2. Spadkobierca
Jeśli jest na tej ziemi kraj, w którym Kościół wciąż stara się iść śladem Jana Pawła II, to jest nim Polska. A najwierniejszym z wiernych jest tu niewątpliwie Stanisław Dziwisz, były osobisty sekretarz Wojtyły. Jak sam to ujął: "Był dla mnie ojcem i mistrzem". Jeśli więc jest na świecie ktoś, kto wie, jak Jan Paweł II postępował wobec duchownych molestujących dzieci, to tym kimś jest kardynał Stanisław Dziwisz. Wydaje się więc logiczne, że gdy po śmierci papieża został arcybiskupem krakowskim, radził sobie z tym problemem podobnie jak Jan Paweł II. Zobaczmy więc, jak sobie radził.
Parę lat temu młody reporter TVN 24 spytał sędziwego kardynała o stosunek Jana Pawła II do molestujących księży[1]. Dziwisz odpowiedział: "Nigdy nie akceptował pedofilii. Wyciągał zawsze konsekwencje. I to bardzo ostre". Był wyraźnie poirytowany pytaniem, pewnie dla niego bezczelnym. Jak można zadawać kardynałowi takie pytanie o świętego człowieka? I to w Polsce, ojczyźnie Jana Pawła II. Na domiar złego młody dziennikarz zwracał się do kardynała per "pan" zamiast "ekscelencjo" lub "księże kardynale" - znak, że czasy się zmieniają, również w Polsce. Dziwisz jednak, zanim uciekł od żurnalistów, dodał jeszcze jedno zdanie, jakby mimochodem: "Tego nie było, tak jak jest dzisiaj".
To tajemnicze słowa. Co kardynał chciał przez to powiedzieć? Co miał na myśli, używając słowa "tego"? Czego nie było? Tej pedofilii? Czy tego zamieszania wokół pedofilii? Logicznie rzecz biorąc, mówi to drugie: nie robiono takiego zamieszania - ponieważ chwilę wcześniej sam stwierdził, że polski papież podejmował twarde działania przeciwko pedofilii. Trudno podejmować działania przeciw czemuś, czego nie ma. Stąd wniosek, że kardynał miał na myśli: tego całego zamieszania wokół pedofilii wtedy nie było, a pedofilia - owszem.
Być może jest to zbyt logiczna egzegeza słów wypowiedzianych w pośpiechu, pod presją. Być może zaskoczony kardynał zaplątał się we własne słowa, a chciał po prostu powiedzieć: nie mieliśmy wtedy takich problemów. Nie zmienia to jednak faktu, że ksiądz, który przez prawie czterdzieści lat trwał u boku Wojtyły, mówi - mimochodem, ale jednak - to samo, co słyszeliśmy w poprzednim rozdziale z ust innego współpracownika i przyjaciela polskiego papieża: za Wojtyły nie robiono takiego problemu z pedofilii wśród księży. Jak zaraz się przekonamy, kardynał - przez wielu uważany za kłamcę - bywa zaskakująco prawdomówny.
Kardynał Dziwisz przeżywa ostatnio trudne chwile. Nie jest do tego przyzwyczajony, bo przez całe dorosłe życie miał wiatr w żaglach. W 1966 roku arcybiskup Wojtyła mianował go swoim osobistym sekretarzem i kapelanem. Od kiedy znalazł się na tym wozie, Dziwisz podążał za karierą swojego szefa. Od 1998 roku mógł nazywać siebie biskupem, mimo że nigdy nie rządził diecezją. Nie wyróżniał się wyjątkowymi zdolnościami, oprócz jednej - potrafił pozostawać w cieniu, dyskretny, milczący.
Młodego Dziwisza w 1978 roku opisał ksiądz Saduś, który będzie bohaterem dziewiątego rozdziału. Doszły go słuchy, że "Stasiek" ma dostać nominację na biskupa pomocniczego archidiecezji krakowskiej.
"Pytany o to podczas obiadu - relacjonował Saduś w rozmowie z esbekiem - Dziwisz rumienił się i udzielał wymijających odpowiedzi, to znaczy nie potwierdzał tej wiadomości, ale również jej nie dementował". Esbek pisze, że wieczorem Saduś zapytał Dziwisza wprost, czy to prawda, że został biskupem. "W odpowiedzi Dziwisz stwierdził, że jest to temat śliski i lepiej od niego odstąpić"[2].
To, że osobisty sekretarz arcybiskupa nie wyróżniał się wybitnymi zdolnościami, pokazują inne anegdoty z jego udziałem. W watykańskim raporcie o byłym kardynale McCarricku jest opisana wizyta Wojtyły z Dziwiszem w USA w 1976 roku. Ksiądz McCarrick usłyszał od swojego biskupa, że ma przerwać urlop na Bahamach, aby pomóc polskim gościom w razie problemów językowych. Raport relacjonuje spotkanie z przyszłym papieżem i jego adiutantem:
Po powrocie z Bahamów podczas śniadania z kardynałem Wojtyłą i prałatem Dziwiszem w rektoracie katedry Świętego Patryka McCarrick zażartował, że wizyta kardynała Wojtyły zepsuła mu wakacje: "Kardynale, tutaj nie ma sprawiedliwości, nie ma wcale. Powiem ci dlaczego: bardzo się cieszę, że cię poznałem, ale czy wiesz, że musiałem wrócić z połowu, z wakacji, bo kardynał Cooke powiedział, że mówię w każdym języku, w jakim chcesz?". W późniejszym wywiadzie McCarrick powiedział, że ksiądz Dziwisz nie zrozumiał, że żartuje, ale kardynał Wojtyła, "który się śmiał i wiedział, że żartuję, wyjaśnił to wszystko Dziwiszowi"[3].
Księża z archidiecezji krakowskiej nie mieli wątpliwości, dlaczego to Dziwisz został wybrany, by towarzyszyć kardynałowi Wojtyle, a nie któryś z księży uważanych za bardziej wybitnych, na przykład ksiądz Kuczkowski, kanclerz krakowskiej kurii.
Do Rzymu bowiem kardynał bierze zawsze ludzi mało rozumiejących, na czele z Dziwiszem. Natomiast ludzi pokroju ks. Kuczkowskiego kardynał nigdy z sobą nie bierze, tzn. takich ludzi, którzy mogliby mieć swoje zdanie i którzy w ewentualnej rozmowie z takim czy innym dyplomatą watykańskim mogliby się "rzucić w oko"[4].
Ten mało pochlebny cytat pochodzi z donosu księdza Stanisława Szlachty, proboszcza w Kalwarii Zebrzydowskiej, tajnego współpracownika komunistycznej bezpieki w latach 60. i 70. Inny ksiądz informator, Józef Szczotkowski, pracownik kurii, członek kapituły metropolitalnej, też uważnie obserwował karierę nikomu nieznanego Dziwisza i donosił o tym Służbie Bezpieczeństwa: "jest to chłopak ułożony, grzeczny i spokojny. Stosunkowo młody wiek jeszcze nie spowodował objawów zarozumiałości", napisał ksiądz Szczotkowski w styczniu 1967 roku[5]. Ale ten "grzeczny chłopak" miał wyczucie, bo już w marcu 1968 roku, dekadę przed wyborem Wojtyły na papieża, wyczuł, że jego szef jest "papabilny". W dokumencie SB czytamy: "domysły Dziwisza idą nawet tak daleko, że [Wojtyła] nawet może być wybrany papieżem"[6].
