1.0
Los Angeles to ogromna wieloznaczność. To wieloznaczny ogrom. Niemal dziewięćdziesiąt oddzielnych miasteczek zamieszkanych przez ponad dziesięć milionów ludzi i zajmujących powierzchnię ponad dwunastu tysięcy kilometrów kwadratowych, z mnóstwem zacementowanych mokradeł, gór i wąwozów tuż nad oceanem, opuszczonych działek rozłupanych przez trzęsienia ziemi. LA wyprzedza czterdzieści stanów amerykańskich pod względem liczby ludności. Gospodarczo wyprzedza niemal wszystkie, nie wspominając o Arabii Saudyjskiej, Norwegii czy Tajwanie. Wkraczające niebawem w drugą ćwiartkę XXI stulecia, rozlało się, rozprzestrzeniło i rozpleniło, tworząc grząskie megalopolis o tak bezkresnych rozmiarach, że nie sposób ogarnąć go wzrokiem.
To już nie miasto, lecz okręg[1].
To już nie społeczność, lecz strefa klimatyczna.
To już nie metropolia, lecz liczące osiemdziesiąt osiem miast państwo narodowe.
1.1
Los Angeles to tak naprawdę największy w USA organizm polityczny niebędący stanem. Za każdym razem trzeba jednak uściślić, co mają na myśli miejscowi, kiedy mówią "Los Angeles": Obszar Metropolitalny Los Angeles, El Lay czy Southland. Chodzi tu nie o nazwę miasta, tylko o rzeczywiste miejsce. W aglomeracji Los Angeles nie ma nikogo, kto na dźwięk "LA" wyobraziłby sobie tylko Boyle Heights, Śródmieście (Downtown) albo Venice, a zapomniał o Beverly Hills, Compton i Hollywood.
O furgonetkach z micheladas na targu rybnym w San Pedro.
O puszczanych w obieg tacach w kościołach koreańskich w dolinie San Fernando.
O Santa Clarita, San Bernardino, San Clemente.
Z pewnością nikomu nie przyjdzie na myśl Los Angeles usankcjonowane kartograficznie, z granicami wytyczonymi przez stulecia podboju i gwałtownego rozrostu, Los Angeles, które na mapie nie wygląda wcale jak największa metropolia na zachodzie Stanów Zjednoczonych, lecz raczej jak palma przywiana wichrami na zachód.
1.2
Jako idea Los Angeles nie ma sobie równych. Ten najludniejszy okręg najludniejszego stanu to amerykańskie centrum ubóstwa i zamożnych zamkniętych osiedli. Stolica polityki inkarceracji i polityki liberalnej. W ostatnim czasie Los Angeles prześcignęło gospodarczo Chicago i Nowy Jork. Gdy w 1991 roku Joel Garreau pisał w książce Edge City [Miasto obrzeży]: "Każde rozrastające się amerykańskie miasto naśladuje Los Angeles z jego rozczłonkowanymi centrami urbanistycznymi"[2], to w jego stwierdzeniu pobrzmiewało echo słów J. Torrey Connor z jej Saunterings in Summerland [Przechadzki po krainie lata], wydanych w 1902 roku: "Rozbudzona i tętniąca życiem metropolia rozrosła się na północ, na wschód, na południe i na zachód, hen po wzgórza, na których niegdyś vaquero[3] doglądał swoich stad, po żwirowe równiny, gdzie dawniej stała buda Wyrobnika[4], i po rozległe tereny rancza, aż zatarła ostatnie ślady hacjendy wielkiego potentata ziemskiego".
Los Angeles jest obliczem amerykańskiego kryzysu mieszkaniowego, dzieckiem z plakatu interwencyjnego w sprawie głodujących, polem doświadczalnym dla badań nad przerażającą nierównością dochodów. Jest zarazem wielomilionową aglomeracją i permanentnym przedmieściem o dziesiątkach rozproszonych centrów. Według spisu ludności z 2010 roku stanowi najgęściej zaludniony obszar miejski w Stanach Zjednoczonych. Zdaniem urodzonego tu Héctora Tobara, dziennikarza i laureata Pulitzera, Los Angeles staje się dla XXI wieku tym, czym Nowy Jork był dla stulecia poprzedniego: "tyglem, gdzie formuje się nowa kultura narodowa, gdzie najlepiej uwidaczniają się jej kombinacje i sprzeczności".
