Delikacik
- Może pan zobaczyć porodówkę - oznajmiła lekarka, więc z ulgą porzucił sprane szpitalne prześcieradło, którym oblekał materac, i poszedł na piętro. Już miał pociągnąć za klamkę oddziału porodowego, ale cofnął dłoń.
Julian zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, jak odpowiednio patrzeć na te kobiety. W końcu był dla nich obcy, a one leżały w cienkich koszulach z włókniny, czekając na falę bólu. Po namyśle zdecydował, że najpierw zajrzy do każdej sali i się przedstawi.
- Mogę? - pytał.
- Proszę bardzo - odpowiadały niemal chórem.
Trwało kilka porodów jednocześnie. Piąta godzina, szósta godzina, bóle, skurcze, nic się nie dzieje. Wreszcie u jednej stwierdzono rozwarcie całkowite i zaczął się ruch. Dołączyło kilka nowych położnych, rozłożyły jałowe chusty, przybory do szycia. Poród miał być naturalny.
Położna po raz kolejny zbadała rodzącą i Julian spostrzegł, że jej twarz nagle zmartwiała. Coś wyszeptała do koleżanki obok, a tamta pędem na korytarz, jak poparzona, jakby ją ktoś z procy wystrzelił. I w krzyk:
- Doooktooor!
Z dyżurki wybiegła lekarka.
Powiedzieli: "Dystocja barkowa". Dziecko zaklinowało się w drogach rodnych, trzeba je wyciągnąć siłą, z pomocą rękoczynów położniczych, tak się to nazywa. Położyli na łóżku przerażoną, krzyczącą kobietę, wyprostowali jej nogi i zarzucili na głowę. Jedna położna naparła na jedną nogę, druga na drugą, trzecia ucisnęła brzuch nad spojeniem łonowym. Nacinanie krocza. Bez znieczulenia.
Wszystko to trwało kilka minut.
Dziewczynka.
Gdy Julian zobaczył, jak zdrowa wychodzi z ciała matki, do głowy uderzyła mu upojna mieszanka ekscytacji i szczęścia, wzruszenia i podziwu.
Był na drugim roku studiów medycznych w Poznaniu, które do tej chwili koszmarnie go nużyły i stresowały jednocześnie. Najchętniej by je rzucił w cholerę. Na zajęciach wkuwał bzdury - jak uważał - które nie przygotują go praktycznie do zawodu lekarza. Na kolokwiach wczytywał się w zawiłe, podchwytliwe pytania, jak gdyby nie chodziło o sprawdzenie wiedzy, ale o przyłapanie go na niewiedzy. Ordynatorek, profesorek, docentek było na uczelni więcej niż kiedyś, dzięki czemu jego koleżanki rzadziej już słyszały, że "najlepszą specjalizacją dla kobiety lekarza jest żona chirurga". Choć ten akurat komentarz Julian pamiętał doskonale, podobnie jak profesora, który go wygłosił. Mizoginię starano się tępić. Zgłaszano ją władzom uczelni, ale nie przynosiło to spodziewanych efektów, więc z czasem każdy się jakoś przyzwyczaił, puszczał mimo uszu.
Na ćwiczeniach wymagano stuprocentowej obecności. Żartowano sobie u Juliana na roku, że tylko świadectwo zgonu jest skutecznym usprawiedliwieniem. Kto miał rodziców lekarzy, załatwiał sobie od czasu do czasu lewe zwolnienie, dla chwili wytchnienia. Bo normalnie to energole. Słyszało się o dopalaczach, ziole, amfetaminie. Julian zatrzymał się na kofeinie. Powrót z uniwersytetu około osiemnastej, drzemka, wkuwanie podręczników do północy, czasem do trzeciej nad ranem, cztery godziny snu, pobudka, o ósmej wykład. Od miesięcy snuł się wyczerpany między mieszkaniem a uczelnianymi korytarzami, więc tamten dzień na porodówce był dla niego jak niespodziewany zastrzyk adrenaliny. Jak gdyby ktoś mu wreszcie zilustrował sens uczelnianej męki i złożył obietnicę ciekawego życia. Uznał, że te wszystkie emocje nie mogły być przypadkiem.
