Chór
Na zdjęciu z kartoteki chóralnej z 1957 roku Wojtek Krolopp ma małe bystre oczka i karykaturalnie odstające uszy. Jego półprofil można by uznać za poważny jak na dwunastolatka, gdyby nie te uszy. Z kompleksem będzie się zmagał latami, w końcu problem rozwiąże operacją plastyczną. Inny to szwadron krost, pozostałość po młodzieńczym trądziku agresywnym jak ospa. Niczym go nie pokona.
Jerzy Kubis w Liceum im. Marcina Kasprzaka siedział z Wojtkiem w jednej ławce. Pamięta, że krosty Kroloppa szły przed nim. Jeden z nauczycieli zapytał kiedyś:
- Ty musisz bardzo lubić smalec, bo takie krosty to tylko od smalcu.
Mały jest wciąż pod opieką ciotki, choć według prawa nie powinna była zajmować się chłopcem. Otton Krolopp nigdy nie utracił praw rodzicielskich, a ona nigdy ich nie uzyskała. Jednak ojciec nie protestował, gdy mały zniknął, wiedział, że to wola zmarłej żony. Zapewne takie rozwiązanie było mu też na rękę - studiującego starszego syna wyprowadził do mieszkania kochanki, a ona zamieszkała z nim. Przeciwko "porwaniu" Wojtka protestował, ale tylko listownie, choć mógł wsiąść do pociągu i po prostu zabrać syna do Szczecina.
Janka nie chciała mieć ze szwagrem do czynienia. Obciążała go odpowiedzialnością za nieszczęśliwe życie i śmierć siostry. Nie odpowiadała na jego listy. Informacje o Wojtku przekazywała jego gosposi, Michasi.
W 1961 Otton pisze do Janki z pretensjami:
"Dlaczego jeżeli piszecie do Michasi, to kilku słów nie dołączacie do mnie? Dlaczego Wojtuś zostaje w takim duchu wychowanym? Przeciw ojcu? Czemu mego chłopaka tak odwracasz ode mnie? Dla mnie zawsze zostajesz moją dobrą szwagierką. Ja cię lubiłem i chętnie byłem z tobą od najmłodszych lat. Byłem zawsze człowiekiem z humorem, bawiłem towarzystwo, na ogół byłem lubiany, i twój ojciec, i twoja matka mnie lubili, ile wieczorków u was spędziłem, to musiałem twojemu ojcu grać ładne melodie na jakimś instrumencie. Tak wszystko prysło, wszystko minęło, życie nasze leży za nami, należy do przeszłości, pozostały tylko wspomnienia. Chciałbym z Tobą kontakt utrzymać do końca życia, ale tylko jeżeli ten kontakt jest naprawdę szczery. Co u Wojtusia? Od gwiazdki o nim nie słyszałem, a gdy jest ze mną, to co kilka dni pisze do dyrygenta i do Ciebie. Jak w szkole? Dwóje poprawił?".
Szesnastoletni Wojtek wysyła ojcu krótką odpowiedź, co Michasia relacjonuje w liście do ciotki:
"Pan Krolopp z taką uciechą otwierał list, ale kiedy doszedł do tego, gdzie Wojtuś pisze, że nie jest małym dzieckiem i wolałby, ażeby ojciec przesłał mu skarpetki albo pieniądze, to rzucił list i już dalej nie czytał".
Otton nie przysyłał pieniędzy na utrzymanie syna, a ciotka nie prosiła. Wzięła dodatkowy etat nauczycielski, dorabiała korepetycjami.
Jerzy Kubis, kolega Kroloppa z licealnej ławki:
- Przez dłuższy czas nie wiedzieliśmy, że "Ara" od geografii (tak nazywaliśmy Kamińską, bo nie wymawiała "r") to ciotka Wojtka. Traktowała go równie surowo jak resztę. Zawsze w fartuchu, smutna. Nie potrafiłbym opisać jej uśmiechu, bo nigdy go nie widziałem. Po nastroju nauczyciela wiadomo było, kiedy postawi pałę, a ona nie miała nastroju. Wojtek był inny, normalny, może trochę małomówny, ale i liryczny. Pamiętam, jak na polskim przepraszał za swoje rozkojarzenie: "Moje myśli biegną jak strzały z karabinu". I ciągle gadał o tym swoim chórze.
