ROZDZIAŁ 1
ŚWIAT ZA MGŁĄ
Pod koniec lata 1484 roku z Zatoki Lizbońskiej wypłynęły dwa statki, które złapały wiatr w żagle i skierowały się na południe. Były to karawele kapitana Dioga C?o, płynące dalej niż kiedykolwiek odważyły się jakiekolwiek europejskie statki. Król Portugalii Jan II wstąpił na tron z postanowieniem, że wykorzysta epokę odkryć, którą rozpoczął jego słynny stryjeczny dziadek, książę Henryk Żeglarz. Tym, czego szukali Jan i wszyscy inni żeglarze w XV wieku, była morska droga do Indii i Chin. Tego samego roku, w którym Diogo C?o wypłynął z Lizbony, Portugalia oficjalnie odrzuciła propozycję pewnego mało znanego nawigatora, Krzysztofa Kolumba, by spróbować dotrzeć do Indii, przepływając Atlantyk. W 1484 roku uwaga Portugalii skupiała się na Afryce, wielkim kontynencie na południu, wokół którego - jak uważano - wiodła właśnie najkrótsza droga do Indii.
W XV wieku Portugalczycy, tak jak inni Europejczycy, nie wiedzieli o Afryce niemal niczego. Afrykańskie królestwa i ludy, które w czasach starożytnych utrzymywały kontakty z Grecją i Rzymem, od VII wieku zostały odcięte od Europy przez rozwój islamu w Afryce Północnej. Niemal przez tysiąc lat ludzie czarni i biali żyli oddzielnie i w niektórych rejonach Europy ludzie o czarnym kolorze skóry byli postaciami niemalże mitycznymi. Afrykę postrzegano jako krainę zamieszkałą przez straszliwe potwory, gdzie panował słoneczny żar zabójczy dla Europejczyków. Kontynent ten oferował jednak także bogactwa i szerokie możliwości handlowe, a pośrednio także skarby jeszcze większe, płynące z Indii i Chin.
Choć już w połowie wieku XV do Lizbony sprowadzono czarnych Afrykanów, a skarby kontynentu powoli spływały do Portugalii, każde nowe odkrycie rodziło nowe pytania i kolejne zagadki. Mimo kilku ekspedycji żaden podróżnik nie zdołał sporządzić nawet mapy wybrzeża, a wnętrze kontynentu wciąż było zupełną niewiadomą. Ale co najważniejsze, nikt nie wiedział, jak daleko na południe sięga Afryka.
W czasie swojej pierwszej wyprawy Diogo C?o odkrył Kongo, rzekę większą i potężniejszą niż jakakolwiek inna, którą znali Europejczycy. Mimo to nie odnalazł drogi wokół kontynentu. Jak wielka była Afryka? Jakie zagrożenia czaiły się na tym nieskończonym, jak się wydawało, wybrzeżu? Jakie inne wielkie rzeki, dziwne ludy i egzotyczne zwierzęta czekały na odkrycie? Pod koniec 1484 roku dwie karawele Dioga C?o popłynęły na wschód wzdłuż zielonych wybrzeży zachodniej Afryki. Ich bogactwo było widoczne gołym okiem. W ciągu wieków powstały i upadły ogromne królestwa. Miliony ludzi zamieszkiwały bujne lasy, które przecinały szerokie i długie rzeki, mające przyszłym odkrywcom dać możliwość dotarcia w głąb nieznanego lądu. Zbadawszy laguny u ujścia rzeki Niger, żeglarze zwrócili się na południe, minęli wybrzeża Kamerunu i ujście Kongo. Dalej na południu popłynęli wzdłuż wybrzeży dzisiejszej Angoli, znajdując schronienie w naturalnych zatokach, które później miały stać się ośrodkami portugalskiego imperium niewolniczego. Im dalej się zapuszczali, tym bardziej zmieniał się krajobraz. Lasy splątanych figowców i ogromnych baobabów, które u ujścia Konga walczyły o miejsce na brzegu, zaczęły się przerzedzać. Z każdą milą drzewa stawały się niższe, rzadsze i coraz bardziej oddalone od siebie.
