Miasta do góry nogami. Podziemia Europy i ich tajemnice - Joanna Lamparska i Piotr Kałuża

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (33,68 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Dla­czego lu­dzie scho­dzą pod zie­mię?

Każda ro­dzina miała dla sie­bie jedno wgłę­bie­nie. Nie więk­sze niż kar­ton, w któ­rym przy­wozi się nowo za­ku­pioną za­mra­żarkę. W tej ni­szy, wy­dłu­ba­nej w ska­łach i lep­kiej gli­nie, mu­sieli się zmie­ścić ro­dzice, te­ścio­wie, dzieci, wnuki, sa­motna sio­stra w ciąży i kto tam jesz­cze się wci­snął. Obo­wią­zy­wała tylko jedna za­sada. W żad­nym wgłę­bie­niu ro­dzina nie mo­gła miesz­kać w kom­ple­cie. Dla­tego ro­dzice się roz­dzie­lali, oj­ciec szedł do są­sied­niej ko­mory do ob­cych, a tato od ob­cych wę­dro­wał do są­sia­dów. Rów­nież dzieci roz­da­wane były po róż­nych ro­dzi­nach. Dla­czego? To okrut­nie pro­ste. Gdyby bomba znisz­czyła jedno z ta­kich "miesz­kań", za­wsze ktoś z ro­dziny miał szansę na prze­ży­cie. Je­śli bli­scy trzy­mali się ra­zem, mo­gła zgi­nąć cała fa­mi­lia. Na szczę­ście prze­trwali wszy­scy, choć wielu po­pa­dało w sza­leń­stwo z braku świa­tła i świe­żego po­wie­trza, nie­ustan­nego za­gro­że­nia oraz cia­snoty. Żyli jak w wiel­kim kopcu mró­wek, tyle że ukry­tym kil­ka­na­ście me­trów pod po­wierzch­nią ziemi.

Vinh Moc, wiet­nam­ska wio­seczka na brzegu Mo­rza Po­łu­dnio­wo­chiń­skiego zro­biła na nas po­nure wra­że­nie.

W cza­sie wojny wiet­nam­skiej w la­tach 60. i 70. ubie­głego wieku, miesz­kańcy Vinh Moc po­sta­no­wili schro­nić się w pod­ziem­nym mie­ście, które drą­żyli nie­mal dwa lata. Kiedy scho­dzi­li­śmy przez kre­cie nory do wą­ziut­kich, za­le­d­wie osiem­dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wej sze­ro­ko­ści ko­ry­ta­rzy, kiedy usi­ło­wa­li­śmy przy­mie­rzyć się do miesz­ka­nek w tu­ne­lach, nie star­czało nam wy­ob­raźni do stwo­rze­nia ob­razu tam­tej rze­czy­wi­sto­ści. Za­duch, wil­goć, upał, klau­stro­fo­biczne przej­ścia, dwa ki­lo­me­try pod­ziemi, w któ­rych przez pięć lat prze­by­wało czte­ry­sta osób! Mieli na­wet salkę z pro­jek­to­rem, filmy wy­peł­niały czas po­świę­cony na roz­rywki. Przy­dał się rów­nież pro­wi­zo­ryczny szpi­tal, po­nie­waż w ukry­tym mie­ście uro­dziło się sie­dem­na­ścioro dzieci. Na­wet w ta­kiej sy­tu­acji lu­dzie chcieli nor­mal­no­ści, bo ży­cie w eks­tre­mal­nych wa­run­kach ni­gdy nie jest po pro­stu co­dzien­no­ścią.

Ata­ku­jący pół­nocny Wiet­nam Ame­ry­ka­nie byli bez­silni. Ich bomby nie mo­gły się prze­bić na głę­bo­kość trzy­dzie­stu me­trów, czyli na po­ziom naj­głęb­szych tu­neli. Szcze­gól­nie przy­gnę­bia­jące jest to, że jedno z wyjść z pod­ziem­nego kom­pleksu wy­cho­dzi wprost na plażę. Sło­neczną, ra­do­sną, szu­miącą mor­skimi fa­lami. To na­prawdę dziwne uczu­cie, kiedy pro­sto z go­rą­cego pia­sku trzeba wró­cić do tego cia­snego pie­kła.

To chyba wła­śnie wtedy po­sta­no­wi­li­śmy na­pi­sać książkę o świe­cie pod­ziemi.

Pod­zie­mia od za­wsze fa­scy­no­wały, nio­sły obiet­nicę ukry­tych skar­bów oraz ta­jem­nic, ale też groźbę dra­ma­tów, mrocz­nych hi­sto­rii, nie mó­wiąc już o tym, że śmierć za­wsze bę­dzie ko­ja­rzyła się nam ze świa­tem, gdzie nie do­ciera słońce. Na­sza pla­neta jest do­słow­nie po­kryta dziu­rami, każda po­wstała w in­nym celu, nie­które być może na­wet kie­dyś ura­tują Zie­mię. Na sku­tym lo­dem Spits­ber­ge­nie w nor­we­skim ar­chi­pe­lagu Sval­bard, za­le­d­wie ty­siąc ki­lo­me­trów od bie­guna pół­noc­nego, w ogrom­nym pod­ziem­nym ma­ga­zy­nie, w tem­pe­ra­tu­rze mi­nus osiem­na­stu stopni Cel­sju­sza zbu­do­wane zo­stało miej­sce dla po­nad czte­rech i pół mi­liona pró­bek na­sion po­cho­dzą­cych z ca­łego świata. To wielka spi­żar­nia, w któ­rej ni­ska tem­pe­ra­tura i ogra­ni­czony do­stęp tlenu spo­wal­niają pro­cesy me­ta­bo­liczne na­sion i po­zwa­lają im dłu­żej prze­trwać. Na­siona na­leżą do kra­jów, któ­rych przed­sta­wi­ciele je tu zło­żyli, i tylko oni mogą je stąd za­brać. Do wy­ku­tych w skale ko­mór wie­dzie stu­dwu­dzie­sto­me­trowy tu­nel, a nor­we­ską Arkę No­ego chro­nią także mury zbro­jone stalą. To pod­zie­mia przy­szło­ści. Nie wy­ma­gają ob­sługi, za­gląda tu tylko je­den czło­wiek. W ra­zie wojny nu­kle­ar­nej bądź ka­ta­strofy eko­lo­gicz­nej Glo­balny Bank Na­sion po­zwoli na od­ro­dze­nie flory. Można po­wie­dzieć, że za­leżą od niego losy świata, o ile po ogól­no­świa­to­wej za­gła­dzie oca­leje ktoś, kto bę­dzie mógł z niego sko­rzy­stać i za­sa­dzić na­siona.

Ma­ga­zyn na­sion nie jest miej­scem, do któ­rego wpusz­cza się tu­ry­stów. Cie­kaw­scy nie za­glą­dają rów­nież do ban­ko­wych skarb­ców, nie­jed­no­krot­nie umiesz­czo­nych głę­boko pod bu­dyn­kami w wiel­kich mia­stach. Przy­go­to­wu­jąc tę książkę, udało nam się po­roz­ma­wiać z ar­chi­tek­tem, który pro­jek­to­wał jedno z ta­kich miejsc dla du­żego szwaj­car­skiego banku. To, co opo­wia­dał in­ży­nier, przy­po­mina filmy z Ja­me­sem Bon­dem. W ra­zie nie­bez­pie­czeń­stwa fir­mowy sejf zo­sta­nie au­to­ma­tycz­nie opusz­czony na niż­szy po­ziom piw­nic i wy­lą­duje na wa­go­nie po­ciągu, który pod­ziem­nym tu­ne­lem na­tych­miast wy­wie­zie go w nie­znane.

Nie­mal każdy waż­niej­szy bu­dy­nek na świe­cie ma pod­zie­mia. Wa­ty­kan łą­czy z Zam­kiem Świę­tego Anioła tu­nel pod uli­cami Rzymu. Pa­pieże uży­wali go w ra­zie nie­bez­pie­czeń­stwa, a Alek­san­der VI, czyli Ro­drigo Bor­gia, rów­nież w celu spo­tkań z ko­chan­kami. Do dziś Gwar­dia Pa­pie­ska, na wszelki wy­pa­dek, ma klucz do tego przej­ścia, w cza­sie wa­ka­cji po­zwala je na­wet obej­rzeć tu­ry­stom. Pod Bia­łym Do­mem w Wa­szyng­to­nie znaj­duje się pod­ziemne cen­trum do­wo­dze­nia kry­zy­so­wego i tu­nel, któ­rym pre­zy­dent w każ­dej chwili może wy­je­chać. Co prawda ro­syj­skie wła­dze ni­gdy nie po­twier­dziły tej in­for­ma­cji, ale i spod Kremla można po­do­bno ewa­ku­ować głowę pań­stwa utaj­nioną li­nią me­tra. Sys­tem ma skła­dać się z trzech li­nii i jest kon­tro­lo­wany przez służby spe­cjalne.

W le­gen­dach każdy władca miał tu­nel pod zam­kiem. Tu­nel był wdzięcz­nym bo­ha­te­rem le­gend, można było ukryć w nim złoto, za­mu­ro­wać żonę, wpu­ścić przez tajne przej­ście wro­gów, żeby wy­rżnęli obroń­ców zamku. Po­wiedzmy to so­bie szcze­rze, lu­bimy pod­zie­mia, a naj­bar­dziej te, które nie ujaw­niły jesz­cze wszyst­kich swo­ich se­kre­tów. W 2015 roku cały świat żył prze­cież Zło­tym Po­cią­giem cze­ka­ją­cym na od­kryw­ców w, a jakże, pod­ziem­nym tu­nelu.

Nie by­li­śmy w sta­nie prze­je­chać ca­łego świata, ale udało nam się obej­rzeć pod­ziemną Eu­ropę. No, może jej ma­lutką część, bo im głę­biej wcho­dzi­li­śmy, tym bar­dziej - pa­ra­fra­zu­jąc Ku­bu­sia Pu­chatka - jej tam nie było. Po dro­dze oka­zało się, że ar­che­olo­dzy, po­szu­ki­wa­cze i tak zwani miej­scy eks­plo­ra­to­rzy do­cie­ra­jący do opusz­czo­nych miejsc roz­kła­dali bez­rad­nie ręce w od­po­wie­dzi na na­sze py­ta­nie, czy znają wszyst­kie pod­zie­mia na swoim te­re­nie. Bo też jak trak­to­wać in­for­ma­cję, że w Rzy­mie znane jest do­piero ja­kieś dzie­sięć pro­cent tam­tej­szych ka­ta­kumb, krypt, piw­nic i za­bu­do­wa­nych obiek­tów sprzed wie­ków? Pod sa­mym Ki­jo­wem pły­nie trzy­dzie­ści pod­ziem­nych rzek. Sys­temy ka­na­li­za­cji w wielu mia­stach stały się rów­nież do­mem dla bez­dom­nych, pół­światka, a także zło­dziei i de­ge­ne­ra­tów, rzadko więc ktoś po­dej­muje ich eks­plo­ra­cję. To już nie pod­zie­mia, to praw­dziwe pod­zie­mie.

Od kil­ku­dzie­się­ciu lat trwają rów­nież, za­koń­czone mniej­szymi lub więk­szymi suk­ce­sami, ba­da­nia wy­ku­tych w cza­sie II wojny świa­to­wej w Gó­rach So­wich na Dol­nym Ślą­sku po­nie­miec­kich kom­plek­sów. Jak to moż­liwe, że jesz­cze dzi­siaj nie wiemy do końca, w ja­kim celu po­wstały, tym bar­dziej że do­piero te­raz można od­na­leźć po­je­dyn­cze ślady ich do­ku­men­ta­cji? Do­dajmy do tego pod­zie­mia drą­żone przez pry­watne osoby. Nie­całe sto ki­lo­me­trów od Mo­skwy Ju­rij - ro­syj­ski praw­nik - wy­ko­pał so­bie w środku lasu zie­miankę i za­miesz­kał w niej z kró­li­kiem o imie­niu Pie­truszka. Pu­stel­nik zmę­czony ży­ciem w mie­ście za­opa­trzył swój dom w pa­nele sło­neczne, może więc ko­rzy­stać na­wet z kom­pu­tera. Pew­nym pro­ble­mem są je­dy­nie zimy, kiedy nie do­ciera w to miej­sce do­sta­teczna ilość pro­mieni słońca. Wtedy Ju­rij używa ge­ne­ra­tora, choć samo ogrze­wa­nie za­pew­nia mu spraw­dzona, stara ro­syj­ska koza, czyli nie­wielki pie­cyk na drewno. Czy sa­mot­nik z lasu jest eks­cen­try­kiem, czy pre­kur­so­rem no­wego stylu ży­cia? Świat po­woli za­pada się w ziemi i być może za sto, dwie­ście, trzy­sta lat ko­lejni eks­plo­ra­to­rzy będą od­kry­wać współ­cze­sne nam pod­ziemne ho­tele, schrony, a na­wet mia­sta, któ­rych pro­jekty po­wstają na ca­łym świe­cie. W Co­ober Pedy, ma­lut­kim mia­steczku w po­łu­dnio­wej Au­stra­lii, osiem­dzie­siąt pro­cent miesz­kań­ców żyje w wy­ku­tych w ska­łach apar­ta­men­tach. Kiedy na ze­wnątrz tem­pe­ra­tura wzra­sta do pięć­dzie­się­ciu stopni Cel­sju­sza, w pod­zie­miach pa­nuje miły dwu­dzie­sto­pię­cio­stop­niowy "chłód".

Pod zie­mię chce się rów­nież prze­nieść Sin­ga­pur, któ­rego po­nad sześć mi­lio­nów miesz­kań­ców i prze­mysł po pro­stu nie miesz­czą się na nie­wiel­kim, ma­ją­cym po­wierzch­nię za­le­d­wie tro­chę po­nad sied­miu­set ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych te­re­nie na­le­żą­cym do tego mia­sta-pań­stwa. For­pocztą tych po­my­słów jest pod­ziemne mia­sto pod Hel­sin­kami. Od 1960 roku po­wstało w nim dwie­ście ki­lo­me­trów ko­ry­ta­rzy oraz czte­ry­sta obiek­tów, w tym bo­isko do ho­keja, ko­ściół i ba­sen, z któ­rego rów­no­cze­śnie może ko­rzy­stać ty­siąc osób. W ra­zie po­trzeby pod­ziemna hala zo­sta­nie za­mie­niona w schron dla czte­rech ty­sięcy lu­dzi.

Nie wiemy, jak głę­boko świat ukryje się pod zie­mią. Teo­rie spi­skowe mó­wią o taj­nych tu­ne­lach pod Eu­ropą, któ­rych prze­zna­cze­nie ma zwią­zek ze zło­wiesz­czą przy­szło­ścią kon­ty­nentu. Jak na fil­mach fu­tu­ry­stycz­nych, za­miesz­kają w nich je­dy­nie wy­brańcy, któ­rym dzięki temu dane bę­dzie prze­żyć glo­balną ka­ta­strofę. Taki cel ma Op­pi­dum, pod­ziemna re­zy­den­cja w oko­li­cach Pragi. W sto­licy Czech, w jed­nej z naj­droż­szych i naj­bar­dziej eks­klu­zyw­nych ja­poń­skich re­stau­ra­cji spo­tka­li­śmy się z Ja­ku­bem Za­mra­zi­lem, przed­sta­wi­cie­lem wła­ści­cieli schronu z cza­sów zim­nej wojny. Sze­fem bez­pie­czeń­stwa tego pro­jektu jest ge­ne­rał An­dor Šán­dor, eme­ry­to­wany szef cze­skiego wy­wiadu. Do­kładna lo­ka­li­za­cja Op­pi­dum nie jest znana. To tajne przez po­ufne. Wia­domo je­dy­nie, że obiekt, któ­rego na­zwa jest ła­ciń­skim sło­wem ozna­cza­ją­cym mia­sto, mia­steczko lub osadę obronną, ma około sied­miu ty­sięcy me­trów kwa­dra­to­wych po­wierzchni i że na jego za­kup stać za­le­d­wie kilka osób na świe­cie. Kilka, nie kil­ka­na­ście czy kil­ka­dzie­siąt. Ale prze­trwa­nie musi kosz­to­wać. Za­mra­zil za­pew­niał nas, że Op­pi­dum jest sa­mo­wy­star­czalne. W za­leż­no­ści od ka­prysu bi­lio­nera, który zde­cy­duje się na za­kup, można tam za­in­sta­lo­wać ba­sen, kina, sauny, kort te­ni­sowy, sale kon­fe­ren­cyjne i co­kol­wiek na­bywca so­bie wy­ma­rzy. Sztuczne świa­tło, zie­leń i wiel­kie ob­razy na ścia­nach mają imi­to­wać "zwy­kły" świat. Op­pi­dum to nie tylko schron, to rów­nież luk­su­sowa re­zy­den­cja, o któ­rej Ja­kub Za­mra­zil opo­wiada nam z nie­zwy­kłą lek­ko­ścią nad ta­le­rzem z su­shi...

Wiemy jed­nak, że bez względu na to, ile me­trów pod zie­mią się scho­wamy, jak bar­dzo bę­dziemy chcieli prze­żyć, to ni­gdy nie do­trze tam jedna z naj­waż­niej­szych dla ży­cia rze­czy: słońce. Jest coś prze­ra­ża­ją­cego w pro­jek­tach, na któ­rych wi­dać sztuczne świa­tło imi­tu­jące wschody i za­chody, noce i dnie, desz­cze i bu­rze. Do­póki czło­wiek jest czło­wie­kiem, po­trze­buje zie­leni, prze­strzeni, na­tury. Od czasu do czasu warto jed­nak do­tknąć ta­jem­nicy ziemi, wsłu­chać się w bi­cie jej serca gdzieś tam głę­boko, z dala od zgiełku ulic. Choć w na­szej książce sku­pi­li­śmy się na obiek­tach wy­drą­żo­nych ludzką ręką - gdyby przy­szło nam za­glą­dać jesz­cze do ja­skiń, pew­nie nie star­czy­łoby nam na to ży­cia - to ich róż­no­rod­ność oraz ta­jem­ni­czość po­ka­zują nie­sa­mo­witą po­my­sło­wość przed­sta­wi­cieli na­szego ga­tunku, a przy oka­zji jego naj­lep­sze i nie­stety naj­gor­sze strony.

Za­pra­szamy w po­dróż do wnę­trza Ziemi.

ROZ­DZIAŁ 1

MALTA

Jedne z naj­star­szych i naj­bar­dziej ta­jem­ni­czych bu­do­wli znaj­dują się na wy­spach nie­wiel­kiego pań­stwa po­ło­żo­nego na wo­dach Mo­rza Śród­ziem­nego. Po­nad pięć ty­sięcy pięć­set lat temu obiekty te wznio­sła za­gad­kowa cy­wi­li­za­cja, która - jak pi­sał John D. Evans, ar­che­olog ba­da­jący mal­tań­skie me­ga­lity - nie­ocze­ki­wa­nie zni­kła "jak za do­tknię­ciem ma­gicz­nej różdżki". To ci lu­dzie po­zo­sta­wili po so­bie rów­nież wy­kute z nie­zwy­kłą sta­ran­no­ścią pod­ziemne kom­pleksy o nie­zna­nym prze­zna­cze­niu.

Są star­sze od egip­skich pi­ra­mid.

Wy­spy po­dziu­ra­wione

Lą­du­jemy w wie­czor­nej bu­rzy. Bły­ska­wice roz­ry­wają chmury, przez które prze­dziera się nasz sa­mo­lot. Jesz­cze kilka mi­nut i bę­dziemy na ziemi. Dziew­czyna obok wy­cią­gnęła ró­ża­niec i bez­sze­lest­nie po­ru­sza ustami. Leci pierw­szy raz w ży­ciu. Bę­dzie miała mnó­stwo wra­żeń, ale prze­cież i dla nas ta przy­goda za­czyna się dość wy­bu­chowo. Malta wita nas tak, jak przy­stało na wy­spę pełną ta­jem­nic. Mro­kiem, z dy­stan­sem go­spo­da­rza, który, za­nim poda naj­lep­sze wino, spraw­dzi, czy go­ście są tego warci. Nie­wiel­kie pań­stwo po­ło­żone na kilku wy­spach, rzu­cone na mo­rze po­mię­dzy Wło­chy i Tu­ne­zję, ufor­ty­fi­ko­wane przez jo­an­ni­tów, pełne ko­ścio­łów i pod­ziemi, ma hi­sto­rię tak burz­liwą jak na­sze lą­do­wa­nie. Wy­spy Mal­tań­skie to jedno z naj­bar­dziej fa­scy­nu­ją­cych miejsc w Eu­ro­pie. Już jego po­czątki kryją nie­po­ko­jącą za­gadkę.

Za­gi­niona cy­wi­li­za­cja

Po­nad sie­dem ty­sięcy lat temu na Mal­cie za­częli osie­dlać się przy­by­sze z Sy­cy­lii. Sfor­mu­ło­wa­nie "osie­dlać się" w pra­cach na­uko­wych brzmi dość enig­ma­tycz­nie, gdy spoj­rzymy na mapę. Obie wy­spy dzieli sto ki­lo­me­trów, lu­dzie z tam­tego czasu mu­sieli więc zbu­do­wać ło­dzie i udać się w nie­znane w po­szu­ki­wa­niu... No wła­śnie, czego? Swój pierw­szy ślad na Mal­cie po­zo­sta­wili w wy­drą­żo­nej przez wodę ja­skini G?ar Da­lam (Ja­skini Ciem­no­ści). Ta po­nad stucz­ter­dzie­sto­me­trowa "dziura" to praw­dziwy ka­len­darz hi­sto­ryczny. W naj­niż­szych war­stwach ja­skini, któ­rych wiek sza­co­wany jest na około pół mi­liona lat, ar­che­olo­dzy od­na­leźli szczątki ży­ją­cych wów­czas zwie­rząt: kar­ło­wa­tych słoni, hi­po­po­ta­mów, nie­wiel­kich ssa­ków oraz pta­ków. W młod­szej, ma­ją­cej "za­le­d­wie" osiem­na­ście ty­sięcy lat war­stwie znaj­do­wały się już głów­nie ko­ści je­le­nia kar­ło­wa­tego, a także li­sów i wil­ków. Na naj­now­szych kart­kach tego ka­mien­nego ka­len­da­rza za­pi­sali się lu­dzie, któ­rzy ho­do­wali zwie­rzęta, ko­rzy­stali ze zdo­bio­nych gli­nia­nych na­czyń, pro­stych na­rzę­dzi i lu­bili, jesz­cze pry­mi­tywną, ale jed­nak bi­żu­te­rię. Praw­do­po­dob­nie nie uży­wali broni, przy­naj­mniej nie zo­stała od­na­le­ziona. Te ar­te­fakty po­zwa­lają przy­pusz­czać, że pierwsi miesz­kańcy Malty byli lu­dem po­ko­jo­wym, upra­wiali zboża, roz­wi­jali sztukę. Około 3500 roku p.n.e., za­nim jesz­cze w Egip­cie kto­kol­wiek po­my­ślał o pi­ra­mi­dach, a w An­glii o Sto­ne­henge, za­częli bu­do­wać im­po­nu­jące ka­mienne świą­ty­nie, uwa­żane nie tylko za jedne z naj­star­szych na świe­cie, ale rów­nież za bar­dzo dziwne i ta­jem­ni­cze.

Wy­ob­raźmy so­bie ską­pane słoń­cem wy­brzeże, przez które ro­bot­nicy cią­gnęli nie­kiedy dwu­dzie­sto­to­nowe bloki. Kiedy do­tar­gali je już na miej­sce, ob­ra­biali ka­mień i ni­czym klocki ukła­dali w kom­pleksy bu­do­wli. W nich ba­da­cze od­naj­dują dziś szczątki zwie­rząt, które być może były tu skła­dane w ofie­rze. "Zie­mia ofia­ro­wała pier­wot­nym Mal­tań­czy­kom do­sko­nałe wa­runki do spo­koj­nego ży­cia, w in­nym wy­padku nie mo­gliby po­świę­cić tyle czasu i ener­gii na opra­co­wa­nie swo­ich dziw­nych kul­tów oraz bu­do­wa­nie i pie­lę­gno­wa­nie świą­tyń" - pi­sze znawca śród­ziem­no­mor­skiej kul­tury, ar­che­olog John D. Evans.

Moż­liwe rów­nież, że Mal­tań­czycy znali się na gwiaz­dach, po­nie­waż po­tężne me­ga­lity (gr. me­gas - wielki, li­thos - ka­mień) były na ogół orien­to­wane na po­łu­dniowy wschód, tak, aby w okre­ślo­nych po­rach roku, być może w kon­kret­nych dniach, wpa­da­jące do nich świa­tło słońca albo księ­życa od­zwier­cie­dlało - ważne dla wy­spiar­skiej spo­łecz­no­ści - zja­wi­ska astro­no­miczne. Dla­tego nie­któ­rzy na­zy­wają me­ga­lity te­le­sko­pami bez so­cze­wek, choć hi­sto­rycy od lat spie­rają się o prze­zna­cze­nie tych ka­mien­nych ko­lo­sów. Na Mal­cie naj­bar­dziej wy­szu­kany kształt mają te z Ta­rxien. W zdo­bio­nej mo­ty­wami spi­rali świą­tyni od­na­le­ziony zo­stał frag­ment pra­wie trzy­me­tro­wego po­sągu ko­biety o sze­ro­kich bio­drach i wą­skiej ta­lii.

Co wiemy o ar­ty­ście, który ją wy­rzeź­bił? Nic. Cy­wi­li­za­cja, która za­miesz­ki­wała Maltę, gwał­tow­nie znik­nęła z wy­spy około 2500 roku p.n.e., wła­śnie jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki. Była i na­gle jej już nie było. Miesz­kańcy ucie­kli? Wy­emi­gro­wali? Za­bra­kło im wody? Zo­stali za­ata­ko­wani przez wroga? Wy­mor­do­wani? Może kli­mat zmu­sił ich do opusz­cze­nia domu? Ar­che­olo­dzy ska­zani są je­dy­nie na do­my­sły i są wy­jąt­kowo ostrożni w wy­da­wa­niu opi­nii. Cztery i pół ty­siąca lat, które dzieli nas od tam­tych wy­da­rzeń, jest prze­pa­ścią, nad którą trudno zbu­do­wać ja­ki­kol­wiek po­most.

Nie­za­leż­nie jed­nak od przy­czyn znik­nię­cia bu­dow­ni­czych me­ga­li­tycz­nych świą­tyń mi­styka tam­tych cza­sów prze­trwała w po­mni­kach, ja­kie zo­sta­wili dla po­tom­no­ści. Wię­cej na­wet, na po­łu­dnio­wym wscho­dzie Malty i na są­sia­du­ją­cej z nią wy­spie Gozo znaj­dują się rów­nież dziwne rowki czy bruzdy wy­żło­bione w wa­pie­niu, przy­po­mi­na­jące ślady po ko­łach albo pło­zach o sta­łym roz­sta­wie. Do­cho­dzą do mo­rza w róż­nych miej­scach i prze­ci­nają się czę­sto na­wza­jem. Zda­niem jed­nych ba­da­czy zo­stały wy­żło­bione przez wozy cią­gnące wiel­kie bloki do bu­dowy świą­tyń, w opi­nii in­nych po­cho­dzą z cza­sów, kiedy na Mal­cie koło nie było jesz­cze znane, więc nie zro­biły ich wozy.

Może zo­stały wy­kute spe­cjal­nie, ale po co? Można wpa­try­wać się w nie ty­go­dniami i nie wy­my­ślić ni­czego sen­sow­nego. Tym bar­dziej, że na­strój pod­grze­wają au­to­rzy śle­dzący ślady ob­cej cy­wi­li­za­cji, któ­rzy twier­dzą, że rowki to pasy star­towe dla stat­ków ko­smicz­nych.

Czas tłu­ściut­kich bo­giń

W dzień wy­spa wy­gląda zu­peł­nie ina­czej niż pod­czas bu­rzo­wej nocy. Słońce wy­ostrza od­cie­nie wszech­obec­nego tu wa­pie­nia, pa­ste­lowe ściany do­mów za­trzy­mują cie­pło, od­da­jąc je do­piero przed za­pad­nię­ciem zmroku. Jest sie­lan­kowo, tu­ry­ści le­ni­wie wę­drują od za­bytku do za­bytku, od ka­wiarni do ka­wiarni. Cier­pli­wie cze­kają na wej­ście do naj­bar­dziej ob­le­ga­nych atrak­cji, grzeją się na pla­żach. Ho­tele roz­ło­żyły się na wy­brzeżu wy­spy, dla­tego stąd wszy­scy wy­ru­szają na pod­bój hi­sto­rii. A na Mal­cie hi­sto­ria jest wszę­dzie, w każ­dym ka­mie­niu, w każ­dej ce­gle.

W ma­lut­kiej Pa­oli, za­le­d­wie kilka ki­lo­me­trów od cen­trum Val­letty, sto­licy wy­spiar­skiego pań­stewka, i kil­ka­set me­trów od świą­tyń z Ta­rxien ta­jem­ni­cza cy­wi­li­za­cja wy­kuła nie­zwy­kłe pod­zie­mia. Ro­bot­nicy bu­dow­lani na­tra­fili na nie przez przy­pa­dek w 1899 roku. Od­kry­cie było utrzy­my­wane w ta­jem­nicy przez trzy lata. Em­ma­nuel Ma­gri, pierw­szy ba­da­jący ten kom­pleks ar­che­olog, zmarł na­gle dwa lata po roz­po­czę­ciu prac. Nie­stety, jego no­tatki bez­pow­rot­nie prze­pa­dły.

Co wia­domo na pewno? To, że od­krywcy tego miej­sca prze­bu­dzili w ko­mo­rach Hy­po­geum ?al-Sa­flieni (hy­po­geum to po ła­ci­nie pod­ziemne miej­sce peł­niące funk­cję gro­bowca albo miej­sca kultu) gli­nianą Śpiącą Damę. Nie­wielką, za­le­d­wie kil­ku­na­sto­cen­ty­me­trową, jed­nak o buj­nych kształ­tach i nie­na­tu­ral­nie po­tęż­nych bio­drach. Cięż­kie piersi osło­niła rów­nie du­żym ra­mie­niem, na dru­gim wsparła głowę. W prze­ci­wień­stwie do po­dob­nych fi­gu­rek nie była naga, jej kwit­nące ciało spo­wi­jała długa spód­nica.

Kim była? Ka­płanką? Bo­gi­nią płod­no­ści? Uoso­bie­niem Matki Ziemi? Co łą­czy ją z ogromną "ko­le­żanką" od­na­le­zioną w Ta­rxien?

Ma­rija Gim­bu­tas, uzna­wana za przed­sta­wi­cielkę ar­che­olo­gii fe­mi­ni­stycz­nej (gro­bo­wiec jej ro­dziny na cmen­ta­rzu Na Ros­sie w Wil­nie rów­nież przy­po­mina me­ga­lit), do­szła do wnio­sku, że w hy­po­geum mo­gły od­by­wać się ry­tu­ały zwią­zane z sym­bo­licz­nym od­ro­dze­niem. Być może pier­wotna cy­wi­li­za­cja Malty była oparta na ma­triar­cha­cie, na co wska­zuje - zda­niem pro­fe­sor Gim­bu­tas - roz­po­wszech­niony kult Wiel­kiej Matki, bo­gini płod­no­ści. To ko­biety rzą­dziły wy­spą, a po­twier­dzać to mają inne fi­gurki i po­sągi bo­giń o peł­nych pier­siach i krą­głych bio­drach od­na­le­zione w świą­ty­niach na wy­spie. Na Mal­cie na­wet me­ga­li­tyczne bu­do­wle zdają się mieć bujne, ko­biece kształty, a w ta­kich - jak wia­domo - naj­ła­twiej się za­gu­bić... Tym bar­dziej, że wy­spiar­ska re­pu­blika rze­czy­wi­ście po­ryta jest set­kami dziur, ko­ry­ta­rzy, tu­neli. Mięk­kie skały świet­nie na­dają się do drą­że­nia przejść, ma­ga­zy­nów, schro­nów i in­nych po­miesz­czeń. Ich prze­zna­cze­nie nie za­wsze jest do końca ja­sne.

