Wiosną 1984 roku Manchester United awansował do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i miał się zmierzyć z turyńskim Juventusem. Drużyny miały grać ze sobą dwukrotnie, najpierw w Manchesterze, a dwa tygodnie później w Turynie. Manchester United intrygował mnie już od jakiegoś czasu. Do maja 1985 roku angielskie ekipy nie zostały wykluczone z udziału w rozgrywkach na Starym Kontynencie, jednakże kibice Manchesteru owszem - i to przez sam klub. Pragnąłem się dowiedzieć, co to za ludzie. Zakaz dla fanów ze strony klubowego zarządu wydawał się czymś niezwykłym.
Pierwszy mecz odbywał się w środę wieczorem, więc około trzeciej po południu wsiadłem w pociąg z Londynu do Manchesteru. Widok w środku był znajomy: ludzie tłoczyli się na siedzeniach, na podłodze, zwisali z półek na bagaże, grali w karty i kości, pili niewyobrażalne ilości alkoholu, stopniowo robili się niewyraźni i popadali w zamroczenie.
Szedłem od wagonu do wagonu, szukając jednego z "nich", i natrafiłem na kogoś, kto przedstawiał sobą naprawdę spektakularny widok, kwalifikując się do szczególnej kategorii istot ludzkich - był jednym z najbardziej odpychających okazów w całym gatunku. Miał nalaną, płaską twarz buldoga i był po prostu ogromny. Koszulka, poplamiona czymś lepkim i ciemnym, podjechała mu w górę brzucha. Sam brzuch był swego rodzaju wanną, w której wirowały - jak miałem się przekonać - litry lagera, częściowo przeżute kawałki smażonych ziemniaków i wilgotne nieprzetrawione kulki nadmiernie przetworzonych węglowodanów. Ręce - napuchłe, ciastowate - miał pokryte tatuażami. Na prawym bicepsie znajdował się czerwony diabeł, herb Manchesteru United, na przedramieniu zaś brytyjska flaga.
Natknąłem się na niego tuż po tym, jak rzucił pustą puszkę na półkę bagażową - kilka ich tam już leżało - i napoczynał butelkę wódki marki Tesco.
Przedstawiłem się. Piszę o kibicach piłkarskich. Czy miałby coś przeciwko temu, żebym zadał mu kilka pytań?
Przyjrzał mi się. A potem stwierdził:
- Wszyscy Amerykanie to kutafony. - I się zawahał. - Wszyscy dziennikarze - dodał, pokazując być może, że jego umysł nie funkcjonuje wyłącznie w ściśle nacjonalistycznych ramach - to chuje.
A więc nawiązaliśmy dobre stosunki.
Miał na imię Mick i po dotarciu do Manchesteru zagonił mnie na drugą stronę ulicy do pobliskiego pubu na trzy pinty piwa, które wypiliśmy bez specjalnego ociągania. Towarzyszyłem Mickowi w drodze na mecz. Zaprowadził mnie na Stretford End, trybunę stojącą na Old Trafford, wypełnioną po brzegi i ogrodzoną, przez co przyśpiewki, wskazujące na imponującą znajomość historii i językową biegłość - "Gdzie byliście podczas drugiej wojny światowej?", "Vaffanculo" ("Spierdalajcie" po włosku) - rozbrzmiewały tak głośno, że dopiero po kilku godzinach przestało dzwonić mi w uszach. Gdy zasypiałem tamtej nocy, zorientowałem się, że bezustannie powtarzam nieszczególnie usypiające hasło: "Mussolini był skurwielem". W przerwie Mick znów pognał po coś do spożycia. Tym razem wrócił z dwiema mięsnymi zapiekankami, cheeseburgerem i plastikowym kubkiem czegoś, co - jak uparcie twierdził - było lagerem, choć temperaturą i konsystencją przypominało mi zupę jarzynową. Nie dałem rady tego tknąć, więc Mick bez chwili zwłoki - kto nie marnuje, temu nie brakuje - wypił i moje. Po meczu złapał mnie za rękaw, przeciągnął przez tłum, poprowadził Warwick Road na północ - tu krótki przystanek na dwie rundki ryby z frytkami, tłuszcz przelewający się przez gazety, koszulka Micka na tym etapie była już dziełem sztuki - a potem na drugą stronę ulicy do pubu, gdzie - po trzech szybkich kolejkach przy barze - kupił kolejne dwie pinty, nim usiadł ze mną przy stoliku. To ja poprosiłem, żebyśmy usiedli. Zaczynało mnie wzdymać.
