Kordoba, czyli wymazywanie
Najpiękniejszy europejski meczet ma ponad tysiąc dwieście lat i jest wszędzie.
Stoi na półce. Jest na etykiecie piwa. Patrzy z koszulek, kubków, otwieraczy do butelek i magnesów na lodówkę.
Wszystkie drogi prowadzą do Meczetu i nie jest to żaden wytarty frazes, bo stare miasto Kordoby naprawdę zbudowane jest tak, że każda włóczęga wśród jego niskich zabudowań nieuchronnie kończy się w okolicy La Mezquita.
"Meczet-Kordoba" - napisałam właśnie przez pomyłkę. Miało być: Meczet-Katedra, bo tak brzmi oficjalna nazwa budynku. Nie kasuję błędu, bo jest w nim ziarno prawdy o tym, czym ta budowla jest dla miasta: jego centrum, sercem, esencją. A także jego głównym produktem.
- Byliście już? - pyta Remedios, od której wynajmujemy wilgotne mieszkanie w dzielnicy Fuensanta. Być w Kordobie i nie być w Meczecie - bez sensu.
- Jeszcze nie - odpowiadam. Choć to tylko pół prawdy, bo obok niego byłam wiele razy. Chodzę tam w zasadzie codziennie. Idę wzdłuż Gwadalkiwiru, przejmuję jego rytm - zmierzamy w końcu w tę samą stronę. Al-Wadi al-Kabir - wielka rzeka - nazwali go Arabowie i mieli rację, bo Gwadalkiwir jest szeroki jak świat i majestatyczny.
Kordoba w połowie grudnia sprawia za to wrażenie małej i opuszczonej. Długie i wąskie ulice starego miasta są prawie puste, a gwar zamiast turystów robią kormorany i czaple, które kotłują się w zaroślach nad rzeką. Hotel Awerroes ma spuszczone rolety.
Tym lepiej dla mojego planu. Z taką budowlą jak Wielki Meczet alias Katedra pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny alias Meczet-Katedra można sobie poczynać na różne sposoby. Odfajkować, bo głupio nie. Pójść raz i spędzić tam cały dzień. Nie iść w ogóle albo obejrzeć z zewnątrz i oszczędzić w ten sposób kilkanaście euro. Ja się czaję. Każdego dnia przychodzę tu na spacer. Zbliżam się, węszę. Obchodzę dookoła - całkiem niezła to przechadzka, bo każde okrążenie to ponad pół kilometra. Wewnątrz to dwadzieścia trzy tysiące czterysta metrów kwadratowych - powierzchnia większa niż Bazyliki Świętego Piotra. Daję się oślepiać ośmiu złotym bramom i unikam patrzenia w stronę sklepów z turystycznym barachłem oraz restauracji z kiepskim żarciem, które otoczyły Meczet-Katedrę ciasnym kordonem.
Przysiadam na ogromnym patio pełnym drzewek pomarańczowych, żeby przeczytać kilka brawurowo skrojonych akapitów o lesie prawie tysiąca kolumn z marmuru, jaspisu i granitu i o trzystu sześćdziesięciu pięciu czerwono-białych łukach: "dzikim, trójwymiarowym gąszczu, gabinecie luster, w którym ciągłe echo łuków i niesforne staccato kolorów dezorientują oglądającego"[1]. Albo o geniuszu architektów z VIII wieku, którzy przekształcili neutralne komponenty architektoniczne (łuki, klińce) w "narzędzia chaosu", podważając tym samym oczekiwania dotyczące samej istoty architektury[2], czy o szczytach "wizualnego dramatyzmu", osiąganych w ramach aikonicznej kultury i wirtuozerii, która "angażuje odbiorców, nie uciekając się do opowiadania historii"[3].
Na patio panuje spokój. Pozorny, bo jesteśmy na polu bitwy. O tym też czytam. Przeglądam artykuły o skandalu, jaki wybuchł, kiedy w 2014 roku z Google Maps zniknęła nazwa "Meczet-Katedra", pozostawiając po sobie osamotniony człon "Katedra", i o tym, że w ciągu czterdziestu ośmiu godzin pod petycją z protestem podpisało się prawie sześćdziesiąt tysięcy ludzi.
Znajduję informację, że już w 2010 roku biskup Kordoby apelował do mediów i władz: "Podwójna nazwa dezorientuje turystów", i że jeszcze przed kontrowersjami z mapą słowo "Meczet" zniknęło z ulotek, materiałów informacyjnych i strony internetowej.
Czytam wreszcie o tym, że lokalni działacze, którzy zaczęli się wówczas uważniej przyglądać temu, jak Kościół administruje świątynią, odkryli - właściwie przypadkiem - że w połowie lat dwutysięcznych potajemnie przepisał na siebie własność budynku, który do tej pory "tylko" użytkował.
Może gdyby dotyczyło to innej budowli, sprawa nie odbiłaby się takim echem. Chodzi jednak o jeden z cudów Hiszpanii, do którego ciągną co roku dwa miliony turystów, i jedyny wielki meczet z czasów Al-Andalus, który przetrwał, jedną z najstarszych i największych świątyń w Europie. Od wyburzenia w czasach, gdy masowo pozbywano się islamskich budowli, uratowała ją jej własna uroda. I może gdyby nie to bezczelne piękno, w ogóle nie byłoby sprawy.
A jest.