Kiedy odkrywcy mijali ujście rzeki Kunene, dostrzegli zieloną wyspę - była ona ostatnią oazą bujnej roślinności, jaką mieli napotkać. Na południe od niej wybrzeże stawało się coraz bardziej opustoszałe. Od brzegów rozpościerały się bezkresne wydmy, a morze żółtego piasku biegło równolegle do zimnego błękitu oceanu. Od czasu do czasu mogli dostrzec w oddali ciemne, posępne łańcuchy górskie, ledwo widoczne przez drżące, upalne powietrze.
Każdego ranka, kiedy lodowate wody południowego Atlantyku dymiły pod wpływem rozpalonych piasków pustyni, brzeg zasłaniała ciężka, szara mgła. Zamglone powietrze było pełne soli, a wybrzeże smagały przenikliwe wiatry, które unosiły piasek, zmieniając kształt wydm i kalecząc twarze marynarzy na pokładzie. Kiedy płynęli dalej i dalej na południe, zobaczyli udające się na gody humbaki oraz płetwy zamieszkujących tamtejsze wody wielkich rekinów. Bliżej wybrzeża natknęli się na foki i orki. W wodach zimnego Prądu Benguelskiego, który dociera do Afryki z Antarktyki, odkrywcy napotkali dziwaczne samogłowy i różne rodzaje żółwi morskich. Na brzegach była jednak tylko pustka, cisza. Opis tego rzadko odwiedzanego wybrzeża z początku XX wieku oddaje jego grozę:
Szkwały i sztormy są częste, nierzadko nadchodzą zupełnie bez ostrzeżenia, z bezchmurnego nieba. Czasami wiatr przynosi piasek z pustyni, i to w dużych ilościach, zapełniając powietrze drobnymi cząsteczkami, które bardzo powoli opadają. Do tego dochodzi ogromny upał. Normalny stan atmosfery wzdłuż wybrzeża powoduje liczne załamania światła, częste są również mgły (...). Bałwany morskie uderzają z zachodu z wielką furią, a przy wybrzeżu niemal zawsze kłębią się fale. Wskazane byłoby danie tej ziemi dobrej przystani (...)[10].
To, co odkrył Diogo C?o, było wybrzeżem dzisiejszej Namibii, Wybrzeżem Szkieletowym. Wydmy, które widział w oddali, były diunami pustyni Namib, kolosalnego pasa ponurych, przybrzeżnych piasków, które rozciągały się na długości niemal 1,3 tysiąca kilometrów, od 50 do 160 kilometrów w głąb lądu i tym samym odcinały interior południowo-zachodniej Afryki od reszty świata.
W styczniu 1486 roku odkrywcy natrafili na niewielką zatokę, zamieszkaną przez setki tysięcy fok. W tym miejscu Diogo C?o i jego załoga jako pierwsi Europejczycy postawili nogi na pustyni Namib. Przed wylądowaniem ostrożnie opuścili na łódź jeden z trzech padra?es, które wzięli z Lizbony. Padra?es były kamiennymi obeliskami, które miały wykute portugalskie godło, datę oraz inskrypcję głoszącą, że ziemia, w której umieszczono słup, zostaje ogłoszona posiadłością króla Portugalii. C?o i jego ludzie postawili wysoki na prawie dwa metry padr?o na wzgórzu nad zatoką, skąd w kraju bez drzew widniał samotnie na horyzoncie, na tle ciemnego, odległego masywu gór Brandberg. Wzniesienie padr?o oznaczało, że ziemia ta przechodziła na własność Portugalii i jej władcy, króla Jana II, ale także wskazywało najdalszy zasięg nieudanej ekspedycji Dioga C?o w poszukiwaniu morskiej drogi do Indii. Nie był to ostatni raz, kiedy Namib rozczarowała i zniechęciła ludzi, którzy chcieli budować imperium.
