Miasto jak kolejowa poczekalnia
Reżyser Marek Koterski napisał w "Bestsellerze", że dwie najgorsze rzeczy, jakie mu się przytrafiły w życiu, to komunizm i Łódź: "Ohyda! Tępe plugawe miasto. Z dworcami jak sracze w polu. Jedyne znane mi miasto tej wielkości bez rzeki".
Niemiecki pisarz Hans Magnus Enzensberger rzucił hasło: "Łódź wschodnią metropolią mediów".
Pojawiające się w prasie centralnej reportaże o Łodzi opisują nędzę, bezrobocie i beznadzieję.
1
Sto kilkadziesiąt lat temu decyzja rządu Królestwa Polskiego powołała tu do życia osadę fabryczną z przeznaczeniem na przemysł włókienniczy. Przedsiębiorcom zaoferowano działki i korzystne kredyty, dla chłopów z okolicznych przeludnionych wsi pojawiła się możliwość pracy. Pisał Reymont: "Z równin odległych, z gór, z zapadłych wiosek, ze stolic i z miasteczek, spod strzech i z pałaców, z wyżyn i z rynsztoków ciągnęli ludzie nieskończoną procesją do tej "ziemi obiecanej"".
Łódź, która jeszcze w roku 1820 liczyła ośmiuset mieszkańców i sto sześć drewnianych domów, stała się w latach osiemdziesiątych XIX wieku miastem studwudziestotysięcznym, a tuż przed wybuchem I wojny światowej - sześciusettysięcznym. W tempie rozwoju dorównywało jej jedynie Chicago. Tam gdzie do niedawna rosły odwieczne knieje, pojawiła się nowa dżungla, tym razem ludzka. W Ziemi obiecanej Borowiecki tłumaczył to Trawińskiemu: "Łódź to las, to puszcza - masz mocne pazury, to idź śmiało i bezwzględnie duś bliźnich, bo inaczej oni cię zduszą, wyssają i wyplują z siebie".
Reymont porównał to miasto do polipa, który "wszystko ssał w siebie i w swoich potężnych szczękach miażdżył i przeżuwał ludzi i rzeczy, niebo i ziemię...". Efektem przeżucia był lodzermensch - typ kosmopolityczny, pierwowzór krwiopijcy ze szkolnych czytanek minionej epoki. Cztery narody budowały Łódź, cztery żywioły (religie, mentalności) nadały mu kształt i od każdego z nich lodzermensch coś zapożyczył: od żydowskiego zdolności do interesów, od niemieckiego pewność siebie, od rosyjskiego zamiłowanie do przepychu i wystawnego życia, od polskiego wreszcie pewną dozę fantazji.
Typowym lodzermenschem był Izrael Poznański, założyciel fabrykanckiej dynastii. Legenda głosi, że przybył tu z jednym tobołkiem. Gdy się wzbogacił, rozpoczął budowę pałacu mającego przyćmić wszystkie inne (owo gmaszysko, dziecko nuworyszowskiej pychy i wielkiej fortuny, zagrało w Ziemi obiecanej Wajdy). Na pytanie architekta, w jakim ma być stylu, odpowiedział: "Co znaczy, w jakim stylu? We wszystkich stylach! Stać mnie na to!".
Syn Izraela, Moryc, zapytywał cara Mikołaja II, czy może wyłożyć podłogę największej sali złotymi pięciorublówkami z jego podobizną. Car ponoć zgodził się na to, ale zażądał, by monety ustawić pionowo.
Przed II wojną światową Poznańscy popadli w długi, a ich zakłady przeszły na własność skarbu państwa. Po wojnie w pałacu ulokowano kilka urzędów i muzeum historii miasta. Kilka lat temu znalazł tam swą siedzibę łódzki Klub Kapitału.
2
"Wielki repertuar był od wielkiego dzwonu. Na co dzień publiczność wolała lekką rozrywkę" - pisał o życiu teatralnym Łodzi z przełomu XIX i XX wieku Jerzy Wilmański. Spektakli, na które się wówczas chadzało, nie znajdziemy na kartach historii teatru: Ziomkowie, Chluba naszego miasta, Ciemna plama, Zazdrosny fryzjer, Żydówka przechrzcianka - były prymitywnymi komediami bądź ckliwymi melodramatami. Lodzermensche kochali je, płakali nad dolą baronowej, która popełniła kiedyś grzech młodości, a po latach zapragnęła odszukać syna, który tymczasem został hersztem przestępczego gangu, oburzali się na barona, który zabronił dziedzicowi swojej fortuny ożenić się z córką szewca.
W roku 1912 ruszył "najwspanialszy teatr kinematograficzny w Królestwie i Cesarstwie" - Casino. Z tej okazji warszawski "Złoty Róg" donosił: "Zastosowano tu najnowsze zdobycze techniki ku wygodzie i bezpieczeństwie publiczności, a więc centralne ogrzewanie, wentylację elektryczną, aparaty ssące do odkurzania". Nowe filmy trafiały do Łodzi szybciej niż do Warszawy.
Ale wielki Aleksander Zelwerowicz nie zagrzał tu długo miejsca.
3
Autorzy wydanego niedawno we Francji przewodnika po Polsce porównali ulicę Piotrkowską do Pól Elizejskich. Chyba nigdy nie byli w Łodzi: nocą na Piotrkowskiej zamiast tętniących życiem kafejek można spotkać pijaków i męty. Z drugiej strony, Piotrkowska znaczy dla Łodzi o wiele więcej niż Champs-Élysées dla Paryża.
Na Piotrkowskiej skupiało się od samego początku całe życie przemysłowego miasta. Centralne położenie ulicy sprawiało, że wszystkie instytucje chciały mieć przy niej swą siedzibę. Ulokowały się tu więc obok kamienic, pałaców i rezydencji także kościoły i fabryki, urzędy i banki, konsulaty (przed wojną było ich w Łodzi kilkanaście) i sklepy, restauracje i kawiarnie. Na Piotrkowskiej pojawiły się pierwszy łódzki tramwaj, pierwsza latarnia gazowa, pierwszy telefon.
Ciasna zabudowa i geometryczna siatka ulic sprawiły, że w Łodzi nie ma wydzielonego centrum i tak zwanej przestrzeni publicznej, czyli placów i pasaży. Piotrkowska stała się więc i nietypowym centrum miasta, i bezprecedensowym placem o wymiarach cztery kilometry na dwadzieścia metrów, i wielkim domem towarowym. Stała się ulicą molochem, a według słów byłego wojewódzkiego konserwatora zabytków Wojciecha Walczaka - zjawiskiem architektonicznym, kulturowym i obyczajowym.
Lwia część znajdujących się przy Piotrkowskiej obiektów pochodzi z XIX stulecia i przedstawia mizerną wartość artystyczną. Reprezentuje architekturę określaną jako eklektyczno-historyczna. Elewacje frontów przeładowane są czerpanymi z wzorników elementami gotyckimi, renesansowymi i barokowymi.
"Zebrały się tutaj formy z całego chyba świata, cywilizowanego świata XIX wieku" - pisze we wstępie do swojego albumu o Piotrkowskiej Wacław Kondek. "Formy, o których historyk sztuki wyraża się z obrzydzeniem i wzgardą, formy niemające nic wspólnego z oryginalnością - z wyjątkiem bardzo nielicznych domów secesyjnych - formy kradzione, zapożyczone lub podpatrzone i bezczelnie przenoszone z gotowych już wzorów. I cały ten pseudogotyk, pseudobarok, pseudorokoko czy jeszcze inne pseudo staje się czymś w sumie bardzo autentycznym, czymś jedynym w swoim rodzaju, czymś, co zdarzyło się akurat w Łodzi".
W wielu miastach są ładniejsze kamienice z XIX wieku, ale nigdzie nie występują w tak zwartej postaci, z zachowaniem historycznych działek.
- Ulica Piotrkowska jest pomnikiem rozwoju dziewiętnastowiecznej ulicy - twierdzi Marek Janiak, szef Fundacji Ulicy Piotrkowskiej. - Na ogromnym obszarze zachowało się coś, co powstało w jednej chwili.
W latach siedemdziesiątych ulicę uznano za zabytek.
Kiedy do Polski wrócił kapitalizm, w Łodzi znowu wszystko zaczęło się na Piotrkowskiej: pierwsze kantory, pierwsze sklepy z bronią i pierwsze sex-shopy, pierwsze salony komputerowe i samochodowe, pierwsze sklepy nocne. Zyskała "zachodni" wygląd, zniknęły państwowe sklepy spożywcze, a do opuszczonych lokali wprowadziły się delikatesy: w pewnym momencie łatwiej było tu nabyć oliwki, małże i chleb tostowy niż twarożek i razowiec. Efektowne na pierwszy rzut oka wyposażenie okazuje się tandetną imitacją elegancji. Dominują dykta i przychlapane farbą dechy. Nawet tam, gdzie kuszą klientów marmury, kafelki i dywany, na zapleczu pozostały stare biurka i sedesy sprzed wojny.
Inwencja właścicieli nowych sklepów kończy się zwykle na progu własnej placówki, co majętniejsi malują jeszcze część fasady dookoła drzwi wejściowych. Gdy w jednej kamienicy ulokuje się dwa lub więcej sklepów, bywa, że dom, do wysokości gzymsu pierwszego piętra, pomalowany jest na kilka kolorów. Wojciech Walczak, który sądzi, że w łodzianach pozostało coś z mentalności z czasów "ziemi obiecanej" (zarobić jak najwięcej jak najmniejszym kosztem - to dlatego, że dominuje ludność napływowa i nie ma rodzin o długich tradycjach mieszczańskich, które są ostoją lokalnego patriotyzmu), nazywa to zjawisko plastyczne "estetyką fryzjerską" i zauważa, że dominuje biel, czerń i czerwień.
