Rozdział 2
Mam w głowie obraz chwili, w której zdałem sobie sprawę, że jestem niewierzący. Nie pamiętam dnia, miesiąca ani nawet dokładnego roku, tylko gdzie byłem i co robiłem. Tego ranka zaspałem i w pośpiechu wykonywałem wszystkie poranne czynności. Nie modliłem się już w szulu, wciąż jednak odmawiałem modlitwy sam w domu, wybierając jedynie ważne fragmenty - pierwsze i ostatnie wersy Pesuke de-zimra, Szema, Szmone esre - i pomijając resztę. Modlitwa straciła już dla mnie znaczenie, ale nadal ją odmawiałem, częściowo z przyzwyczajenia, ale także z obawy przed niezadowoleniem Gitty. Nie miałem pojęcia, jak zareagowałaby, gdyby wiedziała, że się nie modlę.
Pamiętam, że siedziałem w jadalni, a przez cienkie ściany słyszałem, jak Gitty krząta się w kuchni. "Akiva, skończ grzankę". "Freidy, przestań zaczepiać małego i idź się ubrać". "Tziri, wyszczotkuj włosy i przynieś plecak". Wszystkie dźwięki zlewały się ze sobą. Dzieci po kolei recytowały poranne błogosławieństwa, jęczały na temat nieodrobionych lekcji, zgubionych butów, zapodzianych spinek do włosów. Narzuciłem na ramiona szal modlitewny, podciągnąłem rękaw i owinąłem skórzane rzemyki tefilin wokół przedramienia. Gdy tak stałem, z czarną skórzaną kostką na lewej ręce wypychającą rękaw wykrochmalonej białej koszuli, otulony dużym białym szalem w czarne pasy, pomyślałem: już w to nie wierzę.
Jestem heretykiem. Apikojresem.
Przez długi czas starałem się temu zaprzeczać. Zwykły grzesznik ma nadzieję: według Talmudu "żyd, choćby grzeszył, pozostaje wciąż żydem". Natomiast heretyk jest zgubiony na zawsze. "Kto odejdzie, już nie wróci". Zwój Tory, który pisze, trzeba zmienić. Nie zalicza się go już do modlitewnego kworum, jego pożywienie nie jest uważane za koszerne, zagubione przedmioty nie są mu zwracane, nie wolno mu zeznawać w sądzie. Wyrzutek, na zawsze wędruje sam, nie należąc ani do własnego, ani do żadnego innego narodu.
To w tym momencie, między mocowaniem węzła tefilin na potylicy a pośpiesznym recytowaniem tych modlitw, które jeszcze wciąż odmawiałem, zdałem sobie sprawę, że herezja to po prostu dotyczący mnie fakt, taki sam jak brązowe oczy czy blada cera.
Jednak bycie heretykiem nie było prostą sprawą. Gitty i ja mieszkaliśmy z pięciorgiem dzieci w New Square, wiosce odległej o jakieś pięćdziesiąt kilometrów na północ od Nowego Jorku, zamieszkanej wyłącznie przez chasydów z jednego konkretnego odłamu: chasydów Skwer. Utworzył go w latach pięćdziesiątych XX wieku wielki rebe miasta Skwyra, Jaakow Josef Twerski, potomek chasydzkich dynastii z Czarnobyla i Skwyry[2]. W 1948 roku gdy rebe wysiadł ze statku w Nowym Jorku, wyczuł panujący w mieście nastrój dekadencji i powiedział do swoich zwolenników: "Gdybym miał odwagę, zawróciłbym na statek i popłynął na powrót do Europy". Zamiast tego postanowił zbudować własną wioskę, amerykański sztetl. Mówiono mu, że to niemożliwe, że Ameryka to nie miejsce dla sztetli i że jego plan nie ma szans powodzenia. I mało brakowało, by tak się stało.
Przez kilkadziesiąt następnych lat jego zwolennicy opowiadali o przeszkodach, jakie musieli pokonać, by zbudować wioskę: o wrogo nastawionych sąsiadach, niechętnych do współpracy władzach miasta, kierowcach ciężarówek, którzy przywozili materiały budowlane, by je natychmiast ukraść, nieustannych problemach z kanalizacją i ze źle utwardzonymi drogami. Jednak rebe się nie poddawał. Legenda mówi, że urzędnik hrabstwa, słysząc, jak gromada brodatych Żydów domaga się nazwania nowej wioski "New Skver", napisał zamiast tego "New Square" i to ta zanglicyzowana forma stała się oficjalną nazwą miejscowości.
Choć nazwa brzmiała amerykańsko, sama wioska niewątpliwie nie miała z Ameryką nic wspólnego. Później mówiono mi: "Oczywiście, że zostałeś heretykiem. Mieszkałeś w miejscu tak odosobnionym, wśród takich fanatyków". Często słyszałem to od chasydów: satmarczyków, belzan i lubawiczan, którzy sami dobrze znali fanatyzm. New Square było miejscem uważanym za zbyt ekstremalne nawet przez ekstremistów, miejscem, gdzie nawet fanatycy kręcili głowami, skonsternowani. To idzie już za daleko, wydawali się mówić. To jest szaleństwo.
Początkowo kwestionowałem jedynie autorytet rebego, mądrość chasydzkich mistrzów i szczegóły naszego ultrakonserwatywnego i zamkniętego stylu życia. Wkrótce jednak znalazłem się na bardziej grząskim gruncie: rozważałem, czy Talmud naprawdę zawiera słowo Boże, a potem zacząłem się zastanawiać nad samą Torą. Czy coś w tym wszystkim jest prawdą? A sam Bóg - gdzie jest i skąd można wiedzieć, czego chce, a nawet czy w ogóle istnieje?
Na początku miałem tylko pytania. Jednak zadawanie pytań też było zakazane.
"Czy judaizm nie polega na zadawaniu pytań? - słyszałem później. - Czy Talmud nie jest pełen pytań?"
Judaizm w postaci znanej większości liberalnych Żydów nie jest judaizmem chasydów, nie jest też judaizmem Baal Szem Towa, Rasziego czy rabiego Akiwy[3]. To prawda, że judaizm naszych dawnych tekstów dopuszcza pytania, ale muszą one być pewnego rodzaju i muszą być zadane w dokładnie określony sposób. "Kto pyta o te cztery rzeczy - mówi Talmud - lepiej, żeby się nie był narodził: co jest nad nami, co jest pod nami, co przed, co po". Jeśli kogoś nękają pytania, na które nie ma odpowiedzi, nie jest to wina naszej wiary, tylko pytającego, który niewątpliwie nie dość się modlił, nie dość studiował, nie oczyścił wystarczająco umysłu i serca, by mądrość Tory mogła przeniknąć jego duszę i spowodować, by wszystkie pytania straciły sens.
"Co sprawiło, że się zmieniłeś?" - pytali ludzie w późniejszych latach; męczyło mnie to pytanie, bo spraw, które wpłynęły na moją przemianę, było tak wiele i były tak różnorodne jak samo życie: nie jedna konkretna chwila transformacji, ale proces, podróż przez dociekania i odkrycia, przekonania i wyzwania rzucane tym przekonaniom, niewygodne pytania i próby ich odrzucenia, choćby siłą, jeśli była taka potrzeba - a to wszystko, by odkryć, że to niemożliwe, że poszukiwania są zbyt naglące i konieczne, a poddanie się nie wchodzi w grę. Nie znalazłem jednak jasnych odpowiedzi, lecz jedynie mętne i sprzeczne, aż w końcu nadzieja ustępowała rozczarowaniu, które z kolei raz jeszcze robiło miejsce nadziei, ale za każdym razem mniej wyraźnej i słabszej, aż znowu wracałem do zagubienia i rozczarowania w nieskończonym, nieznośnym cyklu.
Pamiętam jeden z pierwszych momentów, gdy nasunęły mi się pytania, których nie mogłem zadać. Nie dotyczyły wiary, tylko bardziej doczesnej kwestii - dziewczyny, którą proponowano mi na żonę. Chciałem zapytać głównie o sprawy takie jak: Czy jest ładna? Czy jest inteligentna? Czy ma ujmujący charakter? A jeśli odpowiedź brzmi "nie", czy mogę odmówić?
Pytania, które ostatecznie zadałem - czy Bóg istnieje, czy nasza wiara rzeczywiście zawiera najistotniejsze na świecie prawdy, czy moja wiara jest prawdziwsza niż innych - pozornie wydają się mieć większe znaczenie. Jednak w wieku osiemnastu lat nie miałem pytań wielkich, tylko stosunkowo drobne. I te drobne pytania wydawały się tak trywialne, że krępowałem się je zadać na głos. "Ułudą wdzięk, ulotną piękność: niewiasta bogobojna, ta godna chwały". Poinformowano mnie, że dziewczyna jest bogobojna. Czy naprawdę musiałem wiedzieć więcej?
* * *
Robiłem właśnie pranie, gdy powiedziano mi o dziewczynie, którą miałem poślubić. Studiowałem wtedy w Wielkiej Jesziwie w New Square; pralka w bursie przestała działać, więc studenci rozpierzchli się po domach rodziny i przyjaciół z rzeczami do prania. Zaciągnąłem swój worek do domu Greenblattów, dobrych znajomych, którzy mieszkali na obrzeżach wioski. Mój ojciec zmarł kilka lat wcześniej, a matka wciąż próbowała odbudować swoje życie po jego śmierci. Greenblattowie pełnili więc funkcję rodziny - zapewniali posiłki, umożliwiali pranie i wtrącali się w sposób zazwyczaj zarezerwowany dla najbliższych.
Dochodziła północ, więc Berish i dzieci już dawno poszli spać. Jedyne dźwięki, jakie mnie dobiegały, to krzątanina Chany Miri w kuchni, delikatne otwieranie i zamykanie szafek, lekki brzęk naczyń wkładanych do zlewu, szum wody. Wkrótce i one zamilkły, zamiast tego usłyszałem ciche klap-klap-klap kapci Chany Miri zbliżającej się do pralni obok schodów prowadzących na górę, do sypialni. Sądziłem, że idzie spać. Pomyślałem, że wyjdę sam, jak to często mi się zdarzało.
Chana Miri stanęła w drzwiach pralni, a ja uniosłem głowę w jej kierunku, nie patrząc na nią jednak. Nie należała do mojej rodziny, więc nie wolno mi było spojrzeć na nią wprost. Na obrzeżach pola widzenia rysowała mi się niewyraźna sylwetka drobniutkiej kobiecej postaci w chustce na głowie i kwiecistej domowej sukience.
- Czy Berish powiedział ci o sziduchu? - spytała.
Pokręciłem głową, nie odrywając wzroku od ruchu żelazka. Chana Miri zamilkła.
- Cóż - odezwała się w końcu. - Berish poda ci jutro więcej szczegółów, ale mogę ci teraz powiedzieć. - Przerwała, by po chwili mówić dalej niepewnym głosem: - Wiem, zapewne nie zabrzmi to jak wspaniała propozycja. Ale... pomyśl o tym.
Kiwnąłem głową, przesuwając żelazko po białej poliestrowej koszuli, patrząc, jak drobne załamania znikają w cichym syku pary. Miałem nadzieję, że wyglądam nonszalancko, choć czułem, że z podniecenia serce bije mi szybciej.
- Córka Chaima Goldsteina - powiedziała w końcu Chana Miri. Musiałem wyglądać na załamanego, bo dodała: - Wiem, co myślisz. Ale nie jest tak źle, jak ci się wydaje.
Nie znałem dziewczyny, ale znałem męskich członków jej rodziny. Chaim Goldstein był postawnym mężczyzną, który modlił się z werwą i bez zażenowania, stojąc w ostatnim rzędzie szulu. W trakcie nabożeństwa w piątkowy wieczór widywałem go, jak idzie powoli przejściem w synagodze, w jednej ręce trzymając srebrną tabakierkę, podczas gdy wirujący głos kantora wypełnia wysokie wnętrze. Powłócząc nogami od jednego stołu do drugiego, oferował modlącym się pachnącą miętą tabakę, a za nim ciągnęło trzech jego synów z potarganymi pejsami, w zabłoconych butach i z cieknącymi nosami. Nie takiego człowieka wyobrażałem sobie jako teścia. Odwróciłem się, nie chcąc, by Chana Miri dostrzegła moje rozczarowanie.
Myślałem także o Nuchemie Goldsteinie, synu Chaima Goldsteina. Wspomniałem dzień, w którym z powodu nieobecności mojego partnera w nauce zaprosiłem Nuchema, by na jedną sesję zajął jego miejsce. Był to mój pierwszy rok w jesziwie i uznałem, że zaproszenie chłopca, który dzień po dniu siedzi nad Talmudem bez partnera do nauki, nie okazując żadnego zainteresowania leżącym przed nim otwartym tomem, będzie życzliwym gestem.
Nuchem, jak się wydawało, nie miał skłonności do studiowania Talmudu. Właściwie nigdy wcześniej nie spotkałem takiego partnera jak on.
- Dlaczego mędrcy zadawali te wszystkie pytania, skoro już znali odpowiedzi? - spytał, jakby cała forma była mu obca, jakby nie studiował Talmudu od chwili, gdy ukończył sześć lat.
- To proces - odparłem, zdumiony, że prowadzę taką rozmowę.
- Dlaczego ten proces ma znaczenie? - spytał, rzucając mi spojrzenie pełne niechęci i oburzenia, jakby osobiście obrażał go ten brak względów ze strony mędrców, zmuszający go do mordęgi w celu dojścia do wniosków, które niewątpliwie muszą już być znane. - Dlaczego nie uczymy się po prostu samych wniosków?
Było to zaskakujące pytanie i poczułem współczucie dla chłopaka, którego wyraźnie nie cieszył czas spędzany w jesziwie. Przede wszystkim jednak czułem pogardę; zadawał pytania, których - jak wiedzieliśmy - nie wolno zadawać. Czy był tak tępy, że tego nie rozumiał?
- Wiem, co myślisz - powtórzyła Chana Miri. - Znasz jej ojca, znasz jej braci. Powiedziano mi jednak, że ona jest inna. - Stała w drzwiach, a między nami wisiało ciężkie milczenie.
- Jak ma na imię? - spytałem w końcu.
- Gitty - odparła z przesadnym entuzjazmem. - Gitty Goldstein.
Gitty. Z jidysz "git", czyli "dobrze". To imię miało miły dźwięk, sugerujący kobiecość, niewinność, oddanie.
Potrafiłem jednak myśleć tylko o jej rodzinie - prostackich manieryzmach Chaima, tępym wyrazie twarzy Nuchema, małych chłopcach idących za ojcem w szulu, nieśmiałych i płochliwych, jak gdyby już w młodym wieku byli świadomi, że niektórzy są ważniejsi od innych, a oni na skutek jakiegoś arbitralnego kodu społecznego zostali umieszczeni w niższej klasie.
"Potrzebuję czasu, żeby to przemyśleć" - powiedziałem następnego dnia Berishowi. To samo powtórzyłem mojej mamie, gdy Berish zwrócił się do niej, by mnie przekonała. Tylko Chana Miri wydawała się mnie rozumieć, ale i tak uważała, że nie powinienem odrzucać propozycji.
- Jest inna niż jej bracia - stwierdziła Chana Miri. - Słyszałam, że jest bardzo normalna.
Nie mogłem nie pomyśleć: "normalna"? Czy to jej najlepsza cecha?
Kilka miesięcy wcześniej moi koledzy w szkole i ja z zaskoczeniem przyjęliśmy zaręczyny pierwszego z nas.
- Hust gehert? - Wiadomość wędrowała od stołu do stołu, od regału do regału, obiegając w parę minut wielką salę. - Słyszałeś? Ari Goldhirsch jest zaręczony!
Pilni unieśli wzrok znad literek na marginesach swoich Talmudów, leniwi przerwali rozmowy w pół słowa. Ogarnęło nas zdumienie; nie spodziewaliśmy się, że dojdzie do tego tak szybko. Większość z nas miała ledwie siedemnaście lat, niektórzy nawet mniej.
- Baj wemen? - To pytanie cisnęło się wszystkim na usta.
Baj wemen. Nie z kim, ale u kogo - w którą rodzinę, w który rozbudowany klan ciotek, wujów, kuzynów, dziadków.
- U Mordche Shloime Kliegera.
Imię dziewczyny nie miało znaczenia, liczyło się imię jej ojca. Chłopak żenił się nie tyle z dziewczyną, ile z rozbudowaną siecią relacji rodzinnych, z całą jej szacownością - jeśli miał szczęście - albo ponurą zwyczajnością, jeśli nie miał.
Był kwiecień 1992 roku, a ja miałem nadzieję, że zaręczyny zaczną się dopiero rok później. Mówiono, że rebe nie popiera wczesnych zaręczyn, ale że rodziny czasem je przyśpieszają, jeśli związek jest zbyt korzystny, żeby dać mu umknąć. Zdarzało się, że jeśli chłopak lub dziewczyna nie mieli jeszcze osiemnastu lat, zaręczyny utrzymywano w tajemnicy, wieści jednak szybko się rozchodziły. Rosła presja, by znaleźć się wśród pierwszych. Wczesne zaręczyny były oznaką atrakcyjności, a długo trwający stan kawalerski niósł ze sobą wstyd.
Zaręczyny Ariego oznaczały, że wyścig się rozpoczął, i wkrótce inni koledzy poszli za jego przykładem. Moishe Yossel Unger i Burich Silber zaręczyli się w odległości tygodnia z dwiema siostrami, wnuczkami osobistego sekretarza rebego. Oczywiście żaden z nas nie wiedział, jakie te dziewczyny są, ale też nie miało to większego znaczenia.
Aron Duvid Spira wkrótce zaręczył się z córką Avigdora Bluma, najbogatszego człowieka w wiosce. Chwilę potem przyszła kolej na Zeviego Lowenthala i jego zaręczyny z córką wybitnego uczonego. Mój partner w popołudniowej nauce Chaim Lazer zaręczył się z córką swego wuja Naftulego. W miarę jak koledzy jeden po drugim znajdowali przyszłe żony, ja także zacząłem czekać na wizytę swata. Gratulowałem kolejnym kolegom na ich ślubach, przyjmowałem ich życzliwe uśmiechy - merceszem baj dir, twoje zaręczyny wkrótce, jeśli Bóg pozwoli - ale serce zaczynało mnie boleć, a oczekiwanie zmieniało się w obawę. W piątkowe wieczory, przygotowując się do podniesienia kieliszka słodkiego wina, by odmówić kidusz, modliłem się, bym mógł wkrótce to robić z żoną u boku, a nie wśród setek innych głodnych studentów jesziwy. Królu królów, poleć swoim aniołom posługującym, aby uwzględnili mnie z miłosierdziem. Niech to się stanie wkrótce. Niech to będzie dobra dziewczyna z szacownej rodziny.
Podczas tiszów, publicznych szabatowych posiłków rebego, staliśmy po jego prawej stronie na liczącej sześć rzędów trybunie. Co roku studenci jesziwy zajmowali rząd bliższy rebego, a najstarsi w jesziwie, osiemnasto- i dziewiętnastolatkowie, którzy tego roku mieli się ożenić, stali najbliżej. Oczy wszystkich skupiały się na najnowszej grupie uczniów do wzięcia, oceniano ich i rozważano, którą córkę którego członka społeczności można z kim połączyć.
- Co jest nie tak z córką Chaima Goldsteina? - spytał Berish kilka dni później.
Powiedziałem jedynie, że potrzebuję więcej czasu, by o tym pomyśleć. Nie umiałem ubrać strumienia myśli w słowa.
- Ma wszystko, co żona mieć powinna - nalegał Berish. - O czym tu myśleć?
Nie wiedziałem, o czym tu myśleć. O ile początkowo ten związek mnie nie pociągał, bo nie podobał mi się ojciec dziewczyny ani jej brat, szybko zacząłem myśleć o samej dziewczynie. Jednak pytań krążących mi w głowie nie mogłem zadać na głos. Chciałem wiedzieć: Czy jest ładna? Czy jest inteligentna? Czy jest życzliwa i urocza, z miłym uśmiechem i wesołym śmiechem? A może nie ma żadnej z tych cech albo nawet jest zdecydowanie niemiła? Zastanawiałem się, czy mogę poprosić o fotografię dziewczyny, ale ponieważ żadnej mi nie pokazano, uznałem, że to nie byłoby właściwe. Zapewne Berish i swat, a także rodzina dziewczyny zastanawialiby się: co to za chłopak, który potrzebuje zdjęcia dziewczyny, zanim podejmie decyzję, że się z nią ożeni?
- Słyszałam, że jest naprawdę urocza - powiedziała mi mama, przeprowadziwszy wpierw własne dochodzenie. - Czwarte dziecko z dwanaściorga, dobrze zajmuje się młodszym rodzeństwem. To wiele mówi. Będzie dobrą żoną i matką. Jest też towarzyska - dodała pogodnie. - Chętnie bierze udział w ślubach i innych rodzinnych uroczystościach. Włącza się w tańce. Ma przyjaciółki. Bardzo dobrze o niej mówią.
Gdy żadna z tych fragmentarycznych informacji nie wywołała pożądanego efektu, Berish wysunął oczywistą propozycję.
- Może spytamy rebego?
Oczywiście. Rebe. Rebe będzie miał odpowiedź.
Kilka dni przed Chanuką, późnym wieczorem, Berish i ja poszliśmy poprosić rebego o rozmowę. Gabaj, reb Shia, starszy sekretarz rebego, siedział w biurze przylegającym do jego pokoju, a kilku chasydów czekało w dużej, jasno oświetlonej poczekalni, chodząc nerwowo, recytując psalmy albo siedząc w ponurym milczeniu. Reb Shia wypisał kwitl, moją prośbę na małej białej kartce, i zignorował pytanie Berisha, jak długo przyjdzie nam czekać. Mijały godziny, jedna po drugiej, mężczyzn wzywano po kolei do rebego, wkrótce wynurzali się z uśmiechem dla ponurego odźwiernego, wsuwając mu w dłoń dziesięcio- czy dwudziestodolarowe banknoty, teraz zadowoleni, z lekkim sercem i umysłem.
W końcu nadeszła moja kolej. Wcześniej widywałem rebego tylko podczas pośpiesznych błogosławieństw i przelotnych uścisków dłoni, nigdy nie pytałem go o radę w sprawach osobistych. Teraz po raz pierwszy miałem podjąć decyzję na podstawie wskazówek rebego. Ta myśl mnie uspokoiła. To szczególny przywilej chasyda - dostęp do Bożego natchnienia przekazanego przez cadyka, doskonałego sprawiedliwego.
Rebe siedział u szczytu długiego stołu na rzeźbionym, złoconym fotelu obitym kosztownym niebieskim materiałem. Widziałem, że patrzy na drzwi, obracając w palcach złoty kieszonkowy zegarek. Czoło zraszał mu pot, solidna sylwetka i siwiejąca broda wydawały się być tak blisko, takie rzeczywiste - inaczej niż w szulu, gdzie rysował mi się tylko z daleka jako niewyraźna postać. Stół zaścielały kartki z prośbami od wcześniejszych gości, zmieszane z tradycyjnymi prezentami pieniężnymi - dwudziesto-, pięćdziesięcio- i studolarowymi banknotami.
- Nu, gaj szojn! - Odźwierny popchnął mnie, gdy zawahałem się w drzwiach. - Idź już!
Nie było czasu na podziw czy trwogę; inni czekali na swoją kolej. Berish odsunął się na bok, ja zaś podałem rebemu kwitl i patrzyłem, jak czyta: "Shulem Aryeh syn Brachy. O błogosławieństwa i odkupienie".
Berish podszedł bliżej i powiedział rebemu, dlaczego przyszedłem: proponowano mi na żonę dziewczynę, a ja chciałem zasięgnąć rady. Rebe patrzył na mnie przez chwilę, a potem, z błyskiem rozpoznania, nagle się ożywił.
- Ach tak, tak, tak. Oczywiście! - Druga strona też szukała jego rady, powiedział. - Dobry związek, wspaniały związek. Tak, tak. Wspaniale, prawda? - Rebe uśmiechnął się, oczy mu zabłysły, a wokół pojawiły się zmarszczki.
- On nie jest pewien - powiedział cicho Berish. - Ma wątpliwości, pytania na ten temat.
Rebe spojrzał na mnie nad złotymi oprawkami okularów i uniósł krzaczaste brwi z wyrazem zdziwienia.
- Pytania? Jakie pytania?
Jakie miałem pytania? Stałem tu przed "sprawiedliwym, podstawą świata", który pytał, dlaczego być może nie pragnę związku, który on już uznał za "wspaniały". Przeniosłem spojrzenie z pytających oczu rebego na obrus z ciężkiego brokatu, a potem stosy kwitli, ale słowa nie przychodziły. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że nie mam pytań. Nie tak naprawdę.
Po prostu nie chciałem tego małżeństwa.
W głębi serca czułem, że nie jest to właściwy związek, że rzeczy, których o Gitty Goldstein nie mówiono, są równie znaczące jak te, które mówiono, i że zapewne nie usłyszę niczego, co by to zmieniło. Być może miałem nadzieję, że rebe powie mi coś nowego i miłego o tym małżeństwie, ale tak naprawdę chciałem otrzymać zgodę, żeby odmówić. Chciałem, by rebe powiedział, że skoro go nie chcę, to w porządku, że pojawi się coś lepszego i że nie trzeba się wstydzić powiedzieć "nie", że to nie jest okrutne - choć wiedziałem, że Gitty Goldstein czeka w tej chwili na wiadomość od swata. Chciałem usłyszeć od rebego, że nie potrzebuję powodu, by powiedzieć "nie", potrzebuję natomiast powodu, by powiedzieć "tak". Jednak rebe już oświadczył, że związek jest wspaniały: nie mówiło się rebemu, co się chce usłyszeć. Słuchało się i przyjmowało.
Rebe czekał z uniesionymi brwiami, potem przeniósł wzrok na trzymany w ręku kwitl i z powrotem na mnie.
- Chaim Goldstein to znakomity człowiek ze znakomitą rodziną - przemówił w końcu i dodał, że słyszał bardzo dobre rzeczy o kerenie. - Ten keren to dobry keren - powiedział.
Keren to podstawowy fundusz w inwestycji finansowej. Dopiero po chwili zrozumiałem, o czym rebe mówi. To jasne, że nie powiedziałby "dziewczyna", nie użyłby słowa tak oczywiście kobiecego, iż wymówienie go byłoby niewłaściwe. Zamiast tego dziewczyna została kerenem, funduszem. Ta inwestycja - mówił rebe - to dobra inwestycja.
- To dobra rzecz, ten keren - powtórzył i wykonał szeroki, pełen entuzjazmu gest. - Dobry keren. Znakomity keren. Ech, nie ma się o co martwić. - Opuszkami palców dotknął mojej dłoni. - Niech Najwyższy obdaruje cię łaskami. Niech ten związek zostanie korzystnie zawarty.
Kilka dni później znalazłem się na tylnym siedzeniu samochodu w drodze do domu, w którym miałem się spotkać z przyszłą żoną. Był początek grudnia, trzeci dzień Chanuki. W tym roku zima zaczęła się wcześnie od burzy śnieżnej; wzdłuż drogi wznosiły się zaspy, a dzieci zjeżdżały na sankach po podjeździe na Lincoln Avenue.
- Zdenerwowany? - spytał Berish z przedniego siedzenia.
Wzruszyłem ramionami, unikając jego wzroku. Nie byłem zdenerwowany, nie w taki sposób, o jakim myślał. Powiedziano mi, że mnie chcą. Nie obawiałem się odrzucenia.
Samochód zatrzymał się przy krawężniku. Frontowe drzwi domu były lekko uchylone i przez cienką zasłonę widziałem kręcących się w środku ludzi. W przedpokoju czekała moja matka, która spojrzała na mnie z nieco wymuszoną radością.
- To urocza dziewczyna - powiedziała z uśmiechem.
W jej głosie usłyszałem cień smutku, jak gdyby wyczuwała przygniatający mnie ciężar, ale ona też wiedziała, że odmowa nie wchodzi już w rachubę. Rebe dał swoje błogosławieństwo. Nie zostało nic więcej do powiedzenia.
Z któregoś pokoju w głębi wynurzył się Chaim Goldstein. Uśmiechnął się i uścisnął mi dłoń, a potem z Berishem wprowadził mnie do jadalni. Mama poszła za nami.
Dziewczyna, moja przyszła żona, stała na drugim końcu stołu razem ze swoją matką. Miała krótkie kręcone blond włosy. Ubrana była prosto, w długą plisowaną spódnicę, zapinany sweter z wycięciem w serek na białej bluzce z marszczonym kołnierzykiem. Odwróciła wzrok, gdy wszedłem, i dopiero po chwili zerknęła w moją stronę, uśmiechnęła się sztywno i znów szybko odwróciła wzrok.
Starsi wyszli z pokoju, a Gitty i ja usiedliśmy przy przeciwległych końcach stołu. Od pięciu lat nie wolno mi było rozmawiać z dziewczynami, czułem się więc dziwnie i nieco nieprzyzwoicie, będąc w pokoju sam na sam z dziewczyną. Powiedziano mi, że rozpoczęcie rozmowy to moje zadanie, ale obcość tej sytuacji sprawiała, że czułem się oszołomiony. Przez całą minutę nie przychodziło mi do głowy nic, co mógłbym powiedzieć.
- Uśmiechaj się od ucha do ucha - poradził mi przyjaciel, do którego zwróciłem się wcześniej tego wieczoru, mówiąc, że czeka mnie beszou i potrzebuję rady. - Uśmiechaj się od ucha do ucha. Cały czas. Musisz jej pokazać, że cieszysz się, że tam jesteś.
- Cały czas?
- Od ucha do ucha, cały czas. - Nie miał wątpliwości.
Nie byłem pewien, jak potraktować jego radę. Uśmiech od ucha do ucha siłą rzeczy wymagał nienaturalnego usztywnienia mięśni twarzy i wiedziałem, że nie dam rady tego utrzymać przez piętnaście minut naszej rozmowy. Poza tym wyglądałbym na nieszczerego. Jednak mój przyjaciel nie miał innych pomysłów. Powiedział, że sam zastosował takie rozwiązanie i może zaświadczyć o jego skuteczności. Na moje pytanie o tematy rozmowy odparł: "Mów o czymkolwiek". O czym jednak można rozmawiać z dziewczyną, która nigdy nie studiowała Talmudu, nigdy nie uczestniczyła w tiszu rebego - której życie w gruncie rzeczy było tak odmienne od mojego, że po prostu nie mogliśmy mieć ze sobą nic wspólnego. Mój przyjaciel nie wiedział, nie był pewien, już nie pamiętał, naprawdę, od jego spotkania minęło tyle miesięcy. W każdym razie, dodał, w jego wypadku mówiła głównie dziewczyna.
Gitty jednak mało się odzywała. Nerwowo szukając tematu do rozmowy, w końcu zacząłem zadawać pytania, na które odpowiedź już znałem: czy chodzi jeszcze do szkoły, ile ma rodzeństwa, czy chce pozostać w wiosce po naszym ślubie. Nie, pokręciła głową, skończyła szkołę kilka miesięcy temu. Jedenaścioro rodzeństwa, wyszeptała ledwo słyszalnie. Tak, skinęła głową, chciała dalej mieszkać w wiosce. Powiedziałem kilka zdań o sobie. Dodałem, że chcę kontynuować naukę po ślubie, co najmniej przez dwa lata. W odpowiedzi skinęła głową. To było oczywiste. Dwa lata nauki były obowiązkowe dla wszystkich żonatych mężczyzn we wsi.
Siedziała z opuszczonym wzrokiem, wpatrzona w stół. Gdy w pewnej chwili na mnie spojrzała, natychmiast rzuciłem jej ten doradzany przez przyjaciela uśmiech od ucha do ucha, a ona go sztywno odwzajemniła. Myślałem, że może sama zada mi jakieś pytania albo wygłosi jakieś uwagi, ale widocznie żadnych nie miała. Wkrótce wyczerpały mi się pytania i siedzieliśmy w milczeniu, aż do pokoju wszedł Chaim Goldstein.
- Skończyliście? - spytał.
To nie było pytanie. Najwyraźniej skończyliśmy. Wyobrażałem sobie piętnastominutowe spotkanie, ale to trwało najwyżej siedem minut. Poczułem ulgę, że się zakończyło.
Pojechaliśmy do nieodległego domu rebego, Gitty i ja w osobnych samochodach. Kilku kręcących się wokół przyjaciół i krewnych wesoło mnie powitało. Już ich zawiadomiono i niewątpliwie się cieszyli. Sekretarz rebego też patrzył przyjaźnie; z powodu radosnego wydarzenia, nowych zaręczyn, zapomniał o burkliwym nastawieniu.
Najpierw weszli mężczyźni, kobiety za nimi, a rebe uśmiechał się i machał ręką, okazując radość. Mężczyźni zgromadzili się wokół stołu, zostawiając wolne miejsce, by rebe wyraźnie widział narzeczoną, stojącą wśród kobiet pod ścianą naprzeciwko.
Sekretarz zamknął drzwi.
- Mazel tow, mazel tow! - powiedział rebe. - Niech to będzie stabilny związek. Obyś zasługiwał, by mieć długo nasienie i wychować prawe i błogosławione pokolenia.
Zaręczyny były ostateczne, błogosławieństwo rebego jak młotek sędziego.
Sekretarz postawił przed rebem niewielką tacę z czekoladową babką piaskową. Mężczyźni ustawili się, by dostać po kawałku z ręki rebego, a kobiety przyglądały się z drugiego końca pokoju. Mężczyźni popijali wino z małych kieliszków i czekali na błogosławieństwo le-chajim, "dla życia". Jako najważniejsza dziś osoba otrzymałem je pierwszy, a rebe przez długą chwilę trzymał mnie za końce palców, mrucząc błogosławieństwo, to samo, które mruczał do tysięcy oblubieńców przede mną. Miałem wrażenie, że jest zimne i bezosobowe, a oczy rebego, niespokojne i rozbiegane, szukały mojej narzeczonej, aż spoczęły na niej, jak gdyby włączając ją z daleka. Powiedziałem sobie, że naprawdę tego chcę. Rebe zaaprobował związek. Mówiłem sobie, że jestem zadowolony, że muszę być zadowolony, bo rebe najwyraźniej jest zadowolony. Powiedziałem sobie, że my, zwolennicy rebego, zawsze sobie powtarzamy: rebe troszczy się o nas bardziej niż my sami o siebie. Nasze radosne uroczystości przynoszą mu więcej radości, a smutne - więcej smutku. Wierzyłem w to, powtarzałem sobie wiele razy, i zmusiłem się, by w to wierzyć. Wiedziałem, że tak musi być.