ROZDZIAŁ 1
Joana
Zbita z jasnej, niemal białej sklejki skrzynia na pierwszy rzut oka nie zdradzała swojej zawartości. Zamknięta blokującym wieko wąskim okuciem, z czterema metalowymi uchwytami umieszczonymi po dwa z każdej strony, oklejona naklejkami z czerwonymi, skierowanymi do góry strzałkami. Na wieku skrzyni niebieskim flamastrem nakreślono jakieś trudne do rozszyfrowania napisy. Spoglądając z bliska, można było rozpoznać, że są w języku arabskim i zdradzają, co znajduje się w środku.
Stała na przemysłowej palecie, opleciona siecią używaną w wojskowych samolotach do powstrzymywania ładunków przed przemieszczaniem się w trakcie transportu, i sunęła powoli ciągnięta na niewielkiej przyczepie w ciszy, co jakiś czas rozrywanej bolesnym lamentem. Gorące, wilgotne powietrze zmieszane ze wznoszonym przez koła przyczepy kurzem ulicy było trudne do zniesienia, ale ciekawość gapiów coraz tłumniej zbierających się dookoła była silniejsza. Każdy chciał ją zobaczyć. Zupełnie jakby w skrzynce zatknięte były relikwie któregoś z gorliwie wielbionych na Filipinach świętych.
Jedna z kobiet, młoda i drobna z postury, próbowała nadążyć za platformą, ale robiła to z trudem, słaniając się na nogach i zanosząc od płaczu. Mężczyzna, który ją podtrzymywał, zdawał się być bardziej opanowany, choć sam też raz po raz ocierał łzy płynące ze skrywanych za ciemnymi okularami oczu.
Tajfuny nie są obce mieszkańcom Filipin, ale ten, który uderzył w kraj w dwa tysiące trzecim roku, po dziś dzień pozostał jednym z najsilniejszych, jakie kiedykolwiek nawiedziły tę część naszej planety. I zdecydowanie najbardziej śmiertelnym. Lokalnie nazwany Haiyan, a światu znany raczej jako Yolanda, uderzył w filipińską zatokę Leyte, tworząc śmiercionośną, trzynastometrową falę sztormową, która z nieprawdopodobnym okrucieństwem wdarła się w głąb wyspy Panay, niszcząc wszystko na swojej drodze. Dziełu zniszczenia towarzyszyły nieprawdopodobnie porywisty wiatr i ściana deszczu tak obfita, że całkowicie przesłoniła świat. W tym rozszalałym piekle zginęło lub przepadło bez wieści ponad sześć tysięcy osób, a ponad milion ocalałych straciło dach nad głową i cały swój dorobek. Wiele ofiar pochodziło z malowniczo położonej, choć bardzo biednej miejscowości Sara w prowincji Iloilo.
Rodzina Demafelis przetrwała kataklizm. Żaden z jej członków - rodzice ani dziewięcioro dzieci - nie zginął, ale ich dom nie nadawał się już do zamieszkania. Z dnia na dzień stracili wszystko, co ciężką pracą budowali przez lata. Pieczołowicie uprawiane przez rodzinę pola ryżu stały się gruzowiskiem wszystkiego, co zostawił po sobie żywioł. Wyglądały bardziej jak wysypisko śmieci. Zatrute niesionymi przez wodę chemikaliami, nie nadawały się już do wysiewu. Tym samym Demafelis stracili nie tylko dach nad głową, ale także jedyną szansę na jego odbudowanie.
Nastały czasy strasznej biedy i trudnych decyzji o emigracji, które musiały podjąć setki mieszkańców tego regionu, by ratować swoje rodziny. Dla wielu z nich jedyną szansą na powrót do normalności była lukratywna praca w bogatych krajach Bliskiego Wschodu. Jedną z osób, które się na nią zdecydowały, była dwudziestoczteroletnia wtedy Joana Demafelis. Joana obiecała swoim starym rodzicom, że zrobi wszystko, by ich zniszczony dom znowu stał się miejscem, gdzie wszyscy będą szczęśliwi. Zgłosiła się do agencji poszukującej chętnych do pracy jako nianie, kucharki i służące w bogatych arabskich domach i kilka miesięcy później, pełna nadziei, wyruszyła po lepszą przyszłość do Kuwejtu.
Joana nie trafiła jednak do domu rodowitych Kuwejtczyków. Agencja, która ją tu sprowadziła, znalazła jej miejsce w domu dobrze sytuowanych imigrantów. Jej pracodawcami zostało młode małżeństwo. Panem domu był Libańczyk Nader Essam Assaf, jego żona Mona Hassoun pochodziła z Syrii. Para miała dwójkę małych dzieci.
Joana zamieszkała z nimi w wynajmowanej willi w położonej nad zatoką dzielnicy Al Shaab. To, co działo się za jej zamkniętymi drzwiami, długo pozostawało tajemnicą, choć z czasem Joana zaczęła zwierzać się swojej siostrze Jessice z tego, że jej życie w Kuwejcie dalekie jest od ideału. Filtrowała jednak informacje, tak by nie martwić bliskich. Każdego miesiąca wysyłała im większą część zarobionej kwoty i odliczała dni do momentu, gdy zarobi wystarczająco dużo, by odbudować zrujnowany dom, zakończyć kontrakt i wrócić do rodziny.
Pani domu wyjątkowo dbała, by jej służąca nie cierpiała na brak zajęć. Mona Hassoun była osobą o bardzo trudnym charakterze. Złośliwą i okrutną. Ludzie, którzy ją znali, twierdzą, że cierpiała na manię wyższości, podsycaną kompleksami wynikającymi z tego, że w Kuwejcie jest tylko imigrantką. Starała się swoim zachowaniem podkreślić uprzywilejowaną pozycję wobec biednej służącej.
Joana nigdy nie była pewna, czym może zirytować swoją pracodawczynię. Czasami wystarczyło niewłaściwe spojrzenie, złe zrozumienie polecenia, głośniejszy oddech. Dziewczyna zajmowała się sprzątaniem, gotowaniem i usługiwaniem. Towarzyszyła też swojej pani w zakupach w supermarkecie, pchając za nią wózek, do którego wkładała wskazywane towary. Pakowanie zakupów do samochodu i wypakowywanie ich również należało do jej obowiązków. Mona nie przejmowała się ich wagą. Od tego właśnie miała służącą.
Małżeństwo, dla którego pracowała Joana, nie należało do najzgodniejszych. Pan domu sporo pracował, ale gdy wracał, para często się kłóciła. Po niemal każdej kłótni Mona odreagowywała swoje frustracje na służącej. Najczęściej robiła to fizycznie, szarpiąc ją za włosy, bijąc, wyzywając. Gdy była naprawdę wściekła, zabierała jej telefon i głodziła, oferując jedynie odpadki ze śmietnika. Kiedy Joana odzyskiwała komórkę, z obawy, że stan ten może nie potrwać zbyt długo, z reguły natychmiast dzwoniła do siostry. Ta coraz częściej zadawała jej pytania o to, co faktycznie dzieje się w domu w Al Shaab, a Joanie coraz trudniej było ukrywać prawdę.
Wszystko skończyło się nagle, gdy Joana zniknęła z domu Mony i Nadera. Zdenerwowani prawdopodobną ucieczką służącej, małżonkowie zgłosili ten fakt agencji, od której ją odkupili, a ta, przepraszając, zapewniła, że zajmie się sprawą, i zaoferowała tymczasowe zastępstwo. Policja wszczęła postępowanie i zaczęła szukać podejrzewanej o nielegalną ucieczkę Filipinki. To nie było jednak konieczne, bo Mona i Nader jakiś czas wcześniej postanowili wyjechać z Kuwejtu.
Nikt nie wiedział, dokąd udała się Joana. Przestała kontaktować się z siostrą, która początkowo nie widziała w tym nic niepokojącego, bo bywało, że Mona zabierała Joanie telefon na dwa, a nawet trzy tygodnie. Joana przygotowała siostrę na taką okoliczność, ale gdy brak kontaktu przedłużał się w nieskończoność, kobieta w końcu zgłosiła jej zaginięcie do Overseas Workers Welfare Administration - filipińskiej organizacji zajmującej się społeczną opieką nad pracownikami przebywającymi za granicą. Jednak mimo że w samym tylko Kuwejcie pracuje średnio ćwierć miliona filipińskich niań, służących, masażystek i kucharek, organizacja nie była w stanie niczego wskórać. Nikt nie miał pojęcia, co stało się z Joaną, a agencja, która sprowadziła ją na Bliski Wschód, wkrótce zakończyła swoją działalność, co dodatkowo utrudniało dochodzenie. Poszukiwania trwały ponad rok, ale w czasie gdy rodzina Demafelis szukała zaginionej Joany, właściciel domu wynajmowanego przez Monę i Nadera usilnie poszukiwał ich. Okazało się, że wyjechali z powodu długów i od dawna nie płacili za dom, a sąd zdążył już nawet skazać zaocznie Nadera na dwa tygodnie więzienia za wystawianie czeków bez pokrycia.
Willa w Al Shaab, w której mieszkali, pozostawała przez wiele miesięcy opuszczona, aż w końcu jej właściciel postanowił ją przejąć i przygotować do ponownego wynajęcia. To wtedy jego pracownicy dokonali makabrycznego odkrycia. W dużej, stojącej w kuchni i zamkniętej na kłódkę zamrażarce znajdowały się zwłoki młodej kobiety. Bardzo szybko potwierdzono jej tożsamość. To tak zniknęła Joana Demafelis.
Jej ciało przewieziono do szpitala Al Sabah, gdzie sekcja zwłok odpowiedziała częściowo na nurtujące wszystkich pytania o ostatnie chwile jej życia. Zwłoki przetrzymywano w zamrażarce od listopada dwa tysiące szesnastego roku, a znalazły się w niej krótko po zgonie. Ostatni raz Joana skontaktowała się ze swoją siostrą dwa miesiące wcześniej. Bardzo prawdopodobne zatem, że przez ten czas była odcięta od świata i torturowana. Na to wskazywały liczne ślady na ciele i stan jej organów. Kobieta miała kilka złamanych żeber, uraz miednicy, nerek i rozległy krwotok wewnętrzny.
Nie wiadomo z całą pewnością, czy ostateczną przyczyną zgonu były obrażenia, czy uduszenie, ale nie ma wątpliwości, że dziewczyna zginęła w ogromnych, zadanych celowo cierpieniach. Władze Kuwejtu wiedziały, kto stoi za śmiercią filipińskiej służącej, ale początkowo nie spieszyły się z wyjaśnieniem sprawy, zwłaszcza że nie była to jedyna sytuacja, w której w niejasnych okolicznościach życie straciła imigrantka z Filipin. Ale sprawy zaszły za daleko. Do wyjaśnienia okoliczności śmierci Joany Demafelis i postawienia jej sprawców przed sądem zmusił Kuwejt prezydent Filipin Rodrigo Duterte, wprowadzając natychmiastowy zakaz wyjazdu swoich obywateli do pracy w tym bogatym kraju. Znany ze swojego dramatyzmu i populistycznych wystąpień, Duterte, który objął urząd zaledwie kilka miesięcy wcześniej, ogłosił decyzję, mówiąc, że jest gotowy "sprzedać duszę diabłu", by sprowadzić wszystkich rodaków z Kuwejtu. Kuwejt początkowo zagroził zerwaniem stosunków dyplomatycznych, ale szybko się z tego wycofał.
Filipińscy służący potrzebują pieniędzy swoich arabskich pracodawców, okazało się jednak, że to pracodawcy dużo bardziej potrzebują służących. Zakaz potraktowano bardzo poważnie, zwłaszcza że prezydent Duterte obiecał pomoc finansową wszystkim, którzy wrócą z Kuwejtu do domu. Prezydent z namaszczeniem i pod okiem kamer telewizyjnych osobiście przywitał na lotnisku osoby, które wylądowały jako pierwsze. Wręczył im prezenty, uścisnął dłonie, a jego współpracownicy zadbali o to, by obrazek ten obiegł świat, a co najważniejsze - dotarł do Kuwejtu. Z oferty Duterte skorzystało zaledwie kilka tysięcy Filipińczyków. Nad strachem przeważyły względy ekonomiczne, zwłaszcza że Kuwejt także wytoczył propagandowe działa, zasypując media i internet wywiadami ze służącymi, zachwyconymi pracą i bliskimi, niemal rodzinnymi stosunkami z pracodawcami. Władze obu krajów zdawały sobie sprawę, że zakaz wydany przez prezydenta Duterte nie jest korzystny dla żadnej ze stron, ale przez kilka miesięcy bardzo twardo obstawały przy swoich stanowiskach.
Filipińczycy przede wszystkim domagali się sprawiedliwości dla zamordowanej dziewczyny, a Kuwejtczycy obiecywali publicznie, że ją wymierzą. Za parą podejrzewaną o zabójstwo Joany Demafelis wysłano listy gończe.
Ciało zamordowanej służącej przetransportowano na Filipiny w lutym dwa tysiące osiemnastego roku. Kondukt prowadzący zbitą ze sklejki trumnę transportową z lotniska wywołał ogromne poruszenie wśród mieszkańców miejscowości Sara, wstrząśniętych losem młodej dziewczyny. Relacje z tego wydarzenia - z opłakującą siostrę Jessicą Demafelis - emitowały telewizje całego świata, a opinia publiczna wtórowała rodzinie, wszyscy domagali się sprawiedliwości i szybkiego ujęcia sprawców.
Na to nie trzeba było długo czekać. Już kilka dni później w Libanie aresztowano Nadera Assafa, a następnego dnia policja z Damaszku poinformowała o ujęciu jego żony Mony. Proces pary rozpoczął się wkrótce po jej zatrzymaniu. Sędziowie z Kuwejtu do ustalenia werdyktu nie potrzebowali obecności oskarżonych. Już niecały miesiąc po ich aresztowaniu ogłoszono werdykt, który spotkał się z aplauzem wśród żądających sprawiedliwości Filipińczyków.
Assaf i Hassoun zostali skazani na karę śmierci przez powieszenie. Zgodnie z prawem szariatu małżeństwo mogłoby uniknąć wykonania wyroku, jeśli rodzina Demafelis zgodziłaby się przyjąć diyah, czyli tak zwane pieniądze krwi wypłacane bliskim ofiary. Krewni Joany taką możliwość jednak kategorycznie odrzucili, zapowiadając, że chodzi im jedynie o sprawiedliwość, a nie o pieniądze od morderców. Kiedy diyah nie zostaje przyjęte przez rodzinę, w szariackim prawie obowiązuje qisas, czyli prawo odwetu - "oko za oko, ząb za ząb". Kara jest wówczas nieunikniona.
Prezydent Duterte jeszcze przez jakiś czas po wyroku kuwejckiego sądu twierdził, że nie zmienia on niczego w jego stanowisku, i utrzymywał zakaz wyjazdu swoich rodaków do tego kraju, ale wkrótce się ugiął, uzyskując zapewnienie o ochronie filipińskich imigrantów zarobkowych. Sytuacja jednak szybko wróciła do dawnej, tragicznej normy.
W roku, w którym doszło do zabójstwa Joany Demafelis, ambasador Filipin w Kuwejcie otrzymał ponad sześć tysięcy skarg od filipińskich pracowników. Liczba ta na jakiś czas spadła, by osiągnąć podobny poziom już rok po wykonaniu wyroku na mordercach Joany. Są to tylko przypadki, które zostały zarejestrowane. Wiele z nich umyka uwadze, gdyż więzione służące nie są w stanie nikogo poinformować o swoim losie.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że sprawiedliwość zaserwowana morderczemu małżeństwu jest gorzką manipulacją, znaną w krajach autorytarnych. Władze kuwejckie były zdeterminowane, by z tej sprawy zrobić pokaz swojej troski o los imigrantów pracujących dla bogatszych mieszkańców kraju i firm, które się w nim znajdują. Zwłaszcza że okazja była idealna wizerunkowo. Można było zadośćuczynić sprawiedliwości, jednocześnie nie występując przeciwko własnym obywatelom. Gdyby mordercami Joany Demafelis okazali się Kuwejtczycy, sprawę, jak wiele innych, zapewne zamieciono by pod dywan, ale tu chodziło o Syryjkę i Jordańczyka.
Trudno będzie dochodzić podobnej sprawiedliwości w przypadku Constancii Lago Dayag, która w dwa tysiące dziewiętnastym roku, ciężko pobita, została przewieziona do szpitala, gdzie zmarła. Policja zatrzymała jej pracodawcę, ale ten tuż po przesłuchaniu odzyskał wolność.
Prawdopodobnie identycznie będzie w przypadku Jeanalyn Villavende, dwudziestosześcioletniej Filipinki, która na początku dwa tysiące dwudziestego roku trafiła do szpitala brutalnie zgwałcona przez swojego kuwejckiego pracodawcę. Ofiara była dosłownie "czarnogranatowa" od siniaków po pobiciu przez jego zazdrosną żonę. Zmarła w drodze do szpitala, a jej zmasakrowanie miało być karą za rzekome wyuzdane zachowanie wobec jej męża. We wrześniu tego samego roku przez swoich kuwejckich pracodawców zamordowana została czterdziestosześcioletnia służąca ze Sri Lanki. I w tym przypadku policja dała wiarę jej przełożonym, którzy po prostu zapewnili, że nie mają nic wspólnego ze śmiercią pracownicy.
Losy ciężko pracujących kobiet usługujących w bogatych domach na Bliskim Wschodzie często sprawiają, że włos się jeży na głowie, wzbudzają frustrację i sprzeciw. Jak to jest w ogóle możliwe? Jak tak można? Okazuje się, że można.
Według szacunkowych danych na Półwyspie Arabskim pracuje prawie trzy miliony kobiet z biedniejszych krajów południowo-wschodniej Azji. Są własnością. Towarem, który można sprzedawać za ogromne pieniądze, a mimo to wciąż jest na niego popyt. Zarabiają na nich pośrednicy, którzy nierzadko ukrywają przed swoimi ofiarami prawdziwe warunki pracy. Korzystają pracodawcy, którzy de facto kupując sobie pracownika, stają się panami jego życia i śmierci.
To rosyjska ruletka, w którą grają ludzie zdesperowani biedą. Część z nich ma szczęście - trafia do rodzin, które traktują ich z szacunkiem i wypłacają regularne pensje. Te pozytywne historie kuszą. To dlatego każdego roku dziesiątki tysięcy biednych kobiet i mężczyzn decydują się na wyjazd w nieznane, mając świadomość, jak wiele ryzykują. Ci, którzy nie będą mieli szczęścia i trafią w ręce sadystów, przekonanych, że życie człowieka warte jest tyle, ile jego konto, może spotkać okrutny los. Najsmutniejsze jest w tym jednak to, że ich cierpienie pozostanie anonimowe. Zamknięci za murami arabskich willi, stają się zupełnie bezbronni i samotni. Nikt ich nie usłyszy.
Overseas Workers Welfare Administration na Filipinach rocznie rejestruje ponad sto przypadków utraconego kontaktu z rodziną. Ta sytuacja dotyczy również pracowników z innych biednych krajów Afryki i Azji, a w większości z nich nawet nie prowadzi się takich statystyk. Przyczyny są różne. W najlepszym przypadku służący po prostu tracą przywilej korzystania z telefonu i z czasem się odnajdują, ale zdarza się, i to wcale nie rzadko, że przepadają bez wieści. Trumny nie zawsze wracają przy fleszach aparatów i pod okiem kamer. Najczęściej nie wracają nigdy.
***
Bogactwem krajów arabskich łatwo się zachłysnąć, nawet jeśli samemu nie ma się wielkiej fortuny. Luksusowe kawiarnie, hotele, centra handlowe Dubaju, Kuwejtu, Manamy, Muskatu czy Rijadu sprawiają wrażenie, że znajdujemy się w krainie szczęśliwości. I jeśli faktycznie jesteś w stanie poczuć się w tych miejscach szczęśliwy, to jesteś farciarzem. Ale warto pamiętać, że to szczęście często jest okupione czyjąś krwawicą.
Od kiedy zacząłem pisać książki o Bliskim Wschodzie, co jakiś czas czytam wiadomości lub komentarze o tym, że przecież nie jest tak źle... Dubaj to wspaniałe miejsce, a i w Kuwejcie czy Arabii Saudyjskiej można żyć na świetnym poziomie. Piszą je z reguły ci, którzy poznali je od najlepszej strony. I mają rację. To wszystko prawda, wcale nie jest tak źle, bywa wręcz fantastycznie...
Osobiście każdy rok swojego pobytu na Bliskim Wschodzie, poza trudnymi początkami, wspominam z uśmiechem. Było rewelacyjnie. Bawiłem się świetnie, miałem wszystko, co było mi potrzebne, a nawet więcej, czerpałem z życia pełnymi garściami. Tyle że ja należałem do tych farciarzy. Mnie nikt nie wykorzystywał, nie bił, nie wyzywał. Co miesiąc dostawałem na konto wysoką, a do tego nieopodatkowaną pensję, a co trzy miesiące dodatkową premię. Bawiłem się w drogich klubach, odpoczywałem w SPA, szlajałem się po restauracjach, robiłem zupełnie zbędne zakupy, opalałem się na plaży lub przy basenie w moim szklanym apartamentowcu. Wydawało się, że mam wszystko. Brakowało mi wtedy tylko jednego - perspektywy!
Nie zdawałem sobie sprawy, a szczerze mówiąc, nie chciałem sobie jej zdawać, że nie wszyscy imigranci mają tak samo. Łatwo mi było o tym zapomnieć, bo otaczałem się ludźmi, którzy byli w podobnej sytuacji do mojej. Nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy mieliśmy świadomość, że los tysięcy służących czy budowniczych pochodzących z biedniejszych części świata jest piekielnym koszmarem, wiedzieliśmy, że nasz sprzeciw i tak niczego nie zmieni. Odwrócenie głowy było wygodniejsze. Udawanie, że nie wiemy o czyjejś tragedii, zwalnia nas z odpowiedzialności. Czasami myślę, że moja obecna rola to swoisty wyrzut sumienia. Piszę o ludziach, którzy w tym fascynującym, bogatym świecie są zupełnie przezroczyści. Nikt ich nie zauważa. Zło triumfuje w obojętności. A ja byłem obojętny.
Wyjeżdżając z Dubaju, nie miałem jeszcze pojęcia, że za parę lat sam będę pracodawcą dla ludzi, którzy do Polski przylatują z dalekiej Azji za chlebem. Kilka lat temu, będąc na wakacjach w Tajlandii, pomyślałem, że fantastycznie byłoby posiadać własny salon masażu zatrudniający utalentowane azjatyckie masażystki. One miałyby dobrze płatną pracę, bo w swoim kraju zarabiają grosze, ich klienci dostawaliby możliwość zrelaksowania się, a ja miałbym częsty dostęp do masaży.
Planowanie biznesu w takich okolicznościach ma swoje złe strony, bo zapomina się o wszystkich trudnościach związanych z jego prowadzeniem, ale ja byłem zdecydowany. Od pomysłu do czynu. Już rok później mój salon działał, a ja, mimo że miałem zupełnie inną pracę, poświęcałem mu mnóstwo czasu. Spędzałem go oczywiście na doglądaniu interesu, na masażach i rozmowach z zatrudnianymi przeze mnie dziewczynami z Tajlandii i Indonezji.
Przez kilka lat ekipa masażystek się wymieniała. Jedne dziewczyny wracały do rodzinnych domów, w ich miejsce przyjeżdżały nowe, a czasami wracały te, które już zdążyły nacieszyć się rodziną. Wśród nich była Eka, dwudziestosiedmioletnia, ale wyglądająca na co najwyżej dwadzieścia lat, śliczna, skromna masażystka z Bali. Każda nowa masażystka na początku mówiła do mnie boss1 albo sir2. Były na to niemal zaprogramowane. I za każdym razem musiałem wielokrotnie powtarzać, że mają mi mówić Marcin. Może i jestem szefem, ale wolałbym, by zwracały się do mnie po imieniu.
Dziewczyny znały mnie jako swojego pracodawcę, a ja myślałem, że nie wiedzą o moich książkach. Bo i skąd miałyby wiedzieć? Przecież żadna z nich nie znała polskiego i nie mogła ich przeczytać. Okazało się jednak, że wzbudzają one w nich spore zainteresowanie, bo widziały ich okładki, a te w uniwersalny sposób zdradzają tematykę.
Wiedziałem, że prawie każda w jakiś sposób była wcześniej związana z Bliskim Wschodem. Znałem przecież przebieg ich dotychczasowego zatrudnienia. Niektóre pracowały w pięciogwiazdkowym hotelu w Katarze, inne w Dubaju. Były również dziewczyny z doświadczeniem w Turcji czy Jordanii. Większość z nich miała też sporą część rodziny rozlokowaną w różnych krajach Zatoki Perskiej.
Pewnego dnia Eka odważyła się zagadnąć mnie w tym temacie. Spytała, czy istnieją już tłumaczenia moich książek na język angielski, które mogłaby przeczytać. Powiedziała mi też, dlaczego tak bardzo interesuje się tym tematem, a ja szybko się zorientowałem, że rodzinna historia Eki byłaby doskonała do opowiedzenia w kolejnej książce. Zwłaszcza że nie mogłem pozwolić, by umknęła w zapomnieniu.
Nasza pierwsza rozmowa przeciągnęła się na kilka godzin, podczas których polało się sporo łez. Łzy Eki spływały spokojnie, dostojnie, jakby drogę po jej policzkach przemierzały już niejeden raz. Moje były wstydliwe, skrywane i pełne palącego poczucia winy.
Gdyby Eka nie spytała mnie o moje książki, ta na pewno nigdy by nie powstała. Ale nie była to jedyna przeszkoda, bo chwilę po tym, jak ogarnęła mnie pisarska ekscytacja, przyszła refleksja. A co, jeśli ktoś pomyśli, że ja też wykorzystuję pracownice z Azji do swoich celów? Że wykorzystując swoją pozycję, zmusiłem Ekę do dostarczenia mi materiału na książkę? To nie jest prawdą, ale nie chciałem, by podobna myśl przeszła przez głowę choćby jednego mojego czytelnika lub czytelniczki. Może to głupie, ale wtedy zrezygnowałem z jej napisania.
Kiedy moje pisarskie zajęcia rozkręciły się na tyle, że coraz częściej brakowało mi czasu na zajmowanie się biznesem, zapadła decyzja o jego sprzedaży. Tym samym nie musiałem się już przejmować, czy wolno mi o tym pisać. Eki nie było już wtedy w Polsce. Pracowała w moim warszawskim salonie masażu przez ponad dwa lata, a do domu wróciła w czerwcu dwa tysiące dwudziestego roku, zaraz po tym, jak po pierwszym ogólnoświatowym lockdownie znów możliwe były loty z Europy na Bali.
Napisałem do niej wiadomość. Zapytałem, czy zgodzi się opowiedzieć mi więcej o tym, co zdarzyło się jej bliskim piętnaście lat temu w Arabii Saudyjskiej. Najpierw zapytała o zgodę swoją mamę. Zresztą potem, już w trakcie pracy nad książką, często podpytywała ją o wiele szczegółów.
To była współpraca zupełnie inna od dotychczasowych. Nie miała formy typowego wywiadu. Była chaotyczna, rwana, momentami trudno było ją ułożyć w całość. Wymagała wielu dodatkowych pytań. Zrozumienia nie tylko kultury arabskiej, ale i sposobu myślenia dziewczyny z Bali. Była też trudna przez barierę językową, bo Eka często posiłkowała się tłumaczem internetowym, by właściwie wyrazić to, co chce powiedzieć.
Silne emocje, które tej sprawie towarzyszyły, też tu nie pomagały. Ani fakt, że ona wciąż tak naprawdę nie ma finału, a mimo upływu lat w głosie Eki nadal pobrzmiewała nadzieja na jej pozytywne zakończenie.
Salon masażu, który stworzyłem w dwa tysiące piętnastym roku, a w którym pracowała Eka, nadal działa w śródmieściu Warszawy i cieszy się olbrzymią popularnością. Wielu z jego stałych bywalców na pewno dobrze pamięta tę zawsze uśmiechniętą i nieprawdopodobnie utalentowaną dziewczynę.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
Prolog
CZĘŚĆ I