Miałem poczucie, że w Micku znalazłem w końcu jednego z "nich". Równocześnie czułem, że chyba nie jest to najlepszy z "nich", jakiego można poznać. Pojawiły się pewne problemy. Po pierwsze widziałem, że niełatwo będzie go wpasować w moją tezę: nie był bezrobotny ani - jak się zdawało - w żaden sposób pokrzywdzony. Zamiast tego wydawał się raczej zupełnie szczęśliwym, wykwalifikowanym elektrykiem z Blackpool, którego niedawno zatrudniono w zespole wymieniającym instalacje w bloku mieszkalnym w Londynie. W spodniach miał też upchnięty gruby zwitek dwudziestofuntowych banknotów - wiem o tym, ponieważ ciągle stawiał, a zwitek zdawał się wcale nie kurczyć.
Musiał być przy kasie choćby wyłącznie z tego powodu, że od czterech lat nie przegapił meczu. Ani jednego. Co więcej, powiedział, że nie umie sobie wyobrazić, jakim niby cudem miałby przegapić jakiś w przyszłości. Przyszłość, zauważyłem, to kawał czasu, na co Mick przystał, niemniej nie była to perspektywa - "Przegapić Man United?" - którą jego umysł mógłby spokojnie przyswoić. Nie miałem pojęcia, jakim sposobem pozwolono mu wcześniej opuścić plac budowy, żeby złapał pociąg do Manchesteru, ale wiedziałem, że zamierza wrócić z samego rana. Trochę później w nocy, po zamknięciu pubu, miał pójść na dworzec Manchester Piccadilly i - z puszkami lagera upchniętymi w kieszeniach płaszcza - dostać się na pierwszy poranny pociąg, który zawiezie go do Londynu, by zdążył do pracy. Zastanawiałem się później, jak by to było, gdyby Mick wymieniał mi instalację elektryczną w domu, i wyobraziłem sobie tę chwilę: dzieci właśnie kończą śniadanie, w pośpiechu wyprawia się je do szkoły - gdy brzęczy dzwonek i stajesz w drzwiach w otoczeniu ciekawskich członków rodziny, a tam zjawia się on, ledwie wysadzony z pociągu, z lekkim elementem instalacji w dłoni, nadal się chwiejąc.
Przyszła moja kolej, żeby postawić kolejkę, i gdy wróciłem do stolika, Mick wytłumaczył mi, jak działa "firma". Wspomniał o jakichś osobnikach, których ksywki nie wymagały najmniejszych wyjaśnień: Zakuta Pała, Parafinowy Pete, Szybciak, Szurnięty Bernie, Jednooki Billy, Czerwony (komunista) i Durnowaty Donald, koleżka słynący z ograniczonej inteligencji, który zwykle rozwalał wszystko łańcuchami. W tamtym czasie siedział w więzieniu. Skoro już o tym mowa, to w tym czy innym momencie niemal każdy z nich, jeśli nie siedział, miał przynajmniej postawione zarzuty albo był niedawno sądzony. Nieprzejawiający skłonności do przemocy Mick trafił do aresztu raz, choć - jak mnie zapewnił - było to w jego życiu wydarzenie niezwykłe i stało się tak tylko dlatego, że znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze: policja wkroczyła bowiem do pubu w chwili, gdy stał okrakiem nad pechowcem, którego niemalże doprowadził do utraty przytomności, i właśnie uniósł stołek barowy, by rąbnąć nim z maksymalną siłą i wyrządzić maksymalne szkody.
- Ale tak naprawdę wcale nie zamierzałem tego robić - oświadczył Mick.
Nie było okazji się spierać, ponieważ w mgnieniu oka znów był na nogach i zmierzał do baru, rzucając przez ramię:
- Jeszcze raz to samo?
