Rozdział 2
Dan Zollmann jest autorem zdjęcia okładkowego oryginalnego wydania Mazel tow. Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów. To nie tak, że zrobił to zdjęcie, zatytułowane Dancing in the rain, specjalnie dla mnie - istniało na długo, zanim tamta książka ujrzała światło dzienne.
Dancing in the rain to portret odwróconego do nas plecami chasyda. Otula go czarny satynowy płaszcz, a pejsy powiewają mu na wietrze. Mężczyzna ma na głowie niezbyt wysoki czarny kapelusz i nosi czarne pumpy, a pod nimi czarne pończochy. Walcząc z wiatrem, jedną ręką przytrzymuje rozłożony - czarny - parasol na wysokości lewego biodra; drugą ręką pilnuje, by podmuchy nie wygięły drutów. Wiatr wnosi powiew w tę scenę, która sugeruje otwartość i zamknięcie, emanuje radością, ale i powściągliwością, scenę kryjącą w sobie nie tylko Antwerpię, lecz także cały świat.
Nie znałam Zollmanna. Kiedy jednak szukałam odpowiedniej okładki do tamtej książki, okazało się, że zdjęcia, które po poszukiwaniach w Google uznałam za rokujące, pochodziły od niego - wszystkie, co do jednego. Istniał tylko jeden problem: nigdzie nie było jego danych kontaktowych. Jego fotografie dało się znaleźć wszędzie, ale on sam nie miał nawet strony internetowej.
Dzwoniłam do gazet i czasopism, które publikowały jego zdjęcia: nikt nie był w stanie dać mi jego numeru. Na pytanie, gdzie mieszka, otrzymałam odpowiedź, że najprawdopodobniej w Antwerpii - pracował tam przez dwa lata jako fotograf miejski. Mimo to urząd gminy nie potrafił udzielić mi żadnych informacji na jego temat. Zollmann zdobył za swoje prace kilka ważnych wyróżnień, a jednak nic nie wskórałam także u instytucji przyznających te nagrody. Muzeum Historii Żydów w Amsterdamie zorganizowało cieszącą się uznaniem wystawę jego zdjęć. Zadzwoniłam tam i wysłałam maila, co nie posunęło mnie ani trochę naprzód. Choć może jednak: dowiedziałam się, że Zollmann wydał albumy z fotografiami. Znalazłam je online, ale gorzej poszło z poszukiwaniem miejsc, gdzie można by je kupić. Skontaktowałam się z wydawcą - odesłał mnie z kwitkiem.
Wyglądało na to, że Dan Zollmann nie istnieje. Stopniowo nabierałam przekonania, że musi być wytworem czyjegoś pełnego inwencji umysłu. Albo ultraortodoksyjnym Żydem, który zamyka się we własnej społeczności. To drugie wydawało mi się najbardziej prawdopodobne. Jego prace ukazywały intymność codziennego życia chasydów w sposób, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam. Ktoś, komu wolno było fotografować tych ludzi i ich tradycje, musiał sam należeć do świata, w którym monopol na prawdę mają święte księgi i cadykowie.
Sądząc po zdjęciach, które udało mi się wyszukać w internecie, fotograf odwiedzał nawet tisze. Słowem tym określa się spotkania przy stole ze znakomitymi cadykami. Na niektórych zdjęciach Zollmanna setki mężczyzn w sztrajmłach śpiewają i modlą się w improwizowanej sali bankietowej na świeżym powietrzu, urządzonej w formie areny. Każde jej półkole ma schodzącą w dół trybunę dla publiczności, jakiej można by się spodziewać na stadionie sportowym na obrzeżach miasta. Zgromadzeni słuchają przywódcy duchowego, zasiadającego u szczytu ogromnego stołu, na którym stoją jedynie butelki z wodą. Budynki w tle pozwalają mi wywnioskować, że spotkanie odbyło się niedaleko alej Charlottalei i Brialmontlei, czyli w samym środku dzielnicy żydowskiej, pomiędzy rzędami domów i rzut kamieniem od parku miejskiego.
Zollmann odwiedzał z aparatem pokoje mieszkalne i szule[2], do których normalnie nie wpuszcza się ciekawskich. Udało mu się cyknąć fotkę dwóch chasydów w sztrajmłach, przejeżdżających na rowerach pod wiaduktem, a oni nie odwrócili twarzy. Musiał pozostawać w dobrych stosunkach z żydowskimi drobnymi przedsiębiorcami, na przykład z Seletskimi, prowadzącymi najstarszą żydowską księgarnię w Antwerpii, przekazywaną z ojca na syna. Na paru zdjęciach stary Seletski zagłębia się w swoje księgi spisane po hebrajsku i w jidysz, z których ułożył tyle stosów, wzniósł tak wysokie wieże, że zdają się podpierać sufit i jego duszę.
