2 Człowiek z betonu
Jeszcze niedawno wściekłe czerwcowe burze szarpały parasolami sezonowych piwiarni, a zmoknięci kibice wlewali w siebie piwo z plastykowych kubków. W mieście największą furorę zrobili Peruwiańczycy. Rozigranym korowodem przetoczyli się przez ulice i fanzony. Dudnili na bębnach, tańczyli, śpiewali, cykali sobie fotki. Bratali się z miejscowymi kibicami Uralu Jekaterynburg, wpadali im w objęcia, radośnie pokrzykując "E viva Rusia, e viva Putin!". Pojawili się i zniknęli jak intensywny czerwcowy deszcz. Potem nad miastem zawisł parny lipcowy smog. Do zakończenia piłkarskich mistrzostw świata zostało jeszcze kilka dni, ale jekaterynburski stadion opustoszał.
Nad aleją Lenina wciąż górowało kolorowe logo "FIFA World Cup Russia 2018". Tuż obok trzej Tadżycy rozlepiali nowy outdoorowy afisz. Spod wałków ubabranych klejem powoli wyłonił się napis: "Stulecie zwycięskiego czynu świętej carskiej rodziny". Wreszcie ostatni papierowy rulon rozwinął się do końca. Tu i ówdzie ciekła szarobiała kleista maź, ale wielkoformatowy plakat dokładnie przywierał do powierzchni billboardu.
Teraz widać było cały program Międzynarodowego Festiwalu Kultury Prawosławnej "Carskie Dni". Prawie dwa tygodnie koncertów, odczytów, okolicznościowych nabożeństw, spotkań modlitewnych, wieczorków poetyckich i promocji książek. Na noc z 16 na 17 lipca zaplanowano masową procesję. Miała wyruszyć z centrum Jekaterynburga, dokładnie w stulecie historycznego mordu na Romanowach.
Tadżycy zapalili papierosy. Przez chwilę przyglądali się efektom swojej pracy. W końcu jeden z nich sięgnął po telefon i sfotografował billboard. Dwaj pozostali zabrali się do składania wiader i drabin. Ten z telefonem poszedł w kierunku skrzyżowania alei Lenina z ulicą Czerwonoarmiejską. Strzelił fotkę wiszącej od ponad godziny ogromnej reprodukcji fotografii rodzinnej Romanowów. Na moment podniósł głowę znad telefonu i wbił wzrok w nienagannie umundurowanego Mikołaja Romanowa.
Jego Wysokość siedział w wygodnym fotelu. O jego ramię opierała się cesarzowa Aleksandra. Wokół rodziców uśmiechała się gromadka dzieci, cztery córki i synek. Wyglądało to całkiem nieźle. Tadżyk przeniósł wzrok na kolejny billboard. Sfotografował reklamę atrakcyjnych sprzętów gospodarskich oferowanych w promocyjnych cenach przez sieć sklepów AGD "Eldorado". Fachowym wzrokiem taksował to Romanowów, to wiszące obok nich żelazka. Wreszcie zaczął stukać palcami w ekran telefonu. Najwyraźniej wysyłał zdjęcia w dowód skończonej roboty.
Romanowowie nie zwracali uwagi na zadowolonego Tadżyka. Nie obchodziły ich ani supertanie żelazka, ani jedyne w swoim rodzaju wielofunkcyjne miksery. Dostojnie trwali z nieruchomymi uśmiechami. To nawet lepiej, że nie rozglądali się na boki. Gdyby jakimś cudem mogli spojrzeć w prawo, to z pewnością dojrzeliby monumentalną sylwetkę Jakowa Swierdłowa, przewodniczącego bolszewickiego Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego.
Przed stu laty to właśnie Swierdłow miał przekazać informację, że los Mikołaja II i jego najbliższych zależy od decyzji miejscowych czekistów. Trudno przypuszczać, żeby centrala pozwoliła prowincjonalnym czekistowskim watażkom decydować samodzielnie o życiu i śmierci ostatniego rosyjskiego cara. Uralscy towarzysze pojęli bez najmniejszych wątpliwości, co oznacza owa zawoalowana wiadomość. Kilka dni później Romanowowie już nie żyli.
