Miedzianka. Historia znikania - Filip Springer

Kup ebooka

39.00 zł
32.37 zł (32,37 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wszyst­kie zmar­twych­wsta­nia

Po raz pierw­szy zie­mia za­pa­da się pod bu­dyn­kiem kuź­ni Preu­sa i kup­ca Re­iman­na. Po­wsta­je kra­ter tak du­ży, że zmie­ści­ła­by się w nim fur­man­ka. Tak­że w sze­re­gu do­mów - od pie­ka­rza Fla­be­go do fry­zje­ra Frie­be­go - utwo­rzy­ła się ry­sa na mu­rach spo­wo­do­wa­na za­pad­nię­ciem się sztol­ni.

Pew­ne­go dnia ko­nie cią­gną­ce pług po po­lu pa­na Franz­kie­go za­pa­da­ją się w zie­mi po pier­si i wy­da­ją z sie­bie tak prze­ra­ża­ją­cy kwik, że ci, któ­rzy są aku­rat w po­bli­żu, rzu­ca­ją swo­ją ro­bo­tę i wy­bie­ga­ją na po­le z po­bla­dły­mi twa­rza­mi. Tyl­ko nie­któ­rzy ma­ją od­wa­gę ru­szyć z po­mo­cą i ra­to­wać zwie­rzę­ta, in­ni pa­trzą z da­le­ka na wy­sta­ją­ce z zie­mi koń­skie łby i nie­zwy­kłe, le­jo­wa­te za­pa­dli­sko wo­kół nich.

*

Za­bo­bon­ni mó­wi­li, że to wszyst­ko przez to, że w Kup­fer­ber­gu przed la­ty brat za­bił bra­ta. Prze­la­nie bra­ter­skiej krwi mia­ło ścią­gnąć na mia­stecz­ko klą­twę. Przy­po­mi­na­ły o tym dwa ka­mien­ne krzy­że po­sta­wio­ne ślą­skim zwy­cza­jem przez sa­me­go zbrod­nia­rza tuż obok dro­gi bie­gną­cej do Jo­han­nes­dor­fu. "Me­men­to" na jed­nym z nich nie po­zwa­la­ło za­po­mnieć. Wy­sta­wa­ło zza traw za każ­dym ra­zem, gdy ktoś spoj­rzał w tam­tą stro­nę. Lu­dzie na­uczy­li się więc nie pa­trzeć. "Me­men­to", "pa­mię­taj" - jak­by wszyst­kie nie­szczę­ścia, któ­re przez ca­łe stu­le­cia spa­da­ły na zie­lo­ny Kup­fer­berg, by­ły za­le­d­wie przy­gryw­ką do te­go, co mia­ło się tu jesz­cze wy­da­rzyć. "Me­men­to" - jak ostrze­że­nie, że za nie­któ­re błę­dy przyj­dzie pła­cić przez ca­łe stu­le­cia. A ra­chun­ki ni­g­dy nie zo­sta­ną wy­rów­na­ne.

Hi­sto­ria ni­g­dy na do­bre tu nie za­wi­ta­ła, ra­czej wa­łę­sa­ła się po oko­li­cy. Z per­spek­ty­wy lu­dzi miesz­ka­ją­cych w tych kil­ku dom­kach usta­wio­nych buń­czucz­nie na szczy­cie gó­ry wy­glą­da­ła jak be­stia, któ­ra umie tyl­ko siać cha­os i znisz­cze­nie i któ­rej ni­g­dy nie jest tu po dro­dze.

To by­li od­waż­ni lu­dzie. Ktoś lę­kli­wy nie mógł­by za­ło­żyć mia­sta w ta­kim miej­scu. Nikt ta­ki nie rzu­cił­by też zu­chwa­łe­go wy­zwa­nia na­tu­rze i nie za­czął­by drą­żyć kre­cich ko­ry­ta­rzy w ka­mie­ni­stym zbo­czu, szu­ka­jąc w ciem­no­ściach cen­nych krusz­ców. Pierw­szym z tych naj­od­waż­niej­szych miał być Lau­ren­tius An­ge­lus - pół­le­gen­dar­ny ślą­ski mistrz gór­ni­czy, przy­bysz z da­le­kiej Wa­lo­nii. W dwu­na­stym wie­ku od­krył tu po­dob­no dro­go­cen­ne zło­ża. Nie­wie­le wię­cej o nim wia­do­mo, być mo­że jest tyl­ko zlep­kiem wy­obra­żeń i hi­sto­rii, któ­re krą­ży­ły tu wśród gwar­ków w zi­mo­we wie­czo­ry. Ta­kich opo­wie­ści roz­pa­la­ją­cych wy­obraź­nię by­ło zresz­tą wię­cej, jak choć­by ta o Srebr­nym Kusz­ni­ku sie­ją­cym po­strach wśród nie­miec­kich osad­ni­ków, któ­rzy źle od­no­si­li się do Po­la­ków.

To, co pew­ne, jest w kro­ni­kach. Na po­cząt­ku czter­na­ste­go wie­ku wła­ści­cie­lem gó­ry i przy­le­głych ziem jest Al­bert der Ba­ier de Cu­pri­fo­di­na in mon­ta­nis, czy­li Al­bert Ba­va­rus. Być mo­że to on spra­wia, że oko­li­ca już wkrót­ce sły­nie z wy­do­by­cia sre­bra. W 1370 ro­ku osa­da na­zy­wa­ją­ca się wów­czas Cu­pri­fo­di­na zo­sta­je sprze­da­na przez jed­ne­go z po­tom­ków Al­ber­ta - He­in­ri­cha Ba­va­ru­sa - ry­ce­rzo­wi na dwo­rze ksią­żąt świd­nic­ko-ja­wor­skich Cle­ri­cu­so­wi Bol­cze­mu. To wła­śnie on w po­bli­skich la­sach wznie­sie tu za­mek, przez Po­la­ków na­zy­wa­ny póź­niej Bol­czo­wem, przez Niem­ców zaś Bol­zen­ste­in.

Na­stęp­nie po­sia­dło­ści i sa­ma osa­da prze­cho­dzą z rąk do rąk. Pa­na­mi są tu ko­lej­no: po 1375 ro­ku Pu­ta z Ča­sto­lo­vic (von Tscha­sto­lo­witz) i Han­nos Wilt­berg, od 1397 ro­ku bra­cia von Ylen­burg, od 1398 ro­ku bra­cia Kon­rad i Re­in­hard von Bo­ra­lo­wicz (Bo­ra­wecz, Bor­r­witz). W 1433 ro­ku kro­ni­ki od­no­to­wu­ją Her­man­na von Czet­trit­za, a w 1434 ro­ku bra­ci von Lie­ben­thal. Pod­czas wo­jen hu­syc­kich na­stę­pu­je upa­dek gór­nic­twa, któ­re po­dźwi­gnie się do­pie­ro w szes­na­stym wie­ku.