Między ciotką Kamińską a dyrygentem Kurczewskim rozegrał się pojedynek o duszę chłopca.
Kurczewski, ateista, zasłużony członek partii, robi z Wojtka solistę. Chłopak śpiewa na akademii ku czci rewolucji październikowej albo Mao Zedonga, komunistycznego przywódcy Chin:
Oto jest słońca wschód
oto jest radosny słońca wschód,
przyjedzie Mao, towarzysz nasz
wyzwoli chiński lud.
Ciotka Janka prosi małego o wspólny różaniec:
Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego,
Stworzyciela nieba i ziemi,
i w Jezusa Chrystusa,
Syna Jego Jedynego, Pana naszego,
który się począł z Ducha Świętego.
Kurczewski daje Wojtkowi do czytania Poemat pedagogiczny Antoniego Makarenki, epopeję o wychowaniu młodzieży w socjalistycznym duchu, którego bohater ma jasno sprecyzowane cele:
"Żądałem wychowania zahartowanego, mocnego człowieka, który potrafi wykonać również pracę nieprzyjemną i nudną, jeśli wymagają tego interesy kolektywu".
Ciotka daje mu Biblię, opowiada żywoty świętych. Nie zdradza jednak, że jest świecką zakonnicą.
Ta oferta małego nudzi, odrzuca religijne ceremoniały. Nigdy się nie dowie, czy tolerancja ciotki, czy jego upór decydują, że nie idzie do bierzmowania, bo koliduje ono z występami chóru.
Ciotka nie daje po sobie poznać, że boli ją odejście Wojtka od Kościoła. Modli się, by siostrzeniec wrócił na jego łono. Raz tylko spyta go, dlaczego jest coraz dalej od Boga, ale Krolopp nie pamięta, co odpowiedział.
Kiedy prowadziła siostrzeńca do Kurczewskiego, musiała wiedzieć, z kim ma do czynienia. Wybrała go, choć mogła zaprowadzić do Stefana Stuligrosza, dyrygenta innego słynnego chóru - Poznańskie Słowiki, który działał wówczas przy filharmonii. Stuligrosz cieszył się większą niż Kurczewski estymą. Nie wstąpił do PZPR, a dowody oddania wobec Boga płynęły z jego ust podczas każdego wystąpienia. Śmiano się, że bywają dłuższe niż same koncerty.
Kurczewskiego władza "używała" jako przeciwwagę dla Stuligrosza. Wedle kanonów rozmodlonej ciotki to Stuligrosz był więc idealnym pedagogiem dla jej siostrzeńca. Trudno wyjaśnić, dlaczego oddała Wojtka do chóru związanego z partią, ale jej życie z nim będzie pełne niezrozumiałych sprzeczności.
Po jednej z nielicznych wizyt Wojtka w Szczecinie brat Zygmunt, który studiował medycynę, napisze ciotce o niepokojących sygnałach zmian zachodzących w osobowości chłopaka:
"Wydaje mi się, że ciocia zbyt idealizuje Wojtusia, uważa go nadal za biedne bezdomne dziecko, skrzywdzone przez los i ludzi. Gdy pięć lat temu odwoziłem Wojtusia do Poznania, los jego był nie do pozazdroszczenia. Prócz cioci i w mniejszym stopniu mnie nie miał żadnej ludzkiej istoty, która w jakikolwiek sposób podałaby mu pomocną dłoń. Był wtedy miły, pokorny, był zresztą jeszcze mały. Teraz sytuacja zmieniła się radykalnie. Wojtuś wyrobił sobie nie byle jaką pozycję w chórze, gdzie czuje się jak u siebie w domu, a dom cioci stał się jego domem. Ponadto, jak z ostatnich moich obserwacji wynika, stał się pewny siebie, arogancki, nieprzyjemny i potwornie nieuczynny".