Zastygły na kamiennym cokole Swierdłow nie patrzył na Romanowów. Spojrzenie kierował daleko przed siebie, w głąb alei Lenina. Wytężając wzrok, mógłby sięgnąć aż do tamy na rzece Iset. A kto wie, może nawet do znajdującego się nieco dalej placu 1905 Roku i stojącego w jego centrum spiżowego Włodzimierza Iljicza. Przed oczami miał jednak sznur samochodów, zakorkowanych w centralnej śródmiejskiej arterii.
Cisnących po klaksonach, spoconych kierowców nie interesowały ani carska rodzina, ani supertanie sprzęty kuchenne. Swierdłow tym bardziej nie robił na nich wrażenia. Tkwił tu już wystarczająco długo, żeby do niego przywyknąć. A nawet go polubić. Wyglądał przecież całkiem sympatycznie. Jak dobry wujaszek, który wyprowadził psa na spacer i przystanął na skwerku między reprezentacyjnym gmachem Jekaterynburskiego Państwowego Akademickiego Teatru Opery i Baletu a przyciężkim, neoklasycystycznym budynkiem Instytutu Nauk Humanistycznych i Sztuki Uralskiego Uniwersytetu Federalnego.
Kilka lat temu z okazji końca roku akademickiego jekaterynburscy studenci przebrali go w płócienną togę i włożyli mu na głowę uniwersytecki biret. Prezentował się w nim naprawdę uroczo, jak stary kochany profesor. Może trochę zwariowany, ale zarażający studentów entuzjazmem. Trudno uwierzyć, że ów przemiły człowiek w drucianych okularach na nosie i z wiatrem we włosach w rzeczywistości był zamkniętym w sobie fanatykiem. Kimś, kto zdobywał posłuch nie ujmującym charakterem, tylko tępą przemocą i brakiem skrupułów wobec każdego, kogo uznał za przeszkodę w drodze do celu.
Współczesny Jekaterynburg to miasto sklecone z niepasujących do siebie elementów, z puzzli wyjętych z różnych zestawów. Pełne sprzeczności, porozrywane głębokimi szczelinami. Teoretycznie niemożliwe. A jednak owe nieprzystające fragmenty na co dzień tworzą spójną całość. Jak to możliwe?
Długo rozmawiałem na ten temat z Aleksiejem Iwanowem, pisarzem mocno osadzonym w tutejszych klimatach. Aleksiej wychował się w Permie, ale przedreptał niemal wszystkie zakątki Uralu, Powołża i zachodniej Syberii. Opisuje je realistycznie, reportersko, to znów wymyśla dla nich fantastyczne, baśniowe fabuły. Jakiekolwiek formy i gatunki by stosował, to zazwyczaj nie oddala się zbyt daleko od uralskiego "kręgosłupa Rosji", regionu znaczącego wyimaginowaną, nieistniejącą poza atlasami geograficznymi granicę między Europą Wschodnią i północno-zachodnią Azją.
- Wiesz, wielu ludzi interesuje się tym, jak to możliwie, że obok pomników morderców mogą znajdować się miejsca upamiętniające ich ofiary - Aleksiej wyraźnie ożywił się, mówiąc o przestrzeni i krajobrazie Jekaterynburga, miasta, któremu niedawno poświęcił jedną ze swoich książek. - Mnie też długo to zastanawiało. Tymczasem sprawa wydaje się dość prosta. Wbrew pozorom w Rosji mało kto zastanawia się nad sensem tego, co robi. Potem ktoś usiłuje nadawać temu jakieś znaczenie, coś uzasadniać. Najczęściej tylko po to, by doraźnie na tym zyskać. Właśnie z tego rodzi się nie tylko dzisiejsza ideologia, ale w ogóle rzeczywistość. Z uzasadniania spraw, które pierwotnie nie miały żadnego przemyślanego sensu, z nadawania banalnej głupocie pozorów głębokiego zamysłu, jakiegoś strategicznego planu, który rzekomo leży u jej podstaw.
- Na przykład tutaj w Jekaterynburgu była ulica Kraula. To, skąd wzięła się jej nazwa, bardzo wiele wyjaśnia - Aleksiej mówił dalej. - Ludzie oczywiście nie wiedzą, co to za jeden, ten cały Kraul. Co tam ludzie, tego nie wiedzieli nawet historycy i krajoznawcy. Nikt nie miał pojęcia, cóż takiego zrobił ów Kraul, że aż uczczono jego pamięć nazwą ulicy. No i w końcu ktoś zorientował się, że kiedyś ta ulica nazywała się Krasnaja Ulica. Na starym planie miasta zmieścił się tylko skrót nazwy, Kra. Ul. Kiedy w latach dwudziestych ubiegłego wieku powstawał kolejny plan miasta, jakiś mało rozgarnięty kartograf napisał po prostu KraUl. Już bez kropek. No i poszło. Do ulicy przylgnęło imię jakiegoś nikomu nieznanego Kraula, który tak naprawdę nigdy nie istniał. Tyle że to i tak nie ma znaczenia, bo ludzi to nie interesuje. Co za różnica kim był jakiś tam Kraul? Albo Jurowski czy Swierdłow? Dlatego ulica Carska może w tym mieście łączyć się z ulicą Dzierżyńskiego. Ludzie mają to gdzieś.
- Tu nie ma jakiejś szczególnej, bardzo przemyślanej intencji, jakiegoś z góry przyjętego planu - rozkręcał się Aleksiej. - To bałagan w głowach ludzi, którym wszystko zwisa. Bałagan w umysłach władzy, która nie chce się na nic zdecydować. Nawet na to, do jakiego porządku chce się odwoływać. Do Imperium Rosyjskiego? Do Związku Radzieckiego? Do rynkowej fali, która poniosła ludzi władzy w latach dziewięćdziesiątych? Te wszystkie nazwy ulic, placów, stojące tu pomniki..., cały ten bajzel nie jest efektem jakiegoś strategicznego działania czy genialnej ponowoczesnej kreacji. Oczywiście władza lubi dawać do zrozumienia, że wszystko zależy od niej, że nad wszystkim ma kontrolę, wszystko jest wynikiem jej tajemniczych działań. Bo wtedy ludzie zaczynają ją uważać za wszechpotężną. Ale to raczej nieprawda. W gruncie rzeczy oni sami nie mają pojęcia, jak ten tworzony przez nich świat miałby wyglądać. Widzą tylko to, co mają przed nosem i nic więcej. A z tym na razie radzą sobie znakomicie - zakończył Aleksiej.
Pomnikowy Swierdłow stojący w centrum Jekaterynburga wygląda na znacznie starszego niż ten rzeczywisty. Realny Swierdłow nie dożył trzydziestu czterech lat i nie przeżył Romanowów nawet o rok. W marcu 1919 roku wykończyła go epidemia hiszpanki. Według innych wersji został ciężko pobity przez rozwścieczonych robotników, kiedy po drodze z Charkowa na moskiewski zjazd partii zatrzymał się w Orle. Miejscowi proletariusze ponoć wykrzykiwali przy tym antysemickie hasła. Swierdłow ostatkiem sił dotarł do stolicy na zjazd, ale już się nie pozbierał. Komuniści zrobili ponoć wszystko, żeby sprawę zamieść pod dywan. No bo jak by to wyglądało? Antysemicka klasa robotnicza własnymi rękami morduje wodzów rewolucji...
