Literatura koreańska - Pakiet promocyjny 3 książek - Praca zbiorowa/Han Malsuk

Kup ebooka

81.99 zł
67.23 zł (67,23 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Hwang Sunwon

Ulewa

Gdy po raz pierwszy zobaczył dziewczynkę nad brzegiem strumienia, od razu domyślił się, że musi być wnuczką starego pana Jun Czhosi. Bawiła się, zanurzywszy ręce w wodzie. Przybyła z Seulu, gdzie zapewne nie było takich strumieni i pewnie bawiła się tak po raz pierwszy. Już od kilku dni, w drodze powrotnej ze szkoły, zatrzymywała się nad strumieniem i spędzała tam pewien czas. Jednakże do tej pory bawiła się siedząc na brzegu, a tego dnia kucnęła na jednym z wielkich kamieni, przerzuconych w poprzek strumienia i tworzących prowizoryczny most.

Chłopiec usiadł na skarpie czekając, aby odeszła. Ostatecznie skorzystał jednak z okazji i gdy odsunęła się, robiąc miejsce jakiemuś przechodniowi, przemknął się za nim po kamiennych stopniach.

Następnego dnia przyszedł nad strumień nieco później niż zwykle. Tak jak poprzedniego dnia, dziewczynka siedziała na kamieniu w tym samym miejscu i zawinąwszy rękawy różowego swetra myła twarz i ręce. Jej przedramiona i kark były lśniąco białe. Po upływie chwili przerwała swe zajęcie i wpatrzyła się w lustro wody, jak gdyby zobaczyła tam nagle coś niesłychanie interesującego. Zapewne chodziło o odbicie jej własnej twarzy. Nagle, gwałtownym ruchem, zmąciła wodę. Z daleka robiło to wrażenie, jakby próbowała złapać gołymi rękami przepływającą rybkę. Powtórzyła ten gest kilka razy. Chłopiec zastanawiał się, czy mogła dostrzec w wodzie odbicie jego postaci na skarpie. Widać mącenie wody spodobało się jej, bo ciągle bawiła się w ten sposób. Wyglądało na to, że tak jak poprzedniego dnia, nie ruszy się z miejsca, dopóki nie będzie musiała ustąpić drogi jakiemuś przechodniowi.

Nagle dziewczynka wyłowiła coś z wody - mały, płaski kamyk. W chwilę potem poderwała się na nogi i pędem przebiegła po kamieniach na drugi brzeg strumienia. Gdy się tam znalazła, odwróciła się raptownie i ciskając znalezionym kamykiem w stronę chłopca krzyknęła:

- Ty głupi!

Chłopiec odruchowo poderwał się na równe nogi. Widział, że dziewczynka ciągle biegnie, a jej krótko obcięte włosy rozwiewa wiatr. Wbiegła w mokradła, porośnięte kępami trzcin. Blade, jesienne słońce przeświecało spomiędzy łodyg. Chłopiec czekał, aż wśród kołyszących się pierzastych kłosów dostrzeże postać dziewczynki. Mijał czas, ale nie było jej widać. Stanął na palcach i w myślach odliczał sekundy. Ciągle ani śladu. Nagle końce trzcin zafalowały na niewielkiej przestrzeni. Dziewczynka niosła naręcze zebranych, kwitnących łodyg. Szła powoli. Jasne promienie jesiennego słońca tańczyły na pierzastych kłosach. Wyglądało to tak, jakby drogą kroczył wielki bukiet lśniących trzcin. Chłopiec odprowadził ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła mu z oczu. Ciągle stał w tym samym miejscu. Wreszcie schylił się i podniósł z ziemi kamyk, którym w niego rzuciła. Przez ten czas kamyk całkiem wysechł na słońcu. Chłopiec w zamyśleniu włożył go do kieszeni.

Następnego dnia przyszedł nad strumień jeszcze później. Nigdzie nie było widać dziewczynki. Poczuł ulgę, ale jednocześnie gdzieś w głębi serca pojawiło się dziwne uczucie osamotnienia, wzrastającego przez kolejne dni, gdy nadal nie pojawiła się nad wodą. Weszło mu w zwyczaj bawienie się kamykiem noszonym cały czas w kieszeni. Pewnego dnia kucnął na jednym z kamiennych stopni i - tak jak kiedyś robiła to dziewczynka - zanurzył ręce w wodzie i zaczął powtarzać jej gesty. Umył twarz, a potem wpatrzył się w powierzchnię wody i odbicie swojej ciemnoopalonej twarzy. Wydała mu się brzydka, więc czym prędzej ponownie zanurzył ręce w wodzie i zmącił obraz. Powtórzył ten gest kilkakrotnie, ale nagle wyczuł, że ktoś nadchodzi, i raptownie wstał.

Dziewczynka zbliżała się po kamieniach. Pomyślał, że na pewno obserwowała go wcześniej z ukrycia. Rzucił się do ucieczki. Na śliskim kamieniu, poślizgnął się i jedną nogą wpadł do wody, ale nie zważając na to pobiegł dalej, rozglądając się za jakąś kryjówką. Jego jedyną myślą było schować się przed jej wzrokiem. W pobliżu drogi, jak na złość, nie było nawet jednej kępy trzcin - po obu jej stronach ciągnęły się tylko obsiane gryką pola. Doleciał go charakterystyczny zapach kwitnącej gryki - odurzający do tego stopnia, że przez chwilę chłopiec myślał, że zemdleje. Na wardze poczuł słony smak i spostrzegł, że to z nosa płynie mu krew. Jednak nie przerwał biegu i tylko jedną ręką usiłował zatamować krwotok. Cały czas wydawało mu się, że za sobą słyszy głos:

- Głupi, Głupi!

Była sobota. Po kilku dniach nieobecności dziewczynka znów siedziała nad brzegiem strumienia i pluskała rękami w wodzie. Udając, że nic go ona nie obchodzi, chłopiec wszedł na pierwszy z dużych kamieni prowizorycznego mostu. Szedł jednak ostrożnie, uważając na każdy krok, aby nie zdarzyło mu się to, co ostatnim razem, gdy to poślizgnął się i wpadł do wody.

- Hej! - dobiegło go jej wołanie, ale udawał, że nie słyszy. Zaczął schodzić ze skarpy.

- Hej, jak się nazywa ta muszelka? - zapytała. Mimowolnie zatrzymał się i odwrócił w jej kierunku. Napotkał spojrzenie przejrzystych, brązowych oczu. Szybko rzucił okiem na muszelkę, którą trzymała w dłoni:

- To małż jedwabny.

- Ach, jaka ładna nazwa.

Razem doszli do rozwidlenia dróg. Tu powinni się byli rozstać - ją czekała jeszcze, licząca około półtora kilometra, ścieżka w dół, on zaś powinien był przebyć mniej więcej dwa kilometry, ale inną drogą. Dziewczynka zatrzymała się i zapytała, wskazując widniejące w oddali za polami wzgórze:

- Byłeś już tam kiedyś?

- Nie.

- To może byśmy tam poszli? Od kiedy tu przyjechałam, na tę wieś, okropnie się nudzę, już nie mogę wytrzymać...

- To jest dalej, niż ci się wydaje...

- E tam, nie może być aż tak daleko. Gdy mieszkałam w Seulu, często wybieraliśmy się na piesze wycieczki o wiele dalej...

Wydawało mu się, że w jej oczach dostrzega nie tylko wyrzut i lekką ironię, ale że te oczy powtarzają: "Głupi, głupi".

Weszli na wąską dróżkę, biegnącą między ryżowymi polami, na których ludzie z okolicznych wiosek pracowali właśnie przy zbiorach. W pewnym miejscu dostrzegli stojącego stracha na wróble. Chłopiec pociągnął za sznurki i kilka przerażonych ptaków odfrunęło w popłochu. Jednocześnie chłopcu przebiegło przez myśl, że tego dnia, po powrocie do domu miał pilnować, aby ptaki nie wyjadały ziarna z ich własnego pola.

Widząc poruszającego się stracha, dziewczynka wykrzyknęła zachwycona:

- Oj, jaki on śmieszny!

Z kolei ona sama złapała za sznurki i pociągnęła je, wprawiając stracha na wróble w ruch, podobny do dziwnego tańca. Na lewym policzku dziewczynki pojawił się dołeczek. Idąc dalej napotkali następnego stracha na wróble i dziewczynka natychmiast ruszyła biegiem w jego stronę. Chłopiec pobiegł za nią. Biegł obok niej najszybciej, jak mógł, starając się zagłuszyć uporczywą myśl o tym, że po powrocie ze szkoły miał pomagać w domu. Co chwilę o jego twarz uderzała przelatująca szarańcza. Wysokie, jesienne niebo tańczyło mu przed oczami. W głowie czuł zamęt - może to przez tego krążącego ponad ich głowami orła? Odwrócił się i zobaczył, że dziewczynka wprawia w ruch stracha na wróble, którego on minął w pełnym biegu. Strach tańczył jeszcze pocieszniej niż ten pierwszy.

W miejscu, gdzie kończyły się pola ryżowe, natknęli się na rów irygacyjny. Dziewczynka pierwsza przeskoczyła na drugi brzeg. Od rowu, aż po podnóże góry ciągnęły się pola zastawione snopami zebranego sorgo. Gdy mijali jedno z takich pól, dziewczynka zapytała, wskazując dziwną konstrukcję:

- Co to jest?

- Wieża do pilnowania pola.

- Czy tutejsze melony są słodkie?

- Oczywiście. Ale najsmaczniejsze są arbuzy.

- Chciałabym spróbować.

Chłopiec wszedł między okalające melonowe pola zagony rzepy i wyrwał dwie dorodne sztuki. Nie były jednak jeszcze całkiem dojrzałe. Oberwał nać i podał owoc dziewczynce. Objaśnił, jak trzeba to jeść: najpierw odgryzł wierzchołek, potem paznokciem obrał wierzchnią skórę i palcem wydobył miąższ. Głośno mlaszcząc zaczął jeść. Dziewczynka zrobiła to samo, ale nie przełknęła nawet pierwszego kęsa - wypluła go krzywiąc się:

- Ależ gorzkie paskudztwo!

- Rzeczywiście, nie nadaje się do jedzenia - zgodził się chłopiec i wypluł resztki rzepy.

Zbliżali się do wzgórza. Oślepiły ich kolory jesiennych klonów.

- Ach! - dziewczynka rzuciła się biegiem ku wzgórzu, ale tym razem chłopiec nie pobiegł za nią. Zajął się zbieraniem polnych kwiatów i zebrał bukiet większy niż ten, który kiedyś uzbierała z trzcin.

- To są stokrotki, to koniczyna, a to dzwoneczki... - wyjaśniał nazwy kwiatów.

- Och, nie wiedziałam, że dzwoneczki są takie śliczne! Jaki mają ładny kolor, taki liliowy... A te, co wyglądają jak odwrócone parasolki?

- To jest kozłek.

Dziewczynka odwróciła kwiatki łodygami do góry, demonstrując, że kształtem, faktycznie, przypominają małe parasole. Twarz jej nabrała lekkich rumieńców. Po chwili chłopiec przyniósł jej jeszcze więcej kwiatków. Wyrzucił z bukietu te połamane i brzydkie, a zostawił tylko najładniejsze i całe. Jednak dziewczynka powiedziała rozkazującym tonem:

- Nie wyrzucaj żadnego!

Weszli na szczyt wzgórza. W dole, w dolinie, widzieli skupisko krytych strzechą domów. W milczącym porozumieniu usiedli na podłużnej skale. Wokół panowały niezmącona cisza i spokój. Gorące, jesienne słońce zdawało się rozpylać zapach suchej trawy.

- A te kwiaty, jak się nazywają?

Po stromej skale, naprzeciwko nich, pięły się splątane pędy glicynii. Z gęstwiny liści wyglądały kwiaty.

- To chyba glicynia. Na dziedzińcu naszej szkoły w Seulu rosła taka sama i kiedy na nią patrzę, przypominają mi się koleżanki i koledzy, z którymi się tam bawiłam...

Po chwili dziewczynka podniosła się bez słowa i ruszyła w kierunku stromej ściany porośniętej kwiatami. Wychylała się coraz bardziej, chcąc dosięgnąć kwiatów, ale nie udawało się jej. Wreszcie straciła równowagę, poślizgnęła się i spadła ze skały, na której siedzieli. Na szczęście zdążyła jeszcze uchwycić się gałązek glicynii. Chłopiec momentalnie zerwał się i ruszył jej na pomoc. Złapał za wyciągniętą rękę dziewczynki i powoli pomógł jej wydostać się na skałę. Był zły na siebie, że nie poszedł po te kwiaty dla niej i pozwolił, żeby zrobiła to sama. Z prawego kolana dziewczynki sączyła się strużka krwi. Chłopiec spontanicznie przywarł wargami do małej ranki i zaczął ssać. Po krótkiej chwili, tknięty jakąś nagłą myślą, podniósł się i odbiegł nieco dalej. Wrócił jednak wkrótce i prawie bez tchu wykrztusił:

- To ci na pewno pomoże - po czym roztarł na rance trochę przyniesionej sosnowej żywicy. Zsunął się po stromej skale do miejsca, ku któremu wychyliła się dziewczynka i odgryzając zębami twarde łodygi zebrał naręcze kwiatów, które potem jej wręczył.

- Zobacz, tam na łące jest cielaczek, chodźmy go obejrzeć - zaproponował.

Cielaczek był jasnożółty i bardzo młody. Nie miał nawet jeszcze założonego kółka w nosie.

Chłopiec mocno chwycił linkę jednocześnie głaszcząc drugą ręką cie- laczka po grzbiecie, nagle raptownym skokiem dosiadł zwierzęcia. Przerażony cielak zaczął wielkimi susami sadzić dookoła słupka, do którego był przywiązany. Biała twarz dziewczynki, jej różowy sweter i granatowa spódniczka, kwiaty, które trzymała w ręku - wszystko zawirowało przed oczami chłopca i stało się jedną, wielką, kolorową plamą, jakby jednym barwnym bukietem. Cały świat kręcił się w kółko. Jednak chłopiec nie zamierzał zsiąść z cielaka. Dziewczynka będzie musiała przyznać, że tylko on mógł zrobić coś takiego, zapamięta ten jego wyczyn.

- A wy, co tam wyprawiacie?! - zapytał nagle jakiś wieśniak, wychodząc spośród wysokich traw, rosnących nie opodal.

Chłopiec zsunął się z grzbietu cielaka. Był pewien, że mężczyzna zrobi awanturę o to, że dosiadł tak młodego zwierzęcia, że mógł złamać mu kark. Ale długobrody wieśniak tylko zmierzył go od stóp do głów, przyjrzał się dziewczynce i powiedział:

- Lepiej zmykajcie do domu. Za chwilę lunie deszcz - po czym wziął cielaka za linkę i odszedł.

Rzeczywiście, świat wokół nagle pociemniał i zauważyli, że nad głowy napłynął wał czarnych chmur. Zrobiło się ponuro, nagle wszystko wokół zabarwiło się na ciemnofioletowo, a wiatr huczał i wył przeciągle. Gdy schodzili ze wzgórza, usłyszeli pierwsze uderzenia kropel deszczu o liście dębów, pod którymi przechodzili. Duże, okrągłe krople wywoływały dreszcz, gdy nagle - zimne - spadały na kark. W chwilę potem lunęło jak z cebra, momentalnie przesłaniając ścianą deszczu wszystko przed ich oczami. Jedyne, co w ostatniej chwili zdołali zobaczyć, to zarys wieży do pilnowania pól. Tam też się skierowali, szukając schronienia przed ulewą. Słupy podtrzymujące wieżę były nadgniłe i zmurszałe, a stary dach przeciekał. Omijając kałuże wody na podłodze chłopiec wprowadził dziewczynkę, której ramiona drżały, a wargi nabrały sinej barwy. Usadowił ją w jeszcze suchym miejscu i okrył swoją bawełnianą bluzą. Dziewczynka nie odezwała się ani słowem, ale jej mokre oczy przesłały mu spojrzenie pełne wdzięczności. Zaczęła wyjmować zwiędnięte i zniszczone deszczem kwiatki ze swego bukietu, który ciągle trzymała na kolanach.

Woda już przeciekała przez dach także nad miejscem, w którym siedzieli. Wieża strażnicza nie mogła im dłużej służyć za schronienie. Chłopiec zamyślony wyjrzał na zewnątrz. Zmarszczył brwi, a po chwili wahania wyskoczył na pole i biegiem puścił się ku snopom sorgo stojącym niedaleko. Wcisnął się w najbliższy, sprawdzając, czy jest dostatecznie sucho w środku, potem spenetrował następny i stamtąd - usatysfakcjonowany - kiwnął zachęcająco na pozostałą w strażniczej wieży dziewczynkę. I chociaż deszcz nie przemoczył stogu, to jednak było w nim ciemno i bardzo ciasno. Za ciasno dla nich obojga, więc gdy dziewczynka była wewnątrz, nie starczało już miejsca dla chłopca i mókł na deszczu siedząc z samego brzegu. Dziewczynka znajdując się za nim widziała, jak z jego przemoczonych pleców unosi się para. Prawie szeptem zaproponowała, żeby wsunął się do stogu głębiej i choć chłopiec początkowo odmówił, twierdząc, że tak jest mu wygodnie, ponowiła prośbę i zaczęła sama przesuwać się do tyłu, robiąc mu miejsce. Ucierpiał na tym jej bukiet, który został prawie całkowicie zgnieciony, ale nie wyglądała na przejętą i zmartwioną tym faktem. Czuła zapach, unoszący się z mokrych pleców chłopca, siedzącego teraz blisko niej, ale nie odwróciła głowy. Miała wrażenie, że ciepło i jakaś dziwna siła, bijące z jego ciała, koją ją i uspokajają.