Zygmunt opisuje koniunkturalne zachowanie brata i ma pretensje, że ciotka małemu pobłaża:
"Otóż Wojtuś ma wstrętny, służalczy charakter. Tam, gdzie widzi zysk lub możliwość zysku, tam kuli ogon między łapki i łasi się [...]. Powiem cioci bez ogródek, że co roku pracuję na koloniach. Z różną młodzieżą człowiek się stykał, ale takiego obrażałę jak Wojtuś widzę po raz pierwszy. Zaznaczam przy tym, że była to młodzież z różnych środowisk, byli tacy, co przeszli naprawdę wiele, znacznie więcej niż Wojtuś, żaden z nich jednak nie był tak nieprzyjemny. Przecież on ma u cioci bardzo dobre warunki, jestem przekonany, że wielu jego kolegów ma gorszą opiekę i gorsze warunki, czy oni wszyscy też są tacy?
Pisze ciocia, że brak mu rodzinnego ciepła. Przecież ma je z pewnością u cioci. Wiem, że otoczenie darzy go sympatią. Gdy przyjeżdża do Szczecina, witany jest z radością. Co z tego, kiedy zachowaniem swoim wszystkich odpycha, a każdy jego wyjazd połączony jest z niemiłym dysonansem".
Kamińska nie karci siostrzeńca, list wyrzuca. Robi to pewnie jednak po lekturze kolejnego fragmentu, w którym Zygmunt przedstawia poważniejszą sprawę, dotyczącą niejasnych relacji łączących młodszego brata i Kurczewskiego.
"Rozumiem przyjaźń, bo sam miałem i mam przyjaciół z prawdziwego zdarzenia. Rozumiem także, że młodzi chłopcy chcą widzieć nieraz w takim przyjacielu ideał, że gloryfikują go, tym bardziej że jest on starszy i jest przełożonym chóru. Istnieją jednak pewne granice, gdzie kończy się przyjaźń, a zaczyna coś, czego nie można wziąć za normalne zjawisko.
Nie wiem, czy ciocia podziela mój pogląd na to zagadnienie, ale przecież ani zachowanie Wojtusia, ani tym bardziej owego mitycznego dyrygenta nie jest zupełnie normalne. Może nie mam racji, ale nie podoba mi się fakt, że Wojtuś całymi godzinami przesiaduje u dyrygenta. Rozumiem - wspólne zainteresowania, telewizor, ale to, że Wojtuś drzemie sobie tam nieraz, tego niezupełnie rozumiem. A już zupełnie nie widzi mi się ta wspólna wycieczka w Tatry.
Proszę nie myśleć, że jestem przeczulony, niepotrzebnie podejrzliwy. Zresztą ciocia także miała pewne wątpliwości dotyczące tego właśnie zagadnienia. Czyżby podejrzenia rozwiały się już? Może były ku temu jakieś konkretne przyczyny, jakieś fakty mogące rzucić na tę sprawę światło. Choć w mojej praktyce życiowej, a także ściśle medycznej zetknąłem się niejednokrotnie z pewnymi zjawiskami o podłożu erotycznym, ale wynaturzonymi, których źródeł szukać należy w patologii, to jednak nie mam pod tym względem takiego doświadczenia, by móc wyciągnąć autorytatywne wnioski. Dlatego przed tym, zanim ciocia zgodzi się na ów wyjazd w góry, z dyrygentem, może dobrze byłoby poradzić się kogoś, kto lepiej od nas potrafiłby ocenić aspekty tego zagadnienia. Może Krysia? Jest psychologiem i z pewnością ma duży zasób wiedzy także i na taki temat".
Prosząc o konsultacje z Krysią, Zygmunt ma na myśli Krystynę Dembecką, która poleciła wysłać małego Wojtka do chóru.
Czytam jej ten list.
- Janka nigdy mi o tym nie mówiła, nie dzieliła się wątpliwościami, choć to bardzo dojrzały list. Zygmunt coś wiedział, ostrzegał ciotkę. Miała szansę zareagować. A może to ja? Mam wrażenie, że to zaczęło się ode mnie, że pchnęłam Kroloppa do tego chóru. Chęci miałam przecież dobre, prawda? No, ale wiadomo, co takimi chęciami jest wybrukowane.
