Czas się o nas upomina
Opowieść o kobietach z Poradziecji trzeba zacząć od II wojny światowej, bo cząsteczki wojny krążą w ich układach krwionośnych niczym cząsteczki hemoglobiny. Przypominają o niej nazwy poradzieckich miast, miasteczek, przysiółków, placów, ulic i skwerów: Bohaterów Leningradu, Zoi Kosmodiemjanskiej (partyzantki-czerwonoarmistki), Zwycięstwa, Armii Czerwonej, Obrońców Stalingradu, Bohaterów Leningradu, Partyzantów, Bitwy pod Stalingradem. Wojna jest częścią genotypu mieszkańców Europy Wschodniej. Śni się w nocy nawet tym kobietom, które urodziły się już po jej zakończeniu. Bo o wojnie słucha się od dziecka. Dziedziczy się wspomnienia prababek, babek. Z czasem uważa się je prawie za swoje.
Zaczynając pracę nad książką, nie sądziłam, że wojna - w dużej mierze konwencjonalna - może wrócić do Europy. Powojenny porządek został jednak raz na zawsze zburzony 24 lutego 2022 roku. Rosja napadła na Ukrainę. Wyrzutnie rakietowe wystrzeliły pociski, ruszyły czołgi i wozy opancerzone, okręty wojskowe oddały salwy. Na ukraińskie miasta spadły bomby. Po dwóch stronach frontu padły pierwsze ofiary - wojskowi i cywile. Z każdym tygodniem wojna przybierała na sile. I okrucieństwie. W Buczy, miasteczku, w którym mieszkał mój kolega i do którego nigdy nie chciało mu się wracać po kilku wypitych w Kijowie piwach, rosyjscy żołnierze strzałem w głowę mordowali ludzi. Ciała wrzucili do piwnic, studni. Masowych mogił. Ukraińskie miasta zostały zamknięte pierścieniami rosyjskich wojsk. Moje przyjaciółki i koleżanki pisały do mnie z Kijowa. "Przeżywam wszystko to, o czym opowiadała mi babcia. Mój luty 2022 roku to jej czerwiec 1941 roku". "Bombardują Kijów. Ostatni raz bomby spadły na nasze miasto w 1941 roku. W schronie siedziała wtedy moja babcia, teraz siedzę w nim ja". Kobiety, które w 1941 roku wyruszyły na front, nie posługują się określeniem "II wojna światowa", mówią o wielkiej wojnie ojczyźnianej, bo tak stalinowska propaganda nazwała walkę, którą Związek Radziecki stoczył z hitlerowskim najeźdźcą. Ta wojna - na którą wysłała je radziecka ojczyzna - jest w części Europy Wschodniej jak religia. Mit założycielski współczesnej państwowości. Kobiety wierzą w Pobiedę (czyli Zwycięstwo) jak w Boga. Piszą to słowo zawsze dużą literą, by oddać należytą cześć.
Poznałam wiele weteranek. W latach dziewięćdziesiątych i na początku XXI wieku stawały się bohaterkami minionej epoki. Kobiety, które walczyły na wojnie, oficjalnie były darzone szacunkiem, ale w rozmowach prywatnych padało nonszalanckie: "babcie", "sowki", "staruszki". Czasem je przedrzeźniano. Żyjące w biedzie, stare, zgarbione, w znoszonych ubraniach i rozczłapanych butach, bezzębne, mamroczące: "Nasza walka. Nasze Zwycięstwo". Drwiny pchały je w objęcia komunistów, przybliżały do ruchów radykalnych, sterowanych z Moskwy partii i organizacji, jak na przykład Blok Natalii Witrenko w Ukrainie. Widywałam je, gdy maszerowały po Chreszczatyku w Kijowie czy placu Czerwonym w Moskwie, niosąc czerwone flagi z sierpem i młotem. Nie pasowały do wystroju nowoczesnych miast, takich jak Kijów, Moskwa, Petersburg. Na tle ekskluzywnych restauracji z sushi i sklepów Armaniego wyglądały śmiesznie.
Niektóre weteranki zapomniały, a może raczej wyparły, jak naprawdę było na wojnie. Zapamiętały historię oficjalną, zafałszowaną, stworzoną przez siebie. Tak było z Olgą.