W czerwcu 1968 roku ksiądz donosiciel Szczotkowski nadal twierdził, że "o ks. Dziwiszu niewiele można powiedzieć". Nadal się nie wychyla. "Nie robi się ważny"[7]. Trzy lata później, kiedy zdobył już pierwsze szlify w kuluarowych grach o władzę, pojawia się inny Dziwisz: "Kurialiści dostrzegli, że staje się on coraz bardziej nieprzystępny i zarozumiały"[8].
Te mniej chwalebne cechy księdza Dziwisza ujawniły się w pełni, kiedy Jan Paweł II z powodu choroby nie mógł już samodzielnie wykonywać wszystkich zadań administracyjnych. Od 1995 roku choroba Parkinsona coraz bardziej ograniczała papieża, który wcześniej wydawał się mieć w sobie niewyczerpane pokłady energii. Coraz częściej biskup Dziwisz wychodził z papieskich apartamentów i ogłaszał, czego chce papież. Il papa vuole - "Papież chce" - stało się jego przydomkiem w ostatnich latach pontyfikatu Jana Pawła II. Za pomocą tej formuły współkierował kurią rzymską. Im bardziej Wojtyła podupadał na zdrowiu, tym mniej jasne było, czyje są owe przekazy i nakazy - papieża czy jego sekretarza.
Działo się to pod koniec lat 90. To okres kluczowy dla opanowania kryzysu związanego z molestowaniem nieletnich w Kościele.
Na przełomie wieków o skandalach seksualnych w Kościele zrobiło się głośno na świecie. Obrońcy papieża wykorzystują niejasny układ sił w tym okresie, aby winę za bierność Watykanu i tuszowanie afer zrzucać na złowrogich kardynałów, którzy wtedy rządzili kurią. W tym kontekście wymieniane są nazwiska kardynałów Sodano i Trujillo, ale przede wszystkim księdza Dziwisza. Osobisty sekretarz papieża w czasie jego choroby zagarniał dla siebie coraz większą władzę - Il papa vuole.
Ze śmiercią Jana Pawła II 2 kwietnia 2005 roku Dziwisz stracił wyjątkową pozycję. Nowy papież, Benedykt XVI, pozbył się sekretarza, awansując go na metropolitę krakowskiego. Rok później Dziwisz otrzymał kapelusz kardynalski - ukoronowanie kariery. Został wysłany do Krakowa jako kustosz pamięci polskiego papieża. Jednak zaczęły się mnożyć wątpliwości.
Pierwsza pojawiła się tuż po katastrofie pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku, w której zginął prezydent Lech Kaczyński. Kardynał Dziwisz zgodził się, by prezydent został pochowany w marmurowym grobowcu na Wawelu, w miejscu ostatniego spoczynku królów i bohaterów narodowych. Pozwalając na pochówek kontrowersyjnego prezydenta w narodowym panteonie, arcybiskup stał się stroną w coraz bardziej zaciętej walce politycznej. Przyczynił się tym do zniszczenia jednego z filarów autorytetu polskiego Kościoła - jego neutralności politycznej.
Na domiar złego Dziwisz kupczy pamiątkami po zmarłym papieżu. Okazało się, że nie tylko zachował osobiste zapiski Jana Pawła II, które on kazał po swojej śmierci spalić, ale nawet je wydał - w 2014 roku w postaci książki Jestem bardzo w rękach Bożych. Jeszcze większe wątpliwości budzi jego handel relikwiami. Dziwisz zachował dla siebie krew papieża pobraną podczas jakiejś medycznej procedury. W Kościele rzymskokatolickim krew świętego jest uważana za relikwię o najwyższej wartości. Do tego ma tę zaletę, że można ją niemal w nieskończoność dzielić na krople. Każdą kroplę zaś, w ozdobnej ampułce, można wymienić na przysługi i wpływy. Od czasu kanonizacji Jana Pawła II jego sekretarz rozprowadził po całym świecie około stu takich relikwii. Nikt nie wie, ile papieskiej krwi pozostało w jego prywatnej ampułce.
Emerytura, na którą przeszedł w 2016 roku, nie jest dla Dziwisza spokojna. Skandale seksualne w Kościele zaczęły coraz mocniej przyciągać uwagę mediów. Dziennikarze, po latach zwlekania, wzięli na celownik także biskupów i kardynałów. Kardynał Dziwisz jest ostatnio w centrum tej medialnej uwagi, a polska opinia publiczna dowiaduje się o sprawach, o których reszta świata wie od dawna. Na przykład, że Il papa vuole pod koniec pontyfikatu Jana Pawła II mógł odegrać haniebną rolę w tuszowaniu afer seksualnych, chroniąc wysoko postawionych sprawców wykorzystywania dzieci, takich jak amerykański arcybiskup McCarrick i meksykański przywódca legionistów Chrystusa Maciel Degollado.
Wiele wskazuje na to, że jako arcybiskup krakowski kardynał Dziwisz też tuszował przypadki molestowania. W 2012 roku otrzymał informacje o siedmiu księżach, którzy mieli dopuścić się przestępstw seksualnych. List z nazwiskami tych siedmiu księży oraz materiały dowodowe przekazał arcybiskupowi Dziwiszowi ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski w imieniu ofiar. Brodaty krakowski duchowny to wyrazista, silna osobowość w polskim krajobrazie publicznym. Prowadzi założoną przez siebie Fundację im. Brata Alberta, która niesie pomoc osobom niepełnosprawnym intelektualnie. W 2007 roku ksiądz Isakowicz-Zaleski ugruntował swoją reputację człowieka upartego i prawego, gdy wydał książkę o współpracy duchownych archidiecezji krakowskiej z komunistyczną bezpieką. Tym sposobem wyprał kościelne brudy, co nie spotkało się z wdzięcznością jego współbraci kapłanów, w tym kardynała Dziwisza. Stając w 2012 roku w obronie ofiar molestowania, po raz kolejny naraził się niejednemu biskupowi.
Głośno o tej sprawie zrobiło się w 2020 roku, gdy media zaczęły dopytywać Dziwisza o list od księdza Isakowicza-Zaleskiego. Kardynał stwierdził, że takiego listu nie pamięta. Ewidentnie minął się z prawdą[9]. W miarę zadawania coraz trudniejszych pytań "nie pamiętał" coraz więcej. Prowokowało to kolejne niewygodne pytania, a fala krytyki przerodziła się w prawdziwą burzę. Wkrótce potem Kraków był świadkiem sceny wcześniej nie do pomyślenia. Przed pałacem biskupim, pod tak zwanym oknem papieskim, w którym podczas swoich wizyt w Krakowie Jan Paweł II pojawiał się wieczorem na nieformalną pogawędkę z wiernymi, zebrał się teraz zupełnie inny tłum. Kilkaset osób wykrzykiwało: "Kościół zrobił z Polski piekło!", "Gdzie są instytucje, które mają chronić nasze dzieci?", "Dziwisz, tchórzu, wyjdź!". Oczywiście, jak to w Polsce, natychmiast pojawili się kontrdemonstranci, "samoobrona wierzących", ale to nie oni przeszli do historii. Tej nocy polski kardynał został głośno i publicznie nazwany tchórzem i kłamcą.