W 1512 ro­ku wło­ści te ku­pu­je Dip­pold von Bur­ghaus. To pierw­szy praw­dzi­wy fa­cho­wiec gór­ni­czy w oko­li­cy, w nie tak znów od­le­głym Re­ichen­ste­inie roz­wi­nął gór­nic­two i hut­nic­two zło­ta na ty­le, że zę­by na ten ła­ko­my ką­sek ostrzy­ły so­bie naj­za­moż­niej­sze spół­ki gór­ni­czo-hut­ni­cze Eu­ro­py. W szczy­to­wym okre­sie dzia­ła tam aż 145 ko­pal­ni, Dip­pold za­czy­na jed­nak roz­glą­dać się za no­wym wy­zwa­niem, sprze­da­je więc nada­ne mu przez księ­cia pra­wa do wy­do­by­cia ro­dom Fug­ge­rów i Tu­rzo­nów. Wkrót­ce od­kry­wa Kup­fer­berg i wie, że tu po­wtó­rzy swój suk­ces. Z po­bież­nych tyl­ko oglę­dzin wnio­sku­je, że wnę­trze gó­ry kry­je w so­bie przede wszyst­kim miedź, w po­sta­ci czy­stej ru­dy i ru­dy smo­li­stej, ale też sre­bro i blen­dę cyn­ko­wą. Aby do tych wszyst­kich bo­gactw Dip­pold mógł się do­stać, mu­si być jed­nak speł­nio­ny je­den wa­ru­nek - sta­tus Wol­ne­go Mia­sta Gór­ni­cze­go dla osa­dy. Dip­pold za­bie­ga o to przez trzy la­ta u mło­dziut­kie­go cze­skie­go kró­la Lu­dwi­ka Ja­giel­loń­czy­ka. W koń­cu w 1519 ro­ku uda­je mu się zdo­być przy­wi­lej, na mo­cy któ­re­go wła­ści­ciel Kup­fer­ber­gu ma nie tyl­ko peł­ne pra­wa do pro­wa­dze­nia wszel­kich ro­bót gór­ni­czych na te­re­nie swo­ich dóbr, lecz tak­że uzy­sku­je zwol­nie­nie z ol­bo­ry - spe­cjal­nej dzie­się­ci­ny pła­co­nej za pro­duk­cję mie­dzi, oło­wiu, że­la­za i cy­ny. Ta szczo­drość al­bo krót­ko­wzrocz­ność Lu­dwi­ka sta­nie się przy­czy­ną licz­nych za­tar­gów mię­dzy ko­lej­ny­mi wła­ści­cie­la­mi Kup­fer­ber­gu a ka­me­rą kró­lew­ską.

Dip­pold mo­że więc roz­wi­nąć skrzy­dła: w cią­gu po­nad dwu­dzie­stu lat na zbo­czach gó­ry sta­wia bli­sko sto sześć­dzie­siąt szy­bów i sztol­ni. Wy­do­by­ty w nich kru­szec od ra­zu prze­ta­pia­ny jest w miej­sco­wych hu­tach. Za­ro­bio­ne w ten spo­sób pie­nią­dze Dip­pold in­we­stu­je, od­bu­do­wu­je mię­dzy in­ny­mi znisz­czo­ny w cza­sie wo­jen hu­syc­kich po­bli­ski za­mek Bol­zen­ste­in.

Jed­nak gwał­tow­ny roz­wój wy­do­by­cia i bo­ga­ce­nie się Dip­pol­da bu­dzą opór gwar­ków i miesz­czan. Wie­dzą oni, że w suk­ce­sie swo­je­go mo­co­daw­cy mo­gą mieć więk­szy udział, i za­czy­na­ją się go otwar­cie do­ma­gać. Dip­pold zaś wie, o co to­czy się gra, i idzie im na rę­kę. Le­piej za­ro­bić tro­chę mniej, niż mieć na gło­wie bunt gór­ni­ków i ob­ra­żo­nych kup­ców - to mo­gło­by go zu­peł­nie wy­sa­dzić z sio­dła. Zwle­ka jesz­cze kil­ka lat, a gdy wi­dzi, że upo­rem nic nie wskó­ra, prze­ka­zu­je im jed­ną z hut i część udzia­łów gór­ni­czych. Prze­kli­nać go bę­dą za to ustęp­stwo wszy­scy ko­lej­ni wła­ści­cie­le Kup­fer­ber­gu.

Jed­nym z nich zo­sta­je Lu­dwik De­cjusz - se­kre­tarz Zyg­mun­ta Sta­re­go, Al­zat­czyk z po­cho­dze­nia, po­stać nie­zwy­kle wpły­wo­wa i sza­no­wa­na w Kra­ko­wie. Jest eru­dy­tą, dy­plo­ma­tą, wy­bit­nym hu­ma­ni­stą, ale też fi­nan­si­stą. Dzię­ki zna­jo­mo­ści z wszech­wład­nym w Kra­ko­wie Ja­ku­bem Bo­ne­rem, twór­cą i za­rząd­cą żup sol­nych Wie­licz­ki i Boch­ni, De­cjusz zwra­ca uwa­gę na moż­li­wo­ści zwie­lo­krot­nie­nia ma­jąt­ku, któ­re nie­sie ze so­bą wy­do­by­cie krusz­ców. Ma­rzy mu się też za­pew­ne start na wła­sny ra­chu­nek; roz­glą­da­jąc się za do­god­ną in­we­sty­cją i ko­rzy­sta­jąc ze zna­jo­mo­ści z wy­do­byw­czy­mi ro­da­mi Flug­ge­rów i Tu­rzo­nów, za­uwa­ża Kup­fer­berg. Dip­pold chce się tych dóbr po­zbyć, spra­wa wy­glą­da nad wy­raz obie­cu­ją­co.

Do trans­ak­cji do­cho­dzi w 1538 ro­ku. De­cjusz li­czy, że kon­flik­ty z miesz­cza­na­mi i gwar­ka­mi, na któ­re uskar­ża­ją się ko­lej­ni wła­ści­cie­le Kup­fer­ber­gu, uda mu się za­ła­go­dzić, a wy­si­łek ten zre­kom­pen­su­je so­bie eks­plo­ata­cją nie­na­ru­szo­nych jesz­cze przez Dip­pol­da złóż. Nie jest prze­cież ama­to­rem i nie ku­pu­je ko­ta w wor­ku. Wy­sła­ni w te­ren rze­czo­znaw­cy przy­nie­śli mu sa­me do­bre wie­ści. Nie wie, że wła­śnie da­je się zła­pać w pu­łap­kę te­go, co w przy­szło­ści wie­le ra­zy sta­nie się po­wo­dem roz­licz­nych dra­ma­tów Kup­fer­ber­gu. Tu­tej­sze zło­ża cha­rak­te­ry­zu­ją się bo­wiem tym, że w swych przy­po­wierzch­nio­wych war­stwach wy­ka­zu­ją za­ska­ku­ją­ce wręcz ilo­ści mie­dzi, a na­wet sre­bra. Ich ba­da­niu to­wa­rzy­szy więc za­wsze pod­nie­ce­nie rów­ne go­rącz­ce zło­ta. Ana­li­zy pró­bek da­ją jed­nak zbyt opty­mi­stycz­ne wy­ni­ki i są fał­szy­wą za­po­wie­dzią wiel­kich bo­gactw kry­ją­cych się we­wnątrz zie­mi.

I rze­czy­wi­ście, sza­cun­ki De­cju­sza oka­zu­ją się prze­sa­dzo­ne - wy­do­by­cie nie przy­no­si spo­dzie­wa­nych zy­sków, a gwar­ko­wie co rusz do­ma­ga­ją się więk­szych udzia­łów. Po za­le­d­wie pię­ciu la­tach De­cjusz sprze­da­je Kup­fer­berg wraz z ko­pal­nia­mi i szu­ka szczę­ścia po dru­giej stro­nie gór, w Cuk­mantl (dzi­siaj Zla­té Ho­ry). Chy­ba go nie znaj­du­je, bo w 1545 ro­ku umie­ra ja­ko czło­wiek ma­jęt­ny, ale nie do koń­ca speł­nio­ny.