Łomot deszczu o łodygi sorgo nad ich głowami nagle ustał. Powoli wygrzebali się ze stogu i wyjrzeli na zewnątrz. Słońce zabłysło przed ich oczami.

Gdy doszli do rowu nawadniającego pola, okazało się, że wypełnia go po brzegi błotnista i mętna, brunatna woda. Nie było jak przejść na drugą stronę. Chłopiec bez zbędnych wyjaśnień ukucnął i dziewczynka w lot pojęła, o czym myślał. Potulnie objęła go za szyję i dała się nieść "na barana". Gdy chłopiec wszedł do pełnego błota rowu, brudna woda sięgnęła mu aż po brzegi krótkich spodenek. Przestraszona dziewczynka coraz bardziej kurczowo ściskała go za szyję i piszczała lękliwie. Zanim się wreszcie dowlekli do strumienia, na niebie nie było już śladu po niedawnej ulewie i trudno było uwierzyć, że jeszcze przed kilkoma kwadransami wyglądało tak groźnie.

Następnego dnia dziewczynka nie przyszła nad strumień. Nie zjawiła się przez wiele następnych dni. Chłopiec wypatrywał jej na szkolnym podwórku, posunął się nawet do tego, że chyłkiem zaglądał do sali piątej klasy, szukając jej wśród znajdujących się tam dziewczynek - na próżno. Nigdzie nie udało mu się jej spotkać.

Tamtego dnia, jak zwykle, stał nad brzegiem strumienia i obracał w kieszeni kamyk. Nagle serce zabiło mu mocniej. Spostrzegł ją siedzącą na skarpie powyżej.

- Byłam chora - oznajmiła i rzeczywiście widać było, że jej blada buzia jeszcze bardziej zeszczuplała.

- Czy to z powodu tamtej ulewy chorowałaś? - zapytał. Zaprzeczyła, ale na jego kolejne pytanie: "Czy już czujesz się dobrze?", odpowiedziała:

- Nie, jeszcze niezupełnie.

- Wobec tego może powinnaś była jeszcze zostać w łóżku? - zaniepokoił się chłopiec.

- Kiedy to tak strasznie nudno leżeć... Więc wyszłam... Wiesz, tamtego dnia było naprawdę fajnie. Nie wiem, skąd wzięła mi się na swetrze ta plama - dodała, wskazując na przód swego różowego sweterka. Widniała tam ciemnobrunatna plama.

- Co to może być? Nie daje się sprać.

Chłopiec przyjrzał się plamie.

- Ach, chyba już wiem, musiałam się zabrudzić tamtego dnia, wiesz, kiedy przenosiłeś mnie na plecach przez rów...

Zakłopotany chłopiec poczuł, jak na twarz wypływa mu rumieniec. Razem doszli do rozstaju dróg. Tam dziewczynka wyciągnęła dłoń, pełną owoców jujuby i zaprosiła go, aby skosztował:

- Dzisiaj rano zebraliśmy je z drzewa... Mamy ceremonię ku czci przodków...

Chłopiec zawahał się.

- Proszę, spróbuj, są naprawdę bardzo słodkie! Sadził je jeszcze mój pradziadek.

Wyciągnął złożone dłonie i powiedział patrząc na owoce:

- O, jakie duże i okrągłe!

- Tak. Wiesz, po zakończeniu tych uroczystości wyprowadzamy się stąd.

Już wcześniej chłopiec dowiedział się z rozmów, jakie prowadzili między sobą dorośli, że wnukowi pana Jun Czhosi nie powiodło się w interesach, które prowadził w Seulu i dlatego musiał wrócić do rodzinnych stron, czyli do sąsiedniej wioski. Teraz jednak okazało się, że sprawy stały tak źle, iż rodzina zmuszona była sprzedać także ten wiejski dom.

- Nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale strasznie nie lubię tych ciągłych przeprowadzek. Ech, te pomysły dorosłych, na które nic nie możesz poradzić... - w oczach dziewczynki pojawił się smutek, którego do tej pory nigdy w nich nie widział.

Po powrocie do domu chłopiec nie mógł przestać myśleć o tym, co od niej usłyszał, o jej rychłej przeprowadzce w inne miejsce. Sam nie wiedział, co się z nim dzieje. Słodkie owoce jujuby teraz zupełnie straciły dla niego smak.

Owej nocy wykradł się po kryjomu do orzechowego zagajnika należącego do dziadka Tokswe. Już wcześniej, za dnia, wypatrzył najbardziej obciążone dorodnymi owocami drzewo i teraz wdrapał się na nie i wyciągnął przyniesiony ze sobą kij w kierunku najobficiej obsypanej orzechami gałęzi. Odgłos spadających na ziemię owoców zabrzmiał donośnie w nocnej ciszy. Przestraszony tym chłopiec przywarł do pnia drzewa. Serce w nim zamarło, ale tylko na krótką chwilę - w parę sekund później znowu, z rozpaczliwą determinacją, z całej siły walił kijem po gałęziach drzewa, aby jak najwięcej dojrzałych orzechów posypało się na ziemię. Gdy na miękkich nogach wracał do domu z tej nocnej wyprawy, tylko blady księżyc oświetlał mu drogę. W ciemnościach nikt nie mógł go zobaczyć i po raz pierwszy tego dnia chłopiec poczuł ulgę. Pomacał wypchane orzechami kieszenie. Było mu lekko na duszy i myślał już tylko o tym, jak to zaniesie dziewczynce, do sąsiedniej wioski, orzechy i powie, że są najsmaczniejsze w okolicy, z ogrodu dziadka Tokswe. Nagle aż zaklął, bo uświadomił sobie, że przecież, gdy się ostatnim razem żegnali, zapomniał się z nią umówić na następne spotkanie - pewnie już ostatnie przed jej przeprowadzką.

- Co za głupiec ze mnie! Kompletny dureń!

Tego dnia, po powrocie ze szkoły, chłopiec zastał odświętnie ubranego ojca, zbierającego się do wyjścia. Pod pachą trzymał jedną z ich kur.

- Tato, dokąd idziesz? - zapytał chłopiec.

Ojciec jednak nie odpowiedział, zafrasowany przyglądał się, bowiem trzymanej kurze.

- Czy myślisz, że taka chudzina wystarczy? - zapytał matki.

- Od kilku dni łaziła i szukała miejsca, gdzie by tu znieść swoje pierwsze jajko. Nie jest może duża, ale już wystarczająco tłusta - dopowiedziała zdecydowanie matka, podając siatkę. Tym razem chłopiec do matki zwrócił się z pytaniem:

- Dokąd idzie tata?

- Idzie do osady Sodang, do domu pana Juna. Niesie im tę kurę, aby mieli z czego złożyć ofiarę w trakcie swoich uroczystości.

- A więc dlaczego niesie takie nie wydarzone brzydactwo?! Czy nie powinien raczej wziąć tego wielkiego, nakrapianego koguta?!

- Nie bój się, już ta mała kurka wystarczy! - odpowiedział ojciec wybuchając śmiechem. Chłopiec odwrócił się speszony i zaczął wyjmować z tornistra swoje książki. Potem wyszedł do obory i pod pretekstem, że zabija gza, z całej siły uderzył spokojnie stojącego tam wołu.

Z nastaniem jesieni woda w strumieniu robiła się coraz bardziej przejrzysta.

Stojąc na rozstaju chłopiec z natężeniem wpatrywał się w wylot ścieżki, którą powinna była nadejść dziewczynka. Widoczna na hory, zoncie osada Sodang wydawała się być w zasięgu ręki, oświetlona mdłym światłem jesiennych promieni. Z tego, co usłyszał, wynikało, że następnego dnia dziewczynka z rodzicami ma się wyprowadzić do miasteczka Jangphjon. Tam mieli wydzierżawić i prowadzić mały sklepik.

Chłopiec bezwiednie bawił się orzechami schowanymi w kieszeniach. Drugą ręką impulsywnie odrywał, czubki kwitnących trzcin.

Tej samej nocy, leżąc na posłaniu nie mógł uwolnić się od trapiących go myśli, że jutro dziewczynka się wyprowadzi i już nigdy jej nie zobaczy. Zastanawiał się, czy ma pójść jutro patrzeć, jak się będą wyprowadzali. Czy uda mu się zobaczyć dziewczynkę?

Gdy już prawie usypiał, doszła do jego uszu cicha rozmowa rodziców:

- Co to się wyprawia na tym świecie... - mówił ojciec, który przed chwilą wrócił z wioski.

- Mam na myśli sytuację pana Juna. Nie dość, że stracili wszystko i muszą sprzedać swój dom, w którym mieszkali od pokoleń, i swoje pola, to jeszcze w dodatku spadło na nich kolejne nieszczęście. Zmarła prawnuczka starego pana Juna.

- To była jego jedyna prawnuczka, nieprawdaż? - zapytała, pochylona nad szyciem, matka siedząca przy naftowej lampie.

- Tak. Miał wcześniej dwóch prawnuków, ale obaj dawno zmarli.

- Biedni ludzie, nie mają szczęścia do dzieci...

- Racja. Podobno ta mała chorowała już od paru dni, ale nie stać ich było na lekarstwa. Na niej skończył się ród starego pana Juna... Ale ta mała była niezwykłym dzieckiem, co prawda, to prawda. Wiesz, o co poprosiła przed śmiercią? Powiedziała: "Jak umrę, proszę, pochowajcie mnie w tym samym ubraniu, które mam na sobie..."

Przełożyła

Joanna Rurarz

Filiżanka kawy

Dźwięk spadających kropel deszczu obudził Hjejong. Przez zasłonę sączyło się światło; chyba dniało. Wyciągnęła zegarek z szuflady przy tapczanie. Była dziewiąta trzydzieści. "To już tak późno!" Przyłożyła zegarek do ucha. Tykał równo: tik-tak, tik-tak. Hjejong wstała z pościeli i podciągnęła zasłonę. Za oknem lało jak z cebra. Ostatnio wciąż padało.

Hjejong w nocnej bieliźnie przeszła do kuchni, nasypała kawy do miniekspresu, potem umyła twarz i usiadła przed toaletką. Zrobienie makijażu zajęło jej dziesięć minut. W tym czasie zaczęła się gotować kawa, a jej aromat napełniał wszystkie pomieszczenia: sypialnię, bibliotekę, salonik i dotarł aż do niej. Choć kawa wydelikaca podniebienie, Hjejong najbardziej ją lubiła spośród wszystkich napojów. Do parzenia używała różnych naczyń: dzbanka z rżniętego szkła (za osiem tysięcy wonów!), ale wtedy smak kawy wydawał się jej nie najlepszy, próbowała też przecedzać ją w dzbanku z filtrem, po kropelce, a także - parzyć w małym szklanym ekspresiku, najbardziej jednak przypadł jej do gustu elektryczny miniekspres dla pięciu osób. Wlewa do niego trochę więcej wody, sypie dwie pełne łyżki mielonej kawy i doprowadza do wrzenia, a na końcu dodaje łyżeczkę kawy instant i trochę śmietanki. Napój staje się wtedy jasnobrązowy i nabiera specyficznego smaku. Jeśli w trakcie gotowania wyparuje zbyt dużo wody, trzeba dać siedem uncji kawy na filiżankę. Im dłużej się ją parzy, tym bardziej uwydatnia się jej smak. Jeśli Hjejong zdarzyło się pić dobrą kawę poza domem, zawsze pytała o sposób jej zaparzania, ale niechętnie dzielono się z nią doświadczeniami; ludzie zazdrośni byli o swe sekrety. Teraz jednak nigdzie nie dostało się lepszej kawy niż ta, jaką parzyła ona sama.

Kawa smakuje bardzo różnie, w zależności od naczynia, w jakim się ją podaje. Hjejong używała rano białych siedmiouncjowych filiżanek, owalnych i bez uszek. W ciągu dnia lub wieczorem sięgała po pięknie zdobione delikatne filiżaneczki w kolorze szkarłatnym; mogły też być koloru oliwkowego lub srebrnego, ale koniecznie maleńkie, zdobne ornamentem. Nie była pewna, od kiedy zaczęła dobierać inne naczynia na rano, a inne na wieczór; chyba nabrała tego zwyczaju po przeprowadzce do bloku mieszkalnego. W zwykłej białej filiżance mieści się dużo płynu, a emanujący z niego ożywczy aromat dobrze pasuje do porannego usposobienia człowieka, który wybiera się do pracy. Małe kolorowe filiżaneczki z delikatnymi wzorkami dają wrażenie łagodności, zaś jednobarwne, jasne, bez wzorków - działają uspokajająco i dobrze jest napić się z nich przed snem.

Hjejong lubiła chodzić do domów towarowych i na bazary po to, by sprawdzić, czy nie pokazały się ładniejsze, lepsze filiżanki. Wprawdzie jeszcze się jej nie znudziły dotychczasowe, ale miała już taki charakter, że gdy ujrzała coś dobrego, musiała to kupić. Po zakazie importu wyrobów zagranicznych nie było jednak na co patrzeć, choć z materialnego punktu widzenia można się było z tego cieszyć.

Włożyła do tostera dwie kromki chleba, wyjęła z przenośnej lodówki żółty ser, a gdy gotowała jajko na miękko, oszołomiła ją woń kawy.

Kuchnia była dość duża, ale nigdy w niej nie jadała. Ustawiła na tacy talerzyk z przypieczonym na zloty kolor chlebem i z serem, naczynie z kawą i białą filiżankę. Przeniosła tacę na mały stoliczek w saloniku. Spojrzała na zegarek: za dziesięć dziesiąta. Miała dość czasu, żeby dotrzeć na miejsce o umówionej godzinie.

Nałożyła jasną koronkową suknię - pożegnalny prezent od pana Juna, a kiedy przypięła do niej ametystową broszę, nieoczekiwanie poczuła, że ogarnia ją romantyczny nastrój. Koronka była francuska, jedwabna, a jej wartość podkreślał ręczny haft kwiatowy. Była to bardzo cenna rzecz: nie mówiąc już o tkaninie, wykonano ją w luksusowym domu mody, gdzie zawsze szyto ręcznie. Suknia delikatnie spowijała ciało Hjejong, która zaśmiała się do siebie: rozbawiła ją ta pełna romantyzmu i słodyczy atmosfera. "A moje codzienne ubranie - przypomniała sobie w duchu - to popelinowa bluzka z luźnym kołnierzykiem i obcisła spódniczka".

Z koperty z wypłatą wyjęła pięć tysięcy wonów i przełożyła do torebki: w wolnej chwili chciała zajrzeć do księgarni. Sięgając po wiszącą przy lustrze parasolkę, zobaczyła swoje odbicie. "To ubiór może tak zmienić? Wpłynąć na zmianę nastroju? Może warto częściej pokazywać się w tej sukni? Nie muszę wyglądać zawsze jak wyrobnica - nauczycielka ze szkoły średniej!"

Chciała już wychodzić, gdy zadźwięczał dzwonek telefonu.

- Hjejong? - usłyszała głos matki. - Czy to prawda, że profesor Jun odleciał wczoraj do Stanów? Myślałam, że jesienią wychodzisz za niego za mąż?! - Matka mówiła wzburzonym tonem, jakby robiła jej wyrzuty.

- Ależ, mamo, kto mówił o ślubie? Co za pomysły! Powiedz lepiej, jak twoje zdrowie?

Matka wykorzystała okazję, żeby trochę ponarzekać:

- Mam wysokie ciśnienie, bóle krzyża, pewno już niedługo pożyję.

- A co z ojcem? - Zignorowała te słowa córka. - U brata, siostry i ich dzieci wszystko w porządku? Mam już wakacje, więc odwiedzę was niedługo. - Chciała przerwać rozmowę.

- Ale, dziecko, czy nie zabrakło ci kimćhi?1 - Od przynaglań do ślubu, niemal pogróżek, poprzez skargi na choroby matka przeszła do spraw żołądka.

- Jeszcze mam dużo - odpowiedziała Hjejong, choć nie miała już kiszonki. - Przecież sama nie zjem tyle tak szybko.

Uważając się za samodzielną, Hjejong czuła jednak wyrzuty sumienia, że nadal przysparza rodzicom kłopotów. Ojciec płacił za nią połowę należności za mieszkanie. Aby móc to kiedyś zwrócić, co miesiąc, w tajemnicy przed wszystkimi, odkładała po trochu na rachunek terminowy w banku. Mogła wprawdzie sama pokryć wydatki na życie z pensji, zarobków za prywatne lekcje angielskiego i honoraria za tłumaczenia, którymi dzielili się między sobą wykładowcy i koledzy z uczelni, ale kiszeniem kimćhi i praniem jej rzeczy zajmowała się matka. Hjejong dopiero od niedawna sama zaczęła sobie prać; miała też zamiar zrezygnować z matczynego kimćhi.