"Jeszcze raz to samo"?
Nie miałem pojęcia, jak dotrwam do zamknięcia pubu. Wstałem, żeby pójść do kibla - po raz piąty - i słysząc straszne pluski dobiegające ze środka, sięgnąłem po krzesło dla podparcia. Pragnienie Micka wydawało się niemożliwe do zaspokojenia, a przynajmniej tak wielkie jak jego brzuch, a ten był naprawdę, ale to naprawdę ogromny. Zanim wróciłem z klopa, zmierzał w stronę stolika z kolejnymi dwoma kuflami w ręku. Przez chwilę widziałem całą tę scenę podwójnie: drugi, rozmazany Mick majaczył w tle z mnóstwem kufli w swoich licznych rękach. Byłem w tarapatach. Głęboko odetchnąłem. Przewróciło mi się w brzuchu. Znów stała przede mną cała pinta piwa. Znów z pianą na wierzchu. Obrzydlistwo. Wbiłem w nią wzrok.
Mick pociągnął porządnego łyka.
Większość kibiców, wyjaśniał dalej (alkohol nie miał na niego widocznego wpływu), pochodzi z Manchesteru albo Londynu.
- Tych z Londynu nazywa się Czerwonymi Cockneyami. Gurney to Czerwony Cockney. Nigdzie nie jeździ, chyba że na waleta.
Mick był zaskoczony, że nie wiem, co znaczy "na waleta". Ja zaś byłem zaskoczony, że jestem w stanie to jeszcze wymówić.
- "Na waleta" - ciągnął, w kuflu zostało mu ledwie pół piwa - znaczy "bez wydawania kasy". To zawsze jest wyzwanie. Nie chcesz płacić za bilety na metro, pociąg czy mecz. Powiem więcej: jak świrujesz na waleta za granicą, to zwykle wychodzisz na swoje.
- Na swoje?
- Tak. Znaczy finansowo.
Ekipa Manchesteru United była znana jako Inter City Jibbers, Waleciarze z InterCity (nazwa pochodzi od brytyjskiej sieci usług kolejowych). Mick przeszedł do wyliczenia najwspanialszych chwil w jej historii: w Walencji i Barcelonie podczas mistrzostw świata w Hiszpanii, we Francji w trakcie meczu eliminacyjnego do mistrzostw Europy. Albo w Luksemburgu. To ponoć stamtąd Bananowy Bob wrócił w futrze i z wysadzanymi diamentami pierścionkami na każdym z palców. I w Niemczech. To tam wsiadł do pociągu powrotnego do Londynu w majtkach pełnych marek niemieckich. Innym aparatem był Roy Downes. Właśnie wypuszczono go z więzienia w Bułgarii, gdzie został przyłapany na próbie rozprucia sejfu w hotelu. Nie wolno też zapominać o Sammym.
- To zawodowiec.
- Zawodowy chuligan?
- Nie, nie, zawodowy złodziej.
Sammy, Roy Downes i Bananowy Bob byli przywódcami, a przynajmniej tak przedstawił ich Mick. Nie miałem nawet pojęcia, że istnieją jacyś przywódcy. Brzmiało to jak coś na kształt plemienia. Będę musiał ich poznać, bez dwóch zdań. To do nich trzeba było się dobić. Pociągnąłem temat.
Co, spytałem niewinnie Micka, tworzy przywódcę?
- Czyny - powiedział Mick, a potem przerwał, wyraźnie cyzelując myśl. - Tak, to, że robi, co należy, gdzie należy i gdy należy.
Ach.
- Niezbyt - zasugerowałem delikatnie - pomocna definicja.
Spytałem, czy jest jakiś główny przywódca w United, ale Mick odparł, że nie, nie ma jednej takiej osoby, lecz jest ich kilka, co zresztą stanowi pewien problem.
- Sammy, Roy, Bananowy Bob, Robert Złodziejaszek. Wszyscy ze sobą rywalizują. I każdy z nich ma własną ekipę, swoich zwolenników, nawet po trzydzieści-czterdzieści osób. Większość z nich to piętnasto-szesnastoletnie dzieciaki, które chcą dowieść, że nadają się na "pomocników" i zrobią absolutnie wszystko. Dzieciaki są najbardziej niebezpieczne. To one zaczynają najwięcej bójek. Są jak podporucznicy i podlegają tylko swojemu przywódcy. Sammy ma chyba najbardziej lojalnych zwolenników.