Te­raz Kup­fer­berg tra­fia w rę­ce bra­ci Hel­l­man­nów. Ci jed­nak sta­wia­ją na eks­plo­ata­cję licz­nych hałd, któ­ry­mi przez po­nad dwa wie­ki wy­do­by­cia zdą­ży­ło ob­ro­snąć mia­stecz­ko. Wpra­wia­ją w zdu­mie­nie, a pew­nie tak­że i obu­rze­nie gwar­ków, któ­rym za­miast wcho­dzić do sztol­ni, ka­żą zwo­zić uro­bek z hałd do do­lin­ki po­bli­skie­go po­to­ku. Dzię­ki za­awan­so­wa­nej jak na tam­te cza­sy tech­no­lo­gii hy­dro­me­ta­lur­gii Hel­l­man­no­wie roz­krę­ca­ją w Kup­fer­ber­gu pro­duk­cję wi­trio­lu mie­dzi, któ­re­go w ca­łej Eu­ro­pie uży­wa się w far­biar­stwie i przy wy­pra­wia­niu skór. W 1553 ro­ku Hel­l­man­no­wie sta­ją się li­de­ra­mi w pro­duk­cji te­go środ­ka w pań­stwie Habs­bur­gów.

Na dzia­łal­ność no­wych wła­ści­cie­li mia­stecz­ka nie­chęt­nie pa­trzą miesz­cza­nie. Oni wszyst­kie swo­je przy­wi­le­je i wy­ni­ka­ją­ce z nich nie­ma­łe pro­fi­ty czer­pią z dzia­łal­no­ści gór­ni­czej. Je­den z nich, Wa­len­tin Krün, sta­wia so­bie przy "dol­nej ulicz­ce", pod nu­me­rem dwu­dzie­stym pią­tym, dom, któ­ry pięk­nem kunsz­tow­ne­go por­ta­lu oraz peł­nym prze­py­chu wnę­trzem bę­dzie onie­śmie­lał miesz­kań­ców i za­chwy­cał go­ści jesz­cze przez po­nad pięć stu­le­ci. Lu­dzie opo­wia­da­ją so­bie, że ta­jem­ne przej­ście pod­ziem­ne pro­wa­dzi z te­go do­mu do klasz­to­ru że­bra­cze­go sto­ją­ce­go w dol­nej czę­ści mia­stecz­ka, a da­lej aż do zam­ku Bol­czów. Krün z nie­po­ko­jem pa­trzy na po­wol­ne umie­ra­nie ko­lej­nych ko­pal­ni, zni­ka­nie gwar­ków, a wraz z ni­mi tak­że i su­row­ca, któ­rym ob­rót przy­no­si je­mu i po­dob­nym mu for­tu­ny. Hel­l­man­no­wie ze sprze­da­żą swo­je­go wi­trio­lu ra­dzą so­bie zdu­mie­wa­ją­co do­brze sa­mi.

W 1579 ro­ku ob­ję­cie aresz­tem mie­nia nie­licz­nych tu­tej­szych gwar­ków, nie­mo­gą­cych się roz­li­czyć przed kró­lem z od­po­wied­niej ilo­ści wy­do­by­te­go krusz­cu, po raz pierw­szy kła­dzie kres gór­nic­twu w Kup­fer­ber­gu. Za­mknię­te zo­sta­ją ostat­nie ko­pal­nie, a ci, któ­rzy jesz­cze li­czy­li na od­wró­ce­nie się lo­su, za­czy­na­ją ro­zu­mieć, że przed ni­mi chu­de la­ta. I że czas po­szu­kać so­bie in­ne­go za­ję­cia.

Nie wie­dzą, że naj­gor­sze do­pie­ro na­stą­pi. Z po­cząt­kiem no­we­go stu­le­cia do Kup­fer­ber­gu za­czy­na­ją do­cie­rać pierw­sze groź­ne po­mru­ki be­stii. Czy lu­dziom, co­raz trud­niej wią­żą­cym ko­niec z koń­cem, przy­po­mi­na się klą­twa? Za­pew­ne z trwo­gą spo­glą­da­ją w stro­nę ka­mien­nych krzy­ży. "Me­men­to" - pa­mię­taj, być mo­że naj­gor­sze jesz­cze przed to­bą.

Od 1618 ro­ku przez Eu­ro­pę za­czy­na­ją prze­ta­czać się zbroj­ne hor­dy uwi­kła­ne w coś, co hi­sto­ry­cy na­zwą póź­niej woj­ną trzy­dzie­sto­let­nią. Be­stia sza­le­je przez trzy­dzie­ści lat peł­nych trwo­gi, roz­pa­czy i smut­ku. Naj­pierw jest za­ra­za, któ­ra zbie­ra w ca­łej oko­li­cy śmier­tel­ne żni­wo. Kup­fer­berg opła­ku­je śmierć pra­wie po­ło­wy miesz­kań­ców. Lu­dzie jesz­cze na do­bre nie zdą­żą o tym za­po­mnieć, gdy w no­cy z 18 na 19 lip­ca 1634 ro­ku wyj­dą przed do­my obu­dze­ni bi­ciem dzwo­nów i z trwo­gą po­pa­trzą ze szczy­tu swo­jej gó­ry na za­chód. Tam na tle roz­gwież­dżo­ne­go nie­ba ja­śnieć bę­dzie łu­na pło­ną­ce­go Hir­sch­ber­gu. To znów be­stia upo­mi­na się o swo­je. Od bomb za­pa­la­ją­cych sta­ją w ogniu wszyst­kie ko­ściel­ne wie­że, od go­rą­ca to­pią się dzwo­ny. W cią­gu kil­ku go­dzin z mia­sta zo­sta­je tyl­ko po­go­rze­li­sko. Pło­nie 341 do­mów, a w nich lu­dzie. Ich krzy­ków nie sły­chać w Kup­fer­ber­gu, jed­nak je­go miesz­kań­cy z prze­ra­że­niem wy­pa­tru­ją już wro­ga. Te­raz są nim Chor­wa­ci, wal­czą­cy po stro­nie Habs­bur­gów. To oni ob­le­ga­ją Hir­sch­berg. Gdy w koń­cu po­ja­wia­ją się w Kup­fer­ber­gu, mia­stecz­ko zni­ka po raz pierw­szy. Ci, któ­rym uda­je się prze­żyć po­grom, cho­wa­ją się w gę­stych la­sach. Naj­pierw dzie­siąt­ku­ją ich tam głód i cho­ro­by, wkrót­ce swo­je ro­bi tak­że wy­jąt­ko­wo mroź­na zi­ma. Gdy Chor­wa­ci odej­dą, na zglisz­czach Kup­fer­ber­gu po­ja­wią się nie­licz­ni miesz­kań­cy go­to­wi go od­bu­do­wać.