1.3
Pewnego poranka w 2014 roku, niedługo po tym, jak razem z moją żoną Rachel przeprowadziliśmy się do Los Angeles, potężny biały mężczyzna podjechał do mnie na rowerze i zahamował z gwałtownym poślizgiem. Był spalony słońcem i pokryty warstwą brudu. Jego rower miał rozmiar jak dla dziesięcioletniego chłopca i może zresztą należał niedawno do jakiegoś dziesięcioletniego chłopca. Mężczyzna odezwał się niskim głosem:
- A jakbym nakręcił film Miasto zemsty, tobyś go obejrzał?
- Słucham?
- Jakbym nakręcił Miasto zemsty, tobyś obejrzał?
Nie wiedziałem, co mam powiedzieć.
- Tak po samym tytule to pewnie tak.
- Tak myślałem - odparł z triumfującą wyższością i odjechał.
1.4
Książka, którą trzymasz w ręku, jadąc autobusem bądź siedząc we własnym fotelu z kubkiem herbaty lub czegoś mocniejszego - najlepiej w takich warunkach, w jakich lektura sprawia ci najwięcej przyjemności - to owoc kilku lat wywiadów i artykułów, opis relacji między Los Angeles a jego obywatelami stworzony po to, by wykazać, że stereotypowe myślenie o mieszkańcach tego rejonu i budowanej przez nich społeczności opiera się na błędnej przesłance, jakoby LA było sobie po prostu jednym z wielkich miast w Stanach Zjednoczonych. W rzeczywistości jest ono bowiem czymś zupełnie innym.
Los Angeles od dawna wymyka się wszelkiej klasyfikacji. Trudno jest je opisać. "Dzielnica stara, dzielnica wyrzutków, nędzna, złodziejska"[5] (Raymond Chandler, Wysokie okno, 1942). "Często tłumaczę ludziom, że Los Angeles traci sens, gdy się o nim mówi na głos: to kraina leniwych łowów samochodowych i dziewcząt o włosach barwy merkurochromu" (Lynell George, "Native to the Place", 2001). Dla mnie z kolei to jedyne miejsce w Stanach, gdzie mogę sobie stanąć w dowolnym miejscu i poczuć się, jakbym był w samym środku wszystkiego, a zarazem zupełnie nigdzie. W wywiadzie udzielonym w 1973 roku Joan Didion mówiła o Los Angeles: "Każda minuta to tabula rasa. Takie właśnie ono jest - samo w sobie - bez odniesień do tego, co przedtem i potem. Po prostu TERAZ".
Miasto tygiel. Miasto obrzeży. Miasto zemsty. Próby określania Los Angeles inaczej, niż że jest "samo w sobie", przypominają niekiedy usiłowanie schwytania chmury. Zresztą wyjaśnienie, co to znaczy "w sobie", też jest trudnym zadaniem.
1.5
Czym więc jest LA? Joel Kotkin w artykule opublikowanym w piśmie "Forbes" w 2010 roku obwieścił powrót pojęcia "miasto-państwo". "Ateny, Kartagina czy Wenecja to, owszem, wielkie miasta-państwa z przeszłości, ale wiek XXI najpewniej wykształci nową generację ich bogatych następców". Dziesięć lat później, w samym środku pandemii COVID-19, podobny ton zadźwięczał w artykule opublikowanym w "Le Monde diplomatique": "Wielu włodarzy miejskich jest zdania, że rządy krajowe ugrzęzły w konfliktach ideologicznych i politycznych i nie są już w stanie działać efektywnie - pisał Benoît Bréville - dlatego uważają oni, że miasta muszą zewrzeć szeregi, by stawić czoło własnym niedostatkom".
Według raczej nieostrej definicji miasto-państwo to niezawisły obszar składający się z metropolii i przyległych do niej terytoriów. Przykładem starożytna Sparta. Albo współczesny Singapur. Zanim nastąpił rozkwit nowożytnych państw narodowych, cywilizacje prosperowały właśnie dzięki modelowi miast-państw: Aleksandria, Florencja, mueang[6] Azji Południowo-Wschodniej. W ostatnich czasach dałoby się formalnie zaliczyć do tej kategorii - poza Singapurem - jeszcze Monako i Watykan, może także San Marino. "Forbes" sugeruje jednak, że do grupy miast-państw można by włączyć więcej miejsc, gdyby tylko uwspółcześnić nieco kryteria i zaliczyć do nich: wysoką zamożność, duży port, pranie brudnych pieniędzy, ciekawe muzea o międzynarodowej renomie, zagranicznych gości inwestujących na miejscu duże pieniądze, skuteczną władzę autorytarną, wielojęzyczną obsługę w restauracjach serwujących alkohol czy ambicje organizacji mistrzostw świata w piłce nożnej.
Zwróciłem uwagę na artykuł w "Forbesie", ponieważ od chwili, gdy tu przyjechałem, Los Angeles robiło na mnie wrażenie odrębnego kraju i niewątpliwie spełniało przytoczone przez autora warunki. W bezbrzeżnej przestrzeni kryło się ogromne bogactwo. Prosperowała ludność nieanglojęzyczna. Co do portu - według sprawozdania "Bloomberg News" za rok 2019 LA dominowało w obsłudze amerykańskiej żeglugi morskiej "w stopniu niemal nie do pobicia". Jeśli mowa o nielegalnych transferach pieniężnych, to zastępca prokuratora generalnego Robert E. Dugdale nazwał Los Angeles epicentrum procederu prania narkodolarów. W trakcie pandemii COVID-19, gdy lockdown rozregulował systemy wykorzystywane przez organizacje handlarzy narkotyków, służby federalne skonfiskowały tu w sumie ponad milion dolarów. Zarazem całe połacie miasta przeszły właściwie na własność inwestorów z Azji, Rosji i Bliskiego Wschodu. Muzea LA dołączyły do najlepszych placówek na świecie, podobnie tutejsze restauracje, a i na brak mocnego alkoholu czy marihuany nie można w ogóle narzekać. I wreszcie - Los Angeles zostało wytypowane jako jedno z miast północnoamerykańskich, w których będą odbywać się mecze mistrzostw świata w piłce nożnej w 2026 roku, a zaraz potem zorganizowane zostaną igrzyska olimpijskie, dzięki czemu metropolia stanie się pierwszym miastem amerykańskim, które po raz trzeci gościć będzie latem sportowców z całego świata[7].
Ponadto miejscowa estetyka przywodzi na myśl uwspółcześnioną wersję krajobrazu średniowiecznego: prywatne tereny najeżone systemami obronnymi, przepaść pomiędzy bogatą szlachtą w zamkach (wzgórza) a chłopstwem na polach (równiny). Reyner Banham w książce Los Angeles. The Architecture of Four Ecologies [Los Angeles. Architektura czterech ekologii] z 1971 roku ukuł powiedzenie: "Im wyższy teren, tym wyższy dochód", które nie traci na aktualności. W dodatku wszystko to pogrążone jest w uciążliwym chaosie, niebywale pstrokatym i kuriozalnym w porównaniu z innymi amerykańskimi miastami.
Miasto ekscentryków. Miasto marzeń. Miasto grabieży.
Na dodatek LA to istny dziwoląg na mapie Stanów Zjednoczonych. Trudno tu namierzyć korzenie amerykańskiej tradycji, które decydują o obliczu takich miast, jak Chicago, Nowy Jork czy Boston. Los Angeles to metropolia pozbawiona silnych więzów z własnym stanem, właściwych na przykład relacji Houston czy Austin z Republiką Teksasu[8]. Miami wiążą ścisłe relacje z Ameryką Łacińską, Seattle ma silne kontakty z Kanadą i z Azją Pacyficzną - Los Angeles utrzymuje natomiast rozległe kontakty z całym globem. Wielki kronikarz miasta Carey McWilliams, przywołując myśl Helen Hunt Jackson, nazwał niegdyś Los Angeles "wyspą na lądzie", która jakoby odcumowała od stałego brzegu - a napisał to już w latach czterdziestych zeszłego stulecia.
Przyszło mi na myśl, że może jedyne, czego Los Angeles brakuje, by mogło stać się miastem-państwem, to poczucie skutecznego zarządzania. Niewykluczone jednak, że za sprawą wymieszanych wpływów zarówno władz okręgowych, rządzących miastem polityków, jak i miliarderów ekscentryków mamy tu do czynienia z zupełnie nową formą ładu - nie tyle narzuconą z zewnątrz, ile raczej powstałą w wyniku improwizacji.
1.6
Gdyby Los Angeles było miastem-państwem, to - jak powiedział mi piszący o architekturze futurolog Geoff Manaugh - "wolałbyś nie podejmować formalnej próby udowodnienia tego faktu". Zwrócił bowiem uwagę na jeden problem: otóż pojęcie miasta-państwa zakłada istnienie centrum i peryferii, podczas gdy Los Angeles składa się z wielu centrów, a jednocześnie całe jest peryferiami. Wielu uczonych usiłowało wyjaśnić, jak to możliwe, że Los Angeles w swoim ogromie i różnorodności wymyka się prostym opowieściom. Pisarka i publicystka Roxane Gay, która niedawno kupiła tu dom, jest zdania, że próby nazywania dzisiejszego Los Angeles miastem-państwem są przedwczesne - choć jak sama przyznaje, "niekiedy odnosi się wrażenie, jakby już jednak do tego doszło. Przecież tak wiele obszarów municypalnych uważa się za część LA i tak wiele z nich faktycznie nią jest". Niektórzy wysuwali tezę, że historię okręgu Los Angeles da się w sumie sprowadzić do zbiegających się w jedno opowieści o miasteczku rolniczym, miasteczku pasterskim i mieście rozkwitu. Poza tym twierdzono, że okręg nigdy nie miał poczucia przynależności do stanu - ale czy to naprawdę takie wyjątkowe na zachodniej flance Stanów Zjednoczonych? "Los Angeles od swego zarania stanowiło grupę małych, samowystarczalnych jednostek ekonomicznych, w których mieszkało się, pracowało i robiło zakupy w tej samej okolicy. I w przeciwieństwie do wielu innych metropolii region nadal funkcjonuje w taki sposób" - czytamy w raporcie za rok 2001 sporządzonym przez Ośrodek Badań nad Południową Kalifornią (Southern California Studies Center) i Ośrodek Badań nad Polityką Miejską i Metropolitalną przy Instytucie Brookingsa (Brookings Institution Center on Urban and Metropolitan Policy). David L. Ulin, były szef działu literackiego "Los Angeles Times", we wstępie do Another City [Kolejne miasto], antologii tekstów o Los Angeles, napisał: "Gdy mowa o LA, to sama myśl o uniwersalnej opowieści, która ogarnie całość zjawiska, kompletnie rozmija się z ideą tego miejsca, które przecież rozprzestrzenia się i rozłazi niczym olbrzymia ameba".
Tkanka miejska. Tkanka naftowa. Tkanka fabryczna.
Mike Davis, autor między innymi City of Quartz [Miasto z kwarcu] o historii miasta, stwierdził, że z punktu widzenia finansów terminu "miasto-państwo" zastosować do Los Angeles się nie da, ponieważ jego gospodarka od dawna pozostaje pod kontrolą podmiotów spoza stanu.
- Pod względem ekonomicznym Los Angeles nie spełnia kryteriów miasta-państwa, ponieważ nie jest samowystarczalne - powiedział w rozmowie ze mną.
Zdaniem Davisa, mówiąc o Los Angeles, można się jednak posługiwać terminem "miasto-państwo" w trybie metafory, przede wszystkim ze względu na jedyną w swoim rodzaju administrację. Na czele okręgu Los Angeles, największej podstawowej jednostki administracji lokalnej w całych Stanach, stoi zespół pięciu wybieralnych członków Rady Nadzorczej (Board of Supervisors) - Davis nazywa ich "pięcioma małymi królami" - z których każdy reprezentuje dwa miliony mieszkańców i dysponuje olbrzymią władzą administracyjną, legislacyjną, a nawet sądowniczą. Co więcej, szeryf okręgowy zarządza największym departamentem szeryfa i największym systemem więziennym w całych Stanach Zjednoczonych, nie odpowiadając właściwie przed nikim poza wyborcami, a i to od wielkiego dzwonu.
- To niesłychanie potężny i w gruncie rzeczy tajny zarząd - stwierdził Davis.
Kiedy odłożyłem słuchawkę, podkreśliłem w zapiskach słowa "w trybie metafory".
Metafora - figura stylistyczna, w której jedno pojęcie zastępuje inne.
Zastępca. Kaskader. Dubler.
1.7
O Los Angeles od wielu lat byłem pewien jednego i zaraz po moim przyjeździe się to potwierdziło: że w każdej chwili wszystko może się zdarzyć. Napełniało mnie to, w zależności od dnia, poczuciem głębokiego fatalizmu bądź nieokiełznanej nadziei. Zwracam na to uwagę, ponieważ - jak to często bywa z moimi reakcjami na LA - popadałem w myślowy zamęt, choć jednocześnie ten stan przeradzał się stopniowo w plan, by przyjrzeć się regionowi z bliska. Przeczytać książki, nastukać mil na liczniku auta, poznać ludzi, przekonać się, czy zdołam się stać lokalnym Tocqueville'em[9], i sprawdzić, czy metafora odpowie na pytania krążące mi po głowie.
A zatem - miasto-państwo. Tylko gdzie wytyczono jego granice? Kto w nim króluje? Gdzie śpią jego consiglieri[10], kim są jego trefnisie, kto dzierży klucze do głównej bramy?
Dokąd wywozi się śmieci?
W co wierzą ludzie?
Niewiele dbam o to, na ile dociekania zawarte w tej książce zgadzają się z przemyśleniami innych. Nie zawarłem tu niczego specjalnie odkrywczego, wyjąwszy pewne szczegółowe historie, którymi podzielili się ze mną rozmówcy. I ustalmy przede wszystkim jedno: nie mam żadnych genetycznych uprawnień, by rozpisywać się na temat Los Angeles. Moim najbliższym łącznikiem z miastem jest William Starke Rosecrans, mój przodek, który podczas wojny secesyjnej służył w wojskach Unii jako generał, a po zakończeniu zmagań kupił ziemię w okolicach San Pedro i został wybrany do Izby Reprezentantów z okręgu wyborczego numer 1 w Kalifornii. Upamiętniono go aleją Rosecransa biegnącą przez południowe Los Angeles - a także moim imieniem. Sam wywodzę się jednak z Illinois, Tennessee i Connecticut. Studiowałem w wiejskim Maine i w zurbanizowanej Republice Południowej Afryki. Przed przeprowadzką do Los Angeles mieszkaliśmy z Rachel w Nowym Jorku, Paryżu i lasach Karoliny Północnej. Chcę przez to powiedzieć, że jest mi dosyć obojętne, czy spisane tu słowa ktoś już przede mną sformułował - swoją drogą jest to dość prawdopodobne. Z pewnością im bardziej zajmowałem się tym tematem i im więcej relacji wysłuchiwałem, tym większy stawał się mój szacunek dla opowieści innych ludzi. "Nie chciałbym tu mieszkać, ale pobyt w tym miejscu jest dość przyjemny. Skrzyżowanie szaleństwa z rozsądkiem" - pisał D. H. Lawrence w jednym z listów. "Pero mówiąc wprost... tu i teraz estoy en el cielo. Y ?sabes qué? Na razie aquí me quedo"[11] (Susana Chávez-Silverman, Scenes from La Cuenca de Los Angeles y otros Natural Disasters [Sceny z La Cuenca de Los Angeles y otros katastrof naturalnych]). Jak to określił Douglas Suisman[12] w Los Angeles Boulevard. Eight X-Rays of the Body Public [Bulwar Los Angeles. Osiem zdjęć rentgenowskich organizmu społecznego] z 1989 roku: "Wkrótce owładnęła mną obsesja na punkcie wielkiej zagadki Los Angeles: czy miasto może być miastem, wcale nim nie będąc?".
Pytań przybywa. Dlaczego rozmowy w Los Angeles robią wrażenie bardziej otwartych? Dlaczego tak często wyczuwa się tu najwyższe napięcie? Skąd poczucie, że cała historia dzieje się tu naraz?
Jak zdołaliśmy sami siebie poznać przez tak krótki czas pobytu tutaj?
Jak to jest - być nami?