wa­żne rze­czy. Nie blu­źnij.

Wi­ęcej do te­ma­tu po­grze­bu nie wra­ca­ły, ale spra­wę roz­wi­ąza­ła ina­czej. W ostat­niej woli na­pi­sa­ła, że chce zo­stać po­grze­ba­na obok męża, po­śród wrzo­sów. Ni­cze­go wi­ęcej nie po­trze­bu­je, a cały ma­jątek, nad któ­rym cór­ka spra­wo­wa­ła pie­czę, i tak zo­sta­wia wła­śnie jej. Sy­no­wi po­da­ru­je pie­ni­ądze, któ­re ma na kon­cie. Jej zo­sta­ły mi­nu­ty do śmier­ci.

Od ósmej rano pa­trzy co chwi­lę na ze­gar. Ósma pięć, ósma sie­dem, ósma dzie­si­ęć, ósma trzy­na­ście.

"Nie, to nie do znie­sie­nia - my­śli ka­żde­go dnia. - Tak się nie da żyć. Mi­nu­ty ci­ągną się jak go­dzi­ny. Mu­szę coś ro­bić! Trze­ba coś ro­bić, ina­czej prze­pad­nę".

Po­wo­li ście­li łó­żko, trze­pie po­dusz­kę kil­ka razy, wol­no na­kła­da czer­wo­ną kapę, któ­rą za­bra­ła ze sta­re­go domu, czu­le wy­gła­dza ka­żdą zmarszcz­kę na niej. Do­sta­ła ją od męża. Gdy jej do­ty­ka, czu­je się tak, jak­by gła­ska­ła jego. "A te­raz gni­je w zie­mi sam. Po co to wszyst­ko?" - wzdy­cha. Jest ósma trzy­dzie­ści sie­dem.

Znów wzdy­cha. Idzie do kuch­ni. Robi so­bie dru­gą już tego dnia her­ba­tę, sta­ra się nie na­roz­le­wać, cór­kę zło­ści wi­dok na­wet naj­mniej­szej pla­my. Kie­dy raz zo­sta­wi­ła cy­try­nę na bla­cie, ten lek­ko się znisz­czył od kwa­su.

- Mamo, tyle razy mó­wi­łam ci, że­byś nie kła­dła owo­ców bez­po­śred­nio na bla­cie, bo fo­lia się łusz­czy. Mamy masę spodków i ta­le­rzy­ków, wy­bierz któ­ryś z nich, do­brze? - Cór­ka po­pa­trzy­ła na nią ta­kim wzro­kiem, jak­by kar­ci­ła małe dziec­ko.

Pije her­ba­tę, wy­gląda przez okno. Na szczęście to ku­chen­ne wy­cho­dzi na uli­cę, więc wi­dać praw­dzi­wy ruch, a nie tyl­ko po­ru­sza­jące się nie­me ga­łęzie drzew. Bo ile mo­żna pa­trzeć na fur­ko­czące li­ście?!

Pan ze spa­nie­lem wra­ca ze spa­ce­ru. Psu bar­dziej spiesz­no, bo smycz na­ci­ągni­ęta jest do gra­nic mo­żli­wo­ści. Z na­prze­ciw­ka zbli­ża się ko­bie­ta, chy­ba w jej wie­ku, nie­sie dwie tor­by z za­ku­pa­mi. Obo­je za­trzy­mu­ją się i o czy­mś roz­ma­wia­ją. Pies ob­wąchu­je siat­ki. "Och, ja­kże i ja chcia­ła­bym tak na­gle, niby przy­pad­kiem, spo­tkać ko­goś zna­jo­me­go na uli­cy i po pro­stu za­mie­nić dwa sło­wa". Myśl o wy­jściu ją cie­szy. Jest dzie­wi­ąta sie­dem­na­ście. Wkła­da najład­niej­szy płaszcz, opró­sza twarz pu­drem na­le­żącym do cór­ki, skra­pia jej per­fu­ma­mi. W lu­strze wi­dzi błysz­czące oczy. To jej oczy, co dzi­wi ją nie­co. Daw­no nie były tak żywe.