Krąży wiele innych, jeszcze bardziej sensacyjnych wersji jego śmierci. Swierdłowa mieli zabić pazerni towarzysze, którzy chcieli zrabować przechowywany przez niego majątek partyjny. A przy okazji wyeliminować go z walk frakcyjnych przed zjazdem. Mówi się również o czarnej magii, klątwach i udziale innych sił nadprzyrodzonych. Tak czy owak, Swierdłow zajął należyte miejsce w rewolucyjnym panteonie, a jego ciało pochowano pod murami Kremla. Na cześć zasłużonego towarzysza, w 1924 roku Jekaterynburg przemianowano na Swierdłowsk.
Przemysłowe miasto imienia Jakowa Swierdłowa rozwijało się w szybkim tempie. Osiedlały się w nim kolejne fale ludzi ściągających do pracy w potężnych fabrykach i kombinatach centralnego Uralu. Na przedmieściach rozrastały się industrialne strefy, w których produkowano czołgi, wozy pancerne, wagony, samochody ciężarowe. Wreszcie, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, miasto przekroczyło liczbę miliona mieszkańców.
W tamtej epoce Swierdłowsk nie widywał obcokrajowców, może z wyjątkiem grupki mongolskich studentów czy nielicznych pracowników czechosłowackiej Skody, współpracujących z zakładami Uralmasz. Fabryczne wyziewy i granicząca z paranoją czujność przez długie dekady unosiły się nad przemysłową aglomeracją. Wewnątrz miasta tworzono zamknięte strefy, takie jak Uralskie Centrum Naukowe, odcięte od pozostałych dzielnic mieszkalno-przemysłowych. Zwożonych tu inżynierów i konstruktorów izolowano od pozostałych mieszkańców.
Swierdłowsk potrafił na swój sposób oddychać ciężkim przemysłowym powietrzem. Nie dał się zamienić w nieme skupisko ciągnących się kilometrami żelbetonowych ogrodzeń, kombinatów, kominów, zakazanych industrialnych stref i wsobnych osiedli. Milionowe miasto stopniowo stawało się centrum kulturalnym emanującym daleko poza Ural. Czuło się tutaj obecność licznej inteligencji, najczęściej o rodowodzie chłopskim i robotniczym. Gmachy swierdłowskich uczelni opuszczały kolejne roczniki inżynierów, architektów, muzyków, plastyków i humanistów. Zaczęto wydawać pismo literackie "Ural", które zdobyło ogólnokrajową rozpoznawalność. Otwierano kolejne teatry i sale koncertowe. Pojawiały się również niszowe miejsca. Z restauracji Ocean ostrożnie i nie za głośno sączył się grany na żywo jazz. W domu kultury Automobilista działał dyskusyjny klub filmowy, w którym od czasu do czasu pozwalano sobie na swobodniejszą wymianę zdań.
Kultura podporządkowana władzy i jej celom z czasem zaczęła przebijać się przez sztywny gorset instytucjonalnej kontroli. Już w głębokich latach siedemdziesiątych w podswierdłowskiej wiosce Wołyny powstał pierwszy na Uralu niezależny kolektyw malarski. Dekadę później publikę domów kultury i kameralnych koncertów w prywatnych mieszkaniach rozgrzeje rockowa nowa fala. Ogólnokrajową sławę zyskają legendarni uralscy muzycy, z grupą Nautiłus Pompilus i Wiaczesławem Butusowem na czele. Czasy się zmieniały, ale spiżowy Swierdłow niewzruszenie trwał na kamiennym cokole. Jego rozgrzane czoło, jak igła kompasu, niezmiennie orientowało się zgodnie z prostą linią alei Lenina, ku rzece Iset i rozległemu śródmiejskiemu zalewowi.
W epoce Breżniewa urządzono nad Isetem kilka sympatycznych parków i skwerów. Zielone, przewiewne przestrzenie i sporych rozmiarów akwen do dziś działają jak naturalny respirator przywracający oddech zduszonemu smogiem przemysłowemu miastu. Nawet najgorętsze dni są łatwiejsze do zniesienia, kiedy przyjemny wilgotny powiew delikatnie połaskocze nos zapachem wody, trawy, drzew i dzikich krzaków.