Sam padr?o przez następne 408 lat miał stać w tym miejscu, w którym postawił go C?o. W 1893 roku został wykopany przez marynarzy niemieckiej floty i zabrany do Europy, by stać się najcenniejszym trofeum Niemieckiej Akademii Morskiej w Kilonii. Dziś, w miejscu znanym jako Cape Cross, setki tysięcy fok, zapewne pochodzących od tych, które przed wiekami powitały Portugalczyków, hałaśliwie wygrzewają się u stóp granitowej repliki padr?o. Przynajmniej w tym miejscu niewiele się zmieniło od chwili, w której łódź Dioga C?o dopłynęła do brzegu.
***
Choć Królestwo Portugalii zaczęło rościć prawa do pustyni Namib, nigdy nie przybyli tu sami Portugalczycy, żeby zniewolić - czy choćby poszukać - nieuchwytnych mieszkańców tej ziemi. W 1520 roku wydano rozkaz zbadania wybrzeża, ale bez żadnych skutków. Namibia była niechcianą nieruchomością: jej wybrzeży nie zamieszkiwały ludne plemiona, z którymi można było handlować, albo które dałoby się wziąć w niewolę, nie płynęły tu żadne szerokie rzeki, nie było złota, przypraw ani kamieni szlachetnych. Była to kraina, z której nikt nie czerpał korzyści - niezamieszkane, mordercze wybrzeże, które tylko wydłużało o kilka tygodni podróż wokół Afryki i czyniło ją niebezpieczniejszą. Późniejszy portugalski pisarz podsumował Namib jednym zdaniem: "Całe to wybrzeże jest bezludną pustynią"[11].
Przez następne cztery stulecia Wybrzeże Szkieletowe i pustynia Namib były niemymi świadkami rozwoju imperiów kolonialnych.
W XVI wieku kapitanowie statków płynących do Indii wokół Przylądka Dobrej Nadziei tak obawiali się tego wybrzeża, że pływali czterysta kilometrów od brzegu, byle tylko uniknąć ukrytych skał i zwodniczych prądów[12]. Odwagę podpływać bliżej mieli tylko ówcześni mistrzowie nawigacji, Holendrzy, udający się do swoich posiadłości w Indiach Wschodnich. Ich żeglarze donosili, że wytężając wzrok, przez mgłę dostrzegali wpatrujące się w ich statki małe, czarne postacie. Holendrzy nazwali ten nieznany lud strand-loopers, "plażowymi biegaczami". Od XV do końca XVIII wieku były to jedyne kontakty między Europejczykami a mieszkańcami południowo-zachodniej Afryki.
Choć europejskie statki od czasu do czasu szukały schronienia w tamtejszych zatokach, podróżujący na nich ludzie nigdy nie odważyli się przeprawić przez pustynię i nawiązać kontakt z tajemniczymi strand-loopers. Jedynymi Europejczykami, którzy wyruszali w tę beznadziejną podróż, byli rozbitkowie ze statków wyrzuconych na brzeg przez Prąd Benguelski. Na oślep błąkali się po interiorze, aż padali ofiarą upałów. Ich wybielone przez wiatry kości dały nazwę Wybrzeżu Szkieletowemu.
Przez krótki moment w latach 80. XVIII wieku wydawało się, że nadchodzi zmiana. Na wybrzeże Namib zwrócił uwagę naród, który zastąpił Portugalczyków w roli największej potęgi morskiej świata. Pod wpływem nieprawdziwych doniesień podróżników, którzy mieli jakoby zapuścić się na ziemie położone na północ od rzeki Oranje (dzisiejszej granicy między Namibią i Republiką Południowej Afryki), komisja parlamentu Wielkiej Brytanii zaczęła zastanawiać się nad tym, jaka rola mogłaby przypaść Namib w brytyjskim imperium kolonialnym. Trzy stulecia bezczynności z pewnością oznaczały, że roszczenia Portugalii wygasły, toteż w wygodnych londyńskich gabinetach członkowie komisji deliberowali, czy Namib nie jest idealnym miejscem na kolonię karną. Parlamentarzyści byli tak bardzo przekonani co do tego, iż Namib można skolonizować, że rozważali nawet, czy tamtejszej ziemi nie zaproponować lojalnym poddanym Korony, którzy uciekli z amerykańskich kolonii po wybuchu wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych.