Uli­ca, przy któ­rej stoi dom, jest dłu­ga. Prze­cho­dzi ją w tę i z po­wro­tem kil­ka razy, ale ni­ko­go nie spo­ty­ka. En­tu­zjazm tro­chę w niej ga­śnie. Kie­ru­je się do ma­łe­go skle­pu spo­żyw­cze­go, cza­sem kupi tam ja­kiś dro­biazg, o któ­rym za­po­mni jej cór­ka. Eks­pe­dient­ka ją zna, lubi mó­wić, zej­dzie tro­chę cza­su. Jest tak, jak się spo­dzie­wa­ła - w skle­pie ni­ko­go nie ma.

- Dzień do­bry, pani Anno.

- Pani He­le­no! - Skle­po­wa się cie­szy. - Jak do­brze pa­nią wi­dzieć. Już daw­no pani u mnie nie było, my­śla­łam na­wet, że sta­ło się pani coś nie­do­bre­go. Mar­twi­łam się, ale ba­łam się py­tać.

"O Boże, ktoś się o mnie mar­twi" - po­my­śla­ła i żeby szyb­ko za­trzy­mać łzy przy­cup­ni­ęte tuż na brze­gu oka, mówi:

- Nie, nie, wszyst­ko do­brze, dzi­ęku­ję. Po pro­stu ni­cze­go nie po­trze­bo­wa­łam, cór­ka ku­pu­je mi wszyst­ko, a i deszcz nie na­stra­jał zbyt­nio do spa­ce­rów. I ten wiatr, tak nie lu­bię, gdy dmie w uszy, po­tem cho­re, wie pani, jak to jest. W do­dat­ku szu­mi mi w gło­wie. Ale dziś sło­ńce, więc po­my­śla­łam, że pa­nią od­wie­dzę. Wszyst­ko u pani do­brze?

- Oj, jak to w du­żej ro­dzi­nie, cały czas coś się dzie­je. Na pew­no ma pani to na co dzień. U was prze­cież też duża ro­dzi­na. Ostat­nio mąż miał stłucz­kę, więc je­ste­śmy bez auta. A bez auta tu­taj to jak bez nogi, do cen­trum mia­sta da­le­ko, a to­war trze­ba ja­koś do­wie­źć. Star­szy syn, za­miast uczyć się do ma­tu­ry, ga­nia za jed­ną dziew­czy­ną, młod­szy...

Nie do ko­ńca chcia­ło jej się słu­chać. Chcia­ła roz­ma­wiać. Mó­wić. Żywa oso­ba nie po­win­na być te­le­wi­zo­rem. Pa­trzy eks­pe­dient­ce na usta, po­ta­ku­je gło­wą ze zro­zu­mie­niem i uśmie­cha się. "Dam się jej wy­ga­dać, może po­tem i mnie wy­słu­cha".

Ale gdy tak słu­cha, do­cho­dzi do wnio­sku, że ro­dzi­na eks­pe­dient­ki jest inna. Nikt nie sie­dzi ca­ły­mi po­po­łud­nia­mi za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi, dzie­ci zwie­rza­ją się ro­dzi­com, ro­dzi­ce po­ma­ga­ją dzie­ciom. Ka­żdy jest dla ka­żde­go. Na­gle za­zdro­ści skle­po­wej, że kłó­ci się z mężem, dro­czy ze star­szym sy­nem, że od rana do wie­czo­ra nie ma cza­su dla sie­bie. Bo tu pra­ca, tu go­to­wa­nie, tu sprząta­nie, tu dzie­ci. I od razu spać.

Za­nim ona po­ło­ży się do snu, ma wra­że­nie, że dzień trwał cały ty­dzień. I w do­dat­ku nie wy­da­rzy­ło się nic, co mo­gła­by za­pa­mi­ętać.