W ma­ju 1641 ro­ku do­wód­cą szwedz­kich wojsk wal­czą­cych prze­ciw Habs­bur­gom po stro­nie Unii Pro­te­stanc­kiej zo­sta­je feld­mar­sza­łek Len­nart Tor­sten­sen. Roz­ka­zu­je on ge­ne­ra­ło­wi Ko­enig­smarc­ko­wi zdo­być, od­bu­do­wa­ny z ta­kim wy­sił­kiem po­nad sto lat te­mu przez Dip­pol­da, za­mek Bol­zen­ste­in. Ci, któ­rym uda­ło się prze­trwać na­jazd Chor­wa­tów, znów mu­szą ucie­kać, tym ra­zem przed Szwe­da­mi. Za­czy­na się ob­lę­że­nie, w cza­sie któ­re­go szwedz­kie woj­ska sta­cjo­nu­ją na zglisz­czach nie­mal wszyst­kich po­bli­skich wio­sek - Jo­han­nes­dor­fu, Rohr­la­chu, Wal­ters­dor­fu. A Kup­fer­berg nie zni­ka po raz dru­gi tyl­ko dla­te­go, że po na­jeź­dzie Chor­wa­tów nie zdą­żo­no go jesz­cze na do­bre od­bu­do­wać.

Tra­ge­dię cza­sów, w któ­rych przy­szło im żyć, lu­dzie pró­bu­ją tłu­ma­czyć w le­gen­dach opo­wia­da­nych przy świe­tle roz­pa­la­nych ukrad­kiem ognisk. Mó­wią o bo­ha­ter­skim księ­dzu z Bol­czo­wa, któ­ry wi­dząc, że spra­wa jest bez­na­dziej­na, wy­mknął się z rąk pro­te­stanc­kich opraw­ców, ska­cząc z zam­ko­we­go okna w prze­paść. Je­go duch jesz­cze przez wie­le lat miał po­ja­wiać się w za­uł­kach zam­ku, ję­czeć, na­wo­ły­wać i prze­ga­niać tych, co od­wa­ży­li się bu­rzyć je­go spo­kój. Nie­któ­rzy mó­wią też o ża­łob­nym kon­duk­cie błą­ka­ją­cym się w bez­chmur­ne no­ce mię­dzy Kup­fer­ber­giem a Jo­han­nes­dor­fem. Kon­duk­cie o ty­le oso­bli­wym, że ża­den z je­go uczest­ni­ków nie ma gło­wy. Zwy­kle roz­pły­wa się on przed świ­tem we mgle.

Szwe­dzi w koń­cu zdo­by­wa­ją za­mek i oku­pu­ją go przez czte­ry la­ta. W tym cza­sie od­pie­ra­ją kil­ka prób od­bi­cia twier­dzy przez ce­sar­skich, w koń­cu sy­tu­acja na fron­tach zmie­nia się na ty­le, że zaj­mo­wa­nie for­te­cy nie ma więk­sze­go sen­su, wy­co­fu­ją się więc z niej. Zgod­nie jed­nak z pa­nu­ją­cym wów­czas wo­jen­nym zwy­cza­jem po­zo­sta­wia­ją po so­bie dy­mią­ce ru­iny.

Woj­na ob­ra­ca w pył nie tyl­ko ca­łe mia­sto, lecz tak­że coś o wie­le cen­niej­sze­go, czym miesz­kań­cy Kup­fer­ber­gu mo­gli się cie­szyć przez ca­łe dzie­się­cio­le­cia: ko­mi­sja re­duk­cyj­na od­bie­ra ewan­ge­lic­kim miesz­kań­com ich świą­ty­nię oraz za­ka­zu­je po­słu­gi ka­płań­skiej. Przez na­stęp­nych kil­ka­na­ście lat naj­sil­niej­sze­go uci­sku ewan­ge­li­ków na Ślą­sku przez Au­stria­ków pro­te­stan­ci z Kup­fer­ber­gu, by po­słu­chać ka­zań swo­ich ka­zno­dzie­jów, znów bę­dą mu­sie­li ukry­wać się w la­sach ota­cza­ją­cych po­bli­skie gó­ry i ru­iny spa­lo­ne­go zam­ku. Świą­ty­nię od­zy­ska­ją do­pie­ro wraz z prze­ję­ciem tych te­re­nów przez Pru­sy w 1742 ro­ku. Pa­stor Fi­bi­ger z po­bli­skie­go Ru­del­stad­tu tak pi­sze w swo­ich wspo­mnie­niach o tym okre­sie: "O Bo­że! W ja­kich cza­sach Ty nam żyć ka­za­łeś! Przyjdź, do­bry Du­chu, ra­tuj ten bied­ny na­ród. Spójrz, ile spu­sto­sze­nia, ru­in le­ży wo­kół! Śląsk jest w ża­ło­bie i pła­cze nad swo­im gorz­kim lo­sem"[1].

Wraz z koń­cem woj­ny nie koń­czą się pla­gi na­wie­dza­ją­ce mia­stecz­ko. Po la­tach ka­ta­strof nikt tu już nie wie­rzy w przy­pa­dek. Kwit­ną­ce nie­gdyś gór­nic­two nie mo­że się od­ro­dzić, lu­dzie przy­mie­ra­ją gło­dem i pró­bu­ją szczę­ścia w upra­wie i ho­dow­li. Ska­za­ni są jed­nak na klę­skę. Zie­mia tu ja­ło­wa, a kli­mat su­ro­wy. Kro­ni­ka­rze no­tu­ją, że w sierp­niu 1693 ro­ku na ca­łą oko­li­cę spa­da ogrom­na ilość śnie­gu, a licz­ne ka­łu­że po­kry­wa­ją się war­stew­ką lo­du. Wkrót­ce po­tem zaś w mia­stecz­ku i oko­licz­nych wsiach po­ja­wia się sza­rań­cza "w strasz­nych ilo­ściach". W ko­ścio­łach roz­po­czy­na­ją się więc mo­dły o "od­wró­ce­nie tej klę­ski i pal­ca Bo­że­go". W ko­lej­nych la­tach mia­stecz­ko na­wie­dza­ją nie­spo­ty­ka­ne wręcz zi­my - w 1708 ro­ku w oko­li­cy za­ma­rza 105 osób, a ko­lej­nych 185 star­ców i dzie­ci umie­ra z po­wo­du dy­zen­te­rii i ospy.

Po każ­dej z tych klęsk i ka­ta­strof miesz­kań­cy zwy­kli się jed­nak pod­no­sić. "Wes die Ze­it er­laub­te..." (Gdy czas po­zwo­li) - mó­wi­li za­wsze, gdy ktoś snuł od­waż­ne i fan­ta­stycz­ne pla­ny wy­bie­ga­ją­ce da­le­ko w przy­szłość. Zbyt wie­le wie­dzie­li o prze­szło­ści. Idąc po raz ko­lej­ny dro­gą do Jo­han­nes­dor­fu, od­wra­ca­li wzrok od ka­mien­nych krzy­ży, lecz pa­mię­ta­li o "Me­men­to" i o po­mru­kach be­stii cza­ją­cej się za gó­ra­mi.