Ledwo skończyły rozmowę, znowu zadzwonił telefon. Była to jej koleżanka Dzonghyi.

- Hjejong, tym razem umów się na pewno. To bogaty i godny zaufania człowiek. Wystarczy? Wyjdź za niego! Najważniejsze, żeby mąż cię szanował i miał dość pieniędzy.

Dzonghyi miała młody głos, ale sposobem mówienia przypominała jej matkę. Czy po zamążpójściu kobieta starzeje się tak szybko?

- Dobrze, dziękuję za radę, zrozumiałam.

Z panem Kimem, którego poleciła jej Dzonghyi, miała się spotkać o szóstej. Raz już się z nim widziała; dziś zamierzała ostatecznie mu odmówić.

Na dworze Hjejong od razu złapała taksówkę. Mikrobusem czy autobusem na pewno nie zdążyłaby dojechać na spotkanie z Pakiem.

Nie widziała go przez prawie osiem lat. Niedawno zaręczył się z panną Mo, a ją poprosił o ostatnie spotkanie: chyba postanowił, że po zaręczynach nie będzie się umawiać z innymi kobietami. Jakkolwiek to nazwać, naiwnością czy prostodusznością, Pak nie był Hjejong niemiły. Kiedyś, w czasach studenckich, ugościł ją wspaniałym obiadem w hotelu K., choć nie było ku temu żadnego powodu.

Powiedział wtedy, że śniła mu się poprzedniej nocy, a jej wygląd i zachowanie tak mu się spodobały, że poczuł się jak w bajce. Później jednak nie zwracał na nią szczególnej uwagi; po prostu studiowali razem i w tym samym czasie ukończyli uniwersytet. Dlatego teraz trochę dziwnie zabrzmiała jego prośba o pożegnalne spotkanie.

Deszcz przestał padać, ale niebo wciąż było zasnute chmurami. Na wschodniej stronie zrobiło się całkiem czarne, jakby lało tam jak z cebra. Szczęknął licznik taksówki; wybiło pięć wonów.

Zobaczyć się z Pakiem, obejrzeć głośny ostatnio film szpiegowski, o trzeciej zjawić się na ślubie Kjongsuk, potem razem z Sojong wybrać się na zakupy, a o szóstej jeszcze pan Kim... Od wczoraj, pierwszego dnia wakacji, nie miała chwili wytchnienia.

Wczorajszego ranka udała się do Kimpho pożegnać profesora Ju- na. Choć ulewa była straszliwa, tak że słyszało się trzask łamanych bambusów, samolot wystartował łagodnie. Hjejong zdumiała się na nowo ubożeniem współczesnych obyczajów. Profesor Jun, który przez kilka lat z rzędu stale ją odwiedzał, w chwili pożegnania nie podał jej nawet ręki. Na lotnisko nie pojechał z rodziną, ale z Hjejong taksówką, więc nie bez powodu i jego krewni, i jej matka uważali ich za narzeczonych. Oni sami jednak nie chcieli jeszcze się tak nazywać. Hjejong lubiła profesora i wiedziała, że on ją też lubi, ale nie była to miłość. Za miłość uznawała uczucie co najmniej tak gorące, jak Hipolity i Georgia ze Zwycięstwa śmierci albo Nastazji i Rogożyna z Idioty. Uczucie, które nie jest tak wielkie, jak Katiuszy ze Zmartwychwstania, w ogóle nie jest miłością. Hjejong nie doświadczyła dotychczas namiętności przeżywanych przez te powieściowe postacie. Jeśli chodzi o profesora Juna, to często dawał jej drogie prezenty, umawiał się z nią na randki, był jakby upojony winem, którego jeszcze nie wypili na swoim weselu, i wyznawał jej miłość; nie mówił jednak o ślubie. Ona przechodziła nad tym do porządku dziennego, nie sądząc, że należy posuwać się dalej: utrzymywali po prostu bliską znajomość, byli dobrymi przyjaciółmi. Jej przyjaciółki mówiły, że oboje zadzierają nosa i nie wiadomo, co z tego wyniknie, a Hjejong jest zbyt uparta i choć mężczyźni wciąż się koło niej kręcą, może w końcu zostać odtrącona.

- Żeby była nie wiem jak piękna, latka lecą.

- Już chyba taki los przypadł jej w udziale.

To na nią wyrzekały, to robiło im się jej żal.

* * *

Mimo wczesnej pory w kawiarni nieopodal kina prawie wszystkie miejsca były zajęte. Pak na jej widok podniósł się raptownie ze swego miejsca na sali. Wyglądał jak za czasów studenckich, może tylko trochę przytył.

- Panno Li, świetnie pani wygląda, nic się pani nie zmieniła. - Nie kryjąc radości ze spotkania, wyciągnął do niej rękę.

Hjejong, odwzajemniając uścisk dłoni, uśmiechnęła się w duchu: jednak Pak się zmienił, pierwszy wyciągnął rękę na powitanie. I od razu przeleciała jej przez głowę myśl, że z Junem ani razu nie uścisnęli sobie ręki. Czy podobałoby mu się to, co z innymi jest zwykłe i naturalne?

Przed kinem pełno było ludzi. Dopiero zaczął się pierwszy seans. Film już wyświetlano od dwóch miesięcy, musiał się więc bardzo podobać. Pak kupił bilety od konika i weszli do środka. Na dworze wciąż padało i czuło się nadmiar wilgoci; do klimatyzowanej sali kinowej nie docierało powietrze z zewnątrz i nie było to miłe dla skóry.

Na ekranie wciąż ktoś umierał albo kogoś zabijano i bez przerwy utrzymywało się napięcie. Drugoplanowy bohater zginął zastrzelony przez bandytę, a główny - zdołał uciec w krytycznej sytuacji. Podobne sceny powtarzały się jedna za drugą i Hjejong wkrótce miała tego dosyć. Rozejrzała się dokoła: w blasku bijącym od ekranu wszystkie twarze z otwartymi oczami wpatrywały się w migające obrazy. "Dlaczego nie potrafię się na tym skoncentrować? Może tak samo nie potrafię kochać?" - pomyślała Hjejong.

Film skończył się wreszcie happy endem, który wszyscy tak lubią.

Po wyjściu z kina spojrzeli po sobie i roześmiali się jednocześnie: żadne z nich nie mówiło o filmie. Była dwunasta pięćdziesiąt.

- Powiedziałaś, że masz czas do trzeciej. Może zjemy razem obiad?

Hjejong zgodziła się. Otworzyła parasolkę, bo siąpił drobny deszcz. Gdy tylko stanęli przy krawężniku, zatrzymała się przed nimi czarna limuzna, z której wysiadł kierowca i uprzejmie otworzył drzwiczki. "To chyba prywatny wóz Paka". Hjejong nie spodziewała się takiego luksusu.

Samochód cicho sunął ulicą, a za oknem rozszalała się ulewa. Hjejong myślała o tym, że na trzecią wyznaczony jest ślub Kjongsuk. "Lepiej, żeby już nie padało, bo co to będzie, jak deszcz zmoczy suknię ślubną!" Ceremonia miała się odbyć w nie najszczęśliwiej wybranym miejscu, w maleńkim kościółku...

Kjongsuk kończyła inny uniwersytet, ale chodziły razem do szkoły średniej; pracowała teraz jako nauczycielka tańca w tej samej szkole, co Hjejong. Wychodziła za mąż nie z miłości, ale po to, żeby się przekonać, jak to jest, gdy się zostanie mężatką. Najwyraźniej miała już dość życia w staropanieństwie. Narzeczony był nauczycielem w męskim liceum i cały jego majątek stanowiło mieszkanie kupione w budynku za miastem. Podobno - tak mówiła Kjongsuk - można mu było przyznać zaledwie sześćdziesiąt pięć punktów za wygląd, budowę fizyczną i pozostałe zalety; tylko pięć punktów dzieliło go od negatywnej oceny. Młodych nie stać było na urządzenie wystawnego wesela i nie mieli też na to ochoty; pod pretekstem wakacji zdecydowali się na uproszczoną ceremonię ślubną, a w dodatku wybrali gorący dzień letni, gdy łatwo o deszcz. Przy tak mieszanych uczuciach po co im właściwie ten ślub... Czy istotnie, jak utrzymywała panna młoda, po prostu na próbę?

Samochód dojechał do hotelu K.

- Czy pamiętasz to miejsce? - spytał Pak.

Myślał o obiedzie, na który zaprosił ją w studenckich czasach, a który jej wydał się teraz marzeniem sennym. Potakująco skinęła głową. Na twarzy Paka pojawił się uśmiech jak u dziecka. Hjejong też poprawił się humor.

- Mówią, że teraz jest tu bank i budynek znacznie powiększono...

- Rzeczywiście.

- Jak szybko wszystko się zmienia!

Znowu się roześmiali. Hjejong zdawało się, że na chwilę powróciła do tamtych lat. Strugi deszczu nie smagały już tak mocno. Samochód zatrzymał się przed hotelem.

- Podobno tu w grillu dają najlepsze jedzenie - zauważył Pak wysiadając.

Hjejong czytała w gazecie anons o otwarciu tej restauracji.

Na co dzień Hjejong jadała skromnie: rano tosty, w porze obiadowej makaron kuksu w pobliżu szkoły, wieczorami gotowała sobie ryż i to bez przystawek, gdyż uważała je za zbyt pracochłonne. Przy takim sposobie odżywiania się trudno by nie delektowała się teraz smakiem pieczonego kurczaka. Z nie wiadomych powodów nie mogły się z nim równać wspaniałe dania zachodniej kuchni w pierwszorzędnych restauracjach, do których zapraszał ją profesor Jun. Pewno tutaj smażono na lepszym oleju i używano lepszych surowców. W każdym razie w lokalu prawie nie było wolnego miejsca.

- Gdzie teraz pracujesz Pak? - Hjejong zadała wreszcie pytanie, z którym nosiła się od dawna.

- Nie mam stałego zatrudnienia - odrzekł po chwili Pak, jakby zawstydzony - pomagam po prostu ojcu.

- A czym zajmuje się ojciec? - Spytała tak sobie, bo cóż ją to w końcu mogło obchodzić.

- Ma przedsiębiorstwo A.

Zdumiała się w duchu: przedsiębiorstwo A. wchodziło w skład znanego koncernu. Przyjęła jednak wiadomość bez komentarza.

- Ach tak.

Randka miała się ku końcowi; było dziesięć po drugiej.

- Panno Li, mam prośbę...

- ... ?

- Czy pomoże mi pani wybrać prezent zaręczynowy dla mojej narzeczonej? Jest nauczycielką w Tegu...

Hjejong poczuła się trochę dziwnie, ale prawie natychmiast odrzekła:

- Oczywiście.

Gdyby się nad tym zastanowić, to właściwie nie było w tym nic dziwnego. Czyż przyjacielem nie jest się na dobre i na złe? Chodziło o kupienie biżuterii, na przykład pierścionka z diamentem. Postanowili udać się do firmy matki Hjejong. Tylko w takiej można było być pewnym jakości i ceny kosztowności. Hjejong znała wiele sklepów jubilerskich, różne rzeczy jej się tam podobały, ale jeśli chciała zdążyć na ślub Kjongsuk, nie miała czasu na długie chodzenie.

Choć deszcz ustał, niebo wyglądało tak, jakby znowu miało lunąć.

W drugim sklepie, do którego zajrzeli, uwagę Hjejong przyciągnął kolor zielonego jadeitu. Choć nie była to poszukiwana firma, Hjejong zatrzymała się. Za grubym szkłem biły blaskiem różnorodne zestawy diamentów, szafirów, opali, topazów, turmalinów, ametystów, bursztynów i pereł, a także - sztucznych kamieni. Na pierwszy rzut oka lśniły wspaniale, ale przy uważniejszym spojrzeniu jadeity okazały się nieczyste, diamenty nie dopracowane w szczegółach, rubiny, uważane za symbol miłości i nazywane kroplami krwi z serca matki-ziemi - tylko bladoróżowe. Opale miały cętki, jakby usiano je różnobarwnymi punkcikami, i nie spodobały się Hjejong.

Na kolejnej wystawie dostrzegła ładny pierścionek z nefrytu. Miał delikatny zielony kolor; chyba wyjęto go ze środka kamienia. "Ale jeśli nie będzie pasował na palec, to jaki z niego pożytek... - mówiła sobie w duchu Hjejong. - Gdyby jadeit miał taki kolor, jakże byłby piękny!"

Szli od jednej wystawy do drugiej.

- Ma pani jeszcze czas?

Hjejong aż się wzdrygnęła. Zupełnie zapomniała o istnieniu Paka. Zamrugała oczyma i uśmiechnęła się do niego. Była druga czterdzieści. Już od dwudziestu minut wpatruje się w klejnoty. "No cóż, jestem kobietą..." I przypomniała jej się bogini Atalanta, nie pokonana przez nikogo szybkobiegaczka, która pewnego dnia przegrała zawody, gdy bóg Hippomenes rozsypał na jej trasie klejnoty, a ona nie mogła im się oprzeć. Na podstawie tego greckiego mitu można by sądzić, że nie ma kobiety, która oparłaby się magii szlachetnych kamieni. Hjejong po chwili zaśmiała się w duchu. "Koncentruję się na pięknie, nie muszę zwracać uwagi na cenę..."

Powiadano, że mężczyźni dlatego wciąż się kręcą wokół niej, gdyż świetnie zna się na klejnotach. Rzeczywiście ją fascynowały, skoro zachwycała się to tym, to tamtym, śmiała się i sama ze sobą rozmawiała.

Po drodze rzucała z ukosa spojrzenia na wystawy z porcelaną: nie było nic godnego uwagi. W sklepie firmowym spodobał jej się kwadratowy diament: ozdobnie oprawiony, półtorakaratowy. Kosztował trzysta osiemdziesiąt tysięcy wonów. Pakowi też się podobał. Zauważyli również szmaragd, nie widziany u innych jubilerów: ośmiomilimetrowy, kwadratowy, zdobny na krawędziach diamentami; wyceniono go na trzysta sześćdziesiąt tysięcy wonów. Był naprawdę piękny, a jego kolor przypominał głębokie morze w pogodny dzień.

Może większy byłby bardziej odpowiedni, ale mały miał dodatkowy urok. Hjejong chciała i ten klejnocik polecić swojemu towarzyszowi, nie wiedząc jednak, jak stoi z funduszami, powiedziała tylko:

- To też jest ładne.

- Kupimy - zdecydował Pak.

Razem zapłacić miał siedemset czterdzieści tysięcy, ale wyglądało na to, że ma jeszcze dość pieniędzy. Hjejong po chwili zastanowienia wskazała na naszyjnik z pereł za sto pięćdziesiąt tysięcy.

- Bierzemy. Przeznaczyłem na to milion wonów, ale mogę wydać trochę więcej.

Hjejong westchnęła w duchu: "Milion wonów? To cena jednego domu! Nie mam szczęścia do takich bogaczy. Ani do pieniędzy. Taki już mój los!" Nie przejmowała się tym jednak zbytnio.

- Panno Li, ma pani piękną broszkę, kupmy do kompletu ametyst - zaproponował Pak, patrząc na jej płaszcz przeciwdeszczowy. Chyba zauważył broszę w czasie obiadu.

Ametyst zbyt ciemny nie jest ładny, bo wygląda jak czarny, z kolei zbyt jasny przypomina szkło. Elegancko prezentuje się fioletowy: o ośmiokątnym szlifie, wielkości trzy centymetry na półtora, ale nawet w postaci broszki wart jest dwadzieścia pięć tysięcy. Oprawny w platynę pasuje i do koreańskiego, i do europejskiego stroju. A naszyjnik, z dużych czy małych ametystów po dziewięć kamieni, kosztuje aż dziewięćdziesiąt tysięcy; jest drogi, bo w cenę wchodzi platyna.

Rachunek wyniósł milion pięć tysięcy; Hjejong ledwo utargowała końcówkę - pięć tysięcy.

Właściciel sklepu, chcąc wybrać odpowiedni rozmiar pierścionka, próbował włożyć go na rękę Hjejong, ale ona szybko ją cofnęła. Nie miała zamiaru mierzyć cudzego pierścionka zaręczynowego.

- To wszystko na prezent dla pewnej pani. Jeśli zjawi się u pana i poprosi o zamianę, proszę ją dobrze obsłużyć.

- A ja myślałem - zauważył jubiler - że to może panna Li wychodzi za mąż? Kiedy właściwie zaprosi mnie pani na wesele?

Gdy człowiek żonaty zwraca się z podobnym pytaniem do starej panny, wyczuwa się w tym swoiste poczucie wyższości. Hjejong uśmiechnęła się tylko. Kiedyś takie pytania wprawiały ją w zły nastrój, teraz zbywała je śmiechem. Ludzie odczuwający wyższość lub choćby ulgę z tego powodu, że byli żonaci czy zamężni, choćby później się rozwiedli czy borykali z kłopotami materialnymi, przypominali jej kogoś, kto zdawał egzamin wstępny na uczelnię, do której trudno się dostać, i choć nie zdał go, szczycił się samym przystąpieniem do trudnego egzaminu.