Do zbadania wybrzeża wysłano statek zwiadowczy "Nautilus", który miał znaleźć odpowiednie miejsce na założenie kolonii. Niektórzy członkowie komisji argumentowali, że południowo-zachodnia Afryka miałaby znacznie korzystniejszy klimat dla skazańców niż Gambia, którą również brano pod uwagę. Brytyjski filozof Edmund Burke, który zasiadał w komisji, twierdził, że ponieważ w Gambii skazańców zdziesiątkowałyby tropikalne choroby oraz ataki tubylców, wyrok zesłania tam byłby równoznaczny z wyrokiem śmierci i stanowiłby "kpinę z okazania łaski"[13]. Gdyby Burke wiedział cokolwiek o Namib, w porównaniu z nią z pewnością uznałby zsyłkę do Gambii za łagodniejszą karę.
W 1785 roku "Nautilus" wrócił ze złymi doniesieniami. Spowite gęstą mgłą i smagane burzliwym morzem wybrzeże Namib nie zmieniło się ani o jotę, od kiedy trzysta lat wcześniej dopłynął tam Diogo C?o. Wysłanych skazańców albo przyszłych kolonistów na miejscu czekałaby pewna śmierć. Brytyjscy więźniowie zostali więc skierowani do Botany Bay i tak rozpoczęła się kolonizacja Australii.
***
Za zamglonymi brzegami Wybrzeża Szkieletowego i wydmami pustyni Namib istniał świat, którego nie wyobrażali sobie ani portugalscy odkrywcy, ani brytyjscy kolonialiści. Była tam, ukryta przed wzrokiem Europejczyków, kraina niezwykłej urody: pełna wysokich traw, wodopojów i gorących źródeł, zamieszkana przez wiele rdzennych afrykańskich ludów. Na centralnym płaskowyżu położonym między pustyniami Kalahari i Namib we względnym dobrobycie mieszkały dziesiątki tysięcy ludzi. Niektórzy zajmowali się łowiectwem, urządzając polowania na wielkie stada niezliczonych antylop springbok, gnu, kudu i zebr. Gospodarka innych opierała się na hodowli bydła, bardzo cennego w ich kulturze. Całe pokolenia pasterzy nie zdawały sobie jednak sprawy z tego, że te wspaniałe zwierzęta nie były wcale ich największym skarbem. Były nim prawie dwa tysiące kilometrów zdradliwego wybrzeża oraz nieprzebyta pustynia, która oddzielała ich do europejskiego kolonializmu.
Samo słowo "Namib" sugeruje jednak, że rozumiano rolę pustyni w długiej historii afrykańskiego Południowego Zachodu. Pochodzi ono z języka khoisan, używanego przez niektóre ludy zamieszkujące południową Afrykę, i oznacza "tarczę". To dzięki tarczy z mgły, piasku i gorąca region ten mógł się rozwijać bez zewnętrznych wpływów. Powstawały imperia, wędrowały całe ludy, tocząc wielkie bitwy i zwyciężając wrogów.
Najwcześniejszymi mieszkańcami regionu był lud San, do dziś nazywany Buszmenami. Dla tego plemienia południowo-zachodnia Afryka była tylko częścią wielkiego terytorium, na którym jego członkowie polowali od tysięcy lat, rozciągającego się od Półwyspu Przylądkowego aż do wielkich jezior wschodniej Afryki. W języku Hererów San znani byli jako Ovokuruvehi, co oznaczało najstarszych na ziemi, gdyż na podstawie naskalnych malowideł i rytów można było wnioskować, że zamieszkują te ziemie od najdawniejszych czasów. Ich skomplikowana sztuka, która wciąż zdobi góry i jaskinie dzisiejszej Namibii, zachwyca. Niektóre malowidła przedstawiają sceny z życia codziennego oraz mistyczne sceny religijnych obrzędów; inne są tylko abstrakcyjnymi przedstawieniami, ale tak żywymi i pełnymi wyobraźni, że biali mieszkańcy RPA, którzy rządzili Afryką Południowo-Zachodnią w latach 1919-1990, byli przekonani, że muszą to być dzieła jakiejś zaginionej cywilizacji białych ludzi[14].
Gdzieś na początku XVII wieku na Południowy Zachód przywędrowała wielka fala ludzi z grupy językowej bantu, do której należało wiele ludów Afryki Środkowej, od Kenii po Kamerun. Przybysze byli pasterzami, którzy wraz ze swoimi stadami szukali na południu nowych pastwisk. Według jednej z teorii byli uchodźcami z terenów objętych wojnami. Około połowa z nich osiedliła się nad brzegami rzek Kunene i Okawango, które dziś stanowią granicę między Namibią i Angolą. Grupa ta, którą miano później nazwać Owambo, zajmowała się rolnictwem, wykorzystując opady deszczu w Angoli, które co roku podnosiły stan wody w Kunene i Okawango, powodując dobroczynne powodzie w basenie Cuvelai[15].
Reszta Bantu powędrowała jeszcze dalej na południe, na żyzne pastwiska centralnego płaskowyżu. Hererowie, którzy przybyli w drugiej fazie migracji, stronili od rolnictwa i pozostali ludem pasterskim. Wiecznie brakującą wodę znajdowali, kopiąc głębokie, obudowane studnie na sezonowych rzekach centralnego płaskowyżu. Osiedlili się na terenie wielkości mniej więcej Holandii. Od pokoleń dzielili się na liczne klany, ale ziemia była u nich własnością wspólną. Rytm ich życia wyznaczały wędrówki i potrzeby stad oraz cykl pór roku na płaskowyżu.
Ich tożsamość opierała się na wierze we wszechpotężne bóstwo Ndjambi[16], które wzbudzało taki szacunek, że między nim a ludźmi nie dochodziło do żadnego kontaktu. Bliżej niego znajdowali się jednak zmarli, święci przodkowie Hererów, którzy mogli wstawiać się u Ndjambi za śmiertelnikami, i to właśnie do nich kierowano wszelkie modły i prośby. W każdej z setek osad Hererów palono święte ogniska, których wieczny ogień miał symbolizować związek między światami żywych i umarłych. Każdego ranka i wieczoru starsi klanu zasiadali przy ognisku i snuli opowieści o przodkach.
Za sprawą religii większość Hererów wiedziała, kim byli ich przodkowie kilka pokoleń wstecz; mimo że nie panował u nich system patriarchalny - prawa dziedziczenia były złożone i skomplikowane. Hererowie byli ludem bez króla, co skłoniło pierwszych Europejczyków do przypuszczenia, że muszą być rozproszonymi resztkami jakiegoś wielkiego, upadłego imperium. Rządzili nimi miejscowi wodzowie. Kiedy jeden z nich umierał, zbierała się rada starszych, która spośród jego siostrzeńców i wujów wybierała następcę. Mimo wielkich odległości między osadami, społeczeństwo Hererów było ściśle związane ze sobą religią i więzami krwi, toteż do starć między różnymi klanami dochodziło bardzo rzadko.
W latach 80. XVIII wieku, kiedy Brytyjczycy rozważali założenie kolonii karnej na pustyni Namib, Hererowie byli już najważniejszym ludem na centralnym płaskowyżu. Szacuje się, że w tym czasie mieszkało ich tam od 30 do 40 tysięcy. Przekonani o swojej sile, tylko nieliczni Hererowie, San czy Owambo mogli śnić o tym, że czas izolacji południowo-zachodniej Afryki może dobiec końca.