Wie­dział też o tym wszyst­kim Jo­hann Mar­tin Stul­pe, któ­ry w li­sto­pa­dzie 1724 ro­ku po­ja­wił się w Kup­fer­ber­gu z moc­nym po­sta­no­wie­niem wla­nia odro­bi­ny na­dziei w udrę­czo­ne klę­ska­mi du­sze miesz­kań­ców mia­stecz­ka. Uro­dził się w 1686 ro­ku w War­ten­ber­gu, w ubo­giej ro­dzi­nie szew­ca, któ­ra by­ła jed­nak na ty­le bo­go­boj­na, że do sta­nu ka­płań­skie­go przy­spo­so­bi­ła aż dwóch swo­ich sy­nów (star­sze­go Jo­han­na i młod­sze­go Mi­cha­ela). Już od naj­młod­szych lat Jo­hann wy­róż­niał się pil­no­ścią w na­uce - naj­pierw w szko­le pod­sta­wo­wej w ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści, po­tem w gim­na­zjum w Lie­gnitz, wresz­cie na uni­wer­sy­te­cie w Bre­slau, gdzie w 1710 ro­ku uzy­skał ty­tuł ma­gi­stra na­uk wy­zwo­lo­nych oraz ba­ka­lau­re­at z teo­lo­gii i li­cen­cjat. Trzy la­ta póź­niej zo­stał wy­świę­co­ny na ka­pła­na i roz­po­czął po­słu­gę w oko­licz­nych pa­ra­fiach. Po la­tach tu­łacz­ki i w uzna­niu za­sług zo­stał w koń­cu mia­no­wa­ny pro­bosz­czem po­grą­żo­nej w ma­ra­zmie i bez­na­dziei pa­ra­fii w Kup­fer­ber­gu. W 1725 ro­ku, mi­mo bra­ku środ­ków, wy­ru­szył w dłu­gą i nie­bez­piecz­ną po­dróż do Rzy­mu, by pro­sić pa­pie­ża Be­ne­dyk­ta XIII o ze­zwo­le­nie na za­ło­że­nie brac­twa Naj­święt­sze­go Ser­ca Je­zu­sa w Kup­fer­ber­gu. Zgo­dę otrzy­mał.

Tak roz­po­czy­na się pra­wie trzy­dzie­sto­let­nia obec­ność w mia­stecz­ku pro­bosz­cza pa­mię­ta­ne­go tam przez dwa na­stęp­ne stu­le­cia. Nie za­czy­na się jed­nak do­brze. W 1727 ro­ku, wy­kła­da­jąc wła­sne oszczęd­no­ści, pro­boszcz prze­pro­wa­dza cał­ko­wi­ty re­mont ko­ścio­ła, pod­upa­dłe­go na sku­tek wo­jen i za­nie­dbań ostat­nich dzie­się­cio­le­ci. Świą­ty­nia nie ra­du­je jed­nak oczu wier­nych zbyt dłu­go. W mroź­ną stycz­nio­wą noc ro­ku 1728 wiel­ki po­żar po raz ko­lej­ny za­mie­nia w ru­inę tak ją, jak i spo­rą część mia­stecz­ka. Miesz­kań­cy znów mu­szą się pod­no­sić z upad­ku. W pięć lat od­bu­do­wu­ją ko­ściół, sta­wia­ją też pa­ra­fial­ną szko­łę.

Dzię­ki pro­wa­dzo­nym przez księ­dza Stul­pe­go skru­pu­lat­nym za­pi­skom wia­do­mo, że przez dwie na­stęp­ne de­ka­dy wy­gła­sza 2551 ka­zań, od­pra­wia 2392 msze so­len­ne i aż 10 077 mszy re­cy­to­wa­nych. Udzie­la 744 chrztów (z te­go 374 chłop­com i 370 dziew­czyn­kom). Na cmen­tarz usy­tu­owa­ny na ty­łach trój­kąt­ne­go ryn­ku od­pro­wa­dza w ich ostat­niej dro­dze 768 za­słu­żo­nych oby­wa­te­li. Bło­go­sła­wi też 265 pa­rom, któ­re w go­ścin­nych pro­gach tu­tej­sze­go ko­ścio­ła de­cy­du­ją się przy­jąć sa­kra­ment mał­żeń­stwa. Jed­nak tym, co naj­bar­dziej ra­du­je Jo­han­na Mar­ti­na Stul­pe­go, są co­rocz­ne od­pu­sty i świę­to pa­tro­nal­ne, or­ga­ni­zo­wa­ne za­wsze w trze­cią nie­dzie­lę po Wiel­ka­no­cy. Mia­stecz­ko za­lud­nia się wte­dy set­ka­mi piel­grzy­mów z ca­łej oko­li­cy, a al­bum człon­kow­ski za­ło­żo­ne­go przez nie­go brac­twa pęcz­nie­je od no­wych wpi­sów. Ksiądz pro­boszcz nie wie, że zwy­czaj spo­ty­ka­nia się wier­nych w Kup­fer­ber­gu w każ­dą trze­cią nie­dzie­lę po Wiel­ka­no­cy oka­że się w da­le­kiej przy­szło­ści jed­nym z nie­licz­nych do­wo­dów te­go, że mia­stecz­ko kie­dy­kol­wiek w ogó­le ist­nia­ło.

Be­stia bu­dzi się po­now­nie w 1740 ro­ku w umy­śle Fry­de­ry­ka II Wiel­kie­go Ho­hen­zol­ler­na, któ­ry po­sta­na­wia ode­brać au­striac­kim Habs­bur­gom Śląsk, w tym tak­że zie­lo­ny Kup­fer­berg. Ko­lej­ne woj­ny o te te­re­ny trwa­ją po­nad dwa­dzie­ścia lat. Je­sie­nią 1744 ro­ku ce­sar­skie woj­ska na­kła­da­ją na miesz­kań­ców mia­stecz­ka kon­try­bu­cję, dla któ­rej al­ter­na­ty­wą jest je­dy­nie pa­cy­fi­ka­cja. Ce­na to dzie­sięć ty­się­cy gul­de­nów w go­tów­ce, trzy­dzie­ści par bu­tów, dwa­dzie­ścia ko­ni po­cią­go­wych, sześć­set por­cji owsa, sześć­set por­cji sia­na oraz osiem­set chle­bów, któ­re na­le­ży do­star­czyć Au­stria­kom w cią­gu dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin. Miesz­kań­ców jest za­le­d­wie ty­siąc i każ­dy z nich do­brze wie, że ra­zem nie zdo­ła­ją wy­wią­zać się z tych zo­bo­wią­zań. Spo­glą­da­ją więc ze smut­kiem na po­bli­skie la­sy, prze­czu­wa­jąc, że to wła­śnie stam­tąd przyj­dzie im ob­ser­wo­wać, jak po raz ko­lej­ny ich mia­stecz­ko zni­ka. Z nie­spo­dzie­wa­ną po­mo­cą przy­cho­dzi im jed­nak ich pro­boszcz Jo­hann Mar­tin Stul­pe. Ła­miąc wszyst­kie za­ka­zy, wy­ru­sza do Schöm­ber­gu, gdzie sta­cjo­nu­je do­wo­dzą­cy si­ła­mi au­striac­ki­mi puł­kow­nik Fra­nqu­ini. Uzy­sku­je zwol­nie­nie z czę­ści kon­try­bu­cji oraz zgo­dę na do­star­cze­nie spo­rej jej czę­ści w dłuż­szym niż jed­na do­ba ter­mi­nie. Kup­fer­berg jest ura­to­wa­ny. Be­stia od­cho­dzi jak nie­pysz­na. Wró­ci za kil­ka lat w cza­sie ostat­niej roz­gryw­ki o Śląsk, z któ­rej zwy­cię­sko wyj­dą Pru­sa­cy. Kup­fer­ber­gu nie bę­dzie już miał wte­dy kto chro­nić. 26 stycz­nia 1753 ro­ku umi­ło­wa­ny przez miesz­kań­ców pro­boszcz Stul­pe od­cho­dzi na­gle. Zgod­nie ze swo­im ży­cze­niem zo­sta­je po­cho­wa­ny pod sto­pa­mi wznie­sio­ne­go przez sie­bie oł­ta­rza.

Tym­cza­sem w mia­stecz­ku co rusz po­ja­wia­ją się no­wi wła­ści­cie­le i in­we­sto­rzy, któ­rzy sku­sze­ni tym, co le­ży na po­wierzch­ni, pró­bu­ją drą­żyć gó­rę w po­szu­ki­wa­niu szczę­ścia. Są wśród nich tak­że zwy­kli hochsz­ta­ple­rzy i oszu­ści, jak choć­by ten na­zwi­skiem He­rzer, któ­ry chcąc udo­wod­nić no­we­mu kró­lo­wi, Fry­de­ry­ko­wi Wiel­kie­mu, że w tu­tej­szych ko­pal­niach są obie­cu­ją­ce zło­ża ko­bal­tu, przy­wo­zi ten cen­ny su­ro­wiec aż z Sak­so­nii i na no­wo "wy­do­by­wa" z miej­sco­wych sztol­ni. Fry­de­ryk pła­ci więc sło­no za po­szu­ki­wa­nia, któ­rych efek­tem ma być zy­skow­ne, re­gu­lar­ne wy­do­by­cie. W koń­cu do­wia­du­je się jed­nak, że ca­ła spra­wa jest jed­ną wiel­ką mi­sty­fi­ka­cją. Być mo­że dla­te­go w 1766 ro­ku oso­bi­ście po­ja­wia się na miej­scu. Uprze­dzo­ny o zde­ma­sko­wa­niu He­rzer ucie­ka, a wraz z je­go uję­ciem i przy­kład­nym uka­ra­niem ko­lej­na śmierć gór­nic­twa na zbo­czach gó­ry sta­je się fak­tem. Wszyst­kie na­stęp­ne pró­by wy­do­by­cia kry­ją­cych się w zie­mi bo­gactw koń­czą się tu mniej­szym lub więk­szym roz­cza­ro­wa­niem, a tych w Kup­fer­ber­gu by­ło już do­syć.

Przez chwi­lę szan­są dla mia­sta jest tkac­two, zwłasz­cza że no­wy typ ko­ło­wrot­ka sto­so­wa­ny w przę­dzal­niach Sta­re­go Świa­ta da­je nad­zwy­czaj­ne re­zul­ta­ty. Dość szyb­ko jed­nak to, co wy­da­wa­ło się wspa­nia­łym udo­god­nie­niem, oka­zu­je się prze­kleń­stwem, pro­duk­cja płó­cien lnia­nych sta­je się ła­twiej­sza, a ryn­ków zby­tu nie przy­by­wa. W 1725 ro­ku bli­sko po­ło­wa tkac­kich ro­dzin pro­spe­ru­ją­cych do tej po­ry w mia­stecz­ku tra­ci środ­ki do ży­cia na sku­tek wy­co­fa­nia przy­dzia­łu prac przę­dzal­ni­czych. Kup­fer­berg za­czy­na się wy­lud­niać, w 1785 ro­ku miesz­ka tu za­le­d­wie 796 osób, z któ­rych więk­szość kle­pie bie­dę. A wkrót­ce bę­dzie jesz­cze go­rzej, w po­bli­skim März­dor­fie zo­sta­ną otwar­te prze­my­sło­we przę­dzal­nie i po­zo­sta­ła garst­ka tka­czy z Kup­fer­ber­gu stra­ci już zu­peł­nie środ­ki do ży­cia.

Wkrót­ce o to prze­klę­te miej­sce na szczy­cie gó­ry znów upo­mni się be­stia, tym ra­zem bę­dzie jed­nak ła­skaw­sza. W sierp­niu 1813 ro­ku w mia­stecz­ku po­ja­wia­ją się za­go­ny pru­skich par­ty­zan­tów pod do­wódz­twem Bol­ten­ster­na. Są wy­głod­nia­li, ale trzy­ma­ją się na ubo­czu. Po­lu­ją na ma­łe fran­cu­skie od­dzia­ły, któ­re w po­śpie­chu zmie­rza­ją na pół­noc, by 26 sierp­nia sta­wić się na po­lu jed­nej z naj­bar­dziej krwa­wych na­po­le­oń­skich bi­tew. Nad Ka­cza­wą sprzy­mie­rze­ni z Ro­sją Pru­sa­cy, zo­sta­wia­jąc czte­ry ty­sią­ce swo­ich i pięt­na­ście ty­się­cy fran­cu­skich tru­pów, od­no­szą zwy­cię­stwo nad do­wo­dzo­ny­mi przez mar­szał­ka Mac­do­nal­da woj­ska­mi Na­po­le­ona. O tym zwy­cię­stwie miesz­kań­cy Kup­fer­ber­gu do­wie­dzą się póź­niej, w cza­sie bi­twy na­słu­chu­ją tyl­ko groź­nych po­mru­ków i dud­nie­nia do­cho­dzą­ce­go zza gór. Cie­szą się, że tym ra­zem mia­stecz­ko oca­la­ło.

Na ko­lej­ne nie­szczę­ścia nie trze­ba jed­nak dłu­go cze­kać. Je­sien­ne­go wie­czo­ru 12 paź­dzier­ni­ka 1824 ro­ku żo­na bia­ło­skór­ni­ka Man­sche­go, miesz­ka­ją­ce­go w do­mu pod nu­me­rem osiem­dzie­sią­tym czwar­tym, tak moc­no przy­pie­ka nad ogniem po­łeć sło­ni­ny, że ten za­pa­la się. Ogień roz­prze­strze­nia się naj­pierw po do­mu, a gdy uda­je mu się wy­peł­znąć na ze­wnątrz, szyb­ko znaj­du­je sprzy­mie­rzeń­ca w wy­jąt­ko­wo sil­nym o tej po­rze ro­ku wie­trze. W kil­ku­go­dzin­nym, sza­le­ją­cym w ca­łym mie­ście po­ża­rze pło­nie sześć­dzie­siąt sie­dem do­mów, oba ko­ścio­ły i przy­le­ga­ją­ce do nich szko­ły, a tak­że szpi­tal i ra­tusz wraz z nie­mal ca­łym ar­chi­wum. Pło­nie też sie­dzi­ba Kró­lew­skie­go Urzę­du Gór­ni­cze­go Księ­stwa Schwe­id­nitz i Jau­er, pło­ną sto­do­ły z plo­na­mi i za­pa­sa­mi zgro­ma­dzo­ny­mi na zi­mę. Prze­by­wa­ją­cy w mia­stecz­ku pa­stor z po­bli­skiej miej­sco­wo­ści Alt Kam­nitz ze zdu­mie­niem ob­ser­wu­je roz­miar tra­ge­dii: "Spo­sób bu­do­wy i stan bu­dyn­ków, któ­re by­ły ca­łe z drew­na, uła­twi­ły roz­prze­strze­nia­nie się pło­mie­ni. Z du­żą pręd­ko­ścią obej­mo­wa­ły one obie czę­ści mia­stecz­ka. Ostry, po­łu­dnio­wy wiatr niósł sza­le­ją­cy ży­wioł w kie­run­ku ka­to­lic­kie­go ko­ścio­ła oraz sto­ją­cych obok szkół - ka­to­lic­kiej i ewan­ge­lic­kiej, jak rów­nież w kie­run­ku Jo­han­nes­dor­fu, gdzie pło­mie­nie za­czę­ły już obej­mo­wać naj­bliż­szą Kup­fer­ber­go­wi część wsi. Gdy pło­mie­nie prze­su­nę­ły się już do ulicz­ki Szer­mie­rzy, nisz­cząc wszyst­ko po dro­dze, kie­ru­nek wia­tru zmie­nił się z po­łu­dnio­we­go na wschod­ni i przy­niósł tym sa­mym znisz­cze­nie i za­gła­dę dol­nej czę­ści mia­sta. Co­raz szyb­ciej pło­mie­nie ogar­nia­ły wszyst­ko wo­kół, tak gwał­tow­nie, jak­by kpi­ły z po­łą­czo­nych wy­sił­ków se­tek lu­dzi, któ­rzy spie­szy­li z bli­ska i z da­le­ka, aby po­wstrzy­mać to sza­leń­stwo. Przez dłu­gi czas uda­wa­ło się chro­nić znaj­du­ją­cy się w środ­ku mia­sta ko­ściół ewan­ge­lic­ki, któ­re­go głów­na część opie­ra­ła się jesz­cze na­po­ro­wi mo­rza pło­mie­ni, ale i ona mu­sia­ła ulec ich nisz­czy­ciel­skie­mu dzia­ła­niu"[2].