We wrześniu 1992 roku, z okazji odbywającego się właśnie Światowego Spotkania Łodzian, wyremontowano odcinek Piotrkowskiej w pobliżu Urzędu Miasta. Zamknięto go dla ruchu, wyłożono piękną czerwoną kostką, ustawiono stylowe latarnie. Powiało Europą, tym razem bez cudzysłowu. Gdy goście się rozjechali, rozgorzał spór o sens ładowania miliardów w makijaż miasta, które sypie się w gruzy (niemal sto procent śródmiejskich kamienic wymaga kapitalnego remontu). Urzędnicy oponowali: "Za te pieniądze można by najwyżej jeden dach naprawić, a tak mamy wizytówkę!". Niewykluczone, że spór stanie się wkrótce bezzasadny - według ostatnich ekspertyz kostka kładziona przez prywatną firmę nie przetrzyma dwóch-trzech najbliższych zim. Makijaż zaś nałożono na niedomyte ciało; wystarczy wejść w jedno z cuchnących uryną, wąziutkich podwórek ze sklepikami pozbawionymi nawet pozorów dobrego smaku, by znaleźć się w XIX wieku.
4
Dziadek Felek opowiadał o tancbudach. Chadzał tam w soboty, za kawalerskich, jak gremplem u Szajblera był. Po fajrancie grzywę koperwasem podkarbowywał, wąsy pokostem przeciągał, okryjbiedę narzucał i posuwał. Sala fajna była, z oberluftem jak się patrzy, dziadek obcinał, herszta najdował, co tantny był, pół fajgla mu dawał, bo ferajna szemrana trafiała, śtofa łyknął i hulał do rana. Pietra nie miał, herszt baczył na wszystko i choć raban bywał, niejeden pod bańkę dostał, niejednemu przyfundowali na galop, majchry błyskały, doliniarze szwendali się, on spokojny był. Obzierańca łódzkiego i tangiego z ulicznymi wywijał, przebieracze klawo znali, parle france.
Ojciec, którego w dzieciństwie nazywałem po łódzku po prostu Ziutusiem, opowiadał o niedzielach. Mały był jeszcze, ale po mszy chodził z chłopakami z Bałut do parku Julianowskiego, w którego pobliżu mieściła się pętla tramwaju kursującego na Chojny ("Bałuty i Chojny to naród spokojny, bez kija i noża nie podchodź do bałuciorza"). Co drugą niedzielę z tramwaju wysypywała się gromadka tamtejszych oberwańców, blatowali się z bałuciorzami i szli na polanę.
- Co u was?
- Po staremu.
- No to trzaskamy się?
- Trzaskamy!
Potrafili bić się kilka godzin. Gdy uznali, że wystarczy, bałuciorze odprowadzali gości do tramwaju.
- No to za tydzień u was?
- U nas. Tylko żebyście byli!
- Będziemy. (Ogólne serdeczności, uściski, życzenia dobrego tygodnia).
Lodzermensche byli kosmopolitami, wśród ludu podział na narodowości był wyraźny: Żydzi zajmowali się handlem i wszelkim drobnym biznesem (skup szmat, naprawa obuwia, sklepiki z tandetą), Niemcy byli z reguły majstrami w fabrykach, spośród Rosjan (do I wojny) rekrutowali się urzędnicy i wojskowi. Polacy pracowali jako robotnicy. Wszystkie te narodowości zamieszkiwały inne dzielnice, czytały inne gazety, trenowały w innych klubach sportowych, posyłały dzieci do innych szkół, chowały zmarłych na innych cmentarzach. Profesor Maria Kamińska z Uniwersytetu Łódzkiego, która od lat bada osobliwości łódzkiego języka, zauważyła jednak, że obecność w mieście Rosjan, Niemców i Żydów wywarła na tutejszą polszczyznę znaczny wpływ.
5
Politycznie Łódź zawsze była podzielona. Od z górą stu lat, z przerwą na PRL, trwa walka pomiędzy dwiema grupami, nazwijmy je umownie "socjaliści" i "narodowcy", oraz pomiędzy dwoma reprezentowanymi przez nie światopoglądami. Tylko w drugiej połowie roku 1906 zginęło w tej walce po obu stronach stu osiemdziesięciu dziewięciu bojowców, a rannych zostało stu trzydziestu ośmiu.
5 stycznia 1907 roku grzebano Jóźwiaka i Frątczaka, dwóch socjalistów zamordowanych przez narodowców. Kiedy kondukt znalazł się pod kościołem Świętej Anny, rozległy się strzały. Poległo dziewięć osób, rany odniosły czterdzieści cztery. Narodowcy triumfowali:
Bądź Sokołem, bądź Sokołem,
Nie pozostań zawsze wołem
Jak pepeesy i esdeki!