W 1940 roku nad Eu­ropą prze­wa­lały się bu­rze dru­giej wojny świa­to­wej, a sierp­niowy nu­mer "Na­tio­nal Geo­gra­phic" dru­ko­wał re­por­taż z Malty pióra Ri­charda Wal­tera. "Lata temu można było przejść tu­ne­lami z jed­nego końca wy­spy na drugi, jed­nak rząd ka­zał za­sy­pać wej­ścia z po­wodu tra­ge­dii. Pod­czas szkol­nej wy­cieczki [...] grupa dzieci wraz z na­uczy­cie­lami ze­szła do tego pod­ziem­nego la­bi­ryntu i już ni­gdy nie wró­ciła. Ty­go­dniami matki miały sły­szeć za­wo­dze­nie i krzyki z ka­ta­kumb. Ale ko­lejne wy­kopy i po­szu­ki­wa­nia nie przy­nio­sły efektu, nie było na­wet śladu za­gi­nio­nych. Po trzech ty­go­dniach za­prze­stano ak­cji ra­tun­ko­wej, zo­sta­wia­jąc dzieci na pewną śmierć" - re­la­cjo­no­wał dzien­ni­karz.

Na­tio­nal Geo­gra­phic

"Na­tio­nal Geo­gra­phic" sły­nie z rze­tel­no­ści, a Ri­chard Wal­ter nie miał po­wodu, żeby co­kol­wiek prze­ina­czać. Po­tem ktoś się do­li­czył, że grupa skła­dała się z trzy­dzie­stu osób i na li­nach zje­chała do hy­po­geum. Za­gi­niona klasa to jakby po­wtórka z Pik­niku pod Wi­szącą Skałą, mroczne przy­po­mnie­nie hi­sto­rii z 1900 roku, kiedy w Dzień Świę­tego Wa­len­tego dziew­częta z au­stra­lij­skiej pen­sji pani Ap­pley­ard wy­brały się na pik­nik, z któ­rego nie wró­ciły już w kom­ple­cie. Za­gi­nęły w ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach, teo­rii na te­mat tam­tych wy­da­rzeń było zaś kilka. Od po­rwa­nia lub mor­der­stwa, upro­wa­dze­nia przez po­za­ziem­ską cy­wi­li­za­cję, do przej­ścia przez wrota czasu ukryte gdzieś pod górą. Pen­sjo­na­riuszki, które prze­żyły, nie mo­gły na­wet być świad­kami, po­nie­waż pod Wi­szącą Skałą wpa­dły w ro­dzaj ka­ta­lep­sji, snu, z któ­rego z tru­dem się prze­bu­dziły. Ale otwarta prze­strzeń to prze­cież nie wy­drą­żony w pia­skowcu kom­pleks. Zejdźmy więc do Hy­po­geum ?al-Sa­flieni, żeby prze­ko­nać się, czy rze­czy­wi­ście można się w nim zgu­bić.

Naj­pierw kilka en­cy­klo­pe­dycz­nych fak­tów.

Mal­tań­skie hy­po­geum - je­dyny znany przy­kład pod­ziem­nej bu­do­wli po­cho­dzą­cej z epoki brązu, wy­drą­żone zo­stało w ska­łach wa­pien­nych i jest obiek­tem wpi­sa­nym na Li­stę świa­to­wego dzie­dzic­twa UNE­SCO. Struk­tura bu­do­wli sięga 11 me­trów w głąb ziemi, ma trzy po­ziomy i około pię­ciu­set me­trów kwa­dra­to­wych po­wierzchni. Nie­stety, zwie­dza­jący nie oglą­dają ca­ło­ści, co już wzbu­dza po­dejrz­li­wość wy­znaw­ców spi­sko­wych teo­rii. Nie wolno tu także ro­bić zdjęć, a zdo­by­cie bi­letu w se­zo­nie tu­ry­stycz­nym może nie gra­ni­czy z cu­dem, ale kosz­tuje sporo wy­siłku. Dzien­nie wpusz­cza­nych jest tu je­dy­nie osiem­dzie­siąt osób.

Naj­pierw wcho­dzimy do za­da­szo­nej, naj­star­szej czę­ści, "pierw­szego pię­tra" bu­do­wli. Po­wstało przez wy­ko­rzy­sta­nie na­tu­ral­nych za­głę­bień i pie­czar, które bu­dow­ni­czy po pro­stu do­sto­so­wali do swo­ich ce­lów. Po­tem scho­dzili w dół, być może roz­sze­rza­jąc ja­kąś na­tu­ralną ja­ski­nię. Niż­sze po­ziomy są znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wane, two­rzą la­bi­rynt ko­mór, ko­ry­ta­rzy i wnęk, wy­cio­sa­nych ka­mien­nymi mło­tami i ki­lo­fami z rogu je­le­nia. W rze­czy­wi­sto­ści nie ro­bią aż tak ogrom­nego wra­że­nia jak na zdję­ciach, ale je­żeli po­my­śleć, że ty­siące lat temu czy­jeś twarde dło­nie z po­świę­ce­niem, bez zna­nych nam dzi­siaj na­rzę­dzi, cier­pli­wie kuły kom­natę za kom­natą, to trzeba przy­znać, że miej­sce to warte jest cho­ciaż chwili za­dumy. Na środ­ko­wym "pię­trze" ar­che­olo­dzy od­na­leźli pra­wie trzy­dzie­ści ty­sięcy ludz­kich szcząt­ków. Były wśród nich czaszki o nie­na­tu­ral­nie wy­dłu­żo­nych cze­re­pach, które zo­stały prze­ka­zane do mu­zeum w Val­let­cie, ale rze­komo za­gi­nęły. W 1985 roku ich tro­pem po­dą­żyli dwaj ba­da­cze z Malty, któ­rym udało się zro­bić zdję­cia dzi­siaj pu­bli­ko­wane na wszyst­kich stro­nach in­ter­ne­to­wych o ob­cych cy­wi­li­za­cjach.

Jed­nak hy­po­geum w Pa­oli to nie tylko gro­bo­wiec, to rów­nież świą­ty­nia, w któ­rej od­by­wały się dziś trudne do od­gad­nię­cia ry­tu­ały. Żywi spo­ty­kali się tu­taj ze zmar­łymi.

Hi­sto­rycy za­prze­czają, że hy­po­geum miało jesz­cze ko­lejne pod­ziemne po­ziomy. Miesz­kańcy wy­spy uśmie­chają się, słu­cha­jąc o za­gu­bio­nej w pod­zie­miach kla­sie. Przy­po­mi­nają rów­no­cze­śnie cy­tat z Nie­tz­schego, że kiedy zbyt długo pa­trzysz w cze­luść, ona za­czyna pa­trzyć na cie­bie. Wszy­scy tu znają opu­bli­ko­wany w "Bor­der­land Science" ar­ty­kuł pra­cow­nicy an­giel­skiej am­ba­sady Lois Jes­sup, która na­gle przy­po­mniała so­bie, że na kilka ty­go­dni przed za­gi­nię­ciem dzieci była w hy­po­geum i za zgodą nieco wy­stra­szo­nego prze­wod­nika do­tarła w miej­sce nie­do­stępne tu­ry­stom. Tam zo­ba­czyła dwa­dzie­ścia (tylko jak je tak szybko po­li­czyła?) nie­na­tu­ral­nie wy­so­kich po­staci, które przy­zy­wały ją ku so­bie ge­stem dłoni. Ko­bieta prze­ra­ziła się tak bar­dzo - spo­tka­niu to­wa­rzy­szyły silne po­wiewy wia­tru, czuła rów­nież czyjś "śli­ski do­tyk" - że wy­co­fała się na­tych­miast z tego prze­ra­ża­ją­cego po­miesz­cze­nia i ani pi­snęła ko­le­gom o swo­jej przy­go­dzie. Wy­mie­niła je­dy­nie po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie z prze­wod­ni­kiem, który od­ra­dzał jej odłą­cze­nie się od grupy. Tę wy­mianę spoj­rzeń pod­chwy­cili ba­da­cze al­ter­na­tyw­nej hi­sto­rii z ca­łego świata, do­szu­ku­jąc się na Mal­cie ob­cych z in­nych pla­net bądź in­nych wy­mia­rów, du­chów zmar­łych uwię­zio­nych w hy­po­geum lub rasy lu­dzi węży. A prze­cież i bez tych sen­sa­cji ?al Sa­flieni jest ab­so­lut­nym wy­jąt­kiem.

Na środ­ko­wym po­zio­mie kom­pleksu, nie­malże w jego sercu, znaj­duje się ko­mora na­zy­wana Miej­scem Naj­święt­szym. Zo­stała tak za­pro­jek­to­wana, że w dniu prze­si­le­nia zi­mo­wego wscho­dzące słońce mo­gło wpa­dać przez wej­ście, po­dob­nie jak w wielu in­nych świą­ty­niach na Mal­cie, a po­tem oświe­tlać przez chwilę dal­sze czę­ści pod­ziemi. Jedna z teo­rii mówi, że pod­ziemne kom­naty mo­gły być rów­nież sank­tu­arium, w któ­rym prze­po­wia­dana była przy­szłość. W Kom­na­cie Wy­roczni od­kryte zo­stały za­dzi­wia­jące wła­sno­ści aku­styczne. W prze­wiew­nym pół­mroku każde słowo sły­szalne jest w ca­łej świą­tyni. Można so­bie tylko wy­obra­zić, jak przed ty­sią­cami lat słowa szep­tane przez wy­rocz­nię od­dzia­ły­wały na zgro­ma­dzo­nych tu lu­dzi. Mówi się wręcz, że pod­ziemna struk­tura, ni­czym wielki dzwon, ku­mu­luje fale aku­styczne. Mal­tań­ski kom­po­zy­tor Ru­ben Za­hra wraz z ba­da­czami z Włoch udo­wod­nił na­wet, że w Kom­na­cie Wy­roczni przy czę­sto­tli­wo­ści stu dzie­się­ciu her­ców wy­stę­puje re­zo­nans, co po­krywa się z war­to­ściami ba­dań dźwięku w wielu in­nych sta­ro­żyt­nych bu­dow­lach na świe­cie, na przy­kład w gro­bowcu New­grange w Ir­lan­dii. We­dług dok­tora Ro­berta Jahna z Uni­wer­sy­tetu Prin­ce­ton ta­kie pa­ra­me­try aku­styczne uzy­skane zo­stały przez sta­ranne do­pa­so­wa­nie kształtu i wy­mia­rów sali do ma­te­riału skały, w któ­rej ją wy­kuto. Jedna z teo­rii, którą przed­sta­wili Pa­olo De­ber­to­lis i Nic­colo Bi­sconti z uni­wer­sy­te­tów w Trie­ście i w Sie­nie, mówi, że ko­mora zo­stała tak zbu­do­wana, by stwo­rzyć aku­stykę, która mo­głaby wpły­wać na psy­chikę lu­dzi i wzma­gać, być może, mi­styczne do­świad­cze­nia pod­czas ry­tu­ałów. Po­twier­dził to dok­tor Ian Cook z Uni­wer­sy­tetu Ka­li­for­nij­skiego, do­wo­dząc, że dźwięk o czę­sto­tli­wo­ści stu dzie­się­ciu her­ców pod­wyż­sza po­ziom em­pa­tii, do­bre sa­mo­po­czu­cie i to­wa­rzy­skość słu­cha­czy.

Lu­dzie, któ­rzy przy­by­wali do hy­po­geum, pod­da­wani byli więc bodź­com wpły­wa­ją­cym na ich za­cho­wa­nie. Ciem­ność, bli­skość in­nych, na­strój ta­jem­ni­czo­ści - to wszystko w po­łą­cze­niu z ry­tu­ałem (tylko ja­kim?), który wła­śnie był od­pra­wiany w pod­zie­miach, mu­siało ro­bić w tam­tych cza­sach pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Już współ­cze­śnie w hy­po­geum prze­pro­wa­dzono eks­pe­ry­ment, pod­czas któ­rego w pod­zie­miach pusz­czane były z re­je­stra­to­rów cy­fro­wych śpiewy oraz dźwięki, które mo­gły być two­rzone przez in­stru­menty mu­zyczne uży­wane w okre­sie od 4000 do 2500 lat p.n.e.

Oka­zało się, że mę­ski głos osią­gał re­zo­nans przy czę­sto­tli­wo­ściach stu czter­na­stu oraz od sześć­dzie­się­ciu ośmiu do sie­dem­dzie­się­ciu her­ców. Zu­peł­nie po­do­bny efekt osią­gał bę­ben uży­wany w prak­ty­kach sza­mań­skich, któ­rego dźwięk wy­wo­ły­wał re­zo­nans przy tych sa­mych czę­sto­tli­wo­ściach. Ko­biecy głos na­to­miast re­zo­nansu w pod­ziem­nej świą­tyni nie daje... Kto i dla­czego za­dbał o taki efekt po­nad pięć ty­sięcy lat temu?

Czas wszyst­kich świę­tych

Na za­chod­nim wy­brzeżu wy­spy Malta leży nie­wielki Ra­bat. Na­stro­jowe, za­byt­kowe mia­steczko kryje pod­zie­mia, które - choć po­wstały w zu­peł­nie in­nym cza­sie niż słynne hy­po­geum - nieco je przy­po­mi­nają. Tu­taj w sprawy wmie­szało się już chrze­ści­jań­stwo, a wła­ści­wie św. Pa­weł z Tarsu, który wpro­wa­dził je na wy­spie.

Jak zna­lazł się na Mal­cie? Na­wró­cony fa­ry­ze­usz zo­stał oskar­żony przez Ży­dów z pro­win­cji Azji o prze­ciw­sta­wia­nie się in­sty­tu­cjom ży­dow­skim. Zo­stał aresz­to­wany w Je­ro­zo­li­mie przez przed­sta­wi­ciela rzym­skiego na­miest­nika i po wielu za­wi­ro­wa­niach po­sta­no­wił od­wo­łać się do sa­mego ce­zara. Ru­szył, a wła­ści­wie zo­stał prze­trans­por­to­wany do Rzymu (spo­tkamy się z nim wła­śnie w roz­dziale o pod­zie­miach Wiecz­nego Mia­sta). W 60 roku n.e. sta­tek, na któ­rym wraz z dwu­stoma sie­dem­dzie­się­ciu trzema in­nymi oso­bami pły­nął przy­szły święty, tra­fił na sztor­mową po­godę po­mię­dzy Kretą a sto­licą ce­sar­stwa. Można oczy­wi­ście przejść obo­jęt­nie obok tej hi­sto­rii, ale wy­star­czy tro­chę wy­ob­raźni, żeby zo­ba­czyć lu­dzi mio­ta­nych przez fale, pły­ną­cych po nie­okieł­zna­nych wo­dach, wal­czą­cych z ży­wio­łem.

W Dzie­jach Apo­stol­skich opi­sał to św. Łu­kasz, wierny to­wa­rzysz Pawła Apo­stoła.

"Kiedy za­pa­dła czter­na­sta noc, a nas rzu­cało po Ad­ria­tyku, zda­wało się około pół­nocy że­gla­rzom, że zbli­żają się do ja­kie­goś lądu. [...] Gdy dzień na­stał, nie roz­po­znali lądu, wi­dzieli jed­nak ja­kąś za­tokę o pła­skim wy­brzeżu, do któ­rego chcieli - je­śliby się dało - do­pro­wa­dzić okręt. Po­od­ci­nali ko­twice i zo­sta­wili je w mo­rzu. Rów­no­cze­śnie roz­luź­nili wią­za­nia ste­rowe, na­sta­wili pod wiatr przedni ża­giel i zmie­rzali ku brze­gowi. Wpa­dli jed­nak na mie­li­znę i osa­dzili na niej okręt. Dziób okrętu za­rył się i po­zo­stał nie­ru­chomy, a rufa za­częła się roz­pa­dać pod na­po­rem fal. Żoł­nie­rze po­sta­no­wili po­za­bi­jać więź­niów, aby który nie uciekł po do­pły­nię­ciu do brzegu. Lecz set­nik, chcąc oca­lić Pawła, prze­szko­dził ich za­mia­rowi. Roz­ka­zał, aby ci, co umieją pły­wać, sko­czyli pierwsi do wody i wy­szli na brzeg, po­zo­stali zaś [do­pły­nęli] jedni na de­skach, a dru­dzy na reszt­kach okrętu. W ten spo­sób wszy­scy cało zna­leźli się na lą­dzie".

Su­rowa, ka­mie­ni­sta wy­spa przy­jęła ich go­ścin­nie, choć nie za­bra­kło dra­ma­tycz­nych zwro­tów ak­cji.

"Tu­bylcy oka­zy­wali nam nie­spo­ty­kaną życz­li­wość; roz­pa­lili ogni­sko i zgro­ma­dzili nas wszyst­kich przy nim, bo za­czął pa­dać deszcz i zro­biło się zimno" - pi­sze św. Łu­kasz. "Kiedy Pa­weł na­zbie­rał wielką na­ręcz chru­stu i na­ło­żył do ognia, żmija, która wy­peł­zła na sku­tek go­rąca, ucze­piła się jego ręki. Gdy tu­bylcy zo­ba­czyli gada, wi­szą­cego u jego ręki, mó­wili je­den do dru­giego: "Ten czło­wiek jest na pewno mor­dercą, bo choć wy­szedł cało z mo­rza, bo­gini ze­msty nie po­zwala mu żyć". On jed­nak strzą­snął gada w ogień i nic nie ucier­piał. Tamci spo­dzie­wali się, że opuch­nie albo na­gle pad­nie tru­pem. Lecz gdy długo cze­kali i wi­dzieli, że nie stało mu się nic złego, zmie­niw­szy zda­nie mó­wili, że jest bo­giem".

Pa­weł zo­stał na Mal­cie trzy mie­siące, za­miesz­kał w nie­wiel­kiej gro­cie i jak to bywa w zwy­czaju świę­tych, roz­po­czął na­wra­ca­nie miesz­kań­ców wy­spy na chrze­ści­jań­stwo. Przy­po­mi­nał, że: "Mi­łość cier­pliwa jest, ła­skawa jest. Mi­łość nie za­zdro­ści, nie szuka po­kla­sku, nie unosi się py­chą; nie jest bez­wstydna, nie szuka swego, nie unosi się gnie­wem, nie pa­mięta złego; nie cie­szy się z nie­spra­wie­dli­wo­ści, lecz współ­we­seli się z prawdą". Na­ło­że­niem rąk w cu­do­wny spo­sób uzdra­wiał rów­nież cho­rych, w tym ojca rzym­skiego na­miest­nika Malty, Pu­bliu­sza. Sam Pu­bliusz sta­nął po­tem na czele pierw­szej spo­łecz­no­ści chrze­ści­jan, jaka za­wią­zała się na wy­spie. Grota stała się na­to­miast ce­lem piel­grzy­mek.

W 1600 roku hisz­pań­ski ere­mita Juan Be­ne­gas de Cor­dova ku­pił par­celę po­ło­żoną w są­siedz­twie mal­tań­skiej sie­dziby św. Pawła, za­czy­na­jąc, już na wielką skalę, kult świę­tego. Sie­dem lat póź­niej prawa do groty zo­stały prze­ka­zane Su­we­ren­nemu Ry­cer­skiemu Za­ko­nowi Szpi­tal­ni­ków Świę­tego Jana, czyli Za­ko­nowi Mal­tań­skiemu, który do­strzegł w po­sia­da­niu tak uni­ka­to­wego miej­sca nie tylko wa­lory re­li­gijne, ale i ko­rzy­ści po­li­tyczne. Ry­ce­rze w ha­bi­tach, znani rów­nież jako jo­an­nici, mieli ogromny po­ten­cjał mi­li­tarny i po­tężną flotę wo­jenną. Na Mal­cie osie­dlili się w 1530 roku, a pod­czas Wiel­kiego Ob­lę­że­nia w 1565 roku sku­tecz­nie obro­nili wy­spę przed ata­kiem Su­lej­mana Wspa­nia­łego, wy­bit­nego władcy im­pe­rium osmań­skiego. Do­wódcą wojsk mal­tań­skich był wtedy wielki mistrz Jean de La Val­lette, od któ­rego na­zwę wzięła sto­lica współ­cze­snej Malty - Val­letta. W 1617 roku wiel­kim mi­strzem za­konu był Alof de Wi­gna­co­urt. To za jego zgodą za­kon po­wo­łał Ka­pi­tułę Ka­no­ni­ków Ko­le­giaty Groty św. Pawła Apo­stoła, przez co opieka nad grotą św. Pawła na­brała nie tylko sfor­ma­li­zo­wa­nego cha­rak­teru, ale i roz­ma­chu. Sto­jący nad nią ko­ściół św. Pawła zo­stał po­więk­szony, obok zaś sta­nął pa­łac ka­pe­la­nów i ka­wa­le­rów mal­tań­skich, w któ­rym obec­nie znaj­duje się Mu­zeum Wi­gna­co­urt.

Jesz­cze w III wieku n.e. w są­siedz­twie groty po­wstał la­bi­rynt pod­ziem­nych rzym­skich, wcze­sno­chrze­ści­jań­skich i pu­nic­kich gro­bow­ców. Wiele z nich prze­trwało do dziś. Po­nie­waż były wy­ko­rzy­sty­wane rów­nież w póź­niej­szych cza­sach, ich cha­rak­ter z cza­sem się zmie­niał. Naj­pierw jed­nak przejdźmy kil­ka­set me­trów uli­cami Ra­batu do ka­ta­kumb św. Pawła i św. Agaty, które są dziś przy ulicy św. Agaty. Daw­niej były to obrzeża Mdiny, rzym­skiej sto­licy Malty. Grze­ba­nie zmar­łych w ob­rę­bie mu­rów było za­bro­nione. Na­zwa ne­kro­po­lii wzięła się z le­gendy, że ka­ta­kumby nie­gdyś były po­łą­czone z grotą św. Pawła. Nie ma w tym prawdy, choć na po­dziu­ra­wio­nej Mal­cie wszystko wy­daje się moż­liwe.

Miej­scowy hi­sto­ryk Jo­seph Mi­cal­lef za­biera nas w miej­sce, które wy­gląda jak cmen­tarz, nie dla lu­dzi jed­nak, a dla do­mów. Z wy­schnię­tej ziemi, jakby kieł­ko­wały pod spodem, wy­cho­dzą nie­wiel­kie daszki i wą­skie przej­ścia, bramy do pod­ziem­nego świata. Ten świat jest duszny, na­wet nie mroczny, ale bar­dzo skom­pli­ko­wany, trudno ro­ze­znać się w wy­ku­tych nie­re­gu­lar­nie ko­ry­ta­rzach i ko­mo­rach, które cza­sem są nie­wiel­kie, a cza­sem tak duże, że mie­ści się w nich coś w ro­dzaju wy­ku­tego w skale stołu (agape).

- Ro­dzina zmar­łego mo­gła tu spo­żyć po­si­łek w cza­sie Święta Zmar­łych - tłu­ma­czy Jo­seph.

- Mu­siał tu pa­no­wać okropny smród? - py­tamy, bo trudno o to nie za­py­tać. Kli­mat jest cie­pły, po­miesz­cze­nia nieco klau­stro­fo­biczne, mo­gły tu le­żeć setki ciał.

- Z całą pew­no­ścią. - Jo­seph nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Prze­ci­skamy się przez ko­lejną szcze­linę, żeby dojść do miej­sca po­chówku le­ka­rza. Na ta­blicy, która leży w tym miej­scu, wy­ryte zo­stały na­rzę­dzia chi­rur­giczne. W in­nej czę­ści ka­ta­kumb roz­po­zna­jemy na ścia­nie me­norę.

Pod­zie­mia two­rzą nie­kiedy więk­sze ze­społy, wi­dać wtedy ka­mienne "skrzy­nie" wy­kute jedna przy dru­giej, cza­sem są to po­je­dyn­cze ko­mory gro­bowe. Zmar­łych cho­wano tu do IV wieku n.e. Dziś ta ne­kro­po­lia uwa­żana jest za naj­star­szą z cza­sów pa­no­wa­nia Rzy­mian na Mal­cie oraz naj­star­szy i naj­waż­niej­szy ar­che­olo­giczny do­wód na ist­nie­nie chrze­ści­jań­stwa na wy­spie. Ten świat zmar­łych może wy­da­wać się od­le­gły i nie­rze­czy­wi­sty, ale kiedy w pa­wi­lo­nie przy ka­ta­kum­bach oglą­damy przed­mioty zna­le­zione w gro­bach, na­gle ci, któ­rzy ode­szli, stają przed oczami, jakby wciąż cho­dzili mal­tań­skimi uli­cami.

Za­bawki, gli­niane ko­gu­ciki wkła­dano do gro­bów dzieci. Jeźdźcy na ko­niach sym­bo­li­zują boga Mi­trę, któ­rego Rzy­mia­nie iden­ty­fi­ko­wali ze sło­necz­nym He­lio­sem. Dzbany słu­żące do prze­cho­wy­wa­nia na­po­jów i je­dze­nia po­zo­sta­wiano w ka­ta­kum­bach jako sym­bol bo­gac­twa zmar­łych. Misy, z któ­rych ża­łob­nicy spo­ży­wali po­si­łek pod­czas po­grzebu. I w końcu śliczne bu­te­leczki na won­no­ści, które miały za­ma­sko­wać odór śmierci bądź zbie­rać łzy po­zo­sta­wio­nych sa­mot­nie bli­skich...

Czas wiel­kiej wojny

Prze­wrot­nie można po­wie­dzieć, że po­ło­że­nie Malty sta­wia ten nie­wielki kraj w wy­jąt­kowo trud­nym po­ło­że­niu. Przez całą hi­sto­rię wy­spy za­wsze był ktoś, kto ro­bił na nią za­kusy. W IX wieku p.n.e. sko­lo­ni­zo­wali ją Fe­ni­cja­nie, któ­rzy przy­byli z te­re­nów obej­mu­ją­cych dzi­siej­szy Li­ban, za­chod­nią Sy­rię i pół­nocny Izrael. W 218 roku p.n.e. Malta stała się czę­ścią Re­pu­bliki Rzym­skiej, a po­tem ce­sar­stwa. W IX wieku n.e. wy­spę pod­bili Ara­bo­wie, na­stęp­nie była czę­ścią Sy­cy­lii, na­le­żała do jo­an­ni­tów, któ­rzy pod­dali ją po trzech wie­kach Na­po­le­onowi, w końcu zna­la­zła się pod rzą­dami bry­tyj­skimi. Te czę­sto gwał­towne zmiany wpły­nęły na wy­jąt­kowo ory­gi­na­lny ję­zyk tego kraju, a także jego ar­chi­tek­turę. Bo tam, gdzie ktoś cią­gle ata­kuje, ktoś musi się bez prze­rwy bro­nić.

Miesz­kań­com Malty naj­bar­dziej we znaki dała się druga wojna świa­towa. Stra­te­giczne po­ło­że­nie wy­spy, która w tym cza­sie znaj­do­wała się pod rzą­dami bry­tyj­skimi, miało fun­da­men­talne zna­cze­nie dla wojny mię­dzy alian­tami a si­łami eks­pe­dy­cyj­nymi Afrika Korps feld­mar­szałka Er­wina Rom­mla w pół­noc­nej Afryce. Dla Niem­ców zdo­by­cie bądź wy­eli­mi­no­wa­nie Malty z dzia­łań na Mo­rzu Śród­ziem­nym było klu­czem do kon­troli sy­tu­acji w Afryce. Bry­tyj­ski pre­mier Win­ston Chur­chill na­zwał wy­spę nie­za­ta­pial­nym lot­ni­skow­cem, bo stąd siły po­wietrzne Wiel­kiej Bry­ta­nii ata­ko­wały zmie­rza­jące do od­dzia­łów Rom­mla kon­woje. Trze­cia Rze­sza od­po­wie­działa z całą bez­względ­no­ścią, Malta stała się jed­nym z naj­in­ten­syw­niej nisz­czo­nych re­jo­nów w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej. W ciągu za­le­d­wie dwóch lat zo­stała zbom­bar­do­wana przez Niem­ców i Wło­chów po­nad trzy ty­siące razy! Nie było więc wyj­ścia, kto chciał prze­żyć, mu­siał zejść do pod­ziemi.

Wła­śnie w tym cza­sie ka­ta­kumby przy gro­cie św. Pawła w Ra­ba­cie, pod Wi­gna­co­urt zo­stały wy­ko­rzy­stane na schrony dla lud­no­ści cy­wil­nej. Pod miej­scami po­chówku po­wstało po­nad pięć­dzie­siąt ko­mór, z któ­rych każda po­mie­ścić mo­gła jedną, dwie ro­dziny. Mal­tań­ski rząd wy­ko­nał je­dy­nie główne ko­ry­ta­rze schronu, po­miesz­cze­nia fi­nan­so­wali sami miesz­kańcy wy­spy. Bied­niejsi człon­ko­wie spo­łecz­no­ści byli zdani na sie­bie i siłę wła­snych rąk, naj­za­moż­niejsi zle­cali ro­bot­ni­kom wy­ko­na­nie kom­nat ozdo­bio­nych or­na­men­tami i ka­fel­kami z te­ra­koty. Uro­bek skalny po­zy­ski­wany w cza­sie bu­dowy schronu skła­do­wany był w znaj­du­ją­cych się po­nad nim ka­ta­kum­bach. W ten spo­sób two­rzyła się "po­duszka", która amor­ty­zo­wała ener­gię wy­bu­chu spa­da­ją­cych bomb.

Wie­lo­dniowy nie­raz po­byt w klau­stro­fo­bicz­nych pod­zie­miach nie wpły­wał do­brze na psy­chikę miesz­kań­ców. Ży­cie w za­mknię­ciu, w cią­głym na­pię­ciu, na­wet na te­ra­ko­to­wych płyt­kach, mu­siało być dla nich kosz­ma­rem. Za­moż­niejsi Mal­tań­czycy ra­dzili so­bie z tą trudną co­dzien­no­ścią, in­sta­lu­jąc drzwi, wy­godne ume­blo­wa­nie, a na­wet ener­gię elek­tryczną. Po­zo­stałe po­miesz­cze­nia wy­po­sa­żone były tylko w pod­sta­wowe przed­mioty i oświe­tlane oliw­nymi lam­pami. Szczę­śli­wie na oko­lice Ra­batu i Mdiny nie spa­dło - w po­rów­na­niu z in­nymi mia­stami wy­spy - wiele bomb. Dla miesz­kań­ców jed­nak, któ­rzy utra­cili domy, pod­zie­mia po­zo­stały na dłuż­szy czas je­dy­nym schro­nie­niem.

Joe Bu­geja we wspo­mnie­niach opu­bli­ko­wa­nych w "Ti­mes of Malta" w 2015 roku opi­suje ży­cie w bun­krach. Po­cząt­kowo miesz­kał z bra­tem w tu­nelu ko­le­jo­wym za­mie­nio­nym na schron.