W cią­gu jed­nej no­cy ca­ły swój do­by­tek tra­ci 146 ro­dzin - 503 oso­by. Zo­sta­ją bez da­chu nad gło­wą i po­my­słu, gdzie spę­dzą na­stęp­ną noc. Spo­śród dy­mią­cych jesz­cze zglisz­czy dol­nej czę­ści mia­stecz­ka i po­czer­nia­łych od ognia traw na je­go obrze­żach wy­sta­ją je­dy­nie dwa ka­mien­ne krzy­że. "Me­men­to". "Pa­mię­taj". Trud­no po­wie­dzieć jed­nak, czy kto­kol­wiek w tych tra­gicz­nych dniach my­śli o klą­twie.

Dwa dni po fa­tal­nym wie­czo­rze w mia­stecz­ku po­ja­wia się hra­bi­na Fry­de­ry­ka von Re­den z Bu­chwal­du. W pa­mięt­ni­kach pi­sze: "Zbli­żam się do te­go smut­ne­go ob­ra­zu, ja­kie­go jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łam, nie mo­gę po­jąć, co wi­dzę, je­stem jak ska­mie­nia­ła. W pa­ła­cu, któ­ry do­sko­na­le za­cho­wał się wśród sa­mych ru­in wo­kół, przy­ję­li mnie An­ton i Graf Gu­stav Ma­tu­sch­ka. Wpro­wa­dzi­li mnie w sam śro­dek ma­łej gru­py lu­dzi - ko­mi­te­tu skła­da­ją­ce­go się z An­to­na, dwóch du­chow­nych, po­bor­cy dzie­się­ci­ny gór­ni­czej, bur­mi­strza oraz urzęd­ni­ka, i pro­si­li, abym wzię­ła udział we wspar­ciu od­bu­do­wy mia­stecz­ka. Usta­lo­no, jak roz­dzie­lić środ­ki po­mo­cy oraz że pie­nią­dze na od­bu­do­wę mu­szą zo­stać zde­po­no­wa­ne"[3].

Hra­bi­na jest po­ru­szo­na wi­do­kiem mia­sta, któ­re po raz ko­lej­ny znik­nę­ło. Od­wie­dza miesz­kań­ców, po­cie­sza zdro­wych, z tro­ską po­chy­la się nad ran­ny­mi. Po­tem je­dzie na targ do Bad Warm­brunn i ku­pu­je to, co w zim­ne paź­dzier­ni­ko­we dni wy­da­je się naj­po­trzeb­niej­sze tym, któ­rzy stra­ci­li wszyst­ko - sześć­dzie­siąt je­den par bu­tów z cho­le­wa­mi i dwa­na­ście par ma­łych bu­tów. Wszyst­kie, któ­re te­go dnia szew­cy z Bad Warm­brunn mo­gą jej sprze­dać. W ro­dzin­nej po­sia­dło­ści hra­bi­na za­pę­dza do ro­bo­ty ca­łą swo­ją służ­bę, któ­ra na dru­tach ro­bi z cie­płej weł­ny ubra­nia dla po­go­rzel­ców.

Mia­stecz­ko po raz ko­lej­ny pod­no­si się z upad­ku. Dwa la­ta po po­ża­rze, 12 li­sto­pa­da 1826 ro­ku, pa­stor Chri­stian Schreck mo­że z du­mą kon­se­kro­wać no­wą świą­ty­nię. W cza­sie uro­czy­sto­ści wy­gła­sza pięk­ną mo­wę, a na­stęp­nie ka­że ją wy­dru­ko­wać i sprze­da­wać wśród miesz­kań­ców i go­ści. Uzy­ska­ne w ten spo­sób środ­ki prze­ka­zu­je pa­ra­fii ka­to­lic­kiej, któ­ra swo­ją świą­ty­nię od­bu­do­wu­je trzy la­ta dłu­żej. Jej pro­jek­tan­tem jest nie kto in­ny, tyl­ko sam Karl Frie­drich Schin­kel, au­tor ber­liń­skie­go Al­tes Mu­seum. Wszyst­kie no­we bu­dyn­ki wzno­si się w myśl wszel­kich pra­wi­deł i prze­pi­sów prze­ciw­po­ża­ro­wych. Nikt tu nie chce znów pa­trzeć na pło­ną­ce ko­ścio­ły.

W 1840 ro­ku w mia­stecz­ku miesz­ka 667 osób i tyl­ko dzie­więć z nich mó­wi o so­bie, że są gór­ni­ka­mi. Mi­mo to co chwi­la po­ja­wia­ją się tu przed­się­bior­cy, któ­rzy chcą we wnę­trzu gó­ry szu­kać swo­je­go szczę­ścia. Nie znaj­du­ją go tam ko­lej­no przy­by­li z Gór­ne­go Ślą­ska: pan Tie­le-Win­kler, pan Ro­sen­tiel, pa­no­wie Kar­sten i Grund­man. Po­szu­ki­wa­nie szczę­ścia przez tych ostat­nich koń­czy się wiel­ką eks­plo­zją wie­ży pro­cho­wej oraz ma­szy­now­ni ob­słu­gu­ją­cej je­den z szy­bów. To jed­nak nie znie­chę­ca bra­ci Schön­fel­de­rów - Ri­char­da, Her­man­na i Ro­ber­ta - któ­rzy w 1880 ro­ku po­sta­na­wia­ją roz­po­cząć wy­do­by­cie. Po kil­ku la­tach bez więk­sze­go re­zul­ta­tu, za to z du­żą stra­tą, sprze­da­ją ko­pal­nie Kup­fer­ber­gu pa­nu Aren­do­wi, Ży­do­wi z Ber­li­na. Po raz ko­lej­ny szy­by zo­sta­ją po­świę­co­ne, a ich pra­cow­ni­cy ma­sze­ru­ją wcze­snym ran­kiem z po­chod­nia­mi, li­cząc, że uro­czy­sta in­au­gu­ra­cja roz­ru­chu ko­pal­ni przy­nie­sie im szczę­ście i bo­gac­two. Wy­do­by­cie trwa kil­ka lat, po­wsta­ją na­wet no­we szy­by, jed­nak zło­ża znów nie przy­no­szą spo­dzie­wa­nych zy­sków.

