ZACIŚNIĘTA PĘTLA
14 sierpnia 1998 roku
Stanisław D. z leżącej nieopodal Szczucina Łęki Szczucińskiej zawsze
wypasa swoje krowy na łące niedaleko wału wiślanego. Mieszka zaledwie
trzysta metrów dalej. Tego dnia wyprowadza je koło godziny 14.00. Idąc
ścieżką między ciągnącymi się wzdłuż wału dwoma rzędami malowniczych
wierzb, zauważa, że ktoś leży na trawie. Nudysta - myśli w pierwszej
chwili. Gdy podchodzi bliżej, dociera do niego, jak bardzo się pomylił.
Twarz tej osoby pokrywa rój much.
Stanisław wpada do domu i zdyszany opowiada żonie, co zobaczył. Nie mają
telefonu, więc biegnie do siostry i stamtąd dzwoni na komisariat w Szczucinie. Po chwili na miejsce zjeżdżają śledczy. Jest prokurator,
technicy kryminalistyczni i policjanci z psami tropiącymi. Z daleka
widać migoczące światła policyjnych wozów. Na wałach szybko gromadzą się
okoliczni mieszkańcy.
Pierwsze, co rzuca się w oczy policyjnemu technikowi Józefowi K., kiedy
dociera na miejsce, to mężczyzna, który klęczy obok zwłok i z całych sił
wbija palce w ziemię. Domyśla się, że to ojciec zamordowanej dziewczyny.
Nie jest w stanie wyobrazić sobie jego bólu. Sam ma trójkę dzieci, a nastolatka, która leży przed nim, jest w podobnym wieku, co jego córka.
Martwa dziewczyna ma zmasakrowaną twarz. Ręce związane z tyłu nylonowym
sznurkiem. Spodnie i majtki opuszczone do kolan, na szyi ma zaciśniętą
pętlę z drutu.
Józef K. przez chwilę widzi przed oczami twarz własnej córki. Szybko
odpycha od siebie tę myśl. Ma robotę do wykonania. Irytuje się, że wokół
kręci się tyle osób i zadeptuje miejsce zbrodni. Sprawy nie ułatwia
fakt, że w nocy przeszła tu ogromna ulewa. Wiele śladów mogło ulec
zatarciu.
Z zeznań Józefa K.:
"Wziąłem z walizki śledczej lupę, klęknąłem i chodząc na czworakach,
sprawdzałem każdą pięść ziemi. Chwilę później dojechał jeszcze drugi
technik. Sprawdziliśmy dokładnie teren wokół, a potem zaczęliśmy szukać
śladów na zwłokach".
Elżbieta B. ma tego dnia dyżur w pogotowiu. Pracuje tam na pół etatu
jako lekarz pomocy doraźnej. To jej pierwsza praca, studia skończyła
raptem dwa lata wcześniej. Kiedy dociera karetką na miejsce, czuje
ukłucie w żołądku. Dotąd nie miała do czynienia z zabójstwem.
Przy zwłokach czeka na nią prokurator Włodzimierz Kumorowski.
- Powołuję panią na biegłą do oględzin tych zwłok - mówi
bezceremonialnie.
- Ale ja nie mam żadnego doświadczenia w obdukcji zwłok... - odpowiada
zmieszana.
- Miała pani medycynę sądową na studiach, więc może być pani biegłą. A ja mam prawo panią powołać, więc powołuję - ucina prokurator.
Szybko okazuje się, że to tylko formalność. Prokurator zakłada
rękawiczki, ogląda ciało dziewczyny i na głos opisuje obrażenia.
Wszystko skrupulatnie zapisuje jeden z policjantów.
Z policyjnej notatki:
"Na głowie zwłok widoczne były obrażenia w postaci ran tłuczonych,
ponadto na szyi, klatce piersiowej, udach oraz brzuchu znajdowały się
inne obrażenia ciała w postaci otarć naskórka i podbiegnięć krwawych
oraz ran tłuczonych".
Pies tropiący próbuje nawąchać, jak mówią fachowcy, ślady sprawców.
Krąży wokół zwłok, ale nie podejmuje tropu, nie rusza się nawet z miejsca.
- Ziemia jest mokra, od chwili śmierci minęło pewnie sporo godzin. Nic z tego nie będzie - mówi do prokuratora policjant Andrzej S., przewodnik
psa.
Elżbieta B. podpisuje protokół z oględzin zwłok i podbija pieczątkę.
Kiedy ma już nadzieję, że ten dzień dla niej się kończy, podchodzi do
niej jeden z policjantów. Prosi, żeby pojechała do domu ofiary i poinformowała matkę, że jej córka nie żyje.
- Dlaczego ja? - pyta zdziwiona.
- Jeśli matka źle się poczuje, to lekarka i karetka będą na miejscu -
słyszy.
Nie wie, co zrobić, nigdy nie była w takiej sytuacji. W końcu się
zgadza. Po drodze podchodzi jeszcze do ojca, który stoi oparty o drzewo.
Pyta, czy nie potrzebuje pomocy. Ten spogląda na nią, ale wydaje się
nieobecny. Odpowiada krótko, że nie.
Elżbieta B. wsiada do karetki i z resztą zespołu jedzie pod wskazany
przez policjantów adres. Kiedy wchodzi do domu, uderza ją panująca tam
cisza. Matka Iwony stoi w kuchni oparta o piec.
- Niech pani powie, że to nie moje dziecko tam leży - mówi szeptem
Czesława Cygan.
Lekarka czuje, że ma sucho w gardle. Dziś już nie przypomina sobie, jak
dokładnie to ujęła. Pamięta tylko, że matka zamordowanej nastolatki
opadła na krzesełko i zaczęła płakać.
Kiedy śledczy kończą uzupełniać dokumentację, w Łęce Szczucińskiej już
się ściemnia. Do dalszych badań mają trafić między innymi ubrania
ofiary, biżuteria, "nitka koloru biskupiego", włosy i szara substancja
przypominająca gumę do żucia. Śledczy zabezpieczają też rozbitą butelkę
po winie, plastikowy kanister i połamaną sztachetę. Dodatkowo pobierają
ślady zapachowe z kawałków drewnianej sztachety oraz ze sznurka, którym
związano dłonie dziewczyny.
Policjanci odnotowują też, że w pobliżu miejsca zbrodni znajdował się
wygnieciony fragment trawy o wymiarach dwa metry na półtora. Nieopodal
znaleźli też dzikie wysypiska śmieci, w których leżały sztachety,
kawałki drutu i sznurki przypominające te, którymi była skrępowana
ofiara.
Ostatni na miejsce zbrodni przyjeżdża karawan. Zabiera ciało nastolatki
do Zakładu Medycyny Sądowej Collegium Medicum Uniwersytetu
Jagiellońskiego w Krakowie.
Następnego dnia wszystkie media w Polsce informują o zabójstwie młodej
dziewczyny. W komendzie w Dąbrowie Tarnowskiej powstaje specjalny zespół
śledczych, który ma się zająć sprawą. Nadają jej kryptonim operacyjny
"Bestia".
PIERWSZY KROK: ODTWORZENIE ŻYCIORYSU OFIARY
Znaleziona na wałach dziewczyna to siedemnastoletnia Iwona Cygan. Uczyła
się w trzeciej klasie liceum w Dąbrowie Tarnowskiej, na co dzień
mieszkała jednak w Szczucinie. Miała dwie siostry: jedenastoletnią
Małgosię, która chodziła do szkoły podstawowej w Szczucinie, i dwudziestoletnią Anetę, która studiowała w Wyższej Szkole Pedagogicznej
w Krakowie. Rodzice, Mieczysław i Czesława Cyganowie, handlowali
ubraniami na targu w Szczucinie i uchodzili za ludzi stosunkowo
zamożnych. Sąsiedzi mówili, że ich córkom niczego nie brakowało. Iwona
dostawała od rodziców kieszonkowe, a kiedy chciała odłożyć jakąś większą
kwotę, pracowała z nimi na targu. Pomagała też w domu, sprzątała,
gotowała, lubiła piec ciasta.