Będą oni bydłem na wieki!
Zebrała się bydła kupa
Aby zabrać swego trupa -
Chłopy, baby, także panny
Pod kościołem Świętej Anny.
A gdy przyszli, w jednej chwili
Zaraz ich tam "pokropili"
Niejednych ksiądz opatrywał
Kiedy życiem dogorywał
- śpiewano po "narodowych" podwórkach. "Socjałowie" nie pozostawali dłużni:
Z dymem pożarów Petersburg się pali,
O Matko Boska wypędź tych Moskali,
Wypędź Moskali, wypędź narodowców
A zostaw tylko samych pepesowców.
W międzywojennych wyborach samorządowych górę brali na przemian raz jedni, raz drudzy. Obrady bywały burzliwe. W dowcipie z tamtych lat na pytanie: "Co to jest - ma cztery nogi i często lata?" padała odpowiedź: "Krzesło w czasie posiedzenia Rady Miejskiej!".
W wyborach po II wojnie światowej zwyciężała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.
Łódzka "wojna na górze" rozpoczęła się w czasach, kiedy nikomu jeszcze nie śnił się Okrągły Stół. Grupujący dawnych liderów Zarząd Regionalny i popierana przez Wałęsę (po przystąpieniu tych pierwszych do opozycyjnej względem przewodniczącego Grupy Roboczej) Regionalna Komisja Organizacyjna (RKO) na początku ograniczały swą działalność do wydawania oświadczeń i kontroświadczeń.
W wyborach 4 czerwca 1989 roku w "drużynie Wałęsy" znaleźli się ludzie z kręgu RKO. Ich atutem było - oprócz fotografii z przewodniczącym - dobre "przełożenie na Warszawę". Myśleli, że z lokalnymi konkurentami poradzili sobie raz na zawsze. Do wyborów samorządowych w 1990 roku przystąpili jako Wojewódzki Komitet Obywatelski (WKO).
Tymczasem rywale, pod szyldem Łódzkiego Porozumienia Obywatelskiego (ŁPO), szykowali się do kontrataku i rychło pozyskali sobie przychylność zmiennego Wałęsy. Wystąpili zdecydowanie przeciwko rządowi Tadeusza Mazowieckiego, co w tamtych czasach było ewenementem. Ogłosili podział łódzkiej sceny politycznej na "lewicę" i "prawicę", sami przyznając sobie miano tej drugiej. Poparł ich wreszcie łódzki Kościół.
ŁPO wygrało wybory i zapowiedziało, że bierze pełnię władzy i pełnię odpowiedzialności. Była to koalicja dość egzotyczna - jej główne filary stanowiły Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe i Konfederacja Polski Niepodległej. Po sukcesie owa koalicja faktycznie się rozpadła, a w Radzie Miejskiej utworzyły się kluby "partyjne", których liderzy prowadzą ze sobą nieustanne wojny podjazdowe, często z sądowym finałem. Formalnie jednak ŁPO istnieje i prawdopodobnie dotrwa do wyborów w 1994 roku.
Rozpadło się też WKO, dzieląc się na - przede wszystkim - Unię Demokratyczną i Kongres Liberalno-Demokratyczny.
Błędem obu bloków była próba ostatecznego wyeliminowania jednych przez drugich.
W owych wyborach dziewięćdziesiątego roku Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP) zdobyła sześć mandatów i utworzyła najmniejszy i najlepiej zorganizowany klub radnych. Po kilkunastu miesiącach w wyborach do sejmu i senatu owa postkomunistyczna formacja zwyciężyła. Łódź, gdzie jak w soczewce odbijają się największe problemy Polski, jeszcze raz jako pierwsza wkroczyła na drogę, którą następnie miał podążyć cały kraj.
Spytałem szefa łódzkiej Unii Demokratycznej Marka Czekalskiego, czy wyniki wyborów z 1990 i 1991 roku nie są powrotem do sytuacji sprzed wojny, kiedy to na przemian brały górę tendencje "narodowe" i "socjalistyczne". Odparł, że tamtej Łodzi już nie ma, bo zabrakło mniejszości narodowych. Mechanizm jednak pozostał. Wahnięcia nastrojów spowodowane są ogromną biedą miasta, atomizacją społeczeństwa, brakiem elit opiniotwórczych.
Czekalski zauważył, że w 1991 roku mówienie o sympatiach dla SdRP i przyznawanie się do głosowania na nią było czymś wstydliwym, a teraz wielu ludzi zaczęło odczuwać potrzebę zamanifestowania swoich poglądów. Dostrzegł to na spotkaniach przedwyborczych. Na jednym z nich, w którym uczestniczył wraz z Leszkiem Millerem, łódzką lokomotywą Socjaldemokracji, starsza kobieta stwierdziła: "Nam za komuny było lepiej, chcemy powrotu komunizmu!". Powiedziała to spokojnie, bez agresji. Czekalski spytał Millera, czy to jego elektorat. Miller zaprzeczył.
- Lewica będzie musiała budować kapitalizm, czyli nakręcać bezrobocie - mówi Czekalski.
6
Przed II wojną wśród siedmiuset tysięcy mieszkańców Łodzi było dwieście tysięcy Żydów i prawie sto tysięcy Niemców. W roku 1945 zostało trzysta tysięcy łodzian, prawie samych Polaków. Co się stało z bohaterami Ziemi obiecanej? "Piękna i bogata pani Zukerowa umarła z głodu zimą czterdziestego trzeciego" - pisał Jacek Żakowski w "Powściągliwości i Pracy" (maj 1987). I dalej: "Mela Grunspan doczekała komory gazowej. Syn Moryca Welta, który wraz z rodziną przetrwał okupację w domu znajomego Niemca, umarł w Izraelu. Jego wnuczka wyjechała do Ameryki w sześćdziesiątym ósmym. Baum zrobił klapę i strzelił sobie w łeb w 1916. Jego wnuk w trzydziestym dziewiątym wywiesił swastykę, ale później zachowywał się przyzwoicie. Przede wszystkim czuł się lodzermenschem. [...] Najmłodszy Baum (oficer SS z poboru) nigdy nie wrócił do Łodzi. Ktoś widział go w Sao Paulo. Podobno razem z Borowieckimi, Bucholzami, Mullerami, Grosglikami, Grosmanami stanowi tam trzon polskiej kolonii. Tylko wnuk Trawińskiego mieszka dziś w Łodzi. Po wojnie wybrali go dyrektorem w jego upaństwowionej fabryce - mieli szacunek dla kompetencji i pracowitości. Trwało to parę tygodni. Potem musiał wyjechać na drugi koniec Polski. Wrócił, żeby dokonać życia".
7
Kariera Łodzi zaczęła się w połowie XIX wieku, w momencie zniesienia barier celnych pomiędzy Królestwem Polskim a Rosją, a skończyła w roku 1989, kiedy upadł rynek wschodni i łódzkie tekstylia przestały znajdować zbyt.
Łódź umierała powoli, choć wyrok śmierci zapadł w pierwszych powojennych pięciolatkach. Po zmianie granic znalazła się niemal w środku Polski. ""Logika Poczdamu", wyciągnięcie konsekwentnych wniosków z decyzji konferencji poczdamskiej przywracającej Polsce jej dawną granicę zachodnią z okresu piastowskiego, oznaczała zatem ustanowienie Łodzi centralnym miastem Polski" - napisał Andrzej Piskozub w książce Dziedzictwo polskiej przestrzeni. "Przez krótki okres ta logiczna decyzja wydawała się zupełnie realna. W Łodzi przez pewien czas - wobec zniszczenia Warszawy - znajdowały swą siedzibę różne centralne instytucje państwa, a był i taki moment w 1945 roku, kiedy formalna decyzja ustanawiająca Łódź nową, kolejną stolicą Polski wydawała się bliska i możliwa. [...] Niestety, losy potoczyły się inaczej. Podobnie jak w odniesieniu do kultywowania stworzonych przez "Drang nacht Osten" szlaków równoleżnikowych w poprzek ziem polskich, tak i tutaj zdecydowano, aby nadal podtrzymać lokalizację centrum państwa w miejscu uzasadnionym zupełnie innym układem granic Polski, które w Polsce Ludowej stało się miejscem ekscentrycznym, przesuniętym do wschodniej części terytorium państwowego [...]. W tym samym czasie w centrum geograficznym Polski Ludowej nie tylko nie wyrównano odziedziczonych z czasów porozbiorowych zaniedbań komunikacyjnych, lecz dopuszczono tutaj do regresu w stosunku do stanu poprzedniego".
Przyjrzyjmy się sieci kolejowej: pierwsza na ziemiach polskich magistrala - Kolej Warszawsko-Wiedeńska - ominęła Łódź od wschodu, stworzone w Drugiej Rzeczypospolitej połączenie Warszawy z Poznaniem - od północy, a Gdyni ze Śląskiem - od zachodu. PRL dorzucił do tego linię Warszawa-Wrocław, omijającą Łódź od południa.
Podobnie było z siecią lotniczą: "Centralne położenie Łodzi na terytorium kraju oraz krzyżowanie się w tym mieście ważnych linii lotniczych usprawniały znacznie krajową komunikację lotniczą" - zauważyli Mieczysław Mikulski i Andrzej Glass w książce Polski transport lotniczy 1918-1978. "W Łodzi istniały dogodne połączenia w sześciu kierunkach do: Warszawy, Gdańska, Poznania, Szczecina, Wrocławia, [a także - W.G.] Katowic i Krakowa. Łódź wiązała większe i najżywotniejsze ośrodki życia gospodarczego kraju promienistym układem sieci wewnętrznej".
Port lotniczy istniał do roku 1958. Zamknięto go, argumentując, że Łódź leży zbyt blisko Warszawy. Tym samym miasto stało się największą w Europie aglomeracją bez lotniska.
Łódź nie miała w PRL-u swoich pięciu minut, jak Warszawa (cały naród buduje swoją stolicę), Poznań (targi międzynarodowe), Gdańsk, Wrocław i Szczecin (Ziemie Odzyskane) czy Katowice ("Wicie, rozumicie, towarzysze, wyngiel!"). Stworzenie bezprecedensowej industrialnej monokultury doprowadziło do sfeminizowania łódzkiego przemysłu.
Wielka liczba pracujących kobiet powodowała, że Łódź potrafiła znieść więcej niż inne duże miasta. Kiedy Łódź podejmowała strajk, kiedy decydowały się przerwać pracę obarczone domem i dziećmi łódzkie prządki, szwaczki i tkaczki, znaczyło to, że jest już naprawdę źle. Tak było w roku 1971 i w roku 1980, kiedy Łódź stanęła na końcu. A w roku 1981 włókniarki tłumnie uczestniczyły w "marszach głodowych".
Za PRL-u większość strajków przynosiła jakieś ustępstwa wobec protestujących. Przedstawiciele przemysłów strategicznych potrafili wywalczać sobie podwyżki i dodatki. Nie poprawiało się grupom najsłabszym - przemysł lekki był przez całe dziesięciolecia najgorzej opłacaną gałęzią gospodarki.
Po upadku rynku wschodniego i wprowadzeniu przez Zachód wysokich ceł i niskich kontyngentów na nasze tekstylia skurczył się także na dodatek rynek wewnętrzny, nasycony efektowną tandetą z Turcji, Tajlandii czy Indii. O wprowadzeniu limitów chroniących polskich producentów nikt nie pomyślał.
Sytuację dużych zakładów państwowych pogarszała tak zwana dywidenda[1]. Firmy systematycznie zmniejszały powierzchnię wykorzystywaną do celów produkcyjnych, tymczasem dywidendę trzeba było płacić od całego majątku przedsiębiorstwa.
Słuszne skądinąd parametry ekonomiczne wprowadzano w Łodzi mechanicznie, bez uwzględnienia specyfiki miasta.
Na prawie czterysta przedsiębiorstw przemysłowych województwa połowa przyniosła w latach 1989-1992 straty. Tylko w pierwszej połowie roku 1992 przemysł lekki był "do tyłu" o siedemset pięćdziesiąt dwa miliardy dziewięćset milionów złotych[2]. Wraz ze spadkiem produkcji rosło bezrobocie. Ostatnio zatrzymało się na stu tysiącach, co stanowi dziesięć procent mieszkańców w ogóle lub niecałe dwadzieścia procent ludności w wieku produkcyjnym (łódzkie, obok wałbrzyskiego, uznano w całości za rejon szczególnie zagrożony bezrobociem).
Bezrobocie będzie się prawdopodobnie zwiększać. Minione cztery lata przyniosły spadek produkcji o dwie trzecie, podczas gdy zatrudnienie zmalało o jedną trzecią. Sugerowałoby to istnienie bezrobocia ukrytego. Inną sprawą jest najwyższy w Polsce odsetek ludzi bez wykształcenia wśród bezrobotnych.
8
Łódź zajmuje pierwsze miejsce w kraju pod względem:
- umieralności niemowląt,
- umieralności na choroby nowotworowe i na choroby układu krążenia,
- wskaźnika zgonów.
Łódź zajmuje ostatnie miejsce w kraju pod względem:
- przyrostu naturalnego,
- przeciętnego wynagrodzenia,
- wyposażenia mieszkań w łazienki.
9
Wojna pozwoliła zachować Łodzi nienaruszony kształt urbanistyczny. Nigdy nie była pięknym miastem, lecz miała swój niepowtarzalny koloryt. "Cudne miasto - powtarzał Moryc Welt, bohater Ziemi obiecanej - ale co ja na tym zarobię".
Dziś większość z ponad stu fabrykanckich pałaców sypie się w gruzy. Ze śródmiejskich kamienic trzeba było usuwać balkony, bo zagrażały bezpieczeństwu przechodniów i użytkowników. Pozostały łódzkie podwórka, z dobudówkami, drewnianymi galeryjkami, przejściami na kilka sąsiednich ulic. Podobne podwórka widziałem tylko w Odessie. Pozostał zdewastowany, ale wciąż piękny cmentarz żydowski, ponoć obszarowo największy na świecie, z grobowcami wielkości sporych synagog. Pozostał cmentarz ewangelicki i prawosławny. Pozostały wielkie fabryki z czerwonej cegły. Na niektórych domach pozostały rosyjskie napisy z czasów carskich.
Pozostała wreszcie dzielnica Księży Młyn, wciąż zamieszkały skansen wczesnokapitalistycznych familoków, służący do niedawna za tło do wszystkich filmów o niedoli ówczesnych robotników, ze szkołą i szpitalem wybudowanymi przez fabrykanta.
10
Fragment felietonu Marka Koterskiego w "Bestsellerze":
"Tutaj umiera już na starcie każda kulturalna inicjatywa. To jedyne miasto, w którym na największe sławy muzyczne były wolne miejsca w Filharmonii. Tak wszedłem na 5 minut przed koncertem na Ohlssona, Igora Ojstracha, Kulkę (we Wrocławiu nie było na nich biletów na miesiąc wcześniej). Tu na Zemście Dejmka bileterki zgarniały wszystkich widzów do pierwszych rzędów, żeby aktorzy widzieli kilkanaście twarzy. Tu nie mogłem obejrzeć zespołu w teatrze, w którym chciano, bym reżyserował, bo dwukrotnie odwoływano przedstawienie z braku widzów. Ale na Pchłę w uchu - tłumy. Kurwa! miałem się nie rozpisywać o tym syfie. Tego "Bestsellera" zresztą to pewnie sam jeden kupuję, żeby się przeczytać, bo te łódzkie tępaki to tylko "Express", "Skandale", "Nie" i coś z gołą pizdą na okładce.
Rzadkie chwile satysfakcji z odwetu na tym mieście przeżywam, gdy o nim tak piszę. Kiedyś, jeszcze jako asystent na reżyserii, zadałem studentom wymyślenie, co zrobić z Łodzią. Wygrali bodajże Witek Starecki i Krzysiu Iwanowski. Jeden zaproponował, by spryskać ją z helikopterów białą farbą i urządzić tu gułag dla wszystkich politycznych, a drugi - żeby ustawić na Chojnach wszystkie buldożery obok siebie i żeby tak przejechały na Bałuty. No, ale politycznych już nie ma. Nie wiem, co z buldożerami. Projektów jakoś nie wprowadzono w życie. W śmierć raczej. Nie pójdę już więcej Piotrkowską na żaden spacer! Bo czuję się na nim, jakby mnie co krok bito po twarzy. Ten wygląd! Tych ludzi! Jak z depozytu izby wytrzeźwień. Jakby szli nogami! Wisząc na wieszakach! Każdy metr ulicy mnie! Każdy przechodzień każda twarz! (Twarz! - pysk łódzki!) Każdy dom! Mnie upokarza, obraża. Od razu mi to uprzytamnia, że jestem przegrany! Już sam fakt bycia w tym mieście, jest miarą mojej życiowej klęski. Wstyd mi każdego spędzonego tu dnia. Kiedy ktoś mi mówi "Ty jesteś z Łodzi", to chcę się rzucić na niego z pięściami...".
11
Ktoś powiedział, że Łódź leży zbyt blisko Warszawy, by mogło się w niej urodzić coś naprawdę ciekawego intelektualnie czy artystycznie. Od paru pokoleń trwa masowa migracja do stolicy łódzkich pisarzy, poetów, aktorów, reżyserów, malarzy i architektów. Pierwszym z wielkich, który wyjechał, był Julian Tuwim. Na dniach (październik 1993 roku) wyprowadza się do Warszawy Marek Miller, najgłośniejszy ostatnio łódzki autor (Kto tu wpuścił dziennikarzy?, Filmówka, Arystokracja).
- W tym mieście nie ma dla mnie pracy - twierdzi. - Nie można mi zarzucić, że nie próbowałem niczego zrobić: przez trzy lata wydawałem miesięcznik, który tak naprawdę nikogo nie interesował i nikomu nie był potrzebny[3], byłem dyrektorem Festiwalu Mediów, wykładałem w Szkole Filmowej. Jeżeli mam wkładać w coś olbrzymi wysiłek, pracując po dwadzieścia godzin na dobę, to muszę mieć jedną z dwóch rzeczy: ekstrapieniądze albo ekstrasatysfakcję. To miasto nie jest w stanie dać mi ani jednego, ani drugiego. W Łodzi nie powstały nigdy środowiska artystyczne i twórcze. To znaczy tu dzieje się wiele rzeczy, często na ogólnopolskim i europejskim poziomie, wymienię choćby Konstrukcję w Procesie czy grupę Łódź Kaliska, ale każda z tych rzeczy funkcjonuje jak gdyby w zawieszeniu, w próżni, one się po prostu nie sumują, nie dodają. Jedni ludzie nic o drugich nie wiedzą i nie chcą się dowiedzieć, a tak zwane "elity" są, nawet jak na polskie warunki, nieprawdopodobnie zatomizowane. Występuje tu ten fenomen, który śledzili już Kotarbiński, Chałasiński i Szczepański, kiedy byli profesorami Uniwersytetu Łódzkiego. Wiele lat temu zauważyli oni, że pomimo istnienia iluś instytucji typu uniwersyteckiego w Łodzi nie powstało nigdy środowisko akademickie. Łódź nie ma siły przebicia, nie potrafi o sobie mówić. Myślę jednak, że największym dramatem tego miasta jest brak talentu na miarę Tuwima czy Reymonta, który potrafiłby jakoś to miasto określić, nazwać je, umieć o nim opowiedzieć i pokazać jego potencjalną wielkość.
O przeniesieniu się do Warszawy myśli reżyser Maciej Drygas, laureat Felixa za film Usłyszcie mój krzyk[4].
12
Łódzkie Muzeum Sztuki wymienia się jednym tchem obok nowojorskiego Museum of Modern Art i paryskiego Centre Georges Pompidou.
- Dla nas, studentów historii sztuki w Poznaniu, Łódź otaczał mit miasta sztuki nowoczesnej - mówi dyrektor Jaromir Jedliński. - Główną pożywką tego mitu była ta placówka i oczywiście szkoła filmowa. Przyjeżdżaliśmy tu często na wystawy, na spektakle Dejmka w Teatrze Nowym; ja przyjeżdżałem również spotykać się z redaktorami "Pulsu", z którym współpracowałem.
Jedliński jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Kiedy zaproponowano mu pracę, osiadł w Łodzi na stałe i dziś czuje się łodzianinem.
- Sądzę, że w tym mieście można żyć, można działać i coś osiągać, jeśli znajdzie się odpowiednią enklawę, a często, co wynika z mojej praktyki, jeśli się samemu taką enklawę stworzy. Łódź jest cały czas "ziemią obiecaną", miejscem, gdzie można wiele zrobić, ale kosztuje to mnóstwo wysiłku, ponieważ trzeba samemu stworzyć całą aurę i kontekst odbioru tego, co się proponuje, i każdego dnia walczyć o przetrwanie. Jest to więc wysiłek podwójny i do tego jakby rozproszony. Dla wielu ludzi wynikający z tego stres jest zbyt duży, dlatego wyjeżdżają. "Kompleks łódzki" to według mnie brak wiary we własne siły i wynikający z tego brak potrzeby wspólnego działania. W Łodzi nastąpiła za daleko już idąca niemożność wzięcia swoich spraw w swoje ręce; oczekuje się, że nasze sprawy załatwi za nas ktoś inny. Bierność to niemal nasza narodowa cecha, ale tutaj jest ona szczególnie silnie obecna. Moim zdaniem wynika to z historii - to miasto było mieszanką różnych narodowości i przez długi czas nikt nie czuł się tutaj u siebie. Musimy sobie uświadomić, że ten czas już minął i najwyższa pora zacząć traktować Łódź jako swoje miejsce, a nie jak poczekalnię kolejową, do której się przyszło, aby pobyć kilka chwil i pojechać dalej. Jeśli swoje miejsce traktuje się jak poczekalnię, to rzeczywiście zaczyna ono wyglądać jak poczekalnia i jako takie jest odbierane przez innych. Łódź trzeba zasiedlić, a nie wyeksploatować i zostawić. Do wypracowania zmiany stosunku do swojego miejsca potrzebna jest współpraca wielu środowisk, bo w tak dużej i złożonej społeczności nie dokona tego ani jednostka, ani grupa, ani nawet pojedyncza siła polityczna. Żeby taka współpraca mogła się wykształcić, niezbędne jest jakieś forum czy jakaś platforma. Takiego forum nie ma, ani formalnego, ani towarzyskiego, nie istnieje życie kawiarniane, nie ma salonu. Należy więc zacząć od stworzenia miejsca spotkań. Na małą skalę robi to nasze muzeum. W jego oddziale, rezydencji Księży Młyn, organizujemy wieczory z udziałem wybitnych gości, niekoniecznie związanych ze sztukami plastycznymi. Byli u nas między innymi Artur Międzyrzecki, Julia Hartwig, Maja Komorowska, Marta Fik, Andrzej Wajda, Ryszard Kapuściński, Bronisław Geremek. Próbujemy umożliwić spotkanie się różnych grup najszerzej pojętej łódzkiej inteligencji. Wiadomo już, kto na jaką imprezę przychodzi, i można nawet aranżować zetknięcie się tej osoby z tamtą, zapraszając je, bądź zapraszając kilka osób, które ściągną przedstawicieli konkretnych środowisk jako słuchaczy. Trzeba pracować nad otwieraniem się, bo ważnym aspektem "kompleksu łódzkiego" jest "zamkniętość". Miasta tej wielkości nie da się odgrodzić od świata murem.
13
W maju 1988 roku Zbigniew Żbikowski napisał w "Życiu Warszawy": "Łódzki problem umysłowy to także problem identyfikacji, kulturalnej tożsamości. Jeśli miasto nie może stworzyć swego własnego kolorytu, musi sięgnąć do zaniedbanych korzeni polsko-żydowsko-niemieckich, do wieloźródłowości, która przecież stworzyła światowy wizerunek Łodzi".
Grudzień 1993