Masz to, na co się odważysz - Ewelina Derych

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (16,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Na gigancie

Początki były łatwe. Jak każdy wielki himalaista zaczynałam od zwiedzania najbliższej okolicy. Zauważyłam, że mama sobie przysnęła, więc grzecznie, po cichutku, spakowałam do wózeczka lalki, naczynka, ubranka dla lalek, wszystko, co było potrzebne w podróży i ruszyłam w odwiedziny do babci, która mieszkała nad rzeczką. Do babci było blisko, może z kilometr. Przekraczało się tylko dwie ruchliwe ulice. Często tam chodziłam z rodzicami. Łatwizna. Wędrowałam w płaszczu, pantoflach, pchając wózek dla lalek po śniegu. I jakoś nikt się mną nie zainteresował. Podobno był luty. Podobno miałam cztery lata. Nie było telefonów, więc babcia spokojnie czekała, aż mamie osiwieją włosy, kiedy się obudzi.

To były wspaniale czasy na podróże. Uważam, że ich nie zmarnowałam. Nie pamiętam, żeby droga mi się dłużyła albo żebym zmarzła. Nie pamiętam też lęku, tylko radość. Nie wiedziałam przecież jeszcze, że droga może pochłaniać całkowicie i samo przemieszczanie się może dawać szczęście. Pewnie dlatego próbowałam powtórzyć ten incydent kilka razy. Ale chyba zaczęli mnie bardziej pilnować. Do czasu.

Na wszystko przychodzi kres. Nigdy nawet nie prowadziłam pamiętnika, a przecież za chwilę mogę, nie daj Boże, dostać Alzheimera albo Parkinsona. I jak wtedy w domu starców komukolwiek, cokolwiek opowiem. Nie mówiąc już o napisaniu.

I po co? Było to targanie plecaka pod górę i na dół, nawet w pięćdziesięciostopniowych upałach. Stanie okrakiem na krawędziach brodzików, żeby się nie ubrudzić podczas brania prysznica albo nogi w cudzych grzybach. I wiszenie nad deską klozetową, w różnych dziwnych hostelach tego świata. I te hektolitry potu, bo zamiast jeździć normalnie z walizką na kółkach, w klimat umiarkowanie chłodny, musiałam ciągle realizować jakieś głupie pomysły, żeby jechać w tropiki. W wakacje. Na pewno został mi po tym wszystkim jakiś uraz psychiczny. Albo raczej już wcześniej jakiś miałam.

Jeśli już niedługo mogę wszystko zapomnieć.

Dostałam od Luisy taką książkę o dziewięćdziesięcioletnim dziadku, który uciekł z domu starców. Ciekawe dlaczego.

W życiu masz to, na co się odważysz

W młodości nigdy nie miałam pieniędzy. I zawsze byłam gruba. I nie wiem, dlaczego tylko niektóre stany rzeczywistości wydają się, trwać w sposób permanentny. Jakieś wyżebrane po rodzinie kieszonkowe, na wyjazdach - chleb ze skórką, chleb z wodą źródlaną, makaron z keczupem, makaron z czekoladą, makaron z konserwą w niedzielę, gorąca herbata na ognisku, podłoga w schroniskach, noclegi na dziko, menażki myte w piasku. Całe życie trzeba było dorabiać, chodzić piechotą, kombinować, jak zaoszczędzić na biletach kolejowych. Ciągle jeździłam pociągiem, a z książek z dzieciństwa najbliższa była mi opowieść O psie, który jeździł koleją. Zaraz po Winnetou.

Jeśli na starość gdzieś osiądę i będę mieć psa, będzie miał na imię Lampo.

Babcia Stasia mieszkała nad rzeczką. Opodal krzaczków. To znaczy właściwie teraz to jest rzeczka, chyba że jest powódź. Wtedy to była duża rzeka. W dzieciństwie, odkąd pamiętam, każde wakacje i wolny czas spędzałam z kuzynką nad tą rzeką. Nikt nas nie pilnował. Wychodziłyśmy się kąpać rano, wracałyśmy albo nie, na obiad. Tylko jak nas nie widzieli do wieczora, czasami ktoś krzyczał z brzegu nasze imiona i dooo doooomu. Znałyśmy każdy kamień, każdą głębinkę, gdzie można było przejść na druga stronę, a gdzie prąd był zbyt silny. Całkowicie zajmowało nas poważne zadanie badania rzeki, która zmieniała się po każdym deszczu. Efektem lektur było ciągłe doskonalenie umiejętności wyszukiwania wierzbowych witek na łuki i strzały, a kiedy kładli na ulicy kanalizację, zdobywanie szczytów, które powstały z ziemi z wykopów. Chodziłyśmy na palcach w basenie, bo tak było dla nas głęboko. I trzeba było podskakiwać, kiedy ktoś chlapał i robiła się fala. A babcia? Babcia w domu obierała ziemniaki albo kopała w ogródku.

Kiedyś po skończonych wakacjach, może w trzeciej klasie, zabrałam dzieciaki z podwórka nad naszą rzekę. Tylko bawiliśmy się na brzegu. Pół podwórka rodziców szukało nas w szpitalach i na komisariatach. Nie wiedziałam, dlaczego niektórzy rodzice zabronili się dzieciom ze mną bawić. Nie, nie czytałam wtedy przygód Tomka w krainie kangurów. Nikt, kogo znałam, nie czytał. Lekturą było O krasnoludkach i sierotce Marysi, Nasza szkapa, Janko Muzykant i Łysek z pokładu Idy. No dobrze, jeszcze Sposób na Alcybiadesa i W pustyni i w puszczy. Myślę, że gdybym wtedy przeczytała przygody Tomka, może zapragnęłabym mieć mnóstwo pieniędzy na podróże. Poszłabym na jakąś informatykę albo politechnikę. Jakoś bym poszła. A mi, kretynce, marzyła się filologia klasyczna albo praca z niepełnosprawnymi. Dobrze, że później chociaż dojrzałam do tego, że jako nauczyciel będę mieć dwa miesiące wakacji. Bez łaski.

Tak też się stało. Mogłam sobie pojechać pociągiem na dwa miesiące do Gdańska, koczować u znajomych, chodzić na darmowe koncerty, kino w plenerze za darmo i jeść bułki z jogurtem. Nawet udało się dorobić. Anna wymyśliła interes życia. Zabrała ze swojej pracy srebro, którego właściciel nie umiał sprzedać, pożyczyłyśmy mały, metalowy stoliczek i poszłyśmy handlować na Tagu Dominikańskim. Miałyśmy chyba najmniejsze stoisko na całym świecie. Na pół z Afryką. A wieczorem, z tym stoliczkiem i całym srebrem, chodziłyśmy na filmy pod chmurką.

Cudowne dwa miesiące skończyły się, kiedy musiałam patrzeć, jak moja koleżanka pakuje plecak, przewodnik i jedzie na miesiąc do Chin. Ona nie pojechała się tułać po Mazurach lub Bieszczadach. Ona, z tym plecaczkiem, pojechała do Chin.

To mi zrujnowało życie.

Przez dwadzieścia lat jedyny samochód, na który było mnie stać, to był mały fiat 126p, najmniej dziesięcioletni. Całą uciułaną kasę marnowałam w różnych dziwnych miejscach na świecie. I po co, przecież to wszystko można było zobaczyć w telewizji albo internecie - mówił bosman, który ze swojej szczęśliwej przystani tylko raz w życiu wybrał się nad morze. Sama cały czas się dziwię.

I have seen the Bird of Paradise, she has spread herself before me

and I shall never be the same again" Obłęd J. Krzysztoń

Krym

Mirza do Pielgrzyma

Tu z winnicy miłości niedojrzałe grona

Wzięto na stół Allacha; tu perełki Wschodu,

Z morza uciech i szczęścia, porwała za młodu

Trumna, koncha wieczności, do mrocznego łona.

Skryła je niepamięci i czasu zasłona;

Nad nimi turban zimny błyszczy śród ogrodu,

Jak buńczuk wojska cieniów, i ledwie u spodu

Zostały dłonią giaura wyryte imiona.

O wy, róże edeńskie! u czystości stoku

Odkwitnęły dni wasze pod wstydu liściami,

Na wieki zatajone niewiernemu oku.

Teraz grób wasz spojrzenie cudzoziemca plami,

Pozwalam mu, - darujesz, o wielki Proroku!

On jeden z cudzoziemców poglądał ze łzami.

Mogiły haremu, Sonety krymskie, Adam Mickiewicz