I wtedy Mick nagle przerwał.
Pomyślałem, że wprawiam go w zakłopotanie swoimi pytaniami - przywódcy? podporucznicy? małe armie? - ale nie, Mick patrzył po prostu na moje piwo. Zdążył wypić swoją pintę i zauważył, że nadal mam pełny kufel, mimo że co rusz podnoszę go do ust.
- Nie masz ty wielkiej wprawy w piciu, co nie?
W końcu zrobiła się jedenasta i ktoś krzyknął "ostatnie zamówienia" (przeszło mi przez myśl, że pięknie to brzmi). Policzyłem, że oprócz ryby z frytkami i burgera, zupełnie niestrawnego, spożyłem dwie puszki lagera i osiem pint bittera. Pomyślałem, że to dużo. Nieźle się spisałem. Teraz jednak Mick stwierdzał, że nie mam wielkiej wprawy w piciu. O nim bez wątpienia nie można było powiedzieć tego samego. Nie kontrolował tego, co konsumuje, ale ja owszem - tak wielkie zrobił na mnie wrażenie. Pomijając kopiasty rożek ryby z frytkami, dwa cheesburgery, dwie mięsne zapiekanki, cztery paczki chipsów o smaku bekonu oraz indyjskie na wynos, które miał kupić w drodze na dworzec, Mick wypił co następuje: cztery puszki lagera Harp, dużą butelkę wódki marki Tesco i osiemnaście pint bittera. Gdy zamykano pub, kupił kolejne cztery lagery na drogę powrotną do domu.
Kibicowanie okazało się kosztownym sportem, nietrudno było dostrzec, że punktualne stawienie się w pracy rano jest dla Micka ważne. Bo choć opowiadał o podróżowaniu na waleta, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, zauważyłem, że ma bilet powrotny do Londynu i że miał też bilet na mecz. Tego wieczoru wydał łącznie jakieś sześćdziesiąt funtów. Wspomniał, że miniona sobota kosztowała go z grubsza tyle samo. Dodał też, że dzień wcześniej zapłacił sto pięćdziesiąt pięć funtów za wyjazd zorganizowany do Turynu na rewanż z Juventusem. Innymi słowy, od soboty do środy Mick wydał dwieście siedemdziesiąt pięć funtów na piłkę nożną. Najprawdopodobniej kolejnych pięćdziesiąt-sześćdziesiąt funtów wyda w najbliższą sobotę - trzysta trzydzieści pięć funtów w ciągu tygodnia, może tygodnia wyjątkowego, ale mimo to większość Brytyjczyków nie wydaje tyle na miesięczny czynsz.
Wyprawa do Turynu była interesująca także z innego powodu. Kibice Manchesteru United, o czym wiedziałem, mieli zakaz wstępu na mecze rozgrywane za granicą - według Micka powodem były zamieszki rozpętywane przy okazji każdego wyjazdowego meczu w pucharach - ale wyglądało na to, że ów zakaz jest egzekwowany raczej niedbale: zarząd klubu po prostu nie przyjmował puli biletów przeznaczonej dla drużyny gości. Cóż jednak mogło powstrzymać kibiców przed podróżą na własną rękę i kupnem biletów od koników? Albo cóż mogło powstrzymać jakiegoś przedsiębiorczego człowieka interesów przed kupnem biletów bezpośrednio od Włochów i sprzedażą po wyższej cenie na miejscu w Anglii?
Mick wytłumaczył mi, że na wyjazd zorganizowany składają się bilety lotnicze, hotel i bilety na mecz - na miejsca siedzące, nie stojące. To było coś, nie jakieś pierwsze z brzegu bilety. Mick wyjął maleńki wycinek z "Manchester Evening News", dosłownie dwucentymetrowa szpalta tekstu. Wszystkim zajmował się właściciel biura podróży. Nie mogę ujawnić jego danych z powodów, które staną się później oczywiste. Będę o nim mówił Bobby Boss, jego firmę nazwijmy zaś Biurem Podróży Bobby'ego Bossa.
