Mądre matki, dobre żony. Kobiety w Korei Południowej - Małgorzata Sidz

Kup ebooka

36.00 zł
27.72 zł (27,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PIERWSZE KROKI

Za pierwszym razem do Korei Południowej trafiłam trochę przypadkiem. W 2015 roku otrzymałam grant naukowy na Akademii Studiów Koreańskich (AKS) w podseulskim Seongnam. Przyjechałam wypełniona suchą wiedzą ze studiów magisterskich w Finlandii, nieprzygotowana na zderzenie z koreańską rzeczywistością. Pięć dni w tygodniu, po sześć godzin dziennie uczyłam się języka i pisałam pracę magisterską. Profesor Kim Keong-il, który został moim promotorem, wybrał mój projekt na temat reprodukcji macierzyństwa w Japonii i Korei Południowej. Kto wie, gdyby nie on, może nie zakochałabym się w koreańskim jedzeniu, filmie, górzystym krajobrazie, nie otworzyłabym się na tamtejszych ludzi i ich kulturę, a bez tego wszystkiego nie wyobrażam sobie, kim bym dzisiaj była.

Fińska Ambasada Korei Południowej sporo inwestowała w popularyzację rodzimej kultury. Finansowała wydarzenia kulinarne dla studentów, fundowała nagrody na konkursach krasomówczych, kolacje w koreańskich restauracjach, wysyłała nam filmy i zapraszała na uczty na terenie placówki. Przy okazji prezentowała nam włas­ną wizję historii, w której naród koreański był ofiarą niekorzystnego położenia geograficznego, klęsk żywiołowych, a przede wszystkim okrutnej natury swoich sąsiadów. Brzmi znajomo?

Mieszkając w Korei Południowej, szybko się przekonałam, jak podobne są nasze narody. Koreańczycy są gościnni, hojni, czyta się z nich jak z otwartej księgi. Są zdeterminowani, pracowici, lojalni. Ważna jest dla nich rodzina. Łączy nas też zamiłowanie do alkoholu, będące naszą zgubą. I może tylko tym się różnimy, że mimo tysiąca trudności, które musieli pokonać, Koreańczycy wciąż są uśmiechnięci.

Kiedy będziecie czytać opowieści o Koreankach, które narzekają na mężów, dzieci, społeczeństwo i wodę w kranie, nie wyobrażajcie ich sobie jako delikatnych istot, którym coś narzucono i które bez słowa noszą swój krzyż. Te kobiety są silne, wesołe, głośne, pewne siebie. Próbują pogodzić swoje marzenia z rzeczywistością, w której żyją. Jak każdy z nas. Niektóre poznałam, szukając materiałów do pracy magisterskiej. W trakcie naszych pierwszych rozmów starałam się trzymać wcześ­niej przygotowanego schematu, najciekawsze działo się jednak na marginesach. Wiele z tych relacji kontynuowałyśmy po wywiadach. Moje nowe przyjaciółki zapraszały mnie do restauracji, na kawę, do kościoła. Słuchałyśmy Bacha, wymieniałyśmy maile, robiłyśmy razem naleśniki (no dobra, to one je robiły). Z niektórymi udało mi się spotkać lub porozmawiać po latach. Z kilkoma do tej pory utrzymuję kontakt.

Wiele z nich poznałam, kiedy trafiłam ponownie do Seulu w 2022 roku, starsza i, mam nadzieję, mądrzejsza. Ze świeżą głową, otwartością i gotowością na wszystko. Kiedy tylko wysiadłam na głównym dworcu i minęłam pierwszy sklep z kolorowymi pluszowymi przyjaciółmi z LINE, zjadłam pierwszy ryżowy trójkącik nadziewany tuńczykiem z majonezem i odgarnęłam czerwoną materiałową firankę w oknie autobusu, miałam wrażenie, że wróciłam do domu. Chodziłam po Seulu dawnymi ścieżkami i tworzyłam nowe. Cieszyłam się, znajdując dawne ulubione knajpy i wdychając zapach księgarni Kyobo. Czułam się, jakbym była tam pierwszy raz, ale i tak, jakbym nigdy stamtąd nie wyjeżdżała.

Oba te wyjazdy były mi potrzebne. Najbardziej potrzebny był jednak czas pomiędzy nimi. Sama stałam się dorosłą kobietą, nabyłam doświadczenia, zaczęłam patrzeć na świat z innej perspektywy. Moje przyjaciółki wzięły śluby, urodziły dzieci, niektóre się rozwiodły. Kiedy rozmawiałam z Koreankami w 2022 roku, rzadziej czułam się jak dziewczyna z zainteresowaniem słuchająca starszych koleżanek, a częściej jak kobieta rozmawiająca z drugą kobietą.

O kobietach zwykle pisze się w kontekście rodziny, macierzyństwa, czasami przemocy seksualnej albo problemów na rynku pracy, o mężczyznach natomiast z uwzględnieniem wszystkich aspektów ludzkiego doświadczenia. Pisząc kolejne rozdziały, zastanawiałam się czasami, jak bardzo są "kobiece", a jak bardzo po prostu "koreańskie". Ja też piszę o rodzinie, macierzyństwie i wszystkim tym, co kojarzy się z tematem kobiet, ale chcę wierzyć, że oddaję szerszy kontekst społeczny, który pozwala zrozumieć ich życie. Życie kobiet, które czasami muszą mierzyć się z takimi samymi wyzwaniami jak mężczyźni, choć często niosą na barkach większą odpowiedzialność i mają mniejsze możliwości.

Poznajcie moją Koreę Południową i jej mieszkanki.

PS: Podobno należy jeść pięć posiłków dziennie. W trosce o wasze zdrowie zostawiam w tej książce pięć przerw na jedzenie. Smacznego!

YOUNG-HEE

"Nigdy nie miałam okazji tak długo mówić o sobie, i żeby druga osoba naprawdę mnie słuchała", powiedziała jedna z Koreanek po naszym spotkaniu. Kobiety polecały mnie sobie nawzajem, bo w parogodzinnych rozmowach widziały coś na kształt darmowej terapii. Cieszyłam się, że mogę się przydać.

Young-hee1 poznałam pierwszego dnia po przyjeździe do Seongnam. Kompletowałam właśnie potrzebne mi rzeczy i kiedy o czymś sobie przypominałam, biegałam do maleńkiego sklepiku w rodzaju naszego Wszystko za pięć złotych. Kiedy wybierałam matę do ćwiczeń, Young-hee zapytała mnie po angielsku, skąd jestem. Zaczęłyśmy rozmawiać o jodze. Poleciła mi książkę koreańskiej joginki, po czym wymieniłyśmy się mailami.

Była moją pierwszą koleżanką z Seongnam. Spotykałyśmy się na kawę, rozmawiałyśmy o ćwiczeniach. Była starsza ode mnie - miała już trzydzieści lat - i imponowała mi doświadczeniem. Jako singielka czuła się samotna, ale nie mogła przekonać się do koreańskich mężczyzn. Po czterech latach studiów w Stanach Zjednoczonych wróciła świeżo do Seulu i czuła się jak banan.

- Jestem żółta na zewnątrz i biała w środku - śmiała się.

Spotykam się z nią po latach, tym razem w Seulu. Przeprowadziła się tutaj, żeby być bliżej pracy w korporacji. Teraz już nie pracuje. Krótko po moim wyjeździe wzięła ślub i urodziła dziecko. Od tamtej pory zajmuje się córką i uczy angielskiego w hagwonie, czyli koreańskim centrum zajęć pozalekcyjnych, na które chodzi większość dzieciaków.

Umawiamy się na Apgujeong Rodeo, w najbardziej prestiżowej części Gangnam i Seulu w ogóle. Nie ma tu kolorowych reklam, muzyki ani nawet wesołego gwaru typowego dla tego miasta. Słychać jedynie głośne rozmowy biznesmenów odbierających jeden telefon za drugim. Wielkie, nieprzystosowane do seulskich uliczek samochody z przyciemnionymi szybami stoją zaparkowane na środku przejść dla pieszych, na światłach awaryjnych. Właściciele sączą irlandzką whisky w lokalach ciemnych jak jaskinia, mimo że jest druga po południu i słońce świeci wysoko.

Mijamy kluby "dla dżentelmenów", second handy sprzedające torebki Louis Vuittona i francuską piekarnię, przed którą stoi godzinowy harmonogram wypieku rogalików. W końcu znajdujemy najmniej prestiżową koreańską knajpę, gdzieś na końcu modnej uliczki. Płacimy dużo więcej, niż zapłaciłybyśmy parę kilometrów dalej, w mniej luksusowej części Gangnam.

W Korei Południowej, mimo braku koszy na śmieci, jest czysto, ale nawet najpiękniejsza, najbardziej elegancka restauracja ma zwykle obrzydliwą, cuchnącą starymi rurami łazienkę. Tutaj jest nie inaczej. Oddycham z ulgą, że mimo otaczających mnie akcesoriów Herm?sa i Chanel wciąż jestem w domu.

Young-hee ma teraz trzydzieści sześć lat i o dekadę starszego męża. Poznali się w korporacji. Na początku wahała się między dwoma mężczyznami.

- Tamten mnie rozśmieszał, czułam się przy nim komfortowo. Był ode mnie młodszy i miał dużo energii. Ten, którego wybrałam, jest bardziej flegmatyczny, przywiązany do tradycji, ale ma za to dużo wyższe stanowisko i sporo pieniędzy. Nie było tak, że to jego wybrałam. Po prostu zaszłam z nim w ciążę, więc życie samo zadecydowało. Nie chciałam więcej chodzić na randki, dlatego stwierdziłam, że w porządku, niech już będzie ten. Ale nie jestem szczęśliwa. Mąż jest dobrym człowiekiem, dobrym ojcem, tyle że ma tradycyjny sposób myślenia. Uważa na przykład, że geje są niemoralni i że kobieta nie powinna pracować do trzeciego roku życia dziecka. Nie rozumie, że ja chcę pracować. Pyta, czy chodzi mi o pieniądze. Nie, nie chodzi mi o pieniądze, ale tak jak on jestem człowiekiem, chcę pracować i wychodzić czasem z domu.

Young-hee porzuciła pracę w korporacji, ale trzyma się połowy etatu w hagwonie. Kiedy wychodzi z domu, może zjeść w barze czy restauracji, zrobić coś, co nie jest zajmowaniem się dzieckiem, przewietrzyć głowę. O to codziennie się kłócą.

- Powiedział, że coś jest ze mną nie tak. Codziennie mi mówi, jaka powinnam być, że potrzebuję leków. Poszłam więc do psychiatry i dostałam leki. Ale nadal wariuję. On nie widzi, że to przez niego się złoszczę i krzyczę. Powtarza, że jestem głupia, że mam niskie IQ. Chodzę na terapię, choć nie wierzę w to, że pomoże mi rozmowa z obcym za pieniądze. Jestem jednak gotowa spróbować wszystkiego.

Kiedy poznałam Young-hee, nie spodziewałam się, że będzie mierzyła się z takimi problemami. Była skupiona na karierze i rozwoju, miała przyjaciół z zagranicy, o różnych orientacjach seksualnych.

- Jestem taka otwarta i niekoreańska, a skończyłam w najbardziej tradycyjnym małżeństwie. Kto by się spodziewał!

Mąż Young-hee, jako najstarszy syn, jest odpowiedzialny za rodziców. Po śmierci ojca zamieszkała z nimi jego matka.

- Kiedyś, kiedy się kłóciliśmy, mąż mówił, że powinnam zadzwonić do niej, bo ona na pewno się z nim zgodzi. A teraz teściowa mieszka z nami i zawsze włącza się w nasze kłótnie; mówię mu, że to nasze prywatne sprawy, ale w Korei nie ma czegoś takiego jak prywatne sprawy. Teściowa namawia nas też na drugie dziecko. Długo czekała na wnuki i mąż chciałby mieć syna, zanim matka umrze.

Young-hee wyciąga telefon i pokazuje mi raport z przedszkola. Są tam zdjęcia córki, jej prac plastycznych, informacje o samopoczuciu, interakcjach z rówieśnikami i o tym, co zjadła na obiad. Twarz Young-hee staje się łagodna.

- Dzień jej urodzenia był najlepszym dniem mojego życia. Rodziłam naturalnie. Nie znam gorszego bólu, ale uważam, że trzeba przez to przejść. To jest po prostu coś, co kobieta musi zrobić. Tak jak karmienie piersią.

Sama karmiła piersią przez rok, mimo bólu i pękających sutków. Mówi, że teraz jest od tego płaska jak deska. Po trzech miesiącach od porodu dzwoniła do mamy, że chce się rzucić z okna.

- Moje ciało nie należało do mnie. Córka nie mogła zasnąć bez piersi, co godzina musiałam wstawać i ją karmić. Marzyłam o tym, żeby się wyspać, płakałam. Mojej mamy nie było przy mnie i nie mogła mi pomóc, byłam z tym wszystkim całkowicie sama. O dzieciach wiedziałam tylko to, co wyczytałam w książkach.

Mąż Young-hee nie zmieniał pieluch, nie kąpał córki, nie zabierał jej na spacery.

- Potrafi w weekend spać do południa, bo jest zmęczony po pracy i musi, a ja nie mogę być zmęczona. Nawet w weekendy jestem sama z dzieckiem. Mąż nie angażuje się w wychowanie córki, a mimo to uważa, że wie naj­lepiej, co powinnam robić. Na Zachodzie matka może pójść z koleżankami na prosecco, ale nie w Korei. Wczoraj na przykład otworzyłam sobie piwo, po tym jak położyłam córkę spać, i mąż nakrzyczał na mnie, że jestem złą matką. A przecież sam pije piwo co wieczór.

Young-hee tęskni za Ameryką. Marzy jej się, by córka uczyła się za granicą, gdzie nikt nie będzie jej mówił, że czegoś nie może zrobić, bo jest dziewczynką. Chce, żeby postrzegała siebie nie jako dziewczynkę, ale po prostu jako człowieka. Odkąd wróciła do Seulu, wciąż na nowo przeżywa szok kulturowy.

- Weźmy na przykład to, że można tu bezkarnie komentować cudzy wygląd. Ludzie ci mówią, że wyglądasz na zmęczoną, że utyłaś, że masz napuchniętą twarz.

Young-hee marzy się, by jeszcze pomieszkać za granicą, ale za nic nie chciałaby się rozwodzić i szukać nowego partnera. Ma wiele koleżanek singielek i im nie zazdrości.

- Moja koleżanka chodzi na randki i opowiada, że do trzeciego spotkania jest wszystko wspaniale, wszystko się układa; można mieć nadzieję, że uda się zbudować razem przyszłość, wreszcie on pyta, czy ona zgodzi się być jego dziewczyną. Odpowiada, że tak. Wtedy uprawiają seks i on znika. Tacy właśnie są Koreańczycy.

Young-hee opowiada też o koleżance, która zakochała się w chłopaku bez własnego mieszkania, w dodatku sierocie. Jej matka nie chciała go nawet poznać i kategorycznie zabroniła jej się z nim spotykać.

- Koreańczycy okazują miłość za pomocą pieniędzy, a Koreanki lubią mieć faceta, który by się nimi zajmował. Trzeba się do niego uśmiechać i być słodką. Miałam koleżankę, która miała długie włosy tylko dlatego, że takie podobały się jej chłopakowi. Nie znosiła ich, bo jej przeszkadzały. Teraz zerwała z tym chłopakiem i wreszcie ma takie włosy, jakie jej się podobają. Mówi, że dziewczyna powinna udawać bierną, bo większość mężczyzn takiej szuka. Zwłaszcza na początku trzeba być cichą i spokojną. Nawet jeśli kobieta ma jakieś zainteresowania i pasje, to nie powinna o nich mówić.

Young-hee żartuje, że jest sfrustrowana i "przepełniona han", ale pracuje nad tym, żeby być bardziej taka, jaka powinna być idealna Koreanka.

- Nie chcę być całe życie na prochach. Będę próbowała terapii, rozmowy, komunikacji. Trzeba robić, co się da, żeby się nie rozstać, zwłaszcza kiedy jest dziecko. Małżeństwo to trudna sprawa, szczególnie z kimś, kto do ciebie nie pasuje - śmieje się. - Dlatego trzeba się skupić na pozytywach.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Imiona osób, z którymi rozmawiałam, zostały zmienione, chyba że podaję pełne imię i nazwisko. Nazwy własne i nazwiska osób znanych publicznie pozostawiam w oryginalnej formie.