Spotykałam się z nią we Lwowie. Rozmawiałyśmy godzinami. Było to wiele lat temu, ale wciąż pamiętam jej twarz i gestykulację, a także wnętrze jej mieszkania w starej kamienicy. Skrzypiący dębowy parkiet, szerokie okna, stare meble. Czas wcale nie sprawił, że Olga się przede mną otworzyła. Otwierała za to gruby zeszyt, w którym drobnymi literami, linijka pod linijką spisała swoje wspomnienia. Czytała: "Dnia X o godzinie Y dywizja Z dokonała... W wyniku akcji wróg poniósł straty w liczbie...". To były "plastikowe" wspomnienia. Bez cienia emocji. Przypominały wykład z historii wojskowości. Ten zeszyt w kratkę stanowił dla Olgi świętość. Po wojnie wkładała go do torebki i chodziła z nim od szkoły do szkoły. Prowadziła "lekcje patriotyzmu", czyli opowiadała dzieciom i młodzieży o walce Armii Czerwonej z hitlerowskim najeźdźcą.
Ile takich poprawnych, "plastikowych" historii sama wysłuchałam? O sanitariuszkach ze szpitali polowych, w wykrochmalonych fartuszkach towarzyszących cierpiącym żołnierzom. O dzielnych żołnierkach, które nie miały żadnych rozterek i dylematów. Idąc na front, czuły się wybrane, szczęśliwe.
Od Olgi nie dowiedziałam się niczego o wojnie kobiet. Słuchając jej, nic nie poczułam. Olga podkreślała tylko, że kobiety zawsze wypełniały rozkaz dowódcy i były dzielne. Nie kłaniały się kulom, nie czuły lęku.
Któregoś dnia w kuchni, podczas parzenia herbaty, rzuciła między zdaniami, że zostawił ją jej pierwszy mężczyzna. Wielka miłość z czasów frontowych. Wyjechał do Kijowa i tam się ożenił, a ona osiadła we Lwowie. Te kilka zdań wypowiedziała zupełnie innym tonem. To była krótka chwila, gdy pozwoliła sobie na szczerość.
Syn Olgi - usłyszawszy, że jego mama od kilku dni spotyka się z dziennikarką z Polski - zapytał, czy może zamienić ze mną kilka słów.
- Wie pani, mama jest ofiarą tej wojny. To człowiek skrzywdzony przez radziecki system. Produkt swojej epoki - powiedział. - Walczyła na wojnie, ryzykowała życie i szczerze wierzy, że Armia Czerwona dała Europie Wschodniej wolność. Proszę ją zrozumieć. My, to znaczy moje pokolenie, wiemy już, że to bzdury, my już myślimy inaczej.
Syn Olgi był biznesmenem. Znał ukraiński, o którym Olga mówiła: "Język chłopów, słuchać tego nie mogę". Przefiltrowywał każdą opowieść swojej matki, oddzielając propagandę od prawdy. Podkreślał, że Olga i kobiety jej podobne były niczym innym jak mięsem armatnim.
Związek Radziecki jako jedno z niewielu państw na świecie uczynił z kobiet regularne żołnierki. Poszły na front ramię w ramię z mężczyznami. Golono im głowy, wydawano mundury i wojskowe buty. Wręczano broń. Szybko je przeszkolono w sztuce strzelania i prowadzenia wojskowych samochodów. Na wojnie nie istniały zadania "nie dla kobiet". Były więc snajperkami, partyzantkami.
Musiały zapomnieć o macierzyństwie. Dzieci oddawały pod opiekę rodzinie albo zostawiały w sierocińcach. Kobiecość jest na wojnie oznaką słabości, a środki opatrunkowe to fanaberia. W czasie miesiączki spodnie munduru nasiąkały krwią, a one umierały ze wstydu. Żołnierce to przecież nie przystoi.
W Uljanowsku (miasto nad Wołgą, w południowo-zachodniej części Rosji) mówi się o Nadii, że jest seniorką aktywistką. To znana postać w mieście. Przewodniczy lokalnemu klubowi weteranek. Długo z nią rozmawiałam. W naszych pierwszych spotkaniach uczestniczyła również młoda absolwentka dziennikarstwa. Wydelegowała ją do asystowania mi pracownica uljanowskiego urzędu miasta. Chyba chciała, żeby podczas wywiadów nie padło żadne zbędne słowo. Po kilku dniach wydawało mi się, że nic już z tych rozmów nie wyniknie. Wtedy Nadia wypowiedziała to jedno zdanie: "U progu śmierci młodość do człowieka przychodzi".
Nadia chce uciec od wojennych wspomnień, ale nie może.