Mick zniknął w manchesterskiej nocy. Okolica Old Trafford świeciła teraz pustkami. Ruszył w trzykilometrowy spacer na dworzec, kołysząc ciężkimi kieszeniami płaszcza. Po drodze zjadł drugi raz indyjskie na wynos. Nie stanowił - trzeba to powiedzieć - najprzyjemniejszego widoku, ale koniec końców nie był też złym gościem. Pomimo opowieści o przemocy i zniszczeniach wydawał się przestrzegać zasad. Chodziło po prostu o dobrą zabawę; chodziło o klub. Rajcowało go, że ma szansę na ten temat pogadać, a im więcej mówił, w tym większą wpadał ekscytację. Był otwarty, hojny i ufny. W tym właśnie rzecz: ufał mi.
*
Bobby'ego Bossa znalazłem w Soho, w lokalu na piętrze, do którego prowadziły schody - roztaczała się na nich wyraźna woń ludzi śpiących tam minionej nocy. Było to ogromne pomieszczenie współdzielone przez kilka różnych firemek, które oddzielała od siebie gęsta, choć licha siatka łatwych do przeniesienia ścianek działowych ze sklejki. Jeśli chodzi o ścisłość, nie znalazłem samego Bobby'ego Bossa, lecz tylko jego biuro reprezentowane przez nadzwyczaj miłą recepcjonistkę imieniem Jackie, Nicky albo Tracy (w każdym razie jakieś lekkie, pogodne imię), niepodzielającą raczej moich obaw przed nielegalną wyprawą, której zabronił zarząd Manchesteru United, klub kibica, angielski związek piłki nożnej, a także władze UEFA. Ale interesy to interesy: dałem jej sto pięćdziesiąt pięć funtów i dostałem kawałek papieru. Było na nim napisane tylko: "Potwierdzam wpłatę". Bilety, zapewniono mnie, otrzymam później.
Podróż rozpoczęła się w następnym tygodniu, na wiele godzin przed wschodem słońca, tuż przed Hotelem Cumberland przy Marble Arch. Z jakichś powodów poprzedniej nocy zmieniono lotnisko, z którego mieliśmy lecieć, i wynajęto mikrobus, który miał nas zawieźć do Manchesteru. Nikt nie uznał tego za szczególnie nadzwyczajne. Swoją drogą cała grupka też nie przedstawiała sobą niczego nadzwyczajnego. Był pośród nas chłopak w okularach, z zatkanym nosem, który ciągle powtarzał: "Nie będzie żadnych zamieszek. Chodzi nam o mecz". Był też prawnik. I grupka dzieciaków. Dlaczego brałem w tym udział? Przecież nie znałem nikogo. Mick się nie stawił, choć miał pracować w Londynie. Postanowiłem, że już nigdy nie będę planował podróży po ośmiu pintach piwa.
Okazało się, że rzeczywiście usiadłem z trzema kibicami, którzy się znali: Steve'em, żonatym elektrykiem, który mieszkał w St Ives, sennym prowincjonalnym miasteczku sześćdziesiąt pięć kilometrów od Londynu, i duetem o nieprawdopodobnie brzmiących imionach: Rickym i Mickym, przystojnymi kolesiami o chłopięcej urodzie w dżinsach i marynarkach. Spytałem, czym się zajmują. Zachowali ostrożność i podejrzliwość - bo w końcu co w tym mikrobusie robi jakiś Amerykaniec?
- Tym i owym - powiedział Ricky, a następnie wsadził nos w gazetę, "The Sun", którą zresztą czytali tu wszyscy.
Nie przejąłem się tym. Była piąta rano. Nie sądziłem, żeby Ricky i Micky, którzy ze swymi miękko opadającymi włosami i niewinnymi okrągłymi buźkami wyglądali niczym nastoletnie gwiazdy popu z lat sześćdziesiątych, mieli jakiekolwiek znaczenie dla mojej pracy. Ale musiałem się jeszcze wiele nauczyć.