Kardynał Dziwisz był przez lata szanowany i honorowany przez większość rodaków. Także przez polskie media, które nie zadawały mu krytycznych pytań. Jeszcze w 2017 roku, po jego przejściu na emeryturę, "Gazeta Wyborcza" napisała, że "nie zamiatał pod dywan pedofilii"[10].
Dziwisz robi to, co robił przez całe swoje życie: wiernie służy Janowi Pawłowi II. W 1981 roku próbował własnym ciałem ochronić szefa przed strzałami płatnego zabójcy Ali A?cy. Dziś bierze na klatę bardzo niewygodne pytania, które powinny być skierowane do papieża Polaka. Wygląda na to, że robi, co może, by nadal chronić Jana Pawła II. Zasłaniając się słabnącą pamięcią, unika odpowiedzi. Bardziej jednak niż wyrafinowanym kłamcą wydaje się człowiekiem nienadążającym za nowymi czasami. "Tego nie było, tak jak jest dzisiaj" - to słowa starego człowieka, który nie rozumie, dlaczego nagle robi się problem z czegoś, co nigdy problemem nie było.
Stara gwardia polskiego Kościoła - Dziwisz urodził się w 1939 roku - zdaje się po prostu nie pojmować, że nadużycia seksualne to problem przez duże P. Owszem, kłamie, udając, że nie pamięta różnych sytuacji, ale jest coś ważniejszego niż jego kłamliwe milczenie: to, że zaskakująco często mówi prawdę i że prawie nikt w Polsce tej prawdy nie słyszy.
Dobrym przykładem jest wywiad telewizyjny, który dziennikarz Piotr Kraśko przeprowadził z kardynałem Dziwiszem pod koniec 2020 roku. Kraśko ma wyjątkowy dar bycia grzecznym i uparcie dociekliwym jednocześnie. Tak było i w tym przypadku. Kardynał próbował wykręcać się od odpowiedzi. List od ojca Isakowicza-Zaleskiego? Nie pamiętam. List od arcybiskupa McCarricka? Nie pamiętam. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski stwierdził po tym wywiadzie: "[Dziwisz] prawdy nie powiedział. On kluczył. Używał dziesiątków wybiegów. Byłem zaskoczony tym wszystkim. Myślę, że powinien stanąć w prawdzie"[11].
Media też podkreślają, że kardynał kłamie. Dziwisz jednak nie kłamie cały czas. A gdy akurat mówi prawdę, mówi coś o Janie Pawle II. Na przykład kiedy Kraśko spytał go o pierwszego polskiego biskupa, którego Watykan zmusił do rezygnacji z funkcji, odpowiedział tak: "Widocznie ci, którzy muszą rezygnować, może są winni czemuś". Po chwili dodał: "Ale każdy biskup stara się śledzić postawę Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka".
Nic nie wskazuje na to, że tu kardynał kłamał. Wręcz przeciwnie, powiedział, co myśli: biskupi, którzy teraz są karani za tuszowanie przestępstw swoich podwładnych, robili tak, idąc za przykładem ówczesnego papieża Jana Pawła II. Nic dodać, nic ująć. Między wierszami wybrzmiewa ogromny żal do mediów, do wiernych, do obecnego papieża, że robi się problem z czegoś, co problemem nigdy nie było.
I nie jest to jedyna wstydliwa prawda wygłoszona przez kardynała Dziwisza wprost do kamery. Chwilę później stwierdził: "Jan Paweł II już na początku tego wieku powiedział biskupom amerykańskim: tolerancji zero. Myślę, że od tego właśnie zaczęła się walka z ukrywaniem". I znowu: nic dodać, nic ująć. Tylko wymienić słówko "już" na "dopiero" i okazuje się, że kardynał mówi prawdę: faktycznie, dopiero w 2001 roku, kiedy media już od lat odkrywały skandal za skandalem, Jan Paweł II podjął działanie. Kardynał Dziwisz potwierdził, że przez pierwszych dwadzieścia parę lat pontyfikatu polski papież nie zrobił nic, by skończyć z tuszowaniem pedofilskich praktyk w Kościele. W kolejnych rozdziałach będziemy dokładniej analizować słowa papieża. Tu wystarczy spostrzeżenie, że kardynał Dziwisz bywa prawdomówny.
O dziwo, prawdy wypowiadane czasem przez Dziwisza nie są zauważane. Katolicki intelektualista Tomasz Terlikowski tak zareagował na głośny wywiad: "Na razie możemy mieć wrażenie, że ksiądz kardynał, powiem bardzo łagodnie, oszczędnie dysponuje prawdą"[12].
Tymczasem prawda wychodzi kardynałowi bokiem, tylko trzeba chcieć to dostrzec. Terlikowski może zarzucać Dziwiszowi kłamstwa, ale widać sam chce wierzyć w to, co kardynał powiedział pod koniec wywiadu: "Nigdy Jan Paweł II nie ukrywał niczego i nie chował. Absolutnie!".
Wywiad dla TVN24 nie był pierwszy, w którym kardynał Dziwisz mówił prawdę. Rok wcześniej przyjazna mu TVP przeprowadziła z nim rozmowę o Janie Pawle II i pedofilii w Kościele. I wówczas Dziwisz potwierdził, że polski papież nie podjął żadnych prawnych kroków, gdy docierały do niego "informacje o przypadkach wykorzystywania seksualnego dzieci i młodzieży przez duchownych". Zamiast uruchomić procedury prawne i publicznie potępić winnych, Jan Paweł II ograniczył się do bycia "poruszonym". W ustach Dziwisza brzmiało to tak: "Gdy okazywało się, że zarzuty są prawdziwe, przede wszystkim był tym głęboko poruszony"[13]. I na tym koniec, żadnych działań. W tym samym wywiadzie emerytowany kardynał powiedział jeszcze coś, co bardzo obciąża polskiego papieża: wykluczył, by Jan Paweł II był niedoinformowany o skandalach seksualnych. Dziennikarka zapytała: "Jaka była rola księdza kardynała i innych bliskich współpracowników Jana Pawła II? Czy były przypadki, że ze względu na stan zdrowia papieża nie był on o czymś ważnym informowany?". Na co Dziwisz: "Współpracownicy, zwłaszcza stojący na czele watykańskich dykasterii [ministerstw], mieli osobisty kontakt z papieżem i zawsze mogli wszystkie sprawy omówić z nim bezpośrednio. Istotne sprawy były podejmowane wspólnie na zebraniach przełożonych dykasterii. Sekretariat Ojca Świętego nigdy nie zastępował żadnej dykasterii kurii rzymskiej. Jan Paweł II do końca swego życia w [w] pełni świadomy i odpowiedzialny sposób kierował Kościołem"[14].