"Fa­talne wa­runki sa­ni­tarne sprzy­jały cho­ro­bom. Po ty­go­dnio­wym po­by­cie pod zie­mią ma­rzy­li­śmy, aby być znów w domu. Przy­ja­ciółka ro­dziny wy­świad­czyła mo­jej matce przy­sługę: po­zwo­liła nam, chłop­com, spać na jej pię­tro­wym łóżku. Rzadko kiedy spa­li­śmy spo­koj­nie. Wszystko nas swę­działo i dra­pa­li­śmy się bez­u­stan­nie, na­sze ciała po­kry­wały za­dra­pa­nia i rany. [...] Oj­ciec, po­dob­nie jak jego brat, zde­cy­do­wał się na wy­ko­pa­nie pry­wat­nego schronu. Nie był jed­nak na­wy­kły do tak cięż­kiej pracy i ku­cie ko­ry­ta­rza w li­tej skale oka­zało się po­nad jego siły. Za­trud­nił do­świad­czo­nego ro­bot­nika, ale i ten pod­dał się po kilku dniach. Skała była tak twarda, że przy ude­rze­niu spod ki­lofa try­skały snopy iskier. Z po­mocą przy­szedł brat ojca, przy­gar­nia­jąc nas do sie­bie. Mo­gli­śmy żyć w kom­for­to­wych wa­run­kach i co naj­waż­niej­sze grać z ku­zy­nami w piłkę".

Jo­seph Mi­cal­lef opo­wiada, że o ile Niemcy byli bez­względni, to wło­skie sa­mo­loty wy­rzu­cały ła­du­nek bli­sko brzegu, jakby chcąc oszczę­dzić miesz­kań­ców wy­spy. Tak przy­naj­mniej pa­mię­tają to nie­któ­rzy starsi lu­dzie, cho­ciaż oczy­wi­ście wszy­scy pa­trzyli z trwogą w niebo.

W tym sa­mym cza­sie w Val­let­cie, sto­licy Malty, ge­ne­ra­ło­wie wojsk sprzy­mie­rzo­nych ob­my­ślali plany zgnie­ce­nia III Rze­szy. W 1941 roku pod pięć­dzie­się­cio­me­trową war­stwą skał po­wstał su­per­tajny kom­pleks schro­nów na­zwany La­sca­ris War Ro­oms, czyli Kwa­tera Wo­jenna La­sca­risa.

Kim był La­sca­ris? Fran­cuz Jean Paul de La­sca­ris w XVII wieku peł­nił funk­cję wiel­kiego mi­strza jo­an­ni­tów. Za jego cza­sów po­wstał ba­stion, na któ­rym znaj­dują się Górne Ogrody Bar­rakka, pu­bliczne ogrody, które są­sia­dują z ar­ty­le­ryj­ską Ba­te­rią Po­wi­talną mia­sta. To praw­do­po­dob­nie naj­star­sza wciąż dzia­ła­jąca i uży­wana ba­te­ria dział na świe­cie. Sze­reg ośmiu trzy­dzie­sto­dwu­fun­to­wych dział spo­gląda w kie­runku za­toki, któ­rej nie­gdyś bro­nił, za nią zaś wi­dać mia­sto. To jedno z naj­pięk­niej­szych miejsc na wy­spie. Do­dat­kową atrak­cją jest no­wo­cze­sna winda, która w ciągu dwu­dzie­stu trzech se­kund po­ko­nuje róż­nicę pięć­dzie­się­ciu ośmiu me­trów wy­so­ko­ści po­mię­dzy ta­ra­sami a przy­sta­nią pro­mową, która leży po­ni­żej. Sie­dząc przy fon­tan­nie, któ­rej kro­ple skrzą się w tańcu ze słoń­cem, trudno so­bie wy­obra­zić czasy dru­giej wojny świa­to­wej i pracę w kwa­te­rze La­sca­risa, która znaj­duje się do­kład­nie pod sto­pami spa­ce­ro­wi­czów zwie­dza­ją­cych Górne Ogrody Bar­rakka.

Bu­dowa La­sca­ris War Ro­oms trwała dwa lata. Na czas wojny miej­sce było kwa­terą główną do­wódz­twa sił sprzy­mie­rzo­nych na Mo­rzu Śród­ziem­nym. Ich do­wódcą był ge­ne­rał ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych Dwi­ght Eisen­ho­wer. Wraz z ad­mi­ra­łem An­drew Cun­nin­gha­mem, mar­szał­kiem Ber­nar­dem Mont­go­me­rym i do­wódcą RAF-u Ar­thu­rem Ted­de­rem kie­ro­wał stąd Ope­ra­cją Hu­sky, czyli in­wa­zją alian­tów na Sy­cy­lię, a na­stęp­nie lą­do­wa­niem alian­tów we Wło­szech.

Kwa­tera Wo­jenna La­sca­risa była ko­pią cen­trum do­wo­dze­nia Kró­lew­skich Sił Lot­ni­czych w Nor­tholt w bry­tyj­skim hrab­stwie Mid­dle­sex, gdzie po­wstało pierw­sze w hi­sto­rii zin­te­gro­wane cen­trum do­wo­dze­nia po­wietrz­nej obrony kraju, tak zwany Do­wding Sys­tem.

Po­le­gał on na ana­li­zie sy­tu­acji po­wietrz­nej na te­re­nie ca­łego kraju, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem po­ło­że­nia wszyst­kich sa­mo­lo­tów wroga, ja­kie zna­la­zły się w bro­nio­nej prze­strzeni po­wietrz­nej. Po­my­sło­dawcą sys­temu obrony był je­den z do­wód­ców RAF-u, mar­sza­łek i do­wódca sił po­wietrz­nych sir Hugh Do­wding. Opra­co­wany przez niego sys­tem do­wo­dze­nia łą­czył in­for­ma­cje z ra­da­ro­wych sys­te­mów wcze­snego ostrze­ga­nia w ca­łym kraju i od sieci wo­lon­ta­riu­szy z or­ga­ni­za­cji obron­nej Royal Ob­se­rver Corps, któ­rzy ob­ser­wo­wali niebo nad An­glią. Dzięki łącz­no­ści te­le­fo­nicz­nej do cen­trum do­wo­dze­nia Do­wdinga na­pły­wały setki do­nie­sień z ca­łego kraju. Każdy za­ob­ser­wo­wany bądź wy­kryty przez sta­cje ra­da­rowe i my­śliwce pa­tro­lu­jące prze­strzeń po­wietrzną sa­mo­lot wroga na­no­szony był na wielką mapę. W ten spo­sób ko­or­dy­na­to­rzy obrony mieli rze­czy­wi­sty ob­raz sy­tu­acji na te­ry­to­rium ca­łego kraju. Prze­wi­du­jąc na tej pod­sta­wie za­mie­rze­nia prze­ciw­nika, można było okre­ślić nie­mal każde jego po­su­nię­cie i sko­or­dy­no­wać obronę.

Sys­tem Do­wdinga oka­zał się tak sku­teczny, że wy­sy­łane do walki sa­mo­loty na­tra­fiały na prze­ciw­nika w nie­mal stu pro­cen­tach mi­sji bo­jo­wych. Było to bar­dzo efek­tywne dzia­ła­nie w sy­tu­acji, gdy od­cięta od do­staw pa­liwa Wielka Bry­ta­nia zma­gała się z nę­ka­ją­cymi ją ata­kami Luft­waffe. Za­miast sta­łych, dłu­go­trwa­łych pa­troli w po­wie­trzu, sa­mo­loty były pod­ry­wane z lot­nisk i wy­sy­łane do walki do­kład­nie tam, gdzie były po­trzebne. Ten sam sys­tem zo­stał wdro­żony na Mal­cie. Kiedy je­ste­śmy w po­zba­wio­nych okien i przede wszyst­kim kom­pu­te­rów pod­zie­miach, z tru­dem zro­zu­mieć, jak tak­tycy woj­skowi ra­dzili so­bie wtedy bez dzi­siej­szego no­wo­cze­snego sprzętu.

Kwa­tera Wo­jenna La­sca­risa była wy­śmie­ni­cie za­bez­pie­czona przed każ­dym ata­kiem. Je­dyny do­stęp do cen­trum do­wo­dze­nia za­pew­niał tu­nel pod kil­ku­dzie­się­cioma me­trami skały. Pro­wa­dziły do niego tylko dwa wej­ścia, jedno u stóp Ba­stionu Świę­tych Pio­tra i Pawła, dru­gie od strony są­sied­niego fortu. Tu­nel po­wstał jesz­cze w cza­sach pa­no­wa­nia Za­konu Mal­tań­skiego na wy­spie. Już po uru­cho­mie­niu cen­trum do­wo­dze­nia do­bu­do­wane zo­stały ko­lejne sek­tory, mię­dzy in­nymi dla służb me­te­oro­lo­gicz­nych oraz Cen­trum Szy­frów i Ko­dów. Ge­ne­rał Dwi­ght Eisen­ho­wer i mar­sza­łek Ber­nard Mont­go­mery mieli tu także pry­watne po­koje oraz ga­bi­nety. Pod­czas kam­pa­nii w kwa­te­rze pra­co­wało po­nad ty­siąc osób, w tym dwu­dzie­stu czte­rech żoł­nie­rzy w służ­bie czyn­nej. Rów­nież po woj­nie cen­trum na­dal peł­niło funk­cje mi­li­tarne. Naj­pierw mie­ściła się tu kwa­tera główna floty śród­ziem­no­mor­skiej Royal Navy, od 1967 roku kwa­tera ma­ry­narki wo­jen­nej państw NATO na Mal­cie, a na­stęp­nie cen­trum na­słu­chu so­wiec­kich okrę­tów pod­wod­nych na Mo­rzu Śród­ziem­nym. Dzi­siaj jest jedną z naj­wy­żej oce­nia­nych atrak­cji na wy­spie i lek­cją dla tych, któ­rzy my­ślą, że świat bez kom­pu­te­rów nie tylko nie mógł pra­wi­dłowo dzia­łać, ale że w ogóle nie mógł dzia­łać.

Czas ry­ce­rzy w ha­bi­tach

Malta to nie tylko wy­spa Malta. Są­sia­duje z nią Gozo. Mimo że miej­scowa na­zwa tej wy­spy - G?aw­dex - ozna­cza szczę­ście, to i tego prze­pięk­nego za­kątka na Mo­rzu Śród­ziem­nym nie omi­nęły bu­rze. Gozo jest drugą co do wiel­ko­ści za­miesz­kaną wy­spą Wysp Mal­tań­skich, trzy­krot­nie mniej­szą od Malty, od któ­rej leży w od­le­gło­ści za­le­d­wie pię­ciu ki­lo­me­trów. Choć nie tak znana, nad­ra­bia uro­kiem ma­łych mia­ste­czek, wą­skich ulic, dzie­wi­czych plaż i ?it­ta­dellą, po­tężną twier­dzą, która swój wy­gląd za­wdzię­cza jo­an­ni­tom.

Mo­nu­men­talny kom­pleks wznosi się w naj­wyż­szym punk­cie daw­nego rzym­skiego mia­sta Glau­co­nis Ci­vi­tas. Pierw­sze for­ty­fi­ka­cje za­częły tu po­wsta­wać już w XIII wieku, jed­nak do­piero ry­ce­rze w ha­bi­tach prze­kształ­cili je w mo­nu­men­talny sys­tem obronny.

Za jego mu­rami chro­nili się w cza­sie za­gro­żeń miesz­kańcy. A w pań­stwie jo­an­ni­tów spo­koj­nie nie było. Re­gu­lar­nie pod­pły­wali szu­ka­jący nie­wol­ni­ków tu­reccy pi­raci. Nie za­bi­jali, po­ry­wali. W cza­sie wzmo­żo­nych ata­ków pi­rac­kich na Gozo obo­wią­zy­wała na­wet go­dzina po­li­cyjna, na­ka­zu­jąca po­zo­sta­nie w mu­rach od zmierz­chu do świtu. Za­kaz znie­siony zo­stał do­piero 15 kwiet­nia 1637 roku.

W ka­te­drze w cy­ta­deli na gro­bie szla­chet­nego Ber­narda Du­plo znaj­duje się in­skryp­cja przy­po­mi­na­jąca lata sprzed wzmoc­nie­nia cy­ta­deli. Du­plo zgi­nął w walce w 1551 roku, wcze­śniej za­bił żonę i córki. Nie chciał, żeby do­stały się w ręce in­no­wier­ców, któ­rzy mo­gliby uczy­nić z nich swoje ko­chanki. To by­łoby gor­sze od śmierci. W cza­sie wiel­kiego na­jazdu na wy­spy z Gozo zo­stała upro­wa­dzona pra­wie cała po­pu­la­cja, około pię­ciu ty­sięcy osób. Co prawda część nie­wol­ni­ków zo­stała wy­ku­piona, ale świat na Gozo nie był już taki sam. Roz­bite ro­dziny, pu­ste go­spo­dar­stwa. Dla­tego wielki mistrz Claude de La Sen­gle na­ma­wiał do osie­dle­nia się na wy­sepce miesz­kań­ców są­sied­niej Malty, przy­by­wali tu rów­nież osad­nicy z Sy­cy­lii, ale czas pły­nął już ina­czej. Gozo przez wieki pod­no­siła się z wiel­kiej tra­ge­dii.

Dzi­siej­szy wy­gląd cy­ta­deli nie po­zo­sta­wia wąt­pli­wo­ści, że nikt tu nie może czuć się za­gro­żony. Do wej­ścia idziemy za­cie­nioną ulicą, na końcu któ­rej wy­ra­sta wy­soki mur. Za nim znaj­duje się dru­gie mia­sto z wła­snymi uli­cami, ko­ścio­łami i pa­ła­cami. W po­łu­dnie ja­sne ściany od­bi­jają słońce, co spra­wia, że za­byt­kowa twier­dza jest wy­jąt­kowo go­rą­cym miej­scem. My jed­nak zmie­rzamy do pod­ziemi. Taka twier­dza jak ta musi je prze­cież mieć.

La­bi­rynt na­grza­nych schod­ków wie­dzie do ta­jem­ni­czych, oświe­tlo­nych pa­ste­lo­wymi bar­wami ko­mór, w któ­rych można się po­czuć jak we­wnątrz gi­gan­tycz­nych gli­nia­nych bu­te­lek. To trzy dawne si­losy zbo­żowe, w póź­nym śre­dnio­wie­czu prze­cho­wy­wano tu ziarno. Wy­kute w skale ma­ga­zyny rze­czy­wi­ście mają kształt ku­li­stej kolby zwę­ża­ją­cej się ku gó­rze. Naj­więk­szy z nich ma pra­wie je­de­na­ście me­trów wy­so­ko­ści, łączna po­jem­ność wszyst­kich prze­kra­czała sto me­trów sze­ścien­nych!

Są miej­sca i od­czu­cia, które trudno opi­sać. Dzien­ni­ka­rze uży­wają wtedy okre­śle­nia "ma­giczne", choć to nie­wiele mówi. Ale si­losy cy­ta­deli na­prawdę wła­śnie ta­kie są. Zu­peł­nie jak z bajki o dżi­nie za­mknię­tym w bu­telce. To samo czuje każdy, kto tu wej­dzie. Zbior­niki prze­stały być po­trzebne, gdy zboże nie było już stra­te­gicz­nym to­wa­rem, Bry­tyj­czycy więc po­sta­no­wili gro­ma­dzić w nich wodę. Z gór­skiego źró­dła Ghajn Lu­qin w Xa­g?rze, po­przez do­linę Mar­sal­form, woda pły­nęła sys­te­mem ka­na­łów i akwe­duk­tów do twier­dzy. Po­nie­waż si­losy wy­kuto w po­ro­wa­tej skale, na­le­żało je otyn­ko­wać nie­prze­pusz­cza­ją­cym wody wa­pie­niem. Ten za­byt­kowy sys­tem do­star­cza­nia wody dzia­łał do 2004 roku! Na­to­miast w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej pod cy­ta­delą, po­dob­nie jak w ca­łym pań­stwie, po­wstały schrony prze­ciw­lot­ni­cze. Ich wy­ku­cie za­jęło po­nad dwa lata.

Czas tę­sk­noty za uko­cha­nym

Po­woli zo­sta­wiamy wy­spy, które po­wi­tały nas bu­rzą. Jesz­cze tylko wi­zyta na pół­noc­nym wy­brzeżu Gozo. To tu­taj ma się znaj­do­wać grota nimfy Ka­lipso, pod­ziemna kry­jówka pięk­nej córki ty­tana Atlasa, boga z po­ko­le­nia ol­brzy­mów ist­nie­ją­cych jesz­cze przed bo­gami olim­pij­skimi. Gozo to po­do­bno Ogy­gia, mi­tyczna wy­spa, na któ­rej Ka­lipso zo­stała uwię­ziona przez Zeusa, pana Olimpu, za to, że pod­czas wojny po­mię­dzy sta­rymi i no­wymi bo­gami sta­nęła po stro­nie ojca. Nie­śmier­tel­ność przy­nio­sła jej jed­nak Ody­seja, w któ­rej Ho­mer, wielki epik grecki, opi­suje, jak nimfa, sama w nie­woli, wię­ziła na swo­jej wy­spie Ody­se­usza, bo­ha­tera wojny tro­jań­skiej. Sie­dem wspól­nych lat za­owo­co­wało dwójką dzieci, Ody­se­usz pra­gnął jed­nak po­wró­cić do Itaki, w czym po­mógł roz­kaz sa­mego Zeusa. Ka­lipso zo­stała na wy­spie sama, spę­dza­jąc czas w swo­jej gro­cie. Co­dzien­nie wpa­try­wała się w la­zur fal Mo­rza Śród­ziem­nego, któ­rego ni­gdy już nie prze­cięła smu­kła łódź Ody­se­usza.

Grota Ka­lipso, choć za­zna­czona na wszyst­kich ma­pach, nie jest atrak­cją, dla któ­rej warto się wy­brać na ko­niec wy­spy. Ale wi­dok już tak. Na­tura szczo­drze ob­da­rzyła Wy­spy Mal­tań­skie. Ta­jem­ni­cze skalne kon­struk­cje, ni­czym sce­no­gra­fia do fil­mów fan­tasy, wy­ra­stają w róż­nych czę­ściach wy­brzeża. Cza­sami wy­cho­dzą rów­nież z pod­ziemi (w końcu to książka o pod­zie­miach). Wra­ca­jąc do portu, za­trzy­mu­jemy się jesz­cze w miej­sco­wo­ści Xa­g?ra. W sa­mym sercu sen­nego mia­steczka stoi śliczny ko­ściół z dwiema wie­żami i dwoma ze­ga­rami. Na każ­dym jest inna go­dzina. Dla­czego? Żeby zmy­lić dia­bła. Zdez­o­rien­to­wany nie wie, o któ­rej za­czyna się msza święta, i nie może prze­szko­dzić wier­nym. Błąka się więc nie­szczę­śliwy, tym bar­dziej że Ma­nanni Xerri, miesz­ka­niec Xa­g?ry, otwo­rzył nie­chcący jego pod­ziemne kró­le­stwo i... wpu­ścił tam od­wie­dza­ją­cych wy­spę tu­ry­stów.

Działo się to w 1924 roku. Pan Xerri po­sta­no­wił wy­ko­pać stud­nię na mi­nia­tu­ro­wym pa­tio ka­mie­nicy, w któ­rej miesz­kał z ro­dziną. Po wy­ku­ciu w mięk­kiej, wa­pien­nej skale głę­bo­kiego na osiem me­trów otworu, za­miast do wody, do­tarł do... nie­wiel­kiej ja­skini. Oczom zdu­mio­nego miesz­kańca wy­spy uka­zał się ba­śniowy świat pe­łen sta­lak­ty­tów, sta­lag­mi­tów i fan­ta­sma­go­rycz­nych na­cie­ków skal­nych przy­po­mi­na­ją­cych dziwne zwie­rzęta czy nie­znane stwory. Szybko spo­strzegł, że nie­spo­dzie­wane od­kry­cie może przy­nieść jego ro­dzi­nie znacz­nie więk­sze ko­rzy­ści niż pro­za­iczna stud­nia z wodą.

W cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej wła­ści­ciele ka­mie­nicy po­więk­szyli pod­zie­mia, wy­ku­wa­jąc w skale ko­ry­ta­rze, które utwo­rzyły ciąg ko­mu­ni­ka­cyjny mię­dzy po­szcze­gól­nymi ko­mo­rami groty. Miała słu­żyć ro­dzi­nie wła­ści­ciela jako schron na wy­pa­dek na­lo­tów bom­bo­wych. Do wnę­trza pro­wa­dzi dziś mi­nia­tu­ro­wej śred­nicy, wbu­do­wana w stud­nię, klatka scho­dowa ze spi­ral­nymi scho­dami, która scho­dzi na głę­bo­kość dzie­się­ciu me­trów po­ni­żej po­ziomu ulicy. Wnuczka od­krywcy pod­ziem­nej atrak­cji opro­wa­dza po niej tu­ry­stów jako prze­wod­niczka, opo­wia­da­jąc hi­sto­rię nie­zwy­kłego od­kry­cia.

I znowu droga w górę, ku otwar­tej prze­strzeni. Zo­sta­wiamy Maltę, tym ra­zem sło­neczną i oswo­joną. Przy­naj­mniej na po­wierzchni. Pod zie­mią czeka na od­kry­cie i zba­da­nie jesz­cze mnó­stwo pod­ziemi. Po­wstają tu prze­cież od po­nad pię­ciu ty­sięcy lat.

ROZ­DZIAŁ2

RZYM

Ar­che­olo­dzy twier­dzą, że od­na­leźli do­piero za­le­d­wie około dzie­się­ciu pro­cent pod­ziem­nego Rzymu. Każdy skra­wek Wiecz­nego Mia­sta skrywa pod uli­cami ja­kieś ka­ta­kumby, ko­ścioły, miej­sca kultu, krypty, nim­fea czy kryp­to­por­tyki. Czę­sto po­kryte fre­skami, ko­dem sprzed ty­sięcy lat, nie­kiedy cał­ko­wi­cie pu­ste, jakby do­piero cze­ka­jące na wy­peł­nie­nie swo­jej hi­sto­rii. Pod­no­sząca się przez stu­le­cia po­wierzch­nia Rzymu ukry­wała ko­lejne pod­zie­mia. Dla­tego nie­mal każdy dzień przy­nosi tu nowe od­kry­cia.

Brzuch Wiecz­nego Mia­sta

Osza­ła­mia i za­chwyca, mę­czy i drażni, ale i tak wszyst­kie drogi pro­wa­dzą do niego. A z pew­no­ścią ta jedna. Na współ­cze­sne stan­dardy dość wą­ska, bru­ko­wana, zna­czona smu­kłymi cie­niami cy­pry­sów i pi­nii - so­sen o sze­ro­kich ko­ro­nach, które na sta­rość upo­dab­niają się do pa­ra­soli. O po­ranku spo­wija ją chłodna mgła, two­rząc ilu­zję po­nad­cza­so­wo­ści. O za­cho­dzie słońca trakt na­biera cie­płych barw jak z ob­ra­zów Hen­ryka Sie­mi­radz­kiego, dzie­więt­na­sto­wiecz­nego ma­la­rza, który przy­wo­ły­wał na swo­ich płót­nach sceny ro­dza­jowe z an­tycz­nego Rzymu.

Via Ap­pia An­tica, naj­star­sza rzym­ska droga, na­zy­wana była przez Rzy­mian re­gina via­rum, czyli kró­lową dróg. Jej bu­dowę roz­po­czął w 312 roku p.n.e. Ap­piusz Klau­diusz Ślepy, cen­zor - re­pu­bli­kań­ski urzęd­nik - któ­remu przy­pi­suje się słynną mak­symę: "Każdy jest ko­wa­lem wła­snego losu". Ap­piu­sza po­dzi­wiał cały Rzym, on zaś roz­po­zna­wał każ­dego w mie­ście. Na dwa ty­siące lat przed wy­na­le­zie­niem szko­leń dla mar­ke­tin­gow­ców cen­zor ko­rzy­stał z usług oso­bi­stego asy­stenta, nie­wol­nika, który po­do­bno znał wszyst­kich oby­wa­teli mia­sta po imie­niu. Każdy lubi być za­pa­mię­tany, nie­wol­nik więc w od­po­wied­nim mo­men­cie szep­tał swo­jemu panu, kim jest dana osoba, i Ap­piusz mógł do mi­ja­nych lu­dzi zwra­cać się po imie­niu. Z więk­szych za­sług urzęd­nika na­leży przy­po­mnieć, że zre­for­mo­wał al­fa­bet, wy­bu­do­wał pierw­szy akwe­dukt, a także nie bał się wo­jaczki, co udo­wod­nił w cza­sie kilku wo­jen. Jedna z nich skoń­czyła się dla niego utratą wzroku. Droga, któ­rej dał swoje imię, cią­gnęła się od Cir­cus Ma­xi­mus, naj­więk­szego i naj­star­szego cyrku w Rzy­mie, aż do dzi­siej­szego Brin­disi, czyli pra­wie sześć­set ki­lo­me­trów. W XIX wieku jej nie­wielki, za­le­d­wie dwu­dzie­sto­ki­lo­me­trowy od­ci­nek zo­stał od­re­stau­ro­wany i te­raz wę­dru­jemy nim w kie­runku Rzymu wśród ruin bu­do­wli sprzed wielu wie­ków.

Czy pa­mię­ta­cie z po­przed­niego ROZ­DZIAŁu o Mal­cie sztorm, który wy­rzu­cił zmie­rza­jący do Rzymu sta­tek św. Pawła na tę wy­spę? W 61 roku apo­sto­łowi udało się do­trzeć do Wiecz­nego Mia­sta i choć był więź­niem pro­wa­dzo­nym w kaj­da­nach, wła­śnie przy Via Ap­pia An­tica zo­stał po­wi­tany przez przed­sta­wi­cieli mło­dej, chrze­ści­jań­skiej wspól­noty. Święty Pa­weł był wzru­szony i na­brał otu­chy - po­daje księga Dzie­jów Apo­stol­skich - gdy prze­ko­nał się, jak sil­nie i głę­boko za­ko­rze­niła się w Rzy­mie wiara chrze­ści­jań­ska. Im bli­żej mia­sta, tym co­raz wię­cej pięk­nych bu­do­wli apo­stoł mu­siał spo­strze­gać wzdłuż drogi. Dzi­siaj, kiedy idziemy tym sa­mym szla­kiem, trudno oprzeć się wra­że­niu, że je­ste­śmy na jed­nym z po­zio­mów gry kom­pu­te­ro­wej, w któ­rej za­da­niem jest od­na­le­zie­nie skarbu w gru­zach sta­ro­żyt­nego mia­sta. Po bo­kach drogi, zwró­cone twa­rzami ku prze­szło­ści, stoją sta­ro­żytne fi­gury. Hi­sto­ria i wan­dale za­brali więk­szo­ści z nich nosy, uszy, a nie­kiedy całe głowy. Ka­mienne, bez­i­mienne dziś biu­sty, mil­cząco zno­szą zmiany cza­sów i po­gody. Z resz­tek bu­do­wli trudno od­czy­tać, komu i do czego słu­żyły te dzi­siej­sze ki­kuty w cza­sach swo­jej świet­no­ści. Pro­mie­nie sło­neczne kon­ku­rują z ro­ślin­no­ścią o to, które z nich pierw­sze wci­śnie się w pęk­nię­cia na mu­rach. Im jed­nak bli­żej Rzymu, tym ar­chi­tek­tura za­czyna na­bie­rać in­nego cha­rak­teru. Naj­pierw po­ja­wia się pa­mię­ta­jący śre­dnio­wie­cze szkie­let ko­ścioła św. Mi­ko­łaja z Bari, po dru­giej zaś stro­nie drogi - wy­glą­da­jące jak mała twier­dza - mau­zo­leum Ce­cy­lii Me­telli, sy­no­wej trium­wira Marka Kras­susa.

Choć Ce­cy­lia Me­tella żyła po­nad sto lat przed Chry­stu­sem, mau­zo­leum oraz ko­ściół są za­po­wie­dzią tego, co zo­ba­czymy za chwilę. Kil­ka­set me­trów da­lej znaj­dują się naj­słyn­niej­sze rzym­skie ka­ta­kumby. Tu cho­wali swo­ich bli­skich pierwsi chrze­ści­ja­nie.

Ciało na chwilę odło­żone

Hi­sto­ria pierw­szych chrze­ści­jan w Wiecz­nym Mie­ście to opo­wieść w ob­ra­zach. Rzym­ska wspól­nota, praw­do­po­dob­nie jako je­dyna w świe­cie chrze­ści­jań­skim, po­zo­sta­wiła po so­bie wiele mo­nu­men­tal­nych pa­mią­tek: ko­ścio­łów, cmen­ta­rzy i ka­ta­kumb peł­nych wspa­nia­łych fre­sków. Pierw­szy wiek po Chry­stu­sie nie był ła­twy dla jego wy­znaw­ców. Za cza­sów ce­sa­rza Ne­rona we­dług Ta­cyta zgła­dzono ich "ol­brzy­mią liczbę", rów­nież dwa ko­lejne stu­le­cia w róż­nych od­stę­pach czasu przy­no­siły krót­kie, acz in­ten­sywne dzie­jowe bu­rze. Rzym­scy chrze­ści­ja­nie byli w więk­szo­ści ludźmi bied­nymi, miesz­kali na pe­ry­fe­riach, pra­co­wali przy roz­bu­do­wie mia­sta, wielu było nie­wol­ni­kami. Nowa wiara od­dzia­ły­wała jed­nak i na wyż­sze sfery. Już pod ko­niec I wieku Fla­wia Do­mi­tylla, ku­zynka kon­sula Fla­wiu­sza Kle­mensa (Fla­wiusz oże­nił się z ku­zynką ce­sa­rza Do­mi­cjana, która rów­nież na­zy­wała się Fla­wia Do­mi­tylla), jako chrze­ści­janka zo­stała ska­zana na wy­gna­nie. Jej imie­niem na­zwano ka­ta­kumby przy sta­ro­żyt­nej Via Ar­de­atina, wów­czas da­leko poza mu­rami Rzymu. Fla­wia przed wy­jaz­dem od­dała swoje do­bra w tym miej­scu wspól­no­cie chrze­ści­jań­skiej.

Rzym­skie prawo dwu­na­stu ta­blic z po­łowy V wieku p.n.e. za­bra­niało grze­ba­nia zmar­łych w ob­rę­bie gra­nic mia­sta. Miej­sca po­chówku po­wsta­wały więc poza sku­pi­skami ludz­kimi, wi­dzie­li­śmy to już na Mal­cie. Rów­nież wzdłuż Via Ap­pia An­tica ro­sły ne­kro­po­lie, naj­pierw po­gań­skie, a od II wieku chrze­ści­jań­skie. Wy­znawcy Chry­stusa na­zy­wali je wy­łącz­nie grec­kim ter­mi­nem ko­ime­te­rion, od któ­rego już bli­sko do ła­ciń­skiego co­eme­te­rium i na­szego cmen­ta­rza. Słowo ozna­czało sy­pial­nię lub miej­sce od­po­czynku, w końcu było to miej­sce, w któ­rym zmarli tylko ocze­ki­wali na zmar­twych­wsta­nie.