"Po prostu, gdy obserwuję tę ich przyjaźń, nie wszystko tu wydaje mi się zupełnie jasne - pisze dalej Zygmunt. - Chodzi mi tylko o Jego dobro. Bo lepiej na zimne dmuchać, niż...! Sprawę Wojtusia, a zwłaszcza jego stosunku do dyrygenta, poruszam dlatego, że boję się o to, by za ową przyjaźnią nie kryło się coś zupełnie innego. Uważam, że mam nie tylko prawo, ale i obowiązek wglądania w te sprawy i dzielenia się swymi myślami z ciocią, dlatego mam nadzieję, że zrozumie ciocia moje intencje".
Ciotka nie tylko nie reaguje na list starszego siostrzeńca, ale drze go wzdłuż, wszerz i wrzuca do zimnego pieca. Wojtek to widzi i ukradkiem wyjmuje strzępy. Skleja je szarym plastrem. Ale ciotka jeszcze nieraz odrzuci przykre doniesienia rzeczywistości.
- Z jednej strony zawierzała bardzo modlitwie - opowiada mi Dembecka. - Z drugiej była osobą racjonalną, wykształconą, pedagogiem. Tym trudniej pojąć jej zachowanie.
Zofia Kucharczak, uczennica ciotki, długo zastanawia się, gdy pytam, czy powierzyłaby jej syna na wychowanie.
- Po tym wszystkim, co dzisiaj wiem, to nie. Wprawdzie kochała Wojtka małpią miłością, mówiąc, że taki biedny, niekochany, bez matki, ale jednocześnie za bardzo mu pobłażała. Nigdy się na niego nie złościła. Nawet gdy gdzieś poszedł bez pytania, mówiła, że zniknął, i na spokojnie, bez emocji szła go szukać. Była tak inteligentna, że powinna była zdusić w nim przerost ambicji, jak robiła to z nami, uczennicami. Ale jego wyłącznie chwaliła za to, że pnie się coraz wyżej w chóralnej hierarchii.
Zygmunt dzielił się z ciotką wiedzą, którą miał od brata, zwierzającego mu się podczas wizyt w Szczecinie. Na ile szczere były te zwierzenia, Wojciech Krolopp dziś już nie pamięta. Pamięta za to "drzemki" z dyrygentem.
- Byliśmy na kolonii chóru w Kobylnicy. Miałem czternaście lat. Przyszedłem do Kurczewskiego, gdy leżał w łóżku, po ogłoszeniu ciszy nocnej. Było chłodno, wpuścił mnie, włożył rękę w majtki i onanizował. Chciałem się odwzajemnić, ale odmówił. Wiem od niego, że takie kontakty miał też z innymi chórzystami. Mówił mi, bo miał pełne zaufanie, traktował jak syna. Dwa dni później wróciłem do jego łóżka, bo mi się podobało, ale on już tego nie chciał. Nigdy więcej tego nie powtórzył, ale też nie kazał trzymać w tajemnicy. Wydawało mi się to naturalne, że dyrygent ma do tego prawo. I że między sobą również możemy to robić.
Wspomnienia Kroloppa mogą nie być wiarygodne. Jednak podobne opowieści pojawiają się we wspomnieniach innych chórzystów. M., którego uwiódł pewex i oddawał się Kroloppowi, powie mi, że Kurczewski bywał gościem w pokojach chłopców.
- Przychodził po pijaku i mówił: "Podnieś koszulkę, pokaż brzuszek", spodnie ściągał, ale u Jerzego inaczej to postrzegaliśmy, bo był wielkim artystą, dobrym człowiekiem. Nie był zdolny do niczego więcej. Ot, tylko sobie podotykał, nieszczęśliwy alkoholik, który przed próbami wlewał do ust wodę kolońską, by nie było czuć wódki. Nie dam złego słowa o nim powiedzieć, bo był wielkim artystą, jak inni wielcy, którzy brali opium, a dzisiaj ich obrazy idą za miliony. A Krolopp to zwykły pedofil.