Na udo­sko­na­le­nie wy­do­by­cia i wpro­wa­dze­nie no­wych tech­no­lo­gii nie ma już jed­nak cza­su. Be­stia za­czy­na się wier­cić i przy­po­mi­nać o swo­im ist­nie­niu. 28 czerw­ca 1914 ro­ku Ga­vri­lo Prin­cip strze­la do Fran­cisz­ka Fer­dy­nan­da i je­go mał­żon­ki, a świat, ja­ki miesz­kań­cy Kup­fer­ber­gu zna­li do tej po­ry, roz­pa­da się na ich oczach.

Wiel­ka Woj­na nie wkro­czy jed­nak do Kup­fer­ber­gu, wy­bie­rze in­ną dro­gę. Ża­den z fron­tów na­wet nie za­ha­czy mia­stecz­ka. Za­bio­rą na­to­miast ze so­bą kil­ku­na­stu sy­nów i oj­ców. Gdy ar­ma­ty ucich­ną, na trój­kąt­nym ryn­ku sta­nie po­mnik, któ­ry bę­dzie przy­po­mi­nał o prze­la­nej przez nich krwi.

Miesz­kań­cy mia­stecz­ka są wy­trwa­li. Pięć lat po za­koń­cze­niu woj­ny pod bu­dyn­kiem ko­pal­ni znów usta­wia­ją się w gór­ni­czym po­cho­dzie, znów pło­ną lam­py gór­ni­cze, znów ło­po­czą sztan­da­ry. Na jed­nym z szy­bów pro­mie­nie­je wiel­ki ob­raz świę­tej Bar­ba­ry na­ma­lo­wa­ny przez bra­ta gór­ni­cze­go ase­so­ra - pa­na Fit­zne­ra. Pa­stor Hel­mut Eber­le­in i ksiądz Jo­han­nes Kauf­man wspól­nie tłu­ma­czą wier­nym, że tyl­ko gor­li­we mo­dli­twy spro­wa­dzą na nich ła­skę i bez­pie­czeń­stwo w cza­sie pra­cy.

Te­raz wy­do­by­ciem zaj­mą się in­ży­nie­ro­wie ze spół­ki Gie­sche Er­ben. Na Gór­nym Ślą­sku kon­cern ten jest wła­ści­cie­lem spo­rej czę­ści ko­palń i hut oraz jesz­cze więk­szej czę­ści Kat­to­witz. Miesz­kań­cy Kup­fer­ber­gu z na­dzie­ją na­słu­chu­ją wie­ści z tam­te­go re­gio­nu, do­wia­du­ją się mię­dzy in­ny­mi o pięk­nych i wy­god­nych mia­stach-ogro­dach, któ­re spół­ka bu­du­je swo­im pra­cow­ni­kom. Ma­rze­nia ostat­nich sześć­dzie­się­ciu gór­ni­ków z Kup­fer­ber­gu są jed­nak o wie­le skrom­niej­sze. Nie chcą luk­su­so­wych osie­dli ani ko­lej­ki do­wo­żą­cej ich bez­płat­nie pod bra­mę ko­pal­ni. Chcie­li­by tyl­ko, aby uru­cho­mio­ne przez Gie­sche Er­ben szy­by da­ły do­syć su­row­ca, by nikt nie mu­siał się tu mar­twić o ju­tro.

Mo­dli­twy, do któ­rych na­ma­wia­ją pa­stor Eber­le­in i ksiądz Kauf­man, na pew­no nie są więc ma­ło gor­li­we, jed­nak po pro­stu nie­sku­tecz­ne. Nie wy­star­cza też do­świad­cze­nie in­ży­nie­rów z Gie­sche Er­ben. Z ła­two­ścią wzno­wi­li oni wy­do­by­cie w Kup­fer­ber­gu i z jesz­cze więk­szą ła­two­ścią de­cy­du­ją o je­go osta­tecz­nym za­koń­cze­niu. W bi­lan­sach fir­my tych kil­ka szy­bów i garst­ka gwar­ków nie sta­no­wią zbyt waż­nej po­zy­cji. Naj­pierw sta­je szyb To­ni, wkrót­ce po­tem, w 1927 ro­ku, za­mknię­ty zo­sta­je ostat­ni szyb Ad­ler. Gwar­ko­wie bę­dą mo­gli już tyl­ko z no­stal­gią spo­glą­dać na je­go szkie­let wi­docz­ny z nie­mal każ­de­go do­mu w mie­ście.

Gór­ni­cza prze­szłość mia­stecz­ka nie da­je jed­nak o so­bie za­po­mnieć. Gó­ra, na któ­rej szczy­cie stoi Kup­fer­berg, jest po­dziu­ra­wio­na jak rze­szo­to. Przez ca­łe stu­le­cia drą­żo­no w jej wnę­trzu tu­ne­le, któ­re te­raz - nie­za­bez­pie­czo­ne - za­czy­na­ją się za­pa­dać i za­gra­żać te­mu, co znaj­du­je się po­wy­żej. Sza­lu­nek w sta­rych sztol­niach za­mie­nia się w próch­no i już nikt przy zdro­wych zmy­słach nie wej­dzie do środ­ka, by oce­nić stan znisz­czeń i prze­wi­dzieć ko­lej­ne za­gro­że­nia. O za­bez­pie­cze­niu sta­rych szy­bów nie mo­że być więc mo­wy.

Co­raz czę­ściej ru­ro­ciąg do­pro­wa­dza­ją­cy do mia­stecz­ka wo­dę aż spod gó­ry Wo­łek zry­wa się. Wła­dze mia­sta za­cho­dzą w gło­wę, co jest te­go przy­czy­ną; wkrót­ce oka­zu­je się, że to nie­wiel­kie tąp­nię­cia i osu­nię­cia zie­mi po­wo­du­ją roz­sz­czel­nia­nie in­sta­la­cji.

Pew­ne­go dnia ko­nie cią­gną­ce pług po po­lu pa­na Franz­kie­go za­pa­da­ją się w zie­mi po pier­si i wy­da­ją z sie­bie tak prze­ra­ża­ją­cy kwik, że ci, któ­rzy aku­rat są w po­bli­żu, rzu­ca­ją swo­ją ro­bo­tę i wbie­ga­ją w po­le z po­bla­dły­mi twa­rza­mi. Tyl­ko nie­któ­rzy ma­ją od­wa­gę ru­szyć z po­mo­cą i ra­to­wać zwie­rzę­ta, in­ni pa­trzą z da­le­ka na wy­sta­ją­ce z zie­mi koń­skie łby i nie­zwy­kłe le­jo­wa­te za­pa­dli­sko wo­kół nich.

Po raz pierw­szy jed­nak zie­mia za­pa­da się pod bu­dyn­kiem kuź­ni Preu­sa i kup­ca Re­iman­na. Po­wsta­je kra­ter tak du­ży, że zmie­ści­ła­by się w nim fur­man­ka. Tak­że w sze­re­gu do­mów - od pie­ka­rza Fla­be­go do fry­zje­ra Frie­be­go - utwo­rzy­ła się ry­sa na mu­rach spo­wo­do­wa­na za­pad­nię­ciem się sztol­ni. Ta ry­sa to do­pie­ro po­czą­tek.