"Chrze­ści­jań­stwo wnio­sło w świat po­gań­skiego an­tyku myśl o zmar­twych­wsta­niu ciała, a nie tylko o du­szy nie­śmier­tel­nej. Kiedy po­ga­nin cho­wał bli­skich, zmarły był je­dy­nie po­si­tus, czyli po­ło­żony, a miej­sce po­chówku było do­mus aeterna, czyli dom wieczny. Chrze­ści­ja­nin był na­to­miast de­po­si­tus, po­wie­rzony ziemi na ja­kiś czas, z obo­wiąz­kiem zwrotu ciała" - tłu­ma­czył ksiądz pro­fe­sor Sta­ni­sław Ko­czwara, w au­dy­cji księ­dza dok­tora Sła­wo­mira Cza­leja Ars mo­riendi et vi­vendi chri­stia­no­rum. Świa­tło z mroku ka­ta­kumb.

Do­piero w VI wieku te wy­drą­żone głę­boko w ziemi po­chówki za­częły być na­zy­wane ka­ta­kum­bami. Słowo po­cho­dzi od grec­kich kata kym­bas, czyli "przy za­głę­bie­niu". Na sa­mym po­czątku "ka­ta­kumby" w for­mie Ad ca­ta­cum­bas były na­zwą to­po­gra­ficzną sze­ro­kiej do­liny prze­ci­na­ją­cej Via Ap­pia na po­łu­dniu Rzymu, do­kład­nie w miej­scu, w któ­rym te­raz je­ste­śmy. W VI wieku praw­do­po­dob­nie tak okre­ślano już wszyst­kie miej­sca, w któ­rych chrze­ści­ja­nie grze­bali zmar­łych.

Choć ar­che­olo­dzy znają dziś sześć­dzie­siąt cztery ze­społy ka­ta­kumb ota­cza­ją­cych Rzym, wie­dzą, że musi być ich znacz­nie wię­cej. Nie­które są małe i nie­po­zorne, inne to pod­ziemne mia­sta nie­praw­do­po­dob­nych wręcz wiel­ko­ści. Naj­słyn­niej­sze z nich leżą wła­śnie przy Via Ap­pia An­tica. To są­sia­du­jące ze sobą ka­ta­kumby św. Se­ba­stiana i św. Ka­lik­sta. Łączna dłu­gość ko­ry­ta­rzy tych pierw­szych waha się w prze­dziale od dwu­na­stu do trzy­na­stu ki­lo­me­trów, choć zwie­dza­jący oglą­dają je­dy­nie mały frag­ment na jed­nym po­zio­mie. Ka­ta­kumby św. Ka­lik­sta są więk­sze, mają około dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów dłu­go­ści. Chrze­ści­ja­nie po­cho­wali w nich po­nad pół mi­liona zmar­łych, w tym około dwu­stu dwu­dzie­stu ty­sięcy dzieci, szes­na­stu pa­pieży, z któ­rych je­den stra­cił tu zresztą ży­cie, oraz pięć­dzie­się­ciu mę­czen­ni­ków.

Święty Ka­likst, jak w skró­cie na­zywa się cmen­ta­rzy­sko no­szące imię tego pa­pieża, znaj­duje się dziś pod opieką Mu­zeum Wa­ty­kań­skiego. Dla­tego nie­mal wszy­scy za­trud­nieni tu pra­cow­nicy są oso­bami du­chow­nymi. Ka­lik­stem opie­kują się sa­le­zja­nie. Oni też opro­wa­dzają po pod­zie­miach. Ofi­cjal­nie zwie­dza­nie za­czyna się przy wia­cie ozdo­bio­nej fla­gami róż­nych kra­jów, za­raz na­prze­ciwko kasy bi­le­to­wej. O wy­zna­czo­nej go­dzi­nie wy­cho­dzi ksiądz, który w kilku ję­zy­kach in­for­muje, gdzie mają ze­brać się tu­ry­ści an­glo­ję­zyczni, gdzie Ro­sja­nie, Hisz­pa­nie, Włosi, a także - tu nie­spo­dzianka - Po­lacy. Ka­ta­kumby są przy­go­to­wane do ob­sługi w trzy­dzie­stu sze­ściu ję­zy­kach, w tym tylko dwa, li­tew­ski i ło­tew­ski, do­stępne są wy­łącz­nie w au­dio­prze­wod­ni­kach, po­zo­stałe na­cje mogą li­czyć na wła­snego prze­wod­nika.

Wej­ście do ka­ta­kumb leży w cu­dow­nym miej­scu. Z są­sied­nią trasą w ka­ta­kum­bach św. Se­ba­stiana (od razu każdy uprze­dza, że to kon­ku­ren­cja, Se­ba­stia­nem opie­kują się fran­cisz­ka­nie) łą­czą się wie­kową aleją pi­nii, cy­pry­sów i ży­wot­ni­ków, która jesz­cze da­lej pro­wa­dzi do ko­ściółka Quo Va­dis. Jak głosi le­genda, ta ma­leńka świą­ty­nia zo­stała wznie­siona przed wie­kami dla upa­mięt­nie­nia spo­tka­nia św. Pio­tra z Chry­stu­sem, gdy Apo­stoł ucie­kał z Rzymu przed prze­śla­do­wa­niem Ne­rona. Stąd też na­zwa - Quo va­dis Do­mine (Do­kąd idziesz, Pa­nie). W tym miej­scu wła­śnie Sien­kie­wicz wpadł na po­mysł na­pi­sa­nia swo­jej słyn­nej po­wie­ści. Cały ten ob­raz za­myka w pa­ste­lowe ramy Via Ap­pia An­tica, na któ­rej frag­ment wjeż­dża na­wet miej­ski au­to­bus, żeby co kil­ka­dzie­siąt mi­nut wy­rzu­cić ko­lejną par­tię zwie­dza­ją­cych.

Pod­ziemny świat po­ka­zuje nam ksiądz Ma­rian Stem­pel, sa­le­zja­nin. Choć na ze­wnątrz pa­nuje upał, tu, pod zie­mią, tem­pe­ra­tura nie prze­kra­cza pięt­na­stu stopni. Z peł­nego słońca scho­dzimy w miej­sce, które wy­gląda jak wiel­kie, wy­kute pod zie­mią biuro z pię­tro­wymi re­ga­łami, na któ­rych za­miast do­ku­men­tów le­żeli kie­dyś lu­dzie.

Tyle że w żad­nym biu­rze nie ma tylu wą­skich ko­ry­ta­rzy i za­ka­mar­ków, w któ­rych można prze­paść jak w la­bi­ryn­cie. Ka­ta­kumby drą­żone były w mięk­kim tu­fie wul­ka­nicz­nym, ko­ry­ta­rze miały pię­tra i pół­pię­tra na róż­nych wy­so­ko­ściach. Łą­czyły je strome schody. Naj­niż­szy, czwarty po­ziom pod­ziemi w kom­plek­sie św. Ka­lik­sta był na głę­bo­ko­ści trzy­dzie­stu me­trów.

W miej­scu chrze­ści­jań­skich ka­ta­kumb wcze­śniej znaj­do­wały się już po­gań­skie po­chówki, za­równo te bar­dzo skromne, jak i oka­załe ro­dzinne hy­po­gea. By­wało i tak jak w przy­padku ka­ta­kumb Pry­scy­lii przy Via Sa­la­ria, w któ­rych znaj­duje się naj­star­sze znane przed­sta­wie­nie Matki Bo­skiej z Dzie­ciąt­kiem oraz kon­tro­wer­syjne przed­sta­wie­nia ko­biet ka­pła­nek, że wy­ko­rzy­sty­wano kon­struk­cje sta­rych in­sta­la­cji wod­nych.

- W I wieku chrze­ści­ja­nie nie mieli jesz­cze wła­snych te­re­nów, była to bar­dzo młoda wspól­nota, or­ga­ni­zo­wała się za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt lat po śmierci Chry­stusa. Swo­ich zmar­łych grze­bali więc w po­gań­skich "mia­stach umar­łych". Naj­więk­sza ów­cze­sna ne­kro­po­lia to Wa­ty­kan, gdzie zo­stał po­cho­wany św. Piotr. Od II do V wieku chrze­ści­ja­nie skła­dali bli­skich w ka­ta­kum­bach, a od V wieku, kiedy co­raz wię­cej osób się na­wra­cało i prze­ka­zy­wało zie­mię na cmen­ta­rze, po­wsta­wały już na­ziemne gro­bowce - opo­wiada ksiądz Stem­pel. - W III wieku jed­nak ka­ta­kumby św. Ka­lik­sta były cią­gle naj­więk­szym pod­ziem­nym cmen­ta­rzem dla ca­łego Rzymu.

Na po­czątku trze­ciego stu­le­cia ów­cze­sny pa­pież Ze­fi­ryn po­le­cił jed­nemu z dia­ko­nów o imie­niu Ka­likst, aby ad­mi­ni­stro­wał ka­ta­kum­bami. Ka­likst był nie­gdyś nie­wol­ni­kiem, jego pan zle­cił mu po­do­bno pro­wa­dze­nie banku, który przy­szły święty do­pro­wa­dził do upadku. Z po­wodu awan­tury, którą wy­wo­łał w sy­na­go­dze, zo­stał ze­słany do ko­palni na Sar­dy­nii, jed­nak póź­niej jego liczne za­sługi spra­wiły, że po śmierci Ze­fi­ryna zo­stał wy­brany pa­pie­żem. Nie wszy­scy uznali tę de­cy­zję i gło­sem mniej­szo­ści pa­pie­żem zo­stał ob­rany rów­nież św. Hi­po­lit. Zo­stawmy jed­nak tę skom­pli­ko­waną przy­szłość, te­raz je­ste­śmy w chwili, gdy Ka­likst opie­kuje się wiel­kim chrze­ści­jań­skim cmen­ta­rzem przy Via Ap­pia An­tica. Ma na gło­wie fi­nanse, pro­blemy z miej­scem na groby, z pra­cow­ni­kami, bez­pie­czeń­stwem pracy przy ry­ciu ko­ry­ta­rzy i na do­da­tek musi wy­ka­zać się dy­plo­ma­cją, po­nie­waż ce­sarz za­ka­zał przyj­mo­wa­nia wiary chrze­ści­jań­skiej. Ka­likst musi więc być me­ne­dże­rem i przed­się­biorcą w jed­nej oso­bie. Na szczę­ście nie jest sam.

Półki na pa­pieży

Ka­ta­kumby, po­dob­nie jak i współ­cze­sne nam cmen­ta­rze, sku­piały przed­się­bior­ców po­grze­bo­wych. W końcu na je­dze­niu i umie­ra­niu za­wsze naj­le­piej się za­ra­biało. Fos­so­res (fos­sa­rium to po ła­ci­nie ry­del), czyli gra­ba­rze, zaj­mo­wali się wy­ku­wa­niem ko­mór gro­bo­wych, ce­re­mo­nią po­grze­bową łącz­nie z za­mu­ro­wa­niem ciała, na­nie­sie­niem na­pi­sów, sym­boli czy też fre­sków w bo­gat­szych czę­ściach ka­ta­kumb. Naj­prost­szy grób, tak zwany lo­cu­lus - miej­sce (spo­czynku), był po pro­stu półką wy­kutą w ścia­nie ko­ry­ta­rza. Gra­ba­rze przy­go­to­wy­wali ją pod wy­miar kon­kret­nego zmar­łego. Owi­nięte w ca­łun ciało wsu­wali do ta­kiego otworu i po­sy­py­wali wap­nem, a na­stęp­nie szczel­nie za­mu­ro­wy­wali bądź przy­kry­wali mar­mu­rową płytą. Skała wchła­niała fe­tor roz­kła­da­ją­cego się ciała i wszyst­kie zwią­zane z roz­kła­dem sub­stan­cje. Przy gro­bie zo­sta­wał mały otwo­rek na lampkę bądź am­forkę z olej­kami za­pa­cho­wymi, które miały stłu­mić nie­przy­jemny za­duch ka­ta­kumb. Ra­bu­sie gro­bów czę­sto my­lili je po­tem z na­czy­niami na krew mę­czen­ni­ków.

Nie­zli­czone pło­myczki świa­tła mu­siały stwa­rzać w ciem­nych ga­le­riach nie­zwy­kłą sce­ne­rię. Żeby wśród ty­sięcy pó­łek od­na­leźć po­tem tę kon­kretną - droga wio­dła przez ciemne i wą­skie ko­ry­ta­rze - ro­dziny wci­skały do świe­żej za­prawy na mo­gile ka­wa­łek ta­le­rzyka, mo­netę bądź co­kol­wiek, co po­ma­gało roz­po­znać wła­ściwy grób. Na­pisy po­ja­wiały się rzadko.

Nieco bo­gat­sze były sar­ko­fagi wy­kute w tu­fie, za­my­kane po­ziomą płytą, nad którą wzno­sił się łuk czę­sto ozdo­biony fre­skami. Groby te znaj­do­wały się naj­czę­ściej w cu­bi­cula, czyli gro­bach ro­dzin­nych, ma­łych ko­mo­rach na­le­żą­cych bądź do jed­nej ro­dziny, bądź to do brac­twa po­grze­bo­wego. Bo­gaci ża­łob­nicy otrzy­my­wali ka­ta­logi, z któ­rych mo­gli wy­brać od­po­wied­nią płytę czy na­pis. Naj­wyż­sze ceny osią­gały jed­nak miej­sca w po­bliżu ja­kie­goś mę­czen­nika - ta­kie "po­zy­cjo­no­wa­nie" po­chówku miało za­gwa­ran­to­wać zba­wie­nie. Gra­ba­rze da­wali się więc prze­ku­py­wać ro­dzi­nom zmar­łych, a ka­ta­kumby po­więk­szały się do nie­praw­do­po­dob­nych wręcz roz­mia­rów.

Po­cząt­kowo pod­zie­mia św. Ka­lik­sta skła­dały się je­dy­nie z dwóch rów­no­le­głych ko­ry­ta­rzy, które miały około trzy­dzie­stu pię­ciu me­trów dłu­go­ści i osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów sze­ro­ko­ści. Ar­che­olo­dzy sza­cują, że w la­tach 200-230 n.e. mie­ściło się tu około ty­siąca stu trzy­dzie­stu gro­bów, co ozna­cza, że cho­wano w nich wtedy trzy­dzie­stu ośmiu zmar­łych rocz­nie. Z cza­sem jed­nak po­wsta­wały nowe ko­ry­ta­rze i ko­lejne po­ziomy. Trzeba było ko­pać głę­biej. Wę­dru­jąc przez ka­ta­kumby, na­leży pa­mię­tać o jed­nej, ge­ne­ral­nej za­sa­dzie. Im głę­biej scho­dzimy, tym do­cie­ramy do co­raz młod­szych warstw cmen­ta­rzy­ska. We wciąż pod­wyż­sza­nych i cia­snych ko­ry­ta­rzach bra­ko­wało po­wie­trza, słod­ka­wom­dły odór roz­kładu nie po­zwa­lał nor­mal­nie od­dy­chać. Tym­cza­sem do ka­ta­kumb przy­cho­dziły nie tylko ro­dziny zmar­łych, ale i liczni wierni, któ­rzy chcieli po­mo­dlić się przy gro­bie któ­re­goś z mę­czen­ni­ków. W IV wieku na skrzy­żo­wa­niach ko­ry­ta­rzy po­wstały więc otwory wy­cho­dzące na po­wierzch­nię ziemi - lu­cer­na­ria. Da­wały świa­tło i nieco świe­żego po­wie­trza.

"Ka­ta­kumby na­leży uwa­żać za ko­lebkę chrze­ści­jań­stwa i za ar­chi­wum Ko­ścioła z cza­sów naj­daw­niej­szych. Ma­lo­wi­dła, rzeźby i na­grobki do­star­czają nam dro­go­cen­nego ma­te­riału, uka­zu­jąc zwy­czaje i kul­turę sta­ro­żyt­nych chrze­ści­jan, oraz sta­no­wią hi­sto­rię prze­śla­do­wań, przez które mu­sieli prze­cho­dzić" - pi­sał w XIX wieku ar­che­olog Ho­racy Ma­rucci. Co prawda, nie wszy­scy ce­sa­rze prze­śla­do­wali chrze­ści­jan, by­wały rów­nież okresy względ­nego spo­koju, jed­nak w III wieku rzym­skie wła­dze po­sta­no­wiły znisz­czyć młodą re­li­gię.

- Do 313 roku, czyli do czasu edyktu ce­sa­rza Kon­stan­tyna, prawa, na mocy któ­rego w Ce­sar­stwie Rzym­skim za­pa­no­wała wol­ność wy­zna­nia i ustały wszel­kie prze­śla­do­wa­nia, wy­znawcy Je­zusa nie uży­wali sym­bolu krzyża. Żeby więc nie draż­nić władz ce­sar­stwa, chrze­ści­ja­nie za­miast krzyża po­słu­gi­wali się in­nymi sym­bo­lami, w tym ta­kimi, ja­kie słu­żyły po­ga­nom. Do­bry pa­sterz z owieczką na ra­mio­nach, pier­wot­nie Her­mes z ja­gnię­ciem, sym­bo­li­zo­wał te­raz Je­zusa i od­ku­pioną przez niego du­szę, ryba - w grece ich­thys - to akro­stych, czyli słowo, które można uło­żyć z pierw­szych li­ter wy­ra­zów w zda­niu, w tym wy­padku grec­kiego - Je­zus Chry­stus Boga Syn Zba­wi­ciel - opo­wiada ksiądz Stem­pel. - Mi­to­lo­giczny Or­fe­usz, który śpie­wem oswa­jał be­stie, dla chrze­ści­jan był sym­bo­lem Chry­stusa, który przez na­ukę Ewan­ge­lii prze­mie­nia ludz­kie serca.

Sztuka chrze­ści­jań­ska za­cho­wała łącz­ność z rzym­ską i prze­ka­zała jej tra­dy­cje, prze­kształ­ca­jąc ją we­dług no­wego ka­nonu. Można po­wie­dzieć, że twórcy fre­sków nie two­rzyli no­wej sztuki, lecz prze­le­wali w znane już formy nową myśl. Na­śla­du­jąc wzory kla­syczne, prze­no­sili je na grunt chrze­ści­jań­ski. Na przy­kład paw po­świę­cony bo­gini Ju­no­nie ozna­czał zmar­twych­wsta­nie, ptaki - du­sze mę­czen­ni­ków ula­tu­jące do nieba, Ulis­ses, który za­ty­kał uszy, aby nie sły­szeć zwod­ni­czego śpiewu sy­ren, sym­bo­li­zo­wał chrze­ści­ja­nina opie­ra­ją­cego się po­ku­som.

Na ścia­nach znaj­dują się rów­nież wi­ze­runki fos­so­rów za­ję­tych wy­ku­wa­niem gro­bów.

Im za­cniej­szy zmarły, tym bo­gat­sze fre­ski. I wię­cej miej­sca. Dla­tego Krypta Pa­pieży wy­daje się tak wielka w po­rów­na­niu z resztą po­miesz­czeń. Byli w niej cho­wani Oj­co­wie Święci z III wieku. Ar­che­olo­gom udało się od­na­leźć pięć ory­gi­nal­nych ta­blic z ich gro­bow­ców. Za wielką płytą w głębi krypty spo­czął na­to­miast słynny mę­czen­nik - pa­pież Syk­stus II.

Szó­stego sierp­nia 258, w cza­sach naj­więk­szych prze­śla­do­wań chrze­ści­jan, ce­sarz Wa­le­rian za­bro­nił od­wie­dza­nia pod­ziemi, ale pa­pież Syk­stus po­sta­no­wił od­pra­wić w nich mszę. To­wa­rzy­szyło mu czte­rech dia­ko­nów. Wia­do­mo­ści o spo­tka­niu w ka­ta­kum­bach do­szły do władcy, który wy­słał na Via Ap­pia An­tica swo­ich żoł­nie­rzy. Nie­wielki od­dział wtar­gnął do krypt. Pa­pież po­pro­sił, aby wierni mo­gli opu­ścić miej­sce od­pra­wia­nia mszy i po­chy­lił głowę. Po­dob­nie zro­bili jego dia­koni. Wszy­scy zo­stali ścięci na miej­scu i tu póź­niej po­cho­wani.

Rajd na re­li­kwie

No do­brze, tylko gdzie są te wszyst­kie ciała? Co się stało z pię­ciu­set ty­sią­cami zmar­łych? Dla­czego za­równo krypty, jak i pro­ste "półki" na ciała są pu­ste?

Dwu­dzie­stego czwar­tego sierp­nia 410 Rzym zo­stał złu­piony przez Ala­ryka, króla ger­mań­skich Wi­zy­go­tów. Na­wet zmarli nie mo­gli się już czuć bez­piecz­nie. Co prawda do ka­ta­kumb cią­gle przy­by­wali piel­grzymi, aby od­da­wać hołd pa­pie­żom i mę­czen­ni­kom, ale chrze­ści­ja­nie co­raz czę­ściej wo­leli cho­wać swo­ich bli­skich na po­wierzchni ziemi. Oprócz ze­wnętrz­nych za­gro­żeń po­ja­wił się rów­nież wróg we­wnętrzny, pod­stępny, choć po­zor­nie dzia­ła­jący w do­brej wie­rze. Byli to łowcy re­li­kwii.

W pierw­szych wie­kach chrze­ści­jań­stwa wy­pa­dało mieć ja­kiś frag­ment świę­tego, który mógł być fun­da­men­tem no­wego Ko­ścioła. Sam Ko­ściół roz­człon­ko­wy­wał więc szczątki swo­ich pa­pieży i mę­czen­ni­ków. Ciała świę­tych roz­jeż­dżały się po świą­ty­niach w ca­łej Eu­ro­pie. W 1878 roku "Prze­gląd Ka­to­licki. Ty­go­dnik po­świę­cony spra­wom re­li­gij­nym, spo­łecz­nym i kul­tu­ral­nym" opi­sy­wał dra­ma­tyczny prze­bieg po­zy­ski­wa­nia re­li­kwii mę­czen­nika z IV wieku - św. Cy­riaka, któ­rego re­li­kwie dzi­siaj znaj­dują się nie tylko w Rzy­mie, ale i w Al­za­cji.

A miało być tak (pi­sow­nia ory­gi­na­lna): "Około po­łowy wieku IX żyły w Rzy­mie trzy święte ma­trony, sio­stry kon­sula Al­be­ryka, które wspólną zgodą po­świę­ciły się Bogu na czy­stość wieczną i ży­cie za­konne. Zbu­do­wały so­bie nie­wielki klasz­tor z ko­ścio­łem przy Via Lata, czyli ulicy sze­ro­kiej, w miej­scu, gdzie dzi­siaj stoi ko­ściół Ś. Mar­cel­lego. Był w tymże cza­sie dawny ich zna­jomy czy krewny, który pra­gnąc po­dob­nież od­dać się Bogu, za­miesz­kał w sa­mot­nej celi przy Ka­ta­kum­bach Ś. Ka­lik­sta. Po­bożne one sio­stry, po­le­ga­jąc na świę­tej przy­jaźni, łą­czą­cej je od dawna z pu­stel­ni­kiem, pro­siły go o wy­na­le­zie­nie im w Ka­ta­kum­bach re­li­kwji ja­kiego mę­czen­nika, któ­re­miby mo­gły zbo­ga­cić ko­ściół swój. Ry­chło po­tem mąż Boży uświa­do­mił je, że zna­lazł grób Ś. Cyr­jaka, i że go rad im ukaże, sko­roby przy­szły na miej­sce, dla za­bra­nia za­mknię­tych w nim ko­ści świę­tych. Prze­byw­szy tędy do grobu, wy­czy­tały na nim na­stę­pu­jący na­pis: Hic re­con­di­tum est Cor­pus-Almi Le­vi­tae et Mar­ty­ris Gy­riaci-A ma­trona Lu­cina po­si­tum, co zna­czy po pol­sku: Tu po­cho­wane jest ciało-Czci­god­nego Le­wity i mę­czen­nika Cyr­jaka-Przez Lu­cynę ma­tronę zło­żone. Za otwo­rze­niem grobu, zna­la­zły się w nim głowę i jedno ra­mię Świę­tego. Lecz Bóg wszech­mo­gący, który szcze­gólną Opatrz­no­ścią strzeże ko­ści Świę­tych swo­ich, zda­wało się, że nie chce po­ru­sze­nia tych re­li­kwji z miej­sca swego; bo za do­tknię­ciem tak się oka­zały jakby przy­kute do trumny, że sio­stry święte, choć tak po­bożne i czy­ste były ich za­miary, nie były w sta­nie ich wy­jąć. Prze­lęk­nione tym cu­dem, ale nie tra­cąc otu­chy, ucie­kły się do po­stu i mo­dli­twy, pro­sząc Świę­tego, aby się nie sprze­ci­wiał po­boż­nej żą­dzy ich, i ślu­bem się obo­wią­zu­jąc, że na uży­cze­nie im tej ła­ski, oka­zały wzniosą dla re­li­kwji jego przy­by­tek, i hoj­nemi go opa­trzą da­rami. Bóg wresz­cie wy­słu­chał usil­nej ich mo­dli­twy, i pod­nie­sie­nia ko­ści świę­tych do­pu­ścił. Wtedy w uro­czy­stej i oka­za­łej pro­ce­sji, wśród tłu­mów wier­nego ludu, prze­nie­siono re­li­kwie do ka­plicy przez sio­stry zbu­do­wa­nej. Ale jesz­cze i w dro­dze do Ka­ta­kumb do mia­sta, snać dla więk­szego do­świad­cze­nia wiary po­boż­nych słu­żeb­nic Bo­żych, święte ono brze­mię kil­ka­krot­nie ta­kiej na­gle na­bie­rało cięż­ko­ści, że żadna siła ludzka udźwi­gnąć go nie mo­gła; wtedy one za każ­dym ra­zem upa­da­jąc na ko­lana, póty ze łzami się mo­dliły, póki skutku swej prośby nie otrzy­mały, aż w końcu dano im było drogi on skarb, jako świetny owoc wiary swej i wy­trwa­łej mo­dli­twy, zło­żyć na miej­scu dlań przy­go­to­wa­nem".

Po­nie­waż nie tylko po­bożne damy wcho­dziły do krypt, żeby je ogo­ło­cić z re­li­kwii, pa­pieże za­częli prze­no­sić naj­waż­niej­sze szczątki do bez­piecz­nych świą­tyń Rzymu. W IX wieku pa­pież Pas­cha­lis za­brał z ka­ta­kumb po­nad dwa ty­siące trzy­sta ciał i umie­ścił je w ko­ściele św. Prak­sedy. Za­pewne dzięki tej ak­cji ra­tow­ni­czej udało się oca­lić ciało św. Ce­cy­lii, rzym­skiej chrze­ści­janki z III wieku, która zo­stała zmu­szona do po­ślu­bie­nia po­ga­nina Wa­le­riana. Ce­cy­lia nie dość, że nie zła­mała przed­mał­żeń­skich ślu­bów czy­sto­ści, to na­wró­ciła jesz­cze męża i jego brata. Wszy­scy troje zo­stali ścięci w cza­sach Alek­san­dra Se­wera. W 821 roku ciało Ce­cy­lii od­na­le­ziono w ka­ta­kum­bach św. Ka­lik­sta. Pa­tronka śpiewu chó­ral­nego wy­glą­dała tak, jakby na chwilę za­snęła, le­żała na boku z głową przy­krytą ca­łu­nem. Prze­nie­siono ją do ba­zy­liki Ma­rii Panny na Za­ty­brzu. Tam, na prośbę pa­pieża, jej grób po­now­nie otwarto w 1599 roku. Był przy tym Ste­fano Ma­derno, młody wów­czas rzeź­biarz, który za­cho­wał na wieki po­stać świę­tej w mar­mu­rze. Ko­pia tej fi­gury, prze­pięk­nego dzieła sztuki, znaj­duje się dzi­siaj w ka­ta­kum­bach św. Ka­lik­sta, tuż obok Krypty Pa­pieży. Na szyi le­żą­cej Ce­cy­lii rzeź­biarz za­zna­czył głę­bo­kie cię­cie.

"Opróż­nione z ciał ka­ta­kumby za­tra­ciły wszelki po­wab i prze­stały przy­cią­gać lu­dzi do sie­bie" - pi­sał dzie­więt­na­sto­wieczny po­dróż­nik. Umie­rali ci, któ­rzy cho­wali tu swo­ich zmar­łych, prze­stali przy­cho­dzić ci, któ­rzy od­wie­dzali pod­zie­mia dla świę­tych mę­czen­ni­ków. Ka­ta­kumby po­pa­dały w za­po­mnie­nie i ru­inę, wej­ścia się za­pa­dały, a ru­chy tek­to­niczne nie­pew­nego pod­łoża, na któ­rym rósł Rzym, do­koń­czyły po­nu­rego dzieła. Chrze­ści­jań­skie cmen­ta­rze prze­stały ist­nieć i na wieki zo­stały za­po­mniane. Cią­gle jed­nak spo­czy­wały w nich setki ty­sięcy ciał, po któ­rych dziś nie ma śladu.

Krzysz­tof Ko­lumb pod­ziem­nego Rzymu

W 1587 roku do Rzymu przy­je­chał ra­zem z wu­jem pe­wien dwu­na­sto­la­tek. Na­zy­wał się An­to­nio Bo­sio, uro­dził się na Mal­cie, już w mło­do­ści in­te­re­so­wał się hi­sto­rią sta­ro­żytną. Po skoń­cze­niu stu­diów po­świę­cił się ar­che­olo­gii i po­szu­ki­wa­niom chrze­ści­jań­skich ka­ta­kumb. Można po­wie­dzieć, że Bo­sio był In­dianą Jo­ne­sem tam­tych cza­sów. Śle­dził starą do­ku­men­ta­cję, prze­glą­dał akta mę­czen­ni­ków, wy­pra­wiał się w te­ren i roz­ma­wiał z ludźmi miesz­ka­ją­cymi w po­bliżu miejsc daw­nych po­chów­ków. W grun­cie rze­czy dzia­łał na dzie­wi­czym te­re­nie, mi­nęło sześć wie­ków, od kiedy ka­ta­kumby zo­stały za­po­mniane. Naj­prost­sze me­tody oka­zały się jed­nak naj­lep­sze. An­to­nio zna­lazł wej­ścia do trzy­dzie­stu pod­ziem­nych kom­plek­sów, a nie­które z od­kry­tych przez niego sar­ko­fa­gów można dziś oglą­dać w Mu­zeum Wa­ty­kań­skim. Gio­vanni Bat­ti­sta de Rossi, oj­ciec no­wo­żyt­nej ar­che­olo­gii chrze­ści­jań­skiej, na­zwał An­to­nia Bo­sia Krzysz­to­fem Ko­lum­bem pod­ziem­nego Rzymu.

Jak na iro­nię, wy­dana na pod­sta­wie ba­dań Bo­sia już po jego śmierci księga Roma sot­ter­ra­nea roz­bu­dziła na nowo na­dzieje po­szu­ki­wa­czy skar­bów. Do pod­ziemi we­szli tym ra­zem han­dla­rze an­ty­ków i zło­dzie­jasz­ko­wie. Za­bie­rali mar­mu­rowe ele­menty. Bo­gate sar­ko­fagi po opróż­nie­niu z "za­war­to­ści" sprze­da­wali ary­sto­kra­tom, któ­rzy in­sta­lo­wali je w swo­ich pa­ła­cach, jako wanny bądź ogromne do­nice. Święte, a czę­ściej ucho­dzące za ta­kie, ko­ści roz­jeż­dżały się w różne strony świata, tra­fia­jąc rów­nież do Pol­ski. "Ga­zeta War­szaw­ska" opi­sy­wała w 1856 roku, że w XVII wieku ów­cze­sny pry­mas spro­wa­dził z Rzymu do ko­le­giaty ło­wic­kiej ko­ści św. Wik­to­rii. Cały ten pro­ce­der mu­siał mieć zresztą ogromne roz­miary, skoro już w 1592 roku pa­pież Kle­mens VII za­bro­nił pod karą klą­twy wcho­dze­nia do ka­ta­kumb i na inne cmen­ta­rze, by za­bie­rać stam­tąd re­li­kwie. Ta sama ga­zeta za­mie­ściła na­wet ogło­sze­nie z in­for­ma­cją, że "ar­che­olo­dzy zwra­cają uwagę na wy­sy­łane do wszyst­kich kra­jów ka­to­lic­kich re­li­kwie, po więk­szej czę­ści z ka­ta­kumb wy­jęte, a cza­sem na­wet prze­sy­łane z ka­mie­niem gro­bo­wym i na­pi­sem au­ten­tycz­nym, jako do­wo­dem au­ten­tycz­nym i upra­sza się o nad­sy­ła­nie ta­kich na­pi­sów ".