Była sympatyczną, komunikatywną dziewczyną, choć nieśmiałą w kontaktach
damsko-męskich i religijną. Co niedzielę chodziła do kościoła, udzielała
się w Oazie, w pierwszej klasie liceum wybrała się nawet na pielgrzymkę
do Odporyszowa, gdzie mieści się sanktuarium dla młodzieży. Po maturze
chciała studiować pedagogikę w Krakowie, a w przyszłości zostać
przedszkolanką.
Z zeznań koleżanki, Anny P.:
"Iwona była spokojna, poukładana, pedantyczna, ostrożna, nie lubiła
ryzyka. Ona lubiła porządek, w szafie miała wszystko idealnie
poukładane. Kiedy coś ją denerwowało, to potrafiła powiedzieć to
otwarcie. Nie bywała agresywna. Była dojrzalsza od nas".
Z zeznań koleżanki, Marty Sz.:
"Przypomina mi się, że Iwona pisała wiersze, nawet jeden mi przeczytała,
nie pamiętam już, o czym był. [...] Iwona była wrażliwa i to była taka
wrażliwość emocjonalna, lubiła poezję, mądre myśli. Dużo miała sentencji
pisanych przez Jana Pawła II. Uderzyło mnie to, że na jej półce było
wiele takich książeczek z aforyzmami dotyczącymi przemijania".
Iwona nie była zamkniętą w sobie nastolatką, która całe dnie spędzała w domu. Miała liczne grono znajomych, lubiła spotykać się w knajpach,
popalała papierosy, czasami piła alkohol. Jej koleżanki i koledzy
podkreślali, że była bardzo towarzyską i otwartą dziewczyną, ale
potrafiła też stawiać granice.
Wszyscy byli zgodni, że nigdy nie miała kontaktu z narkotykami.
Z zeznań koleżanki, Oli M.:
"Iwona paliła pierwsza, to znaczy zaczęła palić wcześniej niż ja, i to
od niej zapaliłam pierwszego papierosa. Palenie ukrywało się przed
rodzicami. Co do picia to piłyśmy alkohol, ale było to najczęściej jedno
piwo, czasami kieliszek wódki. Iwonie szybko zaczynało się kręcić w głowie, czasami wymiotowała, ale po alkoholu robiła się taka miła,
sympatyczniejsza".
Z zeznań Renaty G.:
"Chodziłam z nią po knajpach szczucińskich, najczęściej do "Zajazdu
Leśnego" i "Trabanta". Zawsze to było za zaskórniaki od rodziców. W tych
lokalach to nie było tak, że Iwona podchodziła do kogoś i organizowała
sobie drinka. Jak byliśmy większą liczbą osób, to była butelka wódki na
stole i za tę butelkę płaciła jedna osoba".
Z zeznań Mieczysława Cygana, ojca:
"Iwona była dzieckiem wesołym, ale mnie się nie zwierzała ze swoich
osobistych przeżyć. [...] Ja swoim córkom mówiłem, że nie będę ich
trzymał zamkniętych na kłódkę, gdyż rozumiałem, że można, a nawet
czasami trzeba gdzieś wyjść, do kawiarni czy na dancing. Mówiłem jednak
córkom, aby tak postępowały, żeby ani mnie, ani mamie nie przynosiły
wstydu. [...] Iwona była osobą o delikatnym usposobieniu, czułą i wrażliwą".
Siedemnastolatka uwielbiała słuchać mocnej muzyki, zwłaszcza Nirvany i Metalliki. Fascynowała ją subkultura punków. Częściej niż sukienki
zakładała długie spodnie i swetry. Tuż przed śmiercią kupiła sobie
czarne martensy, z których była bardzo dumna.
Z zeznań Magdaleny B.:
"Ja i Patrycja B. byłyśmy wówczas w takim okresie, kiedy zaczęłyśmy
chodzić w glanach, zbliżałyśmy się w swoich poglądach, także w zachowaniu, do ideologii punków. Iwonie Cygan podobało się to, jak się
ubierałyśmy, i na tej płaszczyźnie doszło między nami do zbliżenia. Ja
byłam wówczas z Tomaszem S. ze Szczucina, pseudonim "Piękny", który był
punkiem. Iwona prosiła mnie kiedyś, żebym pojechała z nią do Krakowa
kupić glany - rzeczywiście, pojechałyśmy do Krakowa i kupiłyśmy czarne
martensy. To było jeszcze w trakcie roku szkolnego".
W Szczucinie Iwonę uważano za bardzo atrakcyjną dziewczynę. Wielu
chłopaków, rówieśników i starszych, zabiegało o jej względy. Sama była
jednak dość wycofana i, jak twierdzą jej koleżanki, unikała kontaktów
fizycznych.
Z zeznań Anny K.:
"Iwona była spokojną dziewczyną, nie widziałam jej nigdy w towarzystwie
chłopaków. Sama też do nas mówiła, że nikogo nie ma i wypytywała, jak to
jest sam na sam z chłopakiem".
Z zeznań Magdaleny B.:
"Rozmawiałyśmy czasem i Iwona mówiła o tym, że jeszcze z chłopakiem nie
spała. Ja nie przypominam sobie, by Iwona kiedykolwiek szła z jakimkolwiek chłopakiem pod rękę lub trzymając się za ręce".
Z zeznań Renaty G.:
"Kiedy miała chłopaka, to denerwowało ją, że on chce jej dotknąć.
Wkurzało ją nawet to, że kiział, to znaczy gładził, ją po rękach.
Doszło wtedy chyba między nimi do pocałunków, nie pamiętam, czy ona mi o tym mówiła, czy ja ich zauważyłam. Po rozstaniu z nim, z tego, co wiem,
była sama aż do śmierci".
Z zeznań Aleksandry M.:
"Iwona była ładna, a nawet bardziej zgrabna. Podobała się chłopakom,
kiedy szłyśmy we dwie, to na nią zwracano uwagę. Myślę, że miała tego
świadomość. W szkole podstawowej, w ósmej klasie, jeszcze się tego
wstydziła. Myślę, że w liceum powoli zaczęła zdawać sobie z tego
sprawę".
Niektórzy znajomi Iwony wspominają, że gdy miała gorszy humor, to trudno
było z nią rozmawiać. Bywała uparta, zazdrosna, źle znosiła krytykę.
Tłumiła przeżywane emocje, co wynikało z jej nieśmiałości. Kiedy
dostawała słabsze oceny w szkole, to zdarzało jej się płakać.
Z zeznań Anety M.:
"Nie była tą najmądrzejszą ani najważniejszą w klasie, raczej trzymała
się z boku, chciała być w centrum, ale nie zawsze jej się to udawało.
[...] Była zazdrosna, zwłaszcza w stosunku do osób, które się czymś
wyróżniały i były naprawdę dobre. Wiem po swoim przykładzie, bo w klasie
byłam przewodniczącą. To było też pragnienie Iwony, ale nie była w stanie tego osiągnąć".
Z zeznań Aleksandry M.:
"Myślę, że słowo konfliktowa nie oddaje dobrze Iwony. Bardziej: nie
dała sobie w kaszę dmuchać. Kiedy się przekomarzałyśmy, to umiała
postawić na swoim. W sytuacji konfliktowej mogła zapyskować, odezwać się
dobitnie, ale nie była agresywna".
Najlepszymi przyjaciółkami Iwony były Renata G. i Aleksandra M. W wakacje 1998 roku spędzała dużo czasu zwłaszcza z tą pierwszą. Prawie
codziennie bywały w miejscowych lokalach, głównie w "Zajeździe Leśnym",
rzadziej w barze "U Trabanta". Planowały razem pojechać na Przystanek
Woodstock. Na przeszkodzie stanęła jednak mama Iwony, która nie wyraziła
na to zgody. Nie pozwoliła też, aby nastolatki wyjechały do pracy do
Zakopanego, gdzie miały sprzedawać lody. Iwona dostosowała się do
poleceń matki, choć mocno to przeżyła.
Rodzice przekonywali, że ich córka była bardzo zdyscyplinowana i nie
sprawiała problemów wychowawczych. Zawsze mówiła im, gdzie wychodzi i o której wróci.