Na lotnisko w Manchesterze przyjechaliśmy około dziewiątej. Mick ostatecznie też tam był, szary na twarzy i z zamglonym wzrokiem, bez wątpienia po nocy w towarzystwie zaprawionego w bojach zawodnika. Perspektywa ujrzenia swojego nazwiska w druku budziła w nim coraz większy entuzjazm, miał przy tym nadzieję, że będzie mi towarzyszył fotograf, więc ubrał się specjalnie na tę okazję w tiszert z nadrukiem: "Nie mam problemu z piciem, dopóki nie braknie alkoholu" - i niestety bardzo obcisłe szorty. Był w okularach przeciwsłonecznych, miał tani aparat i spieszył się bardzo do sklepu wolnocłowego. Spytałem, czy może mi pokazać jednego z gości, o których wcześniej wspominał - Sammy'ego, Bananowego Boba, Roya Downesa, Roberta Złodziejaszka - ale żaden z nich nie leciał samolotem. Nazywano nas szeregowcami, jak się później dowiedziałem. Ci, którzy znaleźli się na pokładzie, byli zwykłymi żołnierzami. Generałowie, jak można się po nich spodziewać, organizowali sobie podróż na własną rękę.
Dopóki nie zamieszkałem w Anglii, sądziłem, że najgorszym gatunkiem turysty - forsiastym ignorantem z wyraźnym akcentem - jest Amerykanin. Amerykański turysta - przytłoczony wielkością świata i bezustannie zaskakiwany jego wiekiem - jest cichy i pełen szacunku, choć może się przy tym wydawać głupkowaty. Ale nie jest okropny. Nie byłem do tej pory na Costa del Sol. Nie poznałem pijanych wyrostków. Nie spotkałem turyściarskiej hołoty. Turyściarska hołota jeździ wyłącznie na wczasy zorganizowane, zawsze chodzi z małymi aparatami, ubiera się w charakterystyczny sposób, odsłaniając zwykle duży fragment ciała, który należałoby zakryć, i z niepohamowanym apetytem konsumuje tanie wino, dwulitrowe butle lagera, a także - niezależnie od odwiedzanego kraju - ogromne ilości tłustej ryby z frytkami. Turyściarska hołota rzuca się w oczy. Ale kibice są inni. Gorsi. I to o wiele.
Dwustu pięćdziesięciu siedmiu kibiców Manchesteru United przybyło w środę rano na lotnisko, żeby dzięki Bobby'emu Bossowi polecieć do Turynu na mecz, na który mieli zakaz wstępu. Większość z nich się znała - był to wypad klubowy. Nikt nie wiedział, gdzie przenocuje, nikt nie miał biletu na mecz. Ale wszyscy byli w świątecznym nastroju, wszyscy z dumą zaliczali się do turyściarskiej hołoty. Tyle było zdjęć do zrobienia. Najpierw z odprawy. Potem sprzed wejścia do sklepu wolnocłowego i już po wyjściu. Wreszcie zdjęcie z otwierania flaszki kupionej w sklepie wolnocłowym i kolejne, gdy po osiągnięciu wysokości przelotowej flaszka była do połowy opróżniona. I choć przyznaję, że widok tylu ludzi, którzy do dziesiątej rano zdążyli przepołowić litrową wódkę, był nieco osobliwy, nasz lot do Turynu przebiegł raczej bez przygód - owszem, było głośno, panowała ożywiona atmosfera, ale koniec końców pewnie niczym się to nie różniło od innego lotu na wczasy zorganizowane. Grupa ogółem wydawała się nieszkodliwa i fajna i przekonałem się, że cała reszta - przemęczenie związane z wczesnym wstawaniem, dyskomfort podróży z Londynu do Manchesteru w towarzystwie chłopaka, który nie raczył zaopatrzyć się w chusteczkę higieniczną, nagłe zetknięcie z tak wieloma osobliwymi ludźmi - przestaje mieć znaczenie. Szczerze mówiąc, dobrze się bawiłem. Ale prawda jest taka, że turyściarska hołota jechała obrócić w perzynę okolicę, do której się wybierała.
Bo właśnie wtedy przybyła do Turynu.