Innymi słowy, Jan Paweł II wiedział o wszystkim do końca swojego pontyfikatu. Tu należy zadać sobie pytanie: czy Dziwisz kłamie? Czy najwierniejszy z wiernych próbuje ocalić własną reputację, obciążając Jana Pawła II? Niekoniecznie. Może mówi po prostu, jak było: Jan Paweł II wiedział o najważniejszych sprawach i decyzjach podejmowanych w Watykanie, a tym samym odpowiada za ochronę przestępców seksualnych, takich jak: Groër, Degollado, McCarrick.
Innym przykładem mimowolnej prawdomówności kardynała Dziwisza jest krótka wymiana zdań w "Gazecie Wyborczej" z 2013 roku. Dziennikarce Joannie Mąkosie udało się zapytać kardynała, czy kuria w Krakowie miała wcześniej informacje o przestępstwach pedofilskich popełnianych na terenie archidiecezji.
Dziwisz: Od zawsze, jeśli byłyby takie wypadki, diecezja bardzo poważnie podchodzi do tych spraw.
Mąkosa: Czyli takie dane kuria posiada?
Dziwisz: Jeśliby były takie wypadki, to Kościół ma wszystkie sposoby, aby te rzeczy uporządkować. Przede wszystkim jeśli byłby taki wypadek, to ksiądz już nigdy nie może wrócić do katechezy, do pracy wśród młodzieży. Zależy też, jak ciężki jest taki przypadek, ostatnim narzędziem jest pozbawienie go możliwości sprawowania funkcji kapłańskich[15].
Kardynał starał się pokracznym językiem nie powiedzieć tego, co powiedział, mianowicie: krakowska kuria załatwiała sprawy pedofilii wśród księży według własnego uznania. Pytanie nie brzmi, czy następca Wojtyły w Krakowie kłamał, czy nie. Pytanie brzmi: dlaczego nie próbowano się dowiedzieć, jak kardynał Dziwisz i jego poprzednicy, w tym Wojtyła, reagowali na przypadki przestępstw seksualnych wśród kleru, skoro sam Dziwisz w 2013 roku potwierdził, że takie przypadki od dawna były? Przy innej okazji przyznał, że w latach 2005-2016, kiedy kierował archidiecezją, miał do czynienia z siedmioma takimi sprawami[16].
Zrobiło się tak głośno i gorąco wokół kardynała Dziwisza, że w końcu zareagował sam papież Franciszek. W czerwcu 2021 roku wysłał do Polski kardynała Angela Bagnasco z zadaniem "weryfikacji sygnalizowanych, także publicznie, zaniedbań kard. Stanisława Dziwisza podczas pełnienia przez niego funkcji arcybiskupa metropolity krakowskiego"[17]. Ksiądz Isakowicz-Zaleski wiązał duże nadzieje z przyjazdem papieskiego wysłannika: "Ja odetchnąłem, że nareszcie znalazł się ktoś w Watykanie, kto chce to wyjaśnić"[18]. Spotkał się z kardynałem Bagnasco i nabrał pewności, że nowy papież zabrał się do wyjaśniania tajemnic polskiego Episkopatu.
Werdykt Watykanu był dla niego jak zimny prysznic: według papieża Franciszka działania kardynała Stanisława Dziwisza były prawidłowe, papież nie widział i nie widzi powodów, aby dalej zajmować się tą sprawą. Podobnie jak Dziwisz kardynał Bagnasco nie raczył spotkać się z osobami, które wniosły skargi na domniemanych przestępców. "Jak można wydać werdykt, jeżeli się nie rozmawia z ofiarami?", dziwił się ksiądz Isakowicz-Zaleski[19].
Ale nic w tym dziwnego. Tu działa logika watykańska: skoro w Polsce świeckie władze pozwalają Kościołowi lekceważyć ofiary, to Kościół też je lekceważy. Zwłaszcza gdy oskarżany jest osobisty sekretarz Jana Pawła II. Gdyby się okazało, że Dziwisz tuszował sprawy pedofilskie, Jan Paweł II mógłby być kolejnym na ławie oskarżonych.
Zanim jednak dojdziemy do samego papieża, pozostańmy jeszcze na moment przy kardynale Dziwiszu. Nikt nie żył tak długo tak blisko Jana Pawła II. Dziwisz widział więc, jak reaguje on na doniesienia, że księża molestują dzieci. Jako arcybiskup Krakowa na pewno - parafrazując jego własne słowa - naśladował postawę Jana Pawła II. Zobaczmy więc, jak traktował ofiary molestowania i ich oprawców.
Dotarłem do dwóch sprawców z archidiecezji krakowskiej. Jeden został ukryty w kościelnym domu starców, drugi zaś skazany przez sąd cywilny prawomocnym wyrokiem. Oba przypadki pokazują podejście Stanisława Dziwisza jako arcybiskupa do problemu molestowania nieletnich przez duchownych.
Pierwszy to przypadek zgłoszony w 2010 roku do kurii w Krakowie. Trafiłem na jego trop w internecie, pod artykułem o organizacji ofiar księży we Włoszech. Był to krótki czat. Ksiądz jest tam wymieniony z imienia i nazwiska. By ofiary pozostały anonimowe i żeby sprawcy, który jest ciężko chory, nie mieć na sumieniu, nazwijmy go tu księdzem Andrzejem. Błędów ortograficznych w czacie tym razem nie poprawiam, za to zmieniam imiona.
~ Jacku - 22.03.2010 (18:06)
Miałem wtedy 13 lat jak Kś. Andrzej był w Sułkowicach na plebani jakieś kilka lat. Był moim katechetą i opiekunem ministrantów. Zapraszał na plebanie by tam niby zdawać różne rzeczy które niby na katechecie zabrakło czasu, zamiast tego były gazetki porno itp Ostatnio był w Myślenicech na plebani...już go nie ma...poszedł do innej parafji. Napewno w polsce jest dużo podobnych historii!!!!!
~danuta - 20.07.2010 (14:28)
ja tez bylam molestowana przez tego ksiedza, mialam wtedy 12 lat. ks Andrzej byl wtedy czyli 1988 roku na parafii w ciecinie kolo zywca. pokazywal mi filmy pornograficzne i obmacywal, zaczecal zebym sie rozbrala. to bylo straszne, do dzis nie moge tego zapomiec. a potem kazal mi przysiegac na zdrowie moje, moich rodzicow ze nic nikomu nigdy nie powiem. potem dowiedzialam sie ze zapraszak takze ministrantow i ich takze wykorzystywal.
~Marek do ~danuta - 08.04.2011 (22:50)
Danuto tez mam te same doświadczenia z tym pedofilem - Twój rocznik i ta sama parafia. Wiem że paru kolegów też miało z nim do czynienia ale że były też dziewczyny to jestem zaskoczony.
~molestowany - 30.12.2011 (18:13)
ks Andrzej "zmolestowal" chyba wszystkich ministrantow i wiele chlopców i dziewczynek w Ciecinie. ja tez do nich nalez... wiele osób o tym wiedzialo ale wstyd zwycieżyl[20].
Zazwyczaj trudno dotrzeć do uczestników czatów, zwłaszcza gdy wpisy są starsze. W tym przypadku jednak się udało. Rozmawiałem z "Danutą", ona dała mi namiary do "Piotra", o którym wiedziała, że również padł ofiarą pedofilskich skłonności księdza Andrzeja. Ich świadectwa znalazły się w Lękajcie się[21]. Nie ma sensu ich tu powtarzać w całości. Wystarczy wersja skrócona. "Danuta" opowiedziała, jak ksiądz Andrzej zaprosił ją do siebie, by razem oglądać filmy. Zgodziła się. Zamknął drzwi na klucz i zamiast włączyć filmy dla dzieci, pokazał jej porno. "Danuta":
On usiadł obok mnie i zaczął mnie obmacywać. Chciałam wstać. On był bardzo silny i gruby. Chwycił mnie mocno i na siłę wkładał mi rękę do spodni. Zaczęłam się wyrywać. Trzymał mnie na siłę i powiedział: "Uspokój się, powiedziałem ci, że do godziny siedemnastej cię nie wypuszczę. Nie wyjdziesz stąd". I zaczął mi opowiadać różne rzeczy. Tak się strasznie wstydziłam. Nie wiedziałam, gdzie patrzeć. On ten film wyłączył. Zaczął mówić, jak to jest z kobietą i mężczyzną. Co mężczyzna robi, co kobieta ma itd. Siedziałam tam i patrzyłam gdzieś przed siebie. I czekałam na tę godzinę, gdy mnie wypuści. To tylko pół godziny, do siedemnastej, ale dzisiaj bym powiedziała, że to trwało dwie-trzy godziny. Tak ten czas się ciągnął. Wreszcie siedemnasta. Wstaję. Kazał mi przysięgać na życie i zdrowie moich rodziców, że nigdy, przenigdy nikomu nie zdradzę, co tam się wydarzyło.
Druga ofiara księdza Andrzeja to "Piotr". Miał jedenaście lat w roku szkolnym 1987/1988, gdy ksiądz Andrzej zaprosił go na wspólne z innymi chłopcami oglądanie wideo. Tak to opisał:
Przyszedłem na umówioną godzinę. Okazało się, że chłopcy mają przyjść później. Ale oni w ogóle nie przyszli. W każdym razie byłem u tego księdza i włączył mi te bajki. Smerfy chyba. Po jakimś czasie przewinął kasetę i okazało się, że oprócz bajek był tam również nagrany film porno. Pamiętam do dzisiaj. Pierwszy raz widziałem taki film. Wziął mnie na kolana i włożył mi rękę do spodni, no i zaczął mnie... Chciał doprowadzić do wzwodu. Zaczął mnie pieścić. I pytania jakieś tam różne mi zadawał: czy się już onanizowałem i takie rzeczy. Ja chyba płakałem. W każdym bądź razie byłem w szoku, nie wiedziałem, co się dzieje. Nie wiem, do czego mogłoby dojść, gdyby nie telefon. Zadzwonił proboszcz, żeby tamten ksiądz odprawił za niego mszę. I to praktycznie mnie uratowało.
Dopiero w 2010 roku jedna z ofiar księdza Andrzeja - ani "Danuta", ani "Piotr" - postanowiła zapukać do drzwi pałacu arcybiskupa Stanisława Dziwisza. Arcybiskup nie zgłosił przestępstwa do prokuratury. Zastosował procedury kanoniczne ustanowione przez Jana Pawła II w 2001 roku. Po wewnętrznym, kościelnym, procesie wysłał krzywdziciela do domu dla chorych księży.
Tam go zastałem. Skulony, trzęsący się. Bardzo się bał dziennikarzy. Podczas rozmowy regularnie milkł, nie mógł znaleźć słów i drżał na całym ciele. Oto nasza rozmowa w skróconej wersji:
- Rozmawiałem z ludźmi, którzy twierdzą, że ksiądz ich molestował.
- Za to tu jestem. Że molestowałem.
- A jakiś proces się odbył?
- Nie.
- Nawet kanoniczny?
- To znaczy kanoniczny to się odbył. Dlatego nie jestem na parafii, nie wolno mi spowiadać. Wolno mi tylko tu odprawiać [mszę] i za karę pracuję codziennie. Ja się nie wypieram, że coś takiego było. Zresztą byłem w Kobierzynie [szpital psychiatryczny] też w związku z tym. Mam zaburzenie osobowości. I dlatego leczę się psychiatrycznie.
- Jak długo ksiądz wykorzystywał dzieci?
- Nie wiem. Ja mam zaburzenie pamięci.
- To się zaczęło w latach 80., tak?
- A to nie jest przedawnione?
- Tak, to już jest przedawnione. Jak ksiądz tu trafił?
- No, ktoś poszedł do biskupa i oskarżył mnie o to.
- To dopiero w 2010 roku. Ale ksiądz przecież robił takie rzeczy już od dawna.
- To nie było przez cały czas, codziennie.
- Osoby, z którymi rozmawiałem, powiedziały mi, że molestował je ksiądz w latach 80. A przez cały czas biskup nie wiedział o tym?
- Nie wiedział.
- Ale wielu ludzi przecież o tym wiedziało?
- To znaczy, że ja jestem biseksualistą, bo były też dziewczyny [trzęsie się].
- To trwało dwadzieścia pięć lat?
- To nie trwało dwadzieścia pięć lat, bo ja w pewnym momencie skończyłem. Ja przysięgam. Ja mogę przysiąc, że w którymś momencie, nie pamiętam kiedy, ale skończyłem, ale nie było to cały czas.
- Cały czas się zastanawiam, jak to możliwe, że tyle lat to trwało, a nikt...
- Ale to nie stało się cały czas. To czasem się zdarzyło. Gdybym chciał kłamać, tobym powiedział, że to jeden raz w Cięcinie się zdarzyło. Nie kłamię. Mówię prawdę. Że czasem to się zdarzyło. Nie było tak, że cały czas korzystałem z czegoś takiego. Starałem się, żeby to nie było poniżej piętnastu lat. A tamci mieli poniżej piętnastu lat?
- Mieli.
- O Jezu! To nie pamiętam. A musi pan to ruszać?
- Inni księża wiedzieli?
- No, bo ja chodziłem do spowiedzi. Po spowiedzi starałem się dość długo się trzymać. A później to znowu się zdarzyło.
- Czyli ksiądz miał świadomość, że to jest coś złego?
- Że to jest złe. A oni wszyscy mieli mniej niż piętnaście lat?
- No, mieli. Najwyżej dwanaście lat.
- Ja nie pamiętam. Bóg mi świadkiem, nie pamiętam. Mnie - mówiąc prostym językiem - odbiło, jak się to wydało.
- Wydało się trzy lata temu, kiedy ktoś poskarżył się u biskupa?
- Wcześniej miałem problemy psychiczne, a się nie przyznawałem.
- Wszystko trzymane w sobie, tak? Czy to ulga, że teraz wyszło?
- Ulga. Ulga, że ja przestałem, bo ostatni raz to było jakieś dziesięć lat temu, dziewięć-dziesięć lat temu [tzn. w 2003 lub 2004 roku]. I to na pewno powyżej piętnastu lat.
- Czy ksiądz, u którego ksiądz się spowiadał, nie reagował?
- Obowiązuje tajemnica spowiedzi. Nie mógł powiedzieć.
- Nawet nie mógł ostrzec biskupa, bez podania szczegółów?
- Nie mógł, bo jego obowiązuje tajemnica spowiedzi [przez jakiś czas nie jest w stanie mówić]. Dla mnie spowiedź była ulgą. Chodziłem często do spowiedzi, żeby się to nie powtórzyło.
- To się zaczęło już od razu po seminarium?
- Nie, później.
- Ale to ksiądz już był księdzem?
[milczy]
- Jako dziecko też byłem molestowany przez kogoś. Przez dorosłego.
- Przez księdza?
- Nie.
- Ile ksiądz wtedy miał lat?
- Siedem, osiem.
- Ksiądz słyszał o innych księżach...
- ...że to robili? Nie będę się wypowiadać. Bo skoro ja to zrobiłem, nie mogę innych osądzić, że mają za uszami. Od tego czasu w ogóle nie miałem seksu. Osiem, dziewięć lat temu. Nie pamiętam. Naprawdę mam zaburzenie pamięci. Za to się leczę. Zdaję sobie sprawę, że ja przecież też umrę. Mam wadę serca i mogę w każdej chwili umrzeć. I co, będę w takim stanie? Kiedyś mi obetną nogi. Miażdżyca. Biorę lekarstwo, że opóźniają, ale nie da się cofnąć. Będę miał następną pokutę, jak będę na wózku inwalidzkim. A będę. No bo widzi pan, może to też jest kara za to? Nie wiem.
- A czy biskup był zaskoczony, kiedy usłyszał w 2010 roku?
- Chyba tak.
- Kazał ksiądz dzieciom złożyć przysięgę, aby nic nie mówiły?
- No, prosiłem, żeby nie powiedziały nikomu. Nie kazałem, prosiłem.
- Też podczas spowiedzi?
- Nie, one nie mogły chodzić do mnie do spowiedzi. Bo jeżeli ja coś takiego z kimś robiłem, to ja nie mogę go wyspowiadać. Tłumaczyłem, że do mnie to z tym nie może i że do spowiedzi tylko do innego księdza.
- A ksiądz się nie bał, że to się wtedy wyda?
- No bałem się. No i odbiło mi, i znowu to robiłem. To było mocniejsze ode mnie. Mam zaburzenie pamięci.
- To też od trzech lat?
- Ja to przeżyłem, że się wydało. Wtedy do mnie dotarło, że robiłem komuś aż taką krzywdę, że poszedł na skargę. Nie wiem, czy robiłem krzywdę, bo nie wiem, za co ktoś poszedł na skargę. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to musiało być wielkie zło. Wcześniej, nawet przy spowiedzi, nikt mi nie tłumaczył, że to jest takie potworne zło. Teraz to w telewizji mówią, że to zostawia ślady w psychice. Ja sobie z tego nie zdawałem sprawy. Bobym po jednym razie skończył.
- To znaczy ksiądz to traktował bardziej jak...
- ...grzech. To jest coś złego, jak każdy grzech ciężki. A tu zdałem sobie sprawę, że to musiało być bardzo złe dla kogoś, że poszedł aż na skargę. I to po latach.
- Po ilu latach?
- Po piętnastu-siedemnastu latach, nie pamiętam [czyli chodzi o sprawę z 1993, 1994 lub 1995 roku].
- Czy ksiądz wie, ilu ich było przez te wszystkie poprzednie lata?
- Nie pamiętam. Kilka czy kilkanaście. Nawet nie wiem, czy kilkanaście, czy kilka. To nie było, że się ciągnęło ciągle i ciągle. Nie wiem, czy kilkanaście, czy osiem, dziewięć.
- Jak ten ktoś się skarżył, to ksiądz się przyznał przed biskupem?
- To znaczy nie przed biskupem, tylko przed osobą wyznaczoną przez biskupa. A ten relacjonował biskupowi. Bo dla biskupa to krępujące osobiście wypytywać. Więc wyznaczył pewną osobę do rozmowy ze mną.
- I to już był ten sąd biskupi, tak?
- Zostałem zobowiązany, aby o tym nie mówić. Ale kara jest taka, że nie pójdę na parafię, że nie wolno mi odprawiać, wyjątkowo to tu. Mam problemy psychiczne. Były nawet myśli samobójcze. Nie próby na szczęście. Ale dużo mnie to kosztowało, że nie targnąłem się na życie, jak zdałem sobie sprawę. Aż tak było źle. Dlatego jestem tu, a nie w domu, żebym nie targnął się na życie. Tu jestem między ludźmi. Jakby przyszła jakaś myśl, to od razu proszę o spowiedź. Nie jest dobrze ze mną. Od tego czasu ja już zrozumiałem, jakie to jest złe, że po tylu latach ktoś przyszedł na skargę. I wtedy to do mnie dotarło. Że ktoś po tylu latach przyszedł. Gdyby dla kogoś nie było to tak znaczące, toby nie przyszedł.
- To głęboko siedzi w tych ludziach.
- Mam nadzieję, żeby nie siedziało, tylko żeby potrafili zapomnieć. O to się modlę. Nie modlę się tylko za tego, który poszedł na skargę, tylko modlę się za wszystkich, bo to jest najskuteczniejsze, żeby przestali o tym myśleć.
- Żeby wypierali?
- Ja się modlę, żeby - no, bo krzywdę robiłem, prawda? - żeby zapomnieli o tej krzywdzie [drży na całym ciele]. I to wraca w nocach. I się modlę, żeby się uspokoić, żeby zasnąć. A nie mogę więcej uspokajającego [środka brać], bo mogę się nie dobudzić [płacze i drży].
- Ksiądz nadal jest księdzem. Tak naprawdę to wysłano księdza na wcześniejszą emeryturę.
- Ja mam emeryturę nauczycielską wcześniejszą. Bo nie miałbym z czego żyć. Tu odprawiam za utrzymanie. Bałem się, że mnie wyrzucą na zieloną trawkę.
- A tutaj wiedzą, za co ksiądz tu jest?
- Oficjalnie nie wiedzą, chyba że ktoś się gdzieś nieoficjalnie dowiedział. Dyrektor nie powiedział o tym. Chyba że ktoś od kogoś się dowiedział. Może wiedzą. Nie wiem.
- To znaczy, że ksiądz też z nikim nie może o tym rozmawiać?
- Dostałem takie polecenia, żeby po prostu nie wracać do tego. To znaczy, żeby do tej rozmowy, bo byłem przesłuchiwany, do tego nie wracać. Ja to odebrałem, żeby w ogóle do tego nie wracać. Jeśli - to przez spowiedź. Bo ktoś ma zawiązany język.
- Ale teraz ksiądz ze mną o tym rozmawia. Ksiądz to odbiera jako coś strasznego?
- Tak. Bo to można tak wykorzystać, że dotrą do mnie inni. Sama rozmowa z panem dla mnie jest pokutą.
- Ksiądz nie odczuwa potrzeby powiedzenia "przepraszam" tym ludziom?
- Boję się, że by mi odbiło całkiem. Jakbym miał się spotkać, to na kolanach, na leżąco, jako że zdaję sobie sprawę, jakie to było złe. Leżąc przed nimi, bym przeprosił, żeby widzieli, że to robię z pokory, a nie na zasadzie: przepraszam i odczep się. Boję się w ogóle każdej rozmowy. Przy spowiedzi zwykle mówią, skoro Bóg przebaczył, to po co do tego wracać? Ale to jest silniejsze ode mnie. A tak z kolegami o tym nie rozmawiałem. Ksiądz może poza spowiedzią mieć za długi język.
- A nie lepiej, że ksiądz tak czasami po prostu może o tym rozmawiać?
- Przyśniła mi się rozmowa z panem. Śniło mi się, że coś złego mnie spotka. Jest pan pierwszy poza spowiedzią i poza tymi, którzy mnie przesłuchiwali, z którym rozmawiałem. Może, że podświadomie wyczułem, że pan ma rację, że może jak będę rozmawiać, to sobie ulżę.
Pierwszy przypadek molestowania przez księdza Andrzeja, o którym mowa na czacie, pochodzi z parafii w Sułkowicach, gdzie był wikariuszem. Jeśli wierzyć księdzu, to ostatni raz dopuścił się nadużyć w 2004 lub 2005 roku. Wniosek nasuwa się sam: w ciągu tych dwudziestu lat molestował co najmniej kilkudziesięcioro dzieci. W każdym razie pokrzywdzonych było o wiele więcej niż "osiem czy dziewięć, a może więcej niż dziesięć". Wszyscy świadkowie mówią, że ksiądz Andrzej molestował nie tylko ich i że to było tajemnicą poliszynela na szkolnym podwórku. Inni księża nie mogli nie wiedzieć. A jednak trwało to nie mniej niż dwadzieścia lat.
Przyjrzyjmy się jeszcze jednemu przypadkowi, aby się zorientować, jak kustosz spuścizny Jana Pawła II radził sobie z przestępstwami podwładnych. Tym razem chodzi o młodego księdza. Nie seryjnego molestanta, jak ksiądz Andrzej, ale księdza kusiciela, który oczarował dziewczynę, a potem ją wykorzystał. Inaczej niż ksiądz Andrzej został szybko złapany i osądzony. Podczas procesu upierał się, że jest niewinny, ale sędzia zdecydował inaczej i skazał go na dwa lata w zawieszeniu. Dopóki sprawa była w toku, kardynał Dziwisz pozwolił mu kontynuować katechizację dzieci w innej parafii. Po skazaniu mianowano go kapelanem cmentarza w innej miejscowości. Wiernych nie poinformowano o przeszłości nowego wikarego. Powitali go w taki oto sposób:
Decyzją Kardynała w naszej parafii na wikarówce zamieszkało dwóch nowych kapłanów [...]. Bardzo serdecznie witamy nowych kapłanów w naszej wspólnocie parafialnej i życzymy im Bożego błogosławieństwa w posłudze dla dobra naszej parafii.
Wikarówka parafii jest okazałym budynkiem z wieloma wejściami. Domofon księdza - nazwijmy go Marcin - milczy. Po placu przechadza się ksiądz. Zagaduję go:
- Szczęść Boże. Czy ksiądz może wie, gdzie jest ksiądz Marcin?
- Je śniadanie. Musi pan trochę poczekać albo nacisnąć dzwonek kuchni.
[naciskam więc dzwonek kuchni]
- Szczęść Boże. Ja do księdza Marcina.
[słychać jakieś dźwięki, potem kobiecy głos]
- Nie ma go tu. Niech pan spróbuje przy innym wyjściu.
- Już próbowałem. Tam nie ma nikogo.
- Aha... Tu go też nie ma.
Po ponad pół godziny czekania otwiera się brama i wyjeżdża samochód, który na chwilę się zatrzymuje. Kierowca patrzy na intruza i odjeżdża - gaz do dechy. To pewnie ksiądz Marcin. Widać nie jest w nastroju do rozmowy. Nietrudno jednak zgadnąć, dokąd uciekł. Jego miejsce pracy jest oddalone o dziesięć minut jazdy. Wchodzę do budynku cmentarnego i pytam, gdzie znajdę kapelana.
- Na pierwszym piętrze.
Echo kroków w czystej marmurowej klatce. Pukam. Otwiera sam ksiądz Marcin: bujna czarna czupryna nad zapiętą pod szyję sutanną.
- Szczęść Boże. Jestem dziennikarzem. Rozmawiam z ofiarami molestowania seksualnego. Chciałbym usłyszeć historię z księdza strony.
- Nie mam panu nic do powiedzenia. Nie chcę o tym rozmawiać. Jaki w tym sens, odgrzewanie rzeczy, które się już zakończyły z mojej strony.
- Ale dla ofiar się jeszcze nie zakończyły.
- Ale po co pan do mnie teraz z tym przychodzi?
- Bo ksiądz jest jednym z tych, którzy mają prawomocny wyrok w takiej sprawie, więc bardzo też chciałbym usłyszeć historię od drugiej strony.
- Jeżeli pan przyszedł w tej sprawie, to miłego dnia życzę. Ja mam sprawy pogrzebowe. Tyle. Nie chcę wracać do tego. To było. Nie będę panu opowiadać takich rzeczy, bo pana nie znam, nie wiem, kim pan jest. Pan jest dla mnie osobą obcą. Chodzi pan, szuka. Niech pan się zajmuje rzeczami bardziej istotnymi.
- Przepraszam, ale to nie jest sprawa istotna?
- Istotna, ale to już jest poza mną. To już było niestety. Było jak było. Nie będę z panem na ten temat rozmawiał, bo my się nie znamy. Pan przychodzi, szuka, nachodzi...
- Ksiądz twierdzi, że proces jest już całkiem zakończony, tak?
- Nic nie twierdzę, nie będę się panu spowiadał. Gdyby pan przyszedł z kartką od biskupa, że mam panu opowiadać, to tak.
- Ksiądz ma zakaz mówienia o tym?
- To znaczy zakaz... No, na pewno nie wypowiadam się w mediach na ten temat.
- Ale w końcu ten proces kościelny się odbył czy nie?
- Czemu panu mam opowiadać takie rzeczy? Kim pan jest dla mnie, że ja mam to panu opowiadać?
- Jestem dziennikarzem. Rozmawiam z ofiarami, więc wydaje mi się logiczne, że rozmawiam też z drugą stroną.
- Nie ufam panu. Pewnie pan już ma nastawienie. Ma pan już wyrobione zdanie. W przyszłości mnie nie nachodzić w ten sposób, dobrze?
- Ale...
- Rozumie pan, co ja do pana mówię? Nie mówię jako ksiądz, tylko jako osoba prywatna. Nie nachodzić mnie, szukać po mieszkaniach. Drugi raz, że pan mnie nachodzi, mogę to na policję zgłosić.
- Ma ksiądz kontakt z ofiarą?
- Szczęść Boże. Miłego dnia życzę.
Bum. Drzwi zamknięte.
Ksiądz Marcin ma pełne prawo milczeć i unikać mediów. Niewiele to zmienia, bo nie o niego tu chodzi. Ważne jest to, w jaki sposób przypadki molestowania były i są traktowane w Kościele post-JP II. Ksiądz Marcin pozostał kapelanem jeszcze przez wiele lat po naszej rozmowie. Zniknął, gdy polskie media zaczęły pukać do jego drzwi i opisały jego przypadek. Występuje tutaj pod pseudonimem ze względu na jego ofiarę i jej rodziców. Oni mają powody, by chcieć pozostać anonimowi. Dla nich to nie "odgrzewane historie", tylko wciąż niezagojona rana.
Zastałem ich w domu. Przy stole opowiedzieli mi, jak się w Polsce żyje rodzinie ofiary księdza.
- Córka ma się dobrze?
Ona: - Nie mogła sobie poradzić. Ona nigdy nie będzie się miała dobrze.
On: - Do tej chwili, jak tylko dwa-trzy słowa na ten temat, to ona całkiem się trzęsie. Chce być daleko stąd. Tam ma spokój. Mogę panu tylko powiedzieć, że do dzisiaj to całe sąsiedztwo to są wrogowie. Jesteśmy traktowani jak czarne owce. Tylko tyle panu powiem. Ludzie są bezwzględni. Twierdzą, że są katolikami, że wierzący...
Ona: - Liczyli na to, że się wyprowadzimy.
- Jak to tłumaczyć?
On: - Tu jest bardzo mało ludzi wykształconych. Wśród tych starszych to bym liczył panu na palcach jednej ręki, czy ktoś ma średnie wykształcenie. A ci mają najwięcej do pyskowania.
Ona: - Dewotki. Kilka osób potrafi nastawić pozostałych.
On: - To jest zaćmienie przez księży. To ludzie, którzy siedzą na poziomie szkoły podstawowej. Dla nich to, co ksiądz powie, to jest święte.
- Mimo że sąd doszedł do wniosku, że ksiądz jest winny?
On: - Tak. To jest szczyt głupoty w Polsce, że dziecko się obarcza winą, nie dorosłego człowieka. Dziecko jest w stanie kogoś sprowadzić na złą drogę?
Ona: - Nikt nam palcem nie pomógł.
- Nawet Kościół nie?
Ona i on razem: - Nie!
Ona: - Śmieszne to, o co pan pyta. Liczyli na to, że się wyprowadzimy.
On: - Żebyśmy się stąd usunęli. Była taka sugestia, żebyśmy się wyprowadzili. Że to najlepsze wyjście by było.
Ona: - Ja mówię: co?! Zostawić dorobek moich dziadków, ich dziadków, rodziców, z pokolenia na pokolenie?!
On: - My to mamy sprzedać? Bo ten ksiądz ma chodzić z głową podniesioną, a my, co jesteśmy niewinni, ani córka, mamy się wyprowadzić?
- To księża wam mówili?
On i ona razem: - Tak, tak!
- Biskup tak powiedział?
On: - Między innymi.
- Czy byliście u biskupa?
On: - Byliśmy u biskupa i ja biskupowi wyjaśniłem tylko tyle, że jestem katolikiem, jestem wierzący, nie mam zamiaru walczyć z Kościołem, tylko chcę, żeby to, co się dzieje w Kościele, było wyplewione. Tylko dlatego poszliśmy do policji i do sądu. No to oni nam proponowali, że nam wezmą dziecko do klasztoru.
Ona: - Do zakonu... Dajcie spokój! To jest nienormalne.
- To biskup powiedział? I co jeszcze?
Ona: - Powiedział, że zbada.
On: - Nam biskup wtedy powiedział, że jeżeli sąd uzna, że jest winny, to on poniesie ciężkie konsekwencje. A ja tych konsekwencji do dzisiaj nie widzę. Tym bardziej że on dalej jest księdzem. Jak taki człowiek może być księdzem?
- Ten biskup to był Dziwisz, prawda?
Ona: - Tak, to był Dziwisz.
On: - Co mnie zaskoczyło, że przyjęli nas z marszu. Na bramie, jak powiedziałem, że chodzi o pedofilię księdza, z marszu, w ciągu piętnastu minut byliśmy przyjęci.
Ona: - Kuria zaproponowała psychologa. A ja: o nie, ja w wasze ręce dziecka już nie oddam.
- Jest dużo takich spraw tu w okolicach?
On: - Było niedawno. Tu w sąsiedniej, niedaleko, parafii.
Ona: - Ale ukręcają, wie pan.
On: - Zastraszają tak ofiarę, że boi się cokolwiek powiedzieć. Ja natomiast powiedziałem, że postawię na swoim i się nie usunę.
Ona: - Kto nie przeżył czegoś takiego, nie ma pojęcia, co matka i ojciec przejdą. Kilka lat po tym, ale same łzy się...
On: - Oni dalej tak robią. Tu twierdzą, że niby trzeba pomagać, ale jeżeli ta pomoc ma polegać na tym, że dziecko ma iść do klasztoru i do psychologa księdza, to to jest śmieszne. Tego nie można nazwać pomocą, wręcz odwrotnie.
Oto, jak były sekretarz Jana Pawła II reagował na pedofilię: ofiary niech milczą przez resztę życia, najlepiej w klasztorze, napiętnowane. Niech korzystają z psychologa kościelnego, który nalega na wybaczenie sprawcy. Sprawcy natomiast mogą pozostać księżmi, przejść na wcześniejszą emeryturę lub pracować jako kapelani. Wszystko załatwiane jest za zamkniętymi drzwiami.
Czy kardynał Stanisław Dziwisz i inni hierarchowie - bo gdzie indziej w Polsce dzieją się podobne rzeczy - mogli sami wymyślić takie podejście? Czy to możliwe, że Jan Paweł II tak fatalnie pomylił się co do mężczyzn, których mianował biskupami? A może jest odwrotnie? Może jego biskupi podążają za przykładem swojego papieża? Może podążają drogą, którą wytyczył lub kontynuował polski papież?
Przyjrzyjmy się zatem, jak Jan Paweł II postępował w 1985 roku, gdy wybuchł kryzys w Kościele amerykańskim, i jak reagował potem, gdy rozlał się on na cały świat.
[...]