Z zeznań ojca, Mieczysława Cygana:
"Wtedy, kiedy Iwona nie wróciła do domu, obudziłem się w nocy. Było
cicho, już po burzy, nie padał deszcz. Podszedłem do okna, ponieważ
usłyszałem głos Iwony. Mówiła: "Tatusiu". Jestem pewien, że to
słyszałem. Przez okno jednak nikogo nie widziałem. Dlatego położyłem się
spać. Nie sprawdziłem, czy Iwona jest w domu.
Mama Iwony obudziła się rano i zajrzała do jej pokoju. Zobaczyła koszulę
nocną, leżała nienaruszona na łóżku.
DRUGI KROK: ODTWORZENIE OSTATNICH GODZIN ŻYCIA IWONY
13 sierpnia 1998 roku
Godzina 11.00
Iwona jedzie z Anetą na zakupy do Dąbrowy Tarnowskiej. W drodze na
przystanek autobusowy mijają Marcina Ł. Siedemnastolatka mówi starszej
siostrze, że chłopak od jakiegoś czasu jej się narzuca. Raz nawet czekał
na nią przed domem i proponował spacer nad Wisłą. Siostry ostatecznie
spóźniają się na autobus i łapią stopa. Po zakupach odwiedzają jeszcze
ciocię w Szczucinie i wracają do domu.
Godzina 15.00
Iwona idzie na rolki z Olą M. Każe jej zgadywać, z kim ostatnio się
spotkała. Ola się nie domyśla, więc Iwona zdradza, że chodzi o Grzegorza
B. Chłopak od dawna próbował się z nią umówić. Według zeznań Oli
rozmawiali na ten temat i Iwona miała mu powiedzieć, że nic z tego.
Godzina 15.30
Iwona wraca do domu. Mówi mamie, że nigdzie się już dziś nie wybiera.
Pomaga sprzątać mieszkanie, robi gofry.
Tu pojawiają się pierwsze sprzeczności w zeznaniach.
Popołudnie. Wersja pierwsza
Syn właściciela baru "U Macha" Dawid M. widzi, że do lokalu wchodzi
Iwona i siada w zaciemnionym miejscu. Dawid jest zdziwiony, bo nigdy
wcześniej jej tu nie widział. Do "Macha" w ogóle rzadko zaglądają młode
dziewczyny. Chwilę później do knajpy wchodzi nieznany mu chłopak. Jest
ubrany w kurtkę szwedkę ze znakiem Nike, czarne dżinsy i granatową
koszulę. Na oko ma dwadzieścia lat, krótkie, czarne włosy, jest szczupły
i wysoki. Podchodzi do baru, zamawia colę i papierosy, dosiada się do
Iwony. Widać, że na niego czekała.
Z zeznań Dawida M.:
"Po kilku minutach ten chłopak donośnym głosem krzyknął na Iwonę. Ona
zrobiła dziwną minę, ale rozmawiali dalej. Gdzieś po 10 minutach
dziewczyna wstała i szybkim krokiem wyszła z baru. Chwilę później
wyszedł za nią też ten chłopak. Jestem pewien, że później już tego
chłopaka nigdy nie spotkałem. Ani w barze, ani w Szczucinie".
Gabriela M., siostra Dawida, która również stała wtedy za barem,
potwierdza, że taka sytuacja miała miejsce. Nie znała Iwony, ale kiedy
policjanci pokazali jej zdjęcie siedemnastolatki, przyznała, że chodzi o nią. Dodała też, że widziała ją wcześniej, jak jeździła z koleżanką na
rolkach.
Popołudnie. Wersja druga
Iwona zostaje w domu. Aneta nie przypomina sobie, aby jej siostra
gdziekolwiek wtedy wychodziła i spotykała się z jakimś chłopakiem.
Godzina 18.00-19.00
O tej porze Iwona jest w domu. Według relacji rodziny zadzwoniła do niej
Renata G. i namawiała ją na wyjście. Renata twierdzi, że dzwoniła do
Iwony kilka godzin wcześniej i to Cyganówna namówiła ją na wieczorne
wyjście.
Godzina 19.30
Nastolatki spotykają się na rynku w Szczucinie i ruszają w stronę
"Zajazdu Leśnego". Iwona kupuje jeszcze po drodze gumę do żucia. W lokalu dziewczyny zamawiają dwa soki i siadają przy stoliku. Po chwili
dosiadają się do nich Łukasz G., kuzyn Renaty, i jego kolega Tomasz B.
Rozmawiają mniej więcej godzinę. Potem Renata mówi, że musi wracać do
domu, bo rano ma kurs prawa jazdy w Busku-Zdroju. Pozostali też
wychodzą.
Godzina 21.00
Renata i Iwona rozstają się z chłopakami na rynku. Oni ruszają w stronę
pobliskich bloków, a dziewczyny w kierunku mieszczącego się przy rynku
kościoła, gdzie krzyżują się ulice prowadzące do ich domów. Tam jeszcze
chwilę rozmawiają.
Godz. 21.30
Każda z dziewczyn rusza w swoją stronę - Iwona ulicą Rudnickiego, a Renata ulicą Wolności.
Z zeznań Renaty G.:
"Kiedy odeszłam od Iwony i przeszłam już na drugą stronę ulicy, to ona
zawołała na mnie i pokazała na dwie osoby, które szły ulicą w kierunku
jej domu. One były parę kroków przed nią. Nie wiem, co to były za osoby,
ale chyba para. Szły bardzo blisko siebie. Ja ten gest Iwony zrozumiałam
tak, że ona jest z tego zadowolona, bo miała zwyczaj iść za kimś, wtedy
czuła się bezpieczna. To był ostatni moment, w którym ją widziałam".
Dojście z rynku do domu powinno zająć Iwonie około 10 minut. Co takiego
wydarzyło się po drodze, że nigdy do niego nie dotarła? Jak to się
stało, że znalazła się na wałach wiślanych, oddalonych dwa kilometry od
rynku?
TRZECI KROK: SEKCJA ZWŁOK
Dziewczyna ma obrażenia prawie na całym ciele: siniaki, otarcia naskórka
i krwawe podbiegnięcia. Do tego ranę ciętą na głowie o długości prawie
pięciu centymetrów i dwukrotne złamaną żuchwę. Z opinii
sądowo-lekarskiej wynika, że ślady na ciele powstały od ciosów zadanych
twardym narzędziem z dość znaczną siłą. Żadne z powyższych obrażeń nie
stanowiło jednak bezpośredniej przyczyny śmierci. Mimo zaciśniętej pętli
z drutu na szyi funkcja oddychania nie została zahamowana, natomiast
ofiara mogła być przez długi czas nieprzytomna. W konsekwencji zgon mógł
nastąpić w wyniku szoku lub wyziębienia ciała.
Ostatecznie biegli uznają, że przyczyną śmierci Iwony Cygan było
gwałtowne uduszenie przez zadzierzgnięcie drucianą pętlą oraz częściowe
zamknięcie dróg oddechowych krwią spływającą z doznanych obrażeń twarzy.
Medycy nie są w stanie podać dokładnego czasu zgonu.
W organizmie Iwony lekarze nie stwierdzają obecności alkoholu,
narkotyków czy leków. Natomiast na odzieży nastolatki i przedmiotach
zabezpieczonych na miejscu zbrodni badania wykazują ślady DNA (inne niż
Iwony) i odciski palców, ale ich forma jest na tyle szczątkowa, że nie
nadaje się do identyfikacji.
Obszar, w którym znaleziono ciało nastolatki, jest rzadko uczęszczany.
Można tam spotkać jednak spacerowiczów i wędkarzy. Niektórzy mieszkańcy
wypasają w okolicy bydło. Tuż obok miejsca ujawnienia zwłok znajduje się
połamane ogrodzenie z drewna i drutu, służące kiedyś do zabezpieczenia
pasących się owiec. Najbliższe zabudowania usytuowane są w odległości
kilkuset metrów od wałów.
Z opinii psychologicznej profilera Jana Gołębiowskiego:
"Miejsce to zapewnia intymność, w pobliżu nie ma źródeł światła, na
przykład latarni ulicznych, jest wiele zarośli, wał stanowi zaporę przed
widokiem od strony zabudowań. Miejsce zapewnia warunki sprzyjające
napaści [...]. Zwłoki Iwony Cygan leżały częściowo na potłuczonym,
zielonym szkle. Obok leżały też kawałki drewna. Sztachety pochodzą z resztek znajdującego się obok płotu zrobionego z drewna i drutu. [...]