Zollmann musiał być jednym z nich - zwłaszcza że w otoczeniu całej tej ortodoksji mógł pozwolić sobie na humor, a taki przywilej przysługuje wyłącznie wtajemniczonym. Tak jak na tym ujęciu: dwóch ubranych tradycyjnie w czerń i biel chasydów, ojciec i syn, idzie przez padający śnieg; między nimi dynda tania jaskrawoczerwona reklamówka Media Marktu ze sloganem: "Przecież nie jestem wariatem". Albo to zdjęcie: pobożny młodzieniec jedzie na rowerze przez swoją dzielnicę. Na widok wycelowanego w niego obiektywu Zollmanna błyskawicznie się odwrócił, całkowicie niespodziewanie stając twarzą w twarz z zakazanym - szczupłą, długonogą brunetką w obcisłych dżinsach, która pewnie kroczy po chodniku.
Ostatecznie osobą, która pomogła mi zdobyć numer telefonu Dana Zollmanna, okazał się szalenie miły pracownik sekretariatu gminy żydowskiej Szomrej Hadas.
- Przepraszam, ale czy mógłby mi pan najpierw wytłumaczyć znaczenie słów Szomrej Hadas? - spytałam przez telefon. - Co to znaczy?
- To po hebrajsku.
- Rozumiem. Ale co to oznacza?
- Strażnicy Wiary. W Antwerpii jest jeszcze druga duża gmina żydowska.
- Mieszkam w tym mieście od kilkudziesięciu lat, ale pierwsze słyszę.
- A czy kiedykolwiek czegoś od nich pani potrzebuje?
- Nie jestem Żydówką. Ale nigdy nie czytałam nic na ten temat.
- Zapewne istnieje więcej rzeczy, o których nigdy pani nie czytała? - wypowiedział te słowa uprzejmie, zabrzmiały jak żart.
- Jak nazywa się ta druga gmina? - spytałam.
- Machsike Hadas, Obrońcy Wiary. Ale nie wszyscy Żydzi należą do gmin, jeśli tak się pani wydaje. Jest wielu Żydów, którzy nie chcą być członkami żadnej grupy. Bo są ateistami. Albo nie chcą płacić składki, to równie prawdopodobne. - Zaśmiał się.
Nie odważyłam się spytać, ile kosztuje członkostwo. Obiło mi się kiedyś o uszy, że ortodoksyjni Żydzi oddają gminie pewien procent swojej pensji czy dochodów, by dostać w zamian dobrze zorganizowane żydowskie życie. Ta społeczność składa się zatem z gmin. Czy każdy członek płaci tyle samo, czy może kwota składki zależy od dochodów? Chętnie bym się tego dowiedziała, ale nie dałam się ponieść zaciekawieniu. Wiedząc, jaka podejrzliwość panuje w tych kręgach, nie chciałam budzić nieufności. Gdyby mężczyzna wygooglował moje nazwisko, szybko dowiedziałby się, że jestem dziennikarką. Mógłby uznać, że próbuję ukradkiem wydobyć od niego informacje, podczas gdy interesował mnie wyłącznie numer telefonu Zollmanna. Zamiast tego spytałam więc:
- Czyli są strażnicy wiary i obrońcy wiary?
- Większość nurtów chasydzkich należy do Machsike Hadas. Bóg siedzi za kierownicą ich życia. Na szczęście w naszym życiu, życiu nowoczesnych ortodoksów, Bóg zasiada na tylnym siedzeniu.
Mężczyzna miał młody, energiczny głos. Zastanawiałam się, jak wygląda. Czy nosi jarmułkę. Czy ma brodę.
- Czy powinnam szukać Dana Zollmanna w tej drugiej gminie?
- Mogę dać pani jego numer.
- Byłoby fantastycznie. Chcę spytać o prawa autorskie do jednego z jego zdjęć.
- Tego typu rozmowy musi pani faktycznie prowadzić z nim samym.
- Zna go pan? Jest pobożny?
- Oryginał z niego.
- Co ma pan na myśli?
- A co ma pani na myśli, mówiąc "pobożny"?
- Że jest chasydem.
- Czy nie wszyscy ludzie są pobożni na swój własny sposób?
Na moment zapadła cisza. Przynajmniej na linii, bo w tle słyszałam, jak mężczyzna rozmawia z kimś po niderlandzku. Nic nie rozumiałam.
- Czy zna pani historię o żydowskim rozbitku, który od wielu lat przebywa na bezludnej wyspie? - Znów zwrócił się do mnie.
- Yyy...
- Rozbitek znajduje na wyspie różne materiały i buduje z nich dom, synagogę, stajnię, stragan. Bezustannie buduje i przebudowuje, jedną budowlę za drugą, aż wreszcie ma prawie całą dzielnicę. Jest tam pani?
- Słucham - odpowiadam. Znałam historię, którą chciał mi opowiedzieć. Jej lekko zmodyfikowane warianty słyszałam już przynajmniej z dziesięć razy: dlaczego żydowscy mężczyźni tak uwielbiają sypać szmoncesami?
- Pewnego dnia nadpływa statek. Żyd zostaje uratowany. Marynarze, goje, jak nazywamy nie-Żydów, ze zdziwieniem patrzą na wioskę, którą w pojedynkę wybudował Samuel. Już mają wchodzić na pokład i odpływać, gdy jeden z mężczyzn odwraca się do niego i mówi: "Jednej rzeczy nie rozumiem, mój dobry człowieku. Dlaczego wybudowałeś dwie synagogi, skoro jesteś tu jedynym mieszkańcem i jedynym wiernym?".
Mężczyzna umilkł.
Wykorzystałam ciszę, by udzielić odpowiedzi:
- "To", mówi rozbitek i wskazuje jedną budowlę, "jest moja synagoga. A tamten budynek to synagoga, w której moja noga nigdy nie postanie".
- Rozumie pani głębszą mądrość tego dowcipu? - spytał mężczyzna, nie tracąc rezonu.
- Proszę mi powiedzieć.
- W judaizmie jednomyślność istnieje tylko i wyłącznie podczas śpiewu w synagodze. A i na ten temat będą dyskusje.
Przygotowałam kartkę i długopis, gotowa zanotować numer Dana Zollmanna.
*
Dzwoniąc do drzwi Dana Zollmanna, liczyłam się z tym, że odejdę z kwitkiem: ultraortodoksyjny fotograf nigdy nie zgodziłby się na wykorzystanie jego zdjęcia na okładce książki o rodzinie nowoczesnych ortodoksów, napisanej przez ateistkę, a do tego gojkę.
Poza tym podczas rozmowy przez telefon Zollmann był wyjątkowo zwięzły i rzeczowy, aż ogarniało mnie zniechęcenie. Ustaliliśmy datę i godzinę. Podał mi swój adres. Zaraz potem powiedział: "Do zobaczenia, nie będę pani przeszkadzał". I odłożył słuchawkę.
W drodze do niego zastanawiałam się, który nurt jego religii zakazuje mężczyźnie prowadzenia długich rozmów telefonicznych z kobietą. Kto uznawał, że taka konwersacja nie może trwać dłużej niż ściśle konieczne? Czy na jego zdjęciach widnieli wyłącznie mężczyźni właśnie dlatego, że nie wolno mu było zadawać się z kobietami?
Mimo to nie traciłam całkiem nadziei. Dan Zollmann mieszkał na przedmieściach Antwerpii. Chasydzi, niezależnie od tego, do której dynastii czy odłamu przynależą, niemal zawsze lokują się w sztetlu. A on przebywał poza eruwem, ogrodzeniem, które tak świetnie pokazuje, że jeśli więź między Bogiem a współczesnym światem ma być długotrwała i znośna, będzie wymagać tyle samo akrobatyki co każde inne małżeństwo.
Eruw otacza pewien obszar, symbolicznie zamieniając go w domostwo. To bardzo ważne, bo w szabat i inne dni świąteczne pobożnym Żydom wolno wykonywać w domu pewne precyzyjnie określone czynności, niedozwolone poza nim: pchanie dziecięcego wózka, noszenie zakupów... Kiedy dany teren umownie stanie się domem, będą mogli to robić także na nim. Takie zwiększenie swobody jest naprawdę pomocne, zwłaszcza w przypadku wielodzietnych rodzin.
W Antwerpii, w odróżnieniu od Nowego Jorku, Londynu, Paryża czy Amsterdamu, sprawdzany co tydzień przez rabinów eruw obejmuje całe miasto. Na to nieprzerwane ogrodzenie składają się granice naturalne, takie jak Skalda, oraz budowlane - tory kolejowe czy mury miejskie. Tam, gdzie brakuje dzieł natury i człowieka, eruw uzupełnia się linką zawiązywaną na wysokości drzew, której stanu się pilnuje, zwłaszcza w razie sztormu czy burzy. Gdyby błyskawica wypaliła dziurę w eruwie w szabat albo inny dzień świąteczny, ortodoksyjni Żydzi mieliby spory problem.
W górnej części futryny, po prawej stronie, nieco nad dzwonkiem, wisiała jednak mezuza, czyli zwitek pergaminu z cytatem z Tory, który ma chronić dom przed złem.
Drzwi otworzył Dan Zollmann we własnej osobie. Przywitał mnie uprzejmie, nie patrząc mi w oczy. Unikał mojego spojrzenia także później, prowadząc mnie do jasnego salonu, który wydawał się stworzony specjalnie dla gości.
Gospodarz był ode mnie o głowę niższy i nieco zbyt ciężki jak na swój wzrost. Dałam mu na oko jakąś pięćdziesiątkę. Nie miał pejsów, a jego siwiejących loków nie przykrywała jarmułka. Nosił jasnobrązowe sztruksy i zielony sweter z wełny jagnięcej, spod którego wystawała koszula w beżowo-zieloną kratkę.
Wskazał mi fotel i zniknął.
Na dużym stole pośrodku salonu czekały już dwie filiżanki, stosik talerzy, garść sztućców i pęk serwetek. Obok pyszniły się cztery tartaletki - dwie z jabłkami, jedna ryżowa i jedna z nadzieniem czekoladowym - w otoczeniu sporej liczby szklanych i kryształowych miseczek z daktylami, migdałami, makaronikami i winogronami. Na ścianach wisiały obrazy ze scenami o tematyce żydowskiej i oprawione zdjęcia. Nad drzwiami, tam gdzie w katolickich domach zazwyczaj czuwa Jezus na krzyżu, znajdował się portret trzech mężczyzn, którzy skończyli się modlić: kojarzyłam to zdjęcie z internetowych poszukiwań prac Zollmanna. Na regale z ciemnego drewna stały dziesiątki miniaturowych figurek przedstawiających rzadkie i ginące zawody, od domokrążcy przez zegarmistrza i szewca po szlifierza diamentów. Były to profesje, które na początku dwudziestego wieku ożywiały i urozmaicały dzielnicę ortodoksyjnych Żydów w Antwerpii, tworząc z tej części miasta miejsce, gdzie świetnie odnajdowali się zwłaszcza ubodzy Żydzi, którzy uciekli z Europy Wschodniej.
Ruda kocica dała mi do zrozumienia, że przebywam w jej królestwie.
Dostałam dużo czasu na rozejrzenie się po pokoju gościnnym. Zollmann nie wracał. Nie było go tak długo, że zrobiło mi się nieswojo. W domu panowała zupełna cisza. Jedynie kotka rozparła się na mojej torebce, którą ułożyłam na fotelu obok mnie. Poczułam pokusę, by ją przegonić, ale nie miałam śmiałości. Obawiałam się wygiętego grzbietu i pacnięcia łapą - a do tego w każdej chwili w drzwiach mógł pojawić się pan Zollmann. Skubnęłam kilka orzeszków, daktyla i trzy winogrona.
Ku swojej radości odkryłam, że na komodzie przy stole stoi Shtetl, album fotograficzny Zollmanna. Położyłam go przed sobą i zajrzałam do środka. Kiedy jednak zdążyłam dwa razy uważnie i z podziwem przekartkować całość, gdy przeczytałam, że wschodnioeuropejski chasydyzm powstał w odpowiedzi na tradycyjny, intelektualny judaizm, cisza panująca w domu zaczęła działać mi na nerwy. Czytałam dalej. Dowiedziałam się jeszcze, że Israel ben Eliezer był pierwszym cadykiem i że zawdzięczał sukces głównie charyzmie, dzięki której udało mu się trafić do mas ubogich Żydów - a wszystko to w osiemnastym wieku. Wytężyłam umysł, żeby zapamiętać to nazwisko. I raz a dobrze wbić sobie do głowy różnicę między charedim a chasydami. Wszyscy chasydzi są charedim. Nie wszyscy charedim są chasydami. Istnieją także charedim, którzy nie chcą nawet słyszeć o chasydyzmie i nie znoszą chasydzkich "przebieranek". Wtapiają się - przynajmniej jeśli chodzi o ubiór - we współczesny, świecki tłum. Ta ultraortodoksyjna grupa to litwacy. Ich ruch powstał na Litwie.
Dosyć.
Uznałam, że Zollmann zbyt długo trzyma mnie w niepewności. Kotka była tego samego zdania. Wyciągnęła się teraz na środku stołu, a luz, z jakim leżała, kazał mi podejrzewać, że w poprzednich wcieleniach regularnie bywała na rzymskich bachanaliach.
Postanowiłam zawołać Dana Zollmanna z przedpokoju.
Zszedł po schodach. Nie biegł, jak można by się spodziewać po kimś, kto zna własny dom i każdy jego stopień. Szedł drobnymi kroczkami i patrzył pod stopy w skórzanych pantoflach, jakby nie był do końca pewien ziemi pod nogami.
- Musiałem sprawdzić pogodę na nadchodzące dni. Zbliża się do nas wyż z Rosji. I to by było na tyle, jeśli chodzi o przyjemny wiatr.
Wszedł do pokoju gościnnego.
- Czy to ważne dla zdjęć? - spytałam, próbując wyczuć sytuację. Może pogoda i wiatr miały kluczowe znaczenie dla jakiegoś fotoreportażu, który zaplanował sobie na najbliższe dni.
- I to by było na tyle, jeśli chodzi o przyjemny wiatr.
- Bardzo bym chciała dowiedzieć się więcej o pańskich pracach. Ogromnie mi się podobają.
- Miło mi.
- Nie znam nikogo, kto tworzyłby tak intymne obrazy społeczności chasydzkiej.
- Rozumiem. Bo też nie ma nikogo, kto robiłby to co ja.
- Przez telefon wspominałam, dlaczego chcę z panem porozmawiać. Napisałam książkę i chciałabym kupić jedno z pańskich zdjęć na okładkę.
- Które ciastko chcesz?
- Wszystkie wyglądają pysznie.
- Ale to nie znaczy, że masz wszystkie zjeść.
- Poproszę to z jabłkiem. - Zaśmiałam się rozbawiona. - Świetnie wygląda.
- Z jabłkiem są dwa.
- Jedno wystarczy - odparłam.
- Drugie jest dla mnie, sama rozumiesz. Jabłko jest przepyszne.
- Zwłaszcza na takim ciastku.
- Są z Lebleu, najlepszej cukierni jak okiem sięgnąć. Specjalnie po nie pojechałem, gdy się dowiedziałem, że przyjedziesz. - Od samego początku zwracał się do mnie na "ty".
- Dziękuję, to bardzo miło z pana strony - odparłam.
- Gdybyś nie przyszła, to zjadłbym je sam.
- Lebleu nie jest koszerny. - Zmieniłam temat, chcąc już przejść do rzeczy.
- Za to jest najlepszy - odpowiedział. I dodał, że zbliża się do nas wyż znad południowo-zachodniej części Rosji.
*
Dan Zollmann żyje w izolacji - i od mojego świata, i od świata chasydów. Nawet gdy już ma się wszelkie możliwe dane kontaktowe, nadal trudno jest do niego dotrzeć. To nie religia nakłada na niego restrykcje; fakt, że Dan Zollmann jako fotograf ma dostęp do bardzo zamkniętej społeczności chasydów i od ponad dziesięciu lat z lekkością przewija się przez ich surowe, podporządkowane religii życie, wynika z tego, że jest wybitnie uzdolnioną osobą z autyzmem. Jest wyjątkowym fotografem, bo jest tym, kim jest. Wolno mu wszystko - prawie wszystko - bo jest tym, kim jest. Zawsze ma przy sobie aparat, zawieszony na szyi tak mocno wyprostowanej, że jego głowa nie porusza się płynnie. W jego ruchach kryje się sztywność, pewien rodzaj ostrożności, jakby przez cały czas chciał trzymać wszystkie części ciała jak najbliżej siebie.
Nie da się podejrzewać go o ukryte zamiary czy podglądactwo. Siłą Dana jest jego rozbrajająca bezpośredniość. Jego szczerość stanowi zieloną kartę. Otwierają się przed nim każde zamknięte drzwi.
To, że Dan może porządkować i kształtować świat za pomocą aparatu, to, że może ukryć się za nim, gdy przebywa wśród ludzi, daje mu pewność potrzebną do poradzenia sobie z chaosem. Podobnie jak brat, u którego mieszka. I jak ciastka z nadzieniem owocowym - preferencje Dana zależą od pory roku i od cukierni. Ale jeśli wśród dziesięciu tartaletek znajdzie się tylko jedna z jabłkiem, to Dan zacznie nakładać ją na swój talerzyk ze słowami: "W końcu ktoś musi się poświęcić".