Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało - Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski

Kup ebooka

34.99 zł
31.49 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Krzysztof Wielicki w Rzędkowicach. Październik 2019 roku.

 
 
WSTĘP

Wiosna to najpiękniejsza pora roku, w ogrodzie jeszcze raz wszystko budzi się do życia. Sprzątanie po zimie, sadzenie... Przebiśniegi z trudem pokonują jeszcze zmrożoną ziemię. Siedzę na tarasie z kieliszkiem wina, myślę o latach spędzonych w górach, o wyzwaniach, które wciąż są przede mną. O swoim życiu - czy było szczęśliwe?

Pomysł napisania biografii człowieka, który wciąż żyje i ma kalendarz wypełniony po brzegi, wydawał mi się z początku dziwny. Ostatnie nagrody - za moje dokonania górskie, za przebieg kariery - uświadomiły mi jednak, że ważny rozdział w moim życiu został już zapisany.

Nie zamierzam jednak odejść na górską emeryturę. Mam nadzieję, że doświadczenia, które zdobyłem w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, mogę teraz przekazać młodszemu pokoleniu - ludziom, którzy dopiero zaczynają przygodę z górami i będą się mierzyć z podobnymi jak ja problemami, dylematami i wyborami.

Życie to ciągła walka, to sukcesy i porażki. Raz wracasz z tarczą, a raz na tarczy. Często się zastanawiam, co sprawia, że człowiek jest skłonny narażać życie, łamać bariery, przekraczać granice? W imię czego to robi? Myślę, że jedyną dobrą odpowiedzią jest pasja, albo raczej głębokie uzależnienie, z którym żyjemy aż do śmierci.

Jaką cenę płacimy za to uzależnienie? Jak wiele mojego życia spędziłem w górach, a jak mało zostało go dla mojej rodziny? Czy było warto? Setki pytań, na które nie zawsze potrafię znaleźć mądre i jednoznaczne odpowiedzi. Zmieniają się one zresztą z wiekiem i nabywaniem doświadczeń. Wpływają na nas ludzie, których spotykamy. Dziś jestem pewien, że każdy z nas ma do dyspozycji wagę i na jej szalkach kładzie wyzwania, ryzyko i koszty podejmowanych decyzji.

"Musisz urodzić się we właściwym czasie" - zauważył słynny brytyjski himalaista Chris Bonington na stokach góry Kala Pattar, patrząc na setki namiotów wypraw komercyjnych, które zamierzały zdobywać Everest. Wiele z tych osób z pewnością wejdzie na najwyższy szczyt Ziemi, ale nie doświadczą tego, co było udziałem uczestników pionierskich wypraw.

Miałem szczęście, bo urodziłem się we właściwym czasie. Przez wiele lat Polacy z zazdrością patrzyli, jak Brytyjczycy, Włosi, Niemcy, Anglicy czy Japończycy zapisywali się w historii, zdobywając najwyższe góry. A gdy polscy wspinacze mogli już dołączyć do tego elitarnego grona, z zapałem zaczęli zapełniać ostatnie puste kartki opowieści o pionierskich wyprawach. Ich dokonania zostały nazwane złotą erą polskiego himalaizmu. Miałem zaszczyt być częścią tej historii.

 

Krzysztof Wielicki

Podczas zimowej wyprawy na Everest zaczynają krwawić palce u stóp odmrożone wcześniej na Annapurnie Południowej. - Uznałem to za cenę, jaką muszę zapłacić. Cel był tak wielki, że nie miałem zamiaru rezygnować z tak trywialnego powodu jak ból palców - mówi Krzysztof Wielicki.

 
ROZDZIAŁ 1
BĘDZIESZ SZEDŁ, NIE WIEM, JAK DŁUGO, ALE W KOŃCU DOJDZIESZ

Teraz albo nigdy. Pozostali po kolei rezygnują: Andrzej Zawada wykończony, Ryszard Szafirski po nocy na Przełęczy Południowej opada z sił, Andrzej "Zyga" Heinrich nie chce próbować, Marian Piekutowski nie da rady iść do góry. Zakopiańczycy Ryszard Gajewski i Maciej Pawlikowski schodzą. Reszta od dawna siedzi w bazie. Zaczynają się pakować.

Oficer łącznikowy, mister Sharma, przypomina Andrzejowi Zawadzie, kierownikowi polskiej zimowej wyprawy na Mount Everest: - Jutro ostatni dzień zezwolenia.

Do góry idą tylko Leszek Cichy z Warszawy i Krzysztof Wielicki z Tychów. Bardziej doświadczony jest Cichy, wspina się już od dziesięciu lat. W 1975 roku wszedł częściowo nową drogą na Gaszerbrum II, ma więc na koncie ośmiotysięcznik. Ale nie zimą. Rekord wysokości Wielickiego to Pik Komunizma w Pamirze, 7495 metrów. Rok wcześniej wszedł nową drogą na szczyt Annapurny Południowej, ale to tylko 7219 metrów. Też latem. Na ośmiu tysiącach nigdy nie był.

15 lutego 1980 roku pozwolenie się kończy, a Cichy z Wielickim siedzą w obozie trzecim. Szczyt jest o 1698 metrów wyżej - daleko. Iść, nie iść?

Andrzej Wawrzyniak, polski ambasador w Nepalu, przekazuje przez radio wiadomość do bazy pod Everestem: władze zgodziły się przedłużyć o dwa dni pozwolenie na zdobycie szczytu. Mister Sharma chwali się w bazie: - To moja zasługa!

*

Zdążą?

Warto spróbować. Albo teraz, albo koniec marzeń. Wielicki: - Czuliśmy się jak kamikadze, jak niewolnicy misji gotowi do jej wypełnienia.

16 lutego, sobota. Budzą się wcześnie rano. Nie muszą się naradzać, wiadomo, że pójdą. Nastroje dobre, samopoczucie wyśmienite. Konieczne rytuały: gotowanie kawy, gorącej herbaty do termosu, przypinanie raków. Czują się mocni.

- Zaplanowaliśmy z Krzysiem Wielickim, że zabierzemy tylko po jednej butli z tlenem. Lżej i szybciej - tłumaczy Leszek Cichy. - Nawet jedna butla sporo ważyła, około siedmiu kilogramów. Do tego reduktor, maska, radio Klimek z baterią, dodatkowe dwa i pół kilograma. Było co nosić. Mieliśmy więc każdy po butli czterolitrowej, po dwieście atmosfer. Policzyliśmy: ponad osiemset litrów tlenu na głowę. Jeśli będziemy zużywać dwa litry na minutę, wystarczy nam na czterysta minut, czyli około siedmiu godzin. Dość, by wejść na szczyt. A potem? Schodzić jak najszybciej.

Do Przełęczy Południowej docierają w cztery godziny, choć zwykle idzie się sześć. Nie czują zmęczenia. Na przełęczy rozbijają namiot. - Zimą, kiedy wywiewa śnieg, odkrywają się tam ogromne zapasy wszelakiego dobra wyniesionego przez poprzednie ekipy - wspomina Wielicki. - Człowiek chodzi po Przełęczy Południowej jak hiena i szuka. Tu chleb się znajdzie, tu galaretki, butle z tlenem, butan.

Uczta na wysokościach: liofilizowany kotlet cielęcy, pasztet, chrupki chleb.

Potem połączenie przez radio z bazą. Prognozy są pomyślne: słaby wiatr, zachmurzenie umiarkowane, ale w namiocie temperatura wynosi minus czterdzieści dwa stopnie. Wielicki: - Na noc przygotowaliśmy sobie tlen, ale nie mogłem przyzwyczaić się do spania w masce. Tlen się skrapla, kapie na nos i usta, maska uwiera, wymusza pozycję na plecach.

Czwarta rano. Znów gotowanie wody, herbata do termosów, śniadanie, meldunek do bazy: pogoda w normie, czują się dobrze, o siódmej rano wyjdą z obozu. To najlepszy moment, bo słońce zaczyna się wznosić. Gdy zaświeci nad przełęczą, będzie co najmniej o stopień cieplej.

- Widok jasnego nieba i iskrzącego się śniegu dodawał nam otuchy. Czułem się wyśmienicie, rozpierało mnie, jakbym miał już ten Everest w kieszeni - opowiada Wielicki.

17 lutego, niedziela. O świcie łączą się z bazą.

- Będziemy dzisiaj atakować szczyt - meldują.

- Powodzenia, chłopaki.

- Dziękujemy. Tanio skóry nie sprzedamy!

Luty 1980 roku, zimowa wyprawa na Everest. Wspinacze mają w plecakach stroje reprezentacyjne, pełny ekwipunek górski, a także kilka par butów: sandały, eleganckie trzewiki i po trzy modele butów wspinaczkowych. Na zdjęciu od prawej: Krzysztof Wielicki, Krzysztof Żurek i Robert Janik.

 

Wychodzą z namiotu o 6.45, na zewnątrz minus czterdzieści dwa stopnie. Pierwszy odcinek jest łatwy, śnieżny kuluar osłania wspinaczy od wiatru. Co godzinę wchodzą średnio o sto osiemdziesiąt metrów wyżej. Świetne tempo, ale pogoda się zmienia, zaczyna kurzyć. Wiatr porywa sypki śnieg i dmucha nim w twarze. Pod stopami lodowisko. Wchodzą na grań, a tam też kiepsko, śnieg wywiało, trzeba iść w rakach po gołej skale. Za chwilę pole kopnego śniegu. - Czas dłużył się niemiłosiernie. Straciłem już nadzieję, że to nużące podejście skończy się kiedykolwiek - powie potem Cichy.

Do szczytu już niedaleko, ale to najtrudniejszy odcinek. Nie można iść granią, bo śnieżne nawisy są niestabilne, można spaść razem z nimi. Nieco bezpieczniej jest pod samą granią, ale wiatr się wzmaga. Ryzykują, nie asekurują się liną, nie zakładają stanowisk. Nie ma czasu. Nim zapadnie zmierzch, muszą wejść na wierzchołek i zejść do obozu na Przełęczy Południowej.

Na uskoku Hillary'ego - skale o wysokości ośmiu metrów broniącej dostępu do szczytu - wiszą stare poręczówki. Latem skała jest łatwa do przejścia, ale zimą oblepia ją gruba warstwa śniegu. Jeden nieostrożny ruch i można odpaść razem z bryłą śniegu. Szybka decyzja: nie będą go odrąbywać od skały, wygląda na dobrze utwardzony, zaryzykują. Szczęście im sprzyja, wdrapują się bez problemów. Widać wierzchołek? Jeszcze nie.

- Porywisty, lodowaty wiatr smagał nas po twarzach. Odwracaliśmy głowy i szliśmy z twarzami zwróconymi do stoku - wspomina Cichy. - Co chwila wydawało się, że szczyt jest tuż-tuż, że najwyżej kilka kroków dzieli nas od końca wspinaczki. A potem wchodziłem na któryś z kolejnych wierzchołków i widziałem następny, następny, następny. Dokładnie o godzinie 14.25 stanąłem na tym prawdziwym, najwyższym, najważniejszym wierzchołku. Chwilę potem Krzysiek był już przy mnie. Powinienem przeżywać największą euforię swojego życia, czuć, jak rosną mi skrzydła, albo mieć jakieś mistyczne omamy. Nic z tych rzeczy, po prostu stałem i ciężko dyszałem.

*

Zawada przy radiu, przekrzykuje wiatr: - Halo dwójka, halo dwójka. Słyszycie? Gdzie jesteście? Odbiór! Nie słyszę!

Wielicki: - Na szczycie jesteśmy! Na szczycie zimą! Wasza zasługa.

- Hurra, hurra! - krzyczy Zawada. - Są na szczycie! Hurra, całujemy! Hurra, rekord świata!

Wielicki: - To dzięki wam, dzięki wszystkim w bazie, w Katmandu, w kraju mogliśmy wejść. Sukces jest wspólny!

Zawada jest podejrzliwy, chce mieć pewność, że chłopaki są na Evereście: - A jest tam triangul?

Oczywiście, że jest. Konstrukcję ze stalowych rurek wznieśli Chińczycy w 1974 roku. W jednej z rurek tkwi karteczka, wiadomość od poprzedniego zdobywcy szczytu, Raya Geneta: "Jeśli chcesz się dobrze zabawić, zadzwoń do Pat Rucker w Anchorage na Alasce, pod numer 274-2602". Podczas prelekcji na Alasce Cichy odczyta treść kartki, wszyscy będą się śmiali, bo Genet podał numer do prostytutki.

Baza pod Everestem, luty 1980. Krzysztof Wielicki sznuruje buty zamówione w fabryce w Krośnie specjalnie na narodową wyprawę. Przed namiotem Marian Piekutowski ( w czerwonej kurtce) i Stanisław Jaworski.

 

Ale teraz wszyscy są ciekawi, jak jest na szczycie. - Zimno tu, wieje jak cholera, strasznie ciężko. Gdyby to nie był Everest, to chybabyśmy nie weszli - mówi Cichy.

- Trudny odcinek między południowym wierzchołkiem a szczytem robiliśmy półtorej godziny - relacjonuje Wielicki.

- Straszne nawisy - dodaje Cichy. - Bardzo boimy się zejścia. Będziemy uważać, ale mamy, mamy Everest zimą!

*

Zawada szaleje z radości, łączy się z Warszawą. Hannie Wiktorowskiej, sekretarz generalnej w Polskim Związku Alpinizmu, każe powiadomić wszystkich o niesamowitym wyczynie.

- Wszystkich, czyli kogo? - dopytuje Wiktorowska.

- No wszystkich, od papieża po pierwszego sekretarza! - emocjonuje się Zawada.

Wiktorowska skrupulatnie wypełnia polecenie. Najpierw wysyła telegram do Jana Pawła II, potem do Edwarda Gierka, pierwszego sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Jeszcze nie wie, jaki będzie z tego kłopot.

Kolejny zgrzyt. Informacja idzie w świat, a radiooperator Bogdan Jankowski nie może się połączyć z ministerstwem turystyki w Katmandu. W Nepalu ze względu na hinduistyczne święta urzędy nie pracują. Nepalczycy bardzo pilnują, żeby informacje o sukcesach himalajskich wypraw wychodziły od nich.

Andrzej Wawrzyniak, polski ambasador w Nepalu, próbuje ratować sytuację - dzwoni do jednego z urzędników w ministerstwie, ale to nieoficjalna rozmowa. O sukcesie Polaków informują już światowe agencje, Nepalczycy są więc śmiertelnie obrażeni.

Wolna Europa podaje, że Polacy na szczycie ustawili krzyż czterometrowej wysokości. W Polsce euforia, nikt nie dementuje tej absurdalnej informacji.

- Najpierw wyciągnęliśmy flagi polską i nepalską. Próbowałem zrobić zdjęcie Leszkowi, który trzymał je w dłoniach, ale migawka w enerdowskim aparacie Certo zamarzła i ocalała tylko jedna klatka - opowiada Wielicki. - Na triangulu zawiesiliśmy różaniec poświęcony przez polskiego papieża i czterocentymetrowy krzyżyk od matki operatora filmowego Stanisława Latałły, który zginął sześć lat wcześniej na stokach sąsiedniej Lhotse. Do schowka włożyliśmy kartkę z napisem: "Polish Winter Expedition". Leszek pozbierał ze szczytu kilka kamieni, a ja włożyłem do plastikowych torebek kilka garści śniegu, prosili o to naukowcy.

*

Na dole ekscytacja, na Evereście spokój. - Przyjąłem to wejście jak coś, co nieuchronnie musiało się stać, jak coś najbardziej zwyczajnego i naturalnego - zwierzy się potem dziennikarzom Leszek Cichy.

Wielicki: - Bałem się euforii, chciałem jej uniknąć za wszelką cenę. Wiedziałem, że sukces liczy się naprawdę tylko wtedy, kiedy "doniesie się" go do bazy.

Pięć po piętnastej zaczynają schodzić. Najpierw idzie łatwo, kłopoty czekają przy uskoku Hillary'ego. Cichy myśli o asekuracji liną, ale Wielicki się spieszy. Szkoda mu czasu, pierwszy wchodzi tyłem na oblepioną śniegiem skałę. Wbija stylisko czekana w śnieg, sprawdza, czy jest stabilne, chwyta obiema rękami głowicę i szuka stopami kolejnego miejsca podparcia. Przy każdym uderzeniu butem w stok stopy bolą go coraz bardziej. Jest niemal pionowo, więc maska tlenowa zsuwa się mu z twarzy. Zaczyna wiać, wskaźniki w butlach z tlenem pokazują zero. Wspinacze mogą teraz wyrzucić butle, ale najpierw muszą odkręcić reduktory. Trzeba je szanować, w Polsce są trudno dostępne.

Na wierzchołku południowym mają się połączyć z bazą, ale wolą iść dalej. Czas! Trzeba liczyć każdą minutę w strefie śmierci.

- Nagle straciłem wzrok - mówi Wielicki. - Widziałem tylko białe plamy, żadnych kształtów, proporcji i barw. Przede mną biała, nieprzenikniona ściana. Utraciłem poczucie kierunku. Stałem bezradny na stoku i bałem się ruszyć. Założyłem okulary przeciwsłoneczne, które zdjąłem przy podejściu, bo wciąż zachodziły mgłą. Czekałem, aż oczy odpoczną.

W bazie koledzy powitali zdobywców Everestu okolicznościowymi torcikami.

 

Trwa wyścig ze słońcem, które na Evereście w połowie lutego zachodzi kilka minut przed osiemnastą. Cichy: - Kiedy skręcaliśmy z grani na stok, robiło się już szarawo. W odległości około pięćdziesięciu metrów zobaczyliśmy siedzącą na śniegu sylwetkę. Hannelore Schmatz.

Dobrze znali jej historię. Hannelore zaginęła na Evereście rok wcześniej. Razem z Amerykaninem Rayem Genetem i dwoma Szerpami schodzili ze szczytu. Też skończył im się tlen - to tak, jakby kogoś przenieść nagle z wysokości sześciu tysięcy na osiem tysięcy metrów. Tylko najsilniejsi mają szansę przetrwać taki szok. Mózg żąda tlenu, a jeśli go nie dostanie? Genet wpadł w szał, wyrzucił plecak, chciał się rozbierać, przytrzymał go Ang, jeden z Szerpów. Błagał, by jak najszybciej schodzić, ale Genet nie słuchał. Zaczął kopać w śniegu jamę, zamierzał w niej zostać na noc.

Szerpa prosił Hannelore, żeby się ratowała i zeszła z nim niżej, ale Niemka nie miała siły. Postanowiła zostać z Genetem. Ang zszedł do obozu po pomoc samotnie, z dwójką himalaistów zostawił dwudziestoletniego Szerpę Sundarego.

Genet umarł w nocy. Hannelore rano próbowała zejść z Sundarem, ale po stu metrach usiadła i powiedziała cichutko: "Dajcie mi pić, bo umieram". Już nie wstała.

Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy ściągają jej z szyi aparat fotograficzny i łańcuszek. Odeślą to potem mężowi Hannelore.

- Czy was to nie przestraszyło? Co myśleliście w tym momencie? - zapytają ich dziennikarze.

- Nic nie myśleliśmy - odpowie Wielicki. - Wyczerpany człowiek, który walczy o przetrwanie, traci wszelką skłonność do filozofowania. Bierze rzeczy takie, jakimi są. Słucha tylko własnego organizmu, myśli jedynie o tym, czy są jeszcze siły, by walczyć. Człowiek zamyka się w sobie, nie ma najbliższych, nie ma kolegów w bazie, nie ma nikogo na świecie. Jest się skupionym wyłącznie na tym, gdzie postawić stopę i co się ma przed sobą. Nie wolno myśleć o tym, co się może złego zdarzyć, jakie przeciwności trzeba jeszcze pokonać. Nie wolno panikować. Panika to wyrok śmierci.

Powtarzałem sobie: Będziesz szedł, nie wiem, jak długo, ale w końcu dojdziesz.

- A refleksje, rozmyślania, uogólnienia? - dopytują dziennikarze.

- Przychodzą później, w domu. Nie tam, na stoku.

Tam Wielicki myśli o stopach. - Na stromym stoku spoczywa na nich cały ciężar ciała. Były odmrożone, czułem, że palce stóp krwawią. Próbowałem iść bokiem, ale wtedy łatwo się potknąć. Upadek kosztowałby życie, nie miałbym sił utrzymać się na stromiźnie. A więc tylko przodem, co kilka kroków odpoczynek, żeby choć trochę uśmierzyć potworny, otępiający ból palców.

I znowu oczy! Wszystko się rozmywa, zamiast ciemności Wielicki widzi biel. - Czułem, że tracę szansę dotarcia do namiotu na Przełęczy Południowej. Jeśli tego dnia zobaczyłem śmierć, to nie miała twarzy Hannelore Schmatz. Była białą, nieprzeniknioną pustynią - wspomina.

Zwątpienie trwa pół minuty, może pięć. Ważne, że Wielicki zaczyna widzieć czerwoną plamę. Rękawice! Wzrok powoli wraca. - Byłem wyczerpany, ale to nieważne - mówi dzisiaj. - W takich momentach człowieka niesie już nie siła mięśni, ale wola przetrwania. Potężna siła, która wprowadza w trans. Nie myśli się o tym, jaki ruch wykonać, dzieje się to poza świadomością, niemal automatycznie. Oszczędza się mnóstwo energii, którą pochłania myślenie.

Krok po kroku, centymetr po centymetrze, kuluar, serak, stromizna. Usiąść na tyłku, zaprzeć się rakami i zsuwać się powoli. Nie wiadomo, jak długo, ale każdy ruch zbliża do namiotu. Jest! Ile kroków? Dziesięć? Pięć?

Cichy dociera tam pierwszy. - Potykam się, leżę, nie mam tchu. Podnoszę się, kilka kroków, znów leżę - wspomina. - Idę jak pijany, ale już wiem, że dojdę.

W namiocie uspokaja oddech, zdejmuje raki, zamyka wejście, rozpala maszynkę, zakopuje się w śpiworze. Wielicki był niedaleko, szedł za nim, zaraz powinien być w namiocie.

Kilka łyków podgrzanej na maszynce herbaty przywraca Cichemu życie. Butla z resztką tlenu, już jest dobrze...

A Wielicki? W pamiętniku napisze: "Widziałem kontury Przełęczy Południowej, ale gdzie namiot? Iść w prawo czy w lewo? Namiot powinien stać na zboczu, które lekko opada w stronę kotła. A więc tam. Jest! Oświetlony od wewnątrz. Najpiękniejszy widok".

Krzysztof Wielicki na szczycie Everestu. 17 lutego 1980 roku.

 

W namiocie Wielicki zdejmuje buty, siedzi z kolanami pod brodą, stopy trzyma nad maszynką. Straszny widok. Na sinych palcach popękana skóra, z ran sączy się krew. Po dwóch godzinach znów zaczyna je czuć. Stopy puchną w oczach, ale to dobry znak - organizm walczy. Może obejdzie się bez amputacji.

- Widziałem w bazie te jego odmrożone paluchy - wspomina uczestnik tamtej wyprawy Maciej Pawlikowski. - Skóra popękana, żywe mięso i krew. Wyglądało to dramatycznie. Koledzy fotografowali je na pamiątkę, a doktor Robert Janik, lekarz wyprawy, pracował nad nimi, czyścił rany, zmieniał opatrunki.

Ale to potem.

5.30 rano, Wielicki i Cichy siedzą w namiocie. Trzeba schodzić do bazy, uciekać jak najszybciej. Gotowanie wody, zakładanie butów i raków.

- Oszczędzajcie siły, zostawcie namiot - radzą koledzy w bazie.

Zostawić namiot za trzysta pięćdziesiąt dolarów?! W Polsce takich nie ma. Trzeba go spakować do plecaka. Poniesie silniejszy.

O 11.30 są gotowi do drogi. Dwie godziny później w obozie trzecim witają ich koledzy: Krzysztof Cielecki, Maciej Pawlikowski i dwójka Szerpów. Już bezpiecznie. Minus dwadzieścia stopni. Cisza, słonecznie.

Zawada czeka z Heinrichem w obozie drugim, mają tam większy namiot, ciepły. - Poją nas herbatą, podają jedzenie, a potem Zawada wyjmuje magnetofonik i każe nam gadać. Przez pięć dni byliśmy z Krzyśkiem sami, zamieniliśmy w sumie może kilkadziesiąt zdań. A teraz przez dwie godziny na wyprzódki opowiadamy, jak było - wspomina Cichy.

W bazie nie mogą się ich doczekać. Alek Lwow, który zazwyczaj nie jest wylewny, rzuca się Cichemu na szyję. Zdobywcy najwyższego szczytu świata zostają podjęci uroczystą kolacją. - Przynieśliśmy z Everestu z kilo kamieni - wspomina Cichy. - Ułożyliśmy je na tacy i każdy dostał po kamyczku. Kilkanaście zostało, oprawiliśmy je i rozdaliśmy w Polsce: w ministerstwie, w mojej szkole, na pamiątkę.

Za kamienie koledzy odwdzięczają się tortem, ciasto z puszki ozdabiają napisami wyciętymi z babki: "Everest Krzyś" i "Everest Leszek". Otwierają dwie butelki sowietskoje igristoje, ale nie ma strzału, bo szampany są zmarznięte na lód. Zamiast kubełka z lodem jest kubełek z wrzątkiem, żeby odtajały. Cichy: - Wypiliśmy ciepłe.

*

Kiedy wracają na Okęcie 7 marca 1980 roku, w hali przylotów czekają na nich tłumy. Każdy chce zobaczyć "lodowych wojowników", pierwszych zdobywców Everestu zimą, rodzinom trudno się przebić. Okrzyki, oklaski, gratulacje, kwiaty. Kamery, mikrofony, wywiady, zdjęcia. Zawada ustawia wszystkich do zbiorowej fotografii: panowie, uśmiech! Będzie pamiątka.

Krzysztof Wielicki do Polski wrócił w sandałach, bo z powodu odmrożenia palców stóp nie był w stanie założyć innych butów. Na Okęciu zdobywców Everestu witały tłumy.

 

Wieczorem jadą na spotkanie w Głównym Komitecie Kultury Fizycznej i Sportu. Odbierają oficjalne podziękowania oraz złote medale za wybitne osiągnięcia sportowe, pamiątkowe dyplomy, uścisk dłoni. Sportowców, którzy odnoszą sukcesy, zwykle przyjmuje Edward Gierek, pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Tym razem nie ma o tym mowy, bo wciąż krąży plotka, że Cichy z Wielickim wnieśli na szczyt krzyż.

I jeszcze ten telegram: "Cieszę się i gratuluję sukcesu moim Rodakom, pierwszym zdobywcom najwyższego szczytu świata w historii zimowego himalaizmu. Życzę Panu Andrzejowi Zawadzie i wszystkim uczestnikom dalszych sukcesów w tym wspaniałym sporcie, który tak bardzo ujawnia królewskość człowieka, jego zdolność poznawczą i wolę panowania nad światem stworzonym. Niech ten sport, wymagający tak wielkiej siły ducha, stanie się wspaniałą szkołą życia, rozwijającą w Was wszystkie wartości ludzkie i otwierającą pełne horyzonty powołania człowieka. Na każdą wspinaczkę, także tę codzienną, z serca Wam błogosławię. Jan Paweł II".

W Tychach Krzysztof Wielicki jest witany jak bohater. Czekają na niego prezydent miasta, sąsiedzi, dziennikarze, a także górnicy z okolicznych kopalń. Gratulacjom nie ma końca. Na zdjęciu z żoną Jolantą Wielicką.

 

Dla szefa partii komunistycznej to zbyt wiele, ale powściągliwość Gierka nie potrafi powstrzymać fali euforii, która ogarnia Polskę. Sypią się zaproszenia na spotkania z młodzieżą i wykłady. Wielicki występuje w Sportowej niedzieli i popularnym Studio 2. Z kolei do radia idzie z żoną, a fotoreporterzy rejestrują później nawet to, jak oddaje głos w wyborach. "Sztandar Młodych" nadaje mu tytuł Dżentelmena Sportu. Himalaista dziękuje za wyróżnienie, ale tytuł go uwiera. - Kojarzy mi się z frakiem, muszką i nienagannymi manierami dobrze urodzonego obywatela imperium brytyjskiego - mówi.

Polska plotkuje, że zdobywcy Everestu dostali po samochodzie. Cichy: - Nieprawda, to był tylko talon na Fiata 126p, za samo autko musiałem zapłacić. Kosztowało wtedy osiemdziesiąt tysięcy złotych, a ja zarabiałem na uczelni dwa i pół tysiąca. Trzeba się było zapożyczyć u rodziny.

Drobny zgrzyt następuje, gdy okazuje się, że choć wyprawa liczyła dwadzieścia dwie osoby, to talonów jest tylko sześć. Zawada musi zdecydować, komu je przyznać. - Krzyś od razu powiedział, że on nie weźmie, bo pracuje w tyskiej fabryce Fiata i sobie załatwi - przypomina Cichy.

- Dyrektor fabryki dał nie tylko talon - zaznacza Wielicki. - Zabrał mnie też do ministra przemysłu, by się pochwalić, że ma w załodze zdobywcę Everestu. Minister zapytał, czy chcę skuter Lambretta, czy kolorowy telewizor. Wziąłem telewizor.

Po Evereście należą się porządne wakacje. Cichy umawia się z Wielickim, że zabiorą swoje żony do Włoch. Wielicki nie ma jeszcze prawa jazdy, więc ekspresowo robi kurs i zdaje egzamin, dokumenty odbiera w piątek, a w sobotę ruszają w drogę "maluchami" koloru sahara. Oba samochody są wypełnione wałówką, namiotami, śpiworami, bo najtaniej nocować na kempingach. - Były z nas dwa zielone listki - wspomina Cichy. - Jak wjechaliśmy w Wiedniu na ring, to objechaliśmy go dookoła trzy razy, bo nie udawało się nam zjechać. Ale wakacje były fantastyczne, dojechaliśmy aż do Neapolu. Krzyś okazał się świetnym kompanem: jest bezkonfliktowy, lubi wino, śpi krótko.

*

Dziennikarze chcą wiedzieć wszystko. Kim jest Cichy? A kim Wielicki? Skąd się wziął, co robi, czym jeździ? Gazety przypominają tę samą suchą, oficjalną notkę: "Trzydziestolatek, inżynier elektronik z Wrocławia, zdobywca kilku najtrudniejszych dróg alpinistycznych na Kaukazie, autor pierwszego wejścia lewym filarem północnej ściany Kohe Szachaur w Hindukuszu, zdobywca Piku Korżniewskiej i Piku Komunizma w Pamirze, rok wcześniej zdobył Annapurnę".

Za mało.

Mama Gertruda urodziła się w 1916 roku w Saarbrücken w Zagłębiu Saary. Jej rodzice wyjechali tam z Wielkopolski za chlebem. Kiedy odrodziła się Polska, wrócili.

Ojciec Edmund, rocznik 1905. Skończył kolegium nauczycielskie i 1 września 1930 roku dostał posadę kierownika szkoły w Szklarce Przygodzickiej koło Ostrzeszowa. Gertruda była jego uczennicą. Gdy skończyła szkołę, wzięli ślub.

Matka Krzysztofa nie pracowała, zajmowała się domem. Ojciec nigdy by na to nie pozwolił. Był zasadniczy, uważał, że mężczyzna musi zarobić na utrzymanie rodziny. W szkolnym ogródku hodował jedwabniki, miał też grządki z ziołami. Za mieszkanie przy szkole musieli płacić, ale ludzie ze wsi przynosili warzywa i mięso. Dobrze im się wiodło.

W marcu 1939 roku Edmund dostaje powołanie do wojska. Podczas kampanii wrześniowej zostaje wzięty do niewoli, przez całą wojnę siedzi w niemieckim oflagu. Potem wraca do Szklarki. Dla nowych władz jest podejrzany, ale kraj potrzebuje nauczycieli, więc w styczniu 1946 roku Edmund odzyskuje posadę kierownika szkoły.

Wkrótce potem na świat przychodzi Zbyszek, a 5 stycznia 1950 roku rodzina Wielickich powiększa się o kolejnego chłopca - Krzysztofa.

- Dzieciństwo mieliśmy wspaniałe - mówi Zbigniew Wielicki, starszy brat.

Gertruda i Edmund Wieliccy z synami Krzysztofem i Zbigniewem. Mały Krzyś na kolanach mamy. Szklarka Przygodzicka. 1950 rok.

 

Krzysztof wspomina wakacje, na które do Szklarki przyjeżdżał jego kuzyn. Pakowali wałówkę do chlebaków i wychodzili do lasu: budowali szałasy, rozpalali ogniska, gadali o tym, że jak dorosną, zamieszkają na stałe w szałasie albo w ziemiance, będą gotować na ognisku, jeść to, co upolują. Albo zbudują tratwę i popłyną na koniec świata.

Ta tratwa chodzi Krzysztofowi po głowie. Kiedy jest w ósmej klasie, starszy brat, student, pomaga mu obliczyć, ile trzeba belek o jakim ciężarze, żeby nie zatonęła, rysuje przekroje. Profesjonalna robota. Według projektu tratwa mierząca trzy metry długości i dwa szerokości powinna unieść dwie osoby i kilkadziesiąt kilogramów bagażu.

Krzysztof Wielicki (pierwszy z prawej w górnym rzędzie) uczy się w szkole w Szklarce Przygodzickiej, której kierownikiem jest jego ojciec. Rodzice dają synowi sporo swobody, nie pytają o lekcje, pozwalają późno wracać do domu i cieszą się z jego samodzielności.

 

Kuzyn Krzysztofa pali się do pracy. Boją się, że złapie ich leśniczy, ale ścinają drzewo w lesie. Robota jest trudna, idzie im wolno. Musieliby ciąć chyba przez miesiąc, żeby tratwa była porządna. To za długo, więc z bólem serca porzucają zamiar.

Rodzice przymykają oczy na szalone pomysły, dają dzieciom swobodę. Nie pytają o lekcje, pozwalają wracać późno, cieszą się, że chłopcy tacy samodzielni. W domu obowiązuje tylko jedna zasada: mają być mili i uprzejmi dla innych. Ojciec nie toleruje chamstwa i kłamstwa, za to jest lanie. Dobre maniery i prawdomówność ojciec wbija synom w skórę cienką trzcinką.

W Szklarce Przygodzickiej jest niewiele do roboty, rodzice Krzysztofa nie mają własnego gospodarstwa. Syn może jedynie pomagać kolegom kopać kartofle albo paść krowy. Fajna sprawa, bo przy okazji rozpala się ognisko, piecze ziemniaki w gorącym popiele albo puszcza latawce.

Zbigniew dokłada opowieść o ojcu, który zaraz po wojnie jechał przez las swoim starym rowerem. Wyskoczył radziecki żołnierz. - Spirt u was jest? - pyta. Oczywiście, że jest. Spirytus to po wojnie mocna waluta, każdy powinien go mieć. Żołnierz zabrał ojcu alkohol, ale był na tyle uczciwy, że dał mu w zamian solidny niemiecki rower, który służył później Wielickim przez lata. Bracia uczyli się na nim jeździć pod ramą, bo nie sięgali pedałów.

Albo historia o tym, że Krzychu miał ksywkę Budnik Namiotnik, bo uwielbiał budować szałasy.

Krzysztof Wielicki (pierwszy z lewej) z bratem Zbigniewem podczas rodzinnej wyprawy w góry.

 

Albo o szafie z pomocami naukowymi. Młodzi Wieliccy, bądź co bądź synowie kierownika wiejskiej szkoły, eksperymentowali z odczynnikami chemicznymi. - Braliśmy ceramiczny pojemnik i wrzucaliśmy do niego trzy, cztery substancje na chybił trafił. Czekaliśmy, co się stanie. Czasem dymiło, bulgotało. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje, ale było super! - wspomina Zbigniew.

Kiedy konstruują modele rakiet, potrzebują paliwa. W gazecie wyczytują, że trzeba wymieszać siarkę z nadmanganianem potasu. Zbigniew: - Wzięliśmy odczynniki z szafy ojca, zmieszaliśmy je i postawiliśmy na piecu, żeby się delikatnie podgrzały. Nie pomyśleliśmy, że mama zacznie gotować obiad. Podłożyła węgla do pieca, rozgrzała płyty do czerwoności... jak nie walnie! Dobrze, że nie było nas pod ręką.

Albo historia z kupionym na odpuście pistoletem na korki. - Zacząłem wydłubywać zawartość nabojów. Oczywiście, że huknęło. Drobinki ładunku wbiły mi się w oko, matka zerwała się z łóżka, bo już było późno, i włożyła mi głowę do wiadra z wodą. W zamieszaniu ładunki spadły ze stołu. Następnego dnia rano ojciec szedł z sypialni do kuchni i nadepnął na nie. Znowu łupnęło - śmieje się Zbigniew. - Rodzice się z nami nie nudzili.

Bracia mieli sposób na uniknięcie lania. - Jak nabroiliśmy, wchodziliśmy wieczorem do sypialni przez okno. Kładliśmy się do łóżek bez mycia i bez kolacji. Ojciec już nas nie wyciągał, a rano był przecież nowy dzień - opowiada Zbigniew.

O Krzysztofie mówi, że od dziecka był zawzięty. - Był słabszy ode mnie, ale łapał, co miał pod ręką, kamień czy kij, i próbował mi oddać. Mimo to trzymaliśmy sztamę - zapewnia Zbigniew. - Kiedy zdarzyło mi się poturbować brata, ojciec pytał Krzycha, czy mam dostać trzcinką po tyłku. Trzy minuty wcześniej brat by mnie zabił, ale przy ojcu prosił, żeby mnie nie bił.

*

W 1963 roku Krzysztof idzie do liceum w Ostrzeszowie i zaczyna się nowa wielka przygoda - harcerstwo.

Drużyna nie ma harcówki, więc harcerze spędzają czas na rajdach, biwakach, grach terenowych. Zdobywają kolejne odznaki i sprawności: czytanie mapy, wiązanie węzłów, alfabet Morse'a, a do tego grają w piłkę nożną, siatkówkę, koszykówkę. Wielicki jest niziutki, drobny, musi walczyć o pozycję. Z boiska schodzi albo ostatni, albo wtedy, gdy już nie może ruszyć ręką ani nogą. Mówi, że lubi się umordować do cna. Koledzy go za to szanują - ilu jest takich jak on?

W liceum w Ostrzeszowie Krzysztof Wielicki zapisuje się do harcerstwa. - Ono mnie ukształtowało, nauczyło zaradności, samodzielności i dało poczucie własnej wartości - podkreśla.

 

Lato to czas obozów harcerskich. Z wyjazdów do lasów i nad jeziora Krzysztof zapamiętał szczególnie ten do Jarkowic w Sudetach. - Tam po raz pierwszy doświadczyłem, czym są góry - wspomina. Wędrówka górskimi szlakami trochę męczy, ale daje cholerną satysfakcję, a duma wynika także ze zdobycia sprawności "trzech piór". Przez dobę nie można wypowiedzieć słowa, nie można nic jeść, trzeba przesiedzieć w lesie cały dzień i noc. I to w ukryciu, bo nikt nie może zobaczyć harcerza, który chce dostać "trzy pióra". Wielicki nie boi się samotnej nocy w lesie, próbę przechodzi zwycięsko.

Zawsze będzie mówił, że harcerstwo go ukształtowało, dało poczucie własnej wartości, nauczyło zaradności i samodzielności. Krzysztof dużo potrafi, ale gdy trzeba, nie wstydzi się prosić o pomoc - zawsze może liczyć na kolegów. Jest jednym z najbardziej wybijających się chłopaków w drużynie. Cieszy go ten splendor.

Na Politechnice Wrocławskiej panuje ostra rywalizacja. Mieszkający w akademiku Krzysztof Wielicki pilnuje ocen, nie stroni jednak od życia towarzyskiego.

 

W liceum jest najlepszy z matematyki: gdy nikt nie potrafi rozwiązać zadania, profesor woła go do tablicy. - Chodź no tu, maluśki. Pokaż, jak to zrobić - mówi. Dla Wielickiego nawet zadania przygotowane z myślą o studentach matematyki nie są żadnym problemem. Z marszu dostaje się na elektronikę na wrocławskiej politechnice.

Na uczelni panuje ostra rywalizacja, już w pierwszym semestrze władze skreślają pięćdziesięcioro studentów. Wielicki pilnuje ocen. Tylko raz upija się na umór - na pożegnalnej imprezie kolegi z pokoju w akademiku, który z dwoma dwójami opuszcza politechnikę. Leje się wódka, Krzysztof odpływa.

Jest już za stary na harcerza, ale zapisuje się do studenckiego klubu turystycznego. Niemal w każdy weekend jest na rajdzie, najchętniej w Sudetach. Na trzecim roku jedzie z klubem w Sokoliki - to mekka wspinaczy skałkowych, sto kilometrów od Wrocławia. Jacyś faceci spięci linami wspinają się po pionowej ścianie. Wielicki patrzy na nich jak zahipnotyzowany, też chce spróbować. W wywiadach opowie: "Wszedłem w małą, może ośmiometrową skałkę, intuicyjnie chwytając się wszystkiego, co się dało. Zrobiłem ze cztery metry i utknąłem. Spojrzałem w dół, wydawało się dość wysoko, skok byłby niebezpieczny. Byłem sam, nie wiedziałem, co dalej robić, w końcu się przełamałem. Znalazłem chwyt i kolejny, podparcie dla stopy, zacząłem wchodzić wyżej. Na szczycie skałki czułem się jak po torturach, byłem cały obolały. Ręce mi się trzęsły, ale już wiedziałem, że będę się wspinał".

Od tej pory każdą wolną chwilę spędza w skałkach. W pamiętnikach zostały po tym entuzjastyczne wpisy:

"Bogdan Jankowski pokazuje nam zjazd w kluczu i szelki. Zjeżdżam, ile się da. Trze trochę w kroku, ale co zrobić - brak techniki".

"Sesja [na uczelni] przerywa nam wyjazdy w skałki, ale ciągle myślimy o wspinaczce".

"Idziemy na duży Sokolik, pierwszy raz w życiu prowadzę".

"Sokolik, odpadam ze trzy metry. Nawet przyjemne uczucie".

"Najlepsze są dupozjazdy".

Na trzecim roku Krzysztof Wielicki (z lewej) odwiedza Sokoliki, mekkę wspinaczy skałkowych. - Na szczycie skałki czułem się jak po torturach, byłem cały obolały. Ręce mi się trzęsły, ale już wiedziałem, że będę się wspinał - wspomina.

 

Skałki, skałki, tylko skałki. Krzywa przez Żubra, Sukiennice Kantem, Parszywa Świnia... Wieczorami ognisko, jajecznica z własnoręcznie zebranymi grzybami, gitara, no i opowieści o babach, karabinkach i Tatrach. Fantastycznie!

Starsi wspinacze namawiają studentów na wizytę w Klubie Wysokogórskim. Wielicki dostaje wkrótce status członka-sympatyka, ale z prawem udziału w zebraniach. Dyskutują o Tatrach, Alpach, Pamirze, o tym, które drogi są najtrudniejsze, gdzie można by pojechać. Wielicki też by chciał jeździć, rwie się do wspinaczki, ale starsi zniechęcają. Nie pożyczą liny ani młotka, ani czekana. - Jak chcesz się wspinać, młody, to sam zakombinuj. Trzeba se zakombinować - mówią. Młodzi mogą liczyć tylko na Wandę Rutkiewicz. Szkoli, pokazuje sztuczki, zdradza tajemnice, dzieli się adresami, gdzie można kupić liny, sprzęt i ubrania. I przestrzega, że wspinaczka to nie są żarty.

Wiosna 1971 roku. Sobota, leje jak z cebra. Na Sokolikach pusto - kto by się wspinał w taką pogodę? Wielicki nie może się powstrzymać. Namawia jednego z kolegów, żeby z nim poszedł. Krzysztof pierwszy wchodzi w skałę, wbija hak. Wspina się kilka metrów wyżej i kiedy próbuje zmienić chwyt, stopa obsuwa się na mokrym kamieniu. Spada na skalną półkę, ale uderzenie spycha go z niej, leci w dół. Lina wytrzymuje, Wielicki zawisa metr nad ziemią. Zły na siebie, nie rozumie, co się stało - wypadki przytrafiają się przecież tylko innym.

Wszystko go boli, ale jest weekend. Może samo przejdzie? W poniedziałek nie może już wytrzymać. W szpitalu stwierdzają kompresyjne złamanie trzech trzonów kręgowych na odcinku lędźwiowym i zakładają mu gipsowy gorset od pachwiny po szyję. Lekarz mówi, że miał szczęście, bo gdyby odpryski kręgosłupa uszkodziły sploty nerwowe, wylądowałby na wózku. W gorsecie powinien chodzić przez dwanaście tygodni, musi też zostać w szpitalu - ale mu się nudzi, więc po dziewięciu dniach ściąga gorset i ucieka ze szpitala.

Ta legenda ma dwie wersje. Bardziej spektakularna: kumple potajemnie przynoszą mu ubranie i wyprowadzają go przez dach. Bardziej prawdziwa: Wielicki przekonuje pielęgniarkę, żeby przyniosła mu ubranie. Wychodzi na korytarz, nikt go nie zatrzymuje.

Fakty: musi pojechać do domu na ślub brata, a nie chce martwić rodziców, dlatego rozcina gips. W pamiętniku napisze: "Prawdopodobnie pojadę na Słowację, na kurs organizowany przez nasz Klub Wysokogórski". Ale w klubie wiedzą o kontuzji, więc nie ma mowy o wspinaniu. "Dlatego pracuję na wyjazd w sierpniu. Lipiec spędzam nie tylko we Wrocławiu. Próbuję już w skałkach". Kręgosłup zdaniem Krzysztofa boli już tylko trochę.

Pod koniec lipca dwudziestojednoletni Wielicki odwiedza rodziców, którzy wypoczywają nad morzem. "Mama doznała szoku nerwowego. O moim upadku dowiedziała się od ciotki, a ta z kolei z listu, który pisałem do brata. Obiecuję, że w Tatrach oczywiście nie będę się wspinał, tylko chodził turystycznie" - napisze w pamiętniku.

6 sierpnia, ważny dzień. Pierwsza droga w Tatrach: "Jak wielu początkujących wybieramy Płytę Lerskiego i Grań Kościelców. Oczywiście ja prowadzę. Na samej płycie kąpie nas deszcz, już w strachu, ale przechodzi. Wracamy dość późno, ale już jesteśmy taternikami".

- Rodzice nigdy nie zabronili Krzyśkowi się wspinać, choć bardzo się bali - wspomina Zbigniew. - Babcia załamywała tylko ręce, gdy Krzysiu przyjeżdżał do domu na święta czy rodzinne uroczystości. Zawsze w lichej kurteczce, podartym sweterku, zapuszczone wąsy, długie włosy. Powtarzała: "Jak ten Krzysiu wygląda...".

*

Jesień 1971 roku jest szalona. Studia, skałki, studia, Tatry, skałki, Tatry, skałki, Tatry... Wspinaczka, biwaki, ogniska, opowieści, wino tańsze niż herbata. Historie, gitara, śmiech. Nauka partnerstwa liny i współżycia w górach. - Dzieliliśmy się ostatnim łykiem herbaty i kromką chleba. Nie wyobrażam sobie, że alpinista mógłby nie mieć odruchu dzielenia się - mówi Krzysztof.

Zimą jest już zdrowy. Z marszu pokonuje trasę na północno-wschodniej ścianie Pośredniej Grani. Pogoda pod psem, sypie śnieg, inne zespoły się wycofują, a Wielicki nie ustępuje. 1 stycznia w osiem godzin pokonuje północną ścianę Mięgusza. Wspina się na Kopie Lodowej i Lodowym Szczycie, gdzie zdarza mu się pierwszy bardzo poważny wypadek. Hak za łatwo wchodzi w szczelinę, nie wytrzymuje ciężaru. Krzysztof odpada od ściany, leci w kilkusetmetrową przepaść, wyrywa kolejne haki, odbija się od ośnieżonej ściany, w końcu zawisa na jednym z ostatnich haków. Strach trwa tylko chwilę - może to adrenalina sprawia, że natychmiast zaczyna się wspinać. Najważniejsza jest ściana. Nocuje na skalnym występie, dzwoniąc zębami z zimna. Nie ma kurtki puchowej, może włożyć nogi do plecaka, ale co to daje? Z kursu pamięta, że nie może zasnąć, musi się choć trochę ruszać, nie wyziębić się. Przez całą noc śpiewa piosenki, słowa wymyśla na poczekaniu - górski dadaizm. Nie rezygnuje i następnego dnia staje na szczycie.

Pod koniec studiów Krzysztof Wielicki każdą wolną chwilę spędza w Sudetach lub Tatrach.

 

Determinacja robi wrażenie na starszych członkach klubu, którzy stosują zasadę: młodym raczej nie pomagać. To test - kto ma w sobie wolę wspinaczki, będzie alpinistą, choćby mu rzucano kłody pod nogi.

"Zima od razu mi przypasowała" - napisze Wielicki w pamiętniku. Lubi sytuacje, gdy musi sobie radzić sam, pokonywać swoje słabości i ograniczenia. Szybko się uczy. Już wie, że na przykład nie wolno leżeć na śniegu, bo ciało bardzo szybko się wyziębia. Lepiej siedzieć, bo marznie się tylko dupą i stopami.

Starzy po cichu szepczą: - Będą ludzie z tego Wielickiego.

Krzysztof Wielicki przed namiotem w trakcie wyprawy na Everest. Luty 1980 roku.

 
ROZDZIAŁ 2
ZA WYSOKIE PROGI, KOLEGO WIELICKI

Po Evereście dziennikarzom wciąż mało. Krystyna Bochenek, reporterka radiowa, bombarduje Wielickiego pytaniami, których nikt mu wcześniej nie zadał:

Alergia?

- Nie znam.

Astma?

- Też nie.

Alkohol?

- Wino czerwone, wytrawne. Po wódce nie żyję.

Zęby?

- Zawsze traciłem bezboleśnie. Nigdy mnie żaden ząb nie bolał. To problem, bo nie wiedziałem, że dzieje się coś złego i trzeba iść do dentysty.

Dentysta przeraża?

- Nie lubię do niego chodzić, jak chyba każdy mężczyzna. Do fryzjera zresztą też, więc fryzjerka przychodzi do mnie, ale dentysta nie chce.

Zdrowie psychiczne?

- Ludzie różnie o nas, himalaistach, mówią. Chyba mamy coś z głową.

Krew?

- 0 Rh plus.

Genetyczne obciążenia?

- Po ojcu nie lubię klusek.

Jak pan odpoczywa?

- Lubię rąbać drewno i kosić trawę, to mnie uspokaja.

*

Po Evereście wszyscy chcą się z nim spotykać. "Drogi Druhu Krzysztofie!" - piszą harcerze z hufca w Ostrzeszowie. "Ponawiamy gorącą prośbę o przybycie do Ostrzeszowa - do nas - w dniach 20-21 września na uroczystość związaną z naszym sztandarem". Wielicki ma kalendarz wypełniony, proponuje marzec. Harcerze nieustępliwi: "Jeszcze raz bardzo prosimy o to wrześniowe spotkanie. We wrześniu jest w Ostrzeszowie ładniej niż w marcu. Życząc jak najlepszego samopoczucia, przesyłamy pozdrowienia i mocny uścisk lewicy dla Druha. Czuwaj!".

*

Ekipa austriackiej telewizji kręci w Tychach film o Wielickim. - Złapali nas na górce w Tychach, gdzie bawiło się mnóstwo dzieci - wspomina Marcin, starszy z dwóch synów Krzysztofa. - Przywieźli orzeszki w czekoladzie i rozdawali dzieciom. W polskich sklepach nie było takich słodyczy.

Włączyli kamerę.

- Jesteś dumny z ojca? - pyta dziennikarz.

- Nie.

Tak nie może być. Dubel.

- Jesteś dumny z ojca?

- Taaaa... - odpowiada Marcin.

Stop! Jeszcze raz. Na pytanie, czy jest dumny z ojca, Marcin ma odpowiedzieć pełnym zdaniem: "Jestem bardzo dumny z ojca".

Kumple z podwórka zazdroszczą.

*

Sala klubowa Empiku przy Marszałkowskiej jest wypchana ludźmi, nie można wetknąć szpilki. Na zewnątrz mróz, w środku sauna, nie ma czym oddychać. Publiczność czeka na spotkanie z himalaistami. Zaraz zasypuje ich pytaniami:

- Skąd pomysł na zimową wyprawę?

- Jak dobraliście zespół?

- Czym się zajmowaliście w bazie?

- Czy między uczestnikami były animozje?

- Jak tam było?

Zawada uśmiechnięty. Po kolei, po kolei...

*

Nie jest łatwo zorganizować zimową wyprawę w Himalaje. Rząd Nepalu uznaje tylko dwa sezony: przed monsunem i po monsunie. Zima odpada, przepisy zabraniają, urzędnicy mają związane ręce. Zresztą to nie do pomyślenia, zimą nikt się nie wspina! Temperatura na szczytach ośmiotysięczników spada poniżej czterdziestu stopni Celsjusza, huraganowe wiatry zmiatają śnieg ze stoków. Lodowa pustynia.

To prawda, że wszystkie najwyższe góry zostały już zdobyte - pierwsza Annapurna w czerwcu 1950 roku, ostatnia Sziszapangma czternaście lat później. Ale Polacy czują się mocni, chcą nowego otwarcia, a zima takim jak oni daje nowe szanse. Zdobyte latem szczyty znów staną się dziewicze dla wypraw zimowych. To marzenie Andrzeja Zawady, kierownika wielu polskich wypraw. Niestety, władze Nepalu są nieugięte, na każdą prośbę o zezwolenie odpowiadają odmową.

Po zdobyciu Everestu Leszek Cichy (z lewej) i Krzysztof Wielicki odwiedzili dom sirdara Pemby Norbu w Namcze Bazar.

 

Dlaczego tak nagle zmieniają zdanie? Może chcą raz na zawsze potwierdzić, że zimą wspinać się nie da? Pewnie dlatego dają tak mało czasu. Pozwolenie na zimowe wejście na Everest wydają 22 listopada, z ważnością do 28 lutego, ale akcję można prowadzić jedynie do 15 lutego - potem czas na pakowanie i powrót. Można się wspinać wyłącznie drogą klasyczną, od Przełęczy Południowej.

Zawada musi skompletować zespół, skombinować sprzęt, prowiant i pieniądze. Powinien się zmieścić w miesiącu, a nawet jeśli mu się uda, to czasu na zdobywanie Everestu i tak będzie bardzo mało.

Najpierw ludzie. Kandydatów jest wielu, kto by nie chciał zapisać się w historii?

Lipiec 1979 roku, w zabrzańskim szpitalu Wielicki leczy palce stóp odmrożone na Annapurnie. W niedzielę odwiedza go żona, która przywozi mu list z Polskiego Związku Alpinizmu. W środku krótki tekst, ankieta i pytanie: "Czy chciałby kolega wziąć udział w narodowej wyprawie na Mount Everest?".

Patrzy na swoje palce okręcone bandażem, patrzy na żonę. Jolanta wcale się nie denerwuje. - Nie kombinuj, i tak wiem, co napiszesz - mówi.

*

Wielicki jest dopiero trzeci na liście rezerwowej. - Czułem, jakby mnie odesłali z kwitkiem, jakby ktoś mi powiedział: "Za wysokie progi, kolego Wielicki" - wspomina.

Z listy podstawowej odpadają wielkie nazwiska. Eugeniusz Chrobak ma kontuzję - musi zoperować łękotkę, Wojciech Wróż łamie obojczyk, a Jackowi Rusieckiemu żona zabrania jechać. Zawada zaprasza jeszcze: Jerzego Kukuczkę, Leszka Cichego, Walentego Fiuta, Aleksandra Lwowa, Mariana Piekutowskiego oraz zakopiańczyków: Macieja Pawlikowskiego, Ryszarda Szafirskiego, Macieja Berbekę i Ryszarda Gajewskiego.

Baza polskiej wyprawy pod Everestem. Od lewej: Walenty Fiut, Krzysztof Wielicki, Janusz Mączka, Marian Piekutowski, Aleksander Lwow.

 

Kukuczka nie jest zainteresowany, dopiero co wrócił z wyprawy na Lhotse, chce odpocząć. Berbeka leczy żółtaczkę.

Zawada dzwoni do Wielickiego. Krótkie polecenie, jak w wojsku: "Bądź jutro w Warszawie, trzeba pomóc w pakowaniu. Cześć".

Krzysztof nie wierzy w swoje szczęście - jest w podstawowym składzie.

Ale jak to jutro?! A urlop? W fabryce muszą się na to zgodzić dyrektor pionu, dyrektor naczelny i do spraw pracowniczych. A żona i dziecko? Trzeba dziadka sprowadzić, pojechać po niego. Jutro?!

W pracy dają zielone światło, żona zapewnia, że da sobie radę. - To jednak Everest, wyprawa narodowa - mówi. Ale zanim puści Krzysztofa, mąż musi załatwić parę spraw:

- kupić żarówki i łapki na myszy,

- zapłacić raty,

- uporządkować piwnicę,

- złożyć i zakonserwować rowery na zimę.

Wszystko notuje w pamiętniku.

*

Dwa dni po telefonie Zawady Wielicki pakuje już bębny wyprawowe w podziemiach domu kultury na Żoliborzu. 12 grudnia żegna się z żoną i jedzie na Okęcie. Pogoda jest fatalna, samoloty łapią opóźnienia, w strefie międzynarodowej panuje tłok. Uczestnicy wyprawy są w doskonałych humorach, bo Tadeusz Prugar z Air India obiecuje załatwić bilety z Delhi do Katmandu za złote. Z radości otwierają likier Advocaat i koniak. Jednak lot bezpośredni do Delhi zostaje odwołany.

Prugar dwoi się i troi. Teraz mają lecieć do Genewy, a stamtąd do Delhi. Wprawdzie w Genewie biletów brak, ale agent proponuje Londyn, może tam złapią połączenie. Na Heathrow o przelocie do stolicy Indii mowy nie ma - wszystkie miejsca wyprzedane. Trzeba lecieć do Frankfurtu, stamtąd do Hongkongu i do Delhi. Dalej do Katmandu. Wielicki zanotuje: "Z góry śliczna panorama Himalajów".

Zostają zakwaterowani w hoteliku Lhotse w Katmandu, gdzie co wieczór mają odprawę. Zawada mówi o kłopotach: władze Nepalu podniosły opłatę za szczyt, są problemy z pracą polskiej radiostacji, nie można samodzielnie wynająć tragarzy, trzeba korzystać z pośrednictwa miejscowej agencji, a to generuje koszty. Cały bagaż wyprawy trzeba przetransportować samolotami do Lukli, a stamtąd czeka ich siedem dni marszu do bazy pod Everestem.

Cichy też prowadzi wyprawowy pamiętnik: "Karawana wygląda jak gigantyczny, postrzępiony wąż ciągnący się po krętych górskich ścieżkach. Każdy poganiacz ma własne tempo i godziny marszu. Jedni ruszają zaraz po świcie, dochodzą na miejsce pierwsi, zakładają obóz, rozpalają ognisko. Inni wychodzą później. Nikt ich nie pilnuje, nie pogania. Na dole dostają ładunki, u celu pieniądze. Co robią w międzyczasie, to jest tylko i wyłącznie ich sprawa".

Zawada przypomina uczestnikom wyprawy: sukces zależy od wytrzymałości psychicznej i fizycznej, nawet nie od umiejętności technicznych. Na Evereście jakaś specjalna technika wspinaczkowa nie jest potrzebna. Liczą się tylko twardość, wytrzymałość, siła charakteru. I praca zespołowa.

Już w drodze do bazy widać, kto ma kondycję, a kto nie. - Ci, którym dojście nie sprawia kłopotów, zwykle sprawdzają się też na górze - mówi Wielicki.

Po drodze tworzą się pierwsze pary. W bazie już od początku wiadomo, kto z kim chce iść, a z kim niekoniecznie.

*

4 stycznia Zawada zwołuje naradę. Najpierw przypomina, że inteligentny wspinacz nigdy się nie odmraża. Prosi, by unikać wypadków. Przypomina poprzednie wyprawy i ofiary - Stanisława Latałłę i Jana Franczuka - i dodaje, że jego zdaniem obydwa wypadki były głupie, a śmierci można było uniknąć. Potem zaczyna się planowanie, kto z kim i dokąd. Zawada chce, żeby pierwsza grupa, która wyjdzie z bazy, zabrała ze sobą namioty, pokonała lodospad i tuż za nim założyła pierwszy obóz. Ale to nie takie proste. Lodospad to wiszący uskok lodowca mający około siedmiuset metrów w pionie. Jest pocięty szczelinami kilkumetrowej szerokości, w poruszaniu się przeszkadzają także seraki, czyli wielotonowe bryły lodu i śniegu, czasem kilkudziesięciometrowe.

Polacy z impetem atakują górę, niesie ich entuzjazm. 8 stycznia 1980 roku na początku Kotła Zachodniego, u stóp Nuptse, zakładają pierwszy obóz. W nagrodę radiooperator Bogdan Jankowski puści im przez radio Donnę Summer.

Dzień później w głębi Kotła, obok opuszczonych namiotów niemieckich, stoi już obóz drugi. Wielicki notuje: "Robimy wycieczki do obozu niemieckiego, żeby trochę pomyszkować. Największe wzięcie mają orzechy, czekolada instant, ziemniaki purée, masło, budyń bananowy i koncentraty soków w proszku, doskonałe do herbaty. Zawsze lepiej smakuje jabłko z ogrodu sąsiada".

15 stycznia na wysokości 7150 metrów Maciej Pawlikowski i Krzysztof Żurek zakładają w ścianie Lhotse obóz trzeci.

- Zawada nastawiał nas na najgorsze - wspomina Cichy. - Ostrzegał, że będzie zimno, będzie wiało, będziemy nocowali w śnieżnych jamach. Tymczasem pod Everestem była pogoda! Zimo jak diabli, ale świeciło słońce i nie wiało. Krzyś nadawał z "trójki" przez radio: "Super jest, nie widzę żadnych przeszkód, spokojnie zdobędziemy ten szczyt". Nakręcony był na maksa.

Krzysztof Wielicki (z lewej) i Leszek Cichy pod Everestem. - Na początku nie odczuwaliśmy surowości zimy, bo wiatry hulały na większych wysokościach. Czyste niebo, słoneczko, więc jaka to straszna zima? Dopiero gdy wiatry zmiotły nam cały obóz trzeci, poczuliśmy potęgę żywiołu - wspomina Wielicki.

 

W bazie panuje radosna atmosfera, wszyscy wierzą, że szczyt rzeczywiście jest na wyciągnięcie ręki. Andrzejowi Zawadzie przez pierwsze dwa tygodnie towarzyszy żona Anna Milewska. W pamiętniku zapisuje: "Staszek Jaworski z Józkiem Bakalarskim kręcili film, Andrzej Heinrich, gdy tylko schodził z górnych obozów, zajmował się swoim małym pieskiem Balu. Rozkoszny, miękki, czarny puszek, towarzyski i wesoły. Ogólny optymizm wpływał na dobry humor Andrzeja [Zawady]. Wieczorne odprawy w namiocie-jadalni wypełniały plany na następny dzień, zawsze wśród dowcipnych komentarzy. Rej wodzili Andrzej i Krzysztof Wielicki".

Kiedy Rysiek Gajewski dowiaduje się przez radio, że jego żona jest w ciąży, od kolegów słyszy: "Traktuj jak swoje". Wszyscy się śmieją, więc doktor Janik dokłada: "Ty się, Rysiek, pilnuj, żeby twoje dziecko nie zostało pogrobowcem".

Innego dnia wieczorem, po ósmej, po ostatnim seansie łączności, wszyscy zbierają się u Bogdana Jankowskiego, żeby posłuchać muzyki. Jankowski to wyrobiony meloman, namawia na koncerty symfoniczne, ale chłopaki chcą muzykę rozrywkową.

- To puszczę wam ballady Wysockiego - ustępuje Jankowski.

- Łeee... Puść nam Donnę Summer!

Jankowski zniesmaczony: "Z bólem serca, na życzenie Gajewskiego, muszę dziś puścić "dupu dupu"".

Wreszcie do śpiworów. Przed snem gadki o górach i dziewczynach.

Potem załamuje się pogoda i psuje atmosfera.

*

Minus trzydzieści. Zimno tak, że do śpiworów wchodzi się w botkach, spodniach i kurtkach puchowych.

- Przez te cholerne mrozy życie towarzyskie w bazie zamierało. Latem można w karty pograć, książkę poczytać, a wtedy było tak zimno, że ręce grabiały. Leżysz w śpiworze i się męczysz. Za zimno, żeby wyjść, za wcześnie, żeby spać - kwituje Wielicki.

- Nie mieliśmy satelitarnych prognoz. Nie można się było dowiedzieć, że na przykład za czterdzieści osiem godzin będzie okno pogodowe. Patrzyło się w niebo i zgadywało - wspomina Cichy. - Jak się przejaśniało, szliśmy do góry. Dochodziliśmy do obozu pierwszego, a pogoda dup, więc schodzimy na dół, i tak w kółko. Ciężko było.

Minus czterdzieści. Stanisław Jaworski w filmie Gdyby to nie był Everest nagrywa rozmowę przez radio.

- Trochę mi dłonie odmroziło, rozgrzewam je nad butanem, za chwilę ruszam z namiotu - skarży się jeden z himalaistów.

Zawada: - Najpierw włóż dłonie w pięciopalcową albo jednopalcową rękawiczkę, na to nakładasz puchową, a na to jeszcze ortalionową. Bez tego nie masz prawa wyjść z namiotu, słyszysz?

- Tak, tak. Oczywiście! Myślałem, że jak człowiek spuszcza gacie i wystawia tyłek, to przez te pięć minut bez rękawiczki nic się nie stanie. A tu łapy odpadają. Nie wiem, dlaczego łapy, a nie tyłek, no ale trudno - narzeka rozmówca Zawady.

Niektórzy powstrzymują się przez kilka dni. Z powodu szelek od spodni najpierw trzeba zdejmować kurtkę. Kładziesz kurtkę, żeby zdjąć cholerne szelki, a kurtka leci z wiatrem. Wielicki: - Ostatnią kupę zrobiłem w namiocie. Nie miałem siły wyjść.

Pawlikowski zapamiętał to inaczej: - Mały wąsaty Krzyś był najbardziej napalony na tę górę. Podczas huraganu wszyscy siedzieli w bazie przygnębieni, a on łaził dookoła namiotów z butlami tlenowymi w plecaku, żeby sprawdzić, jak czuje się człowiek z takim ciężarem.

Wiatr jest coraz silniejszy. Zawada każe iść do góry, ale jest strach.

Wieje tak, że co chwilę trzeba wbijać czekan i padać na lód, bo wiatr może człowieka unieść i rzucić do szczeliny. Leży się więc i czeka, aż porywy nieco osłabną. Potem się wstaje, robi parę kroków i znów kładzie na lód.

Wieje tak, że nie da się oddychać. Jak się odwracasz przodem do wiatru, to wpycha ci w nos i usta taką masę powietrza, że można się udusić. Bije po twarzy igiełkami lodu. Tyłem do wiatru też niedobrze, bo pędzi z taką prędkością, że wysysa wszystko i tworzy próżnię. Też się dusisz.

Wieje tak, że namiot z lekarzem wyprawy i kontuzjowanym Krzysztofem Żurkiem wiatr wlecze po morenie. - Wrzeszczeliśmy, nie mogliśmy się wydostać - wspomina doktor Janik.

Zawada dodaje ludziom animuszu, mówi, że to tylko "zakopiański zefirek". Chce udowodnić kolegom, że wciąż można się wspinać. Wychodzi z bazy do pierwszego obozu, towarzyszy mu Krzysztof Cielecki. Wieczorem kierownik przyznaje przez radio: "Białe piekło. Ledwo żyjemy". Heinrich będzie mu potem dokuczał. Gdy ktoś nie chce go słuchać, mówi: "Nie bądź taki Zawada, bo źle na tym wyjdziesz".

"Lider" chce zdobyć ten szczyt, liczy na błyskawiczny sukces, więc goni ludzi do góry.

Mesa polskiej wyprawy na Everest. Od lewej: Maciej Pawlikowski, Ryszard Szafirski, Marian Piekutowski, Robert Janik, Krzysztof Wielicki. - "Lider" zbudował taką atmosferę, że ludzie zapominali o indywidualnych celach, a koncentrowali się wyłącznie na sukcesie wyprawy - podkreśla Wielicki.

 

Drużyna pęka - jedni popierają strategię Zawady, drudzy Andrzeja Heinricha, który zaleca ostrożność. Wszyscy stają się podejrzliwi wobec innych.

Wielicki notuje: "20 stycznia wieczorem Zawada poleca nam wynieść [z obozu trzeciego] część rzeczy jak najwyżej w kierunku Przełęczy Południowej. Po nas mają iść inne zespoły, podnosząc te rzeczy i próbując założyć obóz czwarty. A na końcu chyba Lider - z proporcami". - Poczułem, że Zawada chce nas wykorzystać, każe nam zakładać obozy coraz wyżej, a sam organizuje w bazie grupę szturmową. My będziemy musieli zejść do bazy, żeby odpocząć, a wtedy oni spokojnie wejdą sobie na szczyt - wspomina Wielicki.

Heinrich jawnie sprzeciwia się kierownikowi. Nie będzie nosił rzeczy na górę. Buntują się także zakopiańczycy. Schodzą do bazy.

Czy to możliwe, by wiało jeszcze mocniej?

Zawada o huraganie: - Wyje jak pędzący pociąg pospieszny. Namioty podarte w strzępy.

Inni: - Nie da się iść, można się tylko czołgać.

Krzysztofa Żurka zdmuchuje z grani, himalaista spada, ale na szczęście jest wpięty do liny poręczowej, zatrzymuje się dwadzieścia metrów niżej. Ostre szarpnięcie. Poturbowany i obolały, w drodze do bazy wpada do lodowej szczeliny, wybija bark. Lekarz przez radio instruuje Ryszarda Szafirskiego, jak ten bark nastawić. Szafirski zapiera się stopą pod pachą Żurka i ciągnie za zwichniętą rękę. Brakuje mu wprawy, więc Żurek zwija się z bólu. Ryszard Gajewski siada na rannym koledze, a Maciej Pawlikowski pomaga Szafirskiemu ciągnąć. W końcu słychać charakterystyczne chrupnięcie. Ale osłabiony Żurek szczytu już nie zdobędzie, musi wracać do kraju.

Lekarz wyprawy Robert Janik ma coraz więcej pracy, wciąż leczy odmrożenia dłoni i stóp. Jeśli pogoda się nie poprawi, nie będzie komu zdobywać szczytu. 28 stycznia wszyscy czekają w bazie, obozy stoją puste, a nastroje siadają. Himalaiści zaczynają głośno mówić, że wyprawa stracona, że chyba się nie uda.

Dziennikarze zapytają potem Zawadę, czy zimowy himalaizm ma sens. Odpowie z irytacją, że "wchodzenie latem drogą klasyczną na Everest jest poniżej godności prawdziwego alpinisty". Wielu himalaistów oburzy ta wypowiedź, ale Zawada zdania nie zmieni. "Zima jest najważniejsza - będzie powtarzał. - Powiedz mi, co zrobiłeś w górach w zimie, a powiem ci, jakim jesteś alpinistą".

*

Za dwa tygodnie upłynie termin ważności pozwolenia na wejście na Everest. Życie w bazie toczy się leniwie. Doktor Robert Janik: - Chłopcy większość czasu spędzali w namiotach i puszczali bąki. To normalne, na takiej wysokości gazy się rozszerzają, w bebechach u człowieka też. Muszą znaleźć ujście, bo inaczej brzuch byłby jak balon.

Pawlikowski: - Dużo czasu spędzaliśmy też w mesie, w kupie. A jak zmarzliśmy, to wracaliśmy do namiotów, próbowaliśmy czytać, słuchaliśmy kaset.

Doktor Janik: - Onanizowali się.

- No nieee... - zaprzecza Pawlikowski.

Janik: - Oj, strugali chłopcy siano.

Zawada nie znosi takiego trwonienia czasu. Pyta, kto pójdzie zakładać obóz czwarty. Zgłaszają się Leszek Cichy, Andrzej Heinrich i Jan Holnicki.

Wielicki: - Tym razem się nie wychylałem. Z Marianem Piekutowskim obmyśliliśmy plan, że chłopaki założą "czwórkę", zejdą do bazy, a w tym czasie my wejdziemy na szczyt.

Pogoda wszystkim krzyżuje plany. Pod Everestem wszędzie słychać pędzący pociąg pospieszny. Dopiero 11 lutego Cichy, Fiut, Holnicki i Wielicki ruszają w kierunku Przełęczy Południowej. Holnickiemu kończy się tlen, musi wracać, pozostali docierają do celu. Na noc na Przełęczy zostają Fiut i Wielicki.

- Wiało tak, że o rozbiciu większego namiotu nie było mowy. Musieliśmy się zadowolić malutkim, jednomasztowym namiocikiem, przekornie nazywanym "szmatą kierownika" - wspomina Wielicki. Meldują do bazy: - Ledwo siedzimy, mamy na sobie wszystko, co się da, jesteśmy w śpiworach i trzęsiemy się z zimna. Musimy cały czas trzymać maszt, żeby nas nie porwało. Może z trudem uda się nam doczekać jutra.

Andrzej "Zyga" Heinrich zniechęca: - Chłopcy, jakby tylko wiało, to pamiętajcie, natychmiast schodźcie.

Zawada wyrywa mu radio z dłoni. Ochrzania: - Dlaczego im nie powiesz, że jak nie będzie wiatru, to mają atakować, a nie, że jak będzie wiatr, to mają schodzić?

Do chłopaków: - Jak tylko będą warunki, podejmijcie atak szczytowy!

Na atak nie ma szans. Wielicki i Fiut szukają na Przełęczy Południowej butli z tlenem. Każda wyprawa coś tu zostawia, znajdują około trzydziestu butli. Sprawdzają je i segregują, niektóre są pełne, wystarczy wkręcić zawory. Droga na szczyt wydaje się otwarta, ale nie ma czasu, a wszyscy są śmiertelnie zmęczeni.

Zawada musi coś zrobić, żeby zmobilizować drużynę. Szafirski proponuje "Liderowi": - Chodźmy na Przełęcz. Ogłośmy wszystkim, że jeśli nie oni, to my zdobędziemy szczyt.

Po latach Szafirski przyzna, że to ich wspólne wyjście było blefem: "Przez obóz pierwszy przeszliśmy jak burza, nocowaliśmy od razu w "dwójce". Przez cały czas graliśmy bohaterów i dowcipkowaliśmy. Wysyłaliśmy przez radio komunikaty, że czujemy się świetnie".

Szybki marsz Szafirskiego i Zawady budzi w bazie panikę: każdy chce być pierwszy na szczycie, nikt nie chce zostać wyprzedzony przez szefa wyprawy. W górę natychmiast ruszają Andrzej Heinrich i Szerpa Pasang Norbu, za nimi Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy.

Sytuacja na górze: Gajewski, Pawlikowski, Heinrich i Pasang są w drodze do obozu trzeciego. Ich śladem z "dwójki" idą Piekutowski, Wielicki i Cichy. Szafirski i Zawada dotarli najwyżej - do Przełęczy Południowej, ale na pewno nie pójdą dalej.

Pozwolenie jest ważne jeszcze jeden dzień. Zawada liczy na to, że Gajewski z Pawlikowskim zdecydują się na szturm, ale zakopiańczycy niespodziewanie rezygnują.

- Zimą zawsze powstaje dylemat, kiedy wyruszyć. Wcześnie rano jest bardzo zimno, a przy późniejszym wyjściu może zabraknąć czasu na zejście ze szczytu - mówi Krzysztof Wielicki. Everest. Luty 1980 roku.

 

Pawlikowski złości się na partnera. - Rysiek bez przerwy narzekał na zdrowie, był przekonany, że ma wszystkie choroby świata. Mogliśmy zaatakować szczyt, ale stwierdził, że w nocy sobie przymroził łokieć. Narzekał, że spał po złej stronie namiotu, przytknął łokieć do burty i... obwiniał mnie o to.

"Sam sobie wybrałeś to miejsce do spania" - przypomniałem.

Nie chciał słuchać. Oświadczył, że schodzi do bazy. Gdyby nie ten jego łokieć, to kto wie, może to my zdobylibyśmy Everest?

Pawlikowski sądzi, że łokieć był tylko wymówką Gajewskiego. - Na początku wyprawy dowiedział się, że będzie miał dziecko, i stał się bardzo ostrożny - mówi.

Zawada i Szafirski przez dwie godziny przekonują Heinricha, by spróbował zdobyć szczyt. "Zyga" kręci głową, mówi, że nie potrafi obsługiwać butli z tlenem.

Szafirski robi koledze szybkie szkolenie. Zawada zagrzewa: - Jesteś kandydatem numer jeden do ataku.

Heinrich się wykręca. Dla świętego spokoju melduje, że szykują się z Szerpą Pasangiem do szturmu, ale jego głos jest pozbawiony nadziei. Nie mówi, że idą na szczyt, tylko "w kierunku szczytu". W południe Heinrich informuje przez radio, że są na wysokości 8350 metrów. Ogłasza sukces - jeszcze żaden człowiek nie wszedł zimą wyżej. Zimowy rekord wysokości wystarcza Heinrichowi, zawraca. O godzinie szesnastej bezpiecznie docierają z Pasangiem Norbu do obozu trzeciego.

Zawada jest podłamany, w rozmowie przez radio z ambasadorem w Katmandu mówi: - "Zyga" schodzi, jest już blisko "dwójki". Meldował, że osiągnął z Pasangiem wysokość 8350 metrów, nie używając tlenu. Czuli się świetnie i mogli iść dalej, ale na grani Everestu zatrzymała ich śnieżyca. No szkoda, dzisiaj był ostatni dzień.

Ambasador zapewnia, że pracuje nad przedłużeniem pozwolenia.

Cichy: - Spaliśmy w drugim obozie, w jednym namiocie ja z Jankiem Holnickim, w drugim Krzysiu z Walkiem Fiutem. Plan zakładał, że rano wszyscy schodzimy do bazy. Ale rano wyglądam z namiotu, nasi partnerzy się pakują, a Krzyś nie. Ja też czekam. Nie porozumiewaliśmy się wcześniej. Patrzę na Krzysia, a on "w piżamce". Ja też. Porozumienie bez słów - postanowiliśmy zostać. Byliśmy przekonani, że jak zostaniemy, wejdziemy na szczyt.

Zwłaszcza że ambasador ma dobrą wiadomość: można próbować jeszcze przez dwa dni.

*

- Dziadka Heinricha nazywaliśmy na tej wyprawie pierwszym hamulcowym - wspomina Pawlikowski. - Odnosiłem wrażenie, że był zazdrosny, jeśli ktoś za bardzo rwał się do przodu. Wtedy naciskał na Zawadę, by powstrzymywał te zapędy.

Ale "Lider" nie słucha: - Jak chłopcy chcą iść, to niech idą.

Heinrich jest niezadowolony jeszcze z jednego powodu. Ma swój rekord - 8350 metrów wysokości zimą. Jeśli Wielicki i Cichy zdobędą szczyt, "Zyga" straci ten rekord. - Myślcie o tym, żeby schodzić w dół, a jak przetrwacie noc, możecie wejść kilka metrów wyżej - radzi przez radio.

Zawada: - No nie! Myślcie o zdobyciu szczytu!

"Zyga" powtarza za kierownikiem, ale bez przekonania: - Krzysiu, podejdźcie jak najwyżej.

Zawada: - "Zyga", nie powiedziałeś tego tak, jak trzeba. Szczyt jest ważny!

Heinrich wkurzony: - Andrzej, może to ty pójdziesz? Wszystko zależy przecież od ich samopoczucia. Oni jutro zadecydują.

"Zyga" następnego dnia: - Temperatura na przełęczy w nocy spadła poniżej czterdziestu stopni, chłopcy nie mieli nic w ustach. Poleciłem, żeby natychmiast schodzili w dół.

Cichy i Wielicki nie słuchają Heinricha. W bazie konsternacja, himalaiści rozmawiają między sobą:

- "Zyga" jest przekonany, że już nikt nie będzie atakował szczytu.

- A chłopaki?

- Są gotowi iść.

- Kurde, oni na pewno pójdą, na pewno!

*

Zbigniew Wielicki: - Nie spodziewałbym się po Krzyśku innej decyzji. On zawsze był ekstremistą, w pozytywnym znaczeniu: jak coś robił, zawsze dawał z siebie sto procent. Kiedyś pokazałem mu, jak się robi papierowe pukawki z origami. Zawziął się, chciał się nauczyć perfekcyjnie je składać, cały nasz pokój zastawił tymi pukawkami. Jak się do czegoś zabierał, nie dało się go zatrzymać.

*

Czy koledzy cieszyli się z sukcesu Wielickiego i Cichego? To pytanie pada bardzo często. Nikt nie chce wierzyć, że himalaizm to sport drużynowy.

Zawada obstaje przy swoim i powtarza jak mantrę: - Nieważne, kto zdobywa szczyt, liczy się sukces wyprawy.

Uczestnicy polskiej zimowej wyprawy na Everest. W pierwszym rzędzie od lewej: Pemba Norbu, Andrzej Zawada, Bishwanath Regmi, Mingma Tenzing. W drugim rzędzie: Walenty Fiut, Krzysztof Cielecki, Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki, stojący w rozpiętej kurtce Stanisław Jaworski, Pasang Nima, Nawang Yonden. W trzecim rzędzie: w czarnych okularach Ryszard Gajewski, Aleksander Lwow, Robert Janik, Maciej Pawlikowski, Indra Bhadur wychylający się zza głowy Jaworskiego, Bogdan Jankowski. W czwartym rzędzie: Józef Bakalarski, Marian Piekutowski, Kazimierz W. Olech. W ostatnim rzędzie: najbliżej masztu Ryszard Dmoch, dalej Zygmunt A. Heinrich, Jan Holnicki-Szulc, nieco niżej Janusz Mączka, Ryszard Szafirski, Pemba Thondu.

 

Pawlikowski: - Czuliśmy wtedy, że to nasz wspólny sukces. Byliśmy wdzięczni chłopakom, że weszli. Większość osób w bazie była już wyczerpana i zrezygnowana, wdzierało się poczucie klęski. Wielicki i Cichy odwrócili te nastroje.

Nawet po latach Wielicki potwierdzi: - Everest to była pierwsza i ostatnia ekspedycja, podczas której widziałem zbiorowy wysiłek całego zespołu. Obowiązywała zasada: wszyscy za jednego, jeden za wszystkich. Naprawdę nie było ważne, kto zdobędzie szczyt. Ważne było to, żeby ktoś na nim stanął. Ci, którzy nie weszli, cieszyli się tak samo jak my, którzy to zrobiliśmy. Zwyciężyła drużyna. Cały świat mówił: Polacy zdobyli Everest zimą! Nie wiedzieliśmy, że to był schyłek alpinizmu zespołowego. Zaraz potem nastąpiła wielka indywidualizacja.

*

Tuż po sukcesie w Himalajach z Wielickim i Cichym rozmawia Jacek Żakowski. Efektem tych spotkań jest książka Rozmowy o Evereście. Dziennikarz chce wiedzieć, co im dało zimowe wejście na najwyższy szczyt świata.

Himalaiści wymieniają: satysfakcję, realizację marzenia, splendor, poczucie własnej wartości, dystans do spraw codziennych.

Chyba mają już dość snucia opowieści o tej wyprawie. - Nie uśmiecham się do Everestu - wyznaje Wielicki. - Uśmiecham się do siebie, bo się sprawdziłem. Pierwszy raz wszedłem na ośmiotysięcznik, od razu najwyższy, i to jeszcze zimą. Sukces dał mi pewność, że będę się dobrze wspinał na ośmiu tysiącach. Znałem wielu wspaniałych alpinistów, którzy byli świetnie przygotowani i wytrenowani, ale przyjeżdżali w Himalaje i źle się czuli. Everest był potwierdzeniem mojej alpinistycznej przydatności, ale mojego podejścia do życia nie zmienił. Jestem taki sam jak przedtem. Aż mnie to dziwi, bo kiedyś inaczej wyobrażałem sobie ludzi dokonujących największych alpinistycznych wyczynów. Czasem myślę, że sukces zimowego Everestu przyszedł za wcześnie. Byłoby to piękne ukoronowanie mojej kariery. A ja jeszcze jestem w biegu i nie mam zamiaru się wycofać.

Cichy doda: - Pasja ani nie kończy się na Evereście, ani się tam nie zaczyna.

Wielicki: - Chociaż są tacy, którzy za Everest oddaliby wiele, więcej nawet niż odmrożone palce.

Andrzej "Zyga" Heinrich komentuje tę wypowiedź z goryczą: - Ja za Everest nie oddałbym nawet paznokcia.

Redakcja: Jacek Świąder

Korekta: Agata Nastula

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Fotoedycja: Marta Błażejowska

Przygotowanie zdjęć do druku: Łukasz Irzyk

Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): okładka: Agencja Forum; Archiwum Krzysztofa Wielickiego str.: 19, 25, 26, 29, 31, 32, 34, 37, 38, 54, 60, 66, 69, 70, 73, 75, 82, 87, 88, 92, 94, 100, 102, 106, 110, 117, 121, 124, 126, 131, 134, 137, 138, 143, 146, 148, 151, 152, 154, 157, 158, 161, 164, 167, 168, 171, 174, 179, 182, 188, 192, 194, 196, 199, 203, 214, 218, 221, 233, 238, 240, 241, 245, 266, 278, 285, 286, 296, 299, 300, 304, 308, 311, 329, 330, 339, 342, 344, 348, 352, 355, 360, 363, 366, 374, 377, 378, 380, 382, 388, 389, 390, 393, 394, 395, 396, 399, 400, 403, 406, 414, 416; Bogdan Jankowski str.: 16, 42, 50, 57, 80, 93; Agencja Forum str.: 44, 78, 97, 140, 250, 255; Artur Hajzer str.: 169, 385, 422; Janusz Majer str.: 128; Mariusz Sprutta str.: 208, 212, 314, 326, 334; Fundacja Wielki Człowiek str.: 224, 228, 234; East News str.: 271, 275, 317, 403; PAP str.: 260; Jerzy Porębski str.: 293, 338, 342; Archiwum Aliny Markiewicz str.: 346, 368; Piotr Snopczyński str.: 350; Grzegorz Celejewski str.: 4; Maciej Pawlikowski str.: 8, 11, 13, 47; Bogdan Kułakowski str.: 21, 22; Ryszard Pawłowski str.: 64; Zbigniew Terlikowski str.: 320; Dariusz Załuski str.: 371; Piotr Kaleta str.: 418.

Opracowanie graficzne: ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Magdalena Kosińska

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? Agora SA, 2019

Copyright ? Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski, 2019

Copyright ? Krzysztof Wielicki, 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

 

ISBN: 978-83-268-3235-2 (epub), 978-83-268-3236-9 (mobi)

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej