1
Sen o erze księżycowej
Kiedy przeżyło się dany moment wspólnie z całym światem, trudno stwierdzić, gdzie kończą się własne wspomnienia, a zaczynają wspomnienia wszystkich innych.
Widzę oślepiająco jasny kalifornijski dzień. Pędzę na swoim rowerze, metalicznozielonym schwinnie z wygiętą kierownicą i długim chopperowym siodełkiem, który dopiero niedawno przestałem stawiać na noc w swoim pokoju, by patrzeć na niego, gdy zasypiam. Chcę być jak Evel Knievel[3], więc w wakacje godzinami układam rampy z cegieł i kawałków drewna, które podwędziłem z miejscowych budów. Nikt nie skacze dalej ode mnie, nikt, a zwłaszcza David, który jedzie obok mnie... Dziwny, szalony David, który przerasta wszystkich dwukrotnie, ma penisa jak dorosły mężczyzna i całymi dniami buduje lotnie z desek i foliowych płacht. Tego ranka błagał mojego brata, żeby zeskoczył z garażu przywiązany do jednej z takich konstrukcji, a gdy zwróciłem mu uwagę, że skoro samo to ustrojstwo runęło w dół jak kamień, sczepione z moim bratem pewnie zachowa się tak samo, David uparł się, że jeśli się przyjrzeć - ale tak naprawdę dobrze się przyjrzeć - lotnia oddaliła się od pionu o co najmniej dwadzieścia centymetrów. Innymi słowy: poleciała. Rodzice Davida czasami opalają się na golasa w ogródku. Nie wyobrażam sobie, żeby moi tak mogli.
Dziś w ogródku nie ma nikogo. Właśnie byliśmy u Davida - jego rodzice siedzą zgarbieni w fotelach, wpatrzeni w telewizor. Jeździmy po okolicy już od paru godzin i wszędzie jest tak samo. Samochody gotują się na podjazdach. Ojcowie są w domach. Zupełnie jakby dorosły świat zamarł, a wszechświat wstrzymał oddech, gdy te widmowe czarno-białe obrazy przesuwają się po ekranie, te same w każdym domu, niczym duchy duchów duchów.
Ludzie lecą na Księżyc. Zeszłej nocy tata wziął mnie do ogrodu, żebyśmy razem na niego popatrzyli. Zmarszczył czoło, kiedy na jego uniesioną twarz padła wodnista złota poświata, zupełnie jakby ktoś nadepnął na jego grób albo poświecił mu latarką w oczy. Wysłać człowieka na Księżyc to jedno, lecz sprowadzić go z powrotem to zupełnie inna sprawa. Ale stanąć tam, na powierzchni... Na samą myśl dostawało się dreszczy. Może po czymś takim powrót nie będzie już wielką sprawą. Nic dziwnego, że ja i David, oraz wszyscy, których znamy, przez całe lato w ten czy inny sposób próbowaliśmy dosięgnąć nieba.
Znajdujemy się w Orindzie w Kalifornii, na spokojnym przedmieściu po wschodniej stronie zatoki San Francisco. Jest niedziela 20 lipca 1969 roku, a lista dobrych rzeczy w moim życiu przedstawia się następująco: mój rower, szemrzący strumyk w wąwozie na końcu ogrodu, myśl, że w przyszłym semestrze moją nauczycielką będzie pani Lipkin, gorąca dwudziestosześcioletnia hipiska, która już dwa razy zdążyła wyjść za mąż i się rozwieść, a swoim uczniom gra na gitarze piosenki Jefferson Airplane. No i jeszcze mój przyjaciel Scott McGraw, który jest ode mnie starszy, ma długie proste włosy, nosi dzwony, wszędzie chodzi boso i jako pierwszy powiedział mi, że Święty Mikołaj nie istnieje, "ale jak myślisz, że to jest okropne, sprawdź, co tak naprawdę znaczy słowo "pieprzyć"" - dodał. Brat Scotta gra w kapeli Love Is Satisfaction, czyli Miłość to Satysfakcja - jestem zachwycony tą nazwą.
W naszej okolicy wszystkie ulice noszą imiona postaci z Legendy o Sennej Kotlinie. Tak to jest, gdy jakieś miejsce budują od zera i nikogo nie ogranicza przeszłość. Moja ulica, Van Ripper Lane, opada długim łukiem. Na samej górze są skąpane w słońcu wzgórza Orinda Downs, gdzie udajemy, że uprawiamy motocross, znajdujemy skamieliny i łapiemy jaszczurki na wystających skałach, które pachną dzikim tymiankiem. Kiedy powieje wiatr, długa złota trawa faluje, a wzgórza zdają się połyskiwać. Uwielbiam leżeć w tej trawie, pozwalać, żeby łaskotała mnie w twarz, i gapić się w bezchmurne niebo. Czasami, jeżeli zostać tam dostatecznie długo, mniejsze zwierzęta zapominają, że nie jesteśmy częścią wzgórza, i zaczynają biegać wokół nas bez strachu. Wtedy naprawdę można się poczuć jego fragmentem, a także stale zapadających się światów, które mieszczą się wewnątrz. Za kilka lat będzie tutaj osiedle pełne pseudogeorgiańskich domów i płotków. Świat się zmienia.
Zjeżdżamy ze wzgórza na podjazd przed moim domem. David ciska rower na trawnik. Ja stawiam swój na nóżce i rzucam ostrzegawczo do swojego brata i jego maleńkiego, ślepego jak kret kolegi Erniego, że jeśli go przewrócą, to zabiję. Kiedy pęd powietrza nie uderza nas w twarz, jest gorąco, dlatego truchtem wbiegamy przez moskitierę do kuchni, skąd szmer dźwięków i podnieconych głosów ciągnie nas do salonu. Jest trzynasta piętnaście. Przyjaciele moich rodziców, Reuhlowie, oraz uroczy starsi państwo Fishowie z naprzeciwka siedzą pochyleni na kanapie i w fotelach nad włochatym złotopomarańczowym dywanem, w dłoniach mocno ściskają piwo lub kawę, a na ich twarzach maluje się, w różnych proporcjach, mieszanka niepokoju i niedowierzania. Z telewizora płynie znajomy południowy zaśpiew, któremu towarzyszą szumy oraz szczególne ciche piski i brzęki, przypominające stukanie paznokciem w rant olbrzymiego kieliszka. Wiemy, że jest to głos z centrum dowodzenia. Mówiący mężczyzna nazywa się Charles Duke, ale astronauci zwracają się do niego po prostu Houston. Są też inne głosy, ale wszystkie odległe, przemieszane i trudno wyłapać ich sens. Pokój wypełnia atmosfera wyczekiwania.
Teraz słyszymy:
- Trzydzieści sekund.
Cisza.
- Kontrolka kontaktu.
- Wyłączam.
- Ręczne sterowanie silnika hamującego wyłączone. Gotowość silnika wyłączona. Kod 413.
Przerwa.
Cisza.
Więcej ciszy.
- Houston, tu Baza Spokoju... Orzeł wylądował.
W salonie w pierwszej chwili jakby nikt nic nie rozumie. Dorośli wymieniają spojrzenia. Potem słychać wiwat w tle i ten głos z zaśpiewem jakby wzdycha - to pierwszy ślad emocji dobiegający z telewizora.
- Odbiór, Baza Spokoju, potwierdzamy z Ziemi. Paru facetów prawie tu zsiniało. Znowu oddychamy. Dziękujemy.
Cały salon wybucha radością. My też. Mój tata mierzwi mi włosy i klepie Davida po plecach. Zbiegają się małe dzieci.
- Chłopcy, oni wylądowali na Księżycu!
Tata ma łzy w oczach. Po raz pierwszy widzę go w takim stanie, i zobaczę jeszcze tylko raz w życiu.
Nikt z nas nie ma pojęcia, co w tych ostatnich chwilach działo się za kulisami, choć informacje kryły się w tych monotonnych komunikatach, jeśli tylko ktoś umiał je odczytać.
Załoga, którą NASA wybrała do tej historycznej misji, składa się z Neila Armstronga, Buzza Aldrina i Mike'a Collinsa, tworzących szczególne trio. Plan lotu przewidywał, że Collins zostanie na orbicie Księżyca w stanie radosnej frustracji, zajęty statkiem, który miał ich zabrać do domu, czyli modułem dowodzenia Columbia, a tymczasem jego towarzysze zejdą na powierzchnię w lądowniku Eagle, czyli Orzeł. Collins to człowiek rozmowny, gustuje w szlachetnym winie i dobrych książkach, maluje i hoduje róże. Armstrong jest natomiast chłodny i samowystarczalny - Collins go lubi, ale nie potrafi sforsować jego mechanizmów obronnych. Z kolei żywiołowy Aldrin wydaje mu się po prostu niebezpieczny.
Przygotowania do misji były szalone. Pewnego razu astronauci wybrali się w góry na wycieczkę geologiczną, ale nie słyszeli ani słowa wypowiadanego przez instruktorów, bo wszystko zagłuszały śmigłowce ekip wiadomości przepychające się w powietrzu, furkoczące niczym olbrzymie wygłodniałe komary. Nikt nie miał pewności, co czeka tam, w kosmosie, dlatego gazety i programy telewizyjne były pełne katastroficznych przepowiedni. Pewien badacz zapewniał widzów, że księżycowy pył na przypominających sylwetki yeti skafandrach astronautów zapali się, gdy tylko w kabinie Eagle'a wejdzie w kontakt z tlenem, o ile wcześniej nie eksploduje im pod stopami. Inny ostrzegał, że powierzchnia Księżyca może być w całości złożona z pyłu, więc w chwili zetknięcia z podłożem lądownik kompromitująco się zapadnie i zniknie na zawsze. Jeszcze więcej ekspertów martwiło się perspektywą sprowadzenia stamtąd jakiejś obcej bakterii, która zniszczy wszelkie życie na Ziemi, niczym w filmach science fiction The Quatermass Experiment czy Tajemnica Andromedy. W czasopismach pojawiały się rysunki dziwnych podziemnych istot, które mogły się czaić pod powierzchnią, głodne okrąglutkich białych bałwanków z Ziemi.
Nic więc dziwnego, że w kabinie modułu dowodzenia Columbia panowało napięcie. We wczesnej fazie lotu Aldrin ciągle opisywał "przebłyski", które dostrzegał kątem oka, kiedy Księżyc majaczył przed nimi, a w końcu wchłonął ich na orbitę. Armstronga irytowała ta sugestia obecności czegoś nieznanego i tajemniczego, podobnie jak to, że po bezpiecznym lądowaniu jego towarzysz upadł na kolana i przyjął komunię. W lądowniku, czyli module księżycowym - przedziwnej, wiotkiej konstrukcji, wyglądającej na złożoną z wykałaczek i kartonów po jajkach przez grupę pięciolatków, a potem z grubsza przykrytą folią przez ich matki - stale czuł, że "nie nadąża za samolotem", nie do końca panuje nad sytuacją, i to też mu się nie podobało.
Prawdziwy dramat rozegrał się jednak wtedy, gdy opadali w kierunku powierzchni. Kiedy David i ja, nic nie podejrzewając, pędziliśmy drogą, kiedy mama wyjmowała piwa z lodówki, kiedy mój ojciec, pan Reuhl i pan Fish - który zwykł mi płacić zabójczą kwotę dwóch dolarów za skoszenie swojego maleńkiego trawnika, a płaciłby więcej, ale tata mu zabronił - omawiali konsekwencje tych wszystkich wydarzeń oraz prawdopodobieństwo, że za swojego życia zdążą odwiedzić Księżyc jako turyści, Mike Collins tuż po godzinie dziesiątej naszego czasu uwolnił Eagle'a z uchwytu Columbii. Przez chwilę obie maszyny leciały w szyku, by pilot modułu dowodzenia mógł wykonać przegląd drugiej jednostki przez iluminator. Stwierdziwszy, że jest ona w dobrym stanie, Collins przykrył niepokój dowcipem: "Świetnie wygląda ta wasza maszyna latająca Eagle, mimo że jesteście do góry nogami".
W stanie nieważkości nie istnieją góra i dół. Armstrong podchwycił żart.
"Ktoś tu rzeczywiście jest do góry nogami" - powiedział.
Potem impuls silników sterujących poniósł Columbię w dal, aż w końcu Eagle stał się tylko małą plamką światła, diamencikiem unoszącym się między Collinsem a pokrytą kraterami powierzchnią. Astronauta w milczeniu rozważył szanse powodzenia i ocenił je na mniej więcej pięćdziesiąt procent, nie wiedząc, że jego dowódca doliczył się jednakowego prawdopodobieństwa. Według szacunków części kolegów obaj byli optymistami.
Do lądowania zostało dziesięć minut, a Eagle znajdował się piętnaście tysięcy metrów nad powierzchnią Księżyca. Armstrong i Aldrin stali obok siebie, w skafandrach, przypięci uprzężami do podłoża. Jak dotąd wszystko poszło zgodnie z planem, a przygotowania przebiegły według grafiku. Wyregulowali ciśnienie w zbiorniku paliwa, ustawili komputer i sprawdzili trajektorię, kierując teleskop nawigacyjny na Słońce. Uruchomili kamerę i uzbroili silnik hamujący. Potem Aldrin nacisnął przycisk zapłonu i silnik rakietowy ożył. Trzydzieści sekund później kabina zadygotała, gdy z rykiem osiągnęli pełny ciąg.
I teraz pojawił się problem.
Eagle był zwrócony w stronę Księżyca, więc Armstrong zauważył, że obiekty, które wykorzystywał jako punkty odniesienia podczas nawigacji, pojawiają się dwie sekundy wcześniej, niż przewidywano; zapowiadało się, że przestrzelą strefę lądowania, ale komputer nie wychwycił tego błędu. Na wysokości czternastu tysięcy metrów Armstrong obrócił jednostkę, tak że radar zniżania był teraz skierowany w dół, a dwaj astronauci patrzyli w górę na połyskującą, widmową Ziemię. Rzucało znacznie silniej niż podczas symulacji, tymczasem Aldrin porównał dane z radaru i z komputera i stwierdził rozbieżność około kilometra. Wiedział, że radar jest bardziej niezawodny, więc postanowił polecić komputerowi, by przyjmował od niego dane i działał na ich podstawie, kiedy jednak wcisnął odpowiednie guziki, kabinę Eagle'a wypełniło przeszywające bzyczenie głównego alarmu. Astronauci spojrzeli w dół i zobaczyli, że siarkowobursztynowy ekran komputera rozświetla kontrolka "PROG".
"Alarm programu" - oznajmił Armstrong.
Jego głos był spokojny, ale wymówił te słowa krótko, impulsywnie. Aldrin kazał komputerowi podać kod alarmu, a wtedy na ekranie wyświetliły się cyfry: 1202. Nie wiedział, co oznaczają, jednak domyślał się, że chodzi o przeładowanie komputera. Coś takiego nie wydarzyło się podczas żadnej symulacji, w której uczestniczył. To nie była pora na takie rzeczy.
Uwaga skupiła się teraz na Houston i Genie Kranzu, trzydziestopięcioletnim kierowniku lotu. On wiedział, że alarm jest poważny, bo widział podobny w pierwszym tygodniu lipca. Wtedy z jego powodu przerwał wirtualną misję. Tak naprawdę wraz ze swoją ekipą miał kłopoty już od godziny, ponieważ stale przerywało łączność - ekrany w centrum dowodzenia gasły, a słuchawki wypełniał szum. Potem połączenie na moment wracało, było na tyle długie, by uzasadnić dalsze schodzenie na powierzchnię. Opóźnienie w komunikacji z Księżycem wynosiło 2,6 sekundy, nie było więc czasu na rozwijanie tematu. Podczas symulacji kontrolerzy odkryli, że opóźnienie wyznacza "martwy okres", w którym nie da się już nic zrobić, bo moduł księżycowy na pewno zetknie się z powierzchnią, zanim Ziemia zdąży zareagować na problem i nakazać przerwanie operacji. Teraz komunikaty były nerwowe i zawieszone w pustce, zupełnie jak sam Eagle.
Kranz szybko naradził się z otaczającymi go osobami, nasłuchując napięcia w ich głosie, a potem odwrócił się do Steve'a Balesa, młodego speca od komputerów z MIT.
Komputer w module księżycowym był jednak zbyt skomplikowany, żeby jego działanie zrozumiała jedna osoba. Bales miał świadomość, że maszyna chce przerwać misję. Nie orientował się natomiast dlaczego. Przekazał problem swojej ekipie ekspertów na zapleczu, ci zaś domyślili się, że wobec nadmiaru zadań do wykonania komputer - wciąż nie wiedzieli czemu - automatycznie wraca do początku cyklu obliczeniowego, żeby zacząć od nowa. W tle było słychać zwięzłą prośbę Armstronga: "Podajcie znaczenie alarmu 1202". Przerwanie lądowania na tym etapie nie byłoby łatwe ani nie gwarantowało sukcesu, a później nie byłoby już miejsca na dalsze niepowodzenia. Postanowiono kontynuować. Dopóki alarm był tylko przerywany, schodzenie mogło bezpiecznie trwać dalej. Gdyby jednak stał się ciągły, komputer mógł całkowicie przerwać pracę i astronauci byliby zgubieni.
Stojący za sterami spadającego lądownika Armstrong usłyszał głos Duke'a: "Macie pozwolenie na lądowanie".
Kłopot polegał na tym, że alarmy i mentalne przygotowania do przerwania misji zdekoncentrowały obu astronautów. Kiedy udało się spacyfikować komputer i ponownie skupić się na zadaniu posadzenia Eagle'a, do powierzchni Księżyca zostało już tylko trzysta metrów, a Armstrong z Aldrinem właśnie przelatywali nad gościnną równiną, z którą dotąd wiązali nadzieje. W olbrzymiej, rozświetlonej sali dowodzenia siedemdziesięciu ludzi, którzy spędzili długie miesiące i lata na szkoleniach przygotowujących do tej chwili, jednocześnie wstrzymało oddech niczym widzowie w teatrze, kiedy radary zniżania dokonały gwałtownej poprawki, a ikonka jak z gry Space Invaders przeskoczyła i wskazywała teraz odchylenie od celu o cztery mile, czyli sześć i pół kilometra. Po przekroczeniu sześciu mil zasady nakazywały przerwanie misji. Armstrong patrzył przed siebie i nie był zachwycony tym, co widzi: pole ciasno skupionych głazów, zebranych niczym resztki pradawnego cmentarza wokół ciemnej krawędzi krateru, do którego komputer prowadził ich na oślep. Astronauta wykonał szybkie obliczenia, żeby sprawdzić, czy zdoła posadzić maszynę przed polem głazów. Wiedział, że pewnie są zrobione z księżycowej skały macierzystej, więc geologowie byliby zachwyceni, zrozumiał jednak, że lądownik nadal leci za szybko. Nacisnął kilka guzików i przejął kontrolę nad statkiem, by przechylić go w przód, prawie do pionu. Teraz silnik rakietowy spowalniał tempo opadania, nie zmniejszając prędkości poziomej. Armstrong chciał wylądować na pierwszej pustej przestrzeni, jaką zobaczy.
Nikt oprócz niego nie wiedział o kraterze i głazach. Aldrin wpatrywał się w przyrządy i nieprzerwanie recytował dane, które słyszało centrum dowodzenia oraz my wszyscy.
- Trzysta pięćdziesiąt stóp... do dołu cztery... trzysta trzydzieści, trzy i pół do dołu...
Dobiegająca z daleka mantra Aldrina działała uspokajająco, ale maskowała to, że jego partner był zbyt zaabsorbowany szukaniem sposobu na posadzenie Eagle'a, zanim skończy się paliwo, by powiadomić kogokolwiek o tym, co się dzieje, dlatego nawet centrum dowodzenia nie orientowało się w sytuacji. Wiedzieli tam tylko tyle, że pierwotny plan został zarzucony i Armstrong musi sobie radzić sam, czterysta tysięcy kilometrów od domu. Ludzie na Ziemi już w niczym nie mogli pomóc. Duke szepnął do Kranza: "Chyba lepiej bądźmy cicho".
Sto pięć metrów nad powierzchnią Księżyca Eagle przesuwał się ponad głazami. Armstrong pochylił jednostkę pod kątem do tyłu, żeby nie nabrała zbyt dużej prędkości. Wziął zakręt w lewo, by ominąć następne pole kamieni. Księżyc jakby unosił się ku niemu, a telemetria pokazywała gwałtowny skok tętna.
"Jak paliwo?" - zapytał Aldrina. Nienaturalny spokój w jego głosie nie pozwalał poznać, że rozpędzony puls wynosił teraz sto pięćdziesiąt uderzeń na minutę.
"Osiem procent" - zabrzmiała odpowiedź. Mniej niż na symulacji.
Na wysokości siedemdziesięciu pięciu metrów Aldrin po raz pierwszy zerknął przez okno, a potem szybko wrócił do przyrządów. Armstrong nadal szukał miejsca do lądowania - jakieś wybrał, ale okazało się, że tuż obok jest kolejny krater. Paliwa zostało na dziewięćdziesiąt sekund, ale ostatnie dwadzieścia musiało zostać na wypadek przerwania misji - gdyby doszli do tego momentu i wciąż nie wylądowali, komputer bez względu na bliskość powierzchni miał ich wystrzelić z powrotem w kosmos, gdzie powinni być bezpieczni. W sali dowodzenia automatyczny sekwencer zaczął odliczanie do takiego scenariusza i wszyscy o tym wiedzieli. Armstrong, sunąc naprzód, zobaczył pustą przestrzeń o powierzchni niecałych dwudziestu metrów kwadratowych, z jednej strony odgraniczoną kraterami, a z drugiej - kolejnymi głazami. Księżyc znajdował się trzydzieści metrów pod lądownikiem. To musiało być tutaj.
Eagle'a należało posadzić pionowo. Jakikolwiek poziomy ruch w momencie kontaktu z podłożem spowodowałby urwanie którejś z zapałkowatych podpór. Kiedy jednak Armstrong słuchał wypowiadanej przez Aldrina litanii liczb - "siedemdziesiąt pięć stóp... dwie i pół do dołu... cztery do przodu... cztery do przodu..." - nagle widok przesłoniła mu erupcja pyłu i kamieni, które uniosły się gęstą powłoką, całkowicie zakrywając miejsce lądowania. Chwilowo zaniepokojony wbił wzrok w odległe skały, żeby nie stracić orientacji, gdy nagle w uchu usłyszał głos Charliego Duke'a ostrzegający: "Sześćdziesiąt sekund". Nikt w centrum dowodzenia nie wiedział o kraterze, głazach, pyle. Wiedzieli tylko tyle, że podczas każdej udanej symulacji do tej pory Armstrong zdążył już wylądować. Lata przygotowań, miliardy dolarów, ludzkie życie poświęcone po drodze - zwłaszcza życie członków ekipy Apollo 1 trzydzieści miesięcy wcześniej - cała ta energia i błyskotliwość zamykały się teraz w najbliższych sześćdziesięciu sekundach i ocenie sytuacji jednego człowieka. W sali zapadło pełne napięcia milczenie.
Na wysokości dziewięciu metrów Armstrong stwierdził, że Eagle dryfuje do tyłu. Nie wiedział dlaczego, ale rozumiał, że próba lądowania, kiedy nie widać, dokąd się leci, byłaby potwornie niebezpieczna. Szarpiąc się ze sterami, w końcu powstrzymał ruch wsteczny, ale przy okazji jednostka zaczęła dryfować w poziomie. Armstrong był poirytowany, że nie pilotuje lądownika dostatecznie dobrze, i oddałby wszystko, żeby zyskać trochę czasu, ale to już nie było możliwe. Wisieli sześć metrów nad powierzchnią Księżyca i weszli w "martwą strefę" - przekroczyli punkt, po którym nie dało się już wycofać, więc jeśli manewr się nie uda, rozbiją się.
Z Ziemi: "Trzydzieści sekund".
Aldrin: "Kontakt".
W chmurze kurzu nitkowate sondy przymocowane do podpór modułu księżycowego czegoś dotknęły. Pilota instruowano, żeby na tej wysokości wyłączył silnik hamujący, bo w przeciwnym razie według obliczeń inżynierów mógłby on wybuchnąć od przeciwciśnienia z własnych spalin. Armstrong jednak tego nie zrobił. Walcząc o utrzymanie maszyny w bezruchu, nie usłyszał komunikatu Aldrina.
Na szczęście inżynierowie się mylili. Eagle, z buchającym silnikiem, osiadł w pyle tak łagodnie, że obaj astronauci nie poczuli zderzenia. Dłoń Armstronga pomknęła do przycisku wyłączania silnika i astronauta oznajmił: "Wyłączam". W kabinie wzmógł się ruch: Armstrong zajmował się kolejnymi przyciskami i przełącznikami, a Aldrin wykonywał czynności z listy kontrolnej przewidziane po lądowaniu. Obaj spojrzeli na siebie, uśmiechnęli się przez osłony hełmów i uścisnęli sobie dłonie. Po chwili, która wydawała się trwać wieczność, Armstrong oznajmił wyczekującemu światu, że Orzeł wylądował. Informacja, że te słowa pochodzą z Tranquility Base - Bazy Spokoju - na moment zbiła z tropu Charliego Duke'a, tak że aż poplątał mu się język. Zaczął: "Odbiór, Tłan...", a potem otrząsnął się i poprawił: "Tranquility".
Spokój. Znajdowali się na Morzu Spokoju. Z dziesięciosekundowym zapasem paliwa wylądowali.
Na ostatnie dziesięć minut złożyło się sześćset spośród najbardziej wyrazistych sekund, jakie kiedykolwiek przeżył człowiek, a my nic o tym nie wiemy. Mnóstwo rzeczy poszło może nie tyle źle, ile inaczej, niż oczekiwano, "poniżej optimum", jak mawiano w suchym żargonie NASA. Przez następne dekady Steve'owi Balesowi podczas słuchania nagrań z lądowania trudno się będzie wyzbyć poczucia dyskomfortu i złych przeczuć mimo wiedzy, że wszystko dobrze się skończyło. Teraz Armstrong i Aldrin muszą przygotować statek do pośpiesznego startu w razie kłopotów. Następnie zgodnie z rozkazem mają się przespać, Armstrong jednak nie zaśnie, bo usiłuje wymyślić, co powie, gdy jako pierwszy człowiek postawi stopę na powierzchni innego świata. Chyba nikt nie zauważył, że to również pierwsze globalne wydarzenie medialne. W przyszłości, której astronauci jeszcze nie znają, politycy do pomocy w takich sprawach będą mieli marketingowców i spin doctorów. W lipcu 1969 roku Armstrong może jednak liczyć tylko na siebie. Jest piętnasta siedemnaście czasu houstońskiego, czyli trzynasta siedemnaście w Orindzie w Kalifornii. Spacer zaplanowano na dziesięć godzin później. Co mamy robić przez ten czas?
Jak to jest żyć w 1969 roku?
Niedawno doszło do zamachów na Bobby'ego Kennedy'ego i Martina Luthera Kinga. To dziwne słowo: "zamach" - dla moich ośmioletnich uszu brzmi trochę tajemniczo i niezwykle, inaczej niż dosadne i straszne "zabójstwo" czy "morderstwo". Kennedy zginął rok wcześniej, ale pamiętam to dokładnie, bo nazajutrz rano mieliśmy jechać do Disneylandu, ale kiedy tata mnie obudził, powiedział, że chyba odwołamy wycieczkę, bo ludzie w takiej strasznej chwili nie będą chcieli się bawić i podskakiwać. Jednak ostatecznie chcieli, więc pojechaliśmy. Nie wiem, dlaczego zabito jego i jego brata. Chyba nikt nie wie.
Sprawę Kinga rozumiem lepiej niż sprawę Kennedy'ego. W zeszłym semestrze na parapecie w naszej klasie leżały stosy biografii słynnych Amerykanów. Pochłaniałem je, ale najbardziej podobała mi się książka o Harriet Tubman, zbiegłej niewolnicy, która ryzykowała przeróżne niebezpieczeństwa, żeby szlakiem tak zwanej kolei podziemnej wyprowadzać innych niewolników ku wolności na północy. Miejscowe kuratorium oświaty stworzyło program, dzięki któremu dzieci z naszych przeważnie białych przedmieść spotykały się z czarnymi dziećmi z Oakland i jeździły razem na wycieczki. Poznałem paru fajnych kolegów w miejscach takich jak laboratorium naukowe Uniwersytetu Kalifornijskiego, gdzie można było oglądać, jak olbrzymie komputery na taśmę robią różne niesamowite rzeczy, na przykład przenoszą kropkę z jednego końca ekranu na drugi albo liczą tak długo, aż dojdą do nieskończoności lub ty się znudzisz i naciśniesz czerwony guzik - cokolwiek nastąpi pierwsze - a wtedy zaczynają od nowa. Z tamtego czasu najwyraźniej jednak pamiętam, że Andy Leeman, który siedział obok mnie, kiedy ogłosili program, obrócił się i skrzywił. "Ciekawe, jak to jest siedzieć obok... czarnucha". W wiadomościach prawie codziennie pokazują czarnoskórych bitych pałkami policyjnymi albo przygniatanych do ścian strumieniami z armatek wodnych. To budzi strach.
Wiadomości właściwie zawsze są złe. Pewnego ranka, gdy mama ogląda telewizję, nadają transmisję z losowania poborowych na wojnę w Wietnamie - na żywo, jak loterię. Mama mówi, że jeśli wyciągną twój numer, to przegrałeś i musisz iść walczyć. Tamtego roku w szkole letniej puścili nam film pod tytułem The Lottery, w którym mieszkańcy małego miasteczka zbierają się na jakimś corocznym święcie i wszyscy - mężczyźni, kobiety i dzieci - muszą wylosować z pudełka złożoną karteczkę, a potem ją rozłożyć. Ludzie wspólnie śmieją się i żartują, aż wreszcie jedna z kobiet, którą wcześniej oglądaliśmy, gdy prowadziła na to zgromadzenie swoje dzieci, rozkłada kartkę i znajduje na niej czarną kropkę, a wtedy zostaje przez wszystkich ukamienowana na śmierć.
Potem była dyskusja, a ja się zastanawiałem, czy to film o prześladowaniu. W mojej klasie jest pewna dziewczynka, ma na imię Kelly, i wszystkie dzieci, które się tu wychowały, dręczą ją z jeszcze niezrozumiałych dla mnie powodów. Kiedy przyjechałem tutaj z Nowego Jorku, było mi jej żal, więc pewnego dnia usiadłem obok niej w szkolnym autobusie, ale wszyscy zaczęli mi tak dokuczać, że od tamtej pory trzymam się od niej z dala. Kelly dużo się uśmiecha, ale to nie jest wesoły uśmiech. Z kolei w zeszłym tygodniu w szkole letniej pani Lipkin weszła do sali na lekcję przyrody i zobaczyła, że na tablicy ktoś narysował swastykę. Upuściła butelkę coli, zakryła twarz rękami i wybiegła. Potem wróciła i to wyjaśniła. Jest Żydówką. Zanim weszła, przyglądałem się temu symbolowi i myślałem sobie, że ma ciekawy kształt. Nie wiedziałem, co oznacza. Uwielbiałem panią Lipkin, od której na koniec roku szkolnego dostanę swoją pierwszą płytę Beatlesów, dlatego było mi przykro, że jej jest przykro. Parę dni później znaleźliśmy ze Scottem węża byczego, którego ktoś powiesił i ćwiczył na nim strzelanie z wiatrówki. Według piosenek, które lecą w radiu KFRC, w powietrzu jest mnóstwo pokoju i miłości, ale niekoniecznie w powietrzu wokół mnie.