Tak objawiło się powołanie.
Od tej pory wykłady wydawały mu się jeszcze bardziej skostniałe, nieprzystające do rzeczywistości kobiety ściskającej z bólu dłonie w pięści tak mocno, że sinieją palce, i ginekologa, który ma w mgnieniu oka uratować co najmniej dwa istnienia. Dowiedział się, że członkowie położniczych kół naukowych są popołudniami i wieczorami wpuszczani na szpitalną izbę przyjęć i porodówkę, gdzie mogą obserwować cesarskie cięcia, czasem nawet asystują na bloku, więc zapisał się do tych kół, ale to mu nie wystarczało. Zgłosił się jeszcze jako wolontariusz na OIOM, chirurgię, pediatrię. Był zachłanny. Chciał widzieć jak najwięcej, wszystkiego doświadczyć. Jeździł na konferencje medyczne z ginekologii i położnictwa, zgłaszał się jako pierwszy do prac naukowych pisanych pod dyktando lekarzy specjalistów. Ignorował smutek. Męczyło go kino, które zawsze uwielbiał, nie czuł już przyjemności z tańca, do ukochanej literatury pięknej, wierszy Ginczanki i Osieckiej, już nie sięgał. Pod koniec trzeciego roku studiów był tak zmęczony, że nie miał siły przykładać się do kolejnych trzech. Teraz państwowy Lekarski Egzamin Końcowy (czyli LEK) można zdawać po pięciu latach, wtedy jeszcze nie.
"Sześć lat medycyny ogólnej to nie na możliwości jednego człowieka" - myślał.
Średnia ocen z tych sześciu lat decyduje o tym, do którego szpitala publicznego lub przychodni trafi się na obowiązkowy trzynastomiesięczny staż podyplomowy, dzielony na kilka specjalizacji. Stażysta może spróbować każdej po trochu i wybrać sobie przyszłość.
Julian dobrze wspominał tamten czas: dużo praktyki, możliwość wcześniejszego wyjścia, gdy czuł się zmęczony. Dostał trzy i pół tysiąca złotych na rękę, wkrótce o siedem stów więcej. Pierwsze zarobione pieniądze. Nie miał wielkich potrzeb - kawaler, wynajmował w Poznaniu tanie mieszkanie - nawet trochę zaoszczędził.
Elegancki garnitur na zdawanie LEK-u odbierał z pralni trzykrotnie. Do egzaminu można podchodzić co pół roku tyle razy, ile się komu na medycynie podoba, więc Julian śrubował wynik. Miał być najlepszy. W Polsce istnieje spory fanklub ginekologii, jest mało miejsc w krajowych klinikach, za to wielu chętnych. On zdawał sobie z tego sprawę i za każdym podejściem do egzaminu, w odświeżonym garniturze, trafniej zakreślał odpowiednie litery pod setkami pytań na arkuszu: a, b, c, d, e.
Gdy dostał się na rezydenturę, trwała jesień. Przez kilka miesięcy był naprawdę szczęśliwy.
Pracę zaczął w styczniu 2022 roku.
Jego przyjaciółka wybrała szpital w Zielonej Górze, kolega w Nowym Tomyślu. On przez chwilę rozważał Francję (był nawet kiedyś na letnich praktykach w ładnym podparyskim szpitalu), ale czuł się tam obco, mimo że francuskim władał płynnie. Lepiej niż skalpelem.
Ostatecznie zgłosił się do sporej kliniki położniczej na zachodzie Polski. Ze swoimi wynikami LEK-u mógł wybierać i zdecydował się na oddział, który na liście Fundacji Rodzić po Ludzku plasował się daleko od podium. Wybrał jedno z najgorszych, najbardziej wrogich kobietom miejsc w kraju.
