Paru moich znajomych nakryto świeżo w domu gry. Trochę byli tem
spłoszeni, ale ogłosili w pismach, że to nie był dom gry, tylko dom
schadzek, a grało się jedynie dla zabawy, no i jakoś rzecz się
załagodziła. Jedni się trochę gorszyli, drudzy się śmiali; co do
mnie, wyznaję, że mnie to rozmarzyło. Zaraz wyjaśnię dlaczego. Byłem... (niech się już wyspowiadam kolejno z moich grzechów),
byłem - dawno już temu - graczem. Graczem namiętnym, frenetycznym i
dość nieszczęśliwym. Nieszczęśliwym, na szczęście, bo gdybym na
nieszczęście był szczęśliwym, obawiam się, że byłbym został przy
tem zajęciu. Byłem tedy graczem; mogę się przyznać, już jest
przedawnienie. Za okoliczność łagodzącą niech mi posłuży
rozdwojenie duchowe. Skazany na obkuwanie podręczników medycyny, od
których myśl mi uciekała, a broniąc się przed oblegającemi mnie
zainteresowaniami umysłowemi, które mi się wydawały szkodliwym
zbytkiem wobec wiszących wciąż nad głową egzaminów lekarskich, nie
umiałem znaleźć innego rozwiązania, jak tylko chowając głowę jak
struś... do domów gry. Wtedy znikała medycyna, filozofja,
literatura, z chwilą gdy ciągnąłem dziewiątkę (a choćby ósemkę) do
figury, żyłem czystą poezją, bo na dnie zawsze byłem i jestem tylko
poetą. Mówiąc "domu gry", popełniam bezczelny eufemizm, bo właściwie były
to spelunki przy kawiarni. Czasem, dla bezpieczeństwa, wprost
pokoik w mieszkaniu właściciela tejże, gdzie zresztą za całe
umeblowanie był stół do gry, trochę krzeseł i w kącie nocnik. Ten
ostatni sprzęt był niejako symboliczny; miał oznaczać, że to jest
mieszkanie prywatne, i że policja nie ma tam prawa wstępu. Miała
coprawda od biedy to prawo, ale korzystała z niego rzadko, niejako
zmuszona, w razie jakiejś poważnej denuncjacji. Raz, w czasie
takiego najścia policji, wsławił się swoim naiwnym okrzykiem znany
dobrze w ówczesnym Krakowie lekarz bez pacjentów, zwany po imieniu
"Tyda", a z przydomku "stary szmenda", gracz legendarny, obłąkany,
mityczny, który wobec komisarza policji zgarniającego ze stołu
pieniądze, założył protest: "Panie komisarzu, ta setka stoi za
piątkę"... (co znaczyło, że obstawił tylko pięć guldenów, a położył
setkę z braku drobnych. Ale komisarz nie wydał mu reszty! Tylko
gracze zrozumieją cały wdzięk tego epizodu). Tych spelunek było sporo. Kraków ówczesny - nie wiem jak jest dziś
- był podminowany grą. Przyczyną była może bieda. Nic nie można
było zarobić, nic wykombinować, pensja w tem biednem urzędniczem
mieście nikomu nie wystarczała, chyba na to co niezbędne, a któż
może żyć tem, co niezbędne? Drugą przyczyną to było ubóstwo już nie
pieniędzy, ale życia. To był Kraków z epoki
W Sieci, gdy młodzi tłukli głowami o mur. Smutek,
ciasnota, beznadziejność... Jeden Wyspiański umiał to przeczarować
na Sztukę, inni wyli z desperacji. Otóż, kiedy się przekraczało
próg spelunki, znikał na jej progu mały, śmieszny Kraków: wchodziło
się w wielkie zaklęte królestwo gry. Bo namiętność jest jedna, czy
jej terenem Paryż, Londyn, wielkie miasto portowe czy nadwiślański
gródek, talja kart wszędzie jest jednaka, stawka wysoka czy niska,
dla tego kto ciągnie kartę to w danej chwili wszystko jedno.
Karciarnia była w maleńkim Krakowie niby eksterytorjalna ambasada
potężnego szatana. Trudno o silniejszy kontrast, niż ten, jaki był
między martwą i pustą ulicą ówczesnego Krakowa, a wnętrzem jaskini
gry. Miało się uczucie, jakby, za obróceniem pierścienia w bajce
lub wymówieniem zaklętego słowa, otwierał się sezam wzruszeń,
przeżyć, nadziei... Długi stół bakarata, przy którym, głowa przy
głowie - zwłaszcza przez kilka dni po "pierwszym" - cisnęli się
gracze; ciągnąca się czasem kilka dób bez przerwy partja, przy
której partnerzy zmieniali się, wychodzili, wracali, szli do domu,
do biura, wracali znowu, ci sami lub inni, a tylko "szmenda"
(chemin de fer) niestrudzona obiegała w koło, tylko raz po
raz rozlegały się sakramentalne zaklęcia czarów. Od pierwszego
wejścia chwyta poprostu za włosy astralna ręka gry, dreszczyk
przebiega po krzyżach. Stanowczo w tem jest coś więcej, niż te
pieniądze, które się rozgrywa: to powietrze przesycone wszystkiemi
możliwościami, całą energją potencjalną szansy, niespodzianki,
występku i nieszczęścia, energją która jest utajona w talji kart.
Prawda, ta sama talja może służyć do poczciwego bridża i do
wściekłego baka, ale to tak samo, jak ładna stenotypistka może być
skromną pracownicą w biurze, a demonem zniszczenia na dancingu. W chwili kiedy to wspominam, zaciągam się tem powietrzem, widzę
ten stół, te twarze, podniecone lub szare, zmęczone czuwaniem, oczy
błyszczące lub tępe, oblicza wesołe lub napiętnowane rozpaczą. Bo
elementy spotykały się tam najrozmaitsze; student przegrywający
czesne lub pensyjkę miesięczną, aktor-humorysta wpadający tam z
objazdu po prowincji, obok urzędnika, który miał kilkoro dzieci w
domu, a pensję tak obdłużoną wszelakiemi zaliczkami, że co miesiąc
wypadało mu dopłacać magistratowi, w którym pracował, dwa guldeny.
Cóż taki mógł robić jak nie grać: za co, licho go wie! Obok tego
suchotnika goniącego ostatkiem, tłusty zbogacony rzeźnik, rumiany,
wesoły, opanowany nagle przez biesa gry, od którego stawał się
coraz chudszy, coraz smutniejszy, aż jednego dnia powiesił się za
sklepem. Obok niego inny - nikt nie wiedział, jak się nazywa - co
to kogo obchodzi, pracuje przy pogłębianiu dna Wisły, stąd zwą go
poprostu "pogłębiacz". Obok inny, niewiadomego zajęcia, albinos,
wołają go "biały": otruł się jednego dnia sublimatem i konał trzy
tygodnie. Obok, jakby złowrogi symbol, przedsiębiorca pogrzebowy w
czarnym tużurku z płową hiszpańską bródką, zjawiający się tylko "po
pierwszym", ciągnący iście demoniczne "passy", i zostawiający
złupionych graczy, aby się gryźli między sobą o resztki. Inny...
Może Ryś Ordyński mi przypomni więcej, albo Wicio... (nie wymieniam
nazwiska, szanowanego w przemyśle i w literaturze). Ileż zresztą tych twarzy widzę przed sobą! Jedni przygodni, którzy
płacili mniej lub więcej kosztowne frycowe i nie wracali już, inni
którzy trwali w spelunce lata, żyć nie mogli bez jej powietrza,
chodzili błędni gdy wieczór minął bez partji. I tylko między tymi
stałymi wytwarzało się koleżeństwo podobne jak musi się wytwarzać
między recydywistami w więzieniach, braterstwo w namiętności -
żółtodziób był tam "na ty" z siwowłosym starcem - koleżeństwo
scementowane wzajemnemi usługami kredytu, który dawał im olbrzymią
przewagę nad grającym za gotówkę frycem. Bo "nóżki na stół"
obowiązywały tam bezwzględnie; ewangeliczne "głos słyszę, ale osoby
nie widzę" było uświęconą a szyderczą odpowiedzią na wszelkie słowo
nie poparte srebrem lub banknotem. Swoją drogą, dzięki temu, gra w
tych norach była rzetelniejsza niż w niejednym pańskim klubie,
gdzie czyha na naiwnych rozbójnicze lub samobójcze "słowo
honoru"... Nie trzeba dodawać, że w tej kompanji niemałą część
stanowiły niebieskie ptaki, szulerzy zawodowi, figury dziwnego
przemysłu, kompanja iście szekspirowska, której nie brakło i
Falstaffa. Był nim żelazny medyk, syn słynnego szpicla, z ogromną
niekształtną głową: ten był mistrzem w jowialnem wyzyskiwaniu
rozkoszy "kibica". Skoro usiadł przy kim i tubalnym głosem
zarechotał: "Karta lubi dym!" - natychmiast przesądny gracz
częstował go cygarem. Ta mieszanina żywiołów, zbiorowisko figur
charakterystycznych, silnie zarysowanych, znamiennych przez swoje
powiedzenia, manje i obyczaje, czyniła ze spelunki rodzaj
osobliwego klubu, gdzie nawet bez gry zajmującem było spędzić kilka
chwil. Jeśli czego żałuję, to tego, że nie prowadziłem dzienniczka owych
czasów, że nie notowałem epizodów, anegdot, kapitalnych powiedzeń,
ostrych jak brzytwa, ujmujących filozofję gry i życia w bezwiednych
aforyzmach, których nie powstydziłby się najtęższy pisarz, a
których autorem bywała namiętność lub rozczarowanie. Tam, w
atmosferze nerwów napiętych jak struny, słowo musiało być zwięzłe;
gracz który "szczebiotał", denerwował wszystkich i był
znienawidzony. Po "szczebiotaniu" poznawało się nowicjusza. Za to
dobry dowcip, lapidarny aforyzm spotykały się z milczącem uznaniem.
Dobra szkoła literacka; no a szkoła życia!! I ta ostrość atmosfery, w której można było zaciągnąć się
narkotykiem kryminału, nie opuszczając ram społeczeństwa, w równym
stopniu może nęciła jak sama gra. Przeżycia, na których wspomnienie
jeszcze się zimno robi, i sceny, z których jeszcze śmiać się chce.
Było coś podniecającego w tem spleceniu dramatu z farsą. Adwokat
(skończył później samobójstwem), który, mieszkając w Krakowie, taił
swój nałóg przed żoną w ten sposób, że niby to wyjeżdżał w
interesach, jechał wprost do spelunki z kuferkiem, i grał z
rozkładem jazdy pod ręką, aby wiedzieć kiedy z rzekomego miejsca
podróży ma wrócić do domu. Zwykle spóźniał się na kilka fikcyjnych
pociągów: "Psiakr... kurjer z Tarnowa już przyszedł, no ale mam
jeszcze osobowy" etc. - Pamiętam znów, jednego wieczora, rozmowa
toczyła się o ślubie młodego lekarza, stałego bywalca spelunki,
który tego dnia się ożenił i nazajutrz miał wyjechać z żoną na
prowincję. Naraz zjawia się ów kompan we fraku, z bukiecikiem
ślubnym. Zostawił żonę u rodziców, zaszedł do karciarni... pożegnać
się. Od niechcenia siadł do baka, no i do rana przegrał wszystkie
pieniądze, które mu teść dał na zapłacenie długów i na instalację.
Przegrawszy ostatniego guldena, rozpłakał się i błagał, aby mu
oddali pieniądze, bo inaczej sobie w łeb strzeli. Cóż było robić,
wściekali się, wymyślali od szantaży, no i oddali mu prawie
wszystko... A nuż sobie naprawdę w łeb strzeli, dochodzenie,
skandal... Ale pamiętam i mniej sielankowe epizody. Stary emeryt opanowany
grą zaczął przychodzić codziennie na ferbla. Nazywano go
patrjarchalnie "dziadzio". Otóż, dziadzio cierpiał na padaczkę, -
epilepsję - i prawie co wieczór miał parę ataków; ale w takiej
formie, że nie spadał na ziemię, tylko tracił przytomność, oczy
stawiał w słup, i siedział trzęsąc się na krześle. Trwało to parę
minut, poczem odzyskiwał sam z siebie świadomość. Nie grałem z nim
nigdy, ale często przyglądałem się tej partji. Gracze byli tak
oswojeni z jego chorobą, że nie zwracali na nią uwagi, nie
przerywali gry, tylko mówiło się wówczas tasującemu, pokazując
starego: "Dziadziowi nie dawać kart". I opuszczali go na parę tur,
poczem znów dawali mu karty jak zwykle; można sobie wyobrazić, że w
tym stanie dziadzio był pewną ofiarą! Ta partja ferbla z półtrupem,
drgającym na krześle i chwytającym karty trzęsącemi rękami, skoro
odzyskał pierwszy ślad przytomności, to jedno z bardziej
niesamowitych wrażeń, jakie pamiętam... Raz kiedy siedziałem
"kibicując" i patrząc na taką scenę, jeden z graczy, chłopiec z
"dobrego domu", nachylił się do mnie i rzekł: "Dziadzio ma
szczęście, że trafił na porządną partję, bo gdzieindziej toby mu
poprostu pieniądze z pularesu zabrali". Powiedziane to było
zupełnie naiwnie, z niejaką dumą z własnego dżentelmeństwa. Ach, te "blaski i nędze" życia graczy, te ich emocje! Mógłby coś
opowiedzieć o tem Ludwik Solski, którego jeden z "paczki" obudził
raz w domu o piątej rano, z błaganiem o pożyczenie pieniędzy,
ponieważ ma w ferblu cztery króle - karta pewna jak mur! - a nie
pozwalają mu "na pysk" odbić. Gracze tymczasem czekali, pilnując
kart, aż wróci. Wrócił, odbił, partner odbił z powrotem, głupia
historja, ale jak tu na cztery króle nie dodać, no i pokazało się,
że tamten miał cztery asy. W rezultacie beknął - Solski, który sam
z dobroduszną wyrozumiałością opowiadał to, odgrywając cudownie
całą scenę. Sam Solski miał lepszą partję, u przeora na Skałce... Jeszcze jeden obrazek. Jeden z graczy wygrywa znaczną kwotę.
Telegrafuje do brata, którego miał w Grybowie, aby natychmiast
przyjechał, że go bierze na swój koszt do Monte-Carlo. Brat w
Grybowie (nigdy nie był zagranicą) pakuje manatki i bez tchu pędzi
radośnie do Krakowa. Nim dojechał, szczęśliwy gracz zdążył już
wszystko przegrać, czekał na brata na peronie, pożyczył od niego
pieniędzy i następnym pociągiem odesłał go z powrotem do Grybowa. Gra jest tem straszliwa, że wyżera zdolność interesowania się
czemkolwiek. Pamiętam, jak przyjechała wówczas do Krakowa słynna
aktorka japońska Sada Yakko. Sensacja! Ludzie zamawiali na miesiąc
naprzód miejsca, i ja kupiłem sobie bilet. Kiedy zbliżała się
godzina teatru, grałem w baka; wysiłkiem woli (skoro już był
bilet!) oderwałem się od partji i poszedłem. Naraz, zaledwie się
zaczął spektakl, uczułem taką jałowość wrażeń, że depcąc po nogach
sąsiadom wydarłem się z krzeseł, darowałem bilet komuś kto stał
smętnie pod teatrem i popędziłem z powrotem do kart. Siadłszy przy
stoliku, odetchnąłem pełną piersią; cóż za różnica: tam nędzny
surogat, tu poezja w stanie czystym... Ogłupienie grą przechodzi w najniebezpieczniejszą fazę, kiedy
zaczyna trącić finansowym platonizmem. Dochodzi się do tego, że
wszystko jedno jak, z kim, po czemu, byle grać. Pamiętam taki okres
wręcz patologiczny, kiedy, spłukany w poważniejszej partji, za parę
pożyczonych srebrników tłukłem się o grosze z dwoma austrjackimi
oficerami, Czechami, którzy, w podobnym mojemu stanie ducha,
czekali wyniku dochodzenia z powodu jakichś nieporządków w kasie i
zabijali czas w ten sposób. I potrafiliśmy tak do białego rana...
Leniwy powrót do domu, zimna herbata i, jakaś książka przy łóżku,
Lalka Prusa albo
Parerga Schopenhauera; - rozkosz! Ale na to, aby móc
czytać, trzeba wrócić goluteńki, inaczej myśli się o jutrzejszej
partji. Świt... Ileż razy go oglądałem! Żaden pracowity rolnik, żaden
cierpiący na bezsenność skowronek nie ogląda tylu wschodów słońca,
co gracz. Często, wracając i przemykając się do swego pokoju na
pięterku, słyszałem ze ściśniętem od wstydu i roztkliwienia sercem,
jak ojciec jeszcze coś komponuje, nucąc przy fortepianie. Raz
obróciłem się dziecinnie w tę stronę i szepnąłem z czułością:
"Przepraszam". Sumienie gryzło mnie bardzo. Pamiętam szczególnie
jedną noc, przez którą rżnąłem w karty we dwójkę z młodym Asnykiem
(strzelił sobie później w łeb w Paryżu); formalnie słyszałem głos,
który mówił z wyrzutem: "Synowie takich ojców"... Ale, gdybym miał
dziś robić ścisły rachunek sumienia, nie żałuję chwil spędzonych w
ten sposób. Zawdzięczam im dużo; nie wiem, czy bez tej szkoły
edukacja moja byłaby dość serjo. Trzeba się z tem pogodzić, że
najczęściej tem człowiek wychodzi na ludzi, czem sprawiał
zmartwienie rodzicom...