- Pani Aniu, prze­pra­szam, ale nie pa­mi­ętam, czy wy­łączy­łam że­laz­ko - prze­ry­wa eks­pe­dient­ce i szyb­ko wy­cho­dzi, bo robi jej się na­gle tak smut­no, że z tru­dem po­wstrzy­mu­je drże­nie ust.

Jest je­de­na­sta. Sia­da na so­fie w du­żym po­ko­ju i cze­ka.

Po po­wro­cie cór­ki z pra­cy wy­bu­cha, nie cze­ka­jąc, aż tam­ta zdej­mie ko­za­ki i kurt­kę:

- Nie mogę tak dłu­żej, nie wy­trzy­mam! - krzy­czy, a cór­ka pa­trzy na nią zdzi­wio­na.

- Ale o co cho­dzi? Coś się sta­ło? - pyta.

- Je­stem u was do­pie­ro pół roku, a czu­ję się, jak­bym spędzi­ła w tym domu całą wiecz­no­ść. Jak w wi­ęzie­niu! Ni­cze­go mi nie wol­no: tego nie rób, tam­te­go nie do­ty­kaj, nie idź, nie bierz, nie prze­szka­dzaj. Nic tyl­ko sie­dzę, ro­zu­miesz? To nie jest ży­cie! Taka sta­ro­ść to udręka.

- Mamo, na­wet nie zda­jesz so­bie spra­wy, jak bar­dzo za­zdro­ści­my ci tej wol­no­ści, spo­ko­ju...

- Ja o so­bie, a ty o so­bie, jak zwy­kle! Po­my­śl, dziec­ko, cza­sa­mi o kimś in­nym niż ty, do­brze?

- Mamo...

- Wy­da­je ci się, że sko­ro wzi­ęłaś mnie do sie­bie, to już nic nie mu­sisz ro­bić? Że obo­wi­ązek cór­ki wy­pe­łni­łaś wy­śmie­ni­cie? Ja ki­cham na ta­kie ży­cie! Mam ci może być wdzi­ęcz­na, że mnie przy­gar­nęłaś? Wiesz, jak się czu­ję? Jak jesz­cze je­den me­bel wrzu­co­ny do two­jej ja­dal­ni!

- Mamo, boli mnie to, co mó­wisz...

- To niech boli, nic mnie to nie ob­cho­dzi, szcze­ro­ść za­wsze boli.

- Wy­da­wa­ło mi się po pro­stu, że jest ci u nas do­brze, że masz wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­jesz: spo­kój, cie­pło, brak obo­wi­ąz­ków...

- Nie dziec­ko, czło­wiek po­trze­bu­je przede wszyst­kim uwa­gi, a tu­taj je­dy­nie pani Ania ze skle­pu za­mie­ni ze mną cza­sem parę słów. Na wa­szą uwa­gę mu­szę cze­kać do so­bo­ty, a na­wet nie­dzie­li. - Wie, że tro­chę prze­sa­dza, ale nie po­tra­fi się po­wstrzy­mać. Wie, że obo­je - cór­ka i jej mąż - ci­ężko pra­cu­ją.

- Je­śli chcesz - mówi ci­cho cór­ka - to mo­że­my za­wie­źć cię w so­bo­tę do Ada­ma. Spędzisz tro­chę cza­su nad mo­rzem. - Ma łzy w oczach, przez co bu­dzi w niej ocho­tę, by przy­gar­nąć swo­je młod­sze dziec­ko, ale po­wstrzy­mu­je się. To by­ło­by przy­zna­nie ra­cji cór­ce, pod­da­nie się, kom­plet­na po­ra­żka.

- Twój brat mnie nie za­pra­szał - mówi tyl­ko.

- Prze­cież nie po­trze­bu­jesz żad­ne­go za­pro­sze­nia, żeby po­je­chać do wła­sne­go syna, mamo! - Cór­ka tra­ci cier­pli­wo­ść, chwy­ta za te­le­fon ko­mór­ko­wy. - Adam? W so­bo­tę przy­wo­zi­my ci mamę. Co? Na ty­dzień. - I roz­łącza się. - Za­do­wo­lo­na?