Na szyi ofiary zaciśnięty był drut. W okolicy prawej łopatki przylepiona
guma do żucia. Stanisław D., który znalazł ciało Iwony, zeznał, że
sznurek, jakim miała związane ręce, jest typowy dla prasy do słomy.
Jest wysoce prawdopodobne, iż wszystkie przedmioty użyte w zabójstwie
Iwony Cygan, to znaczy butelka, kawałki sztachet i kijów, sznurek oraz
drut, pochodziły z miejsca, lub jego niewielkiej okolicy, w którym
ujawniono zwłoki. Żaden z nich nie był specyficzny, to znaczy taki,
którym mogła dysponować wąska lub charakterystyczna grupa społeczna czy
zawodowa. Nawet sznurek, o ile nie pochodził z pobliża miejsca
ujawnienia zwłok, to był ogólnie dostępny w tych okolicach, zwłaszcza w okresie żniw".
Na prawym biodrze Iwony policjanci znaleźli kosmyk włosów o długości
kilku centymetrów. Również pod zwłokami zabezpieczyli dwa kosmyki włosów
koloru brązowego. Biegli z Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu
Jagiellońskiego stwierdzają, że włosy należały do Iwony i mogły zostać
celowo odcięte. Dlaczego? Zdaniem profilera Jana Gołębiowskiego sprawca
mógł je zebrać w formie "pamiątki" lub "trofeum". W opinii sporządzonej
dla śledczych podkreślił, że jest to częste zjawisko w przypadku
przestępców kierujących się motywacją seksualną, zwłaszcza działających
w sposób seryjny. Biorąc pod uwagę fakt, że w chwili odnalezienia zwłok
nastolatka miała spodnie i majtki opuszczone do kolan, hipoteza o przestępstwie na tle seksualnym wydawała się na pierwszy rzut oka
najbardziej prawdopodobna. Miała jednak poważną wadę. Z sekcji zwłok
jasno wynika, że Iwona nie została zgwałcona.
Z opinii psychologicznej profilera Jana Gołębiowskiego:
"Należy zwrócić uwagę, iż obraz miejsca zdarzenia i ciała denatki
pozwala postawić hipotezę o tak zwanej inscenizacji, która miałaby
sugerować seksualny motyw zbrodni, gdy rzeczywisty jest inny - w tym
przypadku najprawdopodobniej emocjonalny (wyładowanie negatywnych emocji
żywionych w stosunku do ofiary). Inscenizacja może również mieć na
celu wyrażenie treści istotnych dla sprawcy i okazanie stosunku wobec
ofiary (na przykład wyrażenie pogardy i deprecjacja lub okazanie
współczucia)".
Z kolei profiler Bogdan Lach stawia hipotezę, że sprawca mógł być
niesprawny seksualnie, a głównym motywem jego działania było kumulowane
od dawna poczucie urazy w stosunku do kobiet.
Z opinii Bogdana Lacha na temat profilu
psychologiczno-kryminalistycznego sprawcy:
"Sprawca nie planował zabójstwa. Głównym celem działania było
odreagowanie nagromadzonych negatywnych emocji wynikających z przeszłego
tła znajomości (subiektywne odczucia sprawcy) oraz uruchomienie
pielęgnowanych fantazji erotycznych".
Co innego zaskakuje jednak śledczych najmocniej. W trakcie sekcji
stwierdzono, że Iwona nie była dziewicą. Do ostatniego stosunku doszło
co najmniej kilka tygodni wcześniej. Ani rodzina, ani najbliższe
przyjaciółki dziewczyny nic o tym nie wiedziały. Były przekonane, że
Iwona nigdy nie uprawiała seksu.
- Byłyśmy wtedy nastolatkami, więc to naturalne, że rozmawiałyśmy o takich sprawach - opowiada mi Renata G. - Miałam też wrażenie, że
zwierzałyśmy się sobie ze wszystkiego i nie miałyśmy przed sobą
tajemnic. Dlatego ta informacja mnie zszokowała i długo nie mogłam w to
uwierzyć. Zwłaszcza że Iwona była bardzo zachowawcza w kontaktach z chłopakami. Okazało się jednak, że coś ukrywała...
W rozmowie z policjantami Aneta K., siostra Iwony, zwraca uwagę, że
zachowanie Iwony tuż przed śmiercią wydawało jej się dziwne. Miała na
myśli częste wybuchy złości z błahych powodów oraz izolowanie się od
pozostałych członków rodziny. Nie wiedziała, czym to było spowodowane.
Natomiast z zeznań niektórych koleżanek wynikało, że nastolatka
prowadziła pamiętnik. To tam śledczy mogli szukać odpowiedzi na
nurtujące ich pytania. Nikt jednak nie potrafił sprecyzować, co się z nim stało. Specjalista Bogdan Lach domyśla się, jakie mógł mieć
znaczenie dla Iwony.
Z opinii Bogdana Lacha:
"Swoje sekrety Iwona zapisała w pamiętniku, który stanowił formę
powiernika jej przeżyć. [...] zawierała w nim informacje związane ze
spędzeniem danego dnia, spotkanymi osobami oraz mającymi miejsce
sytuacjami [...] Los tego pamiętnika jest nieznany".
Po latach Aneta K. zezna, że przekazała pamiętnik policjantom i że on
już nigdy do rodziny nie wrócił. Moi rozmówcy twierdzą z kolei, że
siostra Iwony miała na myśli jej kalendarz (który został zabezpieczony
przez policję). Nigdy nie udało się potwierdzić, czy pamiętnik w ogóle
istniał i co się w nim znajdowało. Natomiast w kalendarzu Iwony nie
znaleziono żadnych istotnych informacji, które okazałyby się pomocne w śledztwie.
CZWARTY KROK: WERYFIKACJA PODEJRZANYCH
Policjanci ustalają, że w noc zabójstwa niedaleko miejsca, w którym
znaleziono Iwonę, biwakowały dwie rodziny z dziećmi. Ich namioty były
rozbite w zagajniku, nad samą Wisłą, jakieś 500 metrów od miejsca
zbrodni.
Z zeznań Henryka B.:
"W nocy z czwartku na piątek ani ja, ani nikt z mojej rodziny i rodziny
szwagra nie wędkował, ponieważ szalała burza i wiał silny wiatr.
Położyliśmy się spać około godziny 23.00. Tej nocy nie słyszałem niczego
podejrzanego. W czwartek wieczorem, zanim położyliśmy się spać, nie
widziałem w pobliżu naszego obozowiska ani w okolicy wału żadnych osób
czy pojazdów".
To samo zeznają pozostali członkowie biwakujących wówczas rodzin.
Z zeznań Pawła B.:
"14 sierpnia około godziny 15.00-16.00 w okolicy wału
przeciwpowodziowego zauważyliśmy duże zbiegowisko ludzi oraz radiowozy
policyjne. Przyszedł do nas policjant, który poinformował nas o znalezieniu zamordowanej dziewczyny oraz rozpytał na okoliczność
przebywania nad Wisłą. [...] Ja nie słyszałem żadnych podejrzanych
odgłosów w nocy z czwartku na piątek, było to zresztą niemożliwe z uwagi
na szalejącą burzę. Nie widziałem też żadnych kręcących się w okolicy
osób ani pojazdów".
Śledczy prześwietlają wszystkie osoby mające kontakt z Iwoną, przede
wszystkim Renatę G., która ostatnia widziała przyjaciółkę żywą.
Dziewczyna jest przesłuchiwana kilkukrotnie i za każdym razem
przedstawia tę samą wersję wydarzeń.
Podejrzliwa w stosunku do Renaty jest rodzina Iwony, zwłaszcza Aneta,
która uważa, że przyjaciółka miała duży wpływ na jej siostrę. Jej
zdaniem Iwona była uzależniona emocjonalnie od Renaty. W podobnym tonie
wypowiadają się rodzice ofiary. Są przekonani, że Renata musi coś
wiedzieć o okolicznościach zabójstwa ich córki.