Po skończeniu zakupów pospiesznie wsiedli do samochodu. Była już za pięć trzecia. Unikając zatłoczonej ulicy Yldziro, kierowca wjechał na tyły wzgórza Namsan i natychmiast przyspieszył. Tak czy tak, Hjejong spóźni się około dziesięciu minut. Na zaproszeniu wydrukowano szkic dojazdu do kościoła, więc znalazła go bez kłopotów. Nie było to tak wspaniałe i piękne miejsce jak inne, ale całkiem wygodne w momencie, gdy brakuje czasu. Kjongsuk uchodziła przecież za perfekcjonistkę. Nie zapomniała o niczym. Niczego nie można było jej zarzucić. Choć nie była chrześcijanką, od razu wybrała ten kościół na miejsce ślubu, wiedząc, że bywa tam narzeczony.

Hjejong zaraz po wyjściu z samochodu ujrzała bramę kościelną, ku której prowadziły długie schody. "Gdyby była ulewa, suknia ślubna musiałaby się zamoczyć i zabrudzić grudkami błota, mimo że stopnie były cementowe..."

Z kościoła wychodzili już ludzie, niosąc w dłoniach małe pakieciki: podziękowania za prezenty ślubne. Hjejong spojrzała na zegarek: szesnaście po trzeciej. Pomyślała, że to już koniec ceremonii, i szybko wbiegła po schodach do środka. Ceremonia, rzeczywiście, już się zakończyła i państwo młodzi pozowali właśnie do pamiątkowego zdjęcia. Uspokojona trochę Hjejong poczekała, aż skończą błyskać flesze, a potem podeszła do Kjongsuk.

- Przepraszam za spóźnienie... Naprawdę pięknie wyglądasz!

Te słowa, nie wiedzieć czemu nieprzemyślane, jakby zawisły w powietrzu.

- Lalkę, którą dałaś mi w prezencie ślubnym, umieściłam przy wejściu do mieszkania, żeby od razu rzucała się w oczy. - Głos Kjongsuk był radosny, nie wyczuwało się ani krzty wymówki za spóźnienie koleżanki. - To moja przyjaciółka, nauczycielka Li Hjejong.

Pan młody skłonił głowę i przywitał się z nią. Kjongsuk spojrzała z ukosa na męża i dodała żartobliwym tonem:

- Nie mam się czego wstydzić, prawda?

W ukośnym spojrzeniu wiele było kokieterii: pan młody zasługiwał na znacznie więcej niż sześćdziesiąt pięć punktów. Jego zachowanie budziło szacunek, a budowa i wygląd pozwalały go ocenić na nie mniej niż osiemdziesiąt. Kjongsuk zdawała się być uszczęśliwiona, a Hjejong, zmieszana, nie bardzo wiedziała, jak się zachować.

Z boku dobiegło ich westchnienie matki Kjongsuk:

- Że też panna młoda nie ma wstydu...

Do Kjongsuk podchodzili kolejni goście z gratulacjami i raz po raz słychać było jej śmiech.

* * *

Hjejong ruszyła pieszo do przystanku mikrobusu. Towarzyszyła jej Sojong, która przez całą drogę wyrzekała.

- Kjongsuk wybrzydzała na pana młodego, że taki niewydarzony, a tu patrzcie, jest sto razy lepszy ode mnie. Bała się, że któraś go jej odbierze, czy co?... Pastor tak szybko uporał się z ceremonią, że od pierwszych słów "Z łaski Boga..." do ostatnich "Amen" wszystko trwało dwie minuty. Oprawę muzyczną skrócili do trzech minut i wymiana podarunków też skończyła się błyskawicznie... A co do gości, to zaprosiła samych staruchów, i to tak mało, jak zębów w ich gębach. (Krzesła dla modlących, rzeczywiście, świeciły pustkami)...

Ja sama byłam zadowolona, ale nie bardzo wiedziałam, co robić. A ten podarunek dziękczynny: ręcznik za trzydzieści wonów, w jakimś takim zielonkawym kolorze... (Nie wiadomo kiedy zdążyła otworzyć pakiecik i wiedziała już, co dostała)... Mówię ci, nie chciała tracić pieniędzy na wesele i tylko zawracała nam głowę, że ślub bierze na próbę. To zasłona dymna. Kjongsuk jest niesamowitą sknerą i dba tylko o własną wygodę. Jeśli miała zamiar urządzić taką idiotyczną uroczystość, po co spraszała gości?...

Sojong przemawiała tak do siebie, wzburzona, i - jakby dla podkreślenia swej pogardy - prychała. Miała całkiem zepsuty humor. Było to jednak normalne, ponieważ Sojong zawsze lubowała się w przepychu. Śmieszne jednak, że w zły nastrój wprawił ją czyjś nie dość wspaniały ślub.

Hjejong też myślała o Kjongsuk. Raz jeszcze uderzył ją konsekwentny praktycyzm koleżanki, która nawet suknię ślubną miała do kolan, taką jak zwyczajna sukienka wyjściowa. Prawdę powiedziawszy, taka suknia przydaje się raz w życiu, a później bez pożytku wisi w szafie lub leży zamknięta w skrzyni. Chyba że ktoś się wykosztuje i przerobi ją na sukienkę wyjściową lub koktajlową. Kjongsuk widocznie obliczyła to wszystko i od razu sprawiła sobie właściwy strój.

Aż do chwili gdy mikrobus wjechał na ulicę Sedzongno, drobny deszcz to przestawał padać, to znów zaczynał kropić. Hjejong uparła się, żeby najpierw pójść do księgarni, bo tam zakup nie potrwa długo, a w domu towarowym, gdzie Sojong chciała kupić kostium kąpielowy, stracą dużo czasu na wybieranie.

Choć uważnie przebiegła wzrokiem po półkach z książkami ustawionymi aż do sufitu, nie zauważyła poszukiwanego zbioru dramatów Synge'a.

- Synge? - Sprzedawczyni pewno nie wiedziała, kto to taki. Kręcąc głową podeszła do kasy i wertując jakąś księgę odpowiedziała: - Hm, sprzedane. Proszę złożyć zamówienie.

- Jak długo to potrwa?

- Około trzech tygodni...

Dla Hjejong, która zamierzała przeczytać książkę w czasie wakacji, trzy tygodnie było to stanowczo za długo. Udały się do następnej księgarni. Sojong, jakby chcąc ponaglić koleżankę, niczym się nie interesowała, ale w końcu, stojąc przed działem sztuki, zaczęła przeglądać albumy malarstwa. Tutaj też nie było dramatów Synge'a, za to Sojong znalazła coś dla siebie.

- Ej! Zobacz, Nowoczesne Malarstwo wydawnictwa SKIRA. Od dawna na to polowałam. Jak teraz ten album przepuszczę, to nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś go znajdę.

- To co, kupujesz?

- Chciałabym, ale wtedy nie starczy mi na kostium kąpielowy. - I Sojong zrobiła płaczliwą minę.

Hjejong postanowiła wykorzystać sytuację.

- A po co ci nowy kostium? Trzeba za niego dać z pięć tysięcy! Tak drogo, a za rok moda się zmieni. Zresztą, jak tak będzie padało, to nie warto przecież jechać nad morze.

Chciała koniecznie namówić koleżankę do kupna albumu. Nie dlatego nawet, że ceniła go wyżej niż kąpielówki, ale dlatego że Sojong była strasznie wybredna przy kupowaniu odzieży. Okropnie wtedy marudziła i zanim wydała pieniądze i wybrała choćby jedną rzecz, mijało kilka godzin, a potem, ledwo wyszła ze sklepu, już żałowała niepotrzebnego zakupu: "Co ja będę z tym robić?..." i jeśli nie od razu, to następnego dnia wymieniała towar na coś innego. Nic by to zresztą nie szkodziło, gdyby robiła to sama, ale zawsze przy tym nalegała, żeby Hjejong pomogła jej wymienić. Dlatego Hjejong robiła teraz co mogła, żeby zniechęcić Sojong.

- Jeśli zabraknie ci pieniędzy na album - powiedziała - pożyczę ci.

- Dobrze. Nie mam tyle przy sobie. Ale muszę dziś jeszcze kupić sobie kostium.

- Przecież jutro też możesz to zrobić. Dziś kup ten album.

Sojong dala się w końcu przekonać. Album kosztował osiem tysięcy czterysta wonów. Cztery lata temu Hjejong zapłaciła za taki sam trzy tysiące pięćset. Wyobraziła sobie, ile ma w domu książek i albumów wydanych za granicą, i z satysfakcją pomyślała: , Jestem bogata". Sojong pożyczyła od niej trzy tysiące wonów, a potem zajęła się przeglądaniem innych albumów: a to impresjonistów, a to malarstwa chińskiego. Nic dziwnego, była w końcu specjalistką od sztuki.

Do spotkania z panem Kimem zostało około godziny, a na dojście do Mjongdong wystarczy piętnaście minut; Hjejong miała więc trochę czasu, by razem z Sojong pooglądać albumy. Przypomniała sobie jednak o Synge'u i ruszyła do następnej księgarni. Poszukiwaną książkę znalazła wreszcie w trzeciej: kosztowało ją to tysiąc sześćset wonów. Nie miała to być książka do odłożenia na półkę, ale do czytania, więc lepsza byłaby w miękkiej oprawie i formatu kieszonkowego, ponieważ jednak nie było innego wydania, kupiła to: solidne i drogie.

Zrobiło jej się lekko na duszy, bo zdobyła to, czego chciała, ale rozejrzała się jeszcze po półkach, czy nie zobaczy czegoś interesującego.

- Ej! Chodźmy już! - odezwała się Sojong.

Hjejong ociągała się, nie mając ochoty zjawić się pierwsza w kawiarni, ale Sojong pociągnęła ją za rękę. Gdy tylko znalazły się na ulicy, powiedziała:

- Chodź. Muszę obejrzeć kostiumy kąpielowe.

- Po co masz oglądać, skoro i tak nie kupisz?

- Muszę obejrzeć raz i drugi, żeby potem nie żałować.

Do mikrobusów, autobusów i do zwykłych taksówek ustawiły się długie kolejki, jak to w godzinie szczytu. Postanowiły więc przejść pieszo jeden przystanek.

- Tak naprawdę, to jestem z kimś umówiona...

- Z kimś fajnym?

- Nie... Przedstawiła mi go koleżanka, to ktoś z jej rodziny, chyba godny zaufania...

- Poszłaś na spotkanie z kandydatem na męża?

- Nie, umówiłam się z koleżanką na obiad, a on już tam był. Wciąż mi się przyglądał, pewno rodzina chce go swatać.

- To nieładnie. Nie spytali cię nawet o zdanie...

- Nie bardzo mi się to podobało, ale nie warto się przejmować... Niechętnie zgodziłam się na to dzisiejsze spotkanie. E tam, nie idę. Pójdę z tobą.

- Ależ nie, idź! Może, jak przyjrzysz mu się po raz drugi, to ci się spodoba? A poza tym dobrze jest poznawać wielu mężczyzn.

Hjejong roześmiała się na te słowa.

- Nie masz się z czego śmiać. Ja też dwa lata temu spotkałam się z kimś, kogo mi swatano, ale sprzątnęła mi go moja młodsza siostra przed wyjazdem na studia za granicę. Jak się odmawia, to trzeba to robić w rękawiczkach. Inaczej narobisz sobie wrogów. Więc jeśli się już umówiłaś, to musisz iść.

- Ale on nie wybiera się na żadne studia.

- A co właściwie robi?

- To dyrektor fabryki papieru. W dodatku młody.

- To dobrze, w razie czego będzie go można prosić, żeby zatrudnił kogoś znajomego...

- Kogo?

- Czego się tak czepiasz? Czy nie masz nikogo, kto by ci przypadł do gustu? Choćby jakiś krewny, a nawet mąż koleżanki...

Hjejong znów się roześmiała. To, że Sojong zwracała uwagę na drobiazgi, było bardzo miłe, prawdziwie kobiece, ale śmieszna była ta jej planowana na wyrost prośba o zatrudnienie znajomego...

Gdy znalazły się blisko Sokongdong, Hjejong poczuła zmęczenie. Bolały ją nogi, bo nałożyła dziś kalosze, wzięła też ze sobą parasolkę i od rana kręciła się po mieście. Coraz mniejszą ochotę miała na spotkanie z panem Kimem, do którego nie czuła żadnej sympatii...

- Powiedz lepiej, jak to się delikatnie odmawia?

- Mówisz, że wyjeżdżasz na studia za granicę. Na przykład do Paryża. - Sojong zaśmiała się głośno. Pewno wyobraziła sobie minę pana Kima, gdy to usłyszy. - Zwykle nie trzeba więcej mówić. Rezygnują. Choć zdarza się i taki, co chce poczekać... Ale i ten po upływie pół roku się żeni.

Sojong przygryzła wargę i prychnęła z pogardą. Ona sama chętnie godziła się na spotkanie, jeśli trafił się ktoś odpowiedni. Nie chciała tylko wychodzić za kogoś, przy kim musiałaby pracować: nie lubiła brudzić sobie rąk przygotowywaniem pasty z papryki czy soi. Może i chodziłaby do pracy, choć to mogłoby się okazać rzeczą wstydliwą.

- A w ogóle, to nie ma takiego mężczyzny, któremu dawałabym zarobione przez siebie pieniądze. Człowiek zamożny, który miałby liczną rodzinę, też by się nie nadawał, bo za wiele byłoby zdenerwowania. Nie ma też mowy o kimś niewykształconym, jakimś prostaku... - Sojong wysuwała wciąż nowe powody, dla których odrzucała kandydata na męża. - Najwygodniej jest żyć samej. Popatrz na profesorkę śpiewu. Zaszła w ciążę, brzuch ma jak góra, na twarzy pełno plam... A mąż zarabia tyle, co kot napłakał, i brakuje im nie tylko na mięso, ale chyba i na ryż.

Hjejong potakująco kiwnęła głową. Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego ludzie w takiej sytuacji decydują się na małżeństwo. Nauczycielka śpiewu przez dwa lata po ślubie nie sprawiła sobie nic nowego z ubrania poza bluzką z satyny. Jej niezbyt wysoka pensja szła w całości na utrzymanie, bo mąż lubił sobie wypić, a podobno i sypiał poza domem. Kobieta po powrocie do domu nie miała chwili odpoczynku: prała, sprzątała, zajmowała się kuchnią. I nie wyglądało na to, że poświęca się z miłości do męża. Mimo to często namawiała Hjejong do szybkiego zamążpójścia, bo - jak mówiła współczująco - "Nie jesteś już pierwszej młodości". W takich chwilach Sojong, stojąc za plecami nauczycielki śpiewu, stroiła miny: "Ślepa i głucha!". Hjejong wolała już profesorkę muzyki, która po prostu przyznawała:

- W małżeństwie dobre jest to, że nie trzeba spać samej, gdy pada deszcz i wieje wiatr. Jeśli obok ciebie ktoś śpi, to niczego się nie boisz. Przedtem, gdy tylko zaskrzypiały drzwi, trzęsłam się ze strachu, że to złodziej. Teraz spokojnie leżę w łóżku. Tylko taki jest pożytek z małżeństwa.

Hjejong nie uważała instytucji małżeńskiej za niepotrzebną, nie wysuwała też tylu argumentów przeciw niej, co Sojong. Nie wiadomo dlaczego nie miała chyba ochoty na taki związek. Może nie spotkała jeszcze mężczyzny, którego chciałaby poślubić. Jedna z jej przyjaciółek twierdziła, że profesor Jun już ją złowił, ale Hjejong nie zgadzała się z tą opinią. Nie miała mu wprawdzie nic do zarzucenia, podobały jej się jego dobre maniery, szczerość, inteligencja, zainteresowania, wygląd, ale po rozstaniu z nim czuła w sercu jakiś niedosyt, brak, którego nie było czym wypełnić. Być może profesor Jun, będąc dżentelmenem, nie miał w sobie dość przedsiębiorczości, okazał się zbyt pasywny.

Przed domem towarowym "Midopha" Hjejong powiedziała:

- Zdecydowałam się iść z tobą.

- Posłuchaj - Sojong przecząco pokręciła głową. - Idź i bądź miła. Powiedz mu w zaufaniu, że wybierasz się do Ameryki.

- Naprawdę nie chcę go już widzieć.

- Jeśli nie zrobisz, jak ci mówię - rozzłościła się Sojong - to wracam do domu.

Hjejong pożegnała się z Sojong z poczuciem winy.

* * *

Skierowała się już ku ulicy Mjongdong, gdy nagle zmieniła kierunek; postanowiła złapać mikrobus jadący w stronę jej osiedla. W żadnym wypadku nie spotka się z panem Kimem. Nadjeżdżające mikrobusy były jednak zatłoczone, a czekający tak się pchali, że nie było mowy, aby wejść do środka. Czekała więc, udając, że jej się nie spieszy, i patrząc gdzieś przed siebie.

Zaczął padać drobny deszcz. Sprzedawcy winylowych parasoli zachwalali swój towar, ludzie otwierali parasole i nagle na przystanku zrobiło się ciasno. Mikrobusy jeden za drugim stawały i odjeżdżały. Niektóre pędziły, w ogóle się nie zatrzymując.

- Panno Li! - przestraszył ją czyjś głos. Odwróciła się, żeby zobaczyć, kto ją woła.

Był to Czhwe Hakku, spotkany przypadkowo tydzień wcześniej w kawiarni. Z jego błyszczących oczu biło radosne podniecenie. Zaciągnął ją do pobliskiej cukierni. Gdy usiedli i zamówili lody, wyznał z westchnieniem:

- Panno Li, nie ma pani pojęcia, jak bardzo pragnąłem panią spotkać! Jak się o to starałem! Ze spisu stowarzyszenia absolwentów dowiedziałem się, że pracuje pani w szkole. Telefonowałem tam, ale albo pani była na zajęciach, albo już pani wyszła... Nie mając innego wyjścia, wysłałem kartkę. Czy dotarła do pani?

Hjejong dostała tę kartkę, ale zupełnie zapomniała o proponowanym spotkaniu.

- Czekałem w "Arang" dwie godziny - ciągnął Hakku, nie czekając na odpowiedź - jednak pani nie przyszła. Przedwczoraj byłem w szkole, ale okazało się, że są wakacje. Z książki adresowej zdobyłem numer pani telefonu. Wczoraj przed południem poszedłem do pani bloku i znowu nie miałem szczęścia. Wieczorem była awaria telefonu, a dziś od rana telefon był zajęty. Może coś jest nie w porządku z centralką? - Hakku opowiedział to wszystko niemal jednym tchem, a w końcu poniosły go trochę nerwy.

Było to tydzień temu. Jadła z Sojong kolację na mieście i gdy piły już kawę, podszedł do nich Hakku i przedstawił się. Studiował na tej samej, co one, uczelni, choć na innym wydziale. Skończył ją dwa lata wcześniej. Świetnie zbudowany, wyglądał bardzo męsko. Trudno było go nie zauważyć. Miał długie nogi, chodził wielkimi krokami, lekko pochylony, jakby miał zaraz zaatakować i złapać tygrysa. W czasie studiów nie zamienili ze sobą słowa. Teraz, po raz pierwszy spotykając się z Hjejong twarzą w twarz, wyznał jej o sobie wszystko. Po skończeniu uniwersytetu kontynuował studia w Ameryce, nie zdobył jednak stopnia doktora i ma zamiar pojechać tam raz jeszcze, by przedstawić rozprawę doktorską, a teraz pracuje na godziny zlecone w macierzystej uczelni. Jako student spotykał ją czasem na wykładach z literatury i wtedy zapamiętał wyraźnie twarz Hjejong... Upewnił się, czy dobrze zapamiętał jej imię, i widząc, że nikt go nie zatrzymuje, odszedł ze smętnym wyrazem twarzy.

Słowa, spadające nieprzerwanie jak wodospad, urwały się na chwilę: tylko dlatego, że Hakku chciał przysunąć krzesło bliżej stolika.

- Panno Li! Proszę zjeść teraz ze mną kolację, potem napijemy się czegoś w jakimś spokojnym miejscu i odwiozę panią do domu. Zgoda? - Nie dając Hjejong czasu na odpowiedź, podniósł się i przepuścił ją przed sobą. - Chodźmy!

Wyszli z cukierni. Deszcz zacinał mocniej niż przedtem. Była szósta czterdzieści pięć.

- Zjemy kolację po europejsku?

- Wolałabym kuchnię chińską - odparła Hjejong, która jadła już na obiad kurczaka w zachodnim stylu.

- Świetnie, była pani może w "China Hotel"?

- Tylko o nim słyszałam.

- Wobec tego wybierzemy się tam!

"China Hotel" odległy był tylko o jeden przystanek.

Potrawy nie były tam zbyt smaczne, ale uwagę zwracały piękne naczynia, nie spotykane w innych chińskich restauracjach. Stojącą na stole małą lampę w kształcie chińskiego kotła zdobiły wymalowane na czterech ściankach postacie pustelników. Innego oświetlenia nie było, panował półmrok. Ale i przy tym słabym świetle oczy Hakku błyszczały tak jak przedtem.

- Nie cierpię jeść w takich ciemnościach - zauważył niezadowolony Hakku. - To odpowiednie przy piciu herbaty czy alkoholu, bo stwarza odpowiedni nastrój, ale nie wpływa najlepiej na trawienie, gdy je się coś konkretnego...

Hjejong zmilczała. Bała się, że jeśli mu zawtóruje, on zacznie się awanturować, a jeśli zaprzeczy, pewno będzie ją przekonywać do swojej racji. Zresztą, wbrew temu, co mówił, zajadał z większym apetytem niż ona.

Po wyjściu z grilla wjechali na ósme piętro do "Podniebnego Klubu". Za oknami bielały wręcz strugi deszczu. Od stolików dolatywały przytłumione urywki rozmów. Hjejong zamówiła koktajl "Pocałunek Anioła", który miał piękny mlecznoróżowy kolor, a jej towarzysz - "Manhattan". Łyk po łyku sączyli swe koktajle.

- Panno Li! - odezwał się silnym, dźwięcznym głosem Hakku i na chwilę zamilkł. Ta cisza była jakby przygotowaniem do mającego potem nastąpić wybuchu elokwencji. - Panno Li! - powtórzył. - Proszę wyjść za mnie za mąż. Nie byłem żonaty i nie przeżyłem dotąd prawdziwej miłości. W Ameryce bardzo się starałem znaleźć kogoś, ale na próżno. Po powrocie do kraju też mi się nie udało. Próbowano mnie swatać, obejrzałem kilkanaście zdjęć kandydatek, ale żadna mi się nie spodobała. Gdy niedawno zobaczyłem panią, aż podskoczyłem z radości. Nie znam dobrze pani sytuacji, ale nawet jeśli miała pani kiedyś męża, nie przeszkadza mi to. Moja rodzina nie jest bogata, ojciec pracuje w banku. Mam też matkę, zamężną siostrę i młodszego brata, studenta. Jeśli się pani zgodzi, zamieszkamy w domu, który kupiłem w Kahwedong. Może mówię zbyt chaotycznie i jest pani teraz zaskoczona... Ale myślę, że moglibyśmy poznać się bliżej i zapoznać ze sobą naszych rodziców.

Duże ręce Hakku posunęły się po stole, jakby chciały ująć dłonie Hjejong. Zatrzymały się jednak i tylko mocniej ścisnęły szklankę z "Manhattanem". Ktoś cicho grał na pianinie cool jazz. "Czyżby tak proste i szczere oświadczyny były w stylu amerykańskich mężczyzn? Na to wygląda!" Hjejong poczuła ogień na twarzy i stopniowo gorączka ogarnęła jej całe ciało. Sprawił to nie tyle alkohol, co energiczny głos Hakku i jego nagłe oświadczyny, które uderzyły w nią niczym huragan. "Ten człowiek mi się podoba!" - wykrzyknęła w duchu, ale głośno tego nie skomentowała słowem. Dopiero po chwili powiedziała:

- Profesorze Czhwe, chodźmy już. Jestem i zaskoczona, i zmęczona.

- Spotkamy się znów jutro? - Hakku nie zdradzał ochoty do wyjścia.

- Jeśli nie będę zmęczona...

Hjejong wstała. On też, rad nie rad, podniósł się z miejsca.

Złapanie taksówki zajęło im paręnaście minut. W okna samochodu bębnił deszcz, a kierowca pędził jak szalony.

- Ach, jakie miałem dziś szczęście! Że też spotkaliśmy się przypadkiem na ulicy! Ha, ha, ha! - Hakku mówił bez skrępowania i śmiał się co chwila. Wyglądał na człowieka, który nie zna wahań. Jeśli nie stawia niemożliwych żądań, to wydaje rozkazy. Trudniej jednak byłoby wyobrazić go sobie jako poważnego wykładowcę na uczelni.

Taksówka bardzo szybko dojechała na miejsce. Hakku wyskoczył z niej pierwszy.

- Panno Li, jeśli mi pani odmówi, to trudno. Ale podoba mi się pani do szaleństwa! Spotkajmy się jutro. Zadzwonię do pani nawet w nocy. Do zobaczenia! - Wyciągnął do Hjejong swą wielką dłoń i omal nie zmiażdżył jej ręki. I wskoczył do czekającej taksówki.

Znalazłszy się u siebie, Hjejong zaciągnęła zaraz zasłony. Potem wsypała kawy do miniekspresu i poszła do łazienki wziąć prysznic. Woda była letnia, w sam raz do spłukania z siebie znojnego dnia.

Usiadła przed toaletką, by nawilżyć twarz lotionem. Wkrótce aromatyczny zapach kawy napełnił cale pomieszczenie.

Hjejong postawiła na tacy oliwkową filiżankę, dzbanek z kawą i dzbanuszek ze śmietanką i zaniosła do saloniku. Wyciągnęła z torby zbiór dramatów Synge'a, ale po chwili odłożyła książkę na biurko. Nalała sobie kawy, dodała śmietanki. Wonna para powoli unosiła się w powietrzu, kreśląc subtelne, kręte linie. W pokoju było bardzo cicho. Plusk deszczu za szybą pogłębiał spokojną atmosferę wnętrza.

"Książkę przejrzę sobie potem" - pomyślała, wdychając zapach kawy. Ta pora dnia była dla niej wartością absolutną, której nie mógł zakłócić nikt ani nic. Była to godzina należąca tylko do niej, godzina, jakiej nie mogła mieć żadna kobieta zamężna. Wyłączała się wtedy całkowicie; przez głowę nie przebiegała jej najmniejsza nawet myśl.

Kawa była jeszcze zbyt gorąca do picia. Rozkoszowała się jej aromatem, czekając, aż trochę wystygnie. Było dziesięć po dziesiątej. Nagle zadźwięczał dzwonek telefonu. Raz, drugi, trzeci... jedenasty... piętnasty. Czy to był Hakku? Hjejong szybko podniosła słuchawkę i delikatnie położyła ją na biurku. Telefon już nie zakłóci jej ciszy. Nie chciała być niepokojona o tej szczęśliwej dla siebie godzinie, niezależnie od tego, kto dzwonił.

Podeszła do stolika, podniosła oliwkową filiżankę i upiła powoli łyk kawy.

?

Powódź

Deszcz lał już czwarty dzień, rzeka wezbrała i błotnista woda zalała pola ryżowe i inne uprawy. Gdyby ulewa potrwała jeszcze trzy dni, powódź mogłaby dosięgnąć domu Thesika. Thesik stał na drewnianym ganku i obserwował, jak woda znosi położoną wyżej wieś. Po błotnistej wodzie płynęły kołysząc się i wirując dachy chat ze słomy ryżowej. Płynęły drewniane słupy nadgryzione przez robactwo. Wszystko to, wirując, w szalonym tempie zmierzało w jednym kierunku. Wiklinowe kosze, drzwi, drewniane pokrywy do kotłów... Thesik przyglądał się temu bez słowa.

Milczała też jego świeżo poślubiona żona, która przysiadła na krawędzi kuchni ze wzrokiem utkwionym w plecach męża. Spędzili ze sobą dopiero jedną noc. Zjedli razem śniadanie, ale ona ani razu jeszcze nie spojrzała mu prosto w twarz. To wstyd nie pozwalał jej tak na niego patrzeć. Może i Thesik był zawstydzony, bo również się nie odzywał. Tylko przy śniadaniu przełożył ze swojej miseczki dwie pełne łyżki ryżu do miseczki żony. A ta spłonęła rumieńcem, przypomniawszy sobie, że ponoć przełożenie właśnie dwu łyżek ryżu jest oznaką miłości.

Z kuchni na ganek wymknęło się pięć szczurów i wdrapało na słup; potem zbiegły pod ganek, zapiszczały i uciekły w popłochu. Mówią, że szczury najbardziej boją się powodzi. A to dlatego, że woda może zalać im nory.

Młoda żona nie czuła lęku przed powodzią, nie bała się, że może zabrać im dom. Siedząc na krawędzi kuchni, całą uwagę skupiła na Thesiku.

Przed ślubem spotkali się jeden jedyny raz, ale ona widziała wówczas tylko jego stopy. Wczoraj wieczorem też mu się nie przyjrzała. Tak więc, choć spędziła z mężem noc, nie wiedziała właściwie, jak wygląda. Zauważyła wprawdzie, że jest średniego wzrostu, silny i zdrowy, ale nie wiedziała, jakie ma oczy, jaki nos. Według słów starego swata, tak męskiego młodzieńca rzadko można spotkać.

Thesik od dzieciństwa służył jako parobek u bogacza z górnej wioski. Gospodarz bardzo go lubił, ponieważ był pracowity i uczciwy.

Żona Thesika miała ciemną cerę i nie należała do najpiękniejszych, ale mężczyźni z wioski mówili, że wystarczy zajrzeć w jej czarne, lekko wilgotne oczy, a przechodzą człowieka ciarki i zapiera mu dech w piersiach.

Pobrali się zaledwie dziesięć dni po tym, jak rozpoczęło się swatanie. Ceremonia trwała bardzo krótko. Thesik, choć nie widział przedtem panny młodej, bez grymasów zgodził się na pierwszą zaproponowaną mu dziewczynę, a co do niej, to z powodu biedy rodzice chcieli jak najszybciej pozbyć się córki z domu - o jedną gębę będzie mniej do wykarmienia.

Gospodarz Thesika śmiał się: "No, no, ale mu się spieszy do żeniaczki!" - i kazał wylepić gazetami pokój w krytej słomą chatce, w której przedtem mieszkał stróż, pilnujący bogaczowej góry.

Tego dnia lało jak z cebra i niczego nadzwyczajnego na ucztę weselną nie mieli. Thesik i panna młoda skłonili się sobie przy skromnie zastawionym stole w obszernym pomieszczeniu udostępnionym im w domu gospodarza. Stały tam tylko: talerz z ciastem ryżowym, dwie czarki białego ryżu i dwie miseczki zupy. Gości nie było. Ale Thesik i tak nie posiadał się z radości.

Panna młoda nie wniosła mu w posagu nic: ani kawałka materiału, ani sztuki odzieży. Gdy tylko skończyła się "uczta weselna", Thesik załadował do kotła dwie łyżki, cztery pałeczki, dwie miseczki do ryżu, pojemnik z ostrą pastą sojową i bańkę z sojowym sosem. Wziął to wszystko na plecy i ruszył do chatki stróża za górą. Jego żona zrobiła zawiniątko z pościeli, którą sprezentował im gospodarz: były to dwa koce i poduszka. Poniosła ten węzełek na głowie, a od deszczu chronił ją i towarzyszącego im swata - pożyczony parasol. I tak dotarli do swego domu.

Strugi deszczu zdawały się nieco cieńsze, po czym nagle lunęło ze zdwojoną siłą. Panna młoda aż wzdrygnęła się przerażona, ale po chwili uśmiechnęła się do siebie. Jakie to szczęście, pomyślała, że mąż nie zauważył jej przestrachu.

Z sufitu spadła na podłogę kuchni stonoga. Przewrócona białym brzuchem do góry, próbowała się odwrócić, przebierając swymi kilkudziesięcioma nóżkami. Młoda kobieta rozdeptała ją ze złością. Po chwili spadła jej na ramię druga, którą strąciła ręką i też zadeptała. Powietrze przesiąknięte było wilgocią i w poszyciu dachu kłębiły się stonogi.

Wzgórza pozbawione były drzew i przez całe lato nie słyszało się tu brzęczenia cykad. Podobno jednak nie było tu węży. Na szczęście, gdyż w czasie powodzi taki wąż, znoszony zbyt szybko przez wodę, mógłby przecież owinąć się wokół człowieka! Tak więc, choć powódź sama w sobie była straszna, jeszcze bardziej przerażające mogły być węże. "Jakie to szczęście, że ich nie ma tu" - pocieszyła się w duchu.

Z kuchni pod ganek znowu uciekło pięć popiskujących szczurów. Młoda żona spojrzała na ciemne, muskularne nogi męża stojącego na skraju ganku i poczuła się pewniej. Wspomnienie wczorajszej nocy okryło jej twarz rumieńcem, a na myśl o dzisiejszej zawstydziła się i serce zaczęło jej walić.

Płynąca wartko wezbrana woda niosła coraz więcej przedmiotów. Unoszący się na jej mętnej powierzchni dzban do pasty sojowej pogrążył się w głębinach. Spływały węzełki z ubraniem, poduszki, grabie, garnki... płynął wywrócony do góry dnem aluminiowy kocioł.

Thesika interesowały tylko te rzeczy, które mogły im się przydać. Szeroko otwartymi oczyma wodził wzrokiem od jednego końca wezbranych wód do drugiego, a gdy tylko rzecz, na którą zwrócił uwagę, znikała mu z pola widzenia, znów spoglądał w górę rzeki. Teraz płynęło coś białawego, a obok - jakiś kolorowy przedmiot. Była to kołdra i materac. Prawdopodobnie rozwiązały się trzymające je sznurki, bo widać było, jak na brzegu materaca kołyszą się na wodzie. "Kołdra i materac! Kołdra i materac"... Thesik kilkakrotnie powtórzył w myślach te słowa. Właśnie tego było im potrzeba. Kołdra z materacem dopłynęły powoli przed ich dom. W oczach mężczyzny zapłonął ogień. Odwrócił szybko głowę i popatrzył na żonę. Spojrzenie jej wilgotnych, czarnych oczu spotkało się na chwilę z jego wzrokiem. Thesik poczuł, jakby prąd przeszył mu ciało. Kobieta spłonęła rumieńcem i zakryła twarz rękoma. Po raz pierwszy zetknęła się wzrokiem ze spojrzeniem męża.

Kołdra i materac płynęły dalej, to zbliżając się do siebie, to oddalając, a Thesik odprowadzał je oczami. Gdy znikły w dolnym biegu rzeki, zaczął wypatrywać czegoś nowego w górnym nurcie.

Choć młoda żona ze wstydu prawie przestała oddychać, mogła teraz trochę śmielej przyjrzeć się mężowi. Powtórzyła w myśli: "Mój mąż". Nagle Thesik z głośnym okrzykiem zeskoczył z ganku i rzucił się prosto w strugi deszczu. Kobieta zerwała się przerażona. Thesik wielkimi susami wbiegł z pluskiem do mętnej wody.

- Hej, kochanie! - zawołała żona z ganku, ale zabrzmiało to jakoś cicho i nieśmiało. Nie wiedziała, co robić. Serce tłukło się jej w piersi bezradnie.

Deszcz tymczasem padał jeszcze mocniej. Thesik w mgnieniu oka wypłynął na środek spienionego nurtu i uchwycił się drewnianej zagrody dla świń. Musiała mieć około trzech, czterech metrów kwadratowych. Młoda kobieta dopiero teraz zrozumiała jego postępowanie. Przypomniało jej się, co powiedział mu gospodarz: "Dam ci z czasem prosiaka, spróbuj go odchować".

Prosiaki rodzą się co sześć miesięcy. W jednym miocie jest pięć, sześć sztuk. Po pół roku znów mogą się oprosić. Można by zostawić maciorę, a knura sprzedać. Dostaliby co najmniej dziesięć tysięcy hwanów, albo i piętnaście tysięcy. Ale to nie wszystko: przecież świńskie odchody są najlepszym nawozem. Właśnie takim trzeba będzie nawozić nasze pole ryżowe.

Thesik nie miał jednak z czego zbudować zagrody. Musiała być mocna, bo inaczej świnie by im uciekły. Miałyby się wydostać poza zagrodę? Nie, do tego nie wolno dopuścić. Gdyby gdzieś zginęły, to jeszcze gorzej, niż gdyby ich w ogóle nie było! Mężczyzna chwycił mocno za róg zagrody i zaczął ją holować do brzegu. Silna fala porwała ją jednak i poniosła w dół rzeki.

Zagroda zbita była z mocnych kawałków drewna, długich na około sześćdziesiąt-siedemdziesiąt centymetrów i powiązanych żelaznym drutem. Była dostatecznie szeroka, żeby móc w niej trzymać z dziesięć świń. Lepszą trudno byłoby znaleźć.

"No, chodźże!" - Thesik wytężył wszystkie siły i pociągnął ją do brzegu. Głowę zalewały mu strugi deszczu. Zgrubiałym wierzchem dłoni wycierał oczy i nos. Woda sięgała mu teraz do pasa. Deszcz zacinał coraz mocniej i powierzchnia wody zdawała się gotować. Nieoczekiwanie jakaś fala popchnęła zagrodę i ta znalazła się nagle na brzegu. Thesik z okrzykiem triumfu wybiegł na brzeg ciągnąc za sobą zdobycz. Wtedy jednak nadpłynęła nowa fala i zagarnęła zagrodę, która ześlizgnęła się prosto w mętny nurt.

- Do diabła! - krzyknął Thesik i znowu uczepił się zagrody.

Po chwili płynął razem z nią na wysokiej fali. Nie mógł już ani jej puścić, ani zatrzymać. Gdyby się puścił, mógłby utonąć w głębokiej wodzie. Trzymał się jej więc kurczowo, nie bardzo wiedząc, dokąd go zaniesie. Chciał wołać o pomoc, ale na nic to by się zdało. Na brzegu nie było widać żadnych domów, a w takim deszczu nikt też nie chodził po dworze. Zniknęła mu też z oczu jego chatka.

Thesik rozejrzał się dookoła, czy nie ma gdzieś na wodzie jakiejś tratwy. W czasie powodzi tratwa była niezłym środkiem zarobku. Niektórzy całkiem dobrze żyli, handlując tym, co wyłowili z rzeki.

Deszcz jakby się zmniejszał, coraz lepsza była widoczność, ale tratwy nigdzie nie dostrzegł. Zagroda płynęła szybko, zataczając półkola, a za każdym razem, gdy skręcała, Thesik zanurzał się z głową w mętnej wodzie. Zamykał wtedy mocno oczy i zaciskał usta, żeby tylko nie napić się brudnej cieczy. Gdy zagroda płynęła spokojnie, deszcz zalewał twarz Thesika, zmywając z niej błotnistą maź.

Sam już nie wiedział, jak długo to trwało. Widoczne na brzegu lekkie wzniesienia nie przypominały mu niczego znajomego. Nie orientował się, gdzie jest, i to go zaniepokoiło nie na żarty. Przestał już myśleć o zagrodzie dla świń. Myślał tylko o tym, że musi wydostać się na brzeg i wrócić do domu. Woda sięgała mu do piersi. Poczuł, że ma gęsią skórkę. Najgorsze, że zrobiło mu się tak zimno, że nie był w stanie płynąć. Zaczął się naprawdę bać. Rozejrzał się raz jeszcze po wodzie. Obrócił głowę i zawołał:

- Hej, ratunku, ratunkuuu!

Nagle oczy mu zabłysły. O niecałe pięćdziesiąt metrów od siebie zobaczył tratwę. Płynęło na niej dwóch mężczyzn. Nie wiadomo, czy usłyszeli wołanie Thesika, czy może udawali, że nie słyszą, ale nie wyglądało na to, by chcieli go ratować. Thesik, który słyszał, że tacy ludzie potrafią być obojętni na losy innych, rozzłościł się. Choćby nie wiem jak zależało im na zarobku, powinni ratować człowieka!

- Ej, wy, diabelskie pomioty! Pomóżcie, ratunku! - krzyknął i zostawiając zagrodę dla świń swemu losowi, rzucił się wpław w kierunku tratwy. Nie było to łatwe, bo musiał płynąć pod prąd. Błotnista woda zalewała mu bezlitośnie oczy i uszy. Thesik prychał, podnosił głowę i płynął dalej.

Trwało to jakiś czas, aż wreszcie odkrył, że tratwa znajduje się niżej niż on. Rozzłościł się okropnie. Gdyby się tylko jej złapać! Obiecywał sobie, że jak tylko mu się to uda, zrzuci tych drani do wody. Płynął teraz z prądem w stronę tratwy. Nagle zobaczył zalany wodą i trochę nad nią wystający wał ziemny. Wdrapał się tam natychmiast.

Wydostawszy się z wody, poczuł się bezpieczny. Rozpostarł obie ręce i kilka razy odetchnął głęboko. Potem próbował trochę się rozruszać, potrząsał rękoma, kręcił głową, zginał się w pasie.

Wał znajdował się w samym środku zalanego obszaru. Znaczyło to, że rzeka zagarnęła dwukrotnie więcej przestrzeni niż zazwyczaj. Deszcz trochę się uspokoił. Thesik znów krzyknął do tych z tratwy:

- Ratunku! Wy, dranie, zobaczycie, że sami też wpadniecie do wody! Hej, na pomoc!

Odpowiedzi nie było. Mężczyźni na tratwie wyciągali z wody coś przypominającego grabie czy widły.

- Ratunku... - Thesikowi niemal zabrakło tchu, tak był wzburzony.

Strugi deszczu stały się znowu grubsze, a po chwili lało niemiłosiernie. Część wału, na którym stał Thesik, obsunęła się razem z nim do wody. Przerażony zaczął płynąć. Ocenił wzrokiem odległość dzielącą go od tratwy i od brzegu. Do tratwy wydało mu się bliżej. Rzucił się ku niej jak szalony. Resztką sił uczepił się drewnianych bali. Zdumieni i przerażeni jego widokiem ludzie wciągnęli go na tratwę.

- Hej, co się stało? Czyś ty aby nie młody żonkoś z domu pana Li?! - zbliżył się do niego jeden z mężczyzn.

Thesik nie znał żadnego z nich; byli chyba z górnej wioski. Odetchnął głęboko kilka razy i położył się bez słowa. Był wyczerpany. Zapomniał już o tym, że chciał tych ludzi zepchnąć, gdy tylko dostanie się na tratwę.

Jakiś czas leżał tak z zamkniętymi oczami, potem wstał i przyjrzał się sobie. Z bluzy pozostał mu tylko prawy rękaw, cudem trzymający się ramienia, reszta gdzieś znikła; zabrała ją woda. To samo ze spodniami. Na ciele miał tylko skórzany pasek i uczepione do niego strzępy spodni. Prawdę mówiąc, był nagi. Na tratwie leżały wyciągnięte z wody różne przedmioty: kotły, garnki, motyki, łopaty. Nie było jednak niczego, czym można by okryć ciało Thesika.

- Gdzie teraz jesteśmy? - spytał.

Jeden z wioślarzy odpowiedział:

- Właśnie minęliśmy Tangoyl.

Byli chyba niezbyt daleko od chaty stróża. Thesik uprzytomnił sobie, że właśnie za widocznym stąd stromym brzegiem powinien stać jego dom. Znajdowali się teraz po południowej stronie wzniesienia, a dom był po przeciwnej. Poczuł się trochę uspokojony.

Zaczęło się ściemniać. Nadszedł wieczór. Thesik spędził w wodzie kilka dobrych godzin. Jeden z wioślarzy spytał:

- Czy to nie ty miałeś wczoraj wesele? To co, ożeniłeś się czy nie?

- Tak - odburknął.

- A padało?

- Tak.

Tratwa zbliżyła się do brzegu. Mężczyźni powiedzieli, że go tutaj wysadzą, a sami jeszcze trochę popracują. Gdy tratwa prawie dotykała brzegu, Thesik skoczył z pluskiem do mętnej wody. A to dlatego, że zobaczył zaczepioną tam zagrodę dla świń, tę, za którą tak gonił. Twarz jego rozbłysła radością.

- Dzięki! - rzucił wioślarzom, którzy patrzyli na niego okrągłymi ze zdziwienia oczyma.

Pociągnął za sobą róg zagrody i wdrapał się na brzeg. Nasiąknięte wodą drewno było bardzo ciężkie. Nie dałby rady zataszczyć tego w całości do chaty. Wymacał drut, którym połączone były żerdzie, i rozkręcił. Kawałki drewna rozleciały się od razu. Ułożył je pieczołowicie jeden na drugim i związał drutem. Były ciężkie, ale łatwiejsze do niesienia.

Nagi, tak jak wyszedł z wody, ruszył w kierunku domu. Zrobiło mu się jednak bardzo zimno; już myślał, że tego nie wytrzyma. Wprawdzie deszcz przestał zacinać tak jak przedtem, ale ciało, marznące cały dzień w wodzie, było zimne jak kawał lodu. Ulewa co jakiś czas się wzmagała obmywając do czysta Thesika z poprzylepianych grudek błota.

Żona, która cały czas stała na ganku wpatrując się we wzburzoną rzekę, na widok męża zalała się łzami. Chyba i przedtem długo płakała, bo miała zapuchnięte oczy. Thesik chciał się do niej uśmiechnąć, ale zwalił się tylko bezwładnie na podłogę. Całym jego ciałem wstrząsały dreszcze. Żona położyła Thesika na kocu, przykryła drugim. Ale on nadal się trząsł.

Nie miała już go czym przykryć, chciało się jej płakać. Postanowiła napalić, ale wszystko zamokło i nie było czym rozpalić ognia. Wróciła więc do pokoju.

Koc wciąż drgał. Thesik miał jeszcze silniejsze dreszcze. Nie był chyba świadom tego, co się z nim dzieje. A ona nie wiedziała już, jak go rozgrzać. Ujęła rękę męża. Wstydziła się, ale musiała to zrobić. Ręka była zimna. Wystraszyła się jeszcze bardziej. Zaczęła rozcierać mu dłonie i przytuliła się do niego. Serce tłukło się jej w piersi. Pomyślała, że ogrzeje go swym ciałem. Ale Thesik trząsł się coraz bardziej.

Nie wiedziała, co jeszcze mogłaby zrobić, rozcierała więc i masowała jego ciało, a w końcu zrzuciła bluzkę i przycisnęła się do piersi męża. Dreszcze nie ustawały. Zrozpaczona, ściągnęła z siebie spódnicę i nawet bieliznę. Nie myślała już o wstydzie. W głowie tłukła się jej tylko jedna myśl: za wszelką cenę musi rozgrzać męża. Naga, przywarła mocno do lodowatego ciała Thesika. Całą sobą owijała, otulała jego ciało, przekazywała mu swe ciepło. Przemarznięte ramiona i łokcie, kolana i pachy, wszystko to okrywała własnym ciałem, każdym jego zakamarkiem.

Przycisnęła usta do posiniałych warg Thesika. Były zimne jak lód, a on sam leżał z zamkniętymi oczami, nieprzytomny. Kiedy mocniej przycisnęła swe usta do jego ust, poczuła raptem, jak twardnieje mu górna warga. Przeraziła się na dobre. Słyszała przecież, że tak właśnie dzieje się w chwili śmierci. Żeby nie dopuścić do najgorszego, zaczęła okrywać twarz męża pocałunkami, wsysać niemal jego wargi i nos, a równocześnie dłońmi rozcierała mu ciało. Nie miała lekarstw, ognia ani kołdry. Nie miała też sąsiadów, których mogłaby poprosić o pomoc. Miała tylko swoje ciało.

Dochodziła północ. Deszcz wciąż zacinał. Kobieta szeptała w duchu: "Nie umieraj, proszę, nie umieraj!" Jej czarne oczy pełne były łez. Ręce bolały ją tak, jakby miały zaraz odpaść. Bolały ją też wargi. Ale nie zaprzestała wysiłków.

Po pewnym czasie ciało mężczyzny zaczęło się robić cieplejsze. A potem coraz gorętsze. W końcu paliło jak ogień. Thesik coś wykrzykiwał. Usta mu płonęły. Młoda żona znów przycisnęła wargi do jego ust. Wysoka gorączka spowodowała, że były suche; zdawało się, że zaraz popękają.

Deszcz nie przestawał padać do świtu. Dopiero wtedy, o świcie, spadła trochę gorączka Thesika.

Żona ugotowała mu kleik, a on umył sobie twarz. Przez noc jakby schudł, ale wciąż wyglądał bardzo męsko. Kobieta popatrzyła na niego z czułością. Thesik uśmiechnął się i zasiadł do jedzenia.

Deszcz znowu lunął ze zdwojoną siłą. Z sufitu spadła stonoga, prosto do naczynia z sosem sojowym. Zanim jeszcze mąż zaczął jeść... Kobiecie chciało się płakać. Ale Thesik zgrubiałymi palcami wyciągnął robaka z miseczki i rzucił na podłogę. Wlał sos do kleiku i wypił go jednym haustem.

Potem podniósł stoliczek, przy którym jadł, i wystawił go na ganek. Żonę, która też się podniosła, złapał mocno za pasek od spódnicy i pociągnął do siebie. Czarne, wilgotne oczy zdawały się płonąć - zatopiła je w oczach męża, w jego wargach. Thesikowi nagle zabrakło tchu.

Pięć szczurów wbiegło do pokoju; przemknęły mu po plecach i wypadły za okno.

Znowu lało jak z cebra.

Hwang Sunwon

Gwiazda

Na widok chłopca bawiącego się z innymi dziećmi z wioski, stara wdowa, która szła na targ, powiedziała do idących obok niej młodych kobiet:

- Nie do wiary jak siostra tego małego jest podobna do ich zmarłej matki.

Na dźwięk tych słów chłopiec zapomniał o zabawie z rówieśnikami i podniósł się z ziemi. Starał się przypomnieć sobie bladą twarz swojej starszej siostry, ale nie potrafił. Gdy wracał do domu, sam nie zdawał sobie sprawy, że cały czas powtarza: "Mamo, mamo". Kiedy na podwórzu domu spostrzegł siostrę, dźwigającą na plecach ich malutkiego przyrodniego braciszka, podbiegł do niej i uważnie przyjrzał się jej twarzy. Nagle jej usta wydały mu się za duże i za szerokie, oczy zaś nieproporcjonalnie wąskie i małe, o wiecznie chmurnym spojrzeniu. Dziewięcioletni chłopiec prawie nie pamiętał twarzy swej siostry, natomiast przed oczami natychmiast stanął mu obraz ukochanej zmarłej matki, toteż z natężeniem wpatrywał się teraz w rysy dziewczynki, szukając w nich podobieństwa. Zastanawiał się z niepokojem: "Czy naprawdę jest tak bardzo podobna do mamy?" Jedenastoletnia siostra, zajęta piastowaniem niemowlęcia, wydawała się dużo starsza, niż była w rzeczywistości. Widząc, że brat uważnie jej się przygląda - czego nie robił nigdy przedtem - uśmiechnęła się do niego ciepło, ale wtedy oczom chłopca ukazały się między wargami jej czarne dziąsła. I choć jej uśmiech przywodził mu na myśl matczyną czułość, nie mógł się pogodzić z tym, żeby zmarła matka była podobna do siostry, która nagle wydała mu się po prostu brzydka. "Nie, one wcale nie są podobne" - pomyślał. "Mama musiała być o wiele, wiele ładniejsza od mej." I po raz pierwszy na swoją siostrę, wciąż ciepło uśmiechniętą, spojrzał wilkiem. Im dłużej jej się przyglądał ze zmarszczonymi brwiami, tym wydawała mu się brzydsza.

Chłopiec postanowił pójść do starej wdowy, która powiedziała, że siostra jest podobna do matki. Wdowa mieszkała na końcu zaułka, ciągnącego się na lewo od ich domu. Gdy zjawił się u niej, wdowa była właśnie zajęta prasowaniem bluzki. Chłopca zdziwił ten widok, wdowa znana była, bowiem z tego, że zamawiała sobie u innych ubrania, i zawsze nosiła się szykownie. "Jak to możliwe, że sama sobie prasuje bluzkę?", zastanawiał się chłopiec. Ledwo wszedł, zapytał ją wprost: "Czy to prawda, co pani wtedy powiedziała, że moja siostra jest tak bardzo podobna do mojej mamy?" Wdowę zaskoczył widok chłopca na progu jej domu. Ze zdziwioną miną odstawiła żelazko na gorącą płytę. Jej zdziwienie jeszcze wzrosło, gdy usłyszała jego pytanie. Jednak po chwili przybrała obojętny wyraz twarzy i zamiast odpowiedzieć, sama zapytała: "A dlaczego to cię interesuje?" Chłopcu drżały wargi, ale zdobył się na odwagę i zapytał: "Proszę mi tylko wyjaśnić, czy usta mamy i siostry są takie same? A może jednak różne?" Zastygł w pozie pełnej oczekiwania. Wdowa powolnym ruchem zdjęła żelazko z płyty, sprawdziła czy jest dostatecznie gorące i trzymając w ręku bluzkę odpowiedziała obojętnie: "To zależy. Były podobne, ale także i trochę różne." Chłopiec podszedł do niej blisko. Przemknęło mu przez myśl, że jej ręce wyglądają młodziej i piękniej niż reszta ciała, a potem zapytał: "Ale moja mama nie miała takich czarnych dziąseł, jak moja siostra, tylko ładniejsze, prawda?" Wdowa niecierpliwym gestem ręki, w której trzymała gorące żelazko, kazała mu się odsunąć, żeby jej nie zasłaniał światła, a potem obojętnie odrzekła: "Tak, tak, masz rację." Chłopiec opuścił dom wdowy zadowolony. W drodze powrotnej czuł, jak jakiś wewnętrzny głos powtarza ciągle: "Tak jak myślałem! Mama była na pewno ładniejsza od siostry!" Wbiegł na podwórko i z ulgą stwierdził, że nigdzie nie widać siostry. Wszedł do pokoju i zaczął wyjmować z tornistra książki - pod podręcznikiem od arytmetyki leżało to, czego szukał. Z wahaniem wyciągnął rękę i wyjął niewielką laleczkę, wyobrażającą uczesanego w koczek człowieka. Siostra sama zrobiła laleczkę z resztek kolorowego jedwabiu i chłopiec traktował ją jak maskotkę - nigdy się z nią nie rozstawał i zawsze nosił w tornistrze, wśród książek i zeszytów. Zgodnie z planem lekcji zmieniał podręczniki do różnych przedmiotów każdego dnia, ale laleczki nigdy nie wyjmował z tornistra. Teraz ją wyjął i przypatrywał się jej z uwagą. Nie mógł nienawidzić lalczynej twarzyczki, ale czuł, że przypomina mu ona siostrę i nagle poczuł, że musi się jej pozbyć. Tuląc laleczkę do piersi wyszedł na dwór i w mroku zapadającego wieczoru wszedł w zaułek, w którym mieszkała wdowa. Rozejrzał się za jakimś odludnym miejscem i wyjął z kieszeni scyzoryk. W twardej ziemi zaczął żłobić ostrzem dziurę, do której, gdy była dostatecznie duża, schował laleczkę i zakopał. Odchodząc czuł, jakby ręce siostry lub utożsamianej z nią lalki przyciągały go z powrotem, ale łatwo uwolnił się od tego wrażenia, gdy pomyślał, że ich uścisk nie przypomina przecież uścisku matki. Gdy wychodził z zaułka, stojący tam, zaprzężony do wózka osiołek pochwycił go zębami za brzeg spodenek tak, że chłopiec potknął się i upadł. Podniósł się zły, ściągnął mocno lejce, jakby przymierzał się do powożenia, i nagle wskoczył na grzbiet osiołka. Ten zaczął wierzgać, jakby go giez uciął. Chłopiec trzymał się kurczowo grzbietu zwierzęcia, huczało mu w głowie i krzyczał do skaczącego osła, jakby ten mógł go zrozumieć: "Czy mama była podobna do siostry?! Podobna? Wobec tego jak wyglądała moja mama?!" Osioł wierzgał coraz rozpaczliwiej, co pobudzało chłopca do coraz głośniejszego krzyku. Nagle zza pleców doleciał go przerażony głos siostry: "Co robisz?! Złaź!" W tej samej chwili chłopiec spadł na ziemię. Leżąc stwierdził, że spadając chyba zwichnął nogę. Siostra podbiegła pospiesznie i wyciągnęła rękę, by pomóc mu wstać, ale chłopiec tylko obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem, odsunął jej dłoń i nie zważając na ból w stopie wstał, jakby nigdy nic. Starając się nie kuleć z powrotem skręcił do ciemnego zaułka.

Siostra musiała godzić obowiązek opieki nad przyrodnim braciszkiem z chodzeniem do szkoły. Zorientowała się wreszcie, że zachowanie jej rodzonego brata wobec niej zmieniło się i że nagle zaczął odnosić się do niej wręcz wrogo i zależało jej na tym, aby go rozbawić. W tym celu uciekła się do sposobu, który w przeszłości rozśmieszał jej brata. Zdjęła niemowlę z pleców, odwróciła je na brzuszek i zaczęła udawać, że z całej siły szczypie je w pupę. Za każdym razem mrużyła - niby to z wysiłku - swe małe oczy i uważała, żeby nie przesadzić w zabawie, i żeby maleństwo nie zaczęło płakać. Do tej pory chłopiec był jedynym, który współczuł siostrze, że musi po szkole zajmować się małym i że macocha wyręczała się nią na każdym kroku. Gdy jednak teraz patrzył na jej zabawę z braciszkiem, jak udaje, że go szczypie, wydało mu się to nie tyle śmieszne, co głupie, a każde porozumiewawcze mrugnięcie w swoim kierunku wywoływało w nim niechęć bliską pogardy. Przez chwilę myślał nawet o tym, czy nie kazać jej przestać. Po chwili jednak wpadł na inny pomysł. Na palcach podszedł do niemowlęcia i nie zastanawiając się wiele, z całej siły uszczypnął je w pośladek. Potem co sił w nogach uciekł do zaułka. Za nim rozlegał się przeraźliwy płacz niemowlaka. "Na pewno za chwilę pojawi się rozsierdzona macocha i nawymyśla siostrze, pytając, dlaczego dziecko tak ryczy", myślał ukryty w zaułku chłopiec i ostrożnie wyglądał, aby sprawdzić, co będzie się dalej działo. I rzeczywiście - zgodnie z jego przewidywaniami - pojawiła się macocha. Obrzuciła siostrę uważnym spojrzeniem i zapytała, dlaczego mały tak nagle się rozpłakał. Obserwując tę scenę chłopiec mimowolnie uśmiechał się do siebie. Ale po chwili zaczął się zastanawiać, co będzie dalej: "A co, jeśli siostra powie prawdę, że to on uszczypnął dziecko? Na pewno boi się gniewu macochy." Uśmiech powoli znikał z jego twarzy. Nadstawił ucha. Oboje uważali zawsze, że macocha jest sroga i zła, choć nie traktowała ich źle i nie była specjalnie złośliwa. Ze zdziwieniem stwierdził, że siostra widać nie bała się macochy tak bardzo, bo podniosła głowę i patrząc jej prosto w oczy odpowiedziała spokojnie: "Nie wiem. Być może moje plecy są zbyt kościste albo jest głodne i dlatego płacze." Ze złośliwą satysfakcją chłopiec pomyślał: "No proszę^ jak pięknie kłamie." I choć powinien był być jej wdzięczny za to kłamstwo, bo chroniło go przed gniewem macochy, poczuł, że w ten sposób znowu robi się podobna do matki, poprzez okazanie mu miłości stara się być taka jak mama. Jakiś głos wewnętrzny znów krzyczał: "Nie, nie jesteś wcale podobna do mamy."

Macocha właśnie przewijała małego i mówiła do siostry: "Przestraszyłam się, że upadłaś i dlatego on płakał", gdy chłopiec wyszedł ze swego ukrycia i śmiało przyznał się, że to on uszczypnął dziecko i dlatego wybuchnęło nagłym płaczem.

Chłopiec uwielbiał kukurydzę. Wyłuskiwał rząd po rządku, ziarnko po ziarnku i jadł garściami, rozkoszując się smakiem. Gdy kolba była zbyt twarda i łuskanie sprawiało mu trudność, pomagał sobie kciukiem i kilkanaście ziaren naraz spadało na podstawioną dłoń. Zdarzało się, że ziarenka spadały złączone po dwa, trzy lub więcej - nazywali je wtedy "bliźniakami" i często zakładali się z siostrą, które z nich nałuska więcej "bliźniaków". Zazwyczaj zwycięsko wychodziła z tych pojedynków siostra, która nawet mając do wyłuskania twardszą kolbę, z nierównymi rządkami, jednak radziła sobie lepiej. Z wyłuskanych ziaren wybierała skrzętnie "bliźnięta" i podawała bratu na wyciągniętej dłoni, wiedząc, jak bardzo je lubi i z jakim apetytem zajada.

Tego dnia jednak na pytanie siostry: "Założymy się, kto nałuska więcej "bliźniaków?", chłopiec odpowiedział krótko: "Nie chcę!" Wobec tego siostra zabrała się do łuskania sama i, jak na złość, udało jej się zebrać całkiem sporą garść złączonych ziarenek. On sam, specjalnie wybrał twardą kolbę, nie łuskał jej jednak, tylko spokojnie wyjadał ziarnko po ziarnku, mlaszcząc z zadowolenia. W pewnej chwili siostra wyciągnęła do niego dłoń pełną "bliźniaków". Chłopiec gwałtownie potrząsnął głową i znowu powiedział zdecydowanie: "Nie chcę!" Wybrała, więc dorodną kolbę i podała mu, myśląc zapewne, że woli łuskać sam. Te dowody opiekuńczości rozzłościły chłopca, który za każdym razem, gdy zachowywała się w ten sposób, nie mógł nie myśleć o matce i porównywać ich reakcji. Nawet w myślach nie mógł się zgodzić na to, by siostra w czymkolwiek przypominała mu matkę. Uderzył więc tylko wyciągniętą rękę dziewczynki i kazał jej zabierać kukurydzę.

Pewnego dnia wieczorem chłopiec siedział na dworze i oddawał się jednemu ze swych ulubionych zajęć - liczył gwiazdy na niebie. "Gwiazdy na niebie przypominają rosę na ziemi", pomyślał. Siostra zbliżyła się po cichu, w ciemnościach wyciągnęła zza pazuchy kolbę jasnej, młodej kukurydzy i podała ją bratu. Lecz on nawet nie chciał spróbować. "Dziękuję", rzucił ironicznie i od razu wrzucił kolbę do stojącego obok dzbana na wodę.

Chłopiec lubił zabawy polegające na rysowaniu na ziemi linii przypominających mapy lądów i mórz. Nie widział nigdy morza, ale za to rysował zakola rzeki Tedong, w miejsce gór zaś odtwarzał zarysy wzgórza Moran. Gdy do zabawy dołączali się inni chłopcy, najczęściej bawili się w grę zwaną "podbój terytorium". Rywalizowanie o to, kto lepiej trafi swoim kamieniem, zwanym "koniem", w "konia" przeciwnika - dzięki czemu będzie mógł "cyrklem", utworzonym z kciuka i środkowego palca, zakreślić półkole, powiększając swe "terytorium"

- było niezwykle emocjonujące. Półkola przypominały najpierw pierzaste chmury, a jeśli dopisało szczęście, urastały aż do kształtu korony wielkiego drzewa.

Tego dnia chłopiec ze swym kolegą z sąsiedztwa bawili się w "podbój terytorium" na skraju drogi. Prawie całe terytorium dostało się w ręce kolegi. Chłopcu pozostał już tylko niewielki skrawek z jednej strony, a i ten mógł wkrótce zostać zajęty, po udanym rzucie rywala. Nadeszła kolej rzutu chłopca. Sąsiad ustawił swój kamień w pozycji najmniej wygodnej do trafienia i w znacznej odległości od linii wyznaczającej granice półkolistego terenu należącego do chłopca. Szykując się do rzutu, chłopiec ustawił swego "konia" na samym końcu tej linii, w rogu, daleko od kamienia przeciwnika. Niezmiernie zdziwiło to sąsiada. Chłopiec najwyraźniej miał własny plan i dlatego ustawił kamień nie tam, skąd najwygodniej by mu było trafić "konia" przeciwnika, lecz w takiej odległości i miejscu, z którego udane trafienie zaowocowałoby możliwością zdobycia większej powierzchni. Gdyby mu się udało zbić stąd kamień przeciwnika, byłby to nie lada wyczyn. Wiedzieli o tym obaj. Mógłby wtedy zakreślić wielkie półkole i odzyskać nie tylko terytorium, ale i honor. Chłopcu z sąsiedztwa taki ambitny pomysł nawet nie przyszedłby do głowy!

Chłopiec najpierw oczyścił starannie pole na linii przewidywanego szlaku "konia". Bardzo zależało mu na tym, by trafić z tej odległości i móc zarysować półkole wielkie jak tęcza! Koncentrował się długo

- z zaciętym wyrazem twarzy wpatrywał się w widoczny w oddali kamień i przymierzał się do potężnego pstryknięcia, pocierając kciukiem o środkowy palec. Wreszcie zdecydował się i jego "koń" już mknął w kierunku "konia" przeciwnika... Niestety, minął się z nim i to dość znacznie. Sąsiad aż krzyknął z zadowolenia i natychmiast pobiegł ustawić swój kamień w pozycji najdogodniejszej do trafienia "konia" chłopca. Miał przy tym minę, jakby chciał powiedzieć: "Poczekaj no, tobie się nie udało, ale ja ci pokażę, jak się trafia z daleka!" Ustawił swego "konia" daleko, podobnie jak wcześniej przeciwnik. Cały czas zwycięski uśmiech nie schodził mu z twarzy. Czekając, aż chłopiec ustawi swój kamień, sąsiad zabrał się do poprawiania linii swego terytorium, obrysowując je kantem kamienia. Obrysował na nowo także kontury terytorium przeciwnika, nieco je przy tym pomniejszając.

- A ty, co wyprawiasz?! - krzyknął ze złością chłopiec widząc, co robi sąsiad. Ten zaś szybko i gorliwie zaczął znowu poprawiać linie, tym razem z kolei przesadzając w drugą stronę. Ale i tak naraził się na gniew rywala:

- Znowu źle! Zostaw to!

Nagle gdzieś zza pleców chłopca niespodziewanie pojawiła się siostra, wyrwała sąsiadowi kamień i szerokim łukiem zaczęła sama obrysowywać terytorium brata, chcąc mu widocznie pomóc w ten sposób. Widząc to, chłopiec rzucił się do zacierania zaznaczonych przez nią granic, wrzeszcząc:

- Prosił cię kto?! Czego się wtrącasz! Przestań!

Pewnego dnia chłopiec sam bawił się na podwórzu, rysując swe niby-mapy na ziemi. Nagle zza wpółotwartej bramy dobiegły go podniesione głosy siostry i dziewczynki z sąsiedztwa. Na szczęście nikogo z dorosłych nie było w pobliżu. Chłopiec chyłkiem przysunął się do bramy i ostrożnie wyjrzał, co się dzieje. Na widok małej sąsiadki serce zabiło mu mocniej. "Ależ ona śliczna", pomyślał. Powodem kłótni był wynik rzutu w grze.

- Dlaczego mówisz, że była skucha?! - pytała sąsiadka.

- Bo właśnie tak było! - twierdziła stanowczo siostra. Żadna nie chciała przyznać się do pomyłki i kłótnia trwała nadal. W chwilę potem przy dziewczynkach pojawił się nagle młodszy brat sąsiadki. Niewiele myśląc podniósł z ziemii grudkę zaschniętego błota i rzucił nią w koleżankę swej siostry. Dziewczynki kłóciły się nadal, ale podniesiona na duchu przybyciem brata sąsiadka wyraźnie zaostrzyła ton. Ponownie zapytała głośno i zaczepnie:

- No i co, nadal twierdzisz, że była skucha?!

Ze swego ukrycia chłopiec widział jej twarz w otworze bramy.

- Pewnie, że skusiłaś - odpowiedziała siostra, ale jakby ciszej i cofnęła się o krok. W jej stronę znowu poleciała grudka błota. I jeszcze jedna. Za każdym razem, gdy mały brat sąsiadki rzucał w nią błotem, siostra cofała się, a jej głos brzmiał coraz ciszej i mniej pewnie. Natomiast jej koleżankę słychać było coraz lepiej, a w jej głosie dźwięczała nuta triumfu. Chłopiec sam nie wiedział, jak to się stało, że nagle znalazł się za bramą i zbliżył do kłócących się dziewczynek. Widząc go młodszy brat sąsiadki nie tylko natychmiast przestał rzucać w siostrę chłopca błotem, ale postawszy chwilę czmychnął dokądś. Dziewczynka z sąsiedztwa zamarła. Przestała się zbliżać do siostry, ta zaś przestała się cofać. Przez moment cała trójka stała w milczeniu. Czując, że teraz z kolei ona panuje nad sytuacją, dzięki przybyciu brata, siostra odzyskała odwagę i zaczęła zaczepnie powtarzać:

- Skusiłaś, skusiłaś!

Na te słowa sąsiadka zdobyła się, co prawda na cichutki protest:

- Nie skusiłam! - ale teraz ona zaczęła krok po kroku ustępować poła.

Chłopiec patrzył na zadowoloną twarz swej siostry i ponownie ogarnęło go uczucie niechęci. W jego oczach podniecenie sprzeczką widoczne na jej twarzy czyniło ją jeszcze brzydszą niż zwykle i znów w myślach uparcie powtarzał: "Tak, miałem rację, ona wcale nie przypomina mamy." Spojrzał obojętnie na dziewczynki i odszedł z miejsca zdarzenia. Nie uszedł daleko, gdy znów usłyszał, jak się kłócą, ale tym razem doszedł już tylko do wniosku, że lepiej by było, gdyby to śliczna sąsiadka miała rację i wygrała spór. Nie myśląc więcej o tym skierował się do zaułka, w którym stał osiołek, jedzący przyniesione resztki jedzenia.

Gdy chłopiec skończył czternaście lat, poznał dziewczynę o wiele ładniejszą od dziewczynki z sąsiedniego domu. Oczy dziewczyny były głębokie i przejrzyste, jej policzki świeże i zdrowe, a włosy, z których unosił się intensywny zapach, miały dziwny, ciemnoczerwony połysk. Gdy przebywali razem, chłopiec czuł, jakby jego dusza pogrążała się w zapachu jej włosów, w jej oczach, w jej policzkach. Drżał cały i jedyne, czego pragnął, to móc na nią patrzeć bez końca. Dziewczynie natomiast brakowało czegoś w ich spotkaniach. Uważała, że skoro chłopiec tylko na nią patrzy, to nie kocha jej naprawdę.

Pewnego dnia wybrali się razem na wzgórze Moran i usiedli w jednej z kotlinek. Za ich plecami, w dole, rzeka Tedong toczyła leniwie swe wody. Nad nimi zaś po bladofiołkowym niebie płynęły lśniące śnieżną bielą obłoczki. Chłopiec nie odrywał wzroku od twarzy swej towarzyszki. W jej przejrzystych oczach odbijało się bladofiołkowe niebo i płynęły w nich białe obłoki. Rozczarowana tym, że chłopiec tylko na nią patrzy, dziewczyna poczuła, że dłużej już tego nie zniesie. "To bez sensu, ciągle się tylko gapi i gapi", pomyślała i ogarnęło ją uczucie niedosytu. Nagle przyciągnęła go do siebie i przycisnęła swoje usta do jego warg, składając na nich niezgrabny pocałunek. Zaskoczony chłopiec starał się przybrać obojętny wyraz twarzy, a nawet próbował uniknąć pocałunku. Kiedy to jednak nastąpiło, odsunął się od niej i szybko wstał. Popatrzył na jej zarumienioną z emocji, a może i wstydu twarz i gwałtownie odetchnął. Już wcale nie wydawała mu się ładna. Wręcz przeciwnie: "Jakie ma bezwstydne spojrzenie!", pomyślał. Jak błyskawica przeleciała mu przez głowę myśl, że także i ona w niczym nie przypomina jego matki.

Odwrócił się do niej plecami i stał przez chwilę bez ruchu. Czując chłód i obojętność w jego zachowaniu, zdezorientowana dziewczyna próbowała naprawić sytuację, zbliżając się do niego i ponownie próbując go objąć, ale on bezceremonialnie odsunął jej ręce i ruszył w dół ledwo widoczną wśród zarośli ścieżką.

Działo się to pierwszej jesiennej nocy, gdy niebo było rozjarzone gwiazdami. Patrząc na nie miał to samo przekonanie, co niegdyś - że są dla nieba tym, czym rosa dla ziemi. Nagle przebiegło mu przez myśl, że być może w którejś z tych gwiazd ukryta jest dusza jego matki i z natężeniem zaczął wypatrywać wśród tysięcy gwiazd tej jednej - gwiazdy jego matki. Jednak w tym samym momencie jego skupienie zostało przerwane przez donośne głosy dochodzące z wnętrza domu. Podniesiony głos ojca, wyraźnie nie przebierającego w słowach, podziałał na chłopca jak zimny prysznic i sprowadził go natychmiast na ziemię. Mimo starań nie udało mu się odnaleźć swego nastroju sprzed kilku zaledwie chwil i siłą rzeczy zaczął przysłuchiwać się temu, co działo się w domu. Jednocześne czuł jednak żal, że tak brutalnie przerwano mu poszukiwanie na niebie gwiazdy jego matki.

Słyszał tylko donośny głos ojca, więc zbliżył się do ściany domu, aby się zorientować, o co jest ta awantura. Ojciec krzyczał: "Nie pozwolę drugi raz na to! Jeśli to się powtórzy, zabiję ciebie i jego też! Ledwie od ziemi odrosłaś, a już przynosisz wstyd swemu ojcu! Chcesz, żeby wszyscy wytykali mnie palcami!"

Byle drobiazg nie był w stanie wprawić ojca w złość, musiało, więc stać się coś niezwykłego, skoro tak się pieklił. Do uszu chłopca doleciał ostrożny głos macochy:

- Może nic się nie stało. W każdym razie musimy się dowiedzieć, kto to jest i z jakiej rodziny pochodzi.

Ale ojciec wyraźnie jej nie słuchał i głosem pełnym złości powtarzał tylko:

- Po co, to przecież nie ma żadnego znaczenia!

W tej chwili cichutko i nieśmiało odezwała się siostra:

- To tylko starszy brat mojej koleżanki z klasy...

- W takim razie przestaniesz chodzić do szkoły! - wrzasnął ojciec. Przytulony do ściany domu chłopiec poczuł, że na te słowa dreszcz przebiega mu po plecach - czyżby ojciec naprawdę zamierzał zabronić siostrze chodzenia do szkoły? Nagle przypomniał sobie scenę, którą widział pewnego dnia, a do której nie przywiązywał do tej pory żadnej wagi: siostra stojąca w zaułku, przy którym mieszkała stara wdowa, a obok niej smukły młodzieniec o owalnej twarzy; Siostra wytłumaczyła mu potem, że to starszy brat jej koleżanki z klasy, którego w jakiejś sprawie przysłano do nich w charakterze posłańca. Udawał wtedy, że bierze jej słowa za dobrą monetę, ale naprawdę nie mógł się nadziwić, że jakiś chłopak mógł zainteresować się jego brzydką siostrą. Bez wątpienia widział też kilkakrotnie, jak spotykali się także w domu.

Z wnętrza dobiegł tymczasem niski, mocny głos macochy:

- A ty przestań wreszcie bawić się zapałkami! - skierowany tym razem do ich przyrodniego brata, chodzącego już do przedszkola. Macocha ostatnio zmieniła się - nie była już ani tak oschła, ani sroga jak przedtem i chłopiec musiał przyznać, że traktuje tak samo zarówno pasierbów, jak i własne dziecko. Było mu teraz przykro, że macocha martwi się z powodu tego, co zrobiła siostra. Bardziej mu było żal macochy niż ojca. Tym bardziej, że usłyszał jej następne słowa, skierowane do niego łagodnym głosem:

- Ja też czuję się winna za to, co się stało. Gdyby ich zmarła matka stanęła w tym momencie przede mną, nie śmiałabym spojrzeć jej w oczy. Chodźmy teraz do mego pokoju.

Skoro macocha mówiła coś takiego, skoro zdecydowała się wymienić imię ich zmarłej matki, o której nigdy nie wspominała, to naprawdę siostra musiała zrobić coś okropnego. Coś, czego mama by jej nie wybaczyła. Chłopiec poczuł, jak ciarki chodzą mu po plecach, a pięści same się zaciskają. Jednocześnie zza ściany doszedł go przejmujący szloch siostry.

- Jeśli jeszcze raz coś takiego zrobisz, przysięgam, że zwiążę cię twoją własną spódnicą i wrzucę do rzeki - powiedział wreszcie ojciec, spokojniejszym już, lecz nadal ostrym głosem. Chłopiec znowu poczuł, jak powiew nocnego wiatru wywołał w nim dreszcze.

Noc była chłodna. Macosze udało się jakoś ubłagać ojca, aby pozwolił córce nadal chodzić do szkoły.

Chłopiec nieoczekiwanie zaproponował siostrze, aby razem poszli na spacer. Początkowo nie miała ochoty, ale gdy spojrzała w jego oczy, stwierdziła, że mówi poważnie, więc bez zbędnych słów podniosła się i poszła za nim.

Na niebie lśnił rożek księżyca i gromady gwiazd. Chłopiec uśmiechał się w ciemnościach na myśl, jaką siostra zrobi minę, gdy zorientuje się w jego planach. Siostra szła za nim, nie pytając o nic. Chłopiec skręcił w ścieżkę prowadzącą na stromą skarpę nad rzeką. Za każdym powiewem przenikliwego wiatru wydawało się mu, że gwiazdy mrugają porozumiewawczo.

Im wyżej wspinali się na skarpę, tym robiło się chłodniej. Dziewczynie wydawało się od początku podejrzane, że brat tak nagle zapałał chęcią wspólnego spaceru - nigdy wcześniej bowiem mu się to nie zdarzało, ale teraz, idąc za nim posłusznie, czuła się dziwnie nieswojo. Starając się nadać swemu głosowi wesołe brzmienie zapytała:

- Nie jest ci zimno?

W odpowiedzi chłopiec tylko przecząco pokręcił głową, choć wiedział, że w panujących ciemnościach nie mogła zobaczyć tego gestu. Jednak dalej szedł w milczeniu. Nagle usłyszał, jak mówi ni to do niego, ni to do siebie:

- Gdybym była sama, tobym się zabiła. Nie miałabym po co żyć... Naprawdę zrobiłabym to... Gdyby jedno z nas umarło, drugie byłoby bardzo biedne i lepiej by mu było też umrzeć... Tak...

Z powodu wiatru nie był w stanie odróżnić, czy to ona płacze, czy wiatr zawodzi jękliwie w koronach drzew. Przez chwilę chłopiec poczuł ulgę, że nie doniósł ojcu o sercowych kłopotach siostry i jej spotkaniach z młodym człowiekiem. Odwrócił się nawet i stanął, aby wyjaśnić jej, że nie od niego dowiedzieli się o wszystkim, ale w momencie, gdy już prawie wyciągał do niej ręce, by ją objąć, poczuł, że nadeszła najlepsza chwila, żeby wprowadzić w życie jego plan. Siostra zatrzymała się, czekając, co zrobi. Ze złośliwą radością chłopiec krzyknął:

- Ściągaj spódnicę!

Przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby nie dotarł do niej sens jego słów, jednak po chwili, nadal zaskoczona, w ciemnościach zaczęła powoli zdejmować spokojnie bluzkę, a potem spódnicę.

Chłopiec wziął spódnicę i rozłożył na ziemi.

- Kładź się tu! - krzyknął, naśladując srogi ton ojca.

Bez słowa sprzeciwu zrobiła, co jej kazał. Gdy już prawie związał ją spódnicą i szykował się do zepchnięcia jej w nurt rzeki, zdał sobie nagle sprawę, że jej uległość i posłuszeństwo czynią ją podobną do ich matki. "Mama też by tak postąpiła", pomyślał i wywołało to w nim falę buntu. "Nie mogę przecież pozwolić, żeby teraz stała się podobna do mamy". Nie mógł znieść jej potulnej rezygnacji, będącej wyrazem jej uczuć wobec niego. Puścił ją i zostawiając ledwo żywą nad brzegiem rzeki, odszedł szybkim krokiem.

Niedługo potem siostra bez wahania zaręczyła się z chłopcem podobnym do brata jej koleżanki - najmłodszym synem przedsiębiorcy z Phjongjangu - tak samo smukłym i o owalnej twarzy. Wkrótce nadszedł dzień ślubu. Zanim siostra wsiadła do lektyki panny młodej, złapała za ręce macochę i długo nie chciała puścić, gorąco i smutno płacząc.

Kryjąc się w swoim zaułku chłopiec odetchnął z ulgą. Jeszcze raz siostra odwróciła głowę i mokrymi od łez oczami popatrzyła na stojące w pewnym oddaleniu stare wdowy z wioski. Myśląc, że to jego szuka oczami w tłumie, chłopiec schował się i po raz kolejny odetchnął głęboko.

Pewnego dnia, niedługo potem, o wczesnym zmierzchu, przyniesiono mu wiadomość, że jego siostra nie żyje. Przez chwilę jej twarz zamajaczyła mu przed oczami, ale szybko rozpłynęła się w nicości i nie chciała się pojawić nigdy więcej. Nie czuł smutku. Lecz nagle uzmysłowił sobie, że wyraźnie widzi twarz szmacianej laleczki, tej, którą kiedyś dawno zrobiła dla niego siostra, a którą on zakopał w zaułku. Pobiegł tam i wyjąwszy z kieszeni scyzoryk, zaczął ryć ziemię w miejscu, gdzie - jak pamiętał - zakopał maskotkę. Nie było jej tam. Przekopał wszystkie sąsiednie miejsca, ale nigdzie nie mógł jej znaleźć. "Może już całkiem zgniła i nie mogę odróżnić jej od ziemi?", pomyślał spłoszony. Gdy z pustymi rękami wychodził z zaułka, zobaczył stojącego tam jak zwykle osiołka, zaprzężonego do wózka. I tak jak poprzednio - kilka lat temu - podszedł do niego. Nie kopnął go jednak, tak jak wtedy. Nie musiał także najpierw wsiąść do wózka, aby dosięgnąć grzbietu osiołka. Bez trudu wskoczył na jego grzbiet, a osioł natychmiast zaczął wierzgać, próbując zrzucić ciężar. Siedząc na grzbiecie osła chłopiec krzyczał, jakby zwracając się do biednego zwierzęcia:

- Dlaczego moja siostra umarła?! Dlaczego?!

Im bardziej osioł wierzgał, tym głośniej chłopiec wykrzykiwał swoje: "Dlaczego?!" I nagle wydało mu się, że zza pleców słyszy przerażony głos siostry: "Co ty wyprawiasz?! Złaź!" Puścił szyję osła i spadł na ziemię. Jednak tym razem nie skręcił nogi. A mimo to poczuł w oczach łzy. I przez łzy spojrzał w ciemniejące niebo, na którym wschodziły gwiazdy. Wydało mu się, że jedna z nich wpadła prosto do jego prawego oka i nagle poczuł, że to musi być gwiazda jego mamy. Jednocześnie zaś w lewym oku poczuł inną gwiazdę - czyżby gwiazdę jego zmarłej siostry? Nawet w tej chwili myślał, że gwiazda siostry nie może być piękniejsza niż gwiazda mamy, wobec czego zaczął gwałtownie potrząsać głową, starając się wyrzucić z lewego oka migocącą w nim gwiazdę, a potem zamknął załzawione oczy.

Przełożyła

Joanna Rurarz

?

Wydawnictwo Akademickie

DIALOG

specjalizuje się w publikacji książek dotyczących języków, zwyczajów, wierzeń, kultur, religii, dziejówi współczesności świata Orientu.

Naszymi autorami są znani orientaliści polscyi zagraniczni, wybitni znawcy tematyki Wschodu.

Wydajemy także przekłady bogateji niezwykłej literatury pięknej krajów Orientu.

Redakcja: 00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/219

tel.: +48 22 620 32 11, +48 22 654 01 49

e-mail: [email protected]

Biuro handlowe : 00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218

tel./faks: +48 22 620 87 03

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwodialog.pl

Serie Wydawnictwa Akademickiego DIALOG:

- Języki Orientalne

- Mądrość Orientu

- Języki Azji i Afryki

- Współczesna Afryka i Azja

- Literatury Orientalne

- Vicus. Studia Agraria

- Skarby Orientu

- Orientalia Polona

- Teatr Orientu

- Philologia Orientalis

- Życie po Japońsku

- Literatura Okresu Transformacji

- Sztuka Orientu

- Literatura Frankofońska

- Dzieje Orientu

- Być Kobietą

- Podróże-Kraje-Ludzie

- Temat Dnia

- Świat Orientu

- Wieczory z Nauką

- Historia/Polityka

- Życie Codzienne w...

Prowadzimy sprzedaż wysyłkową