Podczas zimowej wyprawy na Everest zaczynają krwawić palce u stóp odmrożone wcześniej na Annapurnie Południowej. - Uznałem to za cenę, jaką muszę zapłacić. Cel był tak wielki, że nie miałem zamiaru rezygnować z tak trywialnego powodu jak ból palców - mówi Krzysztof Wielicki.
ROZDZIAŁ 1
BĘDZIESZ SZEDŁ, NIE WIEM, JAK DŁUGO, ALE W KOŃCU DOJDZIESZ
Teraz albo nigdy. Pozostali po kolei rezygnują: Andrzej Zawada wykończony, Ryszard Szafirski po nocy na Przełęczy Południowej opada z sił, Andrzej "Zyga" Heinrich nie chce próbować, Marian Piekutowski nie da rady iść do góry. Zakopiańczycy Ryszard Gajewski i Maciej Pawlikowski schodzą. Reszta od dawna siedzi w bazie. Zaczynają się pakować.
Oficer łącznikowy, mister Sharma, przypomina Andrzejowi Zawadzie, kierownikowi polskiej zimowej wyprawy na Mount Everest: - Jutro ostatni dzień zezwolenia.
Do góry idą tylko Leszek Cichy z Warszawy i Krzysztof Wielicki z Tychów. Bardziej doświadczony jest Cichy, wspina się już od dziesięciu lat. W 1975 roku wszedł częściowo nową drogą na Gaszerbrum II, ma więc na koncie ośmiotysięcznik. Ale nie zimą. Rekord wysokości Wielickiego to Pik Komunizma w Pamirze, 7495 metrów. Rok wcześniej wszedł nową drogą na szczyt Annapurny Południowej, ale to tylko 7219 metrów. Też latem. Na ośmiu tysiącach nigdy nie był.
15 lutego 1980 roku pozwolenie się kończy, a Cichy z Wielickim siedzą w obozie trzecim. Szczyt jest o 1698 metrów wyżej - daleko. Iść, nie iść?
Andrzej Wawrzyniak, polski ambasador w Nepalu, przekazuje przez radio wiadomość do bazy pod Everestem: władze zgodziły się przedłużyć o dwa dni pozwolenie na zdobycie szczytu. Mister Sharma chwali się w bazie: - To moja zasługa!
*
Zdążą?
Warto spróbować. Albo teraz, albo koniec marzeń. Wielicki: - Czuliśmy się jak kamikadze, jak niewolnicy misji gotowi do jej wypełnienia.
16 lutego, sobota. Budzą się wcześnie rano. Nie muszą się naradzać, wiadomo, że pójdą. Nastroje dobre, samopoczucie wyśmienite. Konieczne rytuały: gotowanie kawy, gorącej herbaty do termosu, przypinanie raków. Czują się mocni.
- Zaplanowaliśmy z Krzysiem Wielickim, że zabierzemy tylko po jednej butli z tlenem. Lżej i szybciej - tłumaczy Leszek Cichy. - Nawet jedna butla sporo ważyła, około siedmiu kilogramów. Do tego reduktor, maska, radio Klimek z baterią, dodatkowe dwa i pół kilograma. Było co nosić. Mieliśmy więc każdy po butli czterolitrowej, po dwieście atmosfer. Policzyliśmy: ponad osiemset litrów tlenu na głowę. Jeśli będziemy zużywać dwa litry na minutę, wystarczy nam na czterysta minut, czyli około siedmiu godzin. Dość, by wejść na szczyt. A potem? Schodzić jak najszybciej.
Do Przełęczy Południowej docierają w cztery godziny, choć zwykle idzie się sześć. Nie czują zmęczenia. Na przełęczy rozbijają namiot. - Zimą, kiedy wywiewa śnieg, odkrywają się tam ogromne zapasy wszelakiego dobra wyniesionego przez poprzednie ekipy - wspomina Wielicki. - Człowiek chodzi po Przełęczy Południowej jak hiena i szuka. Tu chleb się znajdzie, tu galaretki, butle z tlenem, butan.
Uczta na wysokościach: liofilizowany kotlet cielęcy, pasztet, chrupki chleb.
Potem połączenie przez radio z bazą. Prognozy są pomyślne: słaby wiatr, zachmurzenie umiarkowane, ale w namiocie temperatura wynosi minus czterdzieści dwa stopnie. Wielicki: - Na noc przygotowaliśmy sobie tlen, ale nie mogłem przyzwyczaić się do spania w masce. Tlen się skrapla, kapie na nos i usta, maska uwiera, wymusza pozycję na plecach.
Czwarta rano. Znów gotowanie wody, herbata do termosów, śniadanie, meldunek do bazy: pogoda w normie, czują się dobrze, o siódmej rano wyjdą z obozu. To najlepszy moment, bo słońce zaczyna się wznosić. Gdy zaświeci nad przełęczą, będzie co najmniej o stopień cieplej.
- Widok jasnego nieba i iskrzącego się śniegu dodawał nam otuchy. Czułem się wyśmienicie, rozpierało mnie, jakbym miał już ten Everest w kieszeni - opowiada Wielicki.
17 lutego, niedziela. O świcie łączą się z bazą.
- Będziemy dzisiaj atakować szczyt - meldują.
- Powodzenia, chłopaki.
- Dziękujemy. Tanio skóry nie sprzedamy!
Luty 1980 roku, zimowa wyprawa na Everest. Wspinacze mają w plecakach stroje reprezentacyjne, pełny ekwipunek górski, a także kilka par butów: sandały, eleganckie trzewiki i po trzy modele butów wspinaczkowych. Na zdjęciu od prawej: Krzysztof Wielicki, Krzysztof Żurek i Robert Janik.
Wychodzą z namiotu o 6.45, na zewnątrz minus czterdzieści dwa stopnie. Pierwszy odcinek jest łatwy, śnieżny kuluar osłania wspinaczy od wiatru. Co godzinę wchodzą średnio o sto osiemdziesiąt metrów wyżej. Świetne tempo, ale pogoda się zmienia, zaczyna kurzyć. Wiatr porywa sypki śnieg i dmucha nim w twarze. Pod stopami lodowisko. Wchodzą na grań, a tam też kiepsko, śnieg wywiało, trzeba iść w rakach po gołej skale. Za chwilę pole kopnego śniegu. - Czas dłużył się niemiłosiernie. Straciłem już nadzieję, że to nużące podejście skończy się kiedykolwiek - powie potem Cichy.
Do szczytu już niedaleko, ale to najtrudniejszy odcinek. Nie można iść granią, bo śnieżne nawisy są niestabilne, można spaść razem z nimi. Nieco bezpieczniej jest pod samą granią, ale wiatr się wzmaga. Ryzykują, nie asekurują się liną, nie zakładają stanowisk. Nie ma czasu. Nim zapadnie zmierzch, muszą wejść na wierzchołek i zejść do obozu na Przełęczy Południowej.
Na uskoku Hillary'ego - skale o wysokości ośmiu metrów broniącej dostępu do szczytu - wiszą stare poręczówki. Latem skała jest łatwa do przejścia, ale zimą oblepia ją gruba warstwa śniegu. Jeden nieostrożny ruch i można odpaść razem z bryłą śniegu. Szybka decyzja: nie będą go odrąbywać od skały, wygląda na dobrze utwardzony, zaryzykują. Szczęście im sprzyja, wdrapują się bez problemów. Widać wierzchołek? Jeszcze nie.
- Porywisty, lodowaty wiatr smagał nas po twarzach. Odwracaliśmy głowy i szliśmy z twarzami zwróconymi do stoku - wspomina Cichy. - Co chwila wydawało się, że szczyt jest tuż-tuż, że najwyżej kilka kroków dzieli nas od końca wspinaczki. A potem wchodziłem na któryś z kolejnych wierzchołków i widziałem następny, następny, następny. Dokładnie o godzinie 14.25 stanąłem na tym prawdziwym, najwyższym, najważniejszym wierzchołku. Chwilę potem Krzysiek był już przy mnie. Powinienem przeżywać największą euforię swojego życia, czuć, jak rosną mi skrzydła, albo mieć jakieś mistyczne omamy. Nic z tych rzeczy, po prostu stałem i ciężko dyszałem.
*
Zawada przy radiu, przekrzykuje wiatr: - Halo dwójka, halo dwójka. Słyszycie? Gdzie jesteście? Odbiór! Nie słyszę!
Wielicki: - Na szczycie jesteśmy! Na szczycie zimą! Wasza zasługa.
- Hurra, hurra! - krzyczy Zawada. - Są na szczycie! Hurra, całujemy! Hurra, rekord świata!
Wielicki: - To dzięki wam, dzięki wszystkim w bazie, w Katmandu, w kraju mogliśmy wejść. Sukces jest wspólny!
Zawada jest podejrzliwy, chce mieć pewność, że chłopaki są na Evereście: - A jest tam triangul?
Oczywiście, że jest. Konstrukcję ze stalowych rurek wznieśli Chińczycy w 1974 roku. W jednej z rurek tkwi karteczka, wiadomość od poprzedniego zdobywcy szczytu, Raya Geneta: "Jeśli chcesz się dobrze zabawić, zadzwoń do Pat Rucker w Anchorage na Alasce, pod numer 274-2602". Podczas prelekcji na Alasce Cichy odczyta treść kartki, wszyscy będą się śmiali, bo Genet podał numer do prostytutki.
Baza pod Everestem, luty 1980. Krzysztof Wielicki sznuruje buty zamówione w fabryce w Krośnie specjalnie na narodową wyprawę. Przed namiotem Marian Piekutowski ( w czerwonej kurtce) i Stanisław Jaworski.
Ale teraz wszyscy są ciekawi, jak jest na szczycie. - Zimno tu, wieje jak cholera, strasznie ciężko. Gdyby to nie był Everest, to chybabyśmy nie weszli - mówi Cichy.
- Trudny odcinek między południowym wierzchołkiem a szczytem robiliśmy półtorej godziny - relacjonuje Wielicki.
- Straszne nawisy - dodaje Cichy. - Bardzo boimy się zejścia. Będziemy uważać, ale mamy, mamy Everest zimą!
*
Zawada szaleje z radości, łączy się z Warszawą. Hannie Wiktorowskiej, sekretarz generalnej w Polskim Związku Alpinizmu, każe powiadomić wszystkich o niesamowitym wyczynie.
- Wszystkich, czyli kogo? - dopytuje Wiktorowska.
- No wszystkich, od papieża po pierwszego sekretarza! - emocjonuje się Zawada.
Wiktorowska skrupulatnie wypełnia polecenie. Najpierw wysyła telegram do Jana Pawła II, potem do Edwarda Gierka, pierwszego sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Jeszcze nie wie, jaki będzie z tego kłopot.
Kolejny zgrzyt. Informacja idzie w świat, a radiooperator Bogdan Jankowski nie może się połączyć z ministerstwem turystyki w Katmandu. W Nepalu ze względu na hinduistyczne święta urzędy nie pracują. Nepalczycy bardzo pilnują, żeby informacje o sukcesach himalajskich wypraw wychodziły od nich.
Andrzej Wawrzyniak, polski ambasador w Nepalu, próbuje ratować sytuację - dzwoni do jednego z urzędników w ministerstwie, ale to nieoficjalna rozmowa. O sukcesie Polaków informują już światowe agencje, Nepalczycy są więc śmiertelnie obrażeni.
Wolna Europa podaje, że Polacy na szczycie ustawili krzyż czterometrowej wysokości. W Polsce euforia, nikt nie dementuje tej absurdalnej informacji.
- Najpierw wyciągnęliśmy flagi polską i nepalską. Próbowałem zrobić zdjęcie Leszkowi, który trzymał je w dłoniach, ale migawka w enerdowskim aparacie Certo zamarzła i ocalała tylko jedna klatka - opowiada Wielicki. - Na triangulu zawiesiliśmy różaniec poświęcony przez polskiego papieża i czterocentymetrowy krzyżyk od matki operatora filmowego Stanisława Latałły, który zginął sześć lat wcześniej na stokach sąsiedniej Lhotse. Do schowka włożyliśmy kartkę z napisem: "Polish Winter Expedition". Leszek pozbierał ze szczytu kilka kamieni, a ja włożyłem do plastikowych torebek kilka garści śniegu, prosili o to naukowcy.
*
Na dole ekscytacja, na Evereście spokój. - Przyjąłem to wejście jak coś, co nieuchronnie musiało się stać, jak coś najbardziej zwyczajnego i naturalnego - zwierzy się potem dziennikarzom Leszek Cichy.
Wielicki: - Bałem się euforii, chciałem jej uniknąć za wszelką cenę. Wiedziałem, że sukces liczy się naprawdę tylko wtedy, kiedy "doniesie się" go do bazy.
Pięć po piętnastej zaczynają schodzić. Najpierw idzie łatwo, kłopoty czekają przy uskoku Hillary'ego. Cichy myśli o asekuracji liną, ale Wielicki się spieszy. Szkoda mu czasu, pierwszy wchodzi tyłem na oblepioną śniegiem skałę. Wbija stylisko czekana w śnieg, sprawdza, czy jest stabilne, chwyta obiema rękami głowicę i szuka stopami kolejnego miejsca podparcia. Przy każdym uderzeniu butem w stok stopy bolą go coraz bardziej. Jest niemal pionowo, więc maska tlenowa zsuwa się mu z twarzy. Zaczyna wiać, wskaźniki w butlach z tlenem pokazują zero. Wspinacze mogą teraz wyrzucić butle, ale najpierw muszą odkręcić reduktory. Trzeba je szanować, w Polsce są trudno dostępne.
Na wierzchołku południowym mają się połączyć z bazą, ale wolą iść dalej. Czas! Trzeba liczyć każdą minutę w strefie śmierci.
- Nagle straciłem wzrok - mówi Wielicki. - Widziałem tylko białe plamy, żadnych kształtów, proporcji i barw. Przede mną biała, nieprzenikniona ściana. Utraciłem poczucie kierunku. Stałem bezradny na stoku i bałem się ruszyć. Założyłem okulary przeciwsłoneczne, które zdjąłem przy podejściu, bo wciąż zachodziły mgłą. Czekałem, aż oczy odpoczną.
W bazie koledzy powitali zdobywców Everestu okolicznościowymi torcikami.
Trwa wyścig ze słońcem, które na Evereście w połowie lutego zachodzi kilka minut przed osiemnastą. Cichy: - Kiedy skręcaliśmy z grani na stok, robiło się już szarawo. W odległości około pięćdziesięciu metrów zobaczyliśmy siedzącą na śniegu sylwetkę. Hannelore Schmatz.
Dobrze znali jej historię. Hannelore zaginęła na Evereście rok wcześniej. Razem z Amerykaninem Rayem Genetem i dwoma Szerpami schodzili ze szczytu. Też skończył im się tlen - to tak, jakby kogoś przenieść nagle z wysokości sześciu tysięcy na osiem tysięcy metrów. Tylko najsilniejsi mają szansę przetrwać taki szok. Mózg żąda tlenu, a jeśli go nie dostanie? Genet wpadł w szał, wyrzucił plecak, chciał się rozbierać, przytrzymał go Ang, jeden z Szerpów. Błagał, by jak najszybciej schodzić, ale Genet nie słuchał. Zaczął kopać w śniegu jamę, zamierzał w niej zostać na noc.
Szerpa prosił Hannelore, żeby się ratowała i zeszła z nim niżej, ale Niemka nie miała siły. Postanowiła zostać z Genetem. Ang zszedł do obozu po pomoc samotnie, z dwójką himalaistów zostawił dwudziestoletniego Szerpę Sundarego.
Genet umarł w nocy. Hannelore rano próbowała zejść z Sundarem, ale po stu metrach usiadła i powiedziała cichutko: "Dajcie mi pić, bo umieram". Już nie wstała.
Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy ściągają jej z szyi aparat fotograficzny i łańcuszek. Odeślą to potem mężowi Hannelore.
- Czy was to nie przestraszyło? Co myśleliście w tym momencie? - zapytają ich dziennikarze.
- Nic nie myśleliśmy - odpowie Wielicki. - Wyczerpany człowiek, który walczy o przetrwanie, traci wszelką skłonność do filozofowania. Bierze rzeczy takie, jakimi są. Słucha tylko własnego organizmu, myśli jedynie o tym, czy są jeszcze siły, by walczyć. Człowiek zamyka się w sobie, nie ma najbliższych, nie ma kolegów w bazie, nie ma nikogo na świecie. Jest się skupionym wyłącznie na tym, gdzie postawić stopę i co się ma przed sobą. Nie wolno myśleć o tym, co się może złego zdarzyć, jakie przeciwności trzeba jeszcze pokonać. Nie wolno panikować. Panika to wyrok śmierci.
Powtarzałem sobie: Będziesz szedł, nie wiem, jak długo, ale w końcu dojdziesz.
- A refleksje, rozmyślania, uogólnienia? - dopytują dziennikarze.
- Przychodzą później, w domu. Nie tam, na stoku.
Tam Wielicki myśli o stopach. - Na stromym stoku spoczywa na nich cały ciężar ciała. Były odmrożone, czułem, że palce stóp krwawią. Próbowałem iść bokiem, ale wtedy łatwo się potknąć. Upadek kosztowałby życie, nie miałbym sił utrzymać się na stromiźnie. A więc tylko przodem, co kilka kroków odpoczynek, żeby choć trochę uśmierzyć potworny, otępiający ból palców.
I znowu oczy! Wszystko się rozmywa, zamiast ciemności Wielicki widzi biel. - Czułem, że tracę szansę dotarcia do namiotu na Przełęczy Południowej. Jeśli tego dnia zobaczyłem śmierć, to nie miała twarzy Hannelore Schmatz. Była białą, nieprzeniknioną pustynią - wspomina.
Zwątpienie trwa pół minuty, może pięć. Ważne, że Wielicki zaczyna widzieć czerwoną plamę. Rękawice! Wzrok powoli wraca. - Byłem wyczerpany, ale to nieważne - mówi dzisiaj. - W takich momentach człowieka niesie już nie siła mięśni, ale wola przetrwania. Potężna siła, która wprowadza w trans. Nie myśli się o tym, jaki ruch wykonać, dzieje się to poza świadomością, niemal automatycznie. Oszczędza się mnóstwo energii, którą pochłania myślenie.
Krok po kroku, centymetr po centymetrze, kuluar, serak, stromizna. Usiąść na tyłku, zaprzeć się rakami i zsuwać się powoli. Nie wiadomo, jak długo, ale każdy ruch zbliża do namiotu. Jest! Ile kroków? Dziesięć? Pięć?
Cichy dociera tam pierwszy. - Potykam się, leżę, nie mam tchu. Podnoszę się, kilka kroków, znów leżę - wspomina. - Idę jak pijany, ale już wiem, że dojdę.
W namiocie uspokaja oddech, zdejmuje raki, zamyka wejście, rozpala maszynkę, zakopuje się w śpiworze. Wielicki był niedaleko, szedł za nim, zaraz powinien być w namiocie.
Kilka łyków podgrzanej na maszynce herbaty przywraca Cichemu życie. Butla z resztką tlenu, już jest dobrze...
A Wielicki? W pamiętniku napisze: "Widziałem kontury Przełęczy Południowej, ale gdzie namiot? Iść w prawo czy w lewo? Namiot powinien stać na zboczu, które lekko opada w stronę kotła. A więc tam. Jest! Oświetlony od wewnątrz. Najpiękniejszy widok".
Krzysztof Wielicki na szczycie Everestu. 17 lutego 1980 roku.
W namiocie Wielicki zdejmuje buty, siedzi z kolanami pod brodą, stopy trzyma nad maszynką. Straszny widok. Na sinych palcach popękana skóra, z ran sączy się krew. Po dwóch godzinach znów zaczyna je czuć. Stopy puchną w oczach, ale to dobry znak - organizm walczy. Może obejdzie się bez amputacji.
- Widziałem w bazie te jego odmrożone paluchy - wspomina uczestnik tamtej wyprawy Maciej Pawlikowski. - Skóra popękana, żywe mięso i krew. Wyglądało to dramatycznie. Koledzy fotografowali je na pamiątkę, a doktor Robert Janik, lekarz wyprawy, pracował nad nimi, czyścił rany, zmieniał opatrunki.
Ale to potem.
5.30 rano, Wielicki i Cichy siedzą w namiocie. Trzeba schodzić do bazy, uciekać jak najszybciej. Gotowanie wody, zakładanie butów i raków.
- Oszczędzajcie siły, zostawcie namiot - radzą koledzy w bazie.
Zostawić namiot za trzysta pięćdziesiąt dolarów?! W Polsce takich nie ma. Trzeba go spakować do plecaka. Poniesie silniejszy.
O 11.30 są gotowi do drogi. Dwie godziny później w obozie trzecim witają ich koledzy: Krzysztof Cielecki, Maciej Pawlikowski i dwójka Szerpów. Już bezpiecznie. Minus dwadzieścia stopni. Cisza, słonecznie.
Zawada czeka z Heinrichem w obozie drugim, mają tam większy namiot, ciepły. - Poją nas herbatą, podają jedzenie, a potem Zawada wyjmuje magnetofonik i każe nam gadać. Przez pięć dni byliśmy z Krzyśkiem sami, zamieniliśmy w sumie może kilkadziesiąt zdań. A teraz przez dwie godziny na wyprzódki opowiadamy, jak było - wspomina Cichy.
W bazie nie mogą się ich doczekać. Alek Lwow, który zazwyczaj nie jest wylewny, rzuca się Cichemu na szyję. Zdobywcy najwyższego szczytu świata zostają podjęci uroczystą kolacją. - Przynieśliśmy z Everestu z kilo kamieni - wspomina Cichy. - Ułożyliśmy je na tacy i każdy dostał po kamyczku. Kilkanaście zostało, oprawiliśmy je i rozdaliśmy w Polsce: w ministerstwie, w mojej szkole, na pamiątkę.
Za kamienie koledzy odwdzięczają się tortem, ciasto z puszki ozdabiają napisami wyciętymi z babki: "Everest Krzyś" i "Everest Leszek". Otwierają dwie butelki sowietskoje igristoje, ale nie ma strzału, bo szampany są zmarznięte na lód. Zamiast kubełka z lodem jest kubełek z wrzątkiem, żeby odtajały. Cichy: - Wypiliśmy ciepłe.
*
Kiedy wracają na Okęcie 7 marca 1980 roku, w hali przylotów czekają na nich tłumy. Każdy chce zobaczyć "lodowych wojowników", pierwszych zdobywców Everestu zimą, rodzinom trudno się przebić. Okrzyki, oklaski, gratulacje, kwiaty. Kamery, mikrofony, wywiady, zdjęcia. Zawada ustawia wszystkich do zbiorowej fotografii: panowie, uśmiech! Będzie pamiątka.
Krzysztof Wielicki do Polski wrócił w sandałach, bo z powodu odmrożenia palców stóp nie był w stanie założyć innych butów. Na Okęciu zdobywców Everestu witały tłumy.
Wieczorem jadą na spotkanie w Głównym Komitecie Kultury Fizycznej i Sportu. Odbierają oficjalne podziękowania oraz złote medale za wybitne osiągnięcia sportowe, pamiątkowe dyplomy, uścisk dłoni. Sportowców, którzy odnoszą sukcesy, zwykle przyjmuje Edward Gierek, pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Tym razem nie ma o tym mowy, bo wciąż krąży plotka, że Cichy z Wielickim wnieśli na szczyt krzyż.
I jeszcze ten telegram: "Cieszę się i gratuluję sukcesu moim Rodakom, pierwszym zdobywcom najwyższego szczytu świata w historii zimowego himalaizmu. Życzę Panu Andrzejowi Zawadzie i wszystkim uczestnikom dalszych sukcesów w tym wspaniałym sporcie, który tak bardzo ujawnia królewskość człowieka, jego zdolność poznawczą i wolę panowania nad światem stworzonym. Niech ten sport, wymagający tak wielkiej siły ducha, stanie się wspaniałą szkołą życia, rozwijającą w Was wszystkie wartości ludzkie i otwierającą pełne horyzonty powołania człowieka. Na każdą wspinaczkę, także tę codzienną, z serca Wam błogosławię. Jan Paweł II".
W Tychach Krzysztof Wielicki jest witany jak bohater. Czekają na niego prezydent miasta, sąsiedzi, dziennikarze, a także górnicy z okolicznych kopalń. Gratulacjom nie ma końca. Na zdjęciu z żoną Jolantą Wielicką.
Dla szefa partii komunistycznej to zbyt wiele, ale powściągliwość Gierka nie potrafi powstrzymać fali euforii, która ogarnia Polskę. Sypią się zaproszenia na spotkania z młodzieżą i wykłady. Wielicki występuje w Sportowej niedzieli i popularnym Studio 2. Z kolei do radia idzie z żoną, a fotoreporterzy rejestrują później nawet to, jak oddaje głos w wyborach. "Sztandar Młodych" nadaje mu tytuł Dżentelmena Sportu. Himalaista dziękuje za wyróżnienie, ale tytuł go uwiera. - Kojarzy mi się z frakiem, muszką i nienagannymi manierami dobrze urodzonego obywatela imperium brytyjskiego - mówi.
Polska plotkuje, że zdobywcy Everestu dostali po samochodzie. Cichy: - Nieprawda, to był tylko talon na Fiata 126p, za samo autko musiałem zapłacić. Kosztowało wtedy osiemdziesiąt tysięcy złotych, a ja zarabiałem na uczelni dwa i pół tysiąca. Trzeba się było zapożyczyć u rodziny.
Drobny zgrzyt następuje, gdy okazuje się, że choć wyprawa liczyła dwadzieścia dwie osoby, to talonów jest tylko sześć. Zawada musi zdecydować, komu je przyznać. - Krzyś od razu powiedział, że on nie weźmie, bo pracuje w tyskiej fabryce Fiata i sobie załatwi - przypomina Cichy.
- Dyrektor fabryki dał nie tylko talon - zaznacza Wielicki. - Zabrał mnie też do ministra przemysłu, by się pochwalić, że ma w załodze zdobywcę Everestu. Minister zapytał, czy chcę skuter Lambretta, czy kolorowy telewizor. Wziąłem telewizor.
Po Evereście należą się porządne wakacje. Cichy umawia się z Wielickim, że zabiorą swoje żony do Włoch. Wielicki nie ma jeszcze prawa jazdy, więc ekspresowo robi kurs i zdaje egzamin, dokumenty odbiera w piątek, a w sobotę ruszają w drogę "maluchami" koloru sahara. Oba samochody są wypełnione wałówką, namiotami, śpiworami, bo najtaniej nocować na kempingach. - Były z nas dwa zielone listki - wspomina Cichy. - Jak wjechaliśmy w Wiedniu na ring, to objechaliśmy go dookoła trzy razy, bo nie udawało się nam zjechać. Ale wakacje były fantastyczne, dojechaliśmy aż do Neapolu. Krzyś okazał się świetnym kompanem: jest bezkonfliktowy, lubi wino, śpi krótko.
*
Dziennikarze chcą wiedzieć wszystko. Kim jest Cichy? A kim Wielicki? Skąd się wziął, co robi, czym jeździ? Gazety przypominają tę samą suchą, oficjalną notkę: "Trzydziestolatek, inżynier elektronik z Wrocławia, zdobywca kilku najtrudniejszych dróg alpinistycznych na Kaukazie, autor pierwszego wejścia lewym filarem północnej ściany Kohe Szachaur w Hindukuszu, zdobywca Piku Korżniewskiej i Piku Komunizma w Pamirze, rok wcześniej zdobył Annapurnę".
Za mało.
Mama Gertruda urodziła się w 1916 roku w Saarbrücken w Zagłębiu Saary. Jej rodzice wyjechali tam z Wielkopolski za chlebem. Kiedy odrodziła się Polska, wrócili.
Ojciec Edmund, rocznik 1905. Skończył kolegium nauczycielskie i 1 września 1930 roku dostał posadę kierownika szkoły w Szklarce Przygodzickiej koło Ostrzeszowa. Gertruda była jego uczennicą. Gdy skończyła szkołę, wzięli ślub.
Matka Krzysztofa nie pracowała, zajmowała się domem. Ojciec nigdy by na to nie pozwolił. Był zasadniczy, uważał, że mężczyzna musi zarobić na utrzymanie rodziny. W szkolnym ogródku hodował jedwabniki, miał też grządki z ziołami. Za mieszkanie przy szkole musieli płacić, ale ludzie ze wsi przynosili warzywa i mięso. Dobrze im się wiodło.
W marcu 1939 roku Edmund dostaje powołanie do wojska. Podczas kampanii wrześniowej zostaje wzięty do niewoli, przez całą wojnę siedzi w niemieckim oflagu. Potem wraca do Szklarki. Dla nowych władz jest podejrzany, ale kraj potrzebuje nauczycieli, więc w styczniu 1946 roku Edmund odzyskuje posadę kierownika szkoły.
Wkrótce potem na świat przychodzi Zbyszek, a 5 stycznia 1950 roku rodzina Wielickich powiększa się o kolejnego chłopca - Krzysztofa.
- Dzieciństwo mieliśmy wspaniałe - mówi Zbigniew Wielicki, starszy brat.
Gertruda i Edmund Wieliccy z synami Krzysztofem i Zbigniewem. Mały Krzyś na kolanach mamy. Szklarka Przygodzicka. 1950 rok.
Krzysztof wspomina wakacje, na które do Szklarki przyjeżdżał jego kuzyn. Pakowali wałówkę do chlebaków i wychodzili do lasu: budowali szałasy, rozpalali ogniska, gadali o tym, że jak dorosną, zamieszkają na stałe w szałasie albo w ziemiance, będą gotować na ognisku, jeść to, co upolują. Albo zbudują tratwę i popłyną na koniec świata.
Ta tratwa chodzi Krzysztofowi po głowie. Kiedy jest w ósmej klasie, starszy brat, student, pomaga mu obliczyć, ile trzeba belek o jakim ciężarze, żeby nie zatonęła, rysuje przekroje. Profesjonalna robota. Według projektu tratwa mierząca trzy metry długości i dwa szerokości powinna unieść dwie osoby i kilkadziesiąt kilogramów bagażu.
Krzysztof Wielicki (pierwszy z prawej w górnym rzędzie) uczy się w szkole w Szklarce Przygodzickiej, której kierownikiem jest jego ojciec. Rodzice dają synowi sporo swobody, nie pytają o lekcje, pozwalają późno wracać do domu i cieszą się z jego samodzielności.
Kuzyn Krzysztofa pali się do pracy. Boją się, że złapie ich leśniczy, ale ścinają drzewo w lesie. Robota jest trudna, idzie im wolno. Musieliby ciąć chyba przez miesiąc, żeby tratwa była porządna. To za długo, więc z bólem serca porzucają zamiar.
Rodzice przymykają oczy na szalone pomysły, dają dzieciom swobodę. Nie pytają o lekcje, pozwalają wracać późno, cieszą się, że chłopcy tacy samodzielni. W domu obowiązuje tylko jedna zasada: mają być mili i uprzejmi dla innych. Ojciec nie toleruje chamstwa i kłamstwa, za to jest lanie. Dobre maniery i prawdomówność ojciec wbija synom w skórę cienką trzcinką.
W Szklarce Przygodzickiej jest niewiele do roboty, rodzice Krzysztofa nie mają własnego gospodarstwa. Syn może jedynie pomagać kolegom kopać kartofle albo paść krowy. Fajna sprawa, bo przy okazji rozpala się ognisko, piecze ziemniaki w gorącym popiele albo puszcza latawce.
Zbigniew dokłada opowieść o ojcu, który zaraz po wojnie jechał przez las swoim starym rowerem. Wyskoczył radziecki żołnierz. - Spirt u was jest? - pyta. Oczywiście, że jest. Spirytus to po wojnie mocna waluta, każdy powinien go mieć. Żołnierz zabrał ojcu alkohol, ale był na tyle uczciwy, że dał mu w zamian solidny niemiecki rower, który służył później Wielickim przez lata. Bracia uczyli się na nim jeździć pod ramą, bo nie sięgali pedałów.
Albo historia o tym, że Krzychu miał ksywkę Budnik Namiotnik, bo uwielbiał budować szałasy.
Krzysztof Wielicki (pierwszy z lewej) z bratem Zbigniewem podczas rodzinnej wyprawy w góry.
Albo o szafie z pomocami naukowymi. Młodzi Wieliccy, bądź co bądź synowie kierownika wiejskiej szkoły, eksperymentowali z odczynnikami chemicznymi. - Braliśmy ceramiczny pojemnik i wrzucaliśmy do niego trzy, cztery substancje na chybił trafił. Czekaliśmy, co się stanie. Czasem dymiło, bulgotało. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje, ale było super! - wspomina Zbigniew.
Kiedy konstruują modele rakiet, potrzebują paliwa. W gazecie wyczytują, że trzeba wymieszać siarkę z nadmanganianem potasu. Zbigniew: - Wzięliśmy odczynniki z szafy ojca, zmieszaliśmy je i postawiliśmy na piecu, żeby się delikatnie podgrzały. Nie pomyśleliśmy, że mama zacznie gotować obiad. Podłożyła węgla do pieca, rozgrzała płyty do czerwoności... jak nie walnie! Dobrze, że nie było nas pod ręką.
Albo historia z kupionym na odpuście pistoletem na korki. - Zacząłem wydłubywać zawartość nabojów. Oczywiście, że huknęło. Drobinki ładunku wbiły mi się w oko, matka zerwała się z łóżka, bo już było późno, i włożyła mi głowę do wiadra z wodą. W zamieszaniu ładunki spadły ze stołu. Następnego dnia rano ojciec szedł z sypialni do kuchni i nadepnął na nie. Znowu łupnęło - śmieje się Zbigniew. - Rodzice się z nami nie nudzili.
Bracia mieli sposób na uniknięcie lania. - Jak nabroiliśmy, wchodziliśmy wieczorem do sypialni przez okno. Kładliśmy się do łóżek bez mycia i bez kolacji. Ojciec już nas nie wyciągał, a rano był przecież nowy dzień - opowiada Zbigniew.
O Krzysztofie mówi, że od dziecka był zawzięty. - Był słabszy ode mnie, ale łapał, co miał pod ręką, kamień czy kij, i próbował mi oddać. Mimo to trzymaliśmy sztamę - zapewnia Zbigniew. - Kiedy zdarzyło mi się poturbować brata, ojciec pytał Krzycha, czy mam dostać trzcinką po tyłku. Trzy minuty wcześniej brat by mnie zabił, ale przy ojcu prosił, żeby mnie nie bił.
*
W 1963 roku Krzysztof idzie do liceum w Ostrzeszowie i zaczyna się nowa wielka przygoda - harcerstwo.
Drużyna nie ma harcówki, więc harcerze spędzają czas na rajdach, biwakach, grach terenowych. Zdobywają kolejne odznaki i sprawności: czytanie mapy, wiązanie węzłów, alfabet Morse'a, a do tego grają w piłkę nożną, siatkówkę, koszykówkę. Wielicki jest niziutki, drobny, musi walczyć o pozycję. Z boiska schodzi albo ostatni, albo wtedy, gdy już nie może ruszyć ręką ani nogą. Mówi, że lubi się umordować do cna. Koledzy go za to szanują - ilu jest takich jak on?
W liceum w Ostrzeszowie Krzysztof Wielicki zapisuje się do harcerstwa. - Ono mnie ukształtowało, nauczyło zaradności, samodzielności i dało poczucie własnej wartości - podkreśla.
Lato to czas obozów harcerskich. Z wyjazdów do lasów i nad jeziora Krzysztof zapamiętał szczególnie ten do Jarkowic w Sudetach. - Tam po raz pierwszy doświadczyłem, czym są góry - wspomina. Wędrówka górskimi szlakami trochę męczy, ale daje cholerną satysfakcję, a duma wynika także ze zdobycia sprawności "trzech piór". Przez dobę nie można wypowiedzieć słowa, nie można nic jeść, trzeba przesiedzieć w lesie cały dzień i noc. I to w ukryciu, bo nikt nie może zobaczyć harcerza, który chce dostać "trzy pióra". Wielicki nie boi się samotnej nocy w lesie, próbę przechodzi zwycięsko.
Zawsze będzie mówił, że harcerstwo go ukształtowało, dało poczucie własnej wartości, nauczyło zaradności i samodzielności. Krzysztof dużo potrafi, ale gdy trzeba, nie wstydzi się prosić o pomoc - zawsze może liczyć na kolegów. Jest jednym z najbardziej wybijających się chłopaków w drużynie. Cieszy go ten splendor.
Na Politechnice Wrocławskiej panuje ostra rywalizacja. Mieszkający w akademiku Krzysztof Wielicki pilnuje ocen, nie stroni jednak od życia towarzyskiego.
W liceum jest najlepszy z matematyki: gdy nikt nie potrafi rozwiązać zadania, profesor woła go do tablicy. - Chodź no tu, maluśki. Pokaż, jak to zrobić - mówi. Dla Wielickiego nawet zadania przygotowane z myślą o studentach matematyki nie są żadnym problemem. Z marszu dostaje się na elektronikę na wrocławskiej politechnice.
Na uczelni panuje ostra rywalizacja, już w pierwszym semestrze władze skreślają pięćdziesięcioro studentów. Wielicki pilnuje ocen. Tylko raz upija się na umór - na pożegnalnej imprezie kolegi z pokoju w akademiku, który z dwoma dwójami opuszcza politechnikę. Leje się wódka, Krzysztof odpływa.
Jest już za stary na harcerza, ale zapisuje się do studenckiego klubu turystycznego. Niemal w każdy weekend jest na rajdzie, najchętniej w Sudetach. Na trzecim roku jedzie z klubem w Sokoliki - to mekka wspinaczy skałkowych, sto kilometrów od Wrocławia. Jacyś faceci spięci linami wspinają się po pionowej ścianie. Wielicki patrzy na nich jak zahipnotyzowany, też chce spróbować. W wywiadach opowie: "Wszedłem w małą, może ośmiometrową skałkę, intuicyjnie chwytając się wszystkiego, co się dało. Zrobiłem ze cztery metry i utknąłem. Spojrzałem w dół, wydawało się dość wysoko, skok byłby niebezpieczny. Byłem sam, nie wiedziałem, co dalej robić, w końcu się przełamałem. Znalazłem chwyt i kolejny, podparcie dla stopy, zacząłem wchodzić wyżej. Na szczycie skałki czułem się jak po torturach, byłem cały obolały. Ręce mi się trzęsły, ale już wiedziałem, że będę się wspinał".
Od tej pory każdą wolną chwilę spędza w skałkach. W pamiętnikach zostały po tym entuzjastyczne wpisy:
"Bogdan Jankowski pokazuje nam zjazd w kluczu i szelki. Zjeżdżam, ile się da. Trze trochę w kroku, ale co zrobić - brak techniki".
"Sesja [na uczelni] przerywa nam wyjazdy w skałki, ale ciągle myślimy o wspinaczce".
"Idziemy na duży Sokolik, pierwszy raz w życiu prowadzę".
"Sokolik, odpadam ze trzy metry. Nawet przyjemne uczucie".
"Najlepsze są dupozjazdy".
Na trzecim roku Krzysztof Wielicki (z lewej) odwiedza Sokoliki, mekkę wspinaczy skałkowych. - Na szczycie skałki czułem się jak po torturach, byłem cały obolały. Ręce mi się trzęsły, ale już wiedziałem, że będę się wspinał - wspomina.
Skałki, skałki, tylko skałki. Krzywa przez Żubra, Sukiennice Kantem, Parszywa Świnia... Wieczorami ognisko, jajecznica z własnoręcznie zebranymi grzybami, gitara, no i opowieści o babach, karabinkach i Tatrach. Fantastycznie!
Starsi wspinacze namawiają studentów na wizytę w Klubie Wysokogórskim. Wielicki dostaje wkrótce status członka-sympatyka, ale z prawem udziału w zebraniach. Dyskutują o Tatrach, Alpach, Pamirze, o tym, które drogi są najtrudniejsze, gdzie można by pojechać. Wielicki też by chciał jeździć, rwie się do wspinaczki, ale starsi zniechęcają. Nie pożyczą liny ani młotka, ani czekana. - Jak chcesz się wspinać, młody, to sam zakombinuj. Trzeba se zakombinować - mówią. Młodzi mogą liczyć tylko na Wandę Rutkiewicz. Szkoli, pokazuje sztuczki, zdradza tajemnice, dzieli się adresami, gdzie można kupić liny, sprzęt i ubrania. I przestrzega, że wspinaczka to nie są żarty.
Wiosna 1971 roku. Sobota, leje jak z cebra. Na Sokolikach pusto - kto by się wspinał w taką pogodę? Wielicki nie może się powstrzymać. Namawia jednego z kolegów, żeby z nim poszedł. Krzysztof pierwszy wchodzi w skałę, wbija hak. Wspina się kilka metrów wyżej i kiedy próbuje zmienić chwyt, stopa obsuwa się na mokrym kamieniu. Spada na skalną półkę, ale uderzenie spycha go z niej, leci w dół. Lina wytrzymuje, Wielicki zawisa metr nad ziemią. Zły na siebie, nie rozumie, co się stało - wypadki przytrafiają się przecież tylko innym.
Wszystko go boli, ale jest weekend. Może samo przejdzie? W poniedziałek nie może już wytrzymać. W szpitalu stwierdzają kompresyjne złamanie trzech trzonów kręgowych na odcinku lędźwiowym i zakładają mu gipsowy gorset od pachwiny po szyję. Lekarz mówi, że miał szczęście, bo gdyby odpryski kręgosłupa uszkodziły sploty nerwowe, wylądowałby na wózku. W gorsecie powinien chodzić przez dwanaście tygodni, musi też zostać w szpitalu - ale mu się nudzi, więc po dziewięciu dniach ściąga gorset i ucieka ze szpitala.
Ta legenda ma dwie wersje. Bardziej spektakularna: kumple potajemnie przynoszą mu ubranie i wyprowadzają go przez dach. Bardziej prawdziwa: Wielicki przekonuje pielęgniarkę, żeby przyniosła mu ubranie. Wychodzi na korytarz, nikt go nie zatrzymuje.
Fakty: musi pojechać do domu na ślub brata, a nie chce martwić rodziców, dlatego rozcina gips. W pamiętniku napisze: "Prawdopodobnie pojadę na Słowację, na kurs organizowany przez nasz Klub Wysokogórski". Ale w klubie wiedzą o kontuzji, więc nie ma mowy o wspinaniu. "Dlatego pracuję na wyjazd w sierpniu. Lipiec spędzam nie tylko we Wrocławiu. Próbuję już w skałkach". Kręgosłup zdaniem Krzysztofa boli już tylko trochę.
Pod koniec lipca dwudziestojednoletni Wielicki odwiedza rodziców, którzy wypoczywają nad morzem. "Mama doznała szoku nerwowego. O moim upadku dowiedziała się od ciotki, a ta z kolei z listu, który pisałem do brata. Obiecuję, że w Tatrach oczywiście nie będę się wspinał, tylko chodził turystycznie" - napisze w pamiętniku.
6 sierpnia, ważny dzień. Pierwsza droga w Tatrach: "Jak wielu początkujących wybieramy Płytę Lerskiego i Grań Kościelców. Oczywiście ja prowadzę. Na samej płycie kąpie nas deszcz, już w strachu, ale przechodzi. Wracamy dość późno, ale już jesteśmy taternikami".
- Rodzice nigdy nie zabronili Krzyśkowi się wspinać, choć bardzo się bali - wspomina Zbigniew. - Babcia załamywała tylko ręce, gdy Krzysiu przyjeżdżał do domu na święta czy rodzinne uroczystości. Zawsze w lichej kurteczce, podartym sweterku, zapuszczone wąsy, długie włosy. Powtarzała: "Jak ten Krzysiu wygląda...".
*
Jesień 1971 roku jest szalona. Studia, skałki, studia, Tatry, skałki, Tatry, skałki, Tatry... Wspinaczka, biwaki, ogniska, opowieści, wino tańsze niż herbata. Historie, gitara, śmiech. Nauka partnerstwa liny i współżycia w górach. - Dzieliliśmy się ostatnim łykiem herbaty i kromką chleba. Nie wyobrażam sobie, że alpinista mógłby nie mieć odruchu dzielenia się - mówi Krzysztof.
Zimą jest już zdrowy. Z marszu pokonuje trasę na północno-wschodniej ścianie Pośredniej Grani. Pogoda pod psem, sypie śnieg, inne zespoły się wycofują, a Wielicki nie ustępuje. 1 stycznia w osiem godzin pokonuje północną ścianę Mięgusza. Wspina się na Kopie Lodowej i Lodowym Szczycie, gdzie zdarza mu się pierwszy bardzo poważny wypadek. Hak za łatwo wchodzi w szczelinę, nie wytrzymuje ciężaru. Krzysztof odpada od ściany, leci w kilkusetmetrową przepaść, wyrywa kolejne haki, odbija się od ośnieżonej ściany, w końcu zawisa na jednym z ostatnich haków. Strach trwa tylko chwilę - może to adrenalina sprawia, że natychmiast zaczyna się wspinać. Najważniejsza jest ściana. Nocuje na skalnym występie, dzwoniąc zębami z zimna. Nie ma kurtki puchowej, może włożyć nogi do plecaka, ale co to daje? Z kursu pamięta, że nie może zasnąć, musi się choć trochę ruszać, nie wyziębić się. Przez całą noc śpiewa piosenki, słowa wymyśla na poczekaniu - górski dadaizm. Nie rezygnuje i następnego dnia staje na szczycie.
Pod koniec studiów Krzysztof Wielicki każdą wolną chwilę spędza w Sudetach lub Tatrach.
Determinacja robi wrażenie na starszych członkach klubu, którzy stosują zasadę: młodym raczej nie pomagać. To test - kto ma w sobie wolę wspinaczki, będzie alpinistą, choćby mu rzucano kłody pod nogi.
"Zima od razu mi przypasowała" - napisze Wielicki w pamiętniku. Lubi sytuacje, gdy musi sobie radzić sam, pokonywać swoje słabości i ograniczenia. Szybko się uczy. Już wie, że na przykład nie wolno leżeć na śniegu, bo ciało bardzo szybko się wyziębia. Lepiej siedzieć, bo marznie się tylko dupą i stopami.
Starzy po cichu szepczą: - Będą ludzie z tego Wielickiego.