Dobrze o tym wiedział.
W środowisku mówiło się, że rodzące tam nie są informowane o stanie zdrowia, bo jeszcze zaczną pytać. Kto mniej wie, mniej wybrzydza. Często nie łagodziło się kobietom bólu porodu przez znieczulenie zewnątrzoponowe, które jest darmowym standardem Ministerstwa Zdrowia, w tym szpitalu tylko w teorii. Brakowało anestezjologów, więc nie miał kto podać znieczulenia, a przynajmniej tak brzmiało usprawiedliwienie wpisywane do papierów. Rodzące jechały na paracetamolu albo na "gazie", mieszance tlenu i podtlenku azotu, czyli głupim jasiu. Albo wstrzykiwało się im słaby opioid, nalpain.
Tam niecałe trzydzieści lat wcześniej urodził się Julian.
W lokalnych mediach wisi laurka: państwowa porodówka i macierzyństwo państwowe, a piękne jak prywatne! A może nawet piękniejsze. Na zdjęciach błyszczą: świeżutki sterylny plastik aparatury, szkło i metal szafek, narzędzi. Pośrodku sali stoją duże łóżka przykryte fikuśnymi pledami w stylu duńskiego hygge, w rogu czekają łóżeczka w różowo-zieloną łąkę dla noworodków. Nad łóżkami, na ścianach rozkwitają drzewa, zioła i kwiaty - na jednych letnie, dorodne czerwone maki, na innych drobne chwasty, dzikie i niechciane, wiosenne.
Na pozostałych obrazkach, tych, które nie dotarły do mediów, Julian zobaczy oddziały stare, łuszczące się, bez okien. Ściany oddziałowej dyżurki, zamiast bajkowej wesołej polany, porasta całkiem realny wilgotny grzyb. Druga połowa bloku operacyjnego, ta bez błyszczących klamek, straszy.
Idący tymi korytarzami, ale rześki, w dobrym humorze Julian szukał gabinetu ordynatora. Chciał ustalić, kiedy zaczyna pracę, i prosić o opiekuna specjalizacji, którego sobie upatrzył. Opiekun to najważniejszy mentor młodego ginekologa: przez pięć lat rezydentury zabiera go na blok operacyjny, z czasem daje skalpel do ręki i uczy, jak nacina się i zszywa kobiecy brzuch i krocze, pokazuje powikłane porody, objaśnia skomplikowane przypadki. Po pięciu latach nauki u boku opiekuna (w przypadku ginekologii, bo przy niektórych innych specjalizacjach nawet po sześciu) zdaje się Państwowy Egzamin Specjalizacyjny, który otwiera drogę do kariery i prywatnej praktyki.
Julian dotarł pod gabinet. Zapukał.
Po uprzejmym "dzień dobry" i zaproszeniu do środka ordynator jakby przestał go słyszeć.
- Twoim opiekunem będzie doktor Michał. - Spokojnym głosem przerwał mu w pół zdania i zdecydowanym spojrzeniem wskazał na drzwi. - Powodzenia, do widzenia.
W sumie to Julian nawet się ucieszył. Znał doktora Michała z kilku ginekologicznych konferencji naukowych, jeszcze w trakcie studiów. Jego wykłady uważał za bardzo udane i solidne.
Przez pierwsze tygodnie doktor Michał mijał Juliana na oddziale bez słowa i znikał. Rano się spóźniał i musiał biec, po południu był już spóźniony, więc pędem opuszczał dyżurkę, zbywając go szybkim:
- Pogadamy jutro!
Po miesiącu pracy zadzwoniono do Juliana z urzędu wojewódzkiego. Powiedziano, że nie został zarejestrowany w żadnym szpitalu i że to opiekun musi go zgłosić na rezydenturę przez oficjalny państwowy system. Dopóki tego nie zrobi, Julian pracuje nielegalnie.
Gdy pożalił się doktorowi Michałowi, że to przez jego niedopatrzenie może mu zostać anulowana specjalizacja, tego wreszcie coś ruszyło.
- Tu masz login i hasło do mojego konta. - Nabazgrał kombinację liter i cyfr. - Wpisz sobie i zgłoś się sam - powiedział, podał mu kartkę i znowu gdzieś zniknął.
Julian, patrząc na świstek papieru, uświadomił sobie, że doktor Michał bywa solidny tylko wtedy, gdy mu się to opłaca. Wartość przyuczania absolwenta uczelni do zawodu ginekologa, wyliczona przez państwo na kilkaset złotych miesięcznego dodatku do pensji, nie jest dla doktora Michała wystarczającą zachętą, żeby zwrócił na niego uwagę. Co gorsza, okazało się, że systemowe konto doktora jest już nieważne, brakuje w nim danych, więc Julian nie może wyręczyć go w zgłaszaniu rezydentury.
Znów się prosi.
- Dobra, jutro! - słyszy.
Mijają dwa tygodnie.
Któregoś dnia Julian widzi opiekuna rozmawiającego na korytarzu z ordynatorem. Przystaje w bezpiecznej odległości, czeka, kiedy go zauważą.
- Co jest? - rzuca ordynator.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mógłby pan profesor poprosić pana doktora, żeby wypełnił moją kartę specjalizacji, bo ja mam wciąż nieaktualny wniosek? - mówi niepewnie skrępowany Julian. Nie chciał tej rozmowy, ale wyczerpały mu się inne pomysły na przebicie.
Doktor Michał patrzy znudzony gdzieś w głąb oddziału, jakby to nie o niego chodziło, ale ordynator reaguje natychmiast.
- Kurwa, chłopie, ogarnij się! - odpowiada, po czym panowie odchodzą.
Wtedy znów przeszywa Juliana ten nieprzyjemny dreszcz, niepokój. Zdezorientowany zawraca do dyżurki z pustego korytarza, z każdym krokiem usiłując zrozumieć to, co się właśnie wydarzyło. Po sześciu latach wyczerpujących studiów i rocznym stażu, po zarywaniu nocy nad encyklopediami medycznymi, po wolontariatach, którym poświęcał wolne popołudnia, po osiemnastu miesiącach nauki do egzaminów i wybitnym wyniku końcowym w pracy poczuł się jak śmieć.
Podobny niepokój czuł, gdy na początku stażu obok umowy o pracę do podpisu podsunięto mu klauzulę opt-out. To dokument, w którym lekarze zrzekają się części swoich praw pracowniczych.
Osoby zatrudnione na pełnym etacie w zawodach niemedycznych pracują średnio czterdzieści godzin w tygodniu, ale lekarze i pielęgniarki są traktowani wyjątkowo: ich tydzień pracy może mieć osiem godzin więcej. Liczy się to tak: trzydzieści osiem godzin dniówki i dziesięć godzin dyżurów razy cztery. W sumie niecałe dwieście godzin pracy w miesiącu. Dyrektywa Unii Europejskiej z 2003 roku potwierdza legalność tego rachunku. To jeszcze byłoby okej, ale sprawę urozmaica polska ustawa o działalności leczniczej z kwietnia 2011 roku. Ona wprowadziła tak zwaną klauzulę opt-out - tę, którą zaproponowano Julianowi. Wraz z jej podpisaniem lekarz zgadza się na przedłużenie dnia pracy do dwudziestu czterech godzin (dyżury dobowe). W sumie tygodniowo może przepracować nawet siedemdziesiąt osiem godzin, a miesięcznie ponad trzysta, czyli niemal dwa razy więcej niż na normalnym etacie. Wszystko w świetle prawa, pod warunkiem że lekarz klauzulę podpisuje dobrowolnie.