Dlatego jak większość ośmiolatków, w brutalności widzę nieodłączną cechę swojego świata. Poza szkołą życie jest jednak naprawdę w porządku. Całymi dniami łapiemy węże, jaszczurki, żaby i - jakbyśmy koniecznie chcieli udowodnić, że dorośli nie mają monopolu na głupotę - czarne wdowy, które trzymamy w słoikach jako zwierzątka domowe. Z tego powodu lista osób, którymi chciałbym zostać, gdy dorosnę, wygląda następująco: oczywiście Evel Knievel, zoolog specjalizujący się w istotach, których panicznie boi się moja matka, astronauta i / lub gitarzysta prowadzący w zespole rockowym, chociaż Scott mówi, że muszę być basistą, bo jak na swój wiek jestem chudy i wysoki.
Z tych czterech najbardziej chciałbym być astronautą, ale się do tego nie przyznam, bo teraz wszyscy chłopcy chcą być astronautami, naprawdę wszyscy, a nawet niektóre dziewczyny - na przykład Erin Taylor, którą trochę lubię. I nie ma w tym nic nierealistycznego, bo jedno, czego wszyscy jesteśmy pewni, to że astronauci mają świetlaną przyszłość. Fantastyka naukowa osadzona w kosmosie jest wszechobecna, od Star Treka i Zagubionych w kosmosie, przez komiksy o Silver Surferze, na których uczyłem się czytać, aż po epokową 2001: Odyseję kosmiczną, w której ludzie mieszkający w bazie na Księżycu odkopują zagadkowy czarny monolit zawierający klucz do wszechświata. Znajdujemy się w jednym z tych rzadkich momentów, gdy wyobraźnia i oczekiwania się zbiegają i wszystko wydaje się możliwe. W 1969 roku nikt nie ma cienia wątpliwości, że w 2001 roku naprawdę powstaną bazy na Księżycu. Naprawdę uruchomią codzienne loty w pustkę, prawdopodobnie organizowane przez prywatne firmy, i rozkwitnie masowa turystyka kosmiczna. Społeczności zamieszkają na orbicie ziemskiej i rozprzestrzenią się stamtąd na cały Układ Słoneczny. Ten dzień to dowód, że niezbędna do tego technologia jest dostępna. David mówi, że musimy zacząć oszczędzać na bilet na jeden z pierwszych lotów komercyjnych, bo można go kupić już teraz. Potem wystarczy tylko rzucić monetą albo stoczyć pojedynek o to, który z nas z niego skorzysta.
Przy tylu kłopotach na Ziemi chęć ucieczki w niebiosa jest chyba naturalna i logiczna. Właśnie kręcą film z Bruce'em Dernem zatytułowany Niemy wyścig, w którym w taki sposób są ratowane lasy i pustynie. Coś podobnego dzieje się też w piosence After the Gold Rush Neila Younga, w której ludzkość ucieka statkami kosmicznymi ze swej zniszczonej kolebki, "niesie srebrne ziarno Matki Natury ku nowemu domowi na słońcu". Gdziekolwiek się obrócić, mówią o zimnej wojnie, Wietnamie, niepokojach rasowych i nadciągającej katastrofie ekologicznej. Wydaje się jednak, że te wszystkie złe rzeczy będą miały dobre następstwa - żadna nie okaże się nie do przezwyciężenia - więc koszmarów starego świata zupełnie nie wiążemy z oszałamiającą ambicją programu księżycowego. Mimo związków z wojskiem astronauci są talizmanem, pionierami nowej wspaniałej przyszłości podróżowania w kosmos...
Czasem naprawdę się wydaje, że to świt nowej ery.
Lata sześćdziesiąte to jednak epoka fałszywych świtów. Na listach przebojów króluje cukierkowy hipisowski hymn grupy Thunderclap Newman pod tytułem Something in the Air, czyli "Coś jest w powietrzu". Szybko dogania go jednak Creedence Clearwater Revival z utworem Bad Moon Rising - "Wschodzi zły księżyc".
Popołudnie minęło błyskawicznie. Oglądaliśmy w telewizji trochę programów na temat lotu w kosmos. Joan Aldrin wystąpiła z trojgiem dzieci przed swoim domem w Nassau Bay. Jednym z tych dzieci był chłopiec, Andrew, mniej więcej w moim wieku, i natychmiast oceniłem, że jego też strzyże matka. Aldrinowie oglądali lądowanie w domu razem z grupą przyjaciół, a litanii danych technicznych wcale nie pojmowali lepiej niż my. Różnica polegała na tym, że pani Aldrin miała pod ręką kolegów z NASA, którzy mogli jej wszystko wytłumaczyć. Kiedy usłyszała, że prawie skończyło się paliwo, a astronauci nadal nie znaleźli miejsca do lądowania, zakręciło jej się w głowie. Stała w zatłoczonym salonie, przytrzymując się framugi, z oczami pełnymi łez, i czekała na ten straszliwy moment, gdy głos jej męża się urwie i przepadnie na zawsze, a cały świat będzie tego świadkiem. Potem usłyszała, jak Buzz mówi: "Dobrze, silnik stop". Pozwoliła się komuś przytulić, a później wyszła do sypialni.
Dochodzi dziewiętnasta trzydzieści i zapada zmrok. W ogródku za domem słyszę świerszcze i ptaki oraz szmer strumyka. Księżyc wisi na niebie, wielki srebrny, w pełni, a ja siedzę na ganku w piżamie w małe niebieskie statki kosmiczne i chłonę ten widok. Oni są tam, na górze. Tam, na górze. Tam! Wpatrujemy się w telewizor od godziny, ponieważ Neil Armstrong miał wyjść o dziewiętnastej. Poinformował NASA, że nie wytrzyma do północy, a tym bardziej nie zaśnie. Spiker i różni eksperci zapewniają nas jednak, że wszystko jest w porządku. Włożenie tych wielkich skafandrów przypominających ludzika Michelina trochę trwa.
Armstrong się spóźnia, bo żaden trening nie uwzględniał odkładania naczyń po kolacji, co zajęło więcej czasu, niż ktokolwiek się spodziewał. Pierwszych ludzi na Księżycu zatrzymały brudne talerze - jest w tym coś cudownego. Eagle stoi na jasnej, falistej, upstrzonej kraterami równinie. Kiedy astronauci mieli okazję podziwiać ten widok przez maleńkie trójkątne iluminatory modułu księżycowego, Aldrina zachwycała nierealna przejrzystość w pozbawionym atmosfery środowisku, w którym elementy dalekiego horyzontu wydawały się bliskie i pięknie wyróżniały na tle czarnej nieskończoności. Armstrong podziwiał specyficzną grę świateł i barw na płowej powierzchni. Według niego okolica wyglądała bardziej gościnnie niż wrogo. Wiedział, że będzie mu dane spędzić tutaj tylko dwadzieścia jeden godzin.
A tymczasem co można powiedzieć, kiedy ma się zostać pierwszym człowiekiem stawiającym stopę na Księżycu? Neil Armstrong to astronauta, nie poeta, a tym bardziej nie specjalista od PR-u. Nie przejmowałby się tym aż tak bardzo, ale przysyłano mu najróżniejsze sugestie - najczęstsze źródła inspiracji to Biblia i Szekspir - i chyba każdy napotkany człowiek miał na ten temat swoje zdanie. Armstrong czuje presję. To irytujące, bo dla niego poezją było lądowanie, a kolejnym wielkim dziełem będzie ponowny start. Mimo wszystko, gdy się nad tym zastanawia, rozważa paradoks, że to przecież taki mały krok, a jednak... Oszczędny w słowach zawodowy pilot wymyśla jedno z najbardziej pamiętnych zdań wypowiedzianych w języku angielskim.
Drzwi nie chcą drgnąć, a astronauci nie mają ochoty się z nimi siłować, bo w każdej chwili mogliby zrobić dziurę w powłoce Eagle'a. Właz trzyma się dzięki ciśnieniu wewnątrz kabiny, więc Armstrong delikatnie odchyla róg drzwi, a wtedy resztka tlenu z lądownika ucieka w kosmos tęczą lodowych kryształków. Aldrin przytrzymuje właz, a jego towarzysz osuwa się na kolana, przeciska i wreszcie staje na pomoście Eagle'a. Wokół niego jest tylko Księżyc, kosmos i Ziemia, która wisi ponad nim.
Armstrong pociąga za pierścień, a wtedy z podwozia wysuwa się na tacce nieduża kamera telewizyjna i zaczyna wysyłać zdjęcia na Ziemię. Głos z Houston wykrzykuje: "Mamy obraz telewizyjny!". My też - ziarnisty i nieziemski. Początkowo do góry nogami, potem obrócony. O rany! Armstrong testuje swój ciężar w sześciokrotnie słabszej grawitacji, a potem zeskakuje na jedno z ogromnych oparć podpory modułu księżycowego. Powierzchnię opisuje jako "bardzo, bardzo drobnoziarnistą, gdy się przyjrzeć z bliska... prawie jak pył". A potem:
- Dobrze, schodzę z lądownika.
Wciąż zostało dość czasu, żeby porwały go drapieżne księżycowe robale, lecz tego nie robią. Armstrong bada podłoże, by się upewnić, że utrzyma jego ciężar, a później opuszcza moduł księżycowy.
- To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości...
Podskakuje, jeszcze raz grzebie butem w pyle, a w końcu puszcza drabinkę Eagle'a, uwalniając się od Ziemi i wszelkich jej tworów. Stąpa z wahaniem, z początku niepewnie, jak maluch, który próbuje odkryć sekret równowagi. Opanowuje chwiejny krok, którego wymaga chodzenie po Księżycu, i robi kilka zdjęć, aż w końcu centrum dowodzenia przypomina mu o pobraniu "awaryjnej" próbki gleby na wypadek nagłego startu. W tym momencie wtrąca się również Aldrin, a dowódca odpowiada krótko: "Dobrze" - i nagle sala prasowa w Houston wybucha śmiechem, bo najwidoczniej zrzędzenie to zrzędzenie, nawet na Księżycu. Czternaście minut później Aldrin dołącza do Armstronga, żartując przy tym, że musi uważać, by przy wychodzeniu nie zatrzasnąć włazu - ale oddalając się od Eagle'a, tak czy siak, ma gęsią skórkę. Podoba mu się zmniejszona grawitacja, cieszy się nią po nieważkości w przestrzeni kosmicznej, kojarzącej mu się z samotnością, z przebywaniem w nicości. Podnosi wzrok na połowicznie zaciemnioną Ziemię i dostrzega obracające się wolno kształty Ameryki Północnej i Bliskiego Wschodu, potem zaś ponownie spuszcza wzrok na powierzchnię Księżyca i uświadamia sobie, że gleba u jego stóp pozostawała nietknięta przez życie od czasów, gdy nie istniały jeszcze kontynenty.
Wybiegam do ogrodu, żeby kąpać się w jedwabistym blasku księżyca, i krew uderza mi do głowy. Oni tam teraz stoją. Chodzą po Księżycu. Wracam do domu, a prezydent Nixon rozmawia z astronautami przez telefon.
- Witajcie, Neil i Buzz, dzwonię do was z Pokoju Owalnego w Białym Domu. I to z całą pewnością najbardziej historyczna rozmowa przeprowadzona przez telefon z Białego Domu...
W trakcie całego spaceru po Księżycu Aldrin zmaga się z osobliwą mieszanką uczuć, zlewających się w przedziwne wrażenie, że stanowi część czegoś, co sięga dalej niż on sam. Jest tutaj, pod stopami ma Księżyc, ale czuje się dziwnie oddalony od wydarzeń, zupełnie jakby jednocześnie siedział w domu na kanapie i oglądał siebie samego, kiedy jest oglądany. Wewnątrz Eagle'a czuł, że jest sam z Neilem, teraz jednak wyobraża sobie obecność całej ludzkości. Zastanawia się, co odpowiedzieć prezydentowi, i uznaje, że może najlepiej nie odzywać się w ogóle.