Po pierwsze, przez sny. Wojna wraca w snach. To tak, jakby Nadia siedziała przed wielkim ekranem i ktoś wyświetlał na nim historię jej życia. Kadr po kadrze. Nadia "patrzy" na ten film i boi się, że za chwilę umrze. Że tym razem, gdy będzie dźwigać na plecach rannego żołnierza, ktoś do niej strzeli. Kula jej dosięgnie, ona upadnie. I tak będzie konać, przygnieciona ciałem rannego. Zabraknie jej sił, by się podnieść. Umrze najgorszym rodzajem śmierci: przez uduszenie.
Po drugie, o wojnie przypominają Nadii obchody Dnia Zwycięstwa. Co roku otrzymuje zaproszenie na paradę wojskową w Uljanowsku, by 9 maja maszerować w kolumnie weteranów i weteranek. Z roku na rok jest ich coraz mniej, teraz została tylko garstka. Przed uroczystością przyjeżdża do Nadii lokalna telewizja. Chcą nakręcić reportaż o tym, jak jeździ samochodem. Proszą, by wyciągnęła z szafy marynarkę, przypięła wojenne medale i siadła za kierownicą. Rok temu redaktor posadził ją w swojej wołdze. Chwilę się wahała. Ma już prawie dziewięćdziesiąt lat. Ale ustawiła lusterka, przekręciła kluczyk w stacyjce, zwolniła ręczny, nacisnęła sprzęgło, wrzuciła jedynkę, po chwili dwójkę. Pojechała. Reportaż puścili w wieczornych wiadomościach.
Przed wojną Nadia mieszkała z rodzicami pod Uljanowskiem. W wieku siedmiu lat poszła do pracy w kołchozie, jej zadanie polegało na myciu kapusty i marchewki. Była wiejską dziewczyną, lubiła zapach ziemi. Żeby go poczuć, wyczekiwała końca zimy. Na przednówku chodziła po kołchozowych polach. Wdychała zgniłą, wilgotną woń. Obserwowała świat budzący się do życia. Szukała kiełków roślin przebijających się przez zmarzniętą glebę.
- Jakie było nasze życie? - Nadia odpowiada pytaniem na pytanie. - Dobre. Spokojne. Niby stalinizm, represje, masowe czystki, ale nas naprawdę nikt nie ruszał. Do nas terror nie docierał. Potem dopiero zaczęło się mówić o zbrodniach Stalina. Mieliśmy mały przydomowy ogródek, rodzice uprawiali ziemniaki, pomidory, ogórki. Kury siedziały na grzędzie i znosiły jajka. Była też krowa, którą mama doiła o poranku. Potem mleko ubijała na masło lub w glinianym garnku przykrytym serwetką odstawiała na śmietanę. Rodzice, Tatarzy, przekazali mi wiarę w Allaha i nauczyli mnie tatarskiego. W domu mówiło się wyłącznie w tym języku, rosyjskiego nauczyłam się w szkole. Pamiętam, jak ojciec rozkładał w pokoju dywan z mihrabem. Klękał, kierował twarz w stronę Mekki, układał dłonie do modlitwy. Bił pokłony. Radzieckie państwo nauczyło mnie mojej drugiej wiary - wiary w komunizm. Zostałam pionierką, potem komsomołką, na froncie wielkiej wojny ojczyźnianej wstąpiłam do partii. Teraz chyba bardziej wierzę w Boga.
Kiedy wybuchła wojna, Nadia była nastolatką, w niczym nie przypominała dojrzałej kobiety. Była niska i szczupła, miała delikatną twarz i krótkie blond włosy z przedziałkiem.
- Taka dziewczynka ze mnie była. Kiedy włożyłam wojenny mundur, moje ciało aż w nim dosłownie utonęło. Wszystko było za duże. Spodnie ściągnęłam mocno pasem, podwinęłam przydługie nogawki i rękawy. A teraz? Zupełnie już nie przypominam tamtej dziewczyny. Wojnę ciężko mi wspominać. Może dlatego, że zostało mi niewiele życia i wiem, że niedługo stanę przed Bogiem. Trzeba się będzie rozliczyć. Chciałabym o wojnie zapomnieć. Córeczko, córuniu, no zrozum, wojna jest straszna, straszna.
- Wiem, że wojna kobiet była tak samo krwawa jak wojna mężczyzn - przerywam milczenie Nadii.
Wiem też (ale o tym już nie mówię), że radziecka propaganda próbowała otrzeć kobiety z wojennego brudu. One same w tym pomogły, bo nie chciały, tak jak Olga ze Lwowa, rozmawiać o tym, czego naprawdę doświadczyły.
- Chodźmy do kuchni - mówi Nadia. Otwiera lodówkę, wyjmuje z niej duży garnek. - Jarzynowa. Zjesz? Nagotowałam na cały tydzień, żeby codziennie nie stać przy kuchence. Jem ją już trzeci dzień.
Ja wolę jednak poprosić o kawę.
- A może chodziło o miłość? - zagaduję. Od wspomnianej pracownicy urzędu miejskiego usłyszałam, że Nadia poznała na wojnie męża, a ich historia jest "iście filmowa". Podobno ona i jej mąż byli naprawdę dobrze dobrani i się kochali, co było rzadkością w powojennych czasach. Staram się zachęcić Nadię do wspomnień. Może się przede mną otworzy. Wiem, że od wielu lat jest wdową, ale mogłaby choć napomknąć o mężu.
Pytam więc o film Lecą żurawie. Wielkie dzieło czasów jej młodości. Film, który dziś pewnie na nikim nie zrobiłby wrażenia, ale w latach pięćdziesiątych był wydarzeniem. Do kin ciągnęły tłumy. Może historia Nadii przypomina tę przedstawioną przez Michaiła Kałatozowa w 1957 roku.
Kałatozow za bardzo uwierzył w chruszczowowską odwilż. Zamiast (jak inni reżyserzy) udokumentować bohaterską walkę Armii Czerwonej, partyzantów i ludności cywilnej, postanowił opowiedzieć o wojnie i miłości. A miłość - żywiona do człowieka z krwi i kości, a nie do państwa - była w Związku Radzieckim czymś na miarę bluźnierstwa. Kochać należało Rodinę, czyli Ojczyznę. Dla niej szło się na wojnę i umierało. Śmierć na froncie była wyrazem największego oddania. Bohaterowie filmu, Weronika i Borys, są młodzi. Chcą się pobrać. On nazywa ją "wiewiórką", ona rzuca mu się na szyję, zwracając się do niego: "mój Boria". Dziś te sceny wydają się cukierkowe, trochę sztuczne, ale dla pokolenia Nadii były poruszające. Rodzina Weroniki mieszka w kamienicy, wspólnie zasiada do stołu, pije herbatę z samowara. Sielankę przerywa wojna. Boria idzie na front i pod koniec 1945 roku umiera bezsensowną, nikomu niepotrzebną śmiercią. Kolejne sceny dokumentują wojenną tułaczkę Weroniki. Jest brudna. Ma osmaloną twarz, potargane włosy. Jej ubranie jest zniszczone. Ona sama też jest zniszczona, bliska obłędu. Nie cieszy jej "Zwycięstwo". Doświadczyła największej straty. Nie ma już po co żyć. Nikita Chruszczow (ówczesny sekretarz generalny ZSRR) nazwał Weronikę "dziwką". Stwierdził, że nie zasługuje na miano komsomołki. Umieścił tytuł na indeksie filmów zakazanych. Mimo to radzieccy obywatele oglądali Lecą żurawie. Obraz otrzymał Złotą Palmę w Cannes. Dla pokolenia Nadii to film kultowy.
Pijemy kawę, jemy cukierki. Nadia sama zaczyna mówić.
- Miłość też była. Ale później. Miałam siedemnaście lat, kiedy do władz naszej wioski przyszło rozporządzenie: "Proszę wysłać sto kobiet na front". Umieszczono mnie na liście. Skończyłam studium pedagogiczne, specjalność: nauczycielka matematyki i fizyki. Podczas wojny wykształcone kobiety są potrzebne. Nauczyciele mężczyźni poszli walczyć. Nie miał kto prowadzić lekcji w szkole. Postanowiono, że będę uczyć dzieci pod Moskwą. Nie kierowało mną uniesienie, jakie można zobaczyć na radzieckich filmach, takie, że kobiety słyszą o hitlerowskiej napaści na Związek Radziecki, rzucają wszystko, pracę, dom, dzieci, i biegną zaciągać się do armii. Błagają: "Na front, na front, chcemy iść na front". O nie! Pewnie takie też były, ale ja ich nie spotkałam! Pamiętam, że 22 czerwca świętowaliśmy z przyjaciółmi zakończenie roku szkolnego. Zrobiliśmy kanapki, zaparzyliśmy herbatę. I nagle ktoś krzyknął: "Wojna!". Od razu strach mnie zdjął. Nie widziałam w wojnie niczego dobrego. Żadnej przygody. Bałam się. Bałam się rozłąki z rodzicami, widoku śmierci. Płakałam. O! Proszę zobaczyć, przecież to widać na wojennych fotografiach. Byłam przestraszona.
Na czarno-białym zdjęciu widzę dziewczynkę, której wojna zabierze beztroskie lata. Nadia w niczym nie przypomina kobiety. Nie umiem sobie wyobrazić, że za chwilę ma wyruszyć na front.
- Moje pierwsze wojenne wspomnienie to pustoszejąca wioska. Przyjeżdżały pociągi, do których wsiadali mężczyźni w wieku poborowym. Codzienny transport pełen mężczyzn jadących walczyć. W domach zostawali tylko starsi ludzie i kobiety z dziećmi. W mojej klasie było dziewiętnastu chłopaków, z wojny wróciło dwóch. Bez nóg. Pozostali polegli. Miej ich, Panie, w swojej opiece. A potem i mnie ten pociąg zabrał. Trafiłam na podmoskiewską prowincję, miałam uczyć w szkole. Ale szybko skierowali mnie do szkoły dla kierowców. Poszłam na piechotę, sześć kilometrów, z ciężką walizką w ręce. Za duże buty obcierały mi stopy do krwi. Na trzymiesięcznym kursie uczono mnie prowadzić każdy rodzaj samochodu: osobowy, dostawczy, ciężarowy. W samochodzie transportowym ciężko kręciło się wielką kierownicą. Miałam do tego za krótkie ręce. Żeby wykonać pełny obrót, musiałam się nachylić i wyciągać tułów - wręcz się na tej kierownicy kładłam. Nogi nie sięgały pedałów gazu i hamulca. Przywiązywałam sznurem do butów grube kawałki drewna, robiłam sobie takie koturny. I to skończyło się wypadkiem. Straciłam panowanie nad samochodem. Połamałam żebra, rękę i nogę. Nie mogłam oddychać ani mówić. Półtora miesiąca przeleżałam w szpitalu. Długo jeszcze się jąkałam. Chyba ze strachu. Później woziłam naboje na linię frontu, tankowałam samoloty - i te radzieckie, i te amerykańskie, które Związek Radziecki dostał w ramach pomocy od USA. Z pola walki przywoziłam rannych i trupy. Żyjącego mężczyznę, który choć nogami powłóczy, jeszcze jakoś na plecy zarzucisz i udźwigniesz, ale nieprzytomnego czy martwego ciężko się ciągnie. Bezwładne ciało waży o wiele więcej. Codziennie robiłam kilkanaście kursów, czasem udało mi się na chwilę usnąć w kabinie kierowcy, ale szybko budziło mnie walenie w szybę: "Nadia! Wstawaj! Wstawaj, jest kurs!". W 1943 roku zbombardowano lotnisko, na którym pracowałam, ocalał tylko jeden samolot, jak-7.
Nadia przerywa. Wyciąga z szafy albumy.
- Bałam się. Strach mnie paraliżował. Nieraz posikałam się pod siebie. A jaka jest wojna na zdjęciach? Zafałszowana. Nieprawdziwa. To wojna na pokaz. Na eksport.
Nadia, przewracając karty albumu, opowiada o dziennikarzach i fotoreporterach, którzy co jakiś czas przyjeżdżali na front. Ich fotografie trafiały do kronik filmowych i na czołówki gazet. Dlatego do zdjęć trzeba było się umyć. Kobietom wydawano ładne mundury. Fotograf krzyczał: "Proszę teraz stanąć przy samolocie, tak, jakby go pani tankowała. O, proszę się wyprostować! I uśmiechnąć! Z radością, z życiem!".
- A to przecież nie tak wygląda. Nie tak - wtrąca Nadia.
Co kilkanaście minut Nadia wspomina o śmierci. Widocznie często o niej myśli. Mówi, że u progu śmierci młodość do człowieka przychodzi, a ja się zastanawiam, czy dokonuje czegoś na kształt rachunku sumienia. Tłumaczy mi, że czasem wspomnienie jest tak świeże, jakby to wydarzyło się wczoraj. Twarze zabitych i rannych zapadły Nadii w pamięć. Nie znała tych ludzi, niektórych widziała tylko przez ułamek sekundy, ale ich twarze z nią zostały. I wracają. Przez całe życie wracają. Diabeł jeden wie, jakie to straszne.
- Miałam karabin. Nauczyli mnie strzelać, bo na froncie trzeba umieć użyć broni. Ale nigdy nie byłam w tym dobra. Kiedy mierzyłam do tarczy, trafiałam najwyżej w czwórkę, nigdy w dziesiątkę. Czy kogoś zabiłam? Tak wprost pytasz? Nie chcę o tym mówić. Może i tej broni kiedyś użyłam. Może i zabiłam. Po tak długim czasie to już tylko moja sprawa. Moje z Panem Bogiem rachunki. Wolę mówić o cudach i miłości, bo masz rację, na wojnie oprócz śmierci była też miłość.
- Poznała tam pani męża? - Jestem ciekawa wątku miłosnego, nie chcę, by Nadia go pominęła.
- Pewnego jesiennego dnia przywiozłam na linię frontu naboje. Wyładowałam je. Na pustą już pakę ciężarówki miałam położyć rannych i martwych. Spojrzałam przez lornetkę na linię ognia i dostrzegłam, że żołnierz z raną postrzałową niesie na plecach drugiego rannego żołnierza. Cali zakrwawieni. Przyczołgałam się do nich. Zdjęłam szynel i położyłam ich na nim. Byli wyczerpani, stracili dużo krwi. Dociągnęłam ich do ciężarówki - sama nie wiem, jak mi się to udało. Dotarliśmy do szpitala wojskowego, sanitariusze położyli ich na noszach, wynieśli z auta, wtem jeden z nich ujął mnie za rękę. Powiedział: "Zostaw swój adres, znajdę cię po wojnie". Miałam mundur i krótkie włosy. Pomyślał, że jestem mężczyzną. Ale wyznał mi potem: "Nie dawał mi spokoju twój głos. Taki niemęski". Rzeczywiście znalazł mnie po wojnie. Nie byłam już dziewczynką. Miałam dwadzieścia lat. Pobraliśmy się. Po dwóch latach urodziłam córkę. Potem na świecie pojawił się syn. Imię nadałam mu tatarskie - Tahir. Adoptowaliśmy córkę mojej zmarłej kuzynki. Wychowywaliśmy ją jak swoją. Nie nacieszyliśmy się sobą. Umarł w wieku czterdziestu dziewięciu lat. Doznał wielu obrażeń, całe życie się skarżył na zdrowie. Pewnie mnie wkrótce do siebie zabierze. Tęskno mi za nim coraz bardziej. Czas się o nas upomina. Nikt przecież nie żyje wiecznie.
Pytam o klub Kobiety Frontu, bo przecież dlatego do Nadii przyszłam. To ona zakładała go w Uljanowsku.
- Było nas pięćdziesiąt cztery, a teraz zostało sześć. Niektóre z demencją. Z nimi już nie porozmawiasz. Wiesz, życie to takie mgnienie. Ach, przykro mi, że tak zleciało. Że to już po wszystkim.
- Pani życie wciąż się toczy.
- Już teraz z dnia na dzień. Rano ćwiczę. Potem sprzątam. Lubię oglądać telewizję, szczególnie tatarską i białoruską. Dużo rozmawiam przez telefon. Przyjaciółki do mnie dzwonią albo ja dzwonię do nich. Tyle mi z życia zostało.
Na Wschodzie mówi się: "Ziemia, która wypiła dużo ludzkiej krwi, będzie jałowa. Bezpłodna. Nie nakarmi człowieka, który zadawał śmierć. Ukarze go głodem". Tak właśnie było w roku 1946, który przyniósł Związkowi Radzieckiemu nieurodzaj. Na Ukrainie zapanował głód, dochodziło do kanibalizmu. W sklepach jedzenie wydawano na kartki. Wsie, do których w maju 1945 roku wracały radzieckie żołnierki, były puste. Większość mężczyzn z wojny nie wróciła. Zostali starcy i dzieci. Niektóre miasteczka i przysiółki zrównano z ziemią. Radzieckie państwo przydzielało więc weterankom miejsce w robotniczym baraku i wręczało nakaz pracy w pobliskim zakładzie. Baraki były nawiedzane przez mężczyzn szukających szybkiego zaspokojenia. Kobiety nie protestowały. Tysiącom z nich wojna odebrała możliwość założenia rodziny. Nie było z kim mieć dzieci. Zdarzało się pożyczanie mężczyzn od mężatek. Tylko na chwilę, na kilka nocy, by zostać matką. Niektóre mężatki były wyrozumiałe. Jedna z nich została bohaterką opowiadania rosyjskiej pisarki Ludmiły Pietruszewskiej.