Z zeznań siostry, Anety K.:
"Iwona, od kiedy poznała Renatę, a było to najprawdopodobniej latem 1997
roku, bardzo jej zaufała i uważała ją za najlepszą przyjaciółkę. Ona
miała na Iwonę bardzo duży wpływ, myślę, że nawet większy niż nasi
rodzice. Ze zdaniem Renaty Iwona zawsze się liczyła. Zanim zapytała o cokolwiek rodziców, najpierw konsultowała to z Renatą, a rozmowa z rodzicami była tylko po to, aby uświadomić ich o dobrym wyborze".
Z zeznań matki, Czesławy Cygan:
"Uważam, że Renaty nie było przy zabójstwie, ale ona wywabiła z domu
moją córkę. Pamiętam, jak następnego dnia po zabójstwie zachowywała się
dziwnie i wypowiedziała w mojej obecności takie słowa: "Z takiego czegoś
takie coś". Nie powiedziała nic więcej".
Z zeznań siostry, Anety K.:
"W czwartek rano (w dniu zabójstwa) pojechałyśmy z Iwoną do Dąbrowy
Tarnowskiej. Jak tylko wyszłyśmy z domu, to sama z siebie zaczęła mi
opowiadać o Renacie. Powiedziała, że mama miała rację, Renata ją
okłamuje, nie mówi, gdzie idzie i z kim".
Jednak w rozmowie ze śledczymi Renata zapewnia, że między nią a Iwoną
nie było żadnych konfliktów. Powtarza, że niczego nie ukrywa i nie ma
pojęcia, kto może stać za morderstwem jej przyjaciółki. Nie potrafi też
odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Iwona wybrała się na wały.
Z zeznań Renaty G.:
"Wiem, że raz czy dwa Iwona była na wałach wiślanych. Na pewno wybrała
się tam kiedyś z chłopakiem, bo mi o tym opowiadała. Wydaje mi się, że
to miejsce, w którym znaleziono Iwonę, to było takie zadupie, tam się
młodzież nie zbierała.
Potwierdzam, że wypowiedziałam słowa "z takiego czegoś takie coś", to
było zaraz po tym, jak zostały odnalezione zwłoki. Chodziło mi o to, że
nie byłyśmy takimi grzecznymi nastolatkami, chodziłyśmy do barów,
paliłyśmy papierosy, piłyśmy alkohol, wracałyśmy późno do domu, czyli że
z takiego zachowania wynikło takie coś, nic więcej".
Pewnego dnia policjanci przyjeżdżają do liceum Renaty, wyciągają ją w trakcie lekcji, a następnie przesłuchują kilka godzin.
W pewnym momencie rozkładają przed nią zdjęcia zamordowanej Iwony i wychodzą z pokoju. Są pewni, że jeśli siedemnastolatka coś ukrywa, to
teraz w końcu się złamie. Renata płacze, ale zarzeka się, że mówi
prawdę.
Z późniejszych zeznań przed sądem Bogusława P., szefa wydziału
kryminalnego Dąbrowy Tarnowskiej:
"Stosowaliśmy różne metody - na dobrego i złego policjanta - żeby po
prostu utwierdzić się w przekonaniu, czy Renata G. nie kłamie.
Wyjechaliśmy z przekonaniem, że nic więcej nie wie".
Śledczy prześwietlają również wszystkich adoratorów Iwony.
Marcin Ł. (którego w dniu morderstwa Iwona wskazała swojej siostrze jako
chłopaka, który jej się narzucał) przyznaje, że on trzy tygodnie
wcześniej wybrał się z Iwoną na spacer nad Wisłę i zaproponował, żeby ze
sobą chodzili. Nastolatka jednak odmówiła, tłumacząc mu, że jest ktoś
inny, kto jej się podoba. Zwróciła również uwagę, że chłopak jest sześć
lat od niej starszy i obraca się w innym towarzystwie. Marcin twierdzi,
że przyjął to ze zrozumieniem.
Z zeznań Marcina Ł.:
"Odprowadziłem ją na krzyżówkę drogi do osiedla, gdzie trasa jest
oświetlona i tam się rozeszliśmy. Rozstaliśmy się jak kolega z koleżanką. Po tym spotkaniu ja już nie miałem śmiałości rozmawiać z Iwoną, a ona sama nie chciała rozmawiać ze mną".
Marcin Ł. opowiada, że w dniu morderstwa minął się z Iwoną, Renatą i chłopakami, którzy im towarzyszyli na rynku. Po drodze spotkał kolegę,
Jacka Ł., z którym najpierw udali się do baru "U Trabanta", a następnie
do lokalu "U Furgała". Potem siedzieli jeszcze chwilę na ławce w rynku,
a kiedy zaczęło padać, wrócili do domu.
Kolejną osobą prześwietlaną przez policjantów jest Grzegorz B.
mieszkający w oddalonej o kilka kilometrów od Szczucina wsi Dąbrowice.
To o nim w dniu zabójstwa Iwona opowiadała Oli M. w trakcie wspólnej
jazdy na rolkach. Twierdziła, że spotkała się z nim dzień wcześniej o godzinie 20.00 w "Zajeździe Leśnym".
Grzegorz B. stanowczo temu zaprzecza. Opowiada policjantom, że poznał
Iwonę w "Zajeździe Leśnym" lub "U Trabanta", spotykał ją też czasami na
placu targowym w Szczucinie, ale nigdy nie proponował jej "chodzenia".
Przyznał, że na przełomie lipca i sierpnia zaprosił Renatę i Iwonę na
ognisko, ale ostatecznie do niego nie doszło. Dwukrotnie odwoził też
Iwonę autem do domu, ale zawsze była z nimi Renata.
Z zeznań Grzegorza B.:
"Nie jest prawdą, bym umawiał się z Iwoną na spotkanie wieczorem. W środę nie było mnie już w Szczucinie. Około godziny 22.00 poszedłem
spać. Zeznaję, że nigdy nie byłem na osobności z Iwoną Cygan. Zawsze
kiedy się widzieliśmy, była ona w obecności Renaty G. Nie jest prawdą,
bym spotykał się z Iwoną nad Wisłą".
Według Oli M. na spotkanie z Grzegorzem B. miał umówić Iwonę Janusz S.,
kolega z kursu prawa jazdy. Ten jednak zeznaje, że nie zna chłopaka i nigdy nie umawiał z nikim Iwony. Kto w takim razie nie mówi prawdy? Nie
udaje się tego rozstrzygnąć.
Do tej sytuacji odniósł się w swojej opinii profiler Jan
Gołębiowski:
"Odnośnie do spotkania Iwony Cygan z Grzegorzem B. 12 sierpnia 1998 roku
w porach popołudniowo-wieczornych istnieją sprzeczności w zeznaniach
świadków. [...] Jedna z wersji tłumaczących wskazane sprzeczności
powinna założyć, iż Iwona Cygan celowo wprowadziła Aleksandrę M. w błąd.
Jednym z powodów mogła być chęć ukrycia prawdziwej tożsamości osoby, z którą spotkała się tego popołudnia".
W kręgu zainteresowań policji znajduje się też Przemysław K. - chłopak,
który spotykał się z Iwoną rok przed zabójstwem. W trakcie przesłuchania
potwierdza, że tak było, ale jednocześnie zaznacza, że "chodzili" ze
sobą zaledwie dwa tygodnie. Natomiast w noc zabójstwa siedział w domu i oglądał telewizję.
Z zeznań Przemysława K.:
"Nie doszło między nami do jakiegokolwiek zbliżenia, a nawet po tygodniu
spotkań Iwona powiedziała mi, że nie umie się całować. Ja byłem starszy
od niej i jakoś inaczej postrzegałem wszystko, trochę uważałem ją za
taką małolatę i gdy jechałem na dyskotekę, to nawet nie zabierałem jej
ze sobą. Rozstaliśmy się bez jakichkolwiek urazów do siebie".
Z kolei Tomasz B. i Łukasz G., czyli chłopcy, którzy towarzyszyli w "Zajeździe Leśnym" Iwonie i Renacie, twierdzą, że po rozstaniu na rynku
ruszyli w stronę pobliskich bloków, gdzie mieli spotkać się z jednym z kolegów. Nie zastali go, więc wrócili na rynek. Tam spotkali kolejnych
przyjaciół, z którymi przesiedzieli około godziny na przystanku PKS.