Wspo­mniany już Gio­vanni Bat­ti­sta de Rossi do­ko­nał w XIX wieku tego, czego nie zdo­łał zro­bić An­to­nio Bo­sio.

- De Rossi spa­ce­ro­wał i zna­lazł płytę z pa­pie­skiego grobu. To był przy­czy­nek do dal­szych po­szu­ki­wań w tym miej­scu. Tak na­tra­fił na ka­ta­kumby św. Ka­lik­sta - opo­wiada ksiądz Stem­pel. Uczony po­now­nie od­sło­nił fan­ta­styczny świat ko­ry­ta­rzy, mrocz­nych pię­ter po­łą­czo­nych scho­dami i ich ścian po­kry­tych fre­skami. Oglą­dał na­ma­lo­wane wskrze­sze­nie Ła­za­rza, ostat­nią wie­cze­rzę, cud Moj­że­sza ze źró­dłem, Jo­na­sza wy­plu­tego na brzeg przez wielką rybę. Ka­ta­kumby św. Ka­lik­sta, który, co w końcu mu­simy po­wie­dzieć, wcale nie zo­stał w nich po­cho­wany, Gio­vanni de Rossi na­zwał Ma­łym Wa­ty­ka­nem.

Jak mu­siał się czuć, wcho­dząc do tego pod­ziem­nego mia­sta? Tego nie wiemy, ale w cza­sie, kiedy pra­co­wał, do wy­ko­pa­lisk oraz są­sied­nich ka­ta­kumb św. Se­ba­stiana przy­jeż­dżało mnó­stwo po­dróż­ni­ków, rów­nież z Pol­ski, któ­rzy opi­sy­wali po­tem swoje wra­że­nia. Był wśród nich dwu­dzie­sto­sied­mio­letni Pa­weł Stel­mach, za­le­d­wie trzy lata młod­szy od Ros­siego. W 1851 roku za­mie­ścił w Gwiazdce Cie­szyń­skiej. Pi­śmie na­uko­wym i za­baw­nym dłuż­sze wspo­mnie­nia z wy­cieczki do pod­ziemi św. Se­ba­stiana.

"Na­sam­przód prze­strze­żono nas, że pod karą eks­ko­mu­ni­ka­cyi za­ka­zano jest do­ty­kać się ciał po­cho­wa­nych, łu­pać zie­mię lub wziąć so­bie jaką pa­miątkę, na­to­miast po wyj­ściu przy­go­tują nam za­kon­nicy zie­mię z ka­ta­kumb, z któ­rej każdy bry­łeczkę na pa­miątkę za­brać so­bie może, po­wtóre, żeby je­den za dru­gim krok w krok po­stę­po­wał, a swo­jego po­przed­nika z oczu nie stra­cił, po trze­cie, aby nikt nie dał się po­ku­sić wstą­pić w boczny ga­nek, albo po­zo­stać w tyle. Po­tem dano każ­demu mały sto­czek wo­skowy za­pa­lony [...] Dłu­gie ganki wy­cio­sane w su­chym ka­mie­niu pia­sko­wym przy­po­mi­nały ko­pal­nie, co kil­ka­dzie­siąt kro­ków prze­rzy­nały te ganki w pra­wym wę­glu po pra­wej i le­wej stro­nie inne ga­le­rye. Za­świe­ci­łem do jed­nego ta­kiego ganku, ale ani spo­sobu do­pa­trzeć do końca. Kto by tu­taj zbo­czył odłą­czyw­szy się od to­wa­rzy­szy, ten nie zna­jąc planu ka­ta­kumby żad­nym koń­cem nie trafi już na­zad i musi zgi­nąć. Ka­ta­kumby z tego względu są praw­dzi­wym la­bi­ryn­tem, w któ­rym ten tylko się wy­zna, kto ma do­kładny plan w gło­wie. Inny, za­le­d­wie kilka kro­ków uczy­nił, już na ła­skę i nie­ła­skę od­dany jest prze­wod­ni­kowi i bez woli musi słu­chać wszyst­kich jego wska­zó­wek".

Pa­weł Stel­mach z "Gwiazdki Cie­szyń­skiej" miał szczę­ście, bo w od­po­wied­nim cza­sie zna­lazł się w od­po­wied­nim miej­scu. W ka­ta­kum­bach je­den z księży opo­wie­dział mu mro­żącą krew w ży­łach hi­sto­rię o nie­bez­pie­czeń­stwach, ja­kie mogą czy­hać w pod­zie­miach.

"Zwie­dza­li­śmy ka­ta­kumby św. Ka­lik­sta. Pusz­czano nas po dwa­dzie­ścia pięć ra­zem. Ze mną zstą­pił do ka­ta­kumb znany mi do­brze ka­płan z dy­ece­zyi go­ry­cyj­skiéj. Wy­szedł­szy z ka­ta­kumb ude­rzyło mnie, że owego ka­płana nie wi­dzę. Oglą­dam się do koła, szu­kam go wszę­dzie mię­dzy piel­grzy­mami jego nie ma. Nuż tu ob­ra­cam się do za­kon­ni­ków, stró­żów ka­ta­kumby i opo­wia­dam, że je­den z na­szych zo­stał na dole. Z po­czątku mi wie­rzyć nie chcieli, my­śląc, że żar­tuję. Skoro im jed­nak po­wie­dzia­łem na­zwi­sko i stan za­gu­bio­nego, i jak wy­gląda, i skoro na­resz­cie wszy­scy piel­grzymi do­raź­nie po­częli na­le­gać, że go ko­niecz­nie szu­kać po­trzeba, zde­cy­do­wali się na szu­ka­nia. Po dłu­gim bie­ga­niu po ka­ta­kum­bach na­resz­cie zna­leźli ubo­giego i wy­pro­wa­dzili na wierzch, trzę­są­cego się na ca­łem ciele ze stra­chu. Jakże się ta przy­goda stała? Ów ka­płan, za­po­mniaw­szy na prze­strogę zbo­czył tylko je­den krok do po­przecz­nego ganku, chcąc so­bie tam nieco cie­ka­wego obej­rzeć. Tym­cza­sem ob­ró­cili się po­przed­nicy jego w bok, a on cof­nąw­szy się, już się znaj­do­wał sam. Gdyby był przy­naj­mniej zo­stał na miej­scu i nie ru­szył się stąd wcale, prę­dzéj by go, idąc tą samą drogą, byli od­na­leźli. Prze­stra­szony jed­nak do naj­wyż­szego stop­nia po­czął na wła­sną rękę szu­kać wy­chodu. Po­szedł­szy do jed­néj z tych ka­plic, z któ­rych dla prze­wie­trze­nia i oświe­tle­nia szacht pro­wa­dzi aż na po­wierzch­nię ziemi, po­czął się dra­pać do góry. Lecz szacht ście­śnia się im wy­żéj tém wię­céj. Aby po ta­kim szach­cie wy­leźć do góry, po­trzeba być chyba mu­chą. Upadł więc na zie­mię, zbił się jesz­cze ku temu i zo­stał le­żeć, nie my­śląc ina­czej, jak że mu już tu umie­rać wy­pada. I tu­taj go zna­leźli za­kon­nicy. Biedny pięć go­dzin błą­kał się po ka­ta­kum­bie i trzy dni wsku­tek tego stra­chu do­zna­nego od­le­żał chory ".

To wła­śnie wtedy, po od­kry­ciach XIX wieku, pod­czas otwie­ra­nia gro­bów ko­ści się roz­sy­py­wały. Ostat­nie z nich zo­stały ze­brane już w la­tach 80. XX wieku i zło­żone na nie­do­stęp­nych po­zio­mach krypt. Dziś ba­da­nia kon­ty­nu­uje Pa­pie­ska Ko­mi­sja Ar­che­olo­gii Sa­kral­nej, po­wo­łana w 1852 roku. Zmarli mogą wresz­cie od­po­cząć, choć nie­któ­rym pew­nie prze­szka­dza, że nie mają wszyst­kich ko­ści w kom­ple­cie.

Piw­nice gla­dia­to­rów

Ka­ta­kumby, lo­chy, sztol­nie, cy­sterny i groty. Pod­ziemny świat za­wsze bu­dził fa­scy­na­cję i ku­sił na­dzieją zna­le­zie­nia skar­bów. Pro­fe­sor Elż­bieta Ja­strzę­bow­ska, ar­che­olog kla­syczny i wcze­sno­chrze­ści­jań­ski, au­torka Pod­ziemi an­tycz­nego Rzymu pi­sze: "jed­nak tylko pod­zie­mia Rzymu są w sta­nie za­spo­koić wszyst­kie te stany umy­słu i du­cha w nie­po­rów­ny­wal­nie więk­szym stop­niu niż ja­kie­kol­wiek mia­sto świata".

Wieczne Mia­sto od dwu­dzie­stu ośmiu stu­leci roz­wi­jało się w tym sa­mym miej­scu. Na czasy sta­ro­żytne przy­pada ty­siąc dwie­ście lat i choć z tam­tych cza­sów zo­stały je­dy­nie ru­iny, to pod­ziemne struk­tury do­stały szansę na prze­trwa­nie.

Oprócz ka­ta­kumb chrze­ści­jań­skich Rzym ma także pięk­nie de­ko­ro­wane - otwarte dla zwie­dza­ją­cych do­piero w 2016 roku - ka­ta­kumby ży­dow­skie z II wieku, pod­zie­mia akwe­duk­tów, an­tyczny sys­tem ka­na­li­za­cyjny, mau­zo­lea, ukryte miej­sca kul­tów, sank­tu­aria, ko­ry­ta­rze pod am­fi­te­atrami. Przez wieki Rzym był naj­bo­gat­szym i naj­po­tęż­niej­szym mia­stem świata, za­rzą­dzał całą cy­wi­li­zo­waną Eu­ropą, czę­ścią Afryki i Azji. Nowe bu­do­wle po­wsta­wały na fun­da­men­cie star­szych, przez ko­lejne wieki miesz­kańcy pod­no­sili po­ziom ulic, nie­świa­do­mie bu­du­jąc bo­gaty, pod­ziemny świat. Świat trudny do po­zna­nia, bo po­dzie­lony na setki róż­nych, po­je­dyn­czo roz­ło­żo­nych kom­plek­sów, czę­sto ogól­nie nie­do­stęp­nych. Bez względu na to, w ja­kim je­ste­śmy punk­cie Rzymu, za­wsze mo­żemy być pewni, że pod sto­pami znaj­dują się ja­kieś ukryte prze­strze­nie. Co­dzien­nie do­cho­dzi do no­wych od­kryć, mia­sto cały czas się roz­wija, więc pod­czas wy­ko­pów pod ko­lejny bu­dy­nek czy sta­cję me­tra ekipy tra­fiają na ko­lejną ta­jem­nicę. W holu rzym­skiego ho­telu Ra­dis­son SAS do­kład­nie wi­dać fe­no­men wie­lo­po­zio­mo­wo­ści Rzymu. Jedna ze ścian zo­stała prze­szklona, tak żeby do­kład­nie zo­ba­czyć no­wo­cze­sne biuro znaj­du­jące się nieco po­nad na­szymi gło­wami i po­ni­żej za­bez­pie­czone po­zo­sta­ło­ści drogi z prze­łomu III i IV wieku. Zda­niem ar­che­olo­gów znamy na­wet nie jedną dzie­siątą rzym­skich pod­ziemi. Cią­gle cze­kają na od­kryw­ców uwię­zione pod ka­mie­ni­cami, te­atrami, skwe­rami i par­kami. Nie­które, a może więk­szość zo­sta­nie uta­jona na za­wsze.

Be­nito Mus­so­lini, przy­wódca i główny za­ło­ży­ciel ru­chu fa­szy­stow­skiego we Wło­szech oraz w la­tach 1922-1943 pre­mier tego kraju, pod­eks­cy­to­wany wi­zją pod­ziem­nego świata ka­zał w la­tach 20. i 30. wy­bu­rzyć oko­lice piazza Au­gu­sto Im­pe­ra­tore, za­bu­do­wane śre­dnio­wiecz­nymi i re­ne­san­so­wymi bu­dow­lami, aby od­sło­nić ni­żej po­ło­żone war­stwy hi­sto­ryczne, w szcze­gól­no­ści te po­cho­dzące z epoki ce­sa­rza Okta­wiana Au­gu­sta. Mus­so­lini szu­kał mau­zo­leum Au­gu­sta, ce­sa­rza, do któ­rego lu­bił się po­rów­ny­wać. Po­dob­nie ze­sta­wiał pa­nu­jący we Wło­szech fa­szyzm z wpro­wa­dzo­nym przez Au­gu­sta Pax Ro­mana. Pre­mier Włoch chciał być po­strze­gany jako od­ro­dzony Au­gust, go­towy na wy­nie­sie­nie kraju na wyż­szy sto­pień eu­ro­pej­skiej do­mi­na­cji. Z tego po­wodu za­dbał mię­dzy in­nymi o środki na re­stau­ra­cję naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nej bu­do­wli an­tycz­nego Rzymu - Ko­lo­seum. Tu w cza­sach Mus­so­li­niego od­by­wały się wiel­kie par­tyjne wiece.

No wła­śnie, Ko­lo­seum. Naj­bar­dziej roz­po­zna­walna bu­do­wla an­tycz­nego świata. Gla­dia­to­rzy, krew, prze­moc, dzi­kie zwie­rzęta - te ob­razy prze­nik­nęły do zbio­ro­wej wy­ob­raźni dzięki fil­mom i se­ria­lom. W sta­ro­żyt­no­ści ten ogromny obiekt znany był jako Am­fi­te­atr Fla­wiu­szów, zo­stał bo­wiem wznie­siony w I wieku n.e. w cza­sach pa­no­wa­nia tej dy­na­stii. Po­dob­nie jak w przy­padku ka­ta­kumb na­zwa Ko­lo­seum zo­stała nadana do­piero we wcze­snym śre­dnio­wie­czu i wzięła się od gi­gan­tycz­nego (gr. ko­los­sos) po­sągu Ne­rona, który stał przy am­fi­te­atrze. Ma­jąca około trzy­dzie­stu pię­ciu me­trów wy­so­ko­ści rzeźba na­giego ce­sa­rza przed­sta­wiała go jako He­liosa - boga słońca. Dla po­rów­na­nia, Sta­tua Wol­no­ści bez co­kołu ma za­le­d­wie o je­de­na­ście i pół me­tra wię­cej. Gi­gan­to­ma­nia sta­ro­żyt­nych musi bu­dzić po­dziw na­wet dziś. W Rzy­mie po­zba­wio­nym więk­szo­ści an­tycz­nych bu­do­wli, w Rzy­mie za­la­nym wie­lo­ję­zycz­nym tłu­mem, peł­nym spa­lin, ha­ła­śli­wym i za­kor­ko­wa­nym, Ko­lo­seum pre­zen­tuje się dum­nie ni­czym nie­wzru­szony po­mnik. Są dwa wi­doki, które do­star­czają nie­za­po­mnia­nych wra­żeń zwią­za­nych z Am­fi­te­atrem Fla­wiu­szów. Gdy ko­losa oglą­damy z więk­szej od­le­gło­ści oraz gdy po przedar­ciu się do środka (o tak, bądź­cie go­towi na dłu­gie ko­lejki do wej­ścia!) sta­jemy nad pod­ziem­nymi ko­ry­ta­rzami pod nie­ist­nie­jącą dzi­siaj areną. Do­okoła mury, przed nami wspo­mnie­nie naj­bar­dziej krwa­wych spek­ta­kli sta­ro­żyt­no­ści. A wy­ob­raź­cie so­bie, ja­kie emo­cje bu­dził ten ol­brzym w cza­sach, gdy Rzym, mimo że już wów­czas ludne mia­sto, nie miał tak wy­so­kiej za­bu­dowy jak dzi­siaj. Jak wtedy mu­siało być po­strze­gane Ko­lo­seum!

Naj­pierw tro­chę liczb. Am­fi­te­atr Fla­wiu­szów ma kształt elipsy o dłu­go­ści stu osiem­dzie­się­ciu ośmiu i sze­ro­ko­ści stu pięć­dzie­się­ciu sze­ściu me­trów oraz wy­so­ko­ści czter­dzie­stu ośmiu i pół me­tra. We­dług au­to­rów sta­ro­żyt­nych mógł po­mie­ścić po­nad osiem­dzie­siąt ty­sięcy wi­dzów. Osiem­dzie­siąt ty­sięcy pod­nie­co­nych twa­rzy żąd­nych nie­zwy­kłego wi­do­wi­ska! Ich sta­tus spo­łeczny ła­two było roz­po­znać po ko­lo­rze szat. Naj­lep­sze sek­tory ośle­piały bielą przy­na­leżną ary­sto­kra­cji. Czer­wień ozda­biała woj­sko­wych. Plebs ubrany był we wszyst­kie ko­lory tę­czy z prze­wagą pa­ste­lo­wych od­cieni. Kiedy w peł­nym słońcu ci­śniemy się wśród se­tek od­wie­dza­ją­cych am­fi­te­atr, z ła­two­ścią mo­żemy so­bie wy­obra­zić, jak wy­glą­dały tu­tej­sze wi­do­wi­ska. Mu­siał pa­no­wać po­tworny tłok. Pu­blicz­ność była ka­pry­śna i wy­bredna. Miała ogromne ocze­ki­wa­nia. Już pierw­sze igrzy­ska w 80 roku n.e. trwały we­dług Swe­to­niu­sza sto dni i oku­pione zo­stały śmier­cią pię­ciu ty­sięcy zwie­rząt. Ostat­nie walki gla­dia­to­rów od­były się około 435 roku, a po­lo­wa­nia na zwie­rzęta w 523 roku. Za Okta­wiana Au­gu­sta, jesz­cze przed po­wsta­niem tego wiel­kiego am­fi­te­atru, już sześć­dzie­siąt pięć dni w roku było prze­zna­czone na różne wi­do­wi­ska, a w na­stęp­nych wie­kach by­wało ich wię­cej niż dni pracy.

Wy­ob­raźmy so­bie taki dzień pod­czas igrzysk. Zbie­rają się lu­dzie, sia­dają na ław­kach wo­kół areny. W po­cząt­ko­wym okre­sie za­mie­niano ją cza­sami w ba­sen wy­peł­niony wodą i wtedy od­by­wały się na­uma­chia, czyli bi­twy mor­skie. Za­zwy­czaj przed­sta­wiały zwy­cię­skie ba­ta­lie an­tycz­nych flot. Brali w nich udział jeńcy i ska­zańcy, któ­rzy i tak nie­mal za­wsze wszy­scy gi­nęli. Jesz­cze nie­dawno opisy tych przed­sta­wień znane były je­dy­nie ze źró­deł pi­sa­nych, a brak ar­che­olo­gicz­nych śla­dów po­trzeb­nych do tego typu in­sta­la­cji po­zo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści, czy opisy mor­skich zma­gań w Ko­lo­seum rze­czy­wi­ście są zgodne z prawdą. Bo też w jaki spo­sób do­pro­wa­dzano tyle wody?

Sys­tem wodno-ka­na­li­za­cyjny Rzymu w cza­sach po­wsta­nia Ko­lo­seum był już bar­dzo za­awan­so­wany. Pro­jek­to­wali go naj­lepsi in­ży­nie­ro­wie tam­tych cza­sów, po­peł­nia­jąc jed­nak błędy. W nie­któ­rych miej­scach, gdzie sys­tem nie był uszczel­niony w od­po­wiedni spo­sób, woda prze­sią­kała do ziemi, de­sta­bi­li­zu­jąc ją, a na­wet po­wo­du­jąc za­wa­le­nia sto­ją­cych na grzą­skim grun­cie bu­dyn­ków. W przy­padku Ko­lo­seum wszystko mu­siało dzia­łać bez za­rzutu. Osiem­dzie­siąt ty­sięcy osób mu­siało pić wodę, wy­próż­niać się, nie mó­wiąc już o ca­łej ob­słu­dze am­fi­te­atru i "ak­to­rach". Ar­che­olo­dzy zna­leźli w Ko­lo­seum sto punk­tów, w któ­rych można było sko­rzy­stać ze świe­żej wody. Je­den z nich do dziś służy zwie­dza­ją­cym. Wło­ski ar­che­olog Cri­stiano Ra­nieri od­krył w 2013 roku, że pod li­czącą dwa ty­siące lat ka­na­li­za­cją Ko­lo­seum znaj­duje się jesz­cze je­den sys­tem wodny, dzięki któ­remu urzą­dza­nie bi­tew mor­skich było rze­czy­wi­ście moż­liwe! Na chwilę tylko skoczmy osiem­na­ście stu­leci do przodu, przy­po­mnijmy so­bie rzym­skie osią­gnię­cia tech­niczne, gdy bę­dziemy w pod­zie­miach Edyn­burga. Miesz­kańcy szkoc­kiej sto­licy jesz­cze trzy wieki temu wy­le­wali nie­czy­sto­ści przez okna pro­sto na ulice...

Je­ste­śmy w Ko­lo­seum o po­ranku, za­czy­nają się wi­do­wi­ska. Na are­nie po­ja­wiają się bok­se­rzy, za­pa­śnicy, pę­dzą ry­dwany, cią­gnięte przez dwa lub cztery ko­nie. Na­stęp­nie pu­blicz­ność ogląda ve­na­tio­nes, czyli walki lu­dzi ze zwie­rzę­tami, w oko­li­cach dzi­siej­szego obiadu wszy­scy cze­kają na dam­na­tio ad be­stias, kiedy to ska­zań­ców roz­szar­pują dzi­kie zwie­rzęta bądź za­bi­jają gla­dia­to­rzy. Brzmi jak wy­ko­na­nie kary śmierci, jed­nak w Rzy­mie to mu­siał być praw­dziwy spek­takl. Za­równo gla­dia­to­rzy, jak i ofiary prze­bie­rani byli w fan­ta­zyjny spo­sób. Rzy­mia­nie chcieli być za­dzi­wiani przez cały czas, dla­tego po­wsta­wały fan­ta­zyjne sce­no­gra­fie. W cza­sie wie­czor­nych pyr­ri­cha­rii, kiedy pło­nęły ludz­kie po­chod­nie, osta­teczny akt za­da­nia śmierci był tylko czę­ścią więk­szego spek­ta­klu. Naj­pierw - to tylko jedna z moż­li­wo­ści - po­chla­pany ła­two­palną sub­stan­cją ska­za­niec ucie­kał po are­nie do za­im­pro­wi­zo­wa­nego na niej lasu, go­nili go zaś męż­czyźni z po­chod­niami. Fi­nał tego spek­ta­klu można so­bie ła­two wy­obra­zić... Zwy­kłe eg­ze­ku­cje, które na ogół od­by­wały się po po­łu­dniu, nie były aż tak po­cią­ga­jące, jak za­bi­ja­nie z fa­bułą. Rów­nież sami gla­dia­to­rzy, naj­czę­ściej nie­wol­nicy, mieli swoje spe­cja­li­za­cje. Ci naj­lepsi byli praw­dzi­wymi gwiaz­dami, ce­le­bry­tami uwiel­bia­nymi przez pu­blicz­ność. Na sta­rość, po za­koń­cze­niu "ka­riery", kiedy otrzy­my­wali już wol­ność, zo­sta­wali czę­sto ochro­nia­rzami wład­ców. Ich tre­ningi wy­ma­gały za­an­ga­żo­wa­nia ogrom­nych pie­nię­dzy i pracy. Gla­dia­tor był drogi, cenny i nie sa­mo­sta­no­wił o so­bie. Jego praca była zwień­cze­niem dzieła se­tek osób: tre­ne­rów, le­ka­rzy, po­moc­ni­ków i opie­ku­nów zwie­rząt. Na are­nie oraz pod nią pra­co­wali lu­dzie do prze­no­sze­nia zwłok, spe­cja­li­ści, któ­rych za­da­niem był spraw­dza­nie za po­mocą roz­grza­nego że­laza, czy po­ko­nany gla­dia­tor rze­czy­wi­ście umarł, lo­ra­rii po­py­cha­jący tchórz­li­wych za­wod­ni­ków do walki i wresz­cie na­vi­cu­la­rii, któ­rzy do­pil­no­wy­wali, żeby ska­zany na śmierć gla­dia­tor nie uciekł z areny. Na po­czątku dzia­łal­no­ści am­fi­te­atru ko­ło­wroty, które pod­no­siły na arenę windy ze zwie­rzę­tami, ob­słu­gi­wało po­nad dwu­stu nie­wol­ni­ków. Ko­lo­seum było jedną wielką ma­szyną śmier­tel­nej roz­rywki. Pu­blicz­ność miała się ba­wić cały dzień, nie było miej­sca na nudę. Po za­koń­cze­niu za­bawy sprzą­ta­niem resz­tek roz­szar­pa­nych ciał oraz krwi zaj­mo­wali się prze­zna­czeni do tego spar­so­res.

Przed­się­bior­stwo o na­zwie Ko­lo­seum po­trze­bo­wało więc od­po­wied­niego za­ple­cza. Dla­tego pod ca­łym bu­dyn­kiem ist­niał la­bi­rynt pod­ziem­nych ko­mór, tu­neli, przejść i in­nych po­miesz­czeń. Był pie­kłem pod pie­kłem areny.

Ży­cie pod pod­łogą

Mur ob­wo­dowy areny Ko­lo­seum spo­czywa na po­tęż­nych ce­men­to­wych fun­da­men­tach w kształ­cie pier­ście­nia, które się­gają na głęb­ność trzy­na­stu me­trów, czyli około czte­rech, pię­ciu pię­ter. W an­tyku arenę po­kry­wała drew­niana pod­łoga za­ma­sko­wana pia­skiem. To pod nią roz­gry­wały się nie­wi­do­czne dla pu­blicz­no­ści di­da­ska­lia krwa­wego wi­do­wi­ska. Ich scena jest dzi­siaj otwarta dla wszyst­kich, pod­łogi już nie ma, więc na­wet nie scho­dząc na po­ziom pod­ziemi, z loży wi­dać, jak wy­glą­dało głę­bo­kie na sześć me­trów i czter­dzie­ści cen­ty­me­trów, dwu­po­zio­mowe wnę­trze. Pod­czas igrzysk te ko­ry­ta­rze były bez prze­rwy pełne lu­dzi.

Czter­na­ście mu­rów o gru­bo­ści dzie­więć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów i pięt­na­ście cią­gów ko­mu­ni­ka­cyj­nych, od bar­dzo wą­skich do sze­ro­kich na cztery me­try, za­pew­niały nie tylko sprawne po­ru­sza­nie się po­mię­dzy od­da­lo­nymi od sie­bie punk­tami na are­nie, ale i ją pod­trzy­my­wały. Tu­taj mie­ściły się za­grody dla zwie­rząt, choć ar­che­olo­dzy spie­rają się, w któ­rym miej­scu, po­nie­waż w pod­zie­miach brak śla­dów po mo­co­wa­niu ja­kich­kol­wiek krat. Osiem­dzie­siąt pio­no­wych szy­bów da­wało na­tych­mia­stową moż­li­wość wy­pusz­cze­nia na arenę zwie­rząt oraz prze­nie­sie­nia ele­men­tów sce­no­gra­fii. Po­cząt­kowo zwie­rzęta trans­por­to­wano na arenę za po­mocą wy­ra­fi­no­wa­nego sys­temu dwu­dzie­stu ośmiu wind i ko­ło­wro­tów, póź­niej po­ga­nia­cze wy­pusz­czali na scenę niedź­wie­dzie, wilki, dziki, lwy czy an­ty­lopy po ram­pach. Efekty spe­cjalne za­pew­niało trzy­dzie­ści sześć pu­ła­pek za­in­sta­lo­wa­nych w drew­nia­nej pod­ło­dze. Ca­ło­dzienny spek­takl wy­ma­gał za­an­ga­żo­wa­nia se­tek lu­dzi. Lu­dzi stło­czo­nych na nie­wiel­kiej po­wierzchni, w upale i za­du­chu. Nie było tu pra­wie na­tu­ral­nego świa­tła, cały czas więc pa­liły się lampy, co jesz­cze pod­no­siło i tak już wy­soką tem­pe­ra­turę. Do­cho­dził do tego smród zwie­rząt, od­cho­dów, krwi i śmierci, krzyki lu­dzi i be­stii - wszystko to spra­wiało, że pod­zie­mia am­fi­te­atru przy­po­mi­nały pie­kło na ziemi. Pro­wa­dziły do niego nie­wi­do­czne dla pu­blicz­no­ści, ukryte wrota. Tu­nele bie­gły z czte­rech stron bu­dynku.

Ko­lo­seum to tylko wierz­cho­łek góry, za­le­d­wie część więk­szego kom­pleksu, w któ­rego skład wcho­dziły rów­nież inne bu­dynki: szkoła gla­dia­to­rów, szpi­tal, miej­sce tre­nin­gów, prze­trzy­my­wa­nia zwie­rząt oraz de­ko­ra­cji. Poza areną prze­cho­wy­wana była też broń, a ciała mar­twych gla­dia­to­rów po­zba­wiane były zbroi. Pod­ziemne przej­ścia do tych obiek­tów znaj­do­wały się w osi Ko­lo­seum, pod wschod­nim i za­chod­nim wej­ściem, jedno na pół­nocy i jedno obok wej­ścia po­łu­dnio­wego. Ni­gdy do końca nie zba­dano Pas­sa­gio di Com­modo, tu­nelu, któ­rym z pa­łacu ce­sar­skiego prze­cho­dził do Ko­lo­seum władca. Te ko­ry­ta­rze miały ogromne zna­cze­nie. Po spek­ta­klu na­le­żało szybko po­zbyć się mar­twych zwie­rząt i lu­dzi, przed spek­ta­klem po­ru­sza­jący się ta­kim przej­ściem gla­dia­to­rzy nie mieli szans na ucieczkę ani nie sta­wali się obiek­tem ata­ków wiel­bi­cieli. Droga broń nie gi­nęła po dro­dze. Sys­tem dzia­łał nie­za­wod­nie.

Nie­wielką część tego pod­ziem­nego świata można dziś oglą­dać na do­dat­kowo płat­nych wy­ciecz­kach, ale przy odro­bi­nie wy­ob­raźni wy­star­czy sta­nąć po­nad od­krytą areną i po­czuć prze­ra­ża­jący za­pach stra­chu sprzed dwóch ty­sięcy lat.

Ba­zy­lika w ba­zy­lice

Nie zo­sta­wiamy jesz­cze Ko­lo­seum. Od­cho­dzimy od niego za­le­d­wie kil­ka­set me­trów. Wzdłuż ulicy peł­nej ma­łych piz­ze­rii i ka­wia­re­nek z wi­do­kiem na am­fi­te­atr kie­ru­jemy się na wschód do ba­zy­liki św. Kle­mensa. Choć bu­do­wla może wy­da­wać się jed­nym z ko­lej­nych rzym­skich ko­ścio­łów z li­sty "to trzeba zo­ba­czyć", jest uni­ka­tem nie tylko w Rzy­mie, ale w świe­cie. To trzy miej­sca kultu z róż­nych cza­sów, po­sta­wione jedno na dru­gim. Od­krył je w 1867 roku ów­cze­sny przeor, ir­landzki ksiądz Jo­seph Mul­lo­oly. Ko­lejne ba­da­nia, już na po­czątku XX wieku, po­zwo­liły na do­tar­cie do jesz­cze głęb­szych warstw za­bu­dowy. Oka­zało się, że głę­boko pod zie­mią czeka praw­dziwa ta­jem­nica sprzed dwóch ty­sięcy lat.

Ta część Rzymu jest na ogół bar­dzo za­tło­czona. Ty­siące mi­ło­śni­ków an­tyku, a także wszyst­kich moż­li­wych fil­mów o ce­za­rach, okru­cień­stwach Ne­rona, gla­dia­to­rach i prze­śla­do­wa­niach pierw­szych chrze­ści­jan z wy­pie­kami na twa­rzach, lecz cier­pli­wie cze­kają na wej­ście na Fo­rum Ro­ma­num i do Ko­lo­seum, spa­ce­rują do­okoła. Sta­cja me­tra nie­mal tuż pod wej­ściem do am­fi­te­atru z mo­no­tonną re­gu­lar­no­ścią wy­pluwa z cze­lu­ści ko­lej­nych zwie­dza­ją­cych. Cza­sami trudno tu zro­bić zdję­cie, bo prze­cież każdy jest mi­strzem w ro­bie­niu sel­fie i kra­jo­braz za­sła­niają żywe mury fo­to­gra­fu­ją­cych sa­mych sie­bie tu­ry­stów. Ale wy­star­czy przejść kilka kro­ków, żeby zna­leźć się w in­nym świe­cie.

Z po­ziomu ulicy wcho­dzimy do chłod­nego wnę­trza, któ­rego wej­ścia pil­nuje życz­liwy straż­nik pa­lący aku­rat pa­pie­rosa. Ba­zy­lika San Cle­mente ma rów­nież we­wnętrzny dzie­dzi­niec, za­cie­niony i prze­wiewny, ide­alny do od­po­czynku od gwaru mia­sta. Mury tego ko­ścioła wzniósł kar­dy­nał Ana­sta­sius po­mię­dzy 1099 a 1120 ro­kiem. Świą­ty­nia po­wstała dla uczcze­nia mę­czeń­skiej śmierci Kle­mensa I, czwar­tego bi­skupa Rzymu i jed­nego z Oj­ców Ko­ścioła, który żył około 100 roku.

Kle­mens był uczniem św. Pio­tra i św. Pawła, w cza­sach naj­więk­szych prze­śla­do­wań chrze­ści­jan zo­stał pa­pie­żem. Za ce­sa­rza Tra­jana za to, że "wier­nie stał przy Zba­wi­cielu i był go­towy ży­cie za niego po­ło­żyć" zo­stał, we­dług jed­nej wer­sji, wrzu­cony do Ty­bru, we­dług in­nej, ze­słany na Krym, gdzie z in­nymi ska­zań­cami pra­co­wał w ka­mie­nio­ło­mach. Dzięki głę­bo­kiej wie­rze, a także od­na­le­zie­niu źró­dła wody, któ­rej ro­bot­nicy byli po­zba­wieni, sta­wał się co­raz bar­dziej po­pu­larny, co wy­ko­rzy­stał do na­wra­ca­nia po­gan. Oczy­wi­ście, nie po­do­bało się to ka­pła­nom daw­nych re­li­gii, któ­rzy w końcu po­ża­lili się ce­sa­rzowi i we­zwali go, aby po­mścił ob­razę bo­gów. Tra­jan za­re­ago­wał na­tych­miast. Na od­siecz wy­słał rzym­skiego na­miest­nika, ten zaś za­kuł pa­pieża w kaj­dany, wy­pły­nął z nim na otwarte mo­rze, gdzie przy­wią­zał go do ko­twicy i wy­rzu­cił do wody.

Ci, któ­rych Kle­mens na­wró­cił, nie mo­gli po­zwo­lić na to, żeby ciało mę­czen­nika zo­stało na dnie mo­rza. Mieli tylko je­den spo­sób - mo­dli­twę. Ta zaś zo­stała wy­słu­chana i 23 li­sto­pada 100, w dniu śmierci pa­pieża, gdy tylko od­pły­nął sta­tek na­miest­nika, mo­rze cof­nęło się i wierni mo­gli za­brać zmar­łego. W IX wieku jego re­li­kwie przy­wieźli do Rzymu Cy­ryl i Me­tody. Grób Cy­ryla, na­zy­wa­nego apo­sto­łem Sło­wian, znaj­duje się wła­śnie w ba­zy­lice San Cle­mente.

Świą­ty­nia, którą wzniósł w XII wieku kar­dy­nał Ana­sta­sius, stoi na wcze­śniej­szym ko­ściele, rów­nież pod we­zwa­niem św. Kle­mensa. Zo­stał zbu­do­wany w IV wieku, a jego pod­łoga leży mniej wię­cej na tym sa­mym po­zio­mie co arena Ko­lo­seum, czyli około dwu­dzie­stu me­trów po­ni­żej dzi­siej­szego po­ziomu ulic. Przez wieki wszy­scy o niej za­po­mnieli. Czy dla­tego, że mia­sto pod­no­siło się śred­nio o pół me­tra na sto lat i wchło­nęło stary bu­dy­nek? Nie.

Kiedy w XIX wieku opie­ku­no­wie ba­zy­liki od­kryli pod nią star­szą świą­ty­nię, z po­czątku uwa­żano, że zo­stała spa­lona przez Nor­ma­nów pod­czas na­jazdu na Rzym w 1084 roku. Wy­ko­pa­li­ska ar­che­olo­giczne nie przy­nio­sły jed­nak żad­nych śla­dów wska­zu­ją­cych na po­żar. Ba­da­cze wy­su­nęli więc inną hi­po­tezę. Co prawda, osia­da­jąca w stale pod­no­szą­cym się po­zio­mie gruntu ba­zy­lika sta­wała się co­raz więk­szym pro­ble­mem, ale można było temu za­ra­dzić. A jed­nak wła­dze ko­ścioła zde­cy­do­wały, aby czę­ściowo ro­ze­brać bu­dy­nek, usu­nąć z niego mar­mury i war­to­ściowe ele­menty, a na­stęp­nie pu­ste po­miesz­cze­nia wy­peł­nić ty­sią­cami me­trów sze­ścien­nych ziemi i śmieci. Na po­grze­ba­nym ko­ściele za­częła po­wsta­wać nowa ba­zy­lika, jed­nak cią­gle pod tym sa­mym we­zwa­niem. Czy to miało sens?

W 2007 roku rzym­ski hi­sto­ryk sztuki Va­len­tino Pace przed­sta­wił śmiałą hi­po­tezę, że za­sy­pa­nie ba­zy­liki było ak­tem dam­na­tio me­mo­riae, czyli po­tę­pie­nia pa­mięci an­ty­pa­pieża Kle­mensa III, na któ­rego zle­ce­nie po­wstał cykl fre­sków zdo­bią­cych wnę­trze ba­zy­liki. Kle­mens III zo­stał wy­brany an­ty­pa­pie­żem w opo­zy­cji do pa­pieża Grze­go­rza VII, któ­rego pro­gram re­form za­kła­dał dą­że­nie do uwol­nie­nia Ko­ścioła spod ku­ra­teli wła­dzy świec­kiej po­przez znie­sie­nie świec­kiej in­we­sty­tury. Pa­pieże to­czyli ze sobą krwawe boje, Kle­mensa wspie­rał święty ce­sarz rzym­ski, który wy­brał się do Rzymu na czele ar­mii, aby wes­przeć swo­jego kan­dy­data do tronu Pio­tro­wego. Pa­pież Grze­gorz VII schro­nił się w Zamku Świę­tego Anioła (jaki tam jest piękny tu­nel!) i zdo­łał ode­przeć Nor­ma­nów i Kle­mensa, ale po­tem sy­tu­acja zmie­niała się jesz­cze wie­lo­krot­nie. Ko­lejni pa­pieże ob­rzu­cali się z an­ty­pa­pie­żem klą­twami, aż za­cie­kły wróg Kle­mensa III, Ra­ine­rus z Bledy, już jako pa­pież Pas­cha­lis II, po śmierci an­ty­pa­pieża na­ka­zał go eks­hu­mo­wać i wrzu­cić do Ty­bru.

Po­wyż­sza hi­sto­ria nie daje jed­nak od­po­wie­dzi na py­ta­nie, dla­czego prze­ciw­nicy Kle­mensa III za­dali so­bie aż tyle trudu, by cał­ko­wi­cie po­grą­żyć w ziemi starą ba­zy­likę, skoro mo­gli je­dy­nie na­ka­zać usu­nię­cie lub za­ma­lo­wa­nie spek­ta­ku­lar­nych ma­lo­wi­deł. Fre­ski zaś po­zo­stały, frag­menty przed­sta­wie­nia le­gendy o cu­dach św. Kle­mensa z IX i XI wieku zo­stały nie­dawno pod­dane grun­tow­nej re­no­wa­cji.

I oto je­ste­śmy w ko­ściele, który nie ma okien. Zej­ście do niego pro­wa­dzi boczną klatką scho­dową z obec­nej ba­zy­liki. Na dole pa­nuje nie­mal zu­pełna ciem­ność, roz­świe­tlona tylko elek­trycz­nymi po­chod­niami, które mają przy­wo­łać na­strój sprzed wie­ków. Ze ściany pa­trzy Ma­donna z VIII wieku, od­kryta pod­czas prac ar­che­olo­gicz­nych w 1857 roku. Ka­mienny oł­tarz w ka­plicy po­maga wy­obra­zić so­bie układ pu­stych dziś po­miesz­czeń. Rze­czy­wi­ście, wy­glą­dają na ska­zane na za­po­mnie­nie. Je­śli jed­nak ktoś my­śli, że to już ko­niec za­ga­dek, jest w błę­dzie.

Na po­czątku XX wieku oj­ciec Lo­uis No­lan, ów­cze­sny opie­kun świą­tyni i au­tor książki o jej ar­chi­tek­tu­rze, wy­drą­żył li­czący sześć­set me­trów ka­nał, któ­rym od­pro­wa­dził do sta­rej ka­na­li­za­cji koło Ko­lo­seum wodę wpły­wa­jącą do pod­ziemi ko­ścioła. Dzięki tej pracy pod pod­zie­miami sły­chać po­tok, który od ty­sięcy lat spływa z La­te­ranu i Eskwi­linu w kie­runku Ko­lo­seum, Fo­rum i Ty­bru. Tyle że nie za­trzy­muje się tu­taj, tylko kie­ruje się da­lej do słyn­nego sta­ro­żyt­nego ka­nału ście­ko­wego Clo­aca Ma­xima i w ten spo­sób od­wad­nia naj­głęb­sze pod­zie­mia ko­ścioła. Dzięki tej pracy udało się zejść pod pierw­szą ba­zy­likę. Wtedy oka­zało się, że stoi na jesz­cze star­szym domu, bo po­cho­dzą­cym z I wieku. Jego wła­ści­cie­lem miał być kon­sul Fla­wiusz Kle­mens, któ­rego żona Fla­wia Do­mi­cylla zo­stała wy­gnana z Rzymu praw­do­po­dob­nie ze względu na chrze­ści­jań­skie sym­pa­tie. To o jej ka­ta­kum­bach pi­sa­li­śmy na po­czątku tego ROZ­DZIAŁu. W pi­śmien­nic­twie po­ja­wia się też teo­ria, że św. Kle­mens był wy­zwo­leń­cem Fla­wiu­sza. Na tym po­zio­mie znaj­do­wały się dwa bu­dynki od­dzie­lone od sie­bie je­dy­nie wą­skim przej­ściem. Na dzie­dzińcu jed­nego z nich za­cho­wało się nie­wiel­kie mi­treum - świą­ty­nia po­świę­cona per­skiemu bogu Mi­trze, po­cho­dząca z II wieku n.e.

Kult Mi­try był w Rzy­mie roz­po­wszech­niony i szcze­gól­nie po­pu­larny wśród żoł­nie­rzy i gla­dia­to­rów. Mi­tra obie­cy­wał zmar­twych­wsta­nie. Kult tego boga na­ro­dził się w II ty­siąc­le­ciu przed Chry­stu­sem. Był władcą ładu, pa­nem zo­bo­wią­zań, pa­no­wał nad zmia­nami ko­smicz­nymi, strzegł po­rządku spo­łecz­nego i wy­stę­po­wał jako sę­dzia w za­świa­tach. Czczony w Per­sji, za­wę­dro­wał naj­pierw do Gre­cji, a na­stęp­nie w I wieku do Rzymu, choć naj­wię­cej świą­tyń Mi­try w Eu­ro­pie od­na­le­ziono na te­re­nie Nie­miec. Iden­ty­fi­ko­wany był z Apol­lem albo bo­giem słoń­cem He­lio­sem i do dziś po­zo­staje bar­dzo ta­jem­ni­czym bo­giem. Kult Mi­try miał bo­wiem se­kretny cha­rak­ter, ob­rzędy były bar­dzo za­gad­kowe, a świą­ty­nie czę­sto lo­ko­wane w ukry­ciu. Wy­znawcy mi­tra­izmu prze­cho­dzili ini­cja­cje, które miały ezo­te­ryczny cha­rak­ter. Ich formę i treść na­le­żało za­cho­wać w ta­jem­nicy, wia­domo, że neo­fici zo­bo­wią­zy­wali się do wza­jem­nej lo­jal­no­ści oraz wspól­nego dą­że­nia do zwal­cza­nia zła. Sa­mo­do­sko­na­lący się mi­tra­iści prze­cho­dzili ko­lejne stop­nie wta­jem­ni­cze­nia: od kruka, przez no­wo­żeńca, żoł­nie­rza, lwa, Persa, wy­słan­nika Słońca do ojca i naj­wyż­szego ka­płana. Trudno się dzi­wić, że mi­tra­izm po­bu­dza wy­ob­raź­nię, a jej do­dat­kową po­żywką jest skąpa liczba ma­te­ria­łów źró­dło­wych.

Mi­treum pod ba­zy­li­kami San Cle­mente po­wstało w miej­scu wcze­śniej­szego nim­feum, czyli w ozdob­nym po­miesz­cze­niu, w któ­rym była za­in­sta­lo­wana fon­tanna. Tyle że w miej­scu ka­na­łów z wodą sta­nęły łoża ban­kie­towe. Praw­do­po­dob­nie wy­znawcy na­śla­do­wali w ten spo­sób bie­siady sa­mego boga Mi­try i bo­gini Sol.

W cen­tral­nym punk­cie tego po­miesz­cze­nia stoi oł­tarz w kształ­cie sar­ko­fagu z pła­sko­rzeźbą, na któ­rej Mi­tra za­bija byka. Młody bóg w czapce fry­gij­skiej klę­czy le­wym ko­la­nem na za­dzie le­żą­cego zwie­rzę­cia, prawą ręką wbija nóż w jego szyję, a wy­pły­wa­jącą z niej krew spi­jają pies i wąż. Na pra­wej i le­wej ścia­nie mo­nu­mentu wi­dać to­wa­rzy­szą­cych bogu Cau­tesa i Cau­to­pa­tesa trzy­ma­ją­cych pło­nące po­chod­nie zwró­cone od­po­wied­nio do góry i w dół, sym­bo­li­zu­jące, we­dług jed­nych in­ter­pre­ta­cji, zrów­na­nie dnia z nocą, we­dług in­nych na­ro­dziny i śmierć, wschód i za­chód słońca. W po­miesz­cze­niu za­cho­wały się także po­pier­sie bo­gini Sol oraz fi­gura Mi­th­ras pe­tra ge­ne­rix - Mi­tra zro­dzony ze skały.

Nie­stety, sank­tu­arium Mi­try jest za­mknięte kratą i tak oświe­tlone, żeby je­dy­nie do­my­ślać się, jak wy­gląda. I znowu, po­dob­nie jak setki razy wcze­śniej w Rzy­mie, trzeba użyć wy­ob­raźni i wy­peł­nić je po­sta­ciami, być może gla­dia­to­rami z po­bli­skiego Ko­lo­seum... A może po­win­ni­śmy zaj­rzeć jesz­cze ni­żej? Pod­czas wy­ko­pa­lisk oka­zało się bo­wiem, że mi­treum po­wstało na fun­da­men­cie willi z epoki Re­pu­bliki, spa­lo­nej w wiel­kim po­ża­rze Rzymu w cza­sach ce­sa­rza Ne­rona.

Wielki po­żar (ma­gnum in­cen­dium Ro­mae) wy­buchł 19 lipca 64 n.e., Ta­cyt wspo­mina, że roz­prze­strze­niał się szybko (za­bu­dowa była prze­cież czę­ściowo drew­niana) i trwał pięć i pół dnia, do 24 lipca. Tylko cztery z czter­na­stu dziel­nic ów­cze­snego Rzymu unik­nęły znisz­czeń, trzy zo­stały kom­plet­nie stra­wione przez ogień, na­stępne sie­dem zaś zo­stało po­waż­nie znisz­czo­nych. Póź­niej­sze źró­dła po­dają, że spło­nęło je­dy­nie sto trzy­dzie­ści sześć do­mów i że nie zro­biło to wiel­kiego wra­że­nia, po­nie­waż po­żary wy­bu­chały wtedy dość czę­sto. Do dziś hi­sto­rycy nie są zgodni co do przy­czyny po­żaru. O pod­pa­le­nie mia­sta oskar­żano sa­mego ce­sa­rza, który miał pa­trzeć na tra­wione ogniem mia­sto, gra­jąc na li­rze. Oskar­że­nia pa­dły rów­nież na wy­znaw­ców Je­zusa, ale po po­nad dwóch ty­sią­cach lat ba­da­nie przy­czyn tra­ge­dii może mieć je­dy­nie cha­rak­ter śledz­twa po­szla­ko­wego. Pewne jest na­to­miast jedno - to od Ne­rona za­częły się prze­śla­do­wa­nia chrze­ści­jan.

I tak na­sza hi­sto­ria za­to­czyła koło. A my, wy­cho­dząc z ciem­no­ści pod­ziem­nych świą­tyń, po­wta­rzamy so­bie słynne słowa So­kra­tesa "Wiem, że nic nie wiem". Za­raz, coś jed­nak wiemy. Do dzi­siaj nie od­kryto jesz­cze dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cent pod­ziem­nego Rzymu.

ROZ­DZIAŁ3

PRAGA

Pod­ziemna Praga ma wiele twa­rzy. Tu­ry­ści rzadko je oglą­dają, bo wolą atrak­cje na po­wierzchni ziemi. Tym­cza­sem ukryte pod uli­cami mia­sto po­trafi za­sko­czyć bar­dziej niż jego sło­neczna strona. Je­śli chce­cie po­wę­dro­wać śla­dami Toma Cru­ise'a albo zejść do mrocz­nych krypt pod jed­nym z naj­słyn­niej­szych ko­ścio­łów Eu­ropy, mu­si­cie ko­niecz­nie przy­je­chać do sto­licy Czech.

Mia­sto za sprawą rzeki

Dwie, wy­glą­da­jące na wy­czer­pane, ko­biety wy­cho­dzą przez wą­skie drzwi. Nie od­zy­wają się, wi­dać, że chcą mieć to - choć nie wiemy co - już za sobą. Za chwilę na scho­dach po­ja­wia się dwóch star­szych męż­czyzn.

- Nie wi­dzie­li­ście może dwóch pań? Zgu­bi­li­śmy żony i nie wiemy, co się z nimi stało.

- Ja­kim cu­dem pa­no­wie się tu zna­leźli? - pyta to­wa­rzy­sząca nam prze­wod­niczka. - Ktoś was za­mknął?

Tak za­czyna się na­sza przy­goda z pra­skimi pod­zie­miami. Pod­zie­miami, do któ­rych do­stęp ma za­le­d­wie kilku pra­cow­ni­ków i tylko oni mają klu­cze do wej­ścia. Jak za­plą­tali się tam tu­ry­ści bez opieki?

Pa­no­wie spusz­czają wzrok i ucie­kają, nie oglą­da­jąc się na prze­wod­niczkę.

W sa­mym cen­trum mia­sta, pod Ra­tu­szem Sta­ro­miej­skim, zna­nym głów­nie z Or­loja, słyn­nego ze­gara, scho­dzimy do kap­suły czasu. Uwię­ziła ją tu pły­nąca przez Pragę We­łtawa.

Sta­ro­miej­ski Ra­tusz jest obok mo­stu Ka­rola i ko­ścioła Tyń­skiego na Sta­rym Mie­ście jedną z naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych bu­do­wli mia­sta. Ry­nek, przy któ­rym po­wstał, był nie­gdyś miej­skim pla­cem tar­go­wym zwa­nym po pro­stu Wiel­kim Pla­cem. Za­szczytne miano Rynku zy­skał do­piero w 1895 roku. Już od XI wieku było to jed­nak serce mia­sta, tęt­niące ży­ciem, pełne han­dla­rzy, na­ukow­ców, ar­ty­stów, po­spól­stwa oraz zwy­kłych ga­piów - tu ob­rzu­cano jaj­kami przy­wią­za­nych do prę­gie­rza ska­zań­ców.

W ko­ściele Tyń­skim, który dzieli od ra­tu­sza do­kład­nie sto sie­dem­dzie­siąt me­trów, spo­czywa Ty­cho Brahe, na­dworny astro­nom ce­sa­rza Ru­do­lfa II, wła­ści­ciel pry­wat­nej duń­skiej wy­spy Ven. Tak jak wielu mu po­dob­nych dał się sku­sić ma­gicz­nemu mia­stu. I dzi­siaj przez Stare Mia­sto prze­cho­dzą ty­siące lu­dzi, któ­rych Praga przy­ciąga swo­imi ta­jem­ni­cami, opo­wie­ściami o al­che­mi­kach ma­rzą­cych o pro­duk­cji złota i Go­le­mie, stwo­rze z gliny ule­pio­nym nad We­łtawą przez Wiel­kiego Ra­bina Löwa.

Rów­nież ra­tusz ma swoją le­gendę. Po­wstał w XIV wieku za cza­sów Jana Luk­sem­bur­skiego, władcy lek­ko­du­cha, który na do­da­tek praw­do­po­dob­nie nie mó­wił po cze­sku. To jego syn Ka­rol wpro­wa­dził na ce­sar­ski tron je­dyną w na­szej hi­sto­rii Pia­stównę, Annę Świd­nicką. Kiedy Anna przy­je­chała do Pragi, ra­tusz wy­glą­dał zu­peł­nie ina­czej niż dzi­siaj. Ze wzglę­dów fi­nan­so­wych po­wstał przez roz­bu­dowę wcze­śniej­szej ka­mie­nicy. Do­piero póź­niej zo­stała do­bu­do­wana do niego wieża i neo­go­tyc­kie skrzy­dło. W 1410 roku, za cza­sów Wa­cława IV, syna Ka­rola i Anny, na ścia­nie ra­tu­szo­wej wieży zo­stał za­in­sta­lo­wany ze­gar astro­no­miczny Or­loj. Składa się z trzech głów­nych czę­ści, z któ­rych każda od­po­wiada za inny po­miar. Or­loj po­ka­zuje więc ak­tu­alną go­dzinę, po­ło­że­nie ciał nie­bie­skich, mie­siące ka­len­da­rzowe, ma rów­nież ru­chome fi­gurki dwu­na­stu apo­sto­łów. Ich po­staci po­ja­wiają się w gór­nych oknach ze­gara, po­ni­żej na­to­miast o prze­mi­ja­niu przy­po­mi­nają: Śmierć z klep­sy­drą, Tu­rek z lut­nią sym­bo­li­zu­jący po­żą­da­nie i na­mięt­ność, Chci­wiec z miesz­kiem w dłoni oraz Próż­ność trzy­ma­jąca lu­stro. Fi­gury wy­cho­dzą z ze­gara o każ­dej peł­nej go­dzi­nie, za­wsze czeka na nie tłum cie­kaw­skich. We­dług daw­nych po­dań Or­loj był ostat­nim dzie­łem mi­strza Ha­nuša. Rze­mieśl­nik stwo­rzył ze­gar tak do­sko­nały, że rajcy zle­cili ośle­pie­nie mi­strza, żeby ni­gdy już nie mógł zro­bić dru­giego ta­kiego cudu dla in­nego mia­sta. Po­do­bno kiedy Ha­nuš wy­da­wał ostat­nie tchnie­nie, me­cha­nizm ze­gara się za­trzy­mał...

Mistrz Ha­nuš żył na­prawdę - po­cho­dził z Hradca Kra­lowe, miał żonę Ka­ta­rzynę i dwoje dzieci, pra­co­wał jako ze­gar­mistrz w Pra­dze w la­tach 1475-1497. Nie mógł więc stwo­rzyć swo­jego słyn­nego dzieła w 1410 roku. Kwe­renda ar­chi­walna ujaw­niła jed­nak, że choć Or­loja skon­stru­ował ktoś inny, Mi­ku­láš z Ka­daňa, i to rze­czy­wi­ście w 1410 roku, Ha­nuš, który prze­bu­do­wał ze­gar osiem­dzie­siąt lat póź­niej, nie­chcący za­gar­nął całą sławę dla sie­bie.

Mia­sto pod ra­tu­szem

Na prze­ło­mie XIII i XIV stu­le­cia Praga za­częła się roz­bu­do­wy­wać, w po­ło­wie XIV wieku była naj­więk­szym le­żą­cym na pół­noc od Alp mia­stem w Eu­ro­pie. Nie obyło się jed­nak bez kło­po­tów. Za­bu­do­wa­nia nad za­ko­lem We­łtawy na­ra­żone były na czę­ste za­la­nia, bo spię­trzone wody rzeki czę­sto wy­stę­po­wały z ko­ryta. Po dru­gie, ów­cze­sna Praga le­żała kilka me­trów po­ni­żej dzi­siej­szego po­ziomu, co - znowu ze względu na We­łtawę - nie było do końca bez­pieczne. Ar­chi­tekci wpa­dli więc na pro­sty po­mysł. Po­nie­waż roz­po­częła się już bu­dowa po­ło­żo­nego znacz­nie wy­żej No­wego Mia­sta, cały uro­bek z wy­ko­pów pod fun­da­menty prze­zna­czali na sztuczne pod­nie­sie­nie po­ziomu naj­star­szych kwar­ta­łów sto­licy, tych le­żą­cych w bez­po­śred­nim są­siedz­twie We­łtawy. W miarę upływu lat i roz­bu­dowy Pragi po­ziom ulic sta­rówki tak się pod­niósł, że dawne śre­dnio­wieczne kon­dy­gna­cje ka­mie­nic oraz wą­skie uliczki i po­dwórka zna­la­zły się głę­boko pod po­wierzch­nią ziemi. Prze­jęły więc funk­cję piw­nic albo, po ich za­sy­pa­niu, fun­da­men­tów bu­do­wa­nych w póź­niej­szych stu­le­ciach bu­dyn­ków. W ten spo­sób pod Pragą po­wstało pod­ziemne mia­sto, które ni­gdy nie zo­stało do końca zba­dane. Jego frag­ment leży pod pra­skim ra­tu­szem, który jest prze­cież czę­ścią star­szej ka­mie­nicy. Pod jego bryłą ar­che­olo­dzy zna­leźli ro­mań­sko-go­tyc­kie sale i ko­ry­ta­rze, z któ­rych naj­star­sze po­cho­dzą z XII wieku.

Scho­dzimy po stop­niach do pierw­szej czę­ści pod­ziemi, w któ­rych - nie wia­domo, ja­kim cu­dem - dwóch tu­ry­stów zgu­biło swoje żony. Na­gle je­ste­śmy w in­nym cza­sie, idziemy przez stare domy, ulice, po­dwórka, tyle że przy­kryte war­stwą póź­niej­szych bu­do­wli. Jak­by­śmy spa­ce­ro­wali po naj­praw­dziw­szym śre­dnio­wiecz­nym mie­ście za­cho­wa­nym w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Nie­mal jak Pom­peje po wy­bu­chu wul­kanu, lecz za­miast pod po­pio­łem, dawne mia­sto znik­nęło pod ko­lej­nym, znacz­nie już now­szym. Roz­po­zna­jemy uliczki, które za­miast nieba mają nad sobą fun­da­menty ra­tu­sza. Od­kry­wamy na­wet stare stud­nie. Pod sto­pami mamy te same ka­mie­nie, po któ­rych ktoś cho­dził już dzie­więć wie­ków temu. Wia­domo, że pod­zie­mia słu­żyły przez ja­kiś czas ra­dzie miej­skiej jako ka­za­maty. Na ścia­nach od­naj­du­jemy na­pisy i po­je­dyn­cze li­tery wy­ryte przez ska­zań­ców. Wi­dać datę: 1699. Nie do­wiemy się już, jaki los spo­tkał czło­wieka, który zo­sta­wił po so­bie ten znak. Tak na­prawdę nie wia­domo też, jak wielka jest pod­ziemna Praga, być może jej ba­da­nie po­zwoli kie­dyś od­kryć ta­jem­nice miesz­kań­ców sprzed wie­ków.

Krypty pod ma­łym Je­zu­skiem

Są w Pra­dze miej­sca, gdzie pra­wie nikt nie za­gląda. Nie wcho­dzą do nich tu­ry­ści, a na­wet je­śli mie­liby na to ochotę, naj­pierw mu­sie­liby wie­dzieć, że te miej­sca ist­nieją. Ta­kie pod­zie­mia in­te­re­sują nas naj­bar­dziej. Słyn­nym mo­stem Ka­rola prze­bi­jamy się (do­słow­nie, bo po mo­ście za­wsze wę­drują tłumy tu­ry­stów) na drugą stronę We­łtawy. W dziel­nicy Malá Strana, która do 1784 roku była od­dziel­nym mia­stem, wznosi się nieco mroczna bryła Pra­skiego Je­zu­látka, czyli ko­ścioła Naj­święt­szej Ma­rii Panny Zwy­cię­skiej. W jego pod­zie­miach znaj­dują się krypty za­kon­ni­ków opie­ku­ją­cych się tu­tej­szym Sank­tu­arium Pra­skiego Dzie­ciątka Je­zus. Sama świą­ty­nia jest bar­dzo znana, wię­cej na­wet, słynna. Mieszka w niej bo­wiem cu­do­wna fi­gurka przed­sta­wia­jąca trzy­let­nie Dzie­ciątko Je­zus, czyli Je­zu­látko. Gdyby nie ta rzeźba, być może nie mie­li­by­śmy jed­nego z naj­pięk­niej­szych dzieł li­te­rac­kich XX wieku. An­to­ine de Sa­int-Exu­péry wpadł na po­mysł na­pi­sa­nia Ma­łego księ­cia aku­rat wtedy, gdy spo­glą­dał na pra­skiego Je­zu­ska, który ma rze­czy­wi­ście twarz me­lan­cho­lij­nego chłop­czyka.