W czasie letnich kolonii młody Krolopp grał w butelkę na rozbieranego, dyktowali sobie polecenia pisane na kartce. Pamięta takie:
- Idź do łazienki, spuść się na talerz i pokaż. Brał w tym udział jako mały chórzysta, a potem domorosły opiekun, zwany kwartetowym. Nie miał wcześniej doświadczeń seksualnych, nie licząc zabaw z rówieśniczką na podwórzu w Szczecinie i penisa pod prysznicem, którego zapamiętał z pobytu w zakładzie psychiatrycznym.
Chór chłopięco-męski, do którego trafił dwunastoletni Wojtek, swoją jednorodną, męską naturę czerpał z tradycji Kościoła i zasady mulier taceat in ecclesia -"kobieta milczy w świątyni". Wysokie, kobiece głosy zastępowano więc chłopięcym, delikatnym dyszkantem, który trwa ledwie kilka lat, do mutacji.
Historia tych chórów sięga XIII wieku, gdy przy kościele w Lipsku powstał pierwszy w Europie chór chłopięcy. Nie tylko w nich śpiewali, ale też pobierali nauki w przykościelnych szkołach. Śpiewał w takim chórze Jan Sebastian Bach, twórca najpopularniejszych oratoriów i kantat na głosy chłopięce.
W Polsce już od XVI wieku chóry powstawały na królewskim dworze i przy kościołach. Jeden z pierwszych działał właśnie w Poznaniu, przy katedrze. Chóry mają hierarchiczną, uporządkowaną jak w wojsku strukturę. Chłopcy śpiewający altami lub sopranami stoją zawsze na dole, a nad nimi mężczyźni śpiewający barytonami lub basami. Dyrygent, jak usłyszę od śpiewaków Kurczewskiego, to autorytet, dowódca, stojący przed nimi i zarządzający głosami wedle swojej interpretacji. Tu nie ma demokracji ani miejsca na swobodną kreację. Utwór wychodzący z gardeł ma brzmieć tak, jak wymyślił to dyrygent. Osobną grupą, cieszącą się estymą, ale i będącą obiektem zazdrości zespołu, są soliści - chłopcy lub mężczyźni obdarowani przez naturę wyjątkowo pięknym głosem.
Krolopp już kilka miesięcy po wstąpieniu do chóru został solistą, ale wedle jego ówczesnych kolegów być może bardziej ze względu na ojcowski stosunek Kurczewskiego niż wrodzony talent. W czasie wyjazdów opiekę nad dziesięcio-, dwunastoletnimi chłopcami sprawują kwartetowi, piętnasto-, osiemnastolatkowie. Każdy odpowiada za czterech chłopców.
Krolopp również był kwartetowym. Jego podopieczni wspominają jego odpychający wygląd. Krosty trądzikowe goją się paskudnie, dziurawiąc buzię, zniekształcając brodę. Odstające uszy, długi nos, małe oczy. Po ojcu odziedziczył skoliozę kręgosłupa, która wypycha jedną z łopatek i zmusza do maskowania garbu luźnymi, o rozmiar większymi ubraniami. Garb przekrzywia sylwetkę, jedno z ramion opada - wygląda na nienaturalnie długie. Krolopp przypomina Quasimodo, bohatera Hugo z powieści o katedrze Notre Dame, który ucieka przed światem. Tylko dłonie Krolopp ma delikatne, prawie kobiece, z długimi palcami.
W Warszawie, dwa lata po erotycznym incydencie w łóżku dyrygenta, chór Kurczewskiego występuje dla Nikity Chruszczowa, pierwszego sekretarza radzieckiej KPZR. Chórzyści nocują w Domu Chłopa. Szesnastoletni Krolopp śpi w pokoju obok A., swojego równolatka. Nie pamięta, kto wyszedł z inicjatywą. Młodemu Kroloppowi się podoba, czuje, że w łóżku, gdy gaśnie światło, każdy jest taki sam. Że i on może wywołać u kochanka podniecenie. Następnego dnia chce powtórki, ale kolega odmawia.
