2. PRZYBYCIE
Gdy zaprowadzę ich do ziemi, którą poprzysiągłem ich przodkom, opływającej w mleko i miód, będą jedli do syta, utyją...
Pwt 31,20
Czy mój wczesny Izrael był społeczeństwem bezgrzesznym? Nie, jeśli rozumie się przez to wolność od winy i poczucia odpowiedzialności. Tak, jeśli bezgrzeszność oznacza również niewiedzę. W Izraelu działo się wiele niegodziwości, niewielu o nich wiedziało. Czy mogli wiedzieć? Czy chcieli wiedzieć? Czy wiedzieli mimo wszystko? Nie jestem tego pewien do dziś.
Społeczeństwo Izraela na początku lat sześćdziesiątych było zideologizowane. Z odległej perspektywy kojarzy się ono ze Spartą lub wczesną Kubą. Nie oznacza to, że wszyscy żyli w zgodzie z nakazami ideologii lub że ideologia pozbawiona była niuansów i luk. Oznacza jednak, że elita tego społeczeństwa została bez wyjątku przez tę ideologię uformowana i nią przesiąknięta. Podobnie jak wszystkie ideologie korygujące rzeczywistość również i ta eksponowała obszary, które należało dostrzec, i zasnuwała ciemnością te, które miały pozostać niewidoczne. Dzięki temu rodziły się w społeczeństwie silnie konsolidujące opinie wobec dylematów; co jest słuszne, a co nie, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem, jak powinno się ubierać i zachowywać, jaki jest sens życia i co jest celem człowieka. Była to ideologia preferująca prostotę, kolektywizm i samoograniczanie. Politycy chodzili w zapiętych, białych koszulach i sandałach, a w czasie wielkich uroczystości w marynarkach z wyłożonymi na nie kołnierzykami koszul. Uczniowie ubierali się w jasnoniebieskie koszule i granatowe bawełniane spodnie albo spódnice. Pierwszego dnia w dziewiątej klasie gimnazjum numer dziewięć w Tel Awiwie wychowawczyni grzecznie poprosiła, bym zdjął sygnet, który dostałem z okazji mojej bar micwy. Była to szkoła, której dyrektor z zasady wysyłał do domu dziewczyny w długich spodniach lub nylonowych pończochach i gdzie fani Elvisa Presleya zrobiliby mądrzej, słuchając go w domu. Koszula na wypust, zbyt spiczaste buty, niewłaściwy odcień lub najmniejszy powiew perfum mogły wzbudzić niezadowolenie. Cnijut, skromność, to jedno z pierwszych słów mojej hebrajszczyzny.
Funkcja szkoły jako ideologicznego inkubatora była zdefiniowana i niepodważalna. Wiele przedmiotów miało nas wychowywać i uświadamiać. Nauczanie historii koncentrowało się wokół losu narodu żydowskiego i jego wspólnego cierpienia. Historia syjonizmu była osobnym i niepoddawanym krytyce przedmiotem. Wiedza o Biblii, tanach, najważniejszy i z wielu powodów bardzo przeze mnie lubiany element planu lekcji, każdym najmniejszym szczegółem podkreślała historyczno-religijny związek żydowskości z różnymi górami, dolinami, miastami, wioskami, rzekami i grotami na ziemiach państwa Izrael. Uczestniczyliśmy też w zajęciach poświęconych problemom obywatelstwa i Talmudu, religijnej interpretacji prawa i tradycji, które miały wspierać budowanie naszej tożsamości.
Paragraf drugi izraelskiego regulaminu szkolnego rozwiewał wszelkie ewentualne wątpliwości co do celu kształcenia: "Szkolnictwo państwowe ma opierać podstawowe nauczanie na wartościach żydowskiej kultury i na osiągnięciach nauki, na miłości do ojczyzny i lojalności wobec państwa i narodu żydowskiego, na doskonaleniu umiejętności uprawiania roli i rzemiosła, na trenowaniu sprawności pioniera oraz na dążeniu do stworzenia społeczeństwa opartego na wolności, równości, tolerancji i miłości do ludzi"[15].
Jednego dnia w tygodniu zamienialiśmy szkolny niebieski mundurek na strój w kolorze khaki i wojskowe buty, aby brać udział w ćwiczeniach izraelskich paramilitarnych brygad młodzieżowych Gadna. Uprawialiśmy biegi terenowe, trenowaliśmy prostą musztrę, uczyliśmy się strzelania do celu ze starych mauzerów i pocili w wielodniowych marszach. Miało to też swoje dobre strony, bowiem nie było czasu na zadawanie pytań i dyskusje. Nie rozmawiało się na pewne tematy, a nawet się o nich nie wspominało. Były sprawy, o których każdy młody Izraelczyk wiedział, że muszą być zrobione, i które większość nauczyła się wykonywać z entuzjazmem i dumą. Już przed pierwszymi wakacjami, wiercąc wszystkim dookoła dziury w brzuchach, dostałem się na miesięczny ochotniczy kurs dla dowódców Gadny (tak naprawdę uważano, że jestem zbyt delikatnym i świeżym imigrantem). Zakwaterowano nas pod wielkimi namiotami, w obozie wojskowym w Dżelil (późniejszy hebrajski Gilot), na północ od Tel Awiwu, gdzie poddano nas wyrafinowanemu terrorowi, jaki stosowano wobec początkujących rekrutów. Trwającym wiele godzin musztrom, wykańczającym fizycznie ćwiczeniom, realistycznym nocnym manewrom (podczas nich jeden z kolegów wpadł do wykopu żwirowni, doznając ciężkich obrażeń) i intensywnym marszom. Śmiertelne i nieszczęśliwe wypadki nie były, jak się później dowiedziałem, niczym niezwykłym z powodu przekraczania fizycznych i psychicznych granic wytrzymałości młodych ludzi. Chłopcy i dziewczęta we wczesnym, nastoletnim okresie życia, w większości z głowami pełnymi ideałów i gotowi do poświęceń, spragnieni przygody, zostali postawieni przed wyzwaniami i zagrożeniami, które akceptować może jedynie społeczeństwo przesiąknięte ideologią i wyznające spartański wzorzec cnót.
Nie żałowałem ani sekundy. Lato w Dżelil było sprawdzianem męskości i obrządkiem inicjacyjnym. Szybko nauczyłem się, co było ważne, a co nie, co podziwiane, a co pogardzane w rozwijającym się społeczeństwie izraelskim. Tu zrodziła się we mnie świadomość, jak jednoczącą i tworzącą więzy lojalności rolę odegra w życiu kolegów z mojego pokolenia, odbywana kilka lat później, długa służba wojskowa. Sprawność, odporność psychiczna, wola poświęcania się i umiejętność powstrzymywania emocji to były cechy cenione najwyżej. Tego wymagało państwo, które wciąż jeszcze sądziło, że może przetrwać jedynie jako twierdza.
Między moim pokoleniem w Izraelu i tym dojrzewającym równocześnie w Szwecji powstała przepaść doświadczeń i ideałów. Z jednej strony zwątpienie i alienacja, z drugiej gloryfikacja i identyfikacja. W końcu lat sześćdziesiątych jeden z holenderskich organizatorów międzynarodowych zawodów w chodzie na długich dystansach zaskoczony został wojskową dyscypliną ekipy izraelskiej i absolutnym brakiem absencji z powodu chorób czy obtarcia nóg. "Wasza drużyna - powiedział izraelskiemu dziennikarzowi - przypomina mi niemieckie grupy młodzieży z lat trzydziestych". Ten sam dziennikarz słyszał potem kapitana drużyny izraelskiej mówiącego do jednego z zawodników, który naprawdę zachorował i chciał wycofać się z zawodów: "Lepiej umrzeć, niż zrezygnować i stać się hańbą Izraela"[16].
We wczesnych latach sześćdziesiątych nie można było bezkarnie zdradzić się z najmniejszymi nawet oznakami drobnomieszczaństwa czy liberalizmu, które były głęboko zakorzenione w wielu Izraelczykach. Tak od politycznych, wojskowych i duchowych przywódców, jak i od kolejnej generacji oczekiwano prostego życia, wiary w całkowitą równość i w mit rolnictwa na żydowskiej ziemi, wkładu w ideę pracy i wspierania oficjalnej ideologii proletariackiego ruchu syjonistycznego. Każdy sprzeciw mógł spowodować przykre konsekwencje polityczne.
Tę ideologiczną unifikację pomagały ugruntować w przenośni i dosłownie dwa, a nawet trzy prężne, szczodrze wspierane finansowo, młodzieżowe ruchy polityczne, które w tamtych latach skupiały znaczną część nastolatków. Każdy z nich miał źródła w mniej lub bardziej bojowych frakcjach syjonistycznej lewicy. Moim zdaniem różniły się one głównie barwą sznurowań błękitnych bawełnianych bluz, będących mundurami organizacji. Sam znalazłem się przypadkiem w Mapai, przybudówce partii socjaldemokratycznej o nazwie Ha-Noar ha-Oved we-ha-Lomed, Pracująca i Studiująca Młodzież, odznaczającej się sznurowaniami czerwonymi. Inny znaczący ruch Ha-Szomer ha-Cair, Młody Strażnik, związany z lewicowo-syjonistycznym ruchem Mapam nosił białe sznurowania. Mówiono o nim wówczas, że blisko mu do radzieckiego komunizmu. W każdy środowy i piątkowy wieczór grupy umundurowanej młodzieży sunęły ulicami Tel Awiwu w drodze na swoje zajęcia peulot. Niewiele pamiętam z tego, o czym tam dyskutowano. Pamiętam za to, że wolałem wieczory piątkowe, kiedy zamierał właściwie cały Izrael. My zaś śpiewaliśmy patriotyczne pieśni, tańczyliśmy izraelskie tańce ludowe i wielu z nas zamieniało niebieskie bluzy na bardziej strojne, białe lub czarne ozdobione ręcznie wyszywanymi, pionowymi lamówkami.
Do tych wielkich organizacji młodzieżowych należeli także politycznie niezależni skauci, którzy wyróżniali się przede wszystkim mundurami w kolorze khaki i brakiem określonego ideologicznego celu swej działalności. Obowiązkiem zaś noszących zarówno czerwone, jak i białe sznurowania było - w określonym czasie i po odpowiednich przygotowaniach - tworzenie gar'in, zalążka, grupy ludzi związanych ze sobą ideologicznie i prywatnie. Grupa ta po podstawowym przeszkoleniu wojskowym (dla chłopców często było to szkolenie spadochroniarskie) resztę zasadniczej służby, trwającej około półtora roku, przechodziła "z pługiem w jednej ręce i mieczem w drugiej" w jednym z należących do organizacji kibuców. Spodziewano się następnie po jej członkach przystąpienia do kibucu, poślubienia kogoś ze swojego gar'in i prowadzenia do ostatnich dni żywota prawdziwego pioniera, chaluca. Dobrze widziano zakładanie w gęsto zaludnionej przez Arabów Galilei, przy granicy lub na pustyni, nowego nachal, wojskowego osiedla, które z czasem mogło stać się solidnym, wzniesionym na słusznych, ideologicznych fundamentach kibucem.
Istotnym elementem działalności ruchu były obozy i zajęcia pod koniec każdego tygodnia. Uczestniczyliśmy wówczas w pracach polowych w jednym z kibuców lub wyruszaliśmy w zorganizowaną pieszą wędrówkę. Te ostatnie odgrywały istotną rolę w systemie wychowania młodego Izraelczyka. Pozwalały na poznanie kraju, emocjonalne związanie się z jego przyrodą, krajobrazem i zamierzchłą przeszłością, uczyły miłości do Erec Israel. W czasie tradycyjnej wędrówki, zazwyczaj wczesną wiosną, przemierzano trasę jam el jam, "od morza do morza". Trwała pięć dni, maszerowało się od wybrzeża na północ od Hajfy poprzez pagórkowaty, słabo zurbanizowany pejzaż Galilei aż do Jam Kineret, Jeziora Galilejskiego. Doliny pachniały kwiatami i ziołami, zbocza po wiosennych deszczach pokrywała zieleń, w zazwyczaj suchych potokach lśniła woda, w arabskich gajach oliwnych ziemia błyszczała czerwono, a noce były odświeżająco chłodne[17].
Inna klasyczna trasa to trzydniowy marsz do Jerozolimy, która przed 1967 rokiem była wciśnięta w ciasny klin między jordańskimi liniami zawieszenia broni, gdzie strzały nadal się rozlegały. Była to wyczerpująca wędrówka z powodu nieustannego wspinania się pod górę. Maszerowaliśmy późną jesienią w ulewnym deszczu i utrzymując szybkie tempo. Momentami znajdowaliśmy się zaledwie o rzut kamieniem od niedostępnej i pobudzającej wyobraźnię krainy wroga. Na wzgórzu Latrun[18], będącym ziemią niczyją, błyszczał otulony lekką mgiełką klasztor milczących, uprawiających winnicę zakonników. W podzielonej Jerozolimie słychać było nawoływania z minaretów, które można było zobaczyć jedynie poprzez bramę Mandelbauma lub z odpowiednio usytuowanego dachu.
Pielgrzymowaliśmy też oczywiście do Masady na Pustyni Judzkiej. Wymagało to w owym czasie wielogodzinnej, wyczerpującej wspinaczki wąską ścieżką wyrąbaną w urwistej ścianie skalnej (dziś wjeżdża się tam kolejką linową). Na szczycie, wydawałoby się niedostępnym, z niezwykłym widokiem na Morze Martwe, wśród fascynujących wykopalisk, przechodziliśmy inicjację (lepsze określenie nie przychodzi mi do głowy). Tu kilka lat po zniszczeniu Jerozolimy grupa Żydów, mężczyzn, kobiet i dzieci, najdłużej stawiała opór oblegającym ją rzymskim legionom Flawiusza Silwy. Gotowi byli raczej popełnić zbiorowe samobójstwo, niż oddać się w ręce zwycięzców. Żyjący w tamtych czasach historyk Józef Flawiusz określił obleganych mianem "sykariuszy"[19], morderczych fanatyków, odpornych na racjonalne argumenty. Jednocześnie jednak w usta przywódcy powstania Eleazara Ben Jaira wkłada pełne dramatyzmu zdania, których na dobrą sprawę znać nie mógł. Były to ostatnie słowa Eleazara, zwracającego się do mężczyzn, kobiet i dzieci, którym przewodził. Słowa będące pieśnią pochwalną patriotyzmu i samopoświęcenia w otoczonym Izraelu:
Zrodziliśmy się bowiem na śmierć i my, i nasze potomstwo, i nawet najszczęśliwsi z nas nie będą mogli ujść przed nią. Zniewagi, niewola i oglądanie żon prowadzonych razem z dziećmi na pohańbienie - to nie jest zło narzucone ludziom przez naturę, lecz do przeżywania tego zmusza własne tchórzostwo tych właśnie, którzy mogli, ale nie chcieli w porę umrzeć. My natomiast, pyszniąc się swoim męstwem, zbuntowaliśmy się przeciwko Rzymianom i w końcu teraz, kiedy ofiarowali nam ratunek, odrzuciliśmy go.[20]
Prowadzono nas przez labirynt ruin, gdzie według Józefa znajdował się pozostawiony przez Heroda ogromny magazyn win i żywności i gdzie przez lata w podziemnych cysternach zbierano wodę deszczową. Żydowscy mieszkańcy Masady popełnili samobójstwo nie z braku potrzebnych do życia rzeczy, lecz z powodu "wzbudzających przerażenie" Rzymian[21]. W nocy rozpalaliśmy ogniska, piekliśmy ziemniaki w żarze, śpiewaliśmy patriotyczne pieśni i obserwowaliśmy słońce wschodzące nad Morzem Martwym.
Dzięki generałowi, archeologowi, a później ministrowi Jigalowi Jadinowi Masada stała się, jeszcze w latach pięćdziesiątych, dwuznacznym symbolem nowego Izraela. Dwuznacznym, bo bezsprzecznie dotyczył klęski. Ponadto przeczył żydowskiemu nakazowi ochrony życia, a także był znakiem wybuchu, jak nazwalibyśmy to dziś, masowej histerii o charakterze religijnym. Jeśli Masada miałaby symbolizować ówczesną sytuację Izraela i narodu żydowskiego to jej przesłanie, delikatnie mówiąc, nie wróżyło niczego dobrego. Prawdopodobnie z tego powodu w literaturze rabinicznej nie ma ani słowa o Masadzie. Echa tej gorzkiej historii odbijają się w pojęciu "kompleks Masady", nazywającym izraelskie poczucie beznadziejnej izolacji[22].
Jadin uczynił z Masady symbol ciągłości żydowskiej historii, Izrael podjął dzieło Eleazara. Dlatego generał starał się, by Masada stała się miejscem, gdzie żołnierze rozpoczynający służbę składają przysięgę wierności narodowi podczas uroczystej ceremonii wręcz naszpikowanej symboliką. Jadin zwykł wygłaszać swe przesłanie do zebranych rekrutów:
Napoleon, stojąc z oddziałami pod piramidami egipskimi, mówił do swych żołnierzy, że cztery tysiące lat historii patrzy na nich. Dałby wszystko, by móc powiedzieć: cztery tysiące lat waszej własnej historii na was patrzy. [...] Echo waszej przysięgi tej nocy dobiega do obozu naszych wrogów. Jej treść ma nie mniejszą moc niż nasza siła militarna.
Wędrówka do Masady, jak również wyprawy do innych miejsc wykopalisk, a przede wszystkim rosnące zainteresowanie biblijnymi reliktami, świadczyło o tym, że coraz bardziej ekscytowało nas poszukiwanie korzeni. Siła sugestii była duża, toteż łatwo odnajdywało się je nawet tam, gdzie wcale ich nie było. Archeologia stała się w Izraelu narodowym mitotwórczym instrumentem o ogromnym znaczeniu nie tylko dlatego, że naprawdę tak wiele mitów spoczywało pod naszymi stopami. Archeologia pozwalała też rozpowszechniać "rodzaj historycznej amnezji, sprawiającej wrażenie, że wydarzenia sprzed dwu tysięcy lat zdawały się żywsze od wszystkich późniejszych zdarzeń, łącznie z rozgrywającymi się współcześnie"[23].
Nie jestem pewien, czy dziś jeszcze pamiętam, dokąd maszerowałem i z kim, kto te marsze organizował oraz jakie mozaiki i inskrypcje z czasów przedrzymskich widzieliśmy. Wrażenia i fakty zlały się w jedno. Istota ich była taka sama. Za każdym razem było nas kilka setek młodych ludzi, uczestniczących bezpośrednio w tych rytualnych praktykach. Obładowani bochenkami chleba, sardynkami w puszkach i jarzynami w słojach, nocujący często pod gołym niebem. Nierzadko dręczyły nas tak prozaiczne problemy, jak pęcherze, obtarcia i biegunka. Przede wszystkim jednak byliśmy głęboko poruszeni tym, co oglądaliśmy i przeżywali. Ponad dwa lata, które spędziłem w Izraelu, wryły mi się w pamięć, jako jedno długie i intensywne lato wędrówek ludzi odważnych, marszów ku wielkim celom. Tych największych na mapie nie było.
Przed oczami mam też obraz postarzałych twarzy z pałającymi oczami. Izrael roku 1962 był krajem pełnym założycieli państwa, ludzi, którzy nigdy nie zaakceptowaliby faktu, że ich utopia może być śmiertelna. To była republika, której Jefferson i Washington jeszcze żyli. Kraj, w którym egzystowali ludzie tacy jak rektor Fisskopf, nawiedzeni reformatorzy biorący osobistą odpowiedzialność za "Twoje grzechy", wygłaszający kazania, strofujący, nagradzający, a czasami i płaczący. Na krótko przed moim powrotem do Szwecji rektor Fisskopf proponował, aby rodzina lub przyjaciele roztoczyli nade mną opiekę, a jak będzie trzeba, zajmie się tym on sam, by powstrzymać mnie przed wyjazdem. Miałem pozostać w kraju i mu służyć. Niedługo miałem skończyć szesnaście lat, i czekały mnie poważne, patriotyczne obowiązki wobec państwa.
Wykładnia ideologiczna jasno oświetlała pewne zagadnienia, pozwalając, by inne pozostały skryte w mroku. O pojawiających się co jakiś czas alternatywnych opiniach, ideach i dyskusjach dotyczących Izraela, syjonizmu i historii kolonializmu żydowskiego słyszeliśmy niewiele. Niektóre z tych zjawisk klasyfikowano jako faszystowskie, inne jako naiwnie utopijne, a wszystkie jako religijne i reakcyjne (galut-Żyd jako symbol dla zwolenników życia w getcie). Zwycięskie mity, w tym robotniczo-syjonistyczne, odpowiednio preparowały historię.
Najintensywniej zniekształcano oczywiście wizerunki ludzi, z którymi w tych latach nie mieliśmy w zasadzie żadnego, ani osobistego, ani pośredniego kontaktu. Informacje o Arabach czerpało się tylko z książek i czasopism, oglądało ich w filmach lub słyszało się o nich w wiadomościach radiowych. Funkcjonowali jako symbole, a nie jako rzeczywiście istniejące osoby. W czasie mojego dwuipółletniego pobytu w Izraelu ani razu nie rozmawiałem z Arabem (wówczas nie używało się jeszcze powszechnie terminu "Palestyńczycy"), niewielu ich spotkałem, wiedziałem na ich temat tylko tyle, ile przeczytałem i usłyszałem. Mój poziom wiedzy wydawał mi się wystarczający. Arabowie nie byli obecni w naszym życiu, a jeżeli się pojawiali, to jedynie jako zagrożenie. Podczas wędrówek traktowało się ich jak zjawy w terenie - z powodu ich niewidocznej obecności nosiliśmy z sobą czeskie mauzery. W nocy o ich istnieniu świadczyły żółte światła kaganków w słabo zelektryfikowanych wioskach.
Nie jestem pewien, czy ten prymitywny obraz Arabów byłby bardziej zróżnicowany, gdybym mieszkał w Hajfie, gdzie znaczną część mieszkańców stanowiła ludność arabska, czy też w którymkolwiek z żydowskich osiedli w zdominowanej przez Arabów Galilei. Podróż z Hajfy do arabskiego Nazaretu lub do jednej z wiosek w Wadi Ara była podróżą do innego kraju i wymagała, przynajmniej wtedy, chociażby szczątkowej znajomości języka arabskiego. Niewielu młodych Izraelczyków uznawało naukę tego języka za wartą trudu. Arabskie autobusy kursujące po tych terenach miały też inny kolor - były brązowe. Różniły się od jasnoniebieskich pojazdów korporacji Egged - one wyznaczały nasz teren - prowadzili je energiczni kierowcy w rozpiętych bawełnianych koszulach i niebieskich szortach, z których wystawały ich opalone nogi. Z Egged nie jeździło się do arabskiego Izraela. W wyniku wojny z 1967 roku tania arabska siła robocza wsączyła się w gospodarkę izraelską, co w konsekwencji umożliwiło budowanie kontaktów arabsko-żydowskich. Takich kontaktów wówczas jeszcze nie było. Nie dochodziło też do konfrontacji i otwartych konfliktów o ziemię spowodowanych okupacją. Nadal, jak w epoce syjonistycznej budowy państwa, regułą było ekonomiczne i społeczne rozwarstwienie i, czego dowiedziałem się później, prześladowania ekonomiczne i administracyjne.
Odczucie bezpośredniego zagrożenia ze strony arabskiej potęgowały w tamtych latach zbrojne incydenty wzdłuż izraelsko-syryjskiej linii zawieszenia broni, a dochodziło do nich nieustannie. Syryjczycy ze swoich strategicznie dominujących pozycji na wzgórzach Golan stale przypuszczali, na pozór niesprowokowane, ataki na żydowskich rolników w rejonach północnej Galilei i jeziora Genezaret. W Almagor i Tel Kacir, dwóch kibucach położonych tuż po nosem Syryjczyków, by zaorać najbardziej zagrożone pola, trzeba było używać opancerzonych traktorów. Mimo podejmowania szczególnych środków bezpieczeństwa wielu traktorzystów padło ofiarą ataków, co z kolei utrwaliło we mnie wizerunek Araba jako pozbawionego empatii, irracjonalnego i żądnego gwałtu.
O tym, że okoliczności były bardziej skomplikowane, że część rejonu na granicy była formalnie zdemilitaryzowana, że Izrael w początkach lat pięćdziesiątych rozpoczął uprawę ziemi wbrew porozumieniu o zawieszeniu broni i stanowisku komisji ONZ-owskiej, nie wiedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy i o tym, że fundamentalny antagonizm osiągnął swoje apogeum na skutek izraelskich planów nawadniania i melioracji, obejmujących zarówno tereny zdemilitaryzowane, jak i syryjskie źródła wody. O tym wszystkim nas nie informowano. Wiedza ta z pewnością nie usprawiedliwiłaby Syryjczyków w naszych oczach, ale spowodowałaby wątpliwości i zmusiła do krytycznego spojrzenia, dzięki czemu możliwe stałoby się budowanie bardziej osobistego i niezależnego obrazu "Araba". A przede wszystkim bardziej realistycznego obrazu samych siebie.
Nie, nasza wizja świata nie poddawała się łatwo wpływom zdrowego rozsądku i doświadczeń, była jeszcze zbyt opancerzona ideologicznie i osłaniana przed zgubnymi wpływami z zewnątrz. Rząd Ben Guriona za pomocą moralnych i ideologicznych argumentów (marnotrawstwo, korupcja, wpływ zagranicy itd.) torpedował w Izraelu powstanie telewizji, co dodatkowo zmniejszało teoretyczną nawet szansę na to, by przynajmniej czasami ujrzeć "innego". Arabowie stali się czarno-białymi, papierowymi figurami, owładniętymi ślepą nienawiścią do państwa żydowskiego, tradycyjnie niezdolnymi do konstruktywnych kompromisów i biernie poddającymi się manipulacji swoich władców. Pamiętam jeszcze Araba z książek dla dzieci i młodzieży. Prawie bez wyjątku charakteryzowało się go tam jako okrutnego i przypochlebiającego się, żądnego krwi i tchórzliwego. Jest on odważny wobec bezbronnych kobiet i dzieci, ucieka natomiast przed prawdziwymi mężczyznami i mrokiem nocy. Częstuje kawą i tą samą, podstępną dłonią wbija nóż w plecy. Arab to "mentalność", a nie człowiek. W najważniejszej być może dla ruchu syjonistycznego legendarnej historii bohaterskiej śmierci jednorękiego Josefa Trumpeldora w bitwie o Tel Chaj w 1909 roku, atakujący Arabowie byli anonimowymi, mrocznymi postaciami pozbawionymi imion i znaczenia[24].
Analiza książek dla dzieci wydanych w Izraelu w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, na których wychowało się "moje" pokolenie, pozwala dostrzec w nich stereotypową intrygę w rodzaju "izraelskie nastolatki wpadają na trop arabskiego terroru lub szmuglu broni, szpiegów czy gangu zabójców i tym samym zapobiegają krwawej katastrofie". Izraelskie dzieci są mądre, patriotyczne, gotowe do poświęceń, zaś Arabowie głupi, pałający nienawiścią i tchórzliwi. Izraelscy bohaterowie uderzają cicho, efektywnie i humanitarnie, Arabowie natomiast ruszają do dzikiego ataku z krwiożerczym okrzykiem na ustach. Arabowie wyróżniają się brakiem szacunku dla ludzkiego życia, nie wyłączając życia swoich braci. W książce z 1963 roku znaleźć można taki oto fragment:
Tommy był pewny, że napastnicy należeli do jednego z arabskich gangów, o których zaciekłości słyszał już na statku. Rozpoznał ich praktycznie bez trudu. Sam był na tyle doświadczonym partyzantem, by wiedzieć, że tylko niezdyscyplinowana i źle dowodzona banda może zostawić rannych towarzyszy na polu niedawnej bitwy[25].
W książce innego pisarza brytyjskiego bohatera Lawrence'a z Arabii na białym koniu i w arabskich szatach zastąpił izraelski idealista oraz przyjaciel Arabów. Przybywa on z odsieczą do biednych i otumanionych Beduinów, by przy romantycznym, obozowym ogniu na pustyni pozbyć się wśród przyjaciół brzemienia białego człowieka. Tak jak w klasycznym amerykańskim westernie fascynacja pierwotną i prymitywną kulturą tubylców, przyciągającą jak magnes, łączy się tu z niezachwianym przekonaniem o ich niższości kulturowej i barbarzyńskich instynktach. Szlachetny dzikus, kiedy przestaje być szlachetny, staje się dzikim zwierzęciem.
W książce Eliezera Smoli Anszei Bereszit [Lud Prekursorów], która, jak się uważa, wywarła ogromny wpływ na kilka generacji Izraelczyków i której kolejne wydania ukazywały się jeszcze w latach osiemdziesiątych, znaleźć można wyraźne wzorce zaczerpnięte z westernu - biały osadnik zostaje okrążony przez zbrodniczych Indian, ale się nie poddaje. Arabowie podpalają w Galilei gospodarstwo rodziny żydowskiej, zostają po nim same ruiny, ojciec i syn bezgłośnie płaczą. W pewnym momencie jeden z nich zdecydowanie podnosi pług, powietrze pulsuje energią, do pługa zostaje zaprzęgnięty koń i w kilka minut spalona ziemia zmienia się w wilgotne bruzdy parujące urodzajem i wiarą w przyszłość[26].
Także i w późniejszej, uznanej za bardziej pogłębioną, powieści dla dorosłych A. B. Jehoszui Mul ha-Jearot [Na skraju lasu] można doszukiwać się świadectwa strachu, czy też niemożności Izraelczyków do przedstawienia Arabów jako prawdziwych ludzi z krwi i kości. Z moralnego punktu widzenia czytelnik staje po stronie bohatera tej historii, arabskiego protagonisty błąkającego się po żydowskim lesie posadzonym na ruinach jego wioski. Z pewnością mógłby on sporo opowiedzieć. Jehoszua przemyślnie uczynił Araba głuchoniemym, przenosząc moralny dyskurs w świadomość młodego żydowskiego studenta, który przyjął pracę strażnika tego lasu. Powoli zaczyna on wątpić w sens swojej funkcji. W końcu nawet rezygnuje z interwencji, kiedy las zostaje przez starego Araba podpalony. Konstrukcja być może nieświadoma, lecz w tym przypadku uwalniająca pisarza od próby pełnego wczucia się w stworzoną przez siebie arabską postać.
Z czasem hebrajska literatura wzbogaciła się o bardziej autentyczne opisy palestyńskiej psychiki. Stało się to za sprawą tłumaczeń utworów autorów palestyńskich, piszących także po hebrajsku. Wybitni pisarze żydowsko-izraelscy, nawet ci zdecydowanie opowiadający się za pokojem, tacy właśnie jak A. B. Jehoszua czy Amos Oz, do dziś nie zdołali zasypać przepaści dzielącej ich od "innych". Pragnienie rozwodu stało się silniejsze od świadomości wspólnego losu.
Oczywiście obraz Izraela i Żydów w oczach Arabów również nie był piękny. Często jego brutalność i propagandowy charakter wystarczyły, by legitymizować nasze własne ideologiczne prostactwo. Im bardziej absurdalny był tworzony przez nich nasz wizerunek, tym mocniej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że świat naprawdę jest czarno-biały, a my stanowimy jego białą część.
Przeszłość była jeszcze bardzo bliska. Zagłada europejskich Żydów rozegrała się zaledwie osiemnaście lat wcześniej. Moje izraelskie środowisko w większości tworzyli ludzie będący dziećmi ocalałych. Adolf Eichmann dopiero co wydusił z siebie wszystko. Siedząc w kuloodpornej, szklanej klatce na sali sądowej w Jerozolimie, swoją przeciętną duszą biurokraty uosabiał wieczną banalność zła. Doprowadziło to do tego, że izraelscy studenci zaczęli świat zewnętrzny oceniać poprzez jeszcze bardziej przyciemnione okulary[27]. Wciąż jeszcze co piąty żydowski mieszkaniec Izraela był pośrednią lub bezpośrednią ofiarą nazizmu. Izrael pozostawał krajem zamieszkałym i rządzonym przez paranoicznych mizantropów.
Polityczne poglądy mojego izraelskiego pokolenia tylko w niewielkim stopniu były zgodne z tym, jak postrzegali nas inni. To nie strach, lecz inne, potężniejsze siły wznosiły nasze mury. Na wąskim pasku ziemi, jakim była Palestyna, w ciągu zaledwie sześćdziesięciu lat udało się wyhodować więcej społecznych i religijnych utopii, zagubionych ludzi, eksperymentalnych społeczności i autonomicznych wspólnot, głodujących i cierpiących, więcej marzeń o nowym życiu niż w jakimkolwiek innym kraju, nie wyłączając Ameryki. Każde marzenie i każda utopia nakładała się na tysiące lat marzeń i utopii, a każde imię i miejsce mogło wzbudzić najbardziej szalone wyobrażenia o zamiarach Boga i znaczeniu historii. Nie da się pojąć ideologicznego amoku, w którym znalazł się w latach sześćdziesiątych Izrael, nie dostrzegając faktu, że ciężar budowy społeczeństwa spoczywał na barkach synów i córek romantycznych fanatyków, rewolucyjnych utopistów, pożytecznych marzycieli, żyjących w ascezie mężczyzn (i kobiet), rozentuzjazmowanych czcicieli ziemi i pracy fizycznej, bezkompromisowych kolektywistów i poszukujących przygód kolonizatorów. Tych wszystkich, którzy z różnych powodów, w latach przed pierwszą wojną światową i zaraz po niej, w drugiej i trzeciej aliji przenieśli się z Europy Wschodniej do Palestyny i którym bardziej niż ich następcom zależało na tym, by wyposażyć przyszłe państwo żydowskie w ich pełne namiętności ideały i retorykę.
Choć z dzisiejszej perspektywy widać, że utopijny zapał w Izraelu już zbliżał się do swego kresu, to jeszcze nie miało to wpływu na środowisko, w które mnie wprowadzono. Państwo istniało od czternastu lat, było starsze ode mnie o kilka miesięcy i przez te lata całkowicie zaabsorbowane problemem przyjęcia, tymczasowego utrzymania i zaadaptowania do nowej rzeczywistości blisko dwustu tysięcy żydowskich imigrantów, przybyłych w latach 1961-1964, w większości z Iranu i Maroka. Rok wcześniej zjawiło się w Izraelu ponad czterdzieści tysięcy olim[28] z politycznie nietypowej Rumunii, która nawet bez nacisków ze strony Niemców próbowała w czasie drugiej wojny światowej skrupulatnie wymordować swoich Żydów, a którą teraz traktowano jak sojusznika, jedynego we wrogim wschodnioeuropejskim mroku. Częściowo z powodu samodzielnej polityki zagranicznej, częściowo też i dlatego, że jej władze starały się tym razem w inny sposób rozwiązać rumuński "problem żydowski". Ta sytuacja odcisnęła piętno na moich rumuńskich rówieśnikach, odkrywających ze mną Izrael. Było im znacznie trudniej niż wszystkim pozostałym dostosować się do nowej codzienności i nowych wrażeń.
Jednym z pierwszym szoków ideologicznych było odkrycie, że Izrael nie jest ową krainą z marzeń dla wszystkich prześladowanych Żydów, nawet dla północnoafrykańskich "mieszkańców Orientu". Spośród Żydów, którzy zdecydowali się na opuszczenie Algierii tuż przed uzyskaniem przez nią niepodległości, sto trzydzieści tysięcy postanowiło wywędrować do Francji, swej kolonialnej metropolii, a tylko piętnaście tysięcy wybrało Izrael. Uzasadnienie było proste. Większość algierskich Żydów nie postrzegała siebie jako "mieszkańców Orientu". Czuli się oni raczej pełnoprawnymi obywatelami francuskimi, należącymi do wspólnej kategorii z Żydami zachodnioeuropejskimi i amerykańskimi, którzy do tej pory nie przejawiali specjalnych chęci zrezygnowania z tolerancji oraz dobrobytu w swych demokratycznych krajach[29]. Imigranci ze Szwecji to było swego rodzaju kuriozum i przez cały mój pobyt w Izraelu towarzyszył mi przydomek ha-szwedi - Szwed, zresztą wbrew mojej, nie całkiem szwedzkiej, aparycji.
Po raz pierwszy w historii w roku 1965 większość w Izraelu stanowili Żydzi orientalni, a nie europejscy, i tym samym niepostrzeżenie, lecz zdecydowanie ziemia zaczęła się kołysać pod ówczesną elitą władzy i jej ideologią. Jednak siła władz nadal opierała się na fantastycznych projektach rozwoju, imponującym wzroście gospodarczym i skutecznie mobilizującym zagrożeniu zewnętrznym. W roku 1964 otwarto Ha-mowil ha-arci, główny wodociąg w kraju. Wodę z jeziora Genezaret przepompowywano z dwustu metrów poniżej poziomu morza na setki metrów w górę. Następnie ta sztucznie stworzona rzeka spływała miejscami sama, a miejscami tłoczona poprzez przemyślny system zamkniętych tuneli, otwartych kanałów i stacji pomp. Woda płynęła na południe kraju aż do pustyni Negew. Wzdłuż całej trasy powstawały odgałęzienia lokalnych systemów nawadniających. Z nich ewentualny nadmiar wody za pomocą śluz przesyłano dalej tam, gdzie odczuwano jej niedobór. W ten sposób zasoby wodne w całym kraju wzrosły o jedną czwartą, a w północnej części pustyni Negew o siedemdziesiąt pięć procent. Miasta umierające z pragnienia, jak Beer Szewa, Tel Aszkelon, Kirjat Gat, Arad czy Dimona zaczęły się błyskawicznie rozwijać. Nowe duże obszary, potencjalnie bardzo żyzne, zaorano. Kolektywne rolnictwo w rejonie Gazy, którego utworzenie motywowano patriotyzmem i względami bezpieczeństwa, wkrótce mogło utrzymywać się nie z idealizmu, ale na przykład z uprawy pszenicy, orzeszków ziemnych, marchewki, owoców cytrusowych, kartofli i produkcji mleka. Zaledwie kilka lat po otwarciu tego wielkiego wodociągu rolnictwo Negewu było w stanie wyżywić pięćdziesiąt pięć tysięcy ludzi[30].
Nowych, orientalnych imigrantów sprawnie i bezceremonialnie kierowano prosto do pachnącej jeszcze epoką pionierską rzeczywistości. Do młodych, dopiero co zaprojektowanych i mających rozwijać się miast, arei pituach, zbudowanych na skraju pustyni Negew, które od samego początku nabrały charakteru etnicznych gett. Niewielu spośród Żydów orientalnych przybyłych do Izraela wprowadziło się tam z własnej woli. Większość prosto ze statków transportowano do przydzielonych z góry mieszkań. W 1964 roku jedna trzecia wszystkich Żydów orientalnych żyła w miastach i wioskach zaprojektowanych i obmyślonych dla nich przez osadników pochodzenia europejskiego.
Sami przez pewien czas mieszkaliśmy w błyskawicznie rozrastającym się mieście imigrantów Bat Jam, blisko południowej części Tel Awiwu-Jafy, gdzie nowe bloki były jeszcze luźno rozrzucone pośród piasków, bez ulic i numerów domów. Oburzał mnie tam brak ducha pionierskiego i uświadomienia syjonistycznego u naszych nowych, posługujących się przeważnie językiem arabskim, sąsiadów. Każdego ranka, zanim jeszcze orientalne kobiety zdążyły pojawić się ze swymi przepastnymi tobołkami i torbami, a ich tworzący gangi synowie objąć w swoje posiadanie piach i bramy, pędziłem z całych sił na rowerze na północ, do szkoły, do organizacji i do "prawdziwego" Izraela. Wracałem dopiero późnym wieczorem, w wielkim strachu przed wściekłymi, na pół dzikimi psami, które zawsze goniły za moim rowerem przez całą dzielnicę. Odczuwałem też niechęć wobec barw, zapachów i odgłosów otoczenia.
Tak w rzeczywistości wyglądał nowy, rozbudowujący się, wielokulturowy, pełen zgiełku, niezdyscyplinowany, pozbawiony historii Izrael, który nie dawał się uwieść mitom i ideałom leżącym u źródeł państwa. To był Izrael, gdzie utopijna retoryka równości, przy pogłębiających się społecznych i kulturowych różnicach, brzmiała coraz bardziej pusto. To był Izrael, gdzie niewątpliwie wszyscy żydowscy mieszkańcy wkrótce dorobili się lodówek (choć wciąż każdego ranka przejeżdżał samochód z lodem). Gdzie wywodzące się z Europy elity, ciągle jeszcze głoszące konieczność narodowych wyrzeczeń i patriotyzm, coraz częściej same z tych wyrzeczeń rezygnowały. Żydzi orientalni mieszkali gorzej, otrzymywali gorsze wykształcenie, wykonywali najgorsze prace i nie mieli dostępu do stanowisk w wojskowych i politycznych władzach państwa. Nieosiągalne były dla nich instytucje o charakterze ideologicznym - partie, organizacje, związki zawodowe, które odgrywały dość istotną rolę, umożliwiając nawiązanie kontaktów, zdobycie stanowisk i uzyskanie awansu społecznego, czegoś, co w Europie nazywano protekcją. Polityczne i wojskowe elity wciąż w zadziwiająco dużym stopniu rekrutowały się z samego europejsko-ideologicznego serca Izraela - z kibuców.
Prawdopodobnie żadnej z tych sprzeczności nie można było uniknąć w społeczeństwie, którego liczba ludności w ciągu zaledwie kilku lat wzrosła o dwadzieścia procent, i jeszcze do tego o ludzi różniących się od elitarnej grupy założycieli zarówno doświadczeniem z przeszłości, jak i kulturą. Trudno wymagać, by tak skomplikowany i kosztowny proces adaptacji mógł natychmiast dać wszystko wszystkim (kiedy i tak sporo ludzi otrzymało zdumiewająco wiele). Można było jednak złagodzić zderzenie ideologii z rzeczywistością. Żydzi orientalni nie porównywali swej nowej egzystencji z tą, którą zostawili za sobą, lecz z tą, którą im obiecano. Co były warte obietnice o nowym Erec Israel, kiedy Golda Meir, urodzona w Rosji, utożsamiana z postacią Matki, potrafiła oficjalnie wyrazić wątpliwość, czy jest możliwe "podniesienie poziomu cywilizacyjnego imigrantów do akceptowalnej granicy"? Albo kiedy Abba Eban, wychowany i wykształcony w Anglii, nie widząc w tym nic zdrożnego, odwoływał się do połowy ludności państwa jako do ludzi przybyłych z krajów, "w których od czasu upadku kultury islamu brakowało tradycji i ośrodków kształcenia"[31]. Historia żydowska w programie nauczania w szkołach była jeszcze synonimem historii Żydów europejskich, a Żydzi orientalni przekonywani byli czasami (przez rozgorączkowanego Europejczyka) o tym, że nie są zdolni zrozumieć Izraela, ponieważ nie doświadczyli Hitlera. Orientalna, czy też sefardyjska hebrajszczyzna z jej tylnojęzykową i arabsko brzmiącą wymową, często piękniejsza i historycznie bardziej poprawna od tej skonstruowanej po europejsku, o przenikliwych gardłowych dźwiękach i z twardo wymawianym "r" hebrajszczyzny Sabry, była w latach mojego pobytu w Izraelu wyznacznikiem przynależności klasowej. Wyznacznikiem tak klasyfikującym jak angielski cockney.
Słuchając oficjalnej retoryki tamtych lat, można było odnieść wrażenie, że godny uwagi gospodarczy i wojskowy rozwój kraju był przede wszystkim dziełem silnie umotywowanych pionierów, ich pozbawionych egoizmu wysiłków, by zaorać, umocnić i obronić kraj. Rzeczywistość była nieco inna. Jeśli nawet istotnie pracowali oni ciężko, gotowi do wielu wyrzeczeń, to na dłuższą metę owo poświęcenie nie mogło pozwolić na pokrycie ogromnych wydatków państwa izraelskiego na obronę i imigrację. Tę wielką i istniejącą stale dziurę w budżecie (na którą składało się wiele małych wkładów odpowiadających pięćdziesięciu dziewięciu procentom deficytu budżetowego Izraela w latach 1949-1965) wypełniano żydowskim wsparciem finansowym z całego świata, odszkodowaniami wypłacanymi od początku lat pięćdziesiątych państwu Izrael i pozostałym przy życiu ofiarom nazizmu przez Niemcy Zachodnie, a ponadto stale rosnącą amerykańską federalną pomocą finansową oraz pożyczką[32]. Izraelczycy wykorzystywali te pieniądze prawie zawsze w sposób przemyślany i konstruktywny, przeznaczając je na inwestycje strategiczne. Tak znaczna pomoc miała na niektórych wpływ demoralizujący, tworząc iluzję gospodarczego dostatku i materialnej samowystarczalności. Również w kibucach zaczęły wybuchać burzliwe dyskusje na temat dopuszczalności podwyższonego standardu życia oraz tego, jak daleko można się posunąć w ustępstwach wobec zachodniego ideału konsumpcyjnego.
Takie były pęknięcia w ideologicznej fasadzie. Sam ich wówczas nie dostrzegałem, albo też nie chciałem ich widzieć, jednak z dzisiejszej perspektywy są one łatwe do zrekonstruowania. Po upływie jednego lub dwóch pokoleń od powstania państwo izraelskie dotarło do takiego historycznego momentu, w którym wszystkie koncepcje ideologiczne i struktury społeczne wydają się skostniałe, forma bierze górę nad treścią, wizja oddala się od rzeczywistości, a instytucje polityczne zaczynają żyć według własnych wewnętrznych i zbiurokratyzowanych zasad. To samo zdarzyło się w Nowej Anglii za czasów purytanów, w połowie XVII wieku, kiedy to nietolerancyjne i doktrynerskie pokolenie Mayflower sukcesywnie traciło rząd dusz. Początkowo zwolennicy opozycyjnych doktryn tworzyli własne społeczności, a następnie kolejne pokolenia odchodziły od koncepcji, których nie udało się wcielić w życie. Purytanizm utonął w rwącym strumieniu idei, co doprowadziło wkrótce do amerykańskiej rewolucji. Proces ten powtórzył się dwieście lat później, gdy starzejący się twórca amerykańskiej deklaracji niepodległościowej Thomas Jefferson, zniechęcony już, odnotował profanowanie idei i ideałów rewolucji przez niezainteresowanych historią potomków. "Wielki Przywódca" Izraela Ben Gurion po wycofaniu się z życia politycznego w 1963 roku stawał się coraz bardziej rozgoryczonym i zdziwaczałym krytykiem swoich następców. Rozpoczął on między innymi ostrą polityczną polemikę w prasie z przywódcą rewizjonistów, swoim zagorzałym wrogiem Włodzimierzem (Vladimirem) Żabotyńskim (założycielem syjonistycznego prawicowego ruchu Cherut, któremu obecnie przewodzi Menachem Begin). Żabotyńskiemu, nieżyjącemu już i pochowanemu w Nowym Jorku, następca Ben Guriona Lewi Eszkol oficjalnie przyznał miejsce na grób na Górze Herzla w Jerozolimie[33]. Tego Ben Gurion nie mógł znieść. Nie tolerował też, odmiennych od jego własnych, poglądów młodych działaczy w partii. Ostatnie lata życia Ben Guriona to odrywanie się od jego partii wciąż nowych frakcji, z których ostatnia, jak na ironię i dosłownie nad martwym ciałem "Wielkiego Przywódcy", weszła w skład pierwszego w historii Izraela rządu prawicowego.
Izrael, podobnie jak USA, to państwo tworzone od podstaw, ze swoim rokiem zerowym, aktem stworzenia, z mitycznym "wielkim wybuchem". W Izraelu etap od purytańskiego fanatyzmu do prozaicznej budowy państwa trwał jednak nie sto pięćdziesiąt, ale zaledwie dwadzieścia lat. Ci sami ludzie, którzy przybyli, by wybudować sobie nowy świat, nie mając pojęcia, jak w praktyce nim rządzić, zasiadali dziś w wojskowych sztabach, parlamencie i administracji rządowej. W ciągu jednej nocy rojowisko utopii społecznych, mesjanistycznych aspiracji i koncepcji żydowskiego odrodzenia wtłoczono w wąską przestrzeń, ograniczoną ramami interesu państwa. Wielkie dyskusje przerwano w pół zdania, bezkompromisowe umowy stawały się martwe, alternatywne rozwiązania unieważniano. Niewiarygodnie dużo politycznego entuzjazmu zużyto w procesie budowy państwa, w powtarzających się wojnach, kolonizacji ziemi, imigracji, w żydowskim rozrachunku z nazizmem. Właśnie w tym okresie - już nadwątlonym, końcowym stadium historycznej epoki pionierów - przechodziłem swoją izraelską edukację.