***
Zmiana nie nadeszła jednak od strony morza i wcale nie w postaci białych kolonizatorów. Na początku XIX wieku pojawiła się fala afrykańskich najeźdźców, często mieszanej rasy, którzy powoli ruszyli z Półwyspu Przylądkowego na północ, przynosząc ze sobą handel, nowe sposoby życia i nowe sposoby walki. Był to lud Nama, w większości Europy znany pod pogardliwym[17] mianem "Hotentotów"[18].
Nama wywodzili się z genetycznego i kulturalnego tygla, którym w XVIII wieku była holenderska Kolonia Przylądkowa. Wielu z nich pochodziło z mieszania się holenderskich kolonistów z miejscowymi ludami Khoisan, które wcześniej zamieszkiwały Kraj Przylądkowy. Inni byli zbiegłymi niewolnikami Khoisan albo potomkami malajskich niewolników, których sprowadziła tam holenderska Kompania Wschodnioindyjska.
Kultura Nama była tak zróżnicowana, jak ich pochodzenie etniczne. Oprócz khoekhoegowab, charakterystycznego mlaskającego języka Khoisan, większość ludności znała także niderlandzki, którym posługiwali się Burowie zamieszkujący Kraj Przylądkowy. Niektórzy byli chrześcijanami, niekiedy nawet bardzo gorliwymi.
W Kolonii Przylądkowej próbowali związać koniec z końcem, uprawiając ziemię tak daleko od osad białych, jak tylko było to możliwe. Inni stali się banitami, ponieważ żyli z kradzieży bydła Burom i innym plemionom Khoisan.
Mężczyźni i kobiety Nama nie zgodzili się zostać niewolnikami, czy w najlepszym razie bezrolnymi robotnikami na farmach Burów. Ich wyjątkowość i siła brała się jednak bardziej z tego, co przejęli z kultury holenderskiej, niż z tego, co odrzucili. Na początku XIX wieku Nama zaczęli posługiwać się dwoma wynalazkami, które leżały u podstaw potęgi Holendrów - bronią palną i końmi. Niektórzy, jak plemię Oorlam, naśladując Burów, stworzyli uzbrojone konne bandy, znane jako komanda.
W 1833 roku brytyjski parlament przyjął akt abolicji, znoszący niewolnictwo we wszystkich posiadłościach Wielkiej Brytanii na całym świecie. Był to następny krok po rozporządzeniu numer 50 z 1828 roku, nadającym "wolnym, kolorowym ludziom" prawo posiadania ziemi i pracy w Kolonii Przylądkowej. Wielu Burów uważało te prawa za niedopuszczalną ingerencję Brytyjczyków w ich sprawy i w 1836 roku kilka tysięcy z nich opuściło swoje dotychczasowe domy i gospodarstwa, wyruszając na słynny Wielki Trek. Choć większość voortrekkerów skierowała się na północny wschód, gdzie w przyszłości mieli założyć burskie republiki, niektórzy udali się na północ i północny zachód, od czasu do czasu przekraczając rzekę Oranje.
Ziemie, na które przenieśli się Nama, były początkowo niezbadane i bardzo różniły się od żyznych równin Kraju Przylądkowego. Spotykały się tu dwie wielkie pustynie - Namib na zachodzie i Kalahari na wschodzie - tworząc szeroki pas porośniętego krzakami pustkowia. Południowe pustynie, przeorane głębokimi kanionami, pełne są gór oraz wygasłych wulkanów. Człowiek może tam przeżyć tylko dzięki ukrytej pod ziemią wodzie. Kiedy Nama po raz pierwszy zapuszczali się na to nieznane terytorium, szli z psami wytresowanymi w odnajdowaniu podziemnych źródełek. Tam gdzie pies się zatrzymywał, Nama kopali studnie i zakładali osady[19].
Pod koniec wieku, na północ od rzeki Oranje osiedliło się dwanaście różnych grup Nama. Choć łączyły ich dwa wspólne języki oraz wspólna kultura, każda z grup zajęła swoje terytorium. Tam uformowały się klany, na których czele stali wodzowie, zwani przez Burów kapitanami (kapteins). Holendrzy nadali też klanom niebywale poetyckie nazwy. Veldskoendraersowie wzięli nazwę od veldskoen, holenderskiego określenia ich skórzanego obuwia. Rooi Nasie, Czerwony Lud[20], został tak nazwany od charakterystycznego, miedzianego koloru skóry tych Nama, którzy mieli mieszane rasowo pochodzenie. Witboiowie[21] - Biali Chłopcy, jeden z najpotężniejszych klanów - zyskali taką nazwę z powodu białych bandan, które owijali wokół swoich kapeluszy z szerokimi rondami.
Od Burów Nama przejęli także chrześcijaństwo, które zanieśli na północ od Oranje. Kiedy tylko gdzieś się osiedlali, wznosili prosty budynek kościoła i zapraszali europejskiego misjonarza. Może to brzmieć niewiarygodnie, ale tamtejsi misjonarze zawdzięczali swoją pozycję nie tylko temu, że obiecywali zbawienie, ale też dlatego że zajmowali się dostarczaniem najważniejszego towaru pogranicza - prochu[22].
Pismem Świętym oraz prochem strzelniczym kupowali dusze tubylców i wywierali ogromny wpływ na ich kulturę, zmuszając Nama do porzucania resztek ich tradycyjnych świąt i obrzędów. Zachęcali ich to pisania lokalnych konstytucji i czczenia instytucji małżeństwa. Jak pisze namibijski historyk Klaus Dierks, "kampania misjonarzy na rzecz chrystianizacji Afryki nie tylko zmieniała "pogan" w chrześcijan, ale też próbowała zmienić Afrykanów w Europejczyków".
Misjonarze otwierali także szkoły, a elity rządzące Nama i Hererów zaczęły do nich posyłać swoje dzieci i żony. Choć cieszyli się niezaprzeczalnymi wpływami, misjonarze byli jednak wciąż jedynie gośćmi, i to w rękach Afrykanów pozostawały dobra, które naprawdę miały znaczenie: ziemia i bydło.
Było to jeszcze wtedy, zanim na Południowym Zachodzie pojawiły się aparaty fotograficzne, ale dość jasno można sobie wyobrazić tamten świat - krainę krzaczastych pustkowi: zielonych i żyznych w czasie krótkiej suchej zimy, a złoto-żółtych w czasie długiego, wilgotnego lata. Między kanionami i górami ulokowane były małe osady, wzniesione ze zrobionych z błota cegieł. W czasie tych dziesięcioleci, kiedy zachodziły zmiany, całe społeczności oscylowały między tradycjami przodków i burskimi zwyczajami a nowymi ideami z Europy. Miejscowe elity obu ludów, Hererów i Nama, zaczęły ubierać się w marynarki i burskie mundury wojskowe, ale zwykli Hererowie wciąż nosili tradycyjne skórzane spódniczki i dla ochrony przed słońcem pokrywali skórę czerwoną ochrą.
Między osadami rozciągały się bezkresne piaski, na których gdzieniegdzie porozrzucane były wielkie głazy. Te wielkie odległości pokonywano wozami zaprzężonymi w czternaście, szesnaście albo nawet osiemnaście wołów. Nocami krajobraz urozmaicały ogniska obozowisk, przy których biali kupcy, misjonarze, Nama, Hererowie i San ogrzewali się przed chłodem nocnej pustyni. Cały naród gromadził się przy tysiącach ognisk, opowiadając sobie dawne historie i marząc o bogactwie, trzodach i władzy.
Pokój przerywały od czasu do czasu wystrzały, kiedy uzbrojone grupy prowadziły między sobą wojenki, to zawierając, to zrywając porozumienia. Niekiedy wyruszano na wielkie wyprawy łowieckie, czasami nawet w sile kilkuset osób. Zyski ze sprzedaży skóry i kości na targach Kraju Przylądkowego sprawiły, że zwierzyna zamieszkująca te tereny została zdziesiątkowana niemal równie bezwzględnie jak bizony wielkich amerykańskich prerii dwie dekady później. Na południu i w centrum Afryki Południowo-Zachodniej słonie i nosorożce wyginęły całkowicie[23].
W ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku gospodarka Nama i Hererów ściśle związała się z rynkami Kolonii Przylądkowej. Wielkie stada bydła pędzono na południe, w zamian kupcy sprzedawali Afrykanom broń i proch. O życiu tych handlarzy wiemy niewiele, ale często byli to ludzie ze społecznego marginesu - poszukiwacze, oszuści, a czasem zwykli marzyciele. Dziś, w niedostępnych zakątkach pustyń południa, leżą ich porzucone wozy, a pod piaskiem można znaleźć wybielone przez słońce kości wołów i ludzi.
Wywindowane przez handlarzy ceny sprowadziły na tę krainę europejskie przekleństwo - dług. Mocna brandy z Kraju Przylądkowego, którą ciągnięto na północ - dosłownie, w beczkach - przyniosła także alkoholizm. Społeczeństwo zmieniało się, a stara wiedza, która zapewniała samowystarczalność (na przykład: jak kopać studnie), coraz bardziej ustępowała nowym umiejętnościom: rusznikarstwu, kowalstwu, strzelectwu. W latach 80. XIX wieku Afryka Południowo-Zachodnia była na drodze do w pełni funkcjonującego społeczeństwa kapitalistycznego, a Afrykanie byli takimi samymi kapitalistami jak biali handlarze, z którymi zasiadali przy ogniskach. Był to świat, który pod wieloma względami wyglądał tak samo jak inne, żyjące za Atlantykiem, społeczeństwa pogranicza - Stany Zjednoczone. Afrykanie Południowego Zachodu - uzbrojeni, dosiadający koni, znający język białych - odgrywali rolę zarówno kowbojów, jak i Indian. Obsesję na punkcie posiadania bydła mieli zarówno biali, jak i czarni. Obie strony doskonale rozumiały, jak ważne jest posiadanie ziemi, na której można hodować rogaciznę. Ponieważ jednak nie było żadnych linii kolejowych i bardzo niewiele zatok, poza Wybrzeżem Szkieletowym mieszkało wciąż bardzo niewielu białych. Rejon ten był zaściankiem, jedną z białych plam na mapie Afryki, których nie kontrolowało żadne europejskie imperium. Dla ludzi z Londynu, a nawet z Kapsztadu, życie w interiorze południowo-zachodniej Afryki było taką samą tajemnicą jak życie w głębinach oceanów[24].
[10] Eric Axelson, Congo to Cape: Early Portuguese Explorers, London 1973, s. 84.
[13] Philip D. Curtin, The Image of Africa, t. 1, London 1973, s. 94.
[14] P.I. Hoogenhout, An Abbe and an Administrator, "SWA Annual" 1965, 21, s. 24-25.
[15] Frieda-Nela Williams, Precolonial Communities of Southwestern Africa: A History of Owambo Kingdoms 1600-1920, Windhoek 1991, s. 30-35; Patricia Hayes, Dan Haipinge (red.), Healing the Land': Kaulinges History of Kwanyama, Cologne 1997.
[16] Lud Lele z Demokratycznej Republiki Konga również czci bóstwo zwane Njambi.
[17] Określeniem pogardliwym, bo w języku holenderskim oznaczającym "jąkałów" (przyp. tłum.).
[18] Brigitte Lau, Namibia in Jonker's Afrikaner's Time, Windhoek 1987.
[19] Rozmowy z różnymi starszymi klanów Nama (NAN, NiD/NaDS Accession), z których część została opublikowana w: Casper W. Erichsen, What the Elders Used to Say, Windhoek 2008.
[20] Największy z klanów Nama, w ich języku "Khai, Khaun" (przyp. tłum.).
[21] W języku nama Witbooiowie nazywali się "Khowesin" (przyp. tłum.).
[24] Brigitte Lau (red.), Charles John Andersson: Trade and Politics in Central Namibia 1860-1864, Windhoek 1989; idem (red.), Carl Hugo Hahn: Tagebuecher 1837-1860, Windhoek 1984.