Je­zu­látko to po­wle­czona wo­skiem, drew­niana fi­gurka wy­so­ko­ści czter­dzie­stu sied­miu cen­ty­me­trów. Do Pragi tra­fiła w po­ło­wie XVI wieku. Wcze­śniej na­le­żała do rodu hisz­pań­skich ary­sto­kra­tów Man­ri­que de Lara, któ­rego przed­sta­wi­cielka po­ślu­biła cze­skiego szlach­cica. Choć po­wszech­nie przyj­muje się, że fi­gurka po­wstała pięć wie­ków temu, we­dług jed­nej z le­gend jest znacz­nie star­sza. W XI wieku, pod­czas wojny Hisz­pa­nii z Mau­rami, żył mnich o imie­niu Jó­zef. Jego klasz­tor zbu­rzyli nie­wierni, do­pro­wa­dza­jąc za­kon­ni­ków do roz­pa­czy. Wtedy Jó­ze­fowi uka­zała się twarz dziecka, które przed­sta­wiło się jako Je­zus i za­pew­niło, że za­wsze bę­dzie przy nim w po­trze­bie. Jó­zef od­bu­do­wał znisz­czony przez Mau­rów klasz­tor i po­sta­no­wił uwiecz­nić Dzie­ciątko Je­zus, dzięki któ­rego po­mocy - jak wie­rzył - kon­went od­zy­skał świet­ność. Nie­stety, mnich nie mógł so­bie przy­po­mnieć ry­sów twa­rzy ma­łego Je­zu­ska. Syn Boży po­ja­wił się więc raz jesz­cze i tym ra­zem uj­rzał go rów­nież rzeź­biarz, który wy­ko­nał fi­gurkę. Tak po­wstało Je­zu­látko.

Brat Jó­zef chciał, żeby do fi­gurki mo­dlili się lu­dzie na ca­łym świe­cie, Je­zu­látko za­częło więc krą­żyć po Eu­ro­pie. Tra­fiło w końcu do słyn­nej mi­styczki św. Te­resy z Avili, która czę­sto z nim po­dró­żo­wała i w końcu prze­ka­zała ro­dzi­nie Man­ri­que de Lara. Do Czech fi­gurkę przy­wio­zła Ma­ria Ma­xi­mi­liana Man­ri­que de Lara y Men­doza, która wy­szła za mąż za kanc­le­rza Kró­le­stwa Czech, Vra­ti­slava II z Per­nštejna. Ich córka Po­li­xena z Lob­ko­wic otrzy­mała fi­gurkę w po­sagu i po­da­ro­wała cze­skim kar­me­li­tom z in­ten­cją, aby "stała się wła­sno­ścią Pragi, cze­skiego na­rodu i świata".

Kiedy Dzie­ciątko Je­zus zna­la­zło się w pra­skim ko­ściele Naj­święt­szej Ma­rii Panny Zwy­cię­skiej, za­częło być gło­śno o cu­dow­nych zda­rze­niach, do ja­kich do­cho­dziło za jego sprawą. Lu­dzie od­zy­ski­wali wzrok, od­rzu­cali kule, po­wra­cali do zdro­wia. Pod­czas ob­lę­że­nia mia­sta król szwedzki Ka­rol Gu­staw był pod ta­kim wra­że­niem sławy Je­zu­látka, że nie tylko oszczę­dził jego ko­ściół, ale ofia­ro­wał do­dat­kowo trzy­sta du­ka­tów na świece do oł­ta­rza. W końcu kult Dzie­ciątka Je­zus stał się tak znany, że do sank­tu­arium za­częli piel­grzy­mo­wać lu­dzie z ca­łej Eu­ropy.

Tuż przy wej­ściu do ko­ścioła znaj­duje się boczne wej­ście. Stoi przed nim ko­lejka bez­dom­nych, któ­rzy cze­kają na skromny po­si­łek wy­da­wany co ty­dzień przez klasz­tor. Nie­wiele tego, tro­chę chleba po­kro­jo­nego w wiel­kie kromki.

- Ale i dla tego opłaca im się tu przyjść - mówi Hana Říhová, która pra­cuje w klasz­to­rze. Uro­cza, młoda ko­bieta pro­wa­dzi nas do krypty na ty­łach oł­ta­rza i ja­koś tak de­li­kat­nie su­ge­ruje, że pod zie­mią jest zimno, więc może nas zo­stawi sa­mych. Wą­skie schody wiodą głę­boko w dół do pro­stych, aż zbyt skrom­nych krypt. Ro­zu­miem, że Hana nie chce tu zo­stać. Pod zie­mią jest rze­czy­wi­ście zimno, poza tym...

Już pierw­sze po­miesz­cze­nie przy­po­mina nieco sce­ne­rię z thril­le­rów. Po obu stro­nach w ścia­nach po­cho­wani są bra­cia, po­środku stoi na­to­miast su­rowy oł­tarz.

Pod­łogi w dal­szej czę­ści pod­ziemi są za­sta­wione przez naj­prost­sze, obite bla­chą trumny. Nie­które mają szklane przy­kry­cia. Po­zwa­lają spoj­rzeć na zmu­mi­fi­ko­wane ciała zmar­łych kar­me­li­tów, do któ­rych ko­ściół na­le­żał po 1624 roku. Spo­czy­wają tu także dar­czyńcy za­konu. Po­wagę śmierci, su­ro­wej, jed­na­kowo spra­wie­dli­wej dla każ­dego, czuć w tych pod­zie­miach z wy­jąt­kową mocą. Ta ci­sza. Chłód. Żad­nych ozdób, krót­kie na­pisy, pro­ste krzyże, su­rowe ściany. Je­dy­nie w kilku miej­scach wi­dać na mu­rze ja­kieś dziwne twa­rze i ta­jem­ni­cze znaki wy­ryte przez nie­znaną rękę w ubie­głych stu­le­ciach. Może ktoś chciał tu zo­sta­wić fre­ski? Krypty są czę­ścią naj­star­szego ba­ro­ko­wego ko­ścioła w Pra­dze, mu­szą więc kryć jesz­cze ja­kieś ta­jem­nice, choć naj­więk­szą z nich jest tu ta­jem­nica śmierci.

Wy­cho­dzimy w kom­plet­nej ci­szy. W świą­tyni pa­nuje na­strój sku­pie­nia, za to wo­kół pul­suje miej­skie ży­cie. Nie­mal u bram ko­ścioła staje tram­waj, po prze­ciw­nej stro­nie ulicy jedna koło dru­giej wa­bią ty­sią­cami ko­lo­rów wy­stawy z set­kami fi­gu­rek Je­zu­látka. Dzie­ciątko stoi cza­sami tylko w ko­szuli, czę­ściej w ha­fto­wa­nym płasz­czu, nie­kiedy leży na bia­łej pie­rzynce. Ota­czają go różni święci z drewna, pla­stiku, gipsu. Mają mnó­stwo zło­ceń. Choć wiążą się z tym sa­mym miej­scem, wy­glą­dają, jakby na­le­żały do zu­peł­nie już in­nej hi­sto­rii.

Zmo­czeni święci

Do­kąd te­raz? Praga ofe­ruje tyle po­kus, że trudno obok nich przejść obo­jęt­nie. Oprócz, co oczy­wi­ste, po­mni­ków prze­szło­ści wa­bią setki kar­cze­mek, pu­bów, ka­wiarni wzdłuż We­łtawy. Znowu prze­mie­rzamy most Ka­rola, naj­słyn­niej­szą klamrę łą­czącą czę­ści mia­sta, by idąc po pra­wym brzegu rzeki, do­trzeć do wzgó­rza Wy­szeh­rad (Vy­šeh­rad). Ta na­zwa ozna­cza Wy­soki Za­mek i rze­czy­wi­ście już w X wieku stała tu wa­row­nia, która obok Hrad­czan stała się drugą co do waż­no­ści sie­dzibą cze­skich wład­ców. We­dług lu­do­wych po­dań Wy­szeh­rad był sie­dzibą le­gen­dar­nego władcy Czech Kroka i jego córki, księż­niczki Li­bu­szy, póź­niej­szej cze­skiej wład­czyni oraz za­ło­ży­cielki Pragi. Miesz­kał tu rów­nież pierw­szy król Czech, Wra­ty­sław II. To w jego cza­sach zo­stał wznie­siony sto­jący do dziś ko­ściół św. św. Pio­tra i Pawła, obok ro­tundy św. Mar­cina naj­star­szy obiekt na wzgó­rzu. Na Wy­szeh­ra­dzie za­czy­nała się tra­dy­cyjna Droga Kró­lew­ska, którą po­ko­nać mu­sieli ko­lejni władcy uda­jący się na Hrad­czany na uro­czy­stość swo­jej ko­ro­na­cji.

To za­ska­ku­jące, że przy­jezdni zwie­dza­jący Pragę tak rzadko za­glą­dają w to miej­sce. Tym­cza­sem jest tu spo­koj­niej niż w sa­mym cen­trum, zie­lono, ła­god­nie, ci­cho. W parku stoją po­sągi z pia­skowca, na wy­szeh­radz­kim cmen­ta­rzu po­cho­wany zo­stał Vac­lav Ha­vel. Ze wzgó­rza roz­ciąga się piękna pa­no­rama Pragi i We­łtawy. I mają tu pod­zie­mia!

W XVII wieku Habs­bur­go­wie zbu­do­wali na wzgó­rzu for­tecę, w któ­rej utwo­rzyli gar­ni­zon. Sto lat póź­niej, w cza­sie wojny z Pru­sami, pod wy­szeh­radzką twier­dzą zo­stał wy­drą­żony sys­tem ka­za­mat. Ich bu­dową zaj­mo­wał się fran­cu­ski ge­ne­rał, in­ży­nier de Ber­di­qu­ier. Ka­za­maty, po­łą­czone z pod­ziem­nymi tu­ne­lami, miały ra­zem pra­wie ki­lo­metr dłu­go­ści. Ist­nieją prze­kazy, że nie­które z ko­ry­ta­rzy łą­czyły się z taj­nymi przej­ściami pod­ziem­nymi pro­wa­dzą­cymi w dół wzgó­rza, na­wet po­ni­żej ko­ryta We­łtawy. Rze­komo można było się nimi do­stać w oko­lice pra­skiego zamku oraz klasz­toru na Bře­vno­vie, choć ni­komu nie udało się po­twier­dzić tej in­for­ma­cji. Gdyby rze­czy­wi­ście ist­niał tu­nel łą­czący Wy­szeh­rad z Hrad­cza­nami, mu­siałby mieć pięć ki­lo­me­trów!

Pod­ziemne ko­ry­ta­rze, które z całą pew­no­ścią ist­nieją, czyli te w ob­rę­bie for­ty­fi­ka­cji, są cia­sne i wą­skie, obu­do­wane ce­głą i ka­mie­niem. Ich cha­rak­te­ry­styczny kształt spra­wia, że wy­dają się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. Nie można uciec przed my­ślą o tym, jak mu­sieli czuć się w nich żoł­nie­rze w cza­sie ob­lę­że­nia twier­dzy...

Je­den z tu­neli pro­wa­dzi do wiel­kiej pół­ko­li­ście skle­pio­nej sali. Po­miesz­cze­nie ma trzy­sta trzy­dzie­ści me­trów kwa­dra­to­wych po­wierzchni i wy­so­kość trzy­na­stu me­trów. Pod­ziemna kom­nata, którą na­zwano Gor­lice, słu­żyła w cza­sach świet­no­ści twier­dzy za miej­sce zbiórki żoł­nie­rzy, ma­ga­zyn pro­wiantu oraz amu­ni­cji. Kiedy w 1883 roku woj­sko prze­ka­zało obiekt ad­mi­ni­stra­cji cy­wil­nej, a sam Wy­szeh­rad stał się czę­ścią Pragi, sala Gor­lice za­częła być wy­ko­rzy­sty­wana w zu­peł­nie inny spo­sób. Dziś stoi w niej sześć ory­gi­nal­nych rzeźb świę­tych z mo­stu Ka­rola, który cią­gle jest obecny w tej opo­wie­ści. Ten most to duma Pragi, ma pra­wie pięć­set szes­na­ście me­trów dłu­go­ści i mniej wię­cej dzie­więć i pół me­tra sze­ro­ko­ści. Po­cząt­kowo na­zy­wano go Ka­mien­nym lub Pra­skim, jego bu­dowa roz­po­częła się w 1357 roku za pa­no­wa­nia Ka­rola IV Luk­sem­bur­skiego. Król wmu­ro­wał ka­mień wę­gielny do­kład­nie o 5.31, czyli bla­dym świ­tem. Taką bo­wiem datę i go­dzinę za­su­ge­ro­wali dwor­scy astro­lo­go­wie. Król za­wsze kon­sul­to­wał się ze swo­imi gwiezd­nymi do­rad­cami i wzno­sze­nie no­wych obiek­tów uza­leż­niał od do­brych ukła­dów pla­net na nie­bie. Rów­nie wcze­śnie rano za­czął bu­dowę zamku w Na­my­sło­wie. Chyba wie­dział, co robi, bo fun­do­wane przez niego bu­do­wle prze­cho­dziły do hi­sto­rii, choć na­leży pa­mię­tać i o nie­zbyt przy­jem­nych epi­zo­dach, jak cho­ciażby zrzu­ce­nie z mo­stu Ka­rola do We­łtawy św. Jana Ne­po­mu­cena. Na po­czątku XVIII wieku most zo­stał ozdo­biony trzy­dzie­stoma rzeź­bami świę­tych, mię­dzy in­nymi dłuta słyn­nego Mat­thiasa Bern­harda Brauna oraz twór­ców z ro­dziny Bro­koff. Pod­czas licz­nych po­wo­dzi część dzieł sztuki ule­gła uszko­dze­niu i aby uchro­nić je przed dal­szą de­struk­cją, zo­stały za­stą­pione przez re­pliki, a ory­gi­nały tra­fiły do pod­ziemi Wy­szeh­radu. Uwię­zione pod da­chem wy­glą­dają nie­zwy­kle dra­ma­tycz­nie, wy­dają się też znacz­nie więk­sze, niż są. Twier­dzy strzegą mię­dzy in­nymi św. Woj­ciech, św. Anna, św. Lud­miła z ma­łym Wa­cła­wem oraz św. Au­gu­styn. Ich ka­mienne twa­rze je­dy­nie lekko mu­skane świa­tłem oży­wają, co spra­wia, że dzieła sztuki ro­bią wra­że­nie, jakby za chwilę miały się po­ru­szyć.

O mały włos święci nie mie­liby gdzie za­miesz­kać. Je­sie­nią 1744 roku woj­ska króla Prus Fry­de­ryka II ude­rzyły na Cze­chy i za­jęły Pragę. Wy­szeh­radzką twier­dzę opa­no­wali żoł­nie­rze wroga. Wy­prawa Fry­de­ryka do Czech za­koń­czyła się jed­nak klę­ską i już w li­sto­pa­dzie tego sa­mego roku Pru­sacy zo­stali zmu­szeni do od­wrotu. Nie za­mie­rzali jed­nak ła­two się pod­dać. Pod­ziemne ko­ry­ta­rze Wy­szeh­radu wy­peł­nili stu trzy­dzie­stoma trzema becz­kami z pro­chem. Ostatni z opusz­cza­ją­cych pod­zie­mia żoł­nie­rzy miał za­pa­lić lonty dwóch de­to­na­to­rów i wy­sa­dzić twier­dzę. Trzem miesz­kań­com po­bli­skiej dziel­nicy Pod­skalí udało się jed­nak do­stać do ka­za­maty i w ostat­niej chwili usu­nąć lonty. Za ich bo­ha­ter­ski czyn, który oca­lił Wy­szeh­rad, zo­stali na­gro­dzeni przez kró­lową Czech, Ma­rię Te­resę, do­ży­wot­nią rentą.

Mi­sja nie­moż­liwa

Więk­szość pra­skich pod­ziemi wiąże się z We­łtawą. Te, do któ­rych te­raz zej­dziemy, rów­nież.

Żadne z nas nie jest wiel­kim fa­nem fil­mo­wych mi­sji nie­moż­li­wych z To­mem Cru­ise'em, ale kiedy w Pra­dze sta­nę­li­śmy na tych sa­mych scho­dach, po któ­rych zbie­gał słynny gwiaz­dor w Mis­sion: Im­pos­si­ble IV - Ghost Pro­to­col z 2011 roku, trzeba przy­znać, że by­li­śmy pod wra­że­niem. By­naj­mniej nie z po­wodu Toma Cru­ise'a. Bar­dziej z po­wodu scho­dów, a wła­ści­wie miej­sca, w któ­rym się znaj­dują. To wie­kowa oczysz­czal­nia ście­ków na Bu­be­nču - od­da­lo­nej od cen­trum dziel­nicy Pragi na le­wym brzegu We­łtawy.

Na Bu­be­nču nie jest już tak tu­ry­stycz­nie, na­wet park wy­daje się nieco zdzi­czały. Wzdłuż wil­lo­wych ulic stoją piękne domy, po dro­dze mi­jamy am­ba­sady Egiptu, Ara­bii Sau­dyj­skiej, Ro­sji. Oto­czone wy­so­kimi pło­tami, za któ­rymi kryją się ogrody, na­dają tej czę­ści mia­sta dys­tynk­cję i ele­gan­cję. Do­piero da­lej, jakby na skraju mia­sta, za­czy­nają się za­bu­do­wa­nia o cha­rak­te­rze prze­my­sło­wym. Je­den z naj­oka­zal­szych bu­dyn­ków mie­ści za­byt­kową oczysz­czal­nię ście­ków - ar­chi­tek­to­niczny uni­kat na skalę świa­tową. Nic dziw­nego, że czę­sto jest wy­ko­rzy­sty­wana jako plan zdję­ciowy do pro­duk­cji fil­mo­wych.

Fil­mowcy ko­chają Pragę. Jest piękna i przede wszyst­kim znacz­nie tań­sza niż ple­nery na Za­cho­dzie. W pod­zie­miach oczysz­czalni zro­zu­mie­li­śmy dla­czego. Jej wnę­trza wy­glą­dają, jakby przy ich pro­jek­to­wa­niu in­ży­nie­rów za­stą­pili naj­wyż­szej klasy ar­ty­ści. Wy­ra­fi­no­wane kształty, świet­nie wy­pro­fi­lo­wane doj­ścia i ca­łość przy­po­mi­na­jąca ta­jem­ni­czy la­bi­rynt. A jak pod­świe­tlony! Go­towa sce­no­gra­fia do filmu. I tań­sza niż ta w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Pro­jek­tant sys­temu ka­na­li­za­cyj­nego oczysz­czalni, bry­tyj­ski in­ży­nier sir Wil­liam He­er­lein Lin­dley, za­dał so­bie nie­mało trudu, aby jego dzieło, prócz nie­wdzięcz­nej funk­cji, do któ­rej zo­stało stwo­rzone, było jed­no­cze­śnie dzie­łem sztuki. Dzięki jego in­wen­cji stara oczysz­czal­nia Pragi w dziel­nicy Bu­be­neč jest jed­nym z naj­nie­zwy­klej­szych za­byt­ków ar­chi­tek­tury prze­my­sło­wej z prze­łomu XIX i XX stu­le­cia w Eu­ro­pie. Po­wstała w la­tach 1901-1906 jako główna oczysz­czal­nia dla cze­skiej sto­licy. Wła­śnie tu tra­fiała więk­szość ście­ków z sys­temu ka­na­li­za­cji mia­sta, któ­remu słu­żyła aż do 1967 roku. Dzi­siaj pod­ziemny la­bi­rynt pełni funk­cję mu­zeum, w któ­rym oprócz daw­nych ka­na­łów i zbior­ni­ków se­dy­men­ta­cyj­nych, le­żą­cych głę­boko pod zie­mią, znaj­dują się za­bytki daw­nej tech­niki, jak choćby za­cho­wana w ca­ło­ści hala ma­szyn, gdzie stoją ogromne ko­tły i do dziś sprawne tech­nicz­nie ma­szyny pa­rowe, słu­żące kie­dyś do na­pę­dza­nia pomp wod­nych. Ten nie­spo­ty­kany obiekt uzu­peł­nia eks­po­zy­cja ar­chi­wal­nych pla­nów i do­ku­men­tów zwią­za­nych z pro­jek­to­wa­niem i bu­dową oczysz­czalni na Bu­be­nču. W bu­dynku głów­nym dzi­siej­szego mu­zeum, a daw­nego za­kładu oczysz­cza­nia ście­ków znaj­duje się na­stro­jowa ka­wiar­nia, ozdo­biona dzie­siąt­kami hi­sto­rycz­nych zdjęć... oczysz­czalni ście­ków z okresu jej bu­dowy.

Ho­tel na pod­słu­chu

Wra­camy do cen­trum. Przy placu Wa­cława, jed­nym z naj­ru­chliw­szych miejsc w Pra­dze, sta­jemy przed ho­te­lem Jałta, ar­chi­tek­to­niczną perłą póź­nego cze­skiego so­cre­ali­zmu. Zbu­do­wano go w 1958 roku w miej­scu gru­zo­wi­ska, które po­wstało po bom­bar­do­wa­niu ar­mii ra­dziec­kiej w 1945 roku. Bu­dy­nek za­pro­jek­to­wał słynny cze­ski ar­chi­tekt An­to­nín Te­zner.

Nowy ho­tel miał być luk­su­so­wym lo­kum dla par­tyj­nych kadr oraz in­nych ofi­cjal­nych go­ści za­pra­sza­nych do Pragi przez ko­mu­ni­styczne wła­dze Cze­cho­sło­wa­cji. Tu­taj mieli też za­trzy­my­wać się za­chodni biz­nes­meni, po­li­tycy i dy­plo­maci. W su­ro­wych po­wo­jen­nych cza­sach ho­tel zo­stał urzą­dzony z wy­jąt­ko­wym prze­py­chem. Co prawda jego bryła i wnę­trza zo­sta­wały da­leko za za­chod­nimi wzor­cami, ale i tak była to naj­bar­dziej luk­su­sowa sy­pial­nia sto­licy. Ważny był nie tylko kom­fort. Cho­dziło o to, żeby go­ście zna­leźli się w Pra­dze w jed­nym miej­scu. W Jał­cie wła­dze mo­gły za­dbać nie tylko o ich, ale także o swoje bez­pie­czeń­stwo. W każ­dym po­koju zo­stał po pro­stu za­in­sta­lo­wany pod­słuch. Re­je­stro­wane były rów­nież wszyst­kie roz­mowy te­le­fo­niczne oraz ak­tyw­ność na ko­ry­ta­rzach, w sa­lach re­stau­ra­cyj­nych i po­miesz­cze­niach dla ob­sługi ho­telu. In­wi­gi­la­cja była tym sku­tecz­niej­sza, że w tym wła­śnie ho­telu za­trzy­my­wały się wszyst­kie de­le­ga­cje państw za­chod­niej Eu­ropy. W la­tach 70. ubie­głego wieku w bu­dynku mie­ściło się także biuro radcy han­dlo­wego am­ba­sady Re­pu­bliki Fe­de­ral­nej Nie­miec, więc ra­porty z jego pla­cówki na­tych­miast tra­fiały na biurka ofi­ce­rów cze­cho­sło­wac­kiej bez­pieki.

Ży­cie go­ści Jałty było praw­dzi­wym ży­ciem na pod­słu­chu.

W pod­zie­miach ho­telu po­wstała cen­trala, w któ­rej za­ufani pra­cow­nicy ŠtB, czyli służby bez­pie­czeń­stwa Cze­cho­sło­wac­kiej Re­pu­bliki So­cja­li­stycz­nej, mo­ni­to­ro­wali i na­gry­wali każdy dźwięk.

Wej­ście do pod­ziemi pod ho­te­lem mie­ści się nie­malże koło re­cep­cji. Ob­sługa miała tu cał­ko­wity za­kaz wstępu. Po­miesz­cze­nia pod Jałtą zo­stały wy­peł­nione urzą­dze­niami pod­słu­cho­wymi i re­je­stru­ją­cymi. W do­bie, kiedy nie było kom­pu­te­rów, funk­cjo­na­riu­sze ko­rzy­stali z kar­te­czek, na któ­rych no­to­wali, kto śpi w któ­rym po­koju. Na ścia­nach zo­stały rów­nież do­kładne plany ho­telu.

Cały pod­ziemny kom­pleks pod Jałtą ma trzy po­ziomy. Dwa­dzie­ścia me­trów po­ni­żej par­teru ho­telu po­wstał tajny schron prze­ciw­ato­mowy. Jego lo­ka­li­za­cja nie była przy­pad­kowa. W ra­zie kon­fliktu zbroj­nego mię­dzy pań­stwami Układu War­szaw­skiego i NATO w ho­telu mie­ścić się miała sie­dziba naj­wyż­szych władz woj­sko­wych Cze­cho­sło­wa­cji. Schron mógł po­mie­ścić 150 naj­waż­niej­szych osób z cze­cho­sło­wac­kiego rządu i wojsk Układu War­szaw­skiego. Au­to­no­mia schronu miała po­zwa­lać na prze­trwa­nie jego miesz­kań­ców w cał­ko­wi­tej izo­la­cji od świata ze­wnętrz­nego przez sześć­dzie­siąt dni. Przed skut­kami ataku ato­mo­wego za­bez­pie­czały dwu­me­trowe, żel­be­towe ściany, sta­lowe, pan­cerne wrota, śluzy po­wietrzne oraz sys­tem fil­trów słu­żą­cych do oczysz­cza­nia po­wie­trza. Za­pas wody za­pew­niała cy­sterna o po­jem­no­ści po­nad pięć­dzie­się­ciu me­trów sze­ścien­nych. Schron wy­po­sa­żony był także w sale ope­ra­cyjne i am­bu­la­to­ria, w któ­rych jed­no­cze­śnie mo­gło pra­co­wać na­wet pięt­na­stu le­ka­rzy, był za­pas środ­ków opa­trun­ko­wych i le­ków.

Pro­jek­tanci schronu wzięli rów­nież pod uwagę ewen­tu­al­ność za­wa­le­nia się Jałty. Dla­tego w pod­zie­miach znaj­dują się wej­ścia do dwóch nie­zbyt dłu­gich, za­le­d­wie kil­ku­dzie­się­cio­me­tro­wych tu­neli, z któ­rych je­den wy­cho­dzi nie­mal na środku placu Wa­cława. Ewa­ku­acja nimi, gdyby do niej w ogóle do­szło, od­by­wa­łaby się jed­nak w mało kom­for­to­wych wa­run­kach. Ucie­ki­nie­rzy mu­sie­liby iść na czwo­ra­kach do wyj­ścia.

W 1997 roku mi­ni­ster­stwo obrony od­taj­niło schron pod Jałtą. Ho­tel wraz z pod­zie­miami ku­pił bry­tyj­ski przed­się­biorca i urzą­dził na dole Mu­zeum Zim­nej Wojny. Po pod­zie­miach opro­wa­dza prze­wod­nik ubrany w mun­dur ofi­cera Cze­cho­sło­wac­kiej Ar­mii Lu­do­wej z lat 80. W nie­któ­rych po­miesz­cze­niach po­zo­sta­wiono ory­gi­na­lne wy­po­sa­że­nie, w in­nych urzą­dzono eks­po­zy­cję róż­nych pa­mią­tek zwią­za­nych z epoką zim­nej wojny i Układu War­szaw­skiego. Ho­tel na­dal pełni swoją funk­cję, jed­nak w od­róż­nie­niu od cza­sów, kiedy go zbu­do­wano, go­ście nie mu­szą dzi­siaj oba­wiać się pod­słu­chu ani roz­krę­cać słu­cha­wek te­le­fo­nicz­nych. Jak twier­dzą hi­sto­rycy, ho­tel Jałta miał być tylko przy­krywką dla schronu prze­ciw­ato­mo­wego, o któ­rego ist­nie­niu w la­tach 50. w ogóle nikt nie wie­dział. Dziś schron jest wy­łącz­nie hi­sto­ryczną cie­ka­wostką, ho­tel zaś wraz z za­byt­kową za­bu­dową placu Wa­cława zna­lazł się na Li­ście świa­to­wego dzie­dzic­twa UNE­SCO.

ROZ­DZIAŁ4

SAL­ZBURG

Nic nie jest rów­nie po­trzebne, jak sól i słońce - twier­dził Izy­dor, dok­tor Ko­ścioła ka­to­lic­kiego i ar­cy­bi­skup Se­willi. Te słowa można od­czy­tać dwo­jako, sól bo­wiem, nie­zbędna do kon­ser­wo­wa­nia i nada­wa­nia smaku żyw­no­ści, przez wieki słu­żyła rów­nież jako pie­niądz. W okre­sie po­wsta­wa­nia Rzymu żoł­nie­rze otrzy­my­wali co­dzienną za­płatę w po­staci gar­ści soli. Wpro­wa­dzony w 1286 roku po­da­tek od soli, choć pro­wo­ko­wał bunty, prze­trwał w Au­strii aż do 1945 roku. Gdyby nie ko­pal­nie soli, Sal­zburga pew­nie by nie było, choć w mie­ście nie bra­kuje i in­nych dziur, cho­ciażby wiel­kich schro­nów prze­ciw­lot­ni­czych, obec­nie za­mie­nio­nych na pod­ziemne par­kingi.

Słone ma­rze­nia bi­sku­pów

Mar­kus Sit­ti­kus von Ho­he­nems cier­piał na me­lan­cho­lię. Przy­naj­mniej tak współ­cze­śni na­zy­wali cho­robę mło­dego ar­cy­bi­skupa. Książę, Mar­kus po­sia­dał bo­wiem dwa ty­tuły, teo­re­tycz­nie nie po­wi­nien mieć więc po­wo­dów do smutku. Pła­wił się w luk­su­sie, miał piękną ko­chankę, wła­śnie wy­słał do wię­zie­nia wuja, któ­remu za­brał urząd, a te­raz za­czął bu­do­wać je­den z naj­dziw­niej­szych ogro­dów Eu­ropy. Na por­tre­cie, przed któ­rym sto­imy, bi­skup ma jed­nak nie­obecne oczy, przed­wcze­śnie za­ry­so­wane za­kola i nieco przy­ga­szony wy­raz twa­rzy. Dla­czego? Może jego me­lan­cho­lia była, dziś już le­czoną, de­pre­sją, a tej pod­dają się naj­więksi tego świata? Może, nie nam sta­wiać dia­gnozy, książę po pro­stu się nu­dził? Ina­czej chyba nie drę­czyłby swo­ich go­ści, mo­cząc im pod­stęp­nie bie­li­znę?

Za­py­ta­cie, jak to się ma do książki o pod­zie­miach. Gdyby nie pod­zie­mia, ar­cy­bi­skupa nie by­łoby stać na ta­kie eks­tra­wa­gan­cje. Ale do tego wkrótce doj­dziemy, naj­pierw przy­pa­trzmy się le­piej na­szemu bo­ha­te­rowi.

Mar­kus Sit­ti­kus uro­dził się w 1574 roku (w Pol­sce rzą­dził wtedy Hen­ryk Wa­lezy) i w wieku trzy­dzie­stu ośmiu lat zo­stał ar­cy­bi­sku­pem Sal­zburga. Wtedy po­sta­no­wił zbu­do­wać so­bie pod mia­stem re­zy­den­cję, która miała za­dzi­wić świat. To Hel­l­brunn, na­zwa ozna­cza "czy­ste źró­dło" - pa­łac z nie­praw­do­po­dob­nie za­pro­jek­to­wa­nymi "dzie­łami wod­nymi". Leży za­le­d­wie sześć ki­lo­me­trów od cen­trum Sal­zburga, do­jeż­dża się tu miej­skim au­to­bu­sem i naj­le­piej to zro­bić la­tem. Książę rów­nież zwykł przy­by­wać tu­taj głów­nie w cie­płe dni, go­ści - oczy­wi­ście z naj­wyż­szych sfer - za­pra­szał na przy­ję­cia, kon­certy i przed­sta­wie­nia te­atralne. Kiedy był tu sam, od­po­czy­wał i od­da­wał się kon­tem­pla­cji. Wie­czo­rem wra­cał do mia­sta. W pa­łacu Hel­l­brunn nie było więc sy­pialni. Są za to prze­stronne wnę­trza wy­ło­żone mar­mu­rami i ogromne okna, przez które można było po­dzi­wiać kra­jo­braz. Bi­skup kształ­to­wał go do­wol­nie, po­nie­waż je­dyną rze­czą, któ­rej mu nie bra­ko­wało, były pie­nią­dze.

Pew­nego razu je­den z go­ści - ba­war­ski książę - za­uwa­żył, że po­bli­skie wzgó­rze wy­glą­da­łoby le­piej ozdo­bione ja­kąś bu­do­wlą. Mar­kus, nie­wiele my­śląc, ka­zał na szczy­cie wznieść Mo­nat­schlöss - pa­ła­cyk Mie­sięczny, dzi­siaj Volks­kun­de­mu­seum, czyli sal­zbur­skie mu­zeum et­no­gra­ficzne. No bo kto bo­ga­temu za­broni?

Do końca nie wia­domo, jak po­wstała idea Hel­l­brunn. Praw­do­po­dob­nie Mar­kus Sit­ti­kus wi­dział po­do­bne ogrody pod­czas stu­diów we Wło­szech. Pod jed­nym wzglę­dem re­zy­den­cja bi­skupa była jed­nak wy­jąt­kowa. Choć go­ście bar­dzo chcieli w niej by­wać, bali się tego, co ich tam może spo­tkać.

O tym, jak bi­skup za­ba­wiał się kosz­tem go­ści

Wy­ob­raź­cie so­bie, że ubrani od­święt­nie, ze sta­ran­nie uło­żo­nymi wło­sami, z pu­drem na twa­rzy idzie­cie w od­wie­dziny do ko­goś, na kogo opi­nii bar­dzo wam za­leży. Chce­cie wy­paść jak naj­le­piej, za­bły­snąć elo­kwen­cją, może tro­szeczkę się upić i przede wszyst­kim do­sko­nale ba­wić. Tak miało być w Hel­l­brunn. Ar­cy­bi­skup za­pra­sza do ogro­dów. Do­stoj­nym kro­kiem wę­dru­je­cie koło ba­se­nów. Ze spo­koj­nej toni wy­stają głowy ba­ro­ko­wych rzeźb, try­tony prze­le­wają wodę z ka­mien­nych dzba­nów, mar­mu­rowe bo­gi­nie mają na twa­rzach za­sty­gły pół­u­śmiech. Słońce za­mie­nia ogród w spek­takl zło­tych iskier i cieni. Wieje lekki wiatr. Jest cu­dow­nie. Go­spo­darz ge­stem dłoni wska­zuje miej­sce przy za­sta­wio­nym słod­ko­ściami stole. Stoją wo­kół niego ka­mienne sie­dzi­ska. Całe to­wa­rzy­stwo sa­dowi się do po­po­łu­dnio­wej uczty. Szkoda, że sie­dzi­ska nie mają oparć, ale nie szko­dzi. Za­czy­na­cie jeść, wła­śnie ktoś spo­śród was za­czął opo­wia­dać aneg­dotę, gdy czu­je­cie, że... mó­wiąc wprost, ma­cie mo­kro w majt­kach. Po pro­stu.

Jesz­cze nie wie­cie, o co cho­dzi, ale ar­cy­bi­skup śmieje się już do roz­puku. No tak, w stoł­kach są otwory, przez które try­ska woda. Trzeba wie­dzieć, jak usiąść, żeby nie zo­stać zmo­czo­nym. Na po­cie­chę, we wszyst­kich sie­dze­niach za­mon­to­wano pod­stępne try­skawki. Wszy­scy go­ście są więc mo­krzy. Wszy­scy oprócz go­spo­da­rza.

Tak wła­śnie Mar­kus Sit­ti­kus von Ho­he­nems le­czył me­lan­cho­lię.

Za za­mknię­tymi drzwiami ary­sto­kra­cja szep­tała jed­nak, że ar­cy­bi­skup jest sza­lony. Z całą pew­no­ścią był eks­tra­wa­gancki. Utrzy­my­wał małe zoo, w któ­rym ko­lek­cjo­no­wał zwie­rzęta z ułom­no­ściami, mię­dzy in­nymi do­tknięte bie­lac­twem, był tam rów­nież koń z ośmioma no­gami. Pod­czas kar­na­wału, który wpro­wa­dził do Sal­zburga na wzór We­ne­cji, słu­chał Kat­zen­kla­vier ("ko­ciego pia­nina") - in­stru­mentu, w któ­rym sie­działy stło­czone koty, a ogony draż­niły im szpi­kulce po­ru­szane kla­wi­szami. Dźwięki wy­da­wane przez udrę­czone zwie­rzęta ba­wiły słu­cha­czy. Mar­kus Sit­ti­kus za­śmie­wał się do łez, gdy na jego prośbę - swoją drogą, kto by mu od­mó­wił - za­że­no­wani go­ście wy­sy­sali z ogona szkla­nego psa resztki na­poju. To­wa­rzy­szyły temu dźwięki da­lece od­bie­ga­jące od ele­ganc­kich. Nie bę­dziemy rów­nież wy­po­mi­nać bi­sku­powi ko­chanki Bar­bary von Ma­bon, żony szefa straży przy­bocz­nej na­szego bo­ha­tera. Mar­kus Sit­ti­kus zo­sta­wił bo­wiem po so­bie klej­not, w któ­rym szla­chet­nymi ka­mie­niami były groty jego ogrodu, za oprawę słu­żyła zaś woda. Dzi­siaj jest to jedno z naj­chęt­niej od­wie­dza­nych miejsc w ca­łej Au­strii.

Kiedy spa­ce­ru­jemy po bi­sku­pim parku, tu­tej­sze ozdoby wy­dają się nieco na­iwne, może na­wet ki­czo­wate, ale w XVII wieku mu­siały za­pie­rać dech w pier­siach. Grota Desz­czowa, grota Lu­strzana, grota Smo­cza. Z tej ostat­niej wy­chyla się co chwilę le­gen­darny po­twór, żeby na­pić się z fon­tanny i znik­nąć. Wzdłuż ale­jek za­mon­to­wano rurki, z któ­rych try­ska woda. Fon­tanny two­rzą mo­kry dach nad ścież­kami. Na wszystko pa­trzą z góry De­mo­kryt i He­ra­klit, sym­bo­li­zu­jący tu tra­ge­dię i ko­me­dię, na szczy­cie ma­łego am­fi­te­atru sie­dzi zaś Rzym przed­sta­wiony jako po­stawny sta­rzec. W ko­lej­nej gro­cie Or­fe­usz po­chyla się na śpiącą Eu­ry­dyką, która na szyi ma me­da­lion z wi­ze­run­kiem uko­cha­nej bi­skupa. W na­stęp­nej jest dia­beł ze zwią­za­nymi ra­ci­cami, po­ko­nany przez chrze­ści­jań­skich świę­tych.

Mo­żemy so­bie tylko wy­obra­zić Mar­kusa, mło­dego wciąż czło­wieka, jak z dumą kro­czy po­śród tych wspa­nia­ło­ści. Nie cie­szył się długo swo­imi ogro­dami, zmarł po kilku ty­go­dniach go­rącz­ko­wa­nia w wieku czter­dzie­stu pię­ciu lat. Zo­sta­wił po so­bie nie tylko Hel­l­brunn. Nie do po­zna­nia zmie­nił też Sal­zburg.

Dla­tego te­raz mały zwrot ak­cji. Mu­simy od­być po­dróż tak w cza­sie, jak i prze­strzeni. Je­dziemy do cen­trum Sal­zburga, żeby uchwy­cić mo­ment, kiedy mia­stem rzą­dził jesz­cze wuj Mar­kusa Sit­ti­kusa - ar­cy­bi­skup Wolf Die­trich von Ra­ite­nau.

O tym, skąd się biorą dzieci pa­pieży

Sal­zburg każ­demu ko­ja­rzy się z Wol­fgan­giem Ama­de­uszem Mo­zar­tem. Tu prze­cież uro­dził się i two­rzył słynny kom­po­zy­tor. Na każ­dym rogu można ku­pić słynne Mo­zart­ku­gel (kulki Mo­za­rta) - ku­li­ste cze­ko­ladki z mar­ce­pa­nowo-pi­sta­cjo­wym na­dzie­niem w orze­cho­wym kre­mie. Ozdo­bione są wi­ze­run­kiem ar­ty­sty obo­wiąz­kowo w czer­wo­nym ku­braku, pa­pie­rek jest naj­czę­ściej złoty. Nie­stety, kom­po­zy­tor nie miał szans na skosz­to­wa­nie cze­ko­la­dek na­zwa­nych jego imie­niem. Słodki przy­smak wy­my­ślił do­piero sto lat po śmierci Mo­za­rta sal­zbur­ski cu­kier­nik Paul Fürst.

Kiedy przy­je­dzie­cie do Sal­zburga, prze­ko­na­cie się, że wy­gląda wła­śnie jak pu­dełko cze­ko­la­dek. Śliczne, wy­mu­skane uliczki, ja­sne, pa­ste­lowe ko­ścioły, setki ka­wiarni z do­sko­nałą kawą i pyszne pa­łace. Przy ład­nej po­go­dzie można się tu włó­czyć go­dzi­nami, pła­wiąc się w at­mos­fe­rze cze­goś tak lek­kiego i do­sko­na­łego jak ka­wa­łek śmie­ta­no­wego tortu po­da­wa­nego przy mo­zar­tow­skich ariach. Przez wieki Sal­zburg był su­we­ren­nym pań­stwem ko­ściel­nym, na czele któ­rego stali ksią­żęta-ar­cy­bi­skupi. To oni za­mie­nili mia­sto w ar­chi­tek­to­niczną perłę. Roz­bu­dowa za­częła się zaś od cza­sów wspo­mnia­nego już wuja Mar­kusa Sit­ti­kusa.

W sa­mym cen­trum sta­rówki spo­ty­kamy się z Iza­belą Ga­ert­ner, jedną z naj­lep­szych prze­wod­ni­czek, ja­kie kie­dy­kol­wiek udało nam się spo­tkać. Nosi tra­dy­cyjny strój i jest za­wsze uśmiech­nięta. Jej ko­lo­rowy far­tu­szek w kratę, zie­lona ha­fto­wana su­kienka, pod którą ma strojną białą bluzkę z marsz­cze­niami, spra­wiają, że czas troszkę spo­wal­nia. Zu­peł­nie jakby o hi­sto­rii opo­wia­dała po­stać z ja­kiejś tu­tej­szej le­gendy.

Tak, wiemy. Jesz­cze nie ro­zu­mie­cie, co wu­jek Mar­kusa ma wspól­nego z pod­zie­miami. Spo­koj­nie. Je­ste­śmy już co­raz bli­żej roz­wią­za­nia tej za­gadki.

Iza­bela za­czyna opo­wieść. Wolf Die­trich von Ra­ite­nau uro­dził się w 1559 roku w zamku Ho­fen w po­bliżu Bre­gen­cji w ro­dzi­nie, w któ­rej można było zo­stać albo żoł­nie­rzem, albo księ­dzem. Jego oj­ciec był puł­kow­ni­kiem w habs­bur­skiej ar­mii, matka zaś sio­strą bi­skupa Kon­stan­cji, ku­zynką wło­skiego kar­dy­nała Carla Bor­ro­mea, póź­niej­szego św. Ka­rola Bo­ro­me­usza, oraz sio­strze­nicą pa­pieża Piusa IV. Praw­do­po­dob­nie ten ostatni mógł być wzor­cem dla Wolfa, bo choć no­sił pa­pie­ską tiarę, nie stro­nił od ziem­skich uciech. Hi­sto­rycy przy­pi­sują mu co naj­mniej jedno dziecko, syna, który otrzy­my­wał skromne wy­na­gro­dze­nie z ko­ściel­nej kasy. Pa­pież miał mieć rów­nież kilka có­rek, ale tu sprawa nie jest do końca ja­sna. Wolf Re­ite­nau, który w wieku dwu­dzie­stu ośmiu lat zo­stał ar­cy­bi­sku­pem Sal­zburga, zgod­nie z ro­dzin­nym wzor­cem, wdał się w ro­mans z córką sal­zbur­skiego kupca, panną Sa­lome Alt.

- To nie bę­dzie opo­wieść z happy en­dem - ostrzega Iza­bela. - Wy­bór mię­dzy ko­chanką a za­szczy­tami był trudny, a Wolf chciał mieć i jedno, i dru­gie. Ale Sa­lome nie chciała żyć z bi­sku­pem na ko­cią łapę i za­żą­dała rze­czy nie­moż­li­wej, czyli ślubu.

Wa­ty­kan nie za­mie­rzał jed­nak da­wać dys­pensy, a z Sa­lome roz­ma­wiało się jesz­cze trud­niej niż z Wa­ty­ka­nem. Co zro­bił Re­iche­nau? Sfin­go­wał ślub, tak by ko­chanka była prze­ko­nana, że te­raz są mał­żeń­stwem. Piękna Sa­lome uro­dziła jego emi­nen­cji pięt­na­ścioro dzieci. W 1606 roku para wpro­wa­dziła się do pa­łacu Mi­ra­bell, który po­wstał na roz­kaz czter­dzie­sto­sied­mio­let­niego wów­czas bi­skupa. Była to jedna z naj­pięk­niej­szych re­zy­den­cji, w tam­tych cza­sach stała jesz­cze poza mu­rami Sal­zburga. Re­ite­nau cier­piał na po­da­grę, prze­szedł udar i nie­na­wi­dził wą­skich uli­czek w cen­trum mia­sta. W pa­łacu czuł się o wiele le­piej, tym bar­dziej że ka­zał też urzą­dzić ogrody, które dzi­siaj są jed­nym z naj­pięk­niej­szych za­kąt­ków mia­sta.

O tym, jak przez sól można stra­cić urząd

Ra­ite­nau utrzy­my­wał zwią­zek z Sa­lome przez dwa­dzie­ścia cztery lata! W tym cza­sie wy­ka­zy­wał się rów­nież na in­nych po­lach. Jako za­słu­żony kontr­re­for­ma­tor wy­rzu­cił z Sal­zburga wszyst­kich pro­te­stan­tów, ka­to­li­ków na­to­miast iry­to­wał, bo za­mie­nił Sal­zburg w wielki plac bu­dowy. Ar­cy­bi­skup uwa­żał się za nie­po­dziel­nego księ­cia, chciał po so­bie zo­sta­wić rze­czy wiel­kie i piękne. Kiedy 11 grud­nia 1598 ka­te­dra w Sal­zburgu zo­stała znisz­czona przez ogień, za­trud­nił wło­skiego ar­chi­tekta Vin­cenza Sca­moz­ziego (jemu We­ne­cja za­wdzię­cza wspa­niałe bu­dynki wo­kół placu św. Marka), aby wy­ko­nał plany prze­bu­dowy, a także pro­jekty przy­le­głego Re­si­denz­platz oraz Sal­zburg Re­si­denz - jed­nej z naj­waż­niej­szych sie­dzib bi­sku­pów Sal­zburga - wspa­nia­łego bu­dynku ze stu osiem­dzie­się­cioma kom­na­tami i trzema dzie­dziń­cami. I pew­nie Re­ite­nau da­lej by bu­do­wał, pło­dził dzieci i rzą­dził, gdyby nie... pod­zie­mia, a wła­ści­wie to, co w nich wy­do­by­wano.

Sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Sal­zburga leży Hal­l­statt, mia­steczko uwa­żane za jedno z naj­pięk­niej­szych w Eu­ro­pie. Jest tak uro­cze, że Azjaci, któ­rzy wy­ku­pują wy­cieczkę "Eu­ropa w pi­gułce" - zu­pełne sza­leń­stwo, bo ozna­cza ty­dzień na kon­ty­nen­cie, więc po kilka go­dzin w róż­nych mia­stach od Por­tu­ga­lii po Pol­skę - wolą omi­nąć Wie­deń, byle przy­je­chać wła­śnie tu­taj. Hal­l­statt znaj­duje się w re­gio­nie o wiele mó­wią­cej na­zwie Salz­kam­mer­gut (Salz - sól, Kam­mer - izba, urząd, Gut - do­bra; w tym wy­padku ko­pal­nie, nad któ­rymi opiekę spra­wuje Urząd Solny). To wła­śnie sól za­chę­cała pre­hi­sto­ryczne ple­miona do osie­dla­nia się w tej oko­licy. Gdy w neo­li­cie nasi przod­ko­wie stop­niowo zmie­niali tryb ży­cia, z ło­wiec­twa prze­cho­dzili na rol­nic­two, je­dli co­raz wię­cej mięsa, po­sia­da­nie w po­bliżu złóż soli było bło­go­sła­wień­stwem. Praw­do­po­dob­nie już w pią­tym ty­siąc­le­ciu przed Chry­stu­sem za­częto wy­do­by­wać tu "białe złoto", na­to­miast około 1200 roku p.n.e. po­wstała pierw­sza, uzna­wana za naj­star­szą na świe­cie, ko­pal­nia soli. To dzięki niej wy­ro­sło praw­dziwe bo­gac­two tego re­gionu. Tylko sól za­pew­niała świe­żość żyw­no­ści nie­za­leż­nie od pory roku i pa­nu­ją­cego kli­matu. Bez soli, która kon­ser­wo­wała mięso, nie spo­sób było od­by­wać mor­skich po­dróży ani pro­wa­dzić wo­jen.

Aż dziwi, jak mało wiemy o soli. Dzi­siaj, kiedy jest do­stępna na każ­dej skle­po­wej półce, trudno nam so­bie wy­obra­zić, że kie­dyś za­le­żało od niej ludz­kie ży­cie. Brak soli bu­dził nie­po­kój. "Czło­wiek może żyć bez złota, bez soli nie" - ma­wiali sta­ro­żytni.

Sól miała rów­nież zna­cze­nie po­za­ma­te­rialne - nie­ska­lana, nie­po­datna na złe wpływy ani ener­gię, nie ule­gała ze­psu­ciu. Uży­wano jej w cza­sie sa­kra­mentu chrztu; jako sym­bol czy­sto­ści, zdro­wia i nie­śmier­tel­no­ści miała moc od­stra­sza­nia złych mocy i po­skra­mia­nia wam­pi­rów. Ła­ciń­skie słowo sa­lus ozna­cza­jące zdro­wie po­cho­dzi od sal, czyli sól. Do po­łowy XIX wieku jej zna­cze­nie było tak wiel­kie, jak dziś ropy naf­to­wej. Wła­dza nad zło­żami soli i ich eks­plo­ata­cją za­pew­niała nie­zmie­rzone bo­gac­twa. Klej­noty od­kryte w Hal­l­statt świad­czą o za­sob­no­ści jego miesz­kań­ców i sze­ro­kich kon­tak­tach z Eu­ropą i środ­ko­wym Wscho­dem. Za­kon­ser­wo­wane przez sól zwłoki gór­nika zna­le­zione w tu­tej­szej ko­palni do­wo­dzą rów­nież, że nasi przod­ko­wie znali tech­niki drą­że­nia, wie­dzieli, jak pra­co­wać pod zie­mią i stem­plo­wać pod­ziemne ko­ry­ta­rze.

Zo­stawmy jed­nak Hal­l­statt i po­jedźmy w kie­runku Sal­zburga. Nie­mal po dro­dze leży ko­lejne solne mia­steczko - Hal­lein. W cza­sach pre­hi­sto­rycz­nych tu­tej­sze słone źró­dełka przy­cią­gały zwie­rzynę, ta zaś zwró­ciła uwagę tro­pią­cych ją my­śli­wych. Już cztery ty­siące lat przed na­szą erą lu­dzie po­zy­ski­wali sól z tych sło­nych źró­deł, a sześć­set lat przed na­ro­dze­niem Chry­stusa Cel­to­wie za­częli wy­do­by­wać ją me­to­dami gór­ni­czymi.

- Do XIII wieku sól była po­zy­ski­wana w po­staci ka­mien­nej, co było bar­dzo skom­pli­ko­wane, po­nie­waż złoże wy­stę­puje wy­soko na gó­rze Dür­rn­berg i sól zmie­szana była z gliną i gip­sem (około trzy­dzie­stu pro­cent soli sta­no­wił tak zwany zu­ber solny) - tłu­ma­czy Iza­bela Ga­ert­ner. - W XIII wieku do­ko­nała się re­wo­lu­cja, kiedy wpro­wa­dzono wy­do­by­cie mo­kre me­todą so­lan­kową. Gór­nicy wy­bi­jali ko­mory w skale, wy­peł­niali je wodą i po­zo­sta­wiali wodę na mniej wię­cej cztery ty­go­dnie, aż roz­pu­ściła moż­li­wie naj­więk­szą ilość soli. Tak po­wstała so­lanka (w Hal­lein za­wie­rała dwa­dzie­ścia sie­dem pro­cent soli, w in­nych miej­scach do trzy­dzie­stu dwóch pro­cent) była trans­por­to­wana ru­ro­cią­giem z ko­palni wy­soko w gó­rach do wa­rzelni w do­li­nie w mia­steczku Hal­lein. W wa­rzel­niach stały ol­brzy­mie pan­wie o śred­nicy do dwu­stu me­trów, które pod­grze­wano, by od­pa­ro­wać wodę. Po­trzebne były do tego wiel­kie ilo­ści drewna. Wil­gotną sól pa­ko­wano w beczki, gdzie do­sy­chała. Z be­czek wy­cią­gano słupy soli, czyli bał­wany solne, i w tej po­staci trans­por­to­wano je i sprze­da­wano.

Do dzi­siaj w Hal­lein po­wstało około sześć­dzie­się­ciu pię­ciu ki­lo­me­trów sztolni, które znaj­dują się na dwu­dzie­stu je­den po­zio­mach. Do wielu nie ma do­stępu, jed­nak ze względu na nie­bez­pie­czeń­stwo osia­da­nia osła­bio­nej wy­ro­bi­skami góry ko­nie­czne jest utrzy­my­wa­nie pod­ziemi w na­le­ży­tym sta­nie i za­bez­pie­cza­nie ich przed ero­zją. Trzeba pa­mię­tać, że tu­tej­sza ko­pal­nia była praw­dziwą po­tęgą. Już w pierw­szej po­ło­wie XVI wieku wy­do­by­wano tu dwa­dzie­ścia dwa ty­siące ton soli rocz­nie.

To wła­śnie dzięki bia­łemu złotu po­wstał Sal­zburg i jego bo­gac­two. Na­zwę Sal­zburg, czyli Solny Gród, nadał mu jego za­ło­ży­ciel i pierw­szy bi­skup św. Ru­pert, pa­tron gór­ni­ków. Z cza­sem, bio­rąc pod uwagę, że ów­cze­sna war­tość soli była po­rów­ny­walna z war­to­ścią sre­bra, sól stała się dla wład­ców praw­dziwą solą w oku. Za­częły się kło­poty i kon­flikty, któ­rym sprzy­jało nie­zbyt for­tunne po­ło­że­nie so­lo­no­śnych te­re­nów.

Solą w oczy

Ko­pal­nia Hal­lein leży do­kład­nie przy nie­miecko-au­striac­kiej gra­nicy. Jej wy­ro­bi­ska są tak po­ło­żone, że można wejść do środka w Au­strii i wyjść w Niem­czech. Jest je­dy­nym miej­scem na świe­cie, gdzie ofi­cjalną gra­nicę pań­stwową prze­kra­cza się pod zie­mią. Dzi­siaj to je­dy­nie atrak­cja tu­ry­styczna, ale kie­dyś w sztol­niach dzia­łał ofi­cjalny po­ste­ru­nek straży gra­nicz­nej. Po przy­stą­pie­niu Au­strii do Wspól­noty Eu­ro­pej­skiej, a na­stęp­nie Układu z Schen­gen, po­ste­ru­nek stra­cił ra­cję bytu, choć za­cho­wały się jesz­cze gra­niczne ozna­ko­wa­nia.

W XIV wieku Sal­zburg, wcze­śniej za­leżny od są­sied­niej Ba­wa­rii, stał się sie­dzibą ar­cy­bi­skup­stwa Świę­tego Ce­sar­stwa Rzym­skiego. Ko­rzy­ści z wy­do­by­cia soli za­częli czer­pać ksią­żęta-bi­skupi. No i za­częły się pro­blemy. Kiedy Wolf Die­trich von Ra­ite­nau zo­stał ar­cy­bi­sku­pem Sal­zburga, sto­sunki z są­sia­dami były jesz­cze w miarę po­prawne. Dzie­sięć lat póź­niej jed­nak wła­dzę w Ba­wa­rii ob­jął książę Mak­sy­mi­lian I, twórca Li­gii Ka­to­lic­kiej, która sku­piała ka­to­lic­kich ksią­żąt Rze­szy. Nie dość, że Re­ite­nau od­mó­wił przy­stą­pie­nia do tej or­ga­ni­za­cji, to za­częła się praw­dziwa wojna o do­chody z han­dlu solą.

Po­tęga go­spo­dar­cza Sal­zburga brała się z po­boru opłat po­cho­dzą­cych z eks­plo­ata­cji ko­palni i sprze­daży soli. Po­dob­nie jak wpływy do kasy księ­cia Ba­wa­rii. Na po­czątku obie strony pro­wa­dziły dys­try­bu­cję swo­ich to­wa­rów bez ogra­ni­czeń. Ale tam, gdzie w grę wcho­dzą pie­nią­dze, za­wsze po­jawi się ktoś, kto nie gra do końca uczci­wie. W 1566 roku Au­stria za­bro­niła są­sia­dom ko­rzy­stać z jej rzek do trans­portu soli. Wolf Die­trich Ra­ite­nau za­pro­po­no­wał no­wemu księ­ciu Ba­wa­rii, żeby han­dlo­wali wspól­nie, wspól­nie usta­lali ceny, a także li­mity wy­do­by­cia bia­łego złota. I wszystko by­łoby do­brze, gdyby Au­striacy nie wy­mu­sili na Cze­chach, żeby ci nie ku­po­wali ba­war­skiej soli. Mak­sy­mi­lian I Ba­war­ski był w sza­chu. Z jed­nej strony nie miał jak sprze­da­wać wy­do­by­tego su­rowca, z dru­giej umowa z ar­cy­bi­skup­stwem ob­li­go­wała go do po­kry­wa­nia strat we wspól­nym han­dlu.

Mak­sy­mi­lian I nie za­mie­rzał pła­cić, a prze­bie­gły Ra­ite­nau pra­gnął dbać o wła­sne in­te­resy. W nocy z 7 na 8 paź­dzier­nika 1611 za­jął od­da­lone o dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów od Sal­zburga ba­war­skie Berch­tes­ga­den, li­cząc, że przej­mie tam­tej­szy solny in­te­res. Nie prze­wi­dział re­ak­cji Mak­sy­mi­liana I. Sal­zburg dys­po­no­wał siłą mi­li­tarną trzy­na­stu ty­sięcy żoł­nie­rzy. Ba­wa­ria miała ich dwa­dzie­ścia cztery ty­siące.

Woj­ska Mak­sy­mi­liana I wkro­czyły do die­ce­zji sal­zbur­skiej 22 paź­dzier­nika 1611 roku i trzy dni póź­niej za­jęły Sal­zburg. Ra­ite­nau uciekł poza mia­sto, gdzie szybko zo­stał poj­many. Choć do za­trzy­ma­nia do­szło na te­ry­to­rium Habs­bur­gów, gdzie książę Ba­wa­rii nie miał żad­nej wła­dzy, ce­sarz nie sprze­ci­wił się aresz­to­wa­niu, bo już w prze­szło­ści bi­skup za­lazł mu za skórę. Rów­nież ka­pi­tuła ka­te­dralna Sal­zburga nie za­mie­rzała się opo­wia­dać po stro­nie Re­ite­naua. Szam­be­la­nem ka­te­dry sal­zbur­skiej, a także szam­be­la­nem pa­pie­skim był w tym cza­sie bra­ta­nek Ra­ite­naua Mar­kus Sit­ti­kus - ten od ogro­dów wod­nych. Uwię­ził wuja w sal­zbur­skim zamku i zmu­sił do ab­dy­ka­cji. Re­ite­nau zrzekł się swo­ich sta­no­wisk pod wa­run­kiem, że jego ro­dzina - miał w końcu "żonę" i pięt­na­ścioro dzieci - zo­sta­nie fi­nan­sowo za­bez­pie­czona. No­wym ar­cy­bi­sku­pem zo­stał oczy­wi­ście Mar­kus Sit­ti­kus, a ska­zany na do­ży­wo­cie wuj zmarł pięć lat póź­niej w gó­ru­ją­cej nad mia­stem twier­dzy Ho­hen­sal­zburg.

Tak za­koń­czyła się pierw­sza w hi­sto­rii świata wojna, a wła­ści­wie wo­jenka, któ­rej bez­po­śred­nią przy­czyną była sól.

Co było da­lej? Pię­cioro dzieci Ra­ite­naua prze­żyło ojca, jego dwóch sy­nów po­szło w ślady ta­tu­sia, czyli zo­stało bi­sku­pami. Owdo­wiała Sa­lome, prze­ko­nana do końca ży­cia, że na­prawdę była żoną ar­cy­bi­skupa, wdziała czarne szaty, ucie­kła z mia­sta i na wy­gna­niu do­żyła dzie­więć­dzie­się­ciu czte­rech lat. Na­to­miast Mar­kus Sit­ti­kus da­lej sta­wiał się księ­ciu Mak­sy­mi­lia­nowi I z Ba­wa­rii. Do­pro­wa­dził rów­nież do końca ma­rze­nie wuja o od­bu­do­wie ka­te­dry, w któ­rej po­nad sto lat póź­niej zo­stał ochrzczony Wol­fgang Ama­de­usz Mo­zart.

A ko­pal­nie w Hal­l­statt i w Hal­lein? Są otwarte do zwie­dza­nia. We­wnątrz jest wiele atrak­cji: po­dróż ko­pal­nianą ko­lejką i... śli­zgawki. Na­prawdę dłu­gie i na­prawdę zbu­do­wane pod du­żym ką­tem. W daw­nych cza­sach gór­nicy do­sta­wali się na dół, zjeż­dża­jąc po po­chylni drew­nia­nymi ryn­nami, a ich po­śladki chro­niła skóra gór­ni­cza, na­zy­wana na­tyl­ni­kiem. Był to ro­dzaj przy­wią­zy­wa­nego w pa­sie skó­rza­nego far­tu­cha na tył. Z cza­sem na­tyl­nik, ale uszyty już z sukna i ozdo­biony klamrą, stał się ele­men­tem pa­rad­nego mun­duru gór­ni­czego w ca­łej Eu­ro­pie. Dla­tego w oby­dwu ko­pal­niach do­sta­nie­cie spe­cjal­nie kom­bi­ne­zony, dzięki któ­rym nie znisz­czy­cie ubra­nia.

W Hal­lein po pod­ziem­nym je­zio­rze pływa rów­nież prom. Ga­sną świa­tła, na chro­po­wa­tych ścia­nach za­czy­nają tań­czyć świa­tełka, w zu­peł­nej ci­szy prze­do­sta­je­cie się na drugi brzeg. To krótka, ale nie­za­po­mniana po­dróż. Wła­śnie pod­czas tego rejsu warto przy­po­mnieć so­bie wszyst­kich gór­ni­ków, któ­rzy w po­cie czoła zbu­do­wali jedno z naj­pięk­niej­szych miast Eu­ropy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki