ROZDZIAŁ2
RZYM
Archeolodzy twierdzą, że odnaleźli dopiero zaledwie około dziesięciu procent podziemnego Rzymu. Każdy skrawek Wiecznego Miasta skrywa pod ulicami jakieś katakumby, kościoły, miejsca kultu, krypty, nimfea czy kryptoportyki. Często pokryte freskami, kodem sprzed tysięcy lat, niekiedy całkowicie puste, jakby dopiero czekające na wypełnienie swojej historii. Podnosząca się przez stulecia powierzchnia Rzymu ukrywała kolejne podziemia. Dlatego niemal każdy dzień przynosi tu nowe odkrycia.
Brzuch Wiecznego Miasta
Oszałamia i zachwyca, męczy i drażni, ale i tak wszystkie drogi prowadzą do niego. A z pewnością ta jedna. Na współczesne standardy dość wąska, brukowana, znaczona smukłymi cieniami cyprysów i pinii - sosen o szerokich koronach, które na starość upodabniają się do parasoli. O poranku spowija ją chłodna mgła, tworząc iluzję ponadczasowości. O zachodzie słońca trakt nabiera ciepłych barw jak z obrazów Henryka Siemiradzkiego, dziewiętnastowiecznego malarza, który przywoływał na swoich płótnach sceny rodzajowe z antycznego Rzymu.
Via Appia Antica, najstarsza rzymska droga, nazywana była przez Rzymian regina viarum, czyli królową dróg. Jej budowę rozpoczął w 312 roku p.n.e. Appiusz Klaudiusz Ślepy, cenzor - republikański urzędnik - któremu przypisuje się słynną maksymę: "Każdy jest kowalem własnego losu". Appiusza podziwiał cały Rzym, on zaś rozpoznawał każdego w mieście. Na dwa tysiące lat przed wynalezieniem szkoleń dla marketingowców cenzor korzystał z usług osobistego asystenta, niewolnika, który podobno znał wszystkich obywateli miasta po imieniu. Każdy lubi być zapamiętany, niewolnik więc w odpowiednim momencie szeptał swojemu panu, kim jest dana osoba, i Appiusz mógł do mijanych ludzi zwracać się po imieniu. Z większych zasług urzędnika należy przypomnieć, że zreformował alfabet, wybudował pierwszy akwedukt, a także nie bał się wojaczki, co udowodnił w czasie kilku wojen. Jedna z nich skończyła się dla niego utratą wzroku. Droga, której dał swoje imię, ciągnęła się od Circus Maximus, największego i najstarszego cyrku w Rzymie, aż do dzisiejszego Brindisi, czyli prawie sześćset kilometrów. W XIX wieku jej niewielki, zaledwie dwudziestokilometrowy odcinek został odrestaurowany i teraz wędrujemy nim w kierunku Rzymu wśród ruin budowli sprzed wielu wieków.
Czy pamiętacie z poprzedniego ROZDZIAŁu o Malcie sztorm, który wyrzucił zmierzający do Rzymu statek św. Pawła na tę wyspę? W 61 roku apostołowi udało się dotrzeć do Wiecznego Miasta i choć był więźniem prowadzonym w kajdanach, właśnie przy Via Appia Antica został powitany przez przedstawicieli młodej, chrześcijańskiej wspólnoty. Święty Paweł był wzruszony i nabrał otuchy - podaje księga Dziejów Apostolskich - gdy przekonał się, jak silnie i głęboko zakorzeniła się w Rzymie wiara chrześcijańska. Im bliżej miasta, tym coraz więcej pięknych budowli apostoł musiał spostrzegać wzdłuż drogi. Dzisiaj, kiedy idziemy tym samym szlakiem, trudno oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy na jednym z poziomów gry komputerowej, w której zadaniem jest odnalezienie skarbu w gruzach starożytnego miasta. Po bokach drogi, zwrócone twarzami ku przeszłości, stoją starożytne figury. Historia i wandale zabrali większości z nich nosy, uszy, a niekiedy całe głowy. Kamienne, bezimienne dziś biusty, milcząco znoszą zmiany czasów i pogody. Z resztek budowli trudno odczytać, komu i do czego służyły te dzisiejsze kikuty w czasach swojej świetności. Promienie słoneczne konkurują z roślinnością o to, które z nich pierwsze wciśnie się w pęknięcia na murach. Im jednak bliżej Rzymu, tym architektura zaczyna nabierać innego charakteru. Najpierw pojawia się pamiętający średniowiecze szkielet kościoła św. Mikołaja z Bari, po drugiej zaś stronie drogi - wyglądające jak mała twierdza - mauzoleum Cecylii Metelli, synowej triumwira Marka Krassusa.
Choć Cecylia Metella żyła ponad sto lat przed Chrystusem, mauzoleum oraz kościół są zapowiedzią tego, co zobaczymy za chwilę. Kilkaset metrów dalej znajdują się najsłynniejsze rzymskie katakumby. Tu chowali swoich bliskich pierwsi chrześcijanie.
Ciało na chwilę odłożone
Historia pierwszych chrześcijan w Wiecznym Mieście to opowieść w obrazach. Rzymska wspólnota, prawdopodobnie jako jedyna w świecie chrześcijańskim, pozostawiła po sobie wiele monumentalnych pamiątek: kościołów, cmentarzy i katakumb pełnych wspaniałych fresków. Pierwszy wiek po Chrystusie nie był łatwy dla jego wyznawców. Za czasów cesarza Nerona według Tacyta zgładzono ich "olbrzymią liczbę", również dwa kolejne stulecia w różnych odstępach czasu przynosiły krótkie, acz intensywne dziejowe burze. Rzymscy chrześcijanie byli w większości ludźmi biednymi, mieszkali na peryferiach, pracowali przy rozbudowie miasta, wielu było niewolnikami. Nowa wiara oddziaływała jednak i na wyższe sfery. Już pod koniec I wieku Flawia Domitylla, kuzynka konsula Flawiusza Klemensa (Flawiusz ożenił się z kuzynką cesarza Domicjana, która również nazywała się Flawia Domitylla), jako chrześcijanka została skazana na wygnanie. Jej imieniem nazwano katakumby przy starożytnej Via Ardeatina, wówczas daleko poza murami Rzymu. Flawia przed wyjazdem oddała swoje dobra w tym miejscu wspólnocie chrześcijańskiej.
Rzymskie prawo dwunastu tablic z połowy V wieku p.n.e. zabraniało grzebania zmarłych w obrębie granic miasta. Miejsca pochówku powstawały więc poza skupiskami ludzkimi, widzieliśmy to już na Malcie. Również wzdłuż Via Appia Antica rosły nekropolie, najpierw pogańskie, a od II wieku chrześcijańskie. Wyznawcy Chrystusa nazywali je wyłącznie greckim terminem koimeterion, od którego już blisko do łacińskiego coemeterium i naszego cmentarza. Słowo oznaczało sypialnię lub miejsce odpoczynku, w końcu było to miejsce, w którym zmarli tylko oczekiwali na zmartwychwstanie.
"Chrześcijaństwo wniosło w świat pogańskiego antyku myśl o zmartwychwstaniu ciała, a nie tylko o duszy nieśmiertelnej. Kiedy poganin chował bliskich, zmarły był jedynie positus, czyli położony, a miejsce pochówku było domus aeterna, czyli dom wieczny. Chrześcijanin był natomiast depositus, powierzony ziemi na jakiś czas, z obowiązkiem zwrotu ciała" - tłumaczył ksiądz profesor Stanisław Koczwara, w audycji księdza doktora Sławomira Czaleja Ars moriendi et vivendi christianorum. Światło z mroku katakumb.
Dopiero w VI wieku te wydrążone głęboko w ziemi pochówki zaczęły być nazywane katakumbami. Słowo pochodzi od greckich kata kymbas, czyli "przy zagłębieniu". Na samym początku "katakumby" w formie Ad catacumbas były nazwą topograficzną szerokiej doliny przecinającej Via Appia na południu Rzymu, dokładnie w miejscu, w którym teraz jesteśmy. W VI wieku prawdopodobnie tak określano już wszystkie miejsca, w których chrześcijanie grzebali zmarłych.
Choć archeolodzy znają dziś sześćdziesiąt cztery zespoły katakumb otaczających Rzym, wiedzą, że musi być ich znacznie więcej. Niektóre są małe i niepozorne, inne to podziemne miasta nieprawdopodobnych wręcz wielkości. Najsłynniejsze z nich leżą właśnie przy Via Appia Antica. To sąsiadujące ze sobą katakumby św. Sebastiana i św. Kaliksta. Łączna długość korytarzy tych pierwszych waha się w przedziale od dwunastu do trzynastu kilometrów, choć zwiedzający oglądają jedynie mały fragment na jednym poziomie. Katakumby św. Kaliksta są większe, mają około dwudziestu kilometrów długości. Chrześcijanie pochowali w nich ponad pół miliona zmarłych, w tym około dwustu dwudziestu tysięcy dzieci, szesnastu papieży, z których jeden stracił tu zresztą życie, oraz pięćdziesięciu męczenników.
Święty Kalikst, jak w skrócie nazywa się cmentarzysko noszące imię tego papieża, znajduje się dziś pod opieką Muzeum Watykańskiego. Dlatego niemal wszyscy zatrudnieni tu pracownicy są osobami duchownymi. Kalikstem opiekują się salezjanie. Oni też oprowadzają po podziemiach. Oficjalnie zwiedzanie zaczyna się przy wiacie ozdobionej flagami różnych krajów, zaraz naprzeciwko kasy biletowej. O wyznaczonej godzinie wychodzi ksiądz, który w kilku językach informuje, gdzie mają zebrać się turyści anglojęzyczni, gdzie Rosjanie, Hiszpanie, Włosi, a także - tu niespodzianka - Polacy. Katakumby są przygotowane do obsługi w trzydziestu sześciu językach, w tym tylko dwa, litewski i łotewski, dostępne są wyłącznie w audioprzewodnikach, pozostałe nacje mogą liczyć na własnego przewodnika.
Wejście do katakumb leży w cudownym miejscu. Z sąsiednią trasą w katakumbach św. Sebastiana (od razu każdy uprzedza, że to konkurencja, Sebastianem opiekują się franciszkanie) łączą się wiekową aleją pinii, cyprysów i żywotników, która jeszcze dalej prowadzi do kościółka Quo Vadis. Jak głosi legenda, ta maleńka świątynia została wzniesiona przed wiekami dla upamiętnienia spotkania św. Piotra z Chrystusem, gdy Apostoł uciekał z Rzymu przed prześladowaniem Nerona. Stąd też nazwa - Quo vadis Domine (Dokąd idziesz, Panie). W tym miejscu właśnie Sienkiewicz wpadł na pomysł napisania swojej słynnej powieści. Cały ten obraz zamyka w pastelowe ramy Via Appia Antica, na której fragment wjeżdża nawet miejski autobus, żeby co kilkadziesiąt minut wyrzucić kolejną partię zwiedzających.
Podziemny świat pokazuje nam ksiądz Marian Stempel, salezjanin. Choć na zewnątrz panuje upał, tu, pod ziemią, temperatura nie przekracza piętnastu stopni. Z pełnego słońca schodzimy w miejsce, które wygląda jak wielkie, wykute pod ziemią biuro z piętrowymi regałami, na których zamiast dokumentów leżeli kiedyś ludzie.
Tyle że w żadnym biurze nie ma tylu wąskich korytarzy i zakamarków, w których można przepaść jak w labiryncie. Katakumby drążone były w miękkim tufie wulkanicznym, korytarze miały piętra i półpiętra na różnych wysokościach. Łączyły je strome schody. Najniższy, czwarty poziom podziemi w kompleksie św. Kaliksta był na głębokości trzydziestu metrów.
W miejscu chrześcijańskich katakumb wcześniej znajdowały się już pogańskie pochówki, zarówno te bardzo skromne, jak i okazałe rodzinne hypogea. Bywało i tak jak w przypadku katakumb Pryscylii przy Via Salaria, w których znajduje się najstarsze znane przedstawienie Matki Boskiej z Dzieciątkiem oraz kontrowersyjne przedstawienia kobiet kapłanek, że wykorzystywano konstrukcje starych instalacji wodnych.
- W I wieku chrześcijanie nie mieli jeszcze własnych terenów, była to bardzo młoda wspólnota, organizowała się zaledwie kilkadziesiąt lat po śmierci Chrystusa. Swoich zmarłych grzebali więc w pogańskich "miastach umarłych". Największa ówczesna nekropolia to Watykan, gdzie został pochowany św. Piotr. Od II do V wieku chrześcijanie składali bliskich w katakumbach, a od V wieku, kiedy coraz więcej osób się nawracało i przekazywało ziemię na cmentarze, powstawały już naziemne grobowce - opowiada ksiądz Stempel. - W III wieku jednak katakumby św. Kaliksta były ciągle największym podziemnym cmentarzem dla całego Rzymu.
Na początku trzeciego stulecia ówczesny papież Zefiryn polecił jednemu z diakonów o imieniu Kalikst, aby administrował katakumbami. Kalikst był niegdyś niewolnikiem, jego pan zlecił mu podobno prowadzenie banku, który przyszły święty doprowadził do upadku. Z powodu awantury, którą wywołał w synagodze, został zesłany do kopalni na Sardynii, jednak później jego liczne zasługi sprawiły, że po śmierci Zefiryna został wybrany papieżem. Nie wszyscy uznali tę decyzję i głosem mniejszości papieżem został obrany również św. Hipolit. Zostawmy jednak tę skomplikowaną przyszłość, teraz jesteśmy w chwili, gdy Kalikst opiekuje się wielkim chrześcijańskim cmentarzem przy Via Appia Antica. Ma na głowie finanse, problemy z miejscem na groby, z pracownikami, bezpieczeństwem pracy przy ryciu korytarzy i na dodatek musi wykazać się dyplomacją, ponieważ cesarz zakazał przyjmowania wiary chrześcijańskiej. Kalikst musi więc być menedżerem i przedsiębiorcą w jednej osobie. Na szczęście nie jest sam.
Półki na papieży
Katakumby, podobnie jak i współczesne nam cmentarze, skupiały przedsiębiorców pogrzebowych. W końcu na jedzeniu i umieraniu zawsze najlepiej się zarabiało. Fossores (fossarium to po łacinie rydel), czyli grabarze, zajmowali się wykuwaniem komór grobowych, ceremonią pogrzebową łącznie z zamurowaniem ciała, naniesieniem napisów, symboli czy też fresków w bogatszych częściach katakumb. Najprostszy grób, tak zwany loculus - miejsce (spoczynku), był po prostu półką wykutą w ścianie korytarza. Grabarze przygotowywali ją pod wymiar konkretnego zmarłego. Owinięte w całun ciało wsuwali do takiego otworu i posypywali wapnem, a następnie szczelnie zamurowywali bądź przykrywali marmurową płytą. Skała wchłaniała fetor rozkładającego się ciała i wszystkie związane z rozkładem substancje. Przy grobie zostawał mały otworek na lampkę bądź amforkę z olejkami zapachowymi, które miały stłumić nieprzyjemny zaduch katakumb. Rabusie grobów często mylili je potem z naczyniami na krew męczenników.
Niezliczone płomyczki światła musiały stwarzać w ciemnych galeriach niezwykłą scenerię. Żeby wśród tysięcy półek odnaleźć potem tę konkretną - droga wiodła przez ciemne i wąskie korytarze - rodziny wciskały do świeżej zaprawy na mogile kawałek talerzyka, monetę bądź cokolwiek, co pomagało rozpoznać właściwy grób. Napisy pojawiały się rzadko.
Nieco bogatsze były sarkofagi wykute w tufie, zamykane poziomą płytą, nad którą wznosił się łuk często ozdobiony freskami. Groby te znajdowały się najczęściej w cubicula, czyli grobach rodzinnych, małych komorach należących bądź do jednej rodziny, bądź to do bractwa pogrzebowego. Bogaci żałobnicy otrzymywali katalogi, z których mogli wybrać odpowiednią płytę czy napis. Najwyższe ceny osiągały jednak miejsca w pobliżu jakiegoś męczennika - takie "pozycjonowanie" pochówku miało zagwarantować zbawienie. Grabarze dawali się więc przekupywać rodzinom zmarłych, a katakumby powiększały się do nieprawdopodobnych wręcz rozmiarów.
Początkowo podziemia św. Kaliksta składały się jedynie z dwóch równoległych korytarzy, które miały około trzydziestu pięciu metrów długości i osiemdziesięciu centymetrów szerokości. Archeolodzy szacują, że w latach 200-230 n.e. mieściło się tu około tysiąca stu trzydziestu grobów, co oznacza, że chowano w nich wtedy trzydziestu ośmiu zmarłych rocznie. Z czasem jednak powstawały nowe korytarze i kolejne poziomy. Trzeba było kopać głębiej. Wędrując przez katakumby, należy pamiętać o jednej, generalnej zasadzie. Im głębiej schodzimy, tym docieramy do coraz młodszych warstw cmentarzyska. We wciąż podwyższanych i ciasnych korytarzach brakowało powietrza, słodkawomdły odór rozkładu nie pozwalał normalnie oddychać. Tymczasem do katakumb przychodziły nie tylko rodziny zmarłych, ale i liczni wierni, którzy chcieli pomodlić się przy grobie któregoś z męczenników. W IV wieku na skrzyżowaniach korytarzy powstały więc otwory wychodzące na powierzchnię ziemi - lucernaria. Dawały światło i nieco świeżego powietrza.
"Katakumby należy uważać za kolebkę chrześcijaństwa i za archiwum Kościoła z czasów najdawniejszych. Malowidła, rzeźby i nagrobki dostarczają nam drogocennego materiału, ukazując zwyczaje i kulturę starożytnych chrześcijan, oraz stanowią historię prześladowań, przez które musieli przechodzić" - pisał w XIX wieku archeolog Horacy Marucci. Co prawda, nie wszyscy cesarze prześladowali chrześcijan, bywały również okresy względnego spokoju, jednak w III wieku rzymskie władze postanowiły zniszczyć młodą religię.
- Do 313 roku, czyli do czasu edyktu cesarza Konstantyna, prawa, na mocy którego w Cesarstwie Rzymskim zapanowała wolność wyznania i ustały wszelkie prześladowania, wyznawcy Jezusa nie używali symbolu krzyża. Żeby więc nie drażnić władz cesarstwa, chrześcijanie zamiast krzyża posługiwali się innymi symbolami, w tym takimi, jakie służyły poganom. Dobry pasterz z owieczką na ramionach, pierwotnie Hermes z jagnięciem, symbolizował teraz Jezusa i odkupioną przez niego duszę, ryba - w grece ichthys - to akrostych, czyli słowo, które można ułożyć z pierwszych liter wyrazów w zdaniu, w tym wypadku greckiego - Jezus Chrystus Boga Syn Zbawiciel - opowiada ksiądz Stempel. - Mitologiczny Orfeusz, który śpiewem oswajał bestie, dla chrześcijan był symbolem Chrystusa, który przez naukę Ewangelii przemienia ludzkie serca.
Sztuka chrześcijańska zachowała łączność z rzymską i przekazała jej tradycje, przekształcając ją według nowego kanonu. Można powiedzieć, że twórcy fresków nie tworzyli nowej sztuki, lecz przelewali w znane już formy nową myśl. Naśladując wzory klasyczne, przenosili je na grunt chrześcijański. Na przykład paw poświęcony bogini Junonie oznaczał zmartwychwstanie, ptaki - dusze męczenników ulatujące do nieba, Ulisses, który zatykał uszy, aby nie słyszeć zwodniczego śpiewu syren, symbolizował chrześcijanina opierającego się pokusom.
Na ścianach znajdują się również wizerunki fossorów zajętych wykuwaniem grobów.
Im zacniejszy zmarły, tym bogatsze freski. I więcej miejsca. Dlatego Krypta Papieży wydaje się tak wielka w porównaniu z resztą pomieszczeń. Byli w niej chowani Ojcowie Święci z III wieku. Archeologom udało się odnaleźć pięć oryginalnych tablic z ich grobowców. Za wielką płytą w głębi krypty spoczął natomiast słynny męczennik - papież Sykstus II.
Szóstego sierpnia 258, w czasach największych prześladowań chrześcijan, cesarz Walerian zabronił odwiedzania podziemi, ale papież Sykstus postanowił odprawić w nich mszę. Towarzyszyło mu czterech diakonów. Wiadomości o spotkaniu w katakumbach doszły do władcy, który wysłał na Via Appia Antica swoich żołnierzy. Niewielki oddział wtargnął do krypt. Papież poprosił, aby wierni mogli opuścić miejsce odprawiania mszy i pochylił głowę. Podobnie zrobili jego diakoni. Wszyscy zostali ścięci na miejscu i tu później pochowani.
Rajd na relikwie
No dobrze, tylko gdzie są te wszystkie ciała? Co się stało z pięciuset tysiącami zmarłych? Dlaczego zarówno krypty, jak i proste "półki" na ciała są puste?
Dwudziestego czwartego sierpnia 410 Rzym został złupiony przez Alaryka, króla germańskich Wizygotów. Nawet zmarli nie mogli się już czuć bezpiecznie. Co prawda do katakumb ciągle przybywali pielgrzymi, aby oddawać hołd papieżom i męczennikom, ale chrześcijanie coraz częściej woleli chować swoich bliskich na powierzchni ziemi. Oprócz zewnętrznych zagrożeń pojawił się również wróg wewnętrzny, podstępny, choć pozornie działający w dobrej wierze. Byli to łowcy relikwii.
W pierwszych wiekach chrześcijaństwa wypadało mieć jakiś fragment świętego, który mógł być fundamentem nowego Kościoła. Sam Kościół rozczłonkowywał więc szczątki swoich papieży i męczenników. Ciała świętych rozjeżdżały się po świątyniach w całej Europie. W 1878 roku "Przegląd Katolicki. Tygodnik poświęcony sprawom religijnym, społecznym i kulturalnym" opisywał dramatyczny przebieg pozyskiwania relikwii męczennika z IV wieku - św. Cyriaka, którego relikwie dzisiaj znajdują się nie tylko w Rzymie, ale i w Alzacji.
A miało być tak (pisownia oryginalna): "Około połowy wieku IX żyły w Rzymie trzy święte matrony, siostry konsula Alberyka, które wspólną zgodą poświęciły się Bogu na czystość wieczną i życie zakonne. Zbudowały sobie niewielki klasztor z kościołem przy Via Lata, czyli ulicy szerokiej, w miejscu, gdzie dzisiaj stoi kościół Ś. Marcellego. Był w tymże czasie dawny ich znajomy czy krewny, który pragnąc podobnież oddać się Bogu, zamieszkał w samotnej celi przy Katakumbach Ś. Kaliksta. Pobożne one siostry, polegając na świętej przyjaźni, łączącej je od dawna z pustelnikiem, prosiły go o wynalezienie im w Katakumbach relikwji jakiego męczennika, któremiby mogły zbogacić kościół swój. Rychło potem mąż Boży uświadomił je, że znalazł grób Ś. Cyrjaka, i że go rad im ukaże, skoroby przyszły na miejsce, dla zabrania zamkniętych w nim kości świętych. Przebywszy tędy do grobu, wyczytały na nim następujący napis: Hic reconditum est Corpus-Almi Levitae et Martyris Gyriaci-A matrona Lucina positum, co znaczy po polsku: Tu pochowane jest ciało-Czcigodnego Lewity i męczennika Cyrjaka-Przez Lucynę matronę złożone. Za otworzeniem grobu, znalazły się w nim głowę i jedno ramię Świętego. Lecz Bóg wszechmogący, który szczególną Opatrznością strzeże kości Świętych swoich, zdawało się, że nie chce poruszenia tych relikwji z miejsca swego; bo za dotknięciem tak się okazały jakby przykute do trumny, że siostry święte, choć tak pobożne i czyste były ich zamiary, nie były w stanie ich wyjąć. Przelęknione tym cudem, ale nie tracąc otuchy, uciekły się do postu i modlitwy, prosząc Świętego, aby się nie sprzeciwiał pobożnej żądzy ich, i ślubem się obowiązując, że na użyczenie im tej łaski, okazały wzniosą dla relikwji jego przybytek, i hojnemi go opatrzą darami. Bóg wreszcie wysłuchał usilnej ich modlitwy, i podniesienia kości świętych dopuścił. Wtedy w uroczystej i okazałej procesji, wśród tłumów wiernego ludu, przeniesiono relikwie do kaplicy przez siostry zbudowanej. Ale jeszcze i w drodze do Katakumb do miasta, snać dla większego doświadczenia wiary pobożnych służebnic Bożych, święte ono brzemię kilkakrotnie takiej nagle nabierało ciężkości, że żadna siła ludzka udźwignąć go nie mogła; wtedy one za każdym razem upadając na kolana, póty ze łzami się modliły, póki skutku swej prośby nie otrzymały, aż w końcu dano im było drogi on skarb, jako świetny owoc wiary swej i wytrwałej modlitwy, złożyć na miejscu dlań przygotowanem".
Ponieważ nie tylko pobożne damy wchodziły do krypt, żeby je ogołocić z relikwii, papieże zaczęli przenosić najważniejsze szczątki do bezpiecznych świątyń Rzymu. W IX wieku papież Paschalis zabrał z katakumb ponad dwa tysiące trzysta ciał i umieścił je w kościele św. Praksedy. Zapewne dzięki tej akcji ratowniczej udało się ocalić ciało św. Cecylii, rzymskiej chrześcijanki z III wieku, która została zmuszona do poślubienia poganina Waleriana. Cecylia nie dość, że nie złamała przedmałżeńskich ślubów czystości, to nawróciła jeszcze męża i jego brata. Wszyscy troje zostali ścięci w czasach Aleksandra Sewera. W 821 roku ciało Cecylii odnaleziono w katakumbach św. Kaliksta. Patronka śpiewu chóralnego wyglądała tak, jakby na chwilę zasnęła, leżała na boku z głową przykrytą całunem. Przeniesiono ją do bazyliki Marii Panny na Zatybrzu. Tam, na prośbę papieża, jej grób ponownie otwarto w 1599 roku. Był przy tym Stefano Maderno, młody wówczas rzeźbiarz, który zachował na wieki postać świętej w marmurze. Kopia tej figury, przepięknego dzieła sztuki, znajduje się dzisiaj w katakumbach św. Kaliksta, tuż obok Krypty Papieży. Na szyi leżącej Cecylii rzeźbiarz zaznaczył głębokie cięcie.
"Opróżnione z ciał katakumby zatraciły wszelki powab i przestały przyciągać ludzi do siebie" - pisał dziewiętnastowieczny podróżnik. Umierali ci, którzy chowali tu swoich zmarłych, przestali przychodzić ci, którzy odwiedzali podziemia dla świętych męczenników. Katakumby popadały w zapomnienie i ruinę, wejścia się zapadały, a ruchy tektoniczne niepewnego podłoża, na którym rósł Rzym, dokończyły ponurego dzieła. Chrześcijańskie cmentarze przestały istnieć i na wieki zostały zapomniane. Ciągle jednak spoczywały w nich setki tysięcy ciał, po których dziś nie ma śladu.
Krzysztof Kolumb podziemnego Rzymu
W 1587 roku do Rzymu przyjechał razem z wujem pewien dwunastolatek. Nazywał się Antonio Bosio, urodził się na Malcie, już w młodości interesował się historią starożytną. Po skończeniu studiów poświęcił się archeologii i poszukiwaniom chrześcijańskich katakumb. Można powiedzieć, że Bosio był Indianą Jonesem tamtych czasów. Śledził starą dokumentację, przeglądał akta męczenników, wyprawiał się w teren i rozmawiał z ludźmi mieszkającymi w pobliżu miejsc dawnych pochówków. W gruncie rzeczy działał na dziewiczym terenie, minęło sześć wieków, od kiedy katakumby zostały zapomniane. Najprostsze metody okazały się jednak najlepsze. Antonio znalazł wejścia do trzydziestu podziemnych kompleksów, a niektóre z odkrytych przez niego sarkofagów można dziś oglądać w Muzeum Watykańskim. Giovanni Battista de Rossi, ojciec nowożytnej archeologii chrześcijańskiej, nazwał Antonia Bosia Krzysztofem Kolumbem podziemnego Rzymu.
Jak na ironię, wydana na podstawie badań Bosia już po jego śmierci księga Roma sotterranea rozbudziła na nowo nadzieje poszukiwaczy skarbów. Do podziemi weszli tym razem handlarze antyków i złodziejaszkowie. Zabierali marmurowe elementy. Bogate sarkofagi po opróżnieniu z "zawartości" sprzedawali arystokratom, którzy instalowali je w swoich pałacach, jako wanny bądź ogromne donice. Święte, a częściej uchodzące za takie, kości rozjeżdżały się w różne strony świata, trafiając również do Polski. "Gazeta Warszawska" opisywała w 1856 roku, że w XVII wieku ówczesny prymas sprowadził z Rzymu do kolegiaty łowickiej kości św. Wiktorii. Cały ten proceder musiał mieć zresztą ogromne rozmiary, skoro już w 1592 roku papież Klemens VII zabronił pod karą klątwy wchodzenia do katakumb i na inne cmentarze, by zabierać stamtąd relikwie. Ta sama gazeta zamieściła nawet ogłoszenie z informacją, że "archeolodzy zwracają uwagę na wysyłane do wszystkich krajów katolickich relikwie, po większej części z katakumb wyjęte, a czasem nawet przesyłane z kamieniem grobowym i napisem autentycznym, jako dowodem autentycznym i uprasza się o nadsyłanie takich napisów ".
Wspomniany już Giovanni Battista de Rossi dokonał w XIX wieku tego, czego nie zdołał zrobić Antonio Bosio.
- De Rossi spacerował i znalazł płytę z papieskiego grobu. To był przyczynek do dalszych poszukiwań w tym miejscu. Tak natrafił na katakumby św. Kaliksta - opowiada ksiądz Stempel. Uczony ponownie odsłonił fantastyczny świat korytarzy, mrocznych pięter połączonych schodami i ich ścian pokrytych freskami. Oglądał namalowane wskrzeszenie Łazarza, ostatnią wieczerzę, cud Mojżesza ze źródłem, Jonasza wyplutego na brzeg przez wielką rybę. Katakumby św. Kaliksta, który, co w końcu musimy powiedzieć, wcale nie został w nich pochowany, Giovanni de Rossi nazwał Małym Watykanem.
Jak musiał się czuć, wchodząc do tego podziemnego miasta? Tego nie wiemy, ale w czasie, kiedy pracował, do wykopalisk oraz sąsiednich katakumb św. Sebastiana przyjeżdżało mnóstwo podróżników, również z Polski, którzy opisywali potem swoje wrażenia. Był wśród nich dwudziestosiedmioletni Paweł Stelmach, zaledwie trzy lata młodszy od Rossiego. W 1851 roku zamieścił w Gwiazdce Cieszyńskiej. Piśmie naukowym i zabawnym dłuższe wspomnienia z wycieczki do podziemi św. Sebastiana.
"Nasamprzód przestrzeżono nas, że pod karą ekskomunikacyi zakazano jest dotykać się ciał pochowanych, łupać ziemię lub wziąć sobie jaką pamiątkę, natomiast po wyjściu przygotują nam zakonnicy ziemię z katakumb, z której każdy bryłeczkę na pamiątkę zabrać sobie może, powtóre, żeby jeden za drugim krok w krok postępował, a swojego poprzednika z oczu nie stracił, po trzecie, aby nikt nie dał się pokusić wstąpić w boczny ganek, albo pozostać w tyle. Potem dano każdemu mały stoczek woskowy zapalony [...] Długie ganki wyciosane w suchym kamieniu piaskowym przypominały kopalnie, co kilkadziesiąt kroków przerzynały te ganki w prawym węglu po prawej i lewej stronie inne galerye. Zaświeciłem do jednego takiego ganku, ale ani sposobu dopatrzeć do końca. Kto by tutaj zboczył odłączywszy się od towarzyszy, ten nie znając planu katakumby żadnym końcem nie trafi już nazad i musi zginąć. Katakumby z tego względu są prawdziwym labiryntem, w którym ten tylko się wyzna, kto ma dokładny plan w głowie. Inny, zaledwie kilka kroków uczynił, już na łaskę i niełaskę oddany jest przewodnikowi i bez woli musi słuchać wszystkich jego wskazówek".
Paweł Stelmach z "Gwiazdki Cieszyńskiej" miał szczęście, bo w odpowiednim czasie znalazł się w odpowiednim miejscu. W katakumbach jeden z księży opowiedział mu mrożącą krew w żyłach historię o niebezpieczeństwach, jakie mogą czyhać w podziemiach.
"Zwiedzaliśmy katakumby św. Kaliksta. Puszczano nas po dwadzieścia pięć razem. Ze mną zstąpił do katakumb znany mi dobrze kapłan z dyecezyi gorycyjskiéj. Wyszedłszy z katakumb uderzyło mnie, że owego kapłana nie widzę. Oglądam się do koła, szukam go wszędzie między pielgrzymami jego nie ma. Nuż tu obracam się do zakonników, stróżów katakumby i opowiadam, że jeden z naszych został na dole. Z początku mi wierzyć nie chcieli, myśląc, że żartuję. Skoro im jednak powiedziałem nazwisko i stan zagubionego, i jak wygląda, i skoro nareszcie wszyscy pielgrzymi doraźnie poczęli nalegać, że go koniecznie szukać potrzeba, zdecydowali się na szukania. Po długim bieganiu po katakumbach nareszcie znaleźli ubogiego i wyprowadzili na wierzch, trzęsącego się na całem ciele ze strachu. Jakże się ta przygoda stała? Ów kapłan, zapomniawszy na przestrogę zboczył tylko jeden krok do poprzecznego ganku, chcąc sobie tam nieco ciekawego obejrzeć. Tymczasem obrócili się poprzednicy jego w bok, a on cofnąwszy się, już się znajdował sam. Gdyby był przynajmniej został na miejscu i nie ruszył się stąd wcale, prędzéj by go, idąc tą samą drogą, byli odnaleźli. Przestraszony jednak do najwyższego stopnia począł na własną rękę szukać wychodu. Poszedłszy do jednéj z tych kaplic, z których dla przewietrzenia i oświetlenia szacht prowadzi aż na powierzchnię ziemi, począł się drapać do góry. Lecz szacht ścieśnia się im wyżéj tém więcéj. Aby po takim szachcie wyleźć do góry, potrzeba być chyba muchą. Upadł więc na ziemię, zbił się jeszcze ku temu i został leżeć, nie myśląc inaczej, jak że mu już tu umierać wypada. I tutaj go znaleźli zakonnicy. Biedny pięć godzin błąkał się po katakumbie i trzy dni wskutek tego strachu doznanego odleżał chory ".
To właśnie wtedy, po odkryciach XIX wieku, podczas otwierania grobów kości się rozsypywały. Ostatnie z nich zostały zebrane już w latach 80. XX wieku i złożone na niedostępnych poziomach krypt. Dziś badania kontynuuje Papieska Komisja Archeologii Sakralnej, powołana w 1852 roku. Zmarli mogą wreszcie odpocząć, choć niektórym pewnie przeszkadza, że nie mają wszystkich kości w komplecie.
Piwnice gladiatorów
Katakumby, lochy, sztolnie, cysterny i groty. Podziemny świat zawsze budził fascynację i kusił nadzieją znalezienia skarbów. Profesor Elżbieta Jastrzębowska, archeolog klasyczny i wczesnochrześcijański, autorka Podziemi antycznego Rzymu pisze: "jednak tylko podziemia Rzymu są w stanie zaspokoić wszystkie te stany umysłu i ducha w nieporównywalnie większym stopniu niż jakiekolwiek miasto świata".
Wieczne Miasto od dwudziestu ośmiu stuleci rozwijało się w tym samym miejscu. Na czasy starożytne przypada tysiąc dwieście lat i choć z tamtych czasów zostały jedynie ruiny, to podziemne struktury dostały szansę na przetrwanie.
Oprócz katakumb chrześcijańskich Rzym ma także pięknie dekorowane - otwarte dla zwiedzających dopiero w 2016 roku - katakumby żydowskie z II wieku, podziemia akweduktów, antyczny system kanalizacyjny, mauzolea, ukryte miejsca kultów, sanktuaria, korytarze pod amfiteatrami. Przez wieki Rzym był najbogatszym i najpotężniejszym miastem świata, zarządzał całą cywilizowaną Europą, częścią Afryki i Azji. Nowe budowle powstawały na fundamencie starszych, przez kolejne wieki mieszkańcy podnosili poziom ulic, nieświadomie budując bogaty, podziemny świat. Świat trudny do poznania, bo podzielony na setki różnych, pojedynczo rozłożonych kompleksów, często ogólnie niedostępnych. Bez względu na to, w jakim jesteśmy punkcie Rzymu, zawsze możemy być pewni, że pod stopami znajdują się jakieś ukryte przestrzenie. Codziennie dochodzi do nowych odkryć, miasto cały czas się rozwija, więc podczas wykopów pod kolejny budynek czy stację metra ekipy trafiają na kolejną tajemnicę. W holu rzymskiego hotelu Radisson SAS dokładnie widać fenomen wielopoziomowości Rzymu. Jedna ze ścian została przeszklona, tak żeby dokładnie zobaczyć nowoczesne biuro znajdujące się nieco ponad naszymi głowami i poniżej zabezpieczone pozostałości drogi z przełomu III i IV wieku. Zdaniem archeologów znamy nawet nie jedną dziesiątą rzymskich podziemi. Ciągle czekają na odkrywców uwięzione pod kamienicami, teatrami, skwerami i parkami. Niektóre, a może większość zostanie utajona na zawsze.
Benito Mussolini, przywódca i główny założyciel ruchu faszystowskiego we Włoszech oraz w latach 1922-1943 premier tego kraju, podekscytowany wizją podziemnego świata kazał w latach 20. i 30. wyburzyć okolice piazza Augusto Imperatore, zabudowane średniowiecznymi i renesansowymi budowlami, aby odsłonić niżej położone warstwy historyczne, w szczególności te pochodzące z epoki cesarza Oktawiana Augusta. Mussolini szukał mauzoleum Augusta, cesarza, do którego lubił się porównywać. Podobnie zestawiał panujący we Włoszech faszyzm z wprowadzonym przez Augusta Pax Romana. Premier Włoch chciał być postrzegany jako odrodzony August, gotowy na wyniesienie kraju na wyższy stopień europejskiej dominacji. Z tego powodu zadbał między innymi o środki na restaurację najbardziej rozpoznawalnej budowli antycznego Rzymu - Koloseum. Tu w czasach Mussoliniego odbywały się wielkie partyjne wiece.
No właśnie, Koloseum. Najbardziej rozpoznawalna budowla antycznego świata. Gladiatorzy, krew, przemoc, dzikie zwierzęta - te obrazy przeniknęły do zbiorowej wyobraźni dzięki filmom i serialom. W starożytności ten ogromny obiekt znany był jako Amfiteatr Flawiuszów, został bowiem wzniesiony w I wieku n.e. w czasach panowania tej dynastii. Podobnie jak w przypadku katakumb nazwa Koloseum została nadana dopiero we wczesnym średniowieczu i wzięła się od gigantycznego (gr. kolossos) posągu Nerona, który stał przy amfiteatrze. Mająca około trzydziestu pięciu metrów wysokości rzeźba nagiego cesarza przedstawiała go jako Heliosa - boga słońca. Dla porównania, Statua Wolności bez cokołu ma zaledwie o jedenaście i pół metra więcej. Gigantomania starożytnych musi budzić podziw nawet dziś. W Rzymie pozbawionym większości antycznych budowli, w Rzymie zalanym wielojęzycznym tłumem, pełnym spalin, hałaśliwym i zakorkowanym, Koloseum prezentuje się dumnie niczym niewzruszony pomnik. Są dwa widoki, które dostarczają niezapomnianych wrażeń związanych z Amfiteatrem Flawiuszów. Gdy kolosa oglądamy z większej odległości oraz gdy po przedarciu się do środka (o tak, bądźcie gotowi na długie kolejki do wejścia!) stajemy nad podziemnymi korytarzami pod nieistniejącą dzisiaj areną. Dookoła mury, przed nami wspomnienie najbardziej krwawych spektakli starożytności. A wyobraźcie sobie, jakie emocje budził ten olbrzym w czasach, gdy Rzym, mimo że już wówczas ludne miasto, nie miał tak wysokiej zabudowy jak dzisiaj. Jak wtedy musiało być postrzegane Koloseum!
Najpierw trochę liczb. Amfiteatr Flawiuszów ma kształt elipsy o długości stu osiemdziesięciu ośmiu i szerokości stu pięćdziesięciu sześciu metrów oraz wysokości czterdziestu ośmiu i pół metra. Według autorów starożytnych mógł pomieścić ponad osiemdziesiąt tysięcy widzów. Osiemdziesiąt tysięcy podnieconych twarzy żądnych niezwykłego widowiska! Ich status społeczny łatwo było rozpoznać po kolorze szat. Najlepsze sektory oślepiały bielą przynależną arystokracji. Czerwień ozdabiała wojskowych. Plebs ubrany był we wszystkie kolory tęczy z przewagą pastelowych odcieni. Kiedy w pełnym słońcu ciśniemy się wśród setek odwiedzających amfiteatr, z łatwością możemy sobie wyobrazić, jak wyglądały tutejsze widowiska. Musiał panować potworny tłok. Publiczność była kapryśna i wybredna. Miała ogromne oczekiwania. Już pierwsze igrzyska w 80 roku n.e. trwały według Swetoniusza sto dni i okupione zostały śmiercią pięciu tysięcy zwierząt. Ostatnie walki gladiatorów odbyły się około 435 roku, a polowania na zwierzęta w 523 roku. Za Oktawiana Augusta, jeszcze przed powstaniem tego wielkiego amfiteatru, już sześćdziesiąt pięć dni w roku było przeznaczone na różne widowiska, a w następnych wiekach bywało ich więcej niż dni pracy.
Wyobraźmy sobie taki dzień podczas igrzysk. Zbierają się ludzie, siadają na ławkach wokół areny. W początkowym okresie zamieniano ją czasami w basen wypełniony wodą i wtedy odbywały się naumachia, czyli bitwy morskie. Zazwyczaj przedstawiały zwycięskie batalie antycznych flot. Brali w nich udział jeńcy i skazańcy, którzy i tak niemal zawsze wszyscy ginęli. Jeszcze niedawno opisy tych przedstawień znane były jedynie ze źródeł pisanych, a brak archeologicznych śladów potrzebnych do tego typu instalacji pozostawiał wątpliwości, czy opisy morskich zmagań w Koloseum rzeczywiście są zgodne z prawdą. Bo też w jaki sposób doprowadzano tyle wody?
System wodno-kanalizacyjny Rzymu w czasach powstania Koloseum był już bardzo zaawansowany. Projektowali go najlepsi inżynierowie tamtych czasów, popełniając jednak błędy. W niektórych miejscach, gdzie system nie był uszczelniony w odpowiedni sposób, woda przesiąkała do ziemi, destabilizując ją, a nawet powodując zawalenia stojących na grząskim gruncie budynków. W przypadku Koloseum wszystko musiało działać bez zarzutu. Osiemdziesiąt tysięcy osób musiało pić wodę, wypróżniać się, nie mówiąc już o całej obsłudze amfiteatru i "aktorach". Archeolodzy znaleźli w Koloseum sto punktów, w których można było skorzystać ze świeżej wody. Jeden z nich do dziś służy zwiedzającym. Włoski archeolog Cristiano Ranieri odkrył w 2013 roku, że pod liczącą dwa tysiące lat kanalizacją Koloseum znajduje się jeszcze jeden system wodny, dzięki któremu urządzanie bitew morskich było rzeczywiście możliwe! Na chwilę tylko skoczmy osiemnaście stuleci do przodu, przypomnijmy sobie rzymskie osiągnięcia techniczne, gdy będziemy w podziemiach Edynburga. Mieszkańcy szkockiej stolicy jeszcze trzy wieki temu wylewali nieczystości przez okna prosto na ulice...
Jesteśmy w Koloseum o poranku, zaczynają się widowiska. Na arenie pojawiają się bokserzy, zapaśnicy, pędzą rydwany, ciągnięte przez dwa lub cztery konie. Następnie publiczność ogląda venationes, czyli walki ludzi ze zwierzętami, w okolicach dzisiejszego obiadu wszyscy czekają na damnatio ad bestias, kiedy to skazańców rozszarpują dzikie zwierzęta bądź zabijają gladiatorzy. Brzmi jak wykonanie kary śmierci, jednak w Rzymie to musiał być prawdziwy spektakl. Zarówno gladiatorzy, jak i ofiary przebierani byli w fantazyjny sposób. Rzymianie chcieli być zadziwiani przez cały czas, dlatego powstawały fantazyjne scenografie. W czasie wieczornych pyrricharii, kiedy płonęły ludzkie pochodnie, ostateczny akt zadania śmierci był tylko częścią większego spektaklu. Najpierw - to tylko jedna z możliwości - pochlapany łatwopalną substancją skazaniec uciekał po arenie do zaimprowizowanego na niej lasu, gonili go zaś mężczyźni z pochodniami. Finał tego spektaklu można sobie łatwo wyobrazić... Zwykłe egzekucje, które na ogół odbywały się po południu, nie były aż tak pociągające, jak zabijanie z fabułą. Również sami gladiatorzy, najczęściej niewolnicy, mieli swoje specjalizacje. Ci najlepsi byli prawdziwymi gwiazdami, celebrytami uwielbianymi przez publiczność. Na starość, po zakończeniu "kariery", kiedy otrzymywali już wolność, zostawali często ochroniarzami władców. Ich treningi wymagały zaangażowania ogromnych pieniędzy i pracy. Gladiator był drogi, cenny i nie samostanowił o sobie. Jego praca była zwieńczeniem dzieła setek osób: trenerów, lekarzy, pomocników i opiekunów zwierząt. Na arenie oraz pod nią pracowali ludzie do przenoszenia zwłok, specjaliści, których zadaniem był sprawdzanie za pomocą rozgrzanego żelaza, czy pokonany gladiator rzeczywiście umarł, lorarii popychający tchórzliwych zawodników do walki i wreszcie navicularii, którzy dopilnowywali, żeby skazany na śmierć gladiator nie uciekł z areny. Na początku działalności amfiteatru kołowroty, które podnosiły na arenę windy ze zwierzętami, obsługiwało ponad dwustu niewolników. Koloseum było jedną wielką maszyną śmiertelnej rozrywki. Publiczność miała się bawić cały dzień, nie było miejsca na nudę. Po zakończeniu zabawy sprzątaniem resztek rozszarpanych ciał oraz krwi zajmowali się przeznaczeni do tego sparsores.
Przedsiębiorstwo o nazwie Koloseum potrzebowało więc odpowiedniego zaplecza. Dlatego pod całym budynkiem istniał labirynt podziemnych komór, tuneli, przejść i innych pomieszczeń. Był piekłem pod piekłem areny.
Życie pod podłogą
Mur obwodowy areny Koloseum spoczywa na potężnych cementowych fundamentach w kształcie pierścienia, które sięgają na głębność trzynastu metrów, czyli około czterech, pięciu pięter. W antyku arenę pokrywała drewniana podłoga zamaskowana piaskiem. To pod nią rozgrywały się niewidoczne dla publiczności didaskalia krwawego widowiska. Ich scena jest dzisiaj otwarta dla wszystkich, podłogi już nie ma, więc nawet nie schodząc na poziom podziemi, z loży widać, jak wyglądało głębokie na sześć metrów i czterdzieści centymetrów, dwupoziomowe wnętrze. Podczas igrzysk te korytarze były bez przerwy pełne ludzi.
Czternaście murów o grubości dziewięćdziesięciu centymetrów i piętnaście ciągów komunikacyjnych, od bardzo wąskich do szerokich na cztery metry, zapewniały nie tylko sprawne poruszanie się pomiędzy oddalonymi od siebie punktami na arenie, ale i ją podtrzymywały. Tutaj mieściły się zagrody dla zwierząt, choć archeolodzy spierają się, w którym miejscu, ponieważ w podziemiach brak śladów po mocowaniu jakichkolwiek krat. Osiemdziesiąt pionowych szybów dawało natychmiastową możliwość wypuszczenia na arenę zwierząt oraz przeniesienia elementów scenografii. Początkowo zwierzęta transportowano na arenę za pomocą wyrafinowanego systemu dwudziestu ośmiu wind i kołowrotów, później poganiacze wypuszczali na scenę niedźwiedzie, wilki, dziki, lwy czy antylopy po rampach. Efekty specjalne zapewniało trzydzieści sześć pułapek zainstalowanych w drewnianej podłodze. Całodzienny spektakl wymagał zaangażowania setek ludzi. Ludzi stłoczonych na niewielkiej powierzchni, w upale i zaduchu. Nie było tu prawie naturalnego światła, cały czas więc paliły się lampy, co jeszcze podnosiło i tak już wysoką temperaturę. Dochodził do tego smród zwierząt, odchodów, krwi i śmierci, krzyki ludzi i bestii - wszystko to sprawiało, że podziemia amfiteatru przypominały piekło na ziemi. Prowadziły do niego niewidoczne dla publiczności, ukryte wrota. Tunele biegły z czterech stron budynku.
Koloseum to tylko wierzchołek góry, zaledwie część większego kompleksu, w którego skład wchodziły również inne budynki: szkoła gladiatorów, szpital, miejsce treningów, przetrzymywania zwierząt oraz dekoracji. Poza areną przechowywana była też broń, a ciała martwych gladiatorów pozbawiane były zbroi. Podziemne przejścia do tych obiektów znajdowały się w osi Koloseum, pod wschodnim i zachodnim wejściem, jedno na północy i jedno obok wejścia południowego. Nigdy do końca nie zbadano Passagio di Commodo, tunelu, którym z pałacu cesarskiego przechodził do Koloseum władca. Te korytarze miały ogromne znaczenie. Po spektaklu należało szybko pozbyć się martwych zwierząt i ludzi, przed spektaklem poruszający się takim przejściem gladiatorzy nie mieli szans na ucieczkę ani nie stawali się obiektem ataków wielbicieli. Droga broń nie ginęła po drodze. System działał niezawodnie.
Niewielką część tego podziemnego świata można dziś oglądać na dodatkowo płatnych wycieczkach, ale przy odrobinie wyobraźni wystarczy stanąć ponad odkrytą areną i poczuć przerażający zapach strachu sprzed dwóch tysięcy lat.
Bazylika w bazylice
Nie zostawiamy jeszcze Koloseum. Odchodzimy od niego zaledwie kilkaset metrów. Wzdłuż ulicy pełnej małych pizzerii i kawiarenek z widokiem na amfiteatr kierujemy się na wschód do bazyliki św. Klemensa. Choć budowla może wydawać się jednym z kolejnych rzymskich kościołów z listy "to trzeba zobaczyć", jest unikatem nie tylko w Rzymie, ale w świecie. To trzy miejsca kultu z różnych czasów, postawione jedno na drugim. Odkrył je w 1867 roku ówczesny przeor, irlandzki ksiądz Joseph Mullooly. Kolejne badania, już na początku XX wieku, pozwoliły na dotarcie do jeszcze głębszych warstw zabudowy. Okazało się, że głęboko pod ziemią czeka prawdziwa tajemnica sprzed dwóch tysięcy lat.
Ta część Rzymu jest na ogół bardzo zatłoczona. Tysiące miłośników antyku, a także wszystkich możliwych filmów o cezarach, okrucieństwach Nerona, gladiatorach i prześladowaniach pierwszych chrześcijan z wypiekami na twarzach, lecz cierpliwie czekają na wejście na Forum Romanum i do Koloseum, spacerują dookoła. Stacja metra niemal tuż pod wejściem do amfiteatru z monotonną regularnością wypluwa z czeluści kolejnych zwiedzających. Czasami trudno tu zrobić zdjęcie, bo przecież każdy jest mistrzem w robieniu selfie i krajobraz zasłaniają żywe mury fotografujących samych siebie turystów. Ale wystarczy przejść kilka kroków, żeby znaleźć się w innym świecie.
Z poziomu ulicy wchodzimy do chłodnego wnętrza, którego wejścia pilnuje życzliwy strażnik palący akurat papierosa. Bazylika San Clemente ma również wewnętrzny dziedziniec, zacieniony i przewiewny, idealny do odpoczynku od gwaru miasta. Mury tego kościoła wzniósł kardynał Anastasius pomiędzy 1099 a 1120 rokiem. Świątynia powstała dla uczczenia męczeńskiej śmierci Klemensa I, czwartego biskupa Rzymu i jednego z Ojców Kościoła, który żył około 100 roku.
Klemens był uczniem św. Piotra i św. Pawła, w czasach największych prześladowań chrześcijan został papieżem. Za cesarza Trajana za to, że "wiernie stał przy Zbawicielu i był gotowy życie za niego położyć" został, według jednej wersji, wrzucony do Tybru, według innej, zesłany na Krym, gdzie z innymi skazańcami pracował w kamieniołomach. Dzięki głębokiej wierze, a także odnalezieniu źródła wody, której robotnicy byli pozbawieni, stawał się coraz bardziej popularny, co wykorzystał do nawracania pogan. Oczywiście, nie podobało się to kapłanom dawnych religii, którzy w końcu pożalili się cesarzowi i wezwali go, aby pomścił obrazę bogów. Trajan zareagował natychmiast. Na odsiecz wysłał rzymskiego namiestnika, ten zaś zakuł papieża w kajdany, wypłynął z nim na otwarte morze, gdzie przywiązał go do kotwicy i wyrzucił do wody.
Ci, których Klemens nawrócił, nie mogli pozwolić na to, żeby ciało męczennika zostało na dnie morza. Mieli tylko jeden sposób - modlitwę. Ta zaś została wysłuchana i 23 listopada 100, w dniu śmierci papieża, gdy tylko odpłynął statek namiestnika, morze cofnęło się i wierni mogli zabrać zmarłego. W IX wieku jego relikwie przywieźli do Rzymu Cyryl i Metody. Grób Cyryla, nazywanego apostołem Słowian, znajduje się właśnie w bazylice San Clemente.
Świątynia, którą wzniósł w XII wieku kardynał Anastasius, stoi na wcześniejszym kościele, również pod wezwaniem św. Klemensa. Został zbudowany w IV wieku, a jego podłoga leży mniej więcej na tym samym poziomie co arena Koloseum, czyli około dwudziestu metrów poniżej dzisiejszego poziomu ulic. Przez wieki wszyscy o niej zapomnieli. Czy dlatego, że miasto podnosiło się średnio o pół metra na sto lat i wchłonęło stary budynek? Nie.
Kiedy w XIX wieku opiekunowie bazyliki odkryli pod nią starszą świątynię, z początku uważano, że została spalona przez Normanów podczas najazdu na Rzym w 1084 roku. Wykopaliska archeologiczne nie przyniosły jednak żadnych śladów wskazujących na pożar. Badacze wysunęli więc inną hipotezę. Co prawda, osiadająca w stale podnoszącym się poziomie gruntu bazylika stawała się coraz większym problemem, ale można było temu zaradzić. A jednak władze kościoła zdecydowały, aby częściowo rozebrać budynek, usunąć z niego marmury i wartościowe elementy, a następnie puste pomieszczenia wypełnić tysiącami metrów sześciennych ziemi i śmieci. Na pogrzebanym kościele zaczęła powstawać nowa bazylika, jednak ciągle pod tym samym wezwaniem. Czy to miało sens?
W 2007 roku rzymski historyk sztuki Valentino Pace przedstawił śmiałą hipotezę, że zasypanie bazyliki było aktem damnatio memoriae, czyli potępienia pamięci antypapieża Klemensa III, na którego zlecenie powstał cykl fresków zdobiących wnętrze bazyliki. Klemens III został wybrany antypapieżem w opozycji do papieża Grzegorza VII, którego program reform zakładał dążenie do uwolnienia Kościoła spod kurateli władzy świeckiej poprzez zniesienie świeckiej inwestytury. Papieże toczyli ze sobą krwawe boje, Klemensa wspierał święty cesarz rzymski, który wybrał się do Rzymu na czele armii, aby wesprzeć swojego kandydata do tronu Piotrowego. Papież Grzegorz VII schronił się w Zamku Świętego Anioła (jaki tam jest piękny tunel!) i zdołał odeprzeć Normanów i Klemensa, ale potem sytuacja zmieniała się jeszcze wielokrotnie. Kolejni papieże obrzucali się z antypapieżem klątwami, aż zaciekły wróg Klemensa III, Rainerus z Bledy, już jako papież Paschalis II, po śmierci antypapieża nakazał go ekshumować i wrzucić do Tybru.
Powyższa historia nie daje jednak odpowiedzi na pytanie, dlaczego przeciwnicy Klemensa III zadali sobie aż tyle trudu, by całkowicie pogrążyć w ziemi starą bazylikę, skoro mogli jedynie nakazać usunięcie lub zamalowanie spektakularnych malowideł. Freski zaś pozostały, fragmenty przedstawienia legendy o cudach św. Klemensa z IX i XI wieku zostały niedawno poddane gruntownej renowacji.
I oto jesteśmy w kościele, który nie ma okien. Zejście do niego prowadzi boczną klatką schodową z obecnej bazyliki. Na dole panuje niemal zupełna ciemność, rozświetlona tylko elektrycznymi pochodniami, które mają przywołać nastrój sprzed wieków. Ze ściany patrzy Madonna z VIII wieku, odkryta podczas prac archeologicznych w 1857 roku. Kamienny ołtarz w kaplicy pomaga wyobrazić sobie układ pustych dziś pomieszczeń. Rzeczywiście, wyglądają na skazane na zapomnienie. Jeśli jednak ktoś myśli, że to już koniec zagadek, jest w błędzie.
Na początku XX wieku ojciec Louis Nolan, ówczesny opiekun świątyni i autor książki o jej architekturze, wydrążył liczący sześćset metrów kanał, którym odprowadził do starej kanalizacji koło Koloseum wodę wpływającą do podziemi kościoła. Dzięki tej pracy pod podziemiami słychać potok, który od tysięcy lat spływa z Lateranu i Eskwilinu w kierunku Koloseum, Forum i Tybru. Tyle że nie zatrzymuje się tutaj, tylko kieruje się dalej do słynnego starożytnego kanału ściekowego Cloaca Maxima i w ten sposób odwadnia najgłębsze podziemia kościoła. Dzięki tej pracy udało się zejść pod pierwszą bazylikę. Wtedy okazało się, że stoi na jeszcze starszym domu, bo pochodzącym z I wieku. Jego właścicielem miał być konsul Flawiusz Klemens, którego żona Flawia Domicylla została wygnana z Rzymu prawdopodobnie ze względu na chrześcijańskie sympatie. To o jej katakumbach pisaliśmy na początku tego ROZDZIAŁu. W piśmiennictwie pojawia się też teoria, że św. Klemens był wyzwoleńcem Flawiusza. Na tym poziomie znajdowały się dwa budynki oddzielone od siebie jedynie wąskim przejściem. Na dziedzińcu jednego z nich zachowało się niewielkie mitreum - świątynia poświęcona perskiemu bogu Mitrze, pochodząca z II wieku n.e.
Kult Mitry był w Rzymie rozpowszechniony i szczególnie popularny wśród żołnierzy i gladiatorów. Mitra obiecywał zmartwychwstanie. Kult tego boga narodził się w II tysiącleciu przed Chrystusem. Był władcą ładu, panem zobowiązań, panował nad zmianami kosmicznymi, strzegł porządku społecznego i występował jako sędzia w zaświatach. Czczony w Persji, zawędrował najpierw do Grecji, a następnie w I wieku do Rzymu, choć najwięcej świątyń Mitry w Europie odnaleziono na terenie Niemiec. Identyfikowany był z Apollem albo bogiem słońcem Heliosem i do dziś pozostaje bardzo tajemniczym bogiem. Kult Mitry miał bowiem sekretny charakter, obrzędy były bardzo zagadkowe, a świątynie często lokowane w ukryciu. Wyznawcy mitraizmu przechodzili inicjacje, które miały ezoteryczny charakter. Ich formę i treść należało zachować w tajemnicy, wiadomo, że neofici zobowiązywali się do wzajemnej lojalności oraz wspólnego dążenia do zwalczania zła. Samodoskonalący się mitraiści przechodzili kolejne stopnie wtajemniczenia: od kruka, przez nowożeńca, żołnierza, lwa, Persa, wysłannika Słońca do ojca i najwyższego kapłana. Trudno się dziwić, że mitraizm pobudza wyobraźnię, a jej dodatkową pożywką jest skąpa liczba materiałów źródłowych.
Mitreum pod bazylikami San Clemente powstało w miejscu wcześniejszego nimfeum, czyli w ozdobnym pomieszczeniu, w którym była zainstalowana fontanna. Tyle że w miejscu kanałów z wodą stanęły łoża bankietowe. Prawdopodobnie wyznawcy naśladowali w ten sposób biesiady samego boga Mitry i bogini Sol.
W centralnym punkcie tego pomieszczenia stoi ołtarz w kształcie sarkofagu z płaskorzeźbą, na której Mitra zabija byka. Młody bóg w czapce frygijskiej klęczy lewym kolanem na zadzie leżącego zwierzęcia, prawą ręką wbija nóż w jego szyję, a wypływającą z niej krew spijają pies i wąż. Na prawej i lewej ścianie monumentu widać towarzyszących bogu Cautesa i Cautopatesa trzymających płonące pochodnie zwrócone odpowiednio do góry i w dół, symbolizujące, według jednych interpretacji, zrównanie dnia z nocą, według innych narodziny i śmierć, wschód i zachód słońca. W pomieszczeniu zachowały się także popiersie bogini Sol oraz figura Mithras petra generix - Mitra zrodzony ze skały.
Niestety, sanktuarium Mitry jest zamknięte kratą i tak oświetlone, żeby jedynie domyślać się, jak wygląda. I znowu, podobnie jak setki razy wcześniej w Rzymie, trzeba użyć wyobraźni i wypełnić je postaciami, być może gladiatorami z pobliskiego Koloseum... A może powinniśmy zajrzeć jeszcze niżej? Podczas wykopalisk okazało się bowiem, że mitreum powstało na fundamencie willi z epoki Republiki, spalonej w wielkim pożarze Rzymu w czasach cesarza Nerona.
Wielki pożar (magnum incendium Romae) wybuchł 19 lipca 64 n.e., Tacyt wspomina, że rozprzestrzeniał się szybko (zabudowa była przecież częściowo drewniana) i trwał pięć i pół dnia, do 24 lipca. Tylko cztery z czternastu dzielnic ówczesnego Rzymu uniknęły zniszczeń, trzy zostały kompletnie strawione przez ogień, następne siedem zaś zostało poważnie zniszczonych. Późniejsze źródła podają, że spłonęło jedynie sto trzydzieści sześć domów i że nie zrobiło to wielkiego wrażenia, ponieważ pożary wybuchały wtedy dość często. Do dziś historycy nie są zgodni co do przyczyny pożaru. O podpalenie miasta oskarżano samego cesarza, który miał patrzeć na trawione ogniem miasto, grając na lirze. Oskarżenia padły również na wyznawców Jezusa, ale po ponad dwóch tysiącach lat badanie przyczyn tragedii może mieć jedynie charakter śledztwa poszlakowego. Pewne jest natomiast jedno - to od Nerona zaczęły się prześladowania chrześcijan.
I tak nasza historia zatoczyła koło. A my, wychodząc z ciemności podziemnych świątyń, powtarzamy sobie słynne słowa Sokratesa "Wiem, że nic nie wiem". Zaraz, coś jednak wiemy. Do dzisiaj nie odkryto jeszcze dziewięćdziesięciu procent podziemnego Rzymu.