Letnimi wieczorami bulwary nad miejskim zalewem na Isecie zapełniają się ludźmi. Wzdłuż nabrzeżnego deptaka ciągną się kawiarenki i lodziarnie. Gdzieniegdzie parkują food tracki z kanapkami i kawą w papierowych kubeczkach. Schodzą się tu stateczne rodziny z dziećmi. Nieco speszone pary przeżywają pierwsze randki, co jakiś czas uskakując przed rozpędzonymi rolkowcami albo mamilami na wypasionych rowerach. Grupki małolatów kręcą się bez celu, bo żaden cel nie jest im potrzebny, bez niego czują się znacznie lepiej. Wystrojone dziewuszki wpatrują się w komórki i cykają kolejne selfiaki. Tu i tam słychać trzask deskorolek, a z pobliskiego przejścia podziemnego dobiega dudnienie perkusji i rzężenie elektrycznej gitary podłączonej do przenośnego piecyka.
Kiedyś, w wolne dni, poważni ojcowie rodzin wiosłowali po zalewie w małych korytkowatych łódeczkach. Dzisiaj można śmignąć potężną wyścigową motorówką, pokręcić efektowne serpentyny i narobić fal, irytujących wędkarzy wystających rzędami na brzegu. Trochę to kosztuje, ale motorówki startują jedna po drugiej. Codziennie ktoś ma urodziny, jakiś chłopak chce zaimponować dziewczynie albo ten czy ów wypije i postanowi poczuć się jak Sonny Crockett.
Naprawdę trudno sobie wyobrazić, że całkiem niedaleko stąd przebiega geograficzna granica między Europą a Azją. Jedynymi obiektami jakkolwiek kojarzącymi się z daleką Azją są szklane wieżowce, zbudowane już w XXI wieku. Jekaterynburskie city sprawia wrażenie kawałka wyciętego z centrum któregoś z chińskich miast. Bardziej prowincjonalnego Xinningu niż super high-techowego Szanghaju albo Kantonu.
W porównaniu z wieloma innymi wschodnioeuropejskimi postsowieckimi aglomeracjami Jekaterynburg jest całkiem dobrym miejscem do życia. Czuje się tutaj możliwości i pieniądze krążące wokół uralskich kombinatów. Mniejsze niż w stolicy - ale za to w Jekaterynburgu nie ma pretensjonalnej ostentacji, którą męczy gigantyczna, napuszona Moskwa. Oczywiście możliwości nie są dane każdemu. Nie wszyscy mieli tyle siły przebicia albo wystarczającą protekcję, żeby załapać się do pracy w którymś z biur podniebnego wieżowca Iset Tower. I nie wszyscy mają przyjemność przemieszczać się klimatyzowanym mercedesem wzdłuż szklano-plastykowych ulicznych fasad pokrytych toksycznym przemysłowym pyłem.
Nad brzegiem miejskiego zalewu, tuż obok nowiutkich szklanych biurowców, pnie się ku niebu siedziba dawnego obwodowego komitetu partii. Dwudziestoczteropiętrowy wieżowiec miał być dumą robotniczego Uralu i pokazywać niedowiarkom moc swierdłowskiej myśli architektonicznej. Żeby gmach swierdłowskiego obkomu mógł stanąć w możliwie najlepszym widokowym miejscu, bezceremonialnie wyburzono zabytkową kamienicę kupca Makarowa. Ludzie szybko oswoili nowy, strzelisty obiekt. Nazywano go czule "zębem mądrości władzy". Albo ze złośliwym chichotem przezywano "członkiem partii".
Oddany do użytku w 1982 roku Dom Rad wciąż prezentuje się okazale. Pierwszy naczelnik, który zajął najważniejszy gabinet w nowo powstałej żelbetowej wieży, miał wszystko, czego brakowało zmęczonym, starzejącym się kacykom ery schyłkowego Breżniewa. Był solą swierdłowskiej ziemi, Uralcem z krwi i kości, prostolinijnym, inteligentnym facetem, mówiącym do ludzi energicznym, niskim głosem.
Borys Nikołajewicz Jelcyn urodził się w początkach ery kolektywizacji, w wiosce Butka na południowych krańcach obwodu swierdłowskiego. Po ukończeniu szkoły w sennym miasteczku Bierezniki wyjechał do Swierdłowska, gdzie podjął studia inżynierskie na wydziale budownictwa. Uczył się dobrze i nie podpadał. W 1955 roku bez najmniejszych problemów uzyskał dyplom inżyniera. Niedługo potem w kraju zaczęła się odwilż. Zaczęto mówić o błędach i wypaczeniach stalinizmu, a pomysłowi, nieszablonowi młodzi ludzie mogli łudzić się nadzieją, że właśnie nadchodzi ich czas. Szybko przekonali się, że pilnowanie miejsca w szeregu to podstawa spokojnego i bezpiecznego życia.
Dobrze zapowiadający się absolwent Uralskiego Instytutu Politechnicznego zaczynał karierę na jednej z wielkich budów ery Chruszczowa. W pierwszych latach pracy zdążył posmakować budowlanego fachu, zaczynając od prostej murarki, a na obsłudze skomplikowanych maszyn kończąc. Prosta fizyczna praca na budowie stanie się częścią legendy pierwszego prezydenta Federacji Rosyjskiej. Ale nie wybiegajmy zbyt szybko do przodu.
Po śmierci Stalina państwo wciąż z trudem podnosiło się z wojennych ruin. Powojenny skok demograficzny dawał Związkowi Radzieckiemu nowy impuls, ale mógł też zacząć rozsadzać go od środka. Kraj potrzebował wszystkiego. Nowych miejsc pracy, fabryk, szkół, szpitali. Budownictwo mieszkaniowe stało się problemem strategicznym. Plany były ambitne, a robota szła pełną parą. Symbolem nowych czasów stały się pięciopiętrowe murowane bloki, tak zwane chruszczowki, z bieżącą wodą, centralnym ogrzewaniem i kanalizacją.
Państwo potrzebowało tysięcy takich ludzi jak Borys Nikołajewicz. Zdolnych, pracowitych, z umiejętnościami organizatorskimi i cechami przywódczymi, a przy tym dobrze rozumiejących reguły partyjnych gier, potrafiących zgrabnie awansować i nie podpadać bez sensu. Jelcyn szybko odnalazł się w nowych warunkach i piął się w górę. W wieku trzydziestu pięciu lat został dyrektorem kombinatu budowlanego. Już wtedy biła od niego niezachwiana wiara w siebie. Potrafił zjednywać sobie ludzi efektownymi gestami, umiał do nich przemawiać i nimi manipulować.
Wyróżniającego się dyrektora kombinatu zauważył doświadczony partyjny prominent, szef obwodowego komitetu partii, Jakow Riabow. Pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku ściągnął Jelcyna z placów budowy do gabinetów regionalnej centrali Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Dalsze awanse przebiegały zgodnie z niepisanymi zasadami partyjnego feudalizmu. Patron Borysa Nikołajewicza wydeptywał sobie ścieżki w moskiewskim Komitecie Centralnym. Był coraz bliżej celu i potrzebował lojalnego sukcesora. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych Jelcyn został I sekretarzem swierdłowskiego obwodowego komitetu KPZR. Woda sodowa nie uderzyła mu do głowy.
Przeprowadził się z rodziną do lepszego mieszkania na nomenklaturowym osiedlu, ale nie zapomniał o swoich korzeniach. Nie zaczął demonstracyjnie wywyższać się. Nie zamykał się w niedostępnych gabinetach, co odróżniało go od większości regionalnej partyjnej wierchuszki. Nie za często korzystał z przysługującego mu służbowego samochodu i szofera, a jeśli już, to nie robił tego ostentacyjnie. Ludzie widywali go na ulicach, placach budów i w zakładach pracy. Regularnie składał gospodarskie wizyty w uralskich kołchozach i akademikach.
Tak jak dawniej potrafił rozmawiać z każdym. Stając przed ludźmi, bez różnicy - robotnikami czy wykładowcami uniwersyteckimi - nigdy nie zapominał języka w gębie. I potrafił przekonywać, że umie realnie zadbać o ich interesy. Za jego czasów zaczęto przekopywać swierdłowskie metro i budować nowe drogi. Tam, gdzie wcześniej stały gnijące drewniane baraki, rosły nowoczesne osiedla mieszkaniowe. Trzymał region mocno w garści.
Jelcyn znakomicie potrafił się dostosowywać, ale wiedział też, kiedy należy zaryzykować. Na początku lat osiemdziesiątych, długo przed pieriestrojką, ostentacyjnie sprzeciwił się przysłanym z Moskwy bezmyślnym planom kolejnej rozbudowy swierdłowskich fabryk. Zażądał wzięcia pod uwagę planów rozwoju infrastruktury mieszkaniowej, szpitali, szkół i sklepów dla robotników. Nie wszystko wyszło tak jak trzeba, ale pokazał, że potrafi się postawić. Ludzie widzieli to i doceniali. Oprócz chleba potrafił też dać im igrzyska. Kibice regularnie widywali go na meczach siatkówki. Osobiście doglądał dumy Swierdłowska, mistrzowskiej drużyny Urałoczka.
Kiedy w 1985 roku stary protektor Jakow Riabow ściągał go do Moskwy, był wystarczająco dobrze przygotowany, żeby nie tylko szybko odnaleźć się w chaosie ostatnich lat istnienia ZSRR, ale wkrótce samemu stanąć na czele zmian. Otwartość, z jaką występował, spodobała się i demokratycznej inteligencji, i przyduszonym kryzysem robotnikom. Jelcyn doskonale czytał nastroje jednych i drugich. Ze stanowiska I sekretarza Komitetu Miejskiego w Moskwie usunięto go za otwartą krytykę Michaiła Gorbaczowa. Jelcynowi nie podobała się zachowawczość radzieckiego przywódcy i fasadowość reform. Niedługo po październikowym plenum partii, na którym pozwolił sobie na zbyt wiele, wygłosił ostrożną samokrytykę. Na jakiś czas trafił na boczny tor, ale jego czas miał dopiero nadejść. Dobrze skalkulował bilans ryzyka i wygrał.
Był bodaj pierwszym sowieckim politykiem działającym w nowym stylu. Rozumiał siłę rażenia mediów, wizerunkowych gestów i zagrywek pod publiczkę. Jeszcze jako I sekretarz swierdłowskiego komitetu partii pojawiał się w regionalnej telewizji. Odpowiadał na listy i pytania mieszkańców. Sprawnie oczarowywał publiczność. Ze szczerą miną stawał wobec bolączek i problemów. Dobrze rozpoznawał potrzeby, które ludzie czuli, ale nie zawsze potrafili je formułować i nazywać. Tak rodził się nieznany dotychczas w Związku Radzieckim styl marketingu wizerunkowego i politycznego populizmu.
W lipcu 1991 roku Borys Nikołajewicz, były dyrektor kombinatu budowlanego na Uralu, stanął na czele Federacyjnej Socjalistycznej Rosyjskiej Republiki Radzieckiej. A niecałe pół roku później złożył podpis pod tekstem układu białowieskiego, symbolicznie kończącego erę ZSRR, i został pierwszym w historii prezydentem nowego państwa - Federacji Rosyjskiej. Blisko półtorej dekady później, w 2005 roku Władimir Putin, wygłaszając coroczne orędzie o stanie państwa, nazwie rozpad Związku Radzieckiego "największą geopolityczną katastrofą XX wieku i prawdziwym dramatem narodu rosyjskiego".
