W lipcu 1947 roku w wydawanej na Śląsku i w Zagłębiu "Trybunie Robotniczej", obok informacji o poszukiwaniu wykwalifikowanych stolarzy, ukazało się nietypowe ogłoszenie: "Studio Filmowe w Katowicach poszukuje zdolnych rysowników do działu filmów rysunkowych. Zgłoszenia: Studio Filmowe, Mickiewicza 9, tel. 34215".
Autorem anonsu był Zdzisław Lachur, zapaleniec i pasjonat filmu animowanego, malarz; przed wojną podobno próbował także swoich sił w Kanadzie jako hokeista. Lachur dobiegał trzydziestki, potrafił oczywiście rysować, ale nie miał pojęcia o animacji. W zniszczonej wojną Polsce pracował w Komitecie Wojewódzkim Polskiej Partii Robotniczej. I wciąż pamiętał ten zaczarowany wieczór sprzed prawie dziesięciu lat.
Jesienią 1938 roku do polskich kin weszła Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków. Ten pierwszy pełnometrażowy film animowany Walta Disneya stał się przebojem. Bajka zauroczyła Amerykę i podbiła Europę, a teraz zdobywała serca Polaków - nie tylko najmłodszych. Do kas biletowych stały długie kolejki, w salach kinowych co rusz rozlegały się brawa, a w prasie ukazywały się niemal wyłącznie entuzjastyczne recenzje. Swoje zrobił polski dubbing do filmu, nagrywany najprawdopodobniej w profesjonalnym studiu w Berlinie. Reżyserią polskiej wersji językowej pokierował Ryszard Ordyński, pochodzący z Makowa Podhalańskiego reżyser filmowy i teatralny, który już wcześniej współpracował z amerykańskimi wytwórniami. Teksty piosenek i dialogi przygotował niezrównany Marian Hemar, znany poeta, satyryk i komediopisarz, twórca szlagierów, w tym słynnego tanga argentyńskiego Upić się warto. No i gwiazdorska obsada! Piosenki krasnoludków wykonywał słynny Chór Dana, kwartet wokalny założony przez Władysława Daniłowskiego, w składzie między innymi z Mieczysławem Foggiem. Maria Modzelewska, jedna z najwybitniejszych aktorek teatru międzywojennego, użyczyła głosu Królewnie Śnieżce. Aleksander Żabczyński był królewiczem, Leokadia Pancewiczowa - królową, a Stefan Jaracz leśniczym.
"Królewna Śnieżka stanowi niewątpliwie początek nowego etapu w kinematografii. Po próbach rysunkowych i kolorowych stworzono długometrażowy film, nieznający trudności technicznych w realizacji fantastycznych pomysłów" - donosił zaraz po premierze "Kurier Wieczorny". "Rewelacja XX wieku! Film cudo!" - reklamował Śnieżkę krakowski "Głos Narodu". Entuzjastycznie w sprawie przeboju Disneya wypowiedział się nawet "Robotnik", pismo Polskiej Partii Socjalistycznej: "Nic nie może być porównane z tym filmem, który wykroczył poza ramy zwykłego kina, rozpoczynając zwycięski pochód nowej ery w dziedzinie kinematografii. Miliony widzów na całym świecie oczarowała i wprawiła w zdumienie Królewna Śnieżka, a jury tegorocznej Wystawy Filmowej w Wenecji nagrodziło wspaniałe arcydzieło Disneya najwyższą nagrodą specjalną".
Podobnie przyjmowano filmy Walta Disneya w innych krajach. Kiedy ten amerykański reżyser i animator wyruszył w podróż do Europy (namówił go brat Roy, który chciał chociaż na trochę wyrwać Walta z wytwórni i pozwolić mu odetchnąć), ze zdumieniem stwierdził, że choć w Stanach Zjednoczonych jako biznesmen wciąż się tylko dobrze zapowiada, tu jest prawdziwą sławą. W Londynie został zaproszony na oficjalne przyjęcie u rodziny królewskiej, na co w ogóle nie był przygotowany. W panice razem z Royem wypożyczali odpowiednie stroje, by się jakoś zaprezentować. W Paryżu odkrył, że są kina, które wyświetlają wyłącznie jego filmy - w Stanach kreskówki były tylko przystawką do filmów fabularnych. W Ameryce Disney długo walczył o przetrwanie, a każdy film oznaczał "być albo nie być" dla wytwórni - nieudany wybór mógł się skończyć bankructwem. W Europie stawał się już kultowy, krytycy go wychwalali, a publiczność tłumnie chodziła na jego filmy.
Wśród milionów Polaków, którzy zasiedli w kinach z rozdziawionymi ustami, był też młody Zdzisław Lachur. Razem z grupą kolegów kilkadziesiąt minut stał po bilety przed kinem Zagłębie w samym centrum Sosnowca, by w końcu zasiąść w wygodnym fotelu. Potem, zafascynowany filmem, jeszcze kilka razy wymykał się z domu, by zobaczyć bajkę ponownie. "To była niesamowita robota. Byłem jak zauroczony. To wtedy postanowiłem sobie: "Musisz zrobić kiedyś takie filmy dla polskich dzieci!"" - wspominał. Marzył, że kiedyś zajmie miejsce obok amerykańskiego geniusza animacji. Po drodze była jednak wojna. Po jej zakończeniu Lachur nadal nie miał żadnego doświadczenia w robieniu filmów, a Polska dopiero dźwigała się z gruzów. Wydawało się, że nie jest to dobry czas na marzenia o Królewnie Śnieżce.
Zaczął sam. Przytulił się do redakcji "Trybuny Robotniczej". Po wielu latach opowiadał, że udało mu się porozmawiać z samym Edwardem Ochabem, późniejszym przewodniczącym Rady Państwa, a tuż po wojnie I sekretarzem PPR w Katowicach, i przekonać go do swojego pomysłu założenia studia filmowego. Ale może to być tylko jedna z legend, które tworzył.
Ogłoszenie w "Trybunie Robotniczej", 1947
Mimo braku wykształcenia i warsztatu w pojedynkę nakręcił propagandowy Senat z wozu, koniom lżej. Był to pierwszy film animowany, który powstał na Śląsku po II wojnie światowej. Kilkusekundowa animacja namawiała do wzięcia udziału w czerwcowym referendum w 1946 roku; odpowiedź trzy razy "tak" na zadane pytania, między innymi o likwidację senatu, miała się stać społecznym głosem poparcia dla rządów komunistów. Zdzisław Lachur uznał, że przydadzą się teraz dobre filmy propagandowe, nowa władza potrzebowała agitek. Jego minianimacja była prościutka. Drogą pędzi wóz, podskakuje na kamieniu oznaczonym "3 x tak". Z wozu spada gruba postać - personifikacja senatu. Bez tego ciężaru wóz radośnie pędzi dalej w świetlaną przyszłość.
Lachur szybko zdał sobie jednak sprawę, że w pojedynkę - a nawet z bratem Maciejem, również malarzem - niewiele zdziała. Mało jest czynności bardziej wymagających współpracy grupy ludzi niż tworzenie animacji. Aby powstała jedna tylko sekunda filmu, trzeba aż dwudziestu czterech nieznacznie różniących się rysunków. Tymczasem Lachur miał na razie zaledwie pusty pokój podnajęty od "Trybuny". Można by sądzić, że zapatrzył się w cytat z Ziemi obiecanej Reymonta: "Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę".
Mimo to dał ogłoszenie. W jego rezultacie powstało studio, na którego filmach wychowali się właściwie wszyscy.
Eksperymentalne Studio Filmów Rysunkowych w Katowicach oficjalnie rozpoczęło działalność 1 września 1947 roku. Jego pierwszą produkcją miało być Ku nowej Polsce, ale Lachur skończył ten film wcześniej. Ku nowej Polsce się nie zachowało, wiadomo tylko, że był to fabularyzowany dokument ze zdjęciami trickowymi, a tytuł został zapewne zaczerpnięty z referatu Władysława Gomułki wygłoszonego na I Zjeździe PPR. Tak opisywała go "Trybuna Robotnicza" 11 lutego 1947 roku: "Film ten jest dokumentalny. W pewnych epizodach przewyższa Zakazane piosenki. Jest tu pokazana ciężka, śmiertelna walka z okupantem i droga pracy do nowej Polski po wojnie".
Pierwsze dni działalności Studia bardzo dobrze zapamiętał Alfred Ledwig, jeden z jego współzałożycieli. "Miałem osiemnaście lat, puste kieszenie, na utrzymaniu matkę, która szyciem w rękach nie była w stanie finansować mi dalszych studiów, i miałem młodzieńczy entuzjazm, podbudowany wybujałą fantazją, kształtowaną w dzieciństwie. To wszystko pomogło mi się zdecydować na ten krok" - pisał.
"A teraz parę informacji o filmach zrealizowanych w początkowym okresie. Miała wówczas miejsce udana próba (1947) znalezienia nowego sposobu animowania. Ożywiłem mianowicie postać siedzącej sowy. Koledzy ulegli złudzeniu, że poszczególne fazy ruchu mają po kilka międzyfaz - choć nie było ich wcale. Dziś już sposób ten stosuje się dość często, ale wówczas nie było klimatu korzystnego dla eksperymentów" - tak z kolei pierwsze drobne radości i odkrycia Studia wspominał w tygodniku "Ekran" w 1962 roku sam Lachur.
Wśród wytypowanych przez niego rysowników, którzy zjawili się ze swoimi pracami w redakcji "Trybuny Robotniczej", znalazły się wszystkie późniejsze sławy Studia - autorzy filmów, które zawładnęły wyobraźnią całych pokoleń Polaków. Na przesłuchania zaproszono kilkadziesiąt osób. Lachur wybrał spośród nich te najlepiej rysujące. Do zespołu, poza jego bratem Maciejem, dołączyli wtedy: Władysław Nehrebecki, Leszek Lorek, Alfred Ledwig, Mieczysław Poznański, Aleksander Rohoziński, Wiktor Sakowicz, Rufin Struzik, Wacław Wajser, Antoni Pradella.
Zdzisław Lachur
Źródło: archiwum Ryszarda Będkowskiego
Nehrebecki, ledwie trzy lata młodszy od Lachura, na egzaminie do Studia przedstawił czarno-biały komiks Przesław znad Odry. Ta znakomicie narysowana opowieść z prapoczątków państwa polskiego traciła nieco z powodu swego propagandowego przesłania. Oto bohaterski Przesław po powrocie z polowania zastaje swoją osadę spaloną, a ojca zabitego. Poprzysięga zemstę Niemcom, którzy tego dokonali, i rusza za nimi w pościg. Autor Przesława miał dopiero dwadzieścia cztery lata, ale w dorobku - mimo wojny - już dwa wydane komiksy. Oba były drukowane w "Nowym Świecie Przygód", kontynuacji przedwojennego "Świata Przygód", pisma wydawanego w nakładzie dwustu tysięcy egzemplarzy.
"To brukowe pisemko najgorszego typu sensacyjnego - pisał o nim Olgierd Budrewicz, znany dziennikarz i podróżnik - ukazuje się obecnie w Katowicach, podczas gdy przed wojną ukazywało się w Warszawie. To jest zresztą jedyna różnica. Poza tym bowiem "Świat Przygód" [...] wygląda niemal identycznie jak przed wojną". Pismo było krytykowane również za "naleciałości burżuazyjne". Działaczka komunistyczna i pisarka Helena Bobińska twierdziła, że ma ono szkodliwy wpływ ideologiczny na młodzież i wpaja jej wartości obce społeczeństwu socjalistycznemu. Nic dziwnego, że nie przetrwało długo - najpierw zaczęło drukować coraz więcej opowiadań chwalących działania kolektywne i wspólną pracę, a wkrótce zostało zmienione w wydawany przez Związek Harcerstwa Polskiego "Świat Młodych".
Nehrebecki współpracował również z wydawanym w Katowicach tygodnikiem "Co Tydzień Powieść" (reklamowanym jako "jedyne w Polsce czasopismo beletrystyczne"). Zilustrował tu ukazujące się w odcinkach powieści o wiele mówiących tytułach: Przygoda z powabną oberżystką angielskiego pisarza Williama Johna Locke'a czy Ostatni skalp Nawaja Alfreda Szklarskiego. Ten ostatni, później autor bestsellerowej wielotomowej sagi o przygodach Tomka Wilmowskiego i jego przyjaciół, pisał pod pseudonimem Fred Kid. Nie mógł publikować pod swoim nazwiskiem, bo w czasie okupacji pracował dla niemieckich gadzinówek. Z tą samą oficyną współpracował między innymi młody Stanisław Lem.
Pojawienie się na przesłuchaniu - czy raczej "rysowaniu" - Rufina Struzika było zdarzeniem niemal surrealistycznym. Zdzisław Lachur, który przyjmował go do pracy, był jeszcze nikim, Struzik zaś - według legendy, która przyszła za nim do Studia - razem ze starszym bratem rysował słynnego Bezrobotnego Froncka. Franciszek Struzik, autor Froncka, zginął w czasie wojny w Oświęcimiu; Rufin przeżył, a jego niezwykłe zdolności rysunkowe mogły dowodzić, że w tej legendzie kryło się ziarno prawdy. Komiks ukazywał się od 1932 roku aż do wybuchu wojny w piśmie "Siedem Groszy", należącym do Wojciecha Korfantego. Froncek był maskotką tej gazety i niesłychanie nakręcał jej sprzedaż. O jego popularności niech świadczy fakt, że w 1939 roku gazeciarze z Katowic zgodzili się przeznaczyć część swoich zarobków na Fundusz Obrony Narodowej, życząc sobie jednak, by zakupiony z tych środków bombowiec nazwano właśnie "Froncek", na cześć bohatera ich ulubionego komiksu, rozpoznawalnego na równi z Koziołkiem Matołkiem.
Struzikowie opublikowali ponad dwa i pół tysiąca odcinków jego przygód, każdy rysunek podpisany był zrymowanym czterowierszem. Spryciarz Froncek podłapywał różne fuchy i wkręcał się na uroczystości, a wszystkie jego działania miały przynieść jakieś pieniądze. Raz na przykład urodziły mu się szczeniaki i przyszedł do niego komornik, który nakazał mu zapłacić za każdego pięć złotych podatku. Froncek, przerażony wydatkami, sprzedał pieski na targu, był jednak smutny, bo się do nich przywiązał. "Ale kiedy wszedł do domu / aż z radości zadrżał cały / bo pod drzwiami wszystkie pieski / grzecznie go oczekiwały". Po wojnie oczywiście nie było na łamach prasy miejsca dla bezrobotnego cwaniaka; Rufin musiał sobie szukać nowego sposobu na życie.
Wacław Wajser zaprezentował zbiór rysunków do reportaży prasowych o armii generała Maczka.
Antoni Pradella zachwycił zręcznymi karykaturami różnych idoli amerykańskiego kina. W Studiu mówiło się, że jest spadkobiercą cyrkowej fortuny - podobno jego rodzice byli Włochami, podobno mieli wielki cyrk. Nigdy tego nie dementował, a wszystkie dziewczyny leciały na takie opowieści.
Być może w najdziwniejszy sposób los doprowadził wkrótce do Studia Franciszka Gruszkę, znanego również jako François Gruska. Urodził się i wychował we Francji, a po wojnie przyjechał odwiedzić Polskę, kraj swoich rodziców, i już nie mógł się z niej wydostać. Mówił po polsku z wyraźnym francuskim akcentem. Został szoferem: najpierw woził śląskich dygnitarzy, w tym Edwarda Gierka, przyszłego I sekretarza PZPR. Wszystkim partyjnym notablom imponował elegancki kierowca biegle władający językiem francuskim. Gruszka jednak marzył tylko o tym, żeby się urwać i zacząć robić cokolwiek innego, więc kiedy dowiedział się o katowickim Studiu, natychmiast się w nim zatrudnił. Chciał być nie reżyserem, ale kopistą - przenosić piórem rysunki animacyjne na celuloidowe plansze, do czego wystarczała "spokojna ręka".
Mroczną tajemnicą Studia pozostało to, że większość jego pierwszych pracowników, tych, którzy je zakładali i rozwijali, stanowili... byli żołnierze Wehrmachtu. Ponieważ jednak było ich tak wielu, a wojna powoli zaczynała się stawać wspomnieniem, zamiast trzymać przeszłość w tajemnicy, po prostu ją obśmiewali. "Tylko nie krzyknij tu przez pomyłkę "Heil Hitler" - strofował ktoś żartobliwie Wacława Wajsera. - Bo tu zaraz cała drużyna wstanie w Studio i zahajluje". O wojennej przeszłości kolegów - po tej niewłaściwej, niemieckiej stronie - pisał w swoich niewydanych wspomnieniach Ledwig. Dla bezpieczeństwa nie używał nazwisk, najwyżej inicjały, bo choć w Studiu dla nikogo nie stanowiło tajemnicy, kto gdzie służył, to nie było to coś, czym wypadało się chwalić na zewnątrz. "W.W. służył w artylerii przeciwlotniczej, A.P. był marynarzem U-Boota, P.K., S.S., A.M., M.W. służyli w piechocie i choć przy sposobności przechodzili do formacji polskich na Zachodzie czy do partyzantów, jak na przykład P.K., to jednak ich życiorysy, jak i mój, były dla nowej władzy komunistycznej "trefne" i zaliczano nas do kategorii podejrzanych, wymagających ciągłej kontroli, badania, stąd to częste stosowanie ankiet personalnych".
Kim był S.S. służący w piechocie? To jeden z najlepszych animatorów Studia, Stefan Simka, który do Wehrmachtu trafił w 1942 roku. W lutym tego roku Simka, trzydziestoletni syn robotnika kolejowego, który marzył, że kiedyś zostanie rysownikiem, stawił się w Pszczynie, gdzie odbywał się nabór. Niemcy szukali wszelkich wzmocnień, naginali swoje narodowościowe zasady, byle tylko zrekrutować jak największą liczbę poborowych. Wojna ze Związkiem Radzieckim trwała już ponad pół roku, na froncie konieczne były wciąż nowe posiłki. Simka ze swoim oddziałem ruszył na wschód. W pierwszych dniach sierpnia dotarł pod Stalingrad. Było upalne lato, gorąc lał się z nieba i dawał się we znaki. 9 sierpnia rano Niemców zaatakowała radziecka 64 Armia, która miała wsparcie z powietrza 8 Armii Lotniczej; ta w ciągu dnia wykonała blisko pięćset lotów bojowych.
To było piekło. Simka i jego koledzy przez pierwsze godziny nie wychodzili z okopów. Następnego dnia Ślązak z Kobióra nie zapomniał do końca życia. Rosjanie wściekle atakowali, wydawało się, że jest ich niekończąca się masa. Nagle Simka poczuł ogromny ból: trafił go pocisk. Potem zemdlał.
Niemcy tego dnia stracili ponad pięćdziesiąt czołgów i zostali wyparci poza zewnętrzny pierścień obrony Stalingradu. Simka zaś stracił prawą nogę. Kiedy trafił do szpitala w Austrii, lekarze zdecydowali jednoznacznie - musi zostać amputowana tuż poniżej kolana. Tułał się po szpitalach przez kolejnych kilka miesięcy, wreszcie wrócił na rodzinny Śląsk. Do końca wojny pracował w magistracie Katowic.
Przez wiele lat pracy w Studiu Simka miał popisowy kawał. Kiedy tylko pojawiała się nowa pracownica, niby to usiłował podciągnąć sobie skarpetkę, a potem, zirytowany jej opadaniem, prosił dziewczynę o pineskę i z rozmachem wbijał ją sobie w nogę, przypinając skarpetkę - po czym zabierał się spokojnie do pracy.
Kiedy Simka leżał w kolejnych szpitalach, powołanie do Wehrmachtu otrzymał A.M., czyli Alojzy Mol, człowiek, którego imię i nazwisko kojarzyły wszystkie dzieci w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, podobnie jak Otokara Balcego - były tak oryginalne i charakterystyczne, że wyglądały niemal na pseudonimy. W 1943 roku Alojzy Mol miał ledwie dziewiętnaście lat i przyspieszony kurs dojrzewania za sobą. Ojca nie znał, wychowywała go matka, Berta. "Po wyjściu ze szkoły moim marzeniem było płótno, farby i pędzle, ale osobiste pochodzenie i warunki finansowe nie pozwoliły mi na dopięcie celu. Dlatego w dniu 1 września 1938 roku poszedłem do sklepu spożywczego jako pomocnik kupiecki, aby częściowo zapracować na utrzymanie" - opisywał te lata w swoim życiorysie. Dalszy ciąg wyznaczył wybuch wojny. Alojzy musiał porzucić dotychczasowe zajęcie, bo nie znał niemieckiego. W 1942 roku został skierowany na przymusowe roboty do dworu w Dziećkowicach. Tu znów przepracował blisko rok. W styczniu 1943 roku nakazano mu w ciągu dwudziestu czterech godzin stawić się w swoim garnizonie. Nieopierzonych rekrutów wywieziono na wschód.
Podczas kilkunastu następnych miesięcy ten pochodzący spod Mysłowic chłopak parę razy wręcz cudem uniknął śmierci. Żołnierze nocowali w jamach wygrzebanych w ziemi. Zwykle mieściły one dwie osoby; Mol spał z kolegą Austriakiem. Kiedy nadszedł rozkaz, że jeden z nich ma się stawić u dowódcy, Mol się ociągał, wolał pozostać w jamie, Austriakowi też nie chciało się iść. Ostatecznie to Polak pobiegł. Kiedy wrócił - zastał tylko wielki lej po bombie. Po koledze nic nie zostało. Po kolejnej ofensywie Rosjan jego oddział został rozbity. Mol trafił do sowieckiej niewoli.
Stefan Simka w mundurze Wehrmachtu
Źródło: archiwum rodzinne Stefana Simki
M.W., czyli Marian Wantoła, miał osiemnaście lat, gdy przypomniała sobie o nim niemiecka armia. "Ponieważ moi rodzice posiadali III grupę niemieckiej volkslisty, zostałem dnia 4 kwietnia 1944 roku wciągnięty do armii niemieckiej" - napisał potem w swoim życiorysie złożonym w Studiu. Wehrmacht potrzebował wciąż nowych żołnierzy, pociągi były zapełnione młodymi ludźmi, którzy mieli się stać mięsem armatnim. Wantoła opowiadał potem kolegom surrealistyczną historię o tym, jak w czasie walk o Festung Breslau w 1945 roku uratował go jakiś Austriak. Polak siedział w okopach; Rosjanie prowadzili ostrzał, a on czytał sobie Pana Tadeusza. Zauważył to jakiś Niemiec. Gdy zobaczył polską książkę, wyciągnął pistolet. Podbiegł inny oficer, zaczęli się kłócić i w końcu udało się przekonać Niemca, żeby dał spokój - a Wantoła wrócił do lektury.
Marian, życiowy optymista, już w pociągu rysował swoim kolegom i dowódcom portrety. Miał szczęście, nie nawojował się zbyt długo. Po kilku miesiącach był już w niewoli rosyjskiej.
Losy W.W., czyli Wacława Wajsera, potoczyły się inaczej. Przed wojną młody Weiser - tak się wtedy nazywał - mieszkał w Woźnikach Śląskich koło Lublińca. W 1937 roku ukończył szkołę podstawową w Hajdukach Wielkich (obecnie Chorzów). W czasie okupacji Wacek został wysłany na przymusowe roboty do Niemiec. Pracował w gospodarstwie rolnym i wtedy nadeszło wezwanie z armii; w listopadzie 1942 roku złożył przysięgę. Po przeszkoleniu wysłano go do Normandii, do mieszanej jednostki, w której służyli Polacy i Czesi.
6 czerwca 1944 roku rozpoczęła się największa operacja desantowa II wojny światowej - lądowanie aliantów w Normandii. Otworzyła ona drugi front w Europie. Wacek już wcześniej planował, że kiedy tylko nadarzy się okazja, spróbuje dać nogę. Teraz, wykorzystując zamieszanie i panikę w szeregach Niemców, zdołał się przedostać na stronę aliantów, a później jako jeniec trafił do obozu w Anglii. "W obozie polskim (jedyny obóz dla Polaków jeńców) byłem współinicjatorem strajku, który trwał całe cztery tygodnie, a był protestem przeciw pozostawianiu nas na terenie Anglii" - relacjonował w swoim życiorysie. Do kraju powrócił 7 lipca 1947 roku. Nieco ponad miesiąc później trafił do Lachura.
Podobnie jak życiorysy współpracowników ze Studia, także swoje własne wojenne losy Alfred Ledwig opisywał w zakamuflowany sposób. Dużo miejsca poświęcił na przykład kolegom, z którymi jakoby doskonale się bawił w 1944 i 1945 roku. Zapamiętał, że brali udział w pracach fortyfikacyjnych, zawodach strzeleckich i zaczytywali się książkami Karola Maya o detektywie prowadzącym śledztwa w Berlinie. Prawdziwy Berlin tymczasem płonął, a organizacja, w której tak doskonale bawili się Ledwig i jego przyjaciele - opatrzona przez niego dyskretnym skrótem HJ (czyli Hitlerjugend) - została wkrótce rozwiązana. On sam wrócił na Śląsk.
Dlaczego wojenna przeszłość połowy pracowników Studia nie była przeszkodą, żeby zatrudnić ich w nowej Polsce? Może władzom się wydawało, że ludzie, na których można w razie czego ukręcić bicz z wiedzy o ich służbie w niemieckiej armii, będą bardziej posłuszni. Oczywiście nie wszyscy ci, którzy odpowiedzieli na anons Zdzisława Lachura, przeszli wojnę w niemieckich mundurach. Jedynym ze Ślązaków, który nie podpisał volkslisty, był najlepszy animator Studia - Rufin Struzik. Jego dziadek walczył w powstaniu śląskim o polski Śląsk.
Operatorem kamery został Mieczysław Poznański; jego asystentem był Tadeusz Mizgalski. Dostali amatorską kamerę 16 mm, którą jakimś cudem prywatnie załatwili rodzice Zdzisława Lachura. Kierownikiem zespołu, a zarazem scenarzystą, projektantem i reżyserem został oczywiście Zdzisław Lachur. Ale to nie on stał się królem Studia, tylko ten poważny dwudziestoparolatek, tak bardzo przypominający wszystkim młodego Walta Disneya, że dostał ksywkę "Disney" - Władysław Nehrebecki.
Urodził się w Borysławiu koło Lwowa. Jego rodzice byli tak biedni, że oddali sześcioletniego Władka do założonego w 1874 roku w niewielkiej wsi Drohowyż Instytutu Drohowyskiego dla Sierot i Ubogich. Tam Nehrebecki skończył szkołę podstawową i dopiero jako czternastolatek wrócił do rodziny. O wojennych losach ojca opowiada jego syn Roman Nehrebecki:
- W czasie wojny tatę wywieziono na roboty do Niemiec. On na te roboty to tak naprawdę zgłosił się sam, by uciec przed bandami UPA. Kiedy po wojnie wrócił, dostał się do punktu repatriacyjnego w Czechowicach-Dziedzicach.
"Dziś na pytanie, jak to się stało, że trafiłem do filmu rysunkowego, nie potrafiłbym precyzyjnie odpowiedzieć - wspominał swoją drogę zawodową w tekście dla "Trybuny Robotniczej" sam Władysław. - Na pewno inspiracją stały się znakomite w latach trzydziestych kreskówki Disneya o przygodach Mickey Mouse, której popularność w 1935 roku była większa aniżeli Grety Garbo czy Marleny Dietrich. Przyznam się, choć trudno w to uwierzyć, że o pracy w filmie marzyłem już w szkole podstawowej, zdradzając duże zamiłowanie do rysunków".
Władysław Nehrebecki, 1972
Źródło: PAP/CAF/Stanisław Jakubowski
To właśnie Nehrebecki, autor brukowych komiksów, wielbiciel zaginionych skarbów, Indian i piratów, za kilkanaście lat nakręci film Kusza, tworząc tym samym najpopularniejszą polską animację.