W klinice Juliana opt-out był sugerowany każdemu rezydentowi. Dawano do zrozumienia, że jest "mile widziany". Julian słyszał, że rezydenci, którzy nie podpisują klauzuli, mają pod górkę: są szykanowani, izolowani, utrudnia się im rozwój albo zarzuca ich papierkową robotą, bo "nie potrafią pracować zespołowo". Były też zalety - im więcej pracujesz, tym więcej zarabiasz.
Podpisał cyrograf.
Średnio za godzinę dostawał czterdzieści-czterdzieści pięć złotych, tak sobie wyliczył, gdy dodał nocki, święta, dyżury i wizyty weekendowe płatne ekstra. W zwykły dzień na oddziale płacono mu trzydzieści złotych za godzinę, ale za nocny dyżur już sześćdziesiąt złotych.
"Mniej niż nauczycielowi na prywatnych lekcjach, a ja biorę odpowiedzialność za życie kobiet i dzieci" - myślał rozżalony.
Wziął jeszcze sześćsetzłotowy dodatek z "bonu patriotycznego", który miał zatrzymać lekarzy w kraju. Bon, wprowadzony przez rząd w 2018 roku, podwyższa podstawę pensji rezydenta, ale po skończeniu specjalizacji zobowiązuje go do kilkuletniej pracy w polskim szpitalu. Kto wyjeżdża za granicę, oddaje pieniądze.
W sumie przy dwustu dwudziestu do dwustu czterdziestu godzin pracy miesięcznie (z czego sto do stu trzydziestu na dyżurach całodobowych) Julian miał zarabiać około dziesięciu tysięcy złotych na rękę.
Hierarchii nauczył się szybko. Na swoich zmianach był najmłodszy, więc musiał wykonywać polecenia: ordynatora oddziału ginekologii, ordynatora i zastępcy ordynatora porodówki, opiekuna specjalizacji, specjalistów i profesorów ze swojego oddziału i nie swojego, starszych rezydentów. Musiał słuchać wszystkich, nawet gdy nie mieli nad nim bezpośredniej zwierzchności, nawet gdy ich polecenia były sprzeczne lub wymagały bilokacji. Poza nim na oddziale były jeszcze dwie młode rezydentki, ale z nazwiskiem, córki ginekologów. Julian nie miał nazwiska. Być może dlatego już w pierwszych dniach usłyszał od rezydentów starszych stażem:
- Masz nam zamawiać jedzenie. Jak nie, będzie gnój.
Na każdym dyżurze w porze obiadowej chodził po szpitalu i zbierał zamówienia. Robił to w odpowiedniej kolejności: najpierw ginekolodzy i anestezjolodzy na porodówce i izbie przyjęć, później rezydenci, od najstarszych do najmłodszych. Lekarz najwyższy rangą decydował o wyborze restauracji, reszta, około dziesięciu osób, miała się dopasować. Nikt nie protestował. Julian spisywał dania na kartce i dzwonił do wybranej knajpy, zwykle z tych droższych. Płacił z własnych pieniędzy, czasem czterysta, czasem sześćset złotych. Nie zawsze mu oddawano.
"To jest robienie z człowieka gówna" - pomyśli, ale dopiero za jakiś czas.
Na razie łaził zażenowany za niektórymi lekarzami przez trzy dni i dopominał się, żeby mu zwrócili za obiad.
Gdy na korytarzu spotykał doktora Michała, dopominał się też o wspólne dyżury; w szpitalu jest zwyczaj, że rezydent debiutancką operację wykonuje zawsze z opiekunem. Przyjaciółka Juliana na porodówce w Zielonej Górze zaliczyła już asysty przy cesarce, on co najwyżej robił USG.
- Dobrze, dobrze - uspokajał go doktor Michał. - Przyjdź do mnie kiedyś, pogadamy.
- Może jutro?
- Za tydzień. A nie, czekaj, za tydzień mnie nie ma. Dobra, kiedyś przyjdź.
Julian zauważył, że w szpitalu nieustannie brakowało lekarzy. Doktor Michał nie był jedynym, który gdzieś znikał. Na jego oddziale ordynator pojawiał się na godzinę, robił obchód i wychodził. W miarę pełna obsada była od siódmej do piętnastej. Później, na resztę dnia i na noc, zostawał jeden specjalista dyżurny nadzorujący cały szpital, jeden nadzorujący na izbie przyjęć, dwoje specjalistów na porodówce i paru rezydentów. Co z tego, że pracy było dla dwa razy większego składu, skoro nie było skąd go wziąć?
To typowe dla polskich szpitali publicznych. Lekarze odchodzą do sektora prywatnego, bo różnice w stawkach oferowanych przez państwo i sektor prywatny są ogromne. Specjaliści w szpitalach publicznych często nie chcą umowy o pracę, bo ona daje im znacznie niższy zarobek niż założenie działalności gospodarczej i zawarcie kontraktu na świadczenie usług zamawianych przez szpital: zabiegów, operacji. Lekarze na kontraktach mają wyższe stawki, elastyczny czas pracy, mogą współpracować z kilkoma szpitalami jednocześnie i prowadzić własną praktykę. Zakaz konkurencji ich nie dotyczy. Dodatkowo współpraca ze szpitalem publicznym podnosi ich atrakcyjność w oczach pacjentek: najpierw one umawiają się z nimi prywatnie, żeby później dostać się do szpitala z ominięciem długiej kolejki Narodowego Funduszu Zdrowia.
Trzecią opcją zatrudnienia lekarzy są umowy-zlecenia. Tu nie obowiązuje dyspozycyjność umowy etatowej, która razem z klauzulą opt-out właściwie wymaga od nich pracy non stop. Dlatego pracownikami etatowymi są głównie rezydenci - zmuszani do tego przez system.
Poza personelem w szpitalu brakowało łóżek. Julian trafił na położniczy magiel, gdzie rodzi się bez rozczulania i najlepiej bez znieczulenia zewnątrzoponowego, które wydłuża ostatnią fazę porodu, przekazuje się kobietę na oddział poporodowy, następna. Płodocentryzm, tak to nazwał. Zauważył, że tamtejsi lekarze i lekarki nawet przy zwykłym badaniu ginekologicznym niedotyczącym ciąży pytali i pytały o macierzyńskie plany. Macicę stawiano ponad kobietą, jej właścicielką. Nie z powodu religijności, uznał, gdy próbował zrozumieć stan rzeczy. Jasno wskazywały na to drwiny kościelno-polityczne. Kościoła nie lubiano i kobiet w sumie też. Julian nazwał to konserwatywną świecką mizoginią, która miała silną reprezentację, bez względu na lekarską płeć. Po równo, od ginekologów i ginekolożek, słyszał komentarze wygłaszane do pacjentek:
- Ale pani przytyła! No i po co pani tyle żarła?
Albo:
- Jak się tyle waży, to nic dziwnego, że się nie zachodzi w ciążę.
Do pacjentki z endometriozą, która powoduje bardzo bolesne miesiączki:
- Taka pani uroda, jak pani zajdzie w ciążę, to pani przejdzie.
Do pacjentki, która chciała wkładkę domaciczną, żeby nie zajść w ciążę:
- A ma pani męża?
Rodzącym kobietom nie tłumaczono, na czym polega cesarskie cięcie albo czym grożą kleszcze (metalowe zawiasy, w które zapina się główkę dziecka przy porodach z powikłaniami) i vacuum (przyssawka przytwierdzana do główki). Jeśli pacjentka chciała dyskutować, najczęściej wysyłano do niej młodych rezydentów, którzy przyjmowali wątpliwości i skargi z rozłożonymi rękami, bo nie mieli wystarczających możliwości i wiedzy, żeby rozwiązać problem. Rola specjalistów sprowadzała się do obwieszczania arbitralnych decyzji. A gdy pacjentka pozywała później szpital, mówili:
- Roszczeniowa baba.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.