Rok 1964. Chór Kurczewskiego występuje w NRD. Przemysław Świętek ma wtedy trzynaście lat, ale jest dużym chłopcem i pełni funkcję kwartetowego. W nocy wchodzi do jednego z hotelowych pokojów, żeby sprawdzić, czy maluchy śpią. Widzi, że na jednym z łóżek siedzi dziewiętnastoletni Wojtek Krolopp. Trzyma rękę pod kołdrą, w okolicach genitaliów dziewięcioletniego chłopca. Maluch płacze.
- Co ty robisz!? - pyta Świętek. Nigdy wcześniej nie widział podobnych zachowań Kroloppa. Bije go po głowie, każe się wynosić. Następnego dnia o zdarzeniu melduje Kurczewskiemu. Obecni są przy tym także żona dyrygenta i Jerzy Ziołek, współpracownik chóru. Kurczewski macha jednak ręką, sprawy nie ma.
Rok później w autokarze Świętek widzi, jak Krolopp obejmuje innego dziewięciolatka, który niezdarnie się broni. Trzyma rękę między nogami dziecka.
- Znowu chcesz w łeb? - pyta. Krolopp zdejmuje chłopca z kolan i odchodzi.
Świętek wiedział, że naraził się śpiewakowi, który miał w chórze szczególną pozycję. Został odsunięty od wyjazdów, w końcu odszedł z chóru. Zmarł w 2011 roku. Nie zdążyłem z nim porozmawiać. Jego relację znam z zeznań złożonych przed policją w 2003 roku, już po zatrzymaniu Kroloppa.
Jerzy Ziołek, dziś blisko dziewięćdziesięcioletni, dawny współpracownik Kurczewskiego, który miał być świadkiem skargi na Kroloppa, nie chce rozmawiać, rzuca słuchawką.
Maria, była żona Świętka, poznała go, gdy śpiewał już w innym zespole.
- Kiedy później widział sławnego już Kroloppa w telewizji, przełączał na inny program. Kiedy urodziłam syna, powiedział mi: "Nigdy nie damy go do szkoły chóralnej".
Krolopp nie był jedynym członkiem chóru, który grasował wśród dzieci. Miał jednak u Kurczewskiego, jak się okaże, szczególne względy. W marcu 1964 nakryto w chórze innego pedofila. Kurczewski sporządził wewnętrzną notatkę, która nigdy nie ujrzała światła dziennego. Opisał w niej skargi dwóch trzynastolatków. Miał ich molestować dwudziestotrzyletni opiekun śpiewający w chórze męskim głosem.
"Dopuszczał się czynów niemoralnych" - napisał Kurczewski i dodał, że śpiewak przyznał się do winy. "Zażądaliśmy jego natychmiastowego odejścia z chóru. Poinformowałem o tym fakcie sekr. Podstawowej Organizacji Partyjnej towarzysza Wiesława Kisera. Piotr [nazwisko] przestał być pracownikiem naszego chóru. Zobowiązujemy się do skłonienia go do odejścia z zawodu nauczycielskiego, a w przypadku odmowy z jego strony do końca miesiąca kwietnia powiadomię władze oświatowe".
Molestującym opiekunem wskazanym w dokumencie z nazwiska był Piotr S., który śpiewał w chórze Kurczewskiego od 1952 roku, od jedenastego roku życia.
Roman Klamycki, chórzysta z tamtego okresu, pamięta, że na S. mówiono "Piotruś Pan".
- Był po prostu kompletnie zdziecinniały. Pewnego dnia po prostu zniknął z chóru.
Molestowani przez Piotra S. chłopcy już nie żyją, podobnie jak Kurczewski i wspomniany w notatce towarzysz Wiesław Kiser. Jest w niej mowa o świadku, Janie Nowickim, wówczas drugim dyrygencie chóru. Nie chciał ze mną rozmawiać. Powiedział tylko, że jego podpis, który figuruje w notatce, nie zmienił się przez lata. Tym samym potwierdził prawdziwość swoich zeznań.