W tym samym czasie, kiedy Putin wypowiadał cytowaną przy każdej okazji sentencję, gmach dawnego swierdłowskiego Domu Rad obrastał nowoczesnymi biurowcami, szklanymi pomnikami potęgi elit dojrzewającej putinowskiej ery. Niedaleko partyjnego wieżowca, nad samym brzegiem miejskiego zalewu rozpoczęto budowę nowoczesnego centrum biznesowego. Na cześć starego rodu uralskich przemysłowców, którzy uruchomili nad Isetem pierwsze warsztaty już w czasach Piotra Wielkiego, nadano mu dumną nazwę Demidov Plaza. Inwestycja grzęzła jednak w aferach, defraudacjach i prawniczych bataliach.
Jesienią 2009 roku podpisano decyzję o zorganizowaniu w Jekaterynburgu Prezydenckiego Centrum Borysa Jelcyna. Ogromny gmach wciąż niewykończonego centrum konferencyjno--handlowego Demidov Plaza okazał się idealnym miejscem dla przyszłego wielofunkcyjnego Centrum Jelcyna. Gigantyczny budynek został przejęty przez fundację imienia Borysa Jelcyna, po czym zabrano się do adaptacji niszczejącej postmodernistycznej bryły Demidov Plazy.
Obok dawnej siedziby swierdłowskiego obwodowego komitetu partii wyrósł ni to amfiteatr z przeszklonym dachem, ni to futurystyczna podkowa otoczona nieregularnymi przybudówkami, z doklajstrowanym do niej wieżowcem biurowym, sporym tarasem widokowym, ławeczkami, fontannami i tak zwaną przestrzenią działań artystycznych. W grudniu 2015 roku, podczas uroczystego otwarcia centrum, zaproszonych gości powitał betonowy pomnik Borysa Nikołajewicza. Wielki budowniczy stał w lekko rozchełstanej marynarce i łypał z góry bystrym dyrektorskim spojrzeniem. W reformatorskim pędzie nie ma przecież czasu na sztywne konwenanse i równe zapinanie guzików.
Za plecami betonowego herosa ciągnął się podziurawiony setkami okrągłych szczelin nieregularny front budynku. Ściany wyglądały jak gigantyczne, posklejane kawałki taśm perforowanych, których używano w XX wieku do zapisu cyfrowych danych i programowania pierwszych komputerów. Przed oszklonym wejściem do wnętrza budynku sterczała prostokątna tablica, stylizowana na wyświetlacz zegarka elektronicznego z melodyjkami albo kalkulatorkiem, o jakim marzył każdy dzieciak zamieszkujący którąś ze zgrzebnych krain w czasach schyłkowej komuny. Na tablicy jaśniał rok wielkiego początku: 1991.
Kiedy odwiedziłem Centrum Jelcyna w 2018 roku, tablica wciąż stała przed szklanym wejściem. Na jej tle pozowała roześmiana nastolatka w zielonej minispódniczce. Oldskulowy, elektroniczny font wydał jej się wystarczająco atrakcyjny, by zagonić swojego chłopaka do trzaskania kolejnych fotek. Cierpliwy młodzian ocierał pot z czoła i wytrwale uwieczniał telefonem kolejne warianty dzióbków ukochanej wyginającej się w zalotnych pozach. Dziewuszka w zielonej mini urodziła się już w nowym tysiącleciu. Nieco wcześniej stary i zmęczony życiem Borys Nikołajewicz przekazał urząd młodemu, dynamicznemu sukcesorowi. Dziewczyna nie może więc pamiętać innego świata niż ten, nad którym od prawie dwudziestu lat czuwa niezmiennie ten sam człowiek. Kilka metrów dalej, w chodnikowej fontannie pląsała gromadka przedszkolaków. Za jakieś dwa lata pójdą do szkoły, a ich krajem wciąż będzie rządził pomazaniec Jelcynowskiej ekipy - Władimir Putin.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.