Nixon mówi dalej:
- ...przez jeden bezcenny moment w całej historii Człowieka wszyscy na Ziemi są prawdziwie zjednoczeni. Zjednoczeni w dumie z waszego dokonania. I w modlitwach o wasz bezpieczny powrót do domu, na Ziemię.
Nixonowi ma kto pisać przemówienia.
Następuje niezręczna cisza, jak podczas rozmowy z wiekowym wujkiem, który nie za bardzo pamięta, jak masz na imię. Potem odzywa się Armstrong:
- Dziękujemy, panie prezydencie. To dla nas wielki honor i zaszczyt być tutaj, reprezentując nie tylko Stany Zjednoczone, ale także ludzi pokoju wszystkich narodów..., ludzi z wizją przyszłości...
O ludziach pokoju Armstrong mówi po angielsku: men of peace. Są lata sześćdziesiąte - "człowiek" to wciąż "mężczyzna" (man), a kobieta (woman) pozostaje niewidoczna. Niektórym widzom rwący się głos astronauty wydaje się pełen emocji, on sam jednak później będzie utrzymywał, że słuchany i oglądany przez miliard ludzi skupiał się głównie na tym, by nie powiedzieć czegoś głupiego. Teraz znowu koncentruje się na badaniu i zbieraniu próbek Księżyca. To miejsce okazuje się znacznie ciekawsze, niż przypuszczał. Szczególnie osobliwe na tym stosunkowo małym globie jest widoczne zakrzywienie linii horyzontu, co dodaje krajobrazowi swoistej intymności. Armstrong i jego towarzysz mają kłopoty z wbiciem amerykańskiej flagi w księżycową glebę, a potem trudno im sprawić, żeby stała prosto. Gdy Eagle startuje, flaga się przewraca.
Wciąż są na zewnątrz, kiedy ja przegrywam walkę ze zmęczeniem i tata niesie mnie do łóżka. Jest upalna noc, więc normalnie wierciłbym się i nie chciał zasnąć, ale spowity w nierealność ostatnich dwunastu godzin odpływam, gdy tylko kładę głowę na poduszce. Nazajutrz rano budzi mnie słońce, które przeciska się przez zasłony, a cały świat wydaje się trochę inny. Przyszłość jest jakby bliższa. Nixon ogłosił dzień wolny, więc moi bracia są już na trawniku, ja natomiast najpierw zjem śniadanie, a potem pojadę w dół ulicy, żeby zobaczyć się z Davidem. Armstrong i Aldrin wkraczają zaś na Księżycu w trzeci akt własnego dramatu.
Jeśli wszystko się powiedzie, silnik startowy Eagle'a będzie czymś wspaniałym. Co prawda, generuje siłę ciągu rzędu zaledwie półtora tysiąca kilogramów, ale to wystarczy, żeby oddzielić człon wznoszenia od już niepotrzebnych podpór lądownika i wystrzelić go z powrotem na orbitę. Środki chemiczne w silniku reagują na kontakt, co eliminuje potrzebę potencjalnie kłopotliwego mechanizmu zapalnika: po otwarciu zaworów silnik teoretycznie sam odpali i astronauci wystartują. Armstrong powątpiewał w niezawodność zaworów, ale inżynierowie programu Apollo odrzucili jego propozycję, żeby system elektryczny zastąpić mechanicznym. Ufają w swój projekt.
To jednak kolejna z wielu rzeczy podczas tej misji, których nikt dotąd nie robił, więc dopóki się nie uda, Eagle należy do Księżyca. Tymczasem na górze, w module dowodzenia Columbia, Mike Collins stawia czoło swoim największym lękom. Jeśli rakieta nie wystrzeli jego towarzyszy do wyznaczonego punktu spotkania na wysokości stu jedenastu kilometrów, Collins może zejść po nich na pułap około piętnastu tysięcy metrów, ale już niewiele niżej. Pisze następująco:
Przez ostatnie pół roku potajemnie panicznie bałem się tego, że będę musiał zostawić ich na Księżycu i wrócić na Ziemię sam; teraz już za kilka minut przekonam się, czy tak będzie. Jeśli nie wzniosą się z powierzchni albo z powrotem na nią spadną, nie popełnię samobójstwa; bezzwłocznie wrócę do domu, ale wiem, że przez resztę życia będę naznaczony. Chyba już wolałbym nie mieć takiej możliwości...
Na dwie minuty przed startem Collins może tylko czekać i nasłuchiwać. Gdy zostało już tylko czterdzieści pięć sekund, słyszy, jak Armstrong przypomina swemu drugiemu pilotowi procedurę: "Na pięć sekund przed startem ja włączę ODŁĄCZENIE CZŁONU i przełączę UZBROJENIE SILNIKA. A ty naciśniesz AKTYWACJA".
"Zgadza się".
"I to wszystko".
Collins uśmiecha się, rozumiejąc ironię słów Armstronga. Kilka chwil później dowódca naciska guzik, na jedno uderzenie serca zapada cisza, a potem rozlega się huk i jednostka gładko wznosi się w niebo. Na Ziemi Joan Aldrin osuwa się na podłogę, zakrywając twarz dłońmi, a trzy dni później jej mąż unosi się na powierzchni Oceanu Spokojnego, czekając na wciągnięcie na pokład USS Hornet. Dochodzi też do surrealistycznej rozmowy z Nixonem przez szybę przyczepy kwarantanny, a potem następują trzy tygodnie bezwzględnej izolacji, co astronautom daje mnóstwo czasu na przemyślenie wagi tego, co zrobili. Armstrong ma nadzieję, że Apollo 11 stanowi dowód, iż jeśli tylko jest wola, można przezwyciężyć pozornie nieprzezwyciężalne problemy. Aldrin ogląda nagrania wideo z wydarzeń na Ziemi: rozentuzjazmowanych spikerów, widmowe obrazy oraz domy takie jak mój, pełne ludzi zahipnotyzowanych tym, czego byli świadkami. Zaczyna rozumieć skalę emocji, jakie wzbudzili, i wyczuwa sprzeczność, która będzie go dręczyła do końca życia: że te najcichsze chwile największego skupienia na Księżycu wywołały na Ziemi istny szał. Odwraca się do Armstronga i mówi: "Neil, myśmy to wszystko przegapili".