Potem wszyscy rozeszli się do domów. Nie zauważyli niczego podejrzanego.
GWAŁT
Śledczy ustalają, że w 1997 roku doszło w okolicy do bardzo podobnego
aktu przemocy. Nastolatka pochodząca ze Śląska przyjechała na wakacje do
rodziny w Szczucinie. Pewnego dnia wybrała się na wały wiślane w towarzystwie przypadkowo poznanego mężczyzny. Tam została przez niego
zaatakowana. Napastnik związał jej ręce, a potem zgwałcił. Krzyki
dziewczyny usłyszeli przechodzący nieopodal ludzie. To spłoszyło
mężczyznę, który szybko uciekł.
Z notatki urzędowej sporządzonej 17 sierpnia 1998 roku:
"W rejonie dokonania tego czynu znaleziono rower własności Józefa Sz. z Dąbrowicy. Sprawa ta została zgłoszona do KP Szczucin przez nieletnią,
ale z uwagi na niezłożenie wniosku o ściganie sprawcy przez matkę
nieletniej sprawa została umorzona".
Policjanci przesłuchują Józefa Sz. Mężczyzna zapewnia, że poza plotkami
nie ma żadnej konkretnej wiedzy na temat zabójstwa Iwony Cygan.
Twierdzi, że znał ją tylko z widzenia.
Z zeznań Józefa Sz.:
"Osobiście nigdy nie poznałem Iwony Cygan i nigdy z nią nie rozmawiałem.
Natomiast widywałem ją w barze "U Trabanta" w towarzystwie młodych osób
- dziewczyn i chłopaków z terenu Szczucina. Nie wiem, czy Iwona Cygan
miała chłopaka, nie wiem też, kto mógł być nią zainteresowany. Nie
posiadam żadnych informacji mogących mieć związek z tym zabójstwem. Z uwagi na upływ czasu nie pamiętam już, co robiłem 13 sierpnia. Wieczory
zwykle spędzam w swoim domu".
Policjanci przeszukują 9 września 1998 roku dom Józefa Sz. Nie trafiają
tam na nic, co mogłoby go powiązać z morderstwem Iwony Cygan.
Funkcjonariusze zabezpieczają tylko drewnianą pałkę. Nie znajdują jednak
na niej śladów krwi. Mężczyzna wyjaśnia, że pałka służy mu jedynie do
samoobrony, ale do tej pory nie miał okazji jej wykorzystać.
Z zeznań Józefa Sz.:
"Pałkę tę wykonałem osobiście. Wychodziłem z nią na podwórko w nocy, gdy
szczekały psy. Nigdy nikogo nie pobiłem przy użyciu tej pałki i nie
miałem zamiaru użyć jej do popełnienia przestępstwa".
SEKTA
Śledczy sprawdzają różne wątki, które podsuwają im kolejne
przesłuchiwane osoby. Jeden z nich dotyczy rzekomej fascynacji Iwony
sektami satanistycznymi. Pojawia się nawet hipoteza, że morderstwo
siedemnastolatki mogło mieć charakter rytualny. Wspomina o tym w swoich
zeznaniach między innymi Józef Sz. (ten od pałki).
Z zeznań Józefa Sz.:
"Jest mi wiadomo, że wśród mieszkańców Szczucina i okolic krąży plotka,
że Iwona Cygan w przeszłości należała do jakiejś grupy młodzieżowej -
sekty lub czegoś takiego - i miała z tej grupy wystąpić, odłączyć się.
Dużo osób mówi, że właśnie to miało być motywem zabójstwa. Nie wiem, czy
polega to na prawdzie".
Z kolei koleżanka Iwony, Magdalena Ch., wspomina policjantom, że Iwona
przekazała jej w szkole kasetę, na której miała być nagrana msza
satanistyczna. Dziewczyna zabrała ją z grzeczności do domu, ale nigdy
jej nie odtworzyła. Po jakimś czasie oddała ją Iwonie.
Z zeznań Magdaleny Ch.:
"Iwona zapytała, czy podobała mi się kaseta [...] Odpowiedziałam, że
nie. Po tych słowach zauważyłam, że Iwona się zmieszała. Na temat tej
kasety czy satanizmu ze mną więcej nie rozmawiała. Skąd miała tę kastę,
tego mi nie powiedziała. [...] Iwona nigdy nie proponowała mi wstąpienia
do sekty".
Ostatecznie śledczy nie znajdują żadnych dowodów na to, aby morderstwo
miało jakikolwiek związek z satanistami. Nie udaje im się namierzyć
wspomnianej kasety i nic nie wskazuje też na to, aby Iwona należała do
grupy satanistycznej. Była to raczej młodzieńcza ciekawość, dość
charakterystyczna w tamtym czasie dla nastolatków, a cała teoria o satanistach opierała się na plotkach, jakich mnóstwo pojawiło się
wówczas w Szczucinie. Również profiler Jan Gołębiowski uznał tę hipotezę
za mało wiarygodną.
Z opinii psychologicznej Jana Gołębiowskiego:
"Zabezpieczone ślady nie potwierdzają tej motywacji u sprawcy/sprawców,
ponieważ w trakcie morderstw rytualnych sprawcy najczęściej pozostawiają
na miejscu zbrodni symbole swojego kultu (w przypadku satanizmu jest to
najczęściej odwrócony krzyż, odwrócony pentagram, trzy szóstki itp.)
oraz odwołujące się swoją treścią do odprawianego rytuału. Opisywane
wyżej symbole były na przykład wymalowane na miejscu zbrodni na tle
satanistycznym dokonanej w Rudzie Śląskiej w 1999 roku. Brak tego typu
symboli w omawianym przypadku przeczy tezie o rytualnym motywie
popełnionego morderstwa. Nie wskazują na to również rany zadane ofierze.
W zbrodniach rytualnych podczas składania ofiary najczęściej używa się
noża i przelewa jej krew, która jest symbolem życia. W niektórych
sytuacjach sprawcy wydłubują ofierze oczy lub serce, ponieważ organy te
uznawane są za siedlisko duszy. Mogą również na ciele ofiary wycinać
napisy o treściach nawiązujących do symboliki satanistycznej. U Iwony
Cygan nie występują tego typu obrażenia.
BILLINGI
Jedną z osób przesłuchiwanych już na samym początku śledztwa jest
dziewiętnastoletni Szczepan K., ówczesny partner (późniejszy mąż) Anety,
siostry Iwony.
W wieczór morderstwa Szczepan i Aneta też przebywali w "Zajeździe
Leśnym". Opuścili go po godzinie 22.00 (już po wyjściu Iwony), następnie
przespacerowali się do rynku, gdzie dziewiętnastolatek wcześniej
zostawił swój rower. Szczepan podwiózł Anetę na rowerze do domu, a potem
udał się do swojego mieszkania. Twierdzi, że dotarł tam około 23.30.
Przez następny tydzień Szczepan nie przyjeżdża do domu rodziny Cyganów,
nie spotyka się z Anetą, nie bierze udziału w poszukiwaniach Iwony.
Tak Szczepan K. tłumaczy swoje zachowanie śledczym:
"Nie czułem się na tyle odważny, by zaraz po tej tragedii iść do domu
Iwony. Aneta to była moja dziewczyna, ale to były początki znajomości,
jej rodzice byli dla mnie tacy obcy... Mówię szczerze. Nie chciałem się
wtedy spotkać z Anetą, bo nie umiałbym z nią rozmawiać. Pewnie źle
zrobiłem, powinienem być, ale nie byłem".
Szczepan K. przekonuje też policjantów, że praktycznie nie miał żadnego
kontaktu z Iwoną.
"Znałem Iwonę, choć nie mogę powiedzieć, że znałem ją dobrze. Z Anetą
chodzimy przeszło dwa lata, ja bywałem w domu Cyganów, jednak Iwony tak
bliżej nie poznałem. Niewiele ze sobą rozmawialiśmy, po prostu ja i Aneta tworzyliśmy swoje towarzystwo, a Iwona miała swoje. Nie zdarzało
się, abyśmy byli razem na wspólnych imprezach. W zasadzie moja znajomość
z Iwoną ograniczała się do pozdrowień".
Ostatecznie policjanci porzucają jego wątek. Jeden z moich rozmówców
stwierdzi po latach, że zrobiono to zbyt szybko, bo w relacji Szczepana
K. coś się nie zgadza.
- Szczepan K. zeznał, że kiedy odwiózł Anetę do domu, dopiero zbierało
się na burzę. To oznacza, że u rodziny Cyganów musiał pojawić się około
godziny 22.30. Jego dom znajdował się trzy kilometry dalej, czyli
przejazd rowerem powinien mu zająć około dziesięciu minut. Dlaczego
zatem znalazł się tam dopiero około 23.30? - zwraca uwagę mój informator
i dodaje: - Dziwne jest też to, że Szczepan K. tak się zaszył w domu po
zabójstwie. Twierdzi, że były to początki jego znajomości z Anetą i jej
rodzice byli dla niego "obcy", a przecież spotykał się z siostrą Iwony
od dwóch lat. To się nie klei.
Nie tylko to jest zastanawiające. Aneta zeznała, że w dniu zabójstwa
Iwona rozmawiała z Renatą przez telefon około 19.00. To samo powiedziała
mama Iwony.
Z zeznań siostry, Anety K.:
"Około godziny 19.00 Renata zadzwoniła na telefon domowy i rozmawiała z Iwoną. Renata prosiła o spotkanie, że musi jej coś wytłumaczyć.
Początkowo Iwona odmawiała, ale później zgodziła się na to spotkanie.
Renata najprawdopodobniej dzwoniła z budki telefonicznej, ponieważ zaraz
po zakończeniu rozmowy była 700 metrów od naszego domu".
Z zeznań matki, Czesławy Cygan:
"Nigdy nie zapomnę tego dnia, kiedy w nocy została zabita Iwona. Ona
wtedy nie chciała nigdzie wychodzić. Owszem, planowała jeździć po naszej
ulicy na rolkach z dziećmi, ale gdzieś przed godziną 19.30 otrzymała
telefon od Renaty i wyszła z domu. Uważam, że ona chciała wywabić moją
córkę".
Z zabezpieczonych przez policję billingów wynika, że Renata dzwoniła do
Iwony w dniu zabójstwa, ale o godzinie 13.33. Następne połączenie
telefoniczne z domem Cyganów faktycznie nastąpiło dopiero około godziny
19.00 (dokładnie o 18.40). Nie dzwoniła jednak Renata. Połączenie wybrał
ktoś z telefonu stacjonarnego znajdującego się w domu Szczepana K. Nikt
inny w tym dniu do rodziny Cyganów już nie dzwonił.
Czy to Szczepan K. rozmawiał z Iwoną? Jeśli tak, to o czym? Dlaczego
rodzina uważa, że dzwoniła wtedy Renata? Czy Iwona okłamała swoich
najbliższych? A może mama Iwony i jej siostra pomyliły się w zeznaniach?
Te pytania pozostają bez odpowiedzi.
- Szczepan K. dość szybko zniknął z radaru śledczych - mówi mój
informator. - Uznano, że nie ma związku z zabójstwem. Według mojej
wiedzy nigdy nie pobrano od niego DNA i nie porównano z materiałem
zabezpieczonym na miejscu zbrodni. Uważam to za błąd.
CIAŁO W RZECE
1999 rok
Sprawa zabójstwa siedemnastolatki ze Szczucina jest tematem wielu
materiałów prasowych i telewizyjnych. Potencjalna rekonstrukcja zdarzeń
zostaje odtworzona w popularnym wówczas programie telewizyjnym "997".
Policjanci sprawdzają wszystkie wiadomości, które napływają od
telewidzów po emisji programu, ale żadna z pozyskanych informacji nie
okazuje się pomocna w ustaleniu mordercy.
Śledczy starają się weryfikować wszystkie listy, donosy, a nawet plotki,
które do nich docierają. Jedna z nich dotyczy trzydziestotrzyletniego
Tadeusza D. z Łęki Szczucińskiej. Mężczyzna miał się przechwalać w trakcie jakiejś pijatyki, że wie, kto zabił Iwonę Cygan, i zgarnie
nagrodę za pomoc w ujęciu zabójcy. Miał widzieć, jak nastolatka została
wciągnięta na rynku do samochodu.
Jednak w trakcie przesłuchania Tadeusz D. wszystkiemu zaprzecza.
Podkreśla, że nie zna Iwony Cygan, nigdy z nią nie rozmawiał i nie wie
nawet, jak ona wygląda. Twierdzi, że 13 sierpnia wypił wino razem z kolegą i około 22.00 wrócił do domu.
Z zeznań Tadeusza D.:
"Gdy wracałem do domu, zbierało się na burzę, jednak z tego, co
pamiętam, to deszcz jeszcze nie padał. Doszedłem do mostu i następnie
skręciłem w drogę prowadzącą w kierunku Łęki Szczucińskiej, która to
droga biegnie wzdłuż wału. Nic podejrzanego nie zwróciło mojej uwagi,
nie słyszałem żadnych krzyków lub innych odgłosów. W okolicy wału nie
widziałem żadnych pojazdów ani osób".
Tego typu informacji w trakcie śledztwa pojawia się mnóstwo i zapewne
śledczy nie zaprzątaliby sobie więcej głowy plotką na temat Tadeusza D.,
gdyby nie fakt, że kilka miesięcy później ten mężczyzna znika. Ostatni
raz był widziany 15 stycznia 1999 roku w barze "U Macha". Nie wrócił
jednak do domu i słuch po nim zaginął.
Policjanci sprawdzają, czy jego zniknięcie może się wiązać z zabójstwem
Iwony Cygan. W tym celu przesłuchują jego bliskich.
Z zeznań Jana D., ojca Tadeusza D.:
"Kilka razy pytałem się syna, czy wie coś na temat zabójstwa Iwony
Cygan, lecz Tadeusz za każdym razem stanowczo zaprzeczał. Ja myślę, że
faktycznie nie miał żadnej wiedzy w tej sprawie. Czy wypowiadał się do
kogoś, to ja nie wiem. Syn po wypiciu wódki lubił się chwalić rzeczami,
których nigdy nie zrobił i być może w tym przypadku też tak było. Ja nie
znam osób, do których Tadeusz wypowiadałby się na ten temat. Znając go,
po wypiciu wódki mógł się chwalić, że ma jakieś wiadomości".
Z zeznań Barbary W., partnerki Tadeusza D.:
"W dniu jego zaginięcia widziałam się z Tadeuszem około godziny 17.00 na
rynku w Szczucinie. Rozstałam się z nim około godziny 18.00. Było to
spotkanie jakich wiele. Tadeusz nic nie mówił, żeby się gdzieś wybierał.
Był lekko pijany. Nie powiedział nic o ewentualnym spotkaniu, nie
wypowiadał się na temat Iwony Cygan. Po rozstaniu miał się udać do domu.
Gdzie on jednak poszedł, to ja nie wiem.
Poza pierwszymi dniami po zabójstwie Iwony Cygan to ja nigdy z Tadeuszem
D. nie rozmawiałam na ten temat. On też nigdy nie poruszał tej sprawy.
Nigdy do mnie nie mówił, że posiada jakieś wiadomości dotyczące
morderstwa. Moim zdaniem jego zaginięcie nie ma z tym żadnego związku,
nie wydaje mi się również, aby Tadeusz posiadał w tym temacie jakieś
informacje.
Faktycznie po terenie Szczucina chodzi pogłoska, że Tadek miał się w dniu zaginięcia wypowiadać podczas picia piwa w barze "U Macha", że wie,
kto jest zabójcą Iwony Cygan. Ja w to osobiście nie wierzę. Znam Tadka
od dziesięciu lat i wiem, że gdy wypił, to lubił się chwalić rzeczami,
których nigdy nie było. Czasami zdarzało się, że coś mówił, a po chwili
nic z tego nie pamiętał".
Z zeznań Wojciecha M., właściciela baru "U Macha":
"Tadeusz D. był częstym bywalcem mojej restauracji. Znając go, mogę
powiedzieć, że był uzależniony od alkoholu. Ja go w ostatnim okresie
przed zaginięciem wyrzucałem z baru, bo podpijał piwko klientom, gdy ci
wychodzili do toalety.
Od morderstwa Iwony Cygan był w moim barze kilkukrotnie. Nigdy nie
słyszałem, aby wypowiadał się, że posiada jakieś informacje w sprawie
tego zabójstwa. Słyszałem oraz czytałem w gazecie, że Tadeusz D. miał
się na ten temat wypowiadać w mojej restauracji. To jest nieprawda i nigdy czegoś takiego nie słyszałem. Pytałem też mojego personelu, czy
czegoś nie słyszeli o takiej wypowiedzi. Oznajmili mi, że nic takiego
nie miało miejsca. Moim zdaniem ludzie to sobie wymyślili".
Na początku maja 1999 roku ciało Tadeusza D. zostaje wyłowione z Wisły w Słupcu niedaleko Szczucina. Sprawę szybko podchwytują media. W "Gazecie
Krakowskiej" ukazuje się artykuł Zwłoki w Wiśle. Wiedział, kto
zabił?1. Dziennikarz opisuje w nim, że krótko przed zaginięciem
Tadeusz D. oświadczył publicznie, iż wie, kto zabił Iwonę Cygan.
W artykule czytamy:
"W styczniu jeden z mieszkańców Łęki Szczucińskiej, w jednym ze
szczucińskich lokali gastronomicznych miał publicznie oświadczyć, że był
świadkiem zabójstwa i wie, kto go dokonał. Zaraz po tym słuch o mężczyźnie zaginął".
Zwłoki Tadeusza D. zostają przewiezione do Zakładu Patomorfologii w Specjalistycznym Szpitalu w Tarnowie. Lekarze nie znajdują na zwłokach
śladów walki. Ich zdaniem nie ma żadnych przesłanek, które mogłyby
świadczyć o tym, że trzydziestotrzylatek był ofiarą zabójstwa.
Fragment protokołu z sekcji sądowo-lekarskiej Tadeusza D.:
"Oględziny i sekcja zwłok Tadeusza D., mężczyzny prawidłowej budowy
ciała, nie wykazały jakichkolwiek zmian pochodzenia urazowego, a jedynie
daleko posunięty rozkład gnilny całego ciała, zaś z procesów chorobowych
samoistnych obecność płynu w obu jamach opłucnowych, a ponadto cechy
przebywania zwłok w wodzie. [...] Biorąc pod uwagę powyższy rezultat
oględzin i sekcji zwłok oraz okoliczności ich znalezienia oraz brak
jakichkolwiek zmian pochodzenia urazowego przyjąć należy, iż
bezpośrednią przyczyną zejścia śmiertelnego denata stało się uduszenie
gwałtowne przez utonięcie.
Badanie sekcyjne nie dostarczyło jakichkolwiek dowodów karygodnego
działania ręki obcej. Tym samym przyjąć należy, iż zejście śmiertelne
denata stało się wynikiem nieszczęśliwego wypadku bądź też udanej próby
samobójczej".
Mimo wszystko śledczy ponownie badają, czy śmierć trzydziestotrzylatka
ma jakiś związek z morderstwem Iwony Cygan. Tym razem przesłuchują jego
brata, Zdzisława D., który stwierdza, że Tadeusz mógł coś wiedzieć o zabójstwie siedemnastolatki. Nie jest jednak w stanie sprecyzować, co
dokładnie.
Z zeznań Zdzisława D., brata Tadeusza D.:
"Nie posiadam informacji o tym, że ktoś utopił go w Wiśle, ale
przyznaję, że osobiście wątpię, by Tadek popełnił samobójstwo lub też
utonął wskutek nieszczęśliwego wypadku. Ludzie plotkowali, że zaginięcie
i śmierć mojego brata ma związek z zamordowaniem Iwony Cygan. Przyznaję,
że Tadeusz kilkukrotnie, kiedy wracał do domu wieczorem i był pod
wpływem alkoholu, to mówił, że on coś wie na temat śmierci Iwony Cygan.
Kiedy pytałem go o szczegóły, to powiedział, że jak wieczorem wracał do
domu pijany, to w pobliżu stacji kolejowej w Szczucinie zobaczył jakieś
osoby znajdujące się na placu przy stacji, które to osoby na widok Tadka
pobiegły do samochodu i bardzo szybko odjechały. Nie potrafił mi jednak
podać żadnych szczegółów tego zdarzenia, ile było tych osób, kim były,
jaki miały samochód.
Tadek wiązał to zdarzenie z zabójstwem Iwony Cygan. Opowiadał to chyba
także innym ludziom, ponoć chwalił się tym również w barach".
Policjanci nie znajdują jednak żadnych świadków, którzy mogliby ich
naprowadzić na nowe fakty w tej sprawie. Nie udaje się ustalić, komu
faktycznie Tadeusz D. miał mówić o tym, że wie, kim jest zabójca Iwony
Cygan. Nie wiadomo, czy przytoczona przez Zdzisława D. historia miała
miejsce. Nawet autor artykułu w "Gazecie Krakowskiej" stwierdza w trakcie przesłuchania, że zdania w swoim artykule sformułował zbyt
"kategorycznie", a "nie miał do tego podstaw".
Ostatecznie prokuratura umarza śledztwo w sprawie śmierci Tadeusza D.
Jednak plotka o tym, że mężczyzna został zamordowany przez zabójców
Iwony Cygan, zaczyna żyć w Szczucinie własnym życiem.
Również w sprawie zabójstwa Iwony Cygan policjanci z Dąbrowy Tarnowskiej
dochodzą do ściany. W trakcie śledztwa przesłuchują dwieście
pięćdziesiat osób, weryfikują alibi większości podejrzanych, realizują
szereg przeszukań, przeprowadzają badania kryminalistycznie, w tym
osmologiczne, czyli badania zapachowe, oraz biologiczne, porównując
zabezpieczone ślady z materiałem osobowym od osób podejrzanych. Żadne z tych działań nie przynosi jednak oczekiwanego rezultatu.
Śledczym nie udaje się nawet ustalić, kim był chłopak, z którym Iwona
miała się spotkać w barze "U Macha" w dniu morderstwa, i czy do takiego
spotkania faktycznie doszło. Nie identyfikują też mężczyzny, który w nocy 13 sierpnia odwiedził rodzinę G. w Ratajach Słupskich i relacjonował, że widział na wałach zamordowaną nastolatkę. Nie
namierzają pary, która miała iść ulicą Rudnickiego kilka kroków przed
Iwoną. Nie znajdują w końcu ani jednego świadka, który widziałby
siedemnastolatkę po tym, gdy rozstała się z Renatą G. na rynku.
Prokurator Włodzimierz Kumorowski decyduje się 8 lipca 1999 roku umorzyć
śledztwo.
W uzasadnieniu umorzenia śledztwa czytamy:
"Dokonano analizy wniosków płynących z przeprowadzonych ekspertyz
kryminalistycznych, zgromadzonych śladów i dowodów, opinii z sekcji
zwłok oraz oględzin miejsca zdarzenia. Analiza całości materiału
dowodowego zgromadzonego w niniejszej sprawie prowadzi do wniosku, iż
mimo wielu podjętych i wykonanych czynności o charakterze procesowym i operacyjnym, nie zdołano zebrać materiału dowodowego, który mógłby
stanowić podstawę do przedstawienia jakiejkolwiek osobie(om) zarzutu
dokonania przedmiotowej zbrodni. Równocześnie nie zdołano w sposób
niebudzący wątpliwości ustalić motywu zbrodni, jednakże należy z dużym
prawdopodobieństwem przyjąć, że zbrodnia zaistniała na tle seksualnym.
Wydaje się również, że w chwili obecnej wyczerpano dostępne możliwości
dowodowe, wobec czego śledztwo w niniejszej sprawie należy umorzyć.
Pomimo tego w dalszym ciągu będą prowadzone czynności
operacyjno-rozpoznawcze, których czas trwania ograniczony jest jedynie
trzydziestoletnim okresem przedawnienia i w wypadku uzyskania nowych
istotnych informacji oraz ujawnienia nieznanych okoliczności, nowych
źródeł dowodowych bądź dowodów istnieje możliwość podjęcia śledztwa w każdym czasie oraz jego kontynuowania aż do osiągnięcia celu".