Pedofilskie skłonności Piotra S. nigdy nie wyszły na światło dzienne. Kurczewski, jak sądzi Krolopp, bał się, że cała sprawa uderzy w chór. Po wyrzuceniu mężczyzna dostał pracę w Centrum Kultury "Zamek" w Poznaniu. Pracował tam, także wśród dzieci, przez ponad pół wieku.
Chętnie zgadza się na rozmowę, mówiąc, że chór Kurczewskiego był dla niego "jak rodzina".
Niewysoki, dobrze zbudowany jak na swoje osiemdziesiąt lat, siwe, krótkie włosy, otwarty, przynajmniej w gestach. Ubrany modnie, sportowo, w nowoczesnych okularach. Siedzimy w restauracji poznańskiego Centrum Kultury "Zamek", w którym pracował jeszcze przed dziesięcioma laty, nim odszedł na emeryturę. Nie przeczuwa, że rąbek kartki wystający z mojego notesu, któremu się przygląda, to notatka Kurczewskiego.
- Najmocniej przepraszam, ale nie czekałem, zamówiłem już sobie kawę - uśmiecha się promiennie. Nim poszedłem na to spotkanie, dowiedziałem się, że miał problemy z sercem. Słuchając jego wspomnień z chóru, z lat pięćdziesiątych, który "był jego drugą rodziną", obmyślałem sposób, jak delikatnie zadać kluczowe dla mnie pytania.
- Czytał pan wczoraj o Jurku Kurczewskim? W "Głosie Wielkopolskim" pisali z okazji piętnastolecia jego śmierci. Pięknie... - Uśmiecha się. - Jurek tyle dobrego nam przekazał, o ludziach, życiu. Potrafił nam być ojcem, a jeszcze jego matka, na którą mówiliśmy "ciocia". Taka wielka rodzina w podróży. Rodzice wozili mnie na dworzec na kolonie. To była szkoła życia. Pięknie. Nawet moja mama jeździła, by pomagać "cioci" w kuchni. Och, tylu moich kolegów już odeszło z tej wielkiej, pięknej rodziny "Kurczaków". Pamiętam do dziś... No i muzyka, która była i jest dla mnie wszystkim. Jest taki kawałek, który śpiewamy na zjazdach chóralnych, Zgodnym chórem bracia...
pieśń niesiemy wam tę,
co serca wiedzie
do radości bram
Ładny tekst, prawda? A zarazem taki triumfalny:
niechaj brzmi jak dzwon
naszej pieśni ton...
kto chce tu po pracy
mile spędzić czas
niechaj zgodnym chórem
śpiewa z nami wraz.
Uśmiecha się, jakby chór pozostawił w nim tylko dobre wspomnienia.
Pytam o lata sześćdziesiąte. Macha ręką. Wtedy chór go już nie interesował, był już wtedy tylko pomocnikiem. Nachylam się, bo słabo słyszy. Pytam, czy w 1964 roku stało się coś przykrego. Marszczy brwi, znów macha ręką, ale okulary poprawia z niepokojem.
- Aaaa tam, ludzie różnie mówią, ale ja nie wchodzę w to...
Wyciągam notatkę Kurczewskiego, proszę, by przeczytał. Czyta. Podnosi wysoko ręce, jakby chciał się poddać, głos mu drży.
- Wie pan co, to tak dawno było, nie chcę... Proszę nie żądać komentarza.
- Co tam się wydarzyło? Dlaczego Krolopp przetrwał, a pan nie?
- Proszę mnie nie ciągnąć za język. To było pięćdziesiąt lat temu. Ani słowa nie powiem. Jestem normalnym człowiekiem, żonatym. To jakaś sprawa brzydka, nie pamiętam dokładnie. To nieważne dla historii chóru. Nie miałem żalu do Jurka, to przecież jego żona załatwiła mi potem pracę tu, w Zamku.
Dochodzi do siebie, gdy milczę. Powtarza: "po co, po co". Dopija kawę.
- Po co wyciągać brudy, które mogą zepsuć atmosferę?