Nie, nie jest za­do­wo­lo­na. Jest wstrząśni­ęta, bo czu­je się na­gle jak pa­ku­nek, któ­ry mo­żna pod­rzu­cić ko­mu­kol­wiek, kie­dy­kol­wiek i byle gdzie. Bez py­ta­nia jej o zda­nie i zgo­dę. Do­cho­dzi do niej, że cór­ka też jest nią zmęczo­na, że ina­czej wy­obra­ża­ły so­bie wspól­ne miesz­ka­nie. Za­my­ka się w swo­im po­ko­ju, nie wy­cho­dzi na ko­la­cję, o dwu­dzie­stej kła­dzie się spać i prze­sy­pia do rana. Cze­ka, aż dom znów będzie pu­sty. Spo­dzie­wa się, że może w kuch­ni znaj­dzie małą kart­kę z jed­nym sło­wem od cór­ki: "Prze­pra­szam", ale nic tam nie ma. Sie­dzi przez trzy go­dzi­ny przy te­le­fo­nie, bo my­śli, że może cór­ka za­dzwo­ni z wy­ra­za­mi żalu - nic z tych rze­czy. Dla­te­go pa­ku­je swo­je ubra­nia do wa­liz­ki. Kie­dy cór­ka wra­ca z pra­cy, nie za­sta­je jej w domu. Wi­dzi pu­ste wie­sza­ki w sza­fie i wpa­da w po­płoch.

Po­wie jej o tym do­pie­ro po pi­ęciu go­dzi­nach. Tyle zaj­mu­ją po­szu­ki­wa­nia. Po­li­cja nie chce się w nie włączyć, od znik­ni­ęcia nie mi­nęły dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny. To, że cho­dzi o oso­bę pra­wie osiem­dzie­si­ęcio­let­nią, nie po­ma­ga.

- Za­gi­ni­ęcie to za­gi­ni­ęcie - mó­wią po­li­cjan­ci. - Musi mi­nąć doba.

Ale ona o tym nie wie. Sie­dzi naj­pierw na ław­ce kil­ka ulic od domu, a po­tem w par­ku koło ko­ścio­ła. Mało lu­dzi, jest zim­no, wszy­scy sie­dzą w do­mach w cie­płych kap­ciach. Też my­śli o kap­ciach i go­rącej her­ba­cie z ma­li­na­mi. Gdy­by te­raz wró­ci­ła, to na­wet nie za­uwa­ży­li­by, że znik­nęła. Ni­cze­go by się nie do­my­śli­li. Uda­wa­ła­by, że cały dzień ogląda­ła te­le­wi­zję. Tyl­ko że wró­ci i co? Zno­wu dzień w dzień będzie to samo. Ma­razm. Nie, nie wró­ci, niech się dzie­je, co chce. Wsta­je szyb­ko z ław­ki, prze­no­si się do ko­ścio­ła, klęka i sta­ra się nie przej­mo­wać spoj­rze­nia­mi osób, któ­re sie­dzą w po­bli­żu. Bo duża wa­liz­ka jed­nak dzi­wi. W ko­ście­le? Pró­bu­je się mo­dlić, li­czy na pod­po­wie­dź od naj­wy­ższe­go, co po­win­na zro­bić. Ale ci­sza, nikt nic do niej nie mówi, nie prze­ma­wia ża­den głos z nie­ba, nie po­ja­wia się ża­den znak. Jest czter­na­sta. Znie­cier­pli­wio­na, że nie po­tra­fi pod­jąć pro­stej de­cy­zji, pod­no­si się z ko­lan, bły­ska­wicz­nie jak na nią, i już wie - po­win­na wsi­ąść w au­to­bus i po­je­chać do swo­jej wsi, do daw­ne­go domu, nowi wła­ści­cie­le na pew­no nie od­wa­żą się od­mó­wić jej noc­le­gu. A co zro­bi pó­źniej, za­sta­no­wi się ju­tro.

Na dwo­rzec PKS nie jest da­le­ko, po­win­na do­jść w pół go­dzi­ny. "Tro­chę ci­ężka ta wa­liz­ka" - my­śli, bo ra­mię w bar­ku chrzęści z ka­żdym kro­kiem co­raz bar­dziej. "Doj­dę, mu­szę do­jść" - mówi do sie­bie. Na dwor­cu oka­zu­je się, że naj­bli­ższy au­to­bus prze­je­żdża­jący przez jej miej­sco­wo­ść będzie za dwie go­dzi­ny. Zdąży coś zje­ść w dwor­co­wym ba­rze, na­pić się cze­goś cie­płe­go. Czu­je się, jak­by znów mia­ła osiem­na­ście lat i je­cha­ła na naj­wa­żniej­szą wy­ciecz­kę ży­cia, jak­by za­czy­na­ła je na nowo. Emo­cje są tak duże, że za­czy­na się trząść.

- Źle się pani czu­je? Chce pani jesz­cze coś go­rące­go do pi­cia? Strasz­nie pani dy­go­ce - mówi bu­fe­to­wa.

- Dzi­ęku­ję, to miłe z pani stro­ny, ale nie. Po pro­stu je­stem tro­chę zmęczo­na. Mój au­to­bus od­je­żdża do­pie­ro o sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści.

- Może chcia­ła­by pani usi­ąść wy­god­niej, na tym ba­ro­wym sto­łku nie­zbyt do­brze dla kręgo­słu­pa i nóg.

Bu­fe­to­wa nie cze­ka na od­po­wie­dź, tyl­ko przy­no­si duże krze­sło z mi­ęk­kim sie­dze­niem i sta­wia przed nią. Te­raz już wszy­scy klien­ci pa­trzą na nią. Ta­kiej uwa­gi ze stro­ny lu­dzi nie mia­ła już daw­no. To miłe, ale jed­no­cze­śnie nie­co de­ner­wu­jące są wszyst­kie spoj­rze­nia i szep­ty, któ­rych nie sły­szy. Za­my­ka oczy, żeby nie wi­dzieć tych lu­dzi. I za­sy­pia. Kie­dy się bu­dzi, mija osiem­na­sta trzy­dzie­ści. Jest przy­kry­ta wła­snym płasz­czem, ale nie pa­mi­ęta, żeby to zro­bi­ła. Chce jej się pła­kać.

- Prze­cież mó­wi­łam pani, o któ­rej mam au­to­bus, dla­cze­go mnie pani nie obu­dzi­ła?! - krzy­czy do bu­fe­to­wej.

- Prze­pra­szam bar­dzo, ale ja nie je­stem ani od bu­dze­nia pa­sa­że­rów, ani od do­gląda­nia ko­go­kol­wiek! Wi­dzi pani, ile jest tu osób. My­śla­łam, że spo­gląda pani cza­sa­mi na ze­ga­rek. Ja mu­szę baru pil­no­wać!

Wy­cho­dzi z bu­dyn­ku i do­pa­da ją taki ziąb, że od razu wra­ca. "Dla­cze­go wszyst­ko jest nie tak, jak trze­ba? Dla­cze­go wszyst­ko jest źle?"

- Nie je­dzie pani? - pyta bu­fe­to­wa.

- Za dwie go­dzi­ny. Na­stęp­ne po­łącze­nie mam do­pie­ro za dwie go­dzi­ny - od­po­wia­da, ale nie jest już tak pew­na, czy po­win­na je­chać. Za­nim do­trze na miej­sce, będzie po dzie­si­ątej wie­czór. Za­nim wdra­pie się na wzgó­rze, będzie je­de­na­sta. Czy wol­no pu­kać do czy­ich­kol­wiek drzwi o tej go­dzi­nie? Pro­sić o po­moc? To jak ja­łmu­żna, jak że­bry. Co ma te­raz zro­bić?

Pada z po­wro­tem na krze­sło i za­czy­na chli­pać. Na­wet nie czu­je łez, tyl­ko bar­dziej sły­szy, jak spły­wa­ją po su­chej skó­rze po­licz­ków. Już nie ob­cho­dzi jej, że lu­dzie pa­trzą. "Niech pa­trzą - my­śli. Tak wy­gląda sta­ry czło­wiek, któ­ry nie ma do­kąd pó­jść". Prze­sie­dzi tak jesz­cze dwie go­dzi­ny, za­nim cór­ka znaj­dzie ją uśpio­ną i ści­ska­jącą obie­ma ręka­mi wa­liz­kę jak skarb.

- Mamo, Boże, jak do­brze, że cię zna­la­złam. - Przy­tu­la się do niej, tak jak kie­dyś w dzie­ci­ństwie, moc­no i z ca­łej siły. - Na­wet nie wiesz, co czu­łam przez te kil­ka go­dzin.

Mil­czy, po­zwa­la cór­ce mó­wić, bo sama nie ma jej nic do po­wie­dze­nia. Jest zbyt zmęczo­na.

- Tak się o cie­bie mar­twi­li­śmy. Mo­ni­ka wci­ąż bie­ga po osie­dlu i cię szu­ka. Tyl­ko Kuba zo­stał w domu na wy­pa­dek, gdy­byś wró­ci­ła. Boże, co ci przy­szło do gło­wy?! Chcia­łaś od nas uciec? Dla­cze­go?

Wci­ąż mil­czy. Bie­rze tyl­ko cór­kę pod rękę i wy­cho­dzą. Kie­dy do­cie­ra­ją do domu, zięć mówi:

- Mamo, mam wiel­ką pro­śbę, niech mama nam ni­g­dy wi­ęcej tego nie robi.

Ale zro­bi to jesz­cze czte­ry razy, bo po­czu­cia, że ktoś cię szu­ka, nie da się z ni­czym po­rów­nać. Tyl­ko wte­dy ma pew­no­ść, że ro­dzi­na mar­twi się o nią i my­śli wy­łącz­nie o niej. Ucie­ka zwy­kle po kłót­ni lub ci­chych dniach, kie­dy cór­ka, na­wet mie­rząc jej wie­czo­rem ci­śnie­nie, nie po­wie ani sło­wa. To ma być kara - te kil­ka go­dzin nie­wie­dzy i nie­po­ko­ju. Do­tkli­wa. Wie, że nie po­win­no się tak ro­bić. Ale nie może się po­wstrzy­mać.

- To je­dy­na mo­żli­wo­ść, by zwró­ci­ła na mnie uwa­gę - tłu­ma­czy eks­pe­dient­ce. - Może ktoś na­zwie mnie zło­śli­wą sta­rą ko­bie­tą, ale nie ob­cho­dzi mnie to. Będę to ro­bić, do­pó­ki nie zro­zu­mie, że czło­wie­ka w moim wie­ku, a szcze­gól­nie wła­snej mat­ki, nie zo­sta­wia się sa­mej so­bie przez cały dzień w pu­stym domu.

Ale do pi­ątej uciecz­ki nie do­cho­dzi. Po czwar­tej cór­ka tra­fia do szpi­ta­la z po­dej­rze­niem za­wa­łu. A ona w ko­ńcu ro­zu­mie, że ten dom jest je­dy­nym, jaki będzie mia­ła do ko­ńca swych dni. Tak jak nie­zmien­ne po­zo­sta­ną dłu­gie mi­nu­ty, któ­re będzie ob­ser­wo­wać na ścien­nym ze­ga­rze tego dnia i na­stęp­ne­go, i na­stęp­ne­go. Mi­nu­ty będą pły­nąć do­pó­ty, do­pó­ki i ona będzie na świe­cie. Kie­dy jej za­brak­nie, mi­nu­ty będą bić dla in­nych.

Ta myśl tro­chę ją koi.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki