Przez tydzień cały głosiły
jaskrawe afisze o niebywałym występie błazna, ulubieńca stolicy,
jedynego w swoim rodzaju.
Magnaci, hulacy, robigrosze, urzędnicy, dziennikarze, artyści,
pracownicy i próżniacy, cnotliwi i hultaje, ich żony i kochanki,
cały Paryż zgromadził się, w cyrku - mrowiem głów, kapeluszy z
piórami, mundurów, palt i lornetek.
Zalegli loże, krzesła, galerje dwóch pięter, amfiteatr cały,
od areny w górę, kołami aż do sufitu.
Program w szybkiem tempie zbliża się ku końcowi.
Antrakt. Koń tresowany. Dzwonek... Siłacz. Gimnastyk. Znów
pauza. Dzwonek... Szmer. Cisza.
Wychodzi oczekiwany. Na piasek areny rzuca niedbale biały
kwadrat dywanu. Siada, w stroju błazeńskim, łokcie wsparł na
kolanach, na dłoniach czoło i zastygł.
Ktoś pierwszy uderzył w dłonie, ktoś drugi klasnął w ręce,
ktoś trzeci, dziewiąty, dziesiąty i wszyscy zaczęli bić brawo,
zerwał się huragan oklasków i okrzyki nawoływania.
Błazen siedział pochylony, nieruchomy na dywanie areny,
czoło wsparłszy na dłoniach, i ani się dziwi, ani dziękuje - zamarł
w zadumie.
Zamilkli i oni: magnaci, hulacy, robigrosze i dziennikarze,
cnotliwi i hultaje, ich żony, córki kochanki - zamilkli i czekają.
Czekają.
Zaczęli się niecierpliwić, w duchu, potem w szmerze cichym,
potem głośniej i głośniej, wołając, złorzecząc i rozkazując.
Biją laskami w podłogę, uderzają lornetkami o poręcze, tupią
nogami i krzyczą.
Błazen wstał.
Cisza.
Wyprostował się, ręce w tył złożył i poglądał na widzów: na
cnotliwych i szubrawców, ich żony i kochanki. - Błazen wodzi
czarnemi oczami - chłodno i stanowczo - patrzy na tych, którzy w
lożach parterowych, obraca się powoli i na każdego zosobna, potem
na tych, którzy w krzesłach półkolem, rząd po rzędzie, potem na
tych, którzy wyżej i wyżej, na wszystkich uczciwych i nicponiów, po
kolei, na każdego zosobna - coraz to o stopień wyżej, aż do sufitu.
I począł się śmiać.
Śmiał się zrazu głośno i pogodnie, długim pasażem śmiechu.
Potem ciszej, śmiechem stłumionym, dyskretnym. Potem całem gardłem
wyrzucił kaskadę zjadliwego śmiechu. To strzelił pojedynczym tonem,
to tonął w dźwięcznych akordach.
Roześmiał się pierwszy, drugi, dziewiąty i dziesiąty i
wszyscy robigrosze i kobiety, i utracjusze i właściciele browarów,
i aktorzy, i malarze, i urzędnicy, lokaje i sam dyrektor cyrku,
wszyscy się śmieją wraz z błaznem.
A on zatacza się, śmiejąc, głową trzęsie, rękami wywija,
biega i kręci się w kółko, uderza się w czoło, w plecy, klepie po
brzuchu, przysiada, przegina, podskakuje, pada na dywan, tacza,
zrywa się by znów upaść, wije się w śmiechu kurczowym, wyje,
szaleje.
Bajeczny! niezrównany!
Oklaski mieszają się z porywem radości, hałas rośnie,
wybucha i milknie, zrywa się wichrem i bije o ściany, opada i
wznosi, szarpie, dusi, kaleczy...
A błazen nowe tony wplata do śmiechu, dziwne, nieznane,
niemiłe.
Tłum bez lornetek patrzy, brwi wzniósłszy do góry i słucha.
I jeden jęk świsnął w śmiechu błazna. I sam się ździwił,
wstał, wsłuchał. I znów się śmieje, ale wszyscy milczą. I znów się
śmieje, ale sam tylko jeden.
Błyskawicą spojrzenia objął w zdumieniu widzów: magnatów,
hulaków, robigroszów, dziennikarzy, urzędników, i artystów,
pracowników i próżniaków, łotrów i cnotliwych, skąpców i głupców, i
leniuchów i śmiesznych, i nieszczęśliwych, i kupców, i dobrze
wychowanych, ich żony, córki i kochanki.
I zapłakał.
I wszyscy widzieli łzy.
I błazen płakał skargą, a potem smutkiem, a potem
współczuciem, a potem gniewem, a potem litością.
Chwilami śmiechem płacz załamywał, ale już zaraz znów
płakał.
Ktoś pierwszy łzy poczuł pod powiekami, zawstydził się i
spojrzał w ziemię. Ktoś drugi w kącikach oczu łzy poczuł. Ktoś
trzeci czuł, że mu chłodne krople po gorących spływają policzkach,
ktoś czwarty, ósmy, dwudziesty.
A błazen płakał, zawodził.
Chustkę kraciastą wyjął z kieszeni, oczy ociera, chlipce,
płacze coraz głośniej, jęczy, chwieje się, przykuca, usta
wykrzywił, mocuje się z bólem, wreszcie wybucha.
Pada na dywan areny, tarza się, wije, skowyczy, powykradał
dźwięki bolesne wszystkich zwierząt i króla-człowieka.
I nikt już się teraz w tłumie nie wstydził: ani fabrykanci
cygar, ani akcjonarjusze plantacji buraków, ani dziennikarze, ani
ajenci policji śledczej, ani bankierzy, ani prokurenci biur
komisowych, ani kasjerzy, urzędnicy, nauczyciele, adwokaci,
chemicy, ani przedsiębiorcy robót miejskich, ani komornicy, ani
cnotliwi, ani nikczemni, ani ich córki, kochanki, żony, teściowe i
kuzynki.
Wszyscy płakali głośniej, lub ciszej, lub bardzo głośno,
niektóre kobiety z lóż, krzeseł i amfiteatru drżały w spazmach, a
nawet mdlały.
Nikt dobrze nie wiedział, dlaczego za ukazaniem się błazna
bił mu oklaski, dlaczego mu potem złorzeczył, dlaczego się śmiał do
rozpuku, a teraz płacze. Zarówno jak komornik nie wiedział dobrze,
czemu jest komornikiem, chemik, czemu jest chemikiem, nicpoń, czemu
jest nicponiem.
I po raz pierwszy o pułap cyrku tłukły się łkania.
Aż błazen zamilkł. Łzy otarł. Wstał. Wyprostował się w
śmiesznym stroju cyrkowego błazna i czekał.
I łkania publiczności milkły, cichły, malały.
I znów błazen objął ich wszystkich dumnem spojrzeniem
zwycięzcy i pośród dużego milczenia rzekł twardym głosem:
- A może ja się urodziłem, by być Napoleonem Pierwszym?
W tejże chwili wszyscy zrozumieli, i zrobiło im się
paskudnie na duszy.
Chcecie wiedzieć zapewne, co wszyscy zrozumieli?
Oto, że urodzili się, by być czymś więcej, niż są. Nawet
ludziom bardzo zamożnym, nawet dobrze wychowanym, nawet wysoko
postawionym, nawet bardzo solidnym, nawet jedzącym ostrygi, nawet
żonom i córkom bardzo szanowanych mężów i ojców, nawet
dziennikarzom i kochankom miljonerów, nawet prokurentom i
cnotliwym, i nawet hultajom - rozumiecie? - wszystkim, zebranym w
olbrzymim cyrku, wszystkim bez wyjątku, przyszło na myśl, że
urodzili się, by być czymś innym, niż są, czymś wyższym, niż są.
Może przyszło im nawet na myśl, że urodzili się na to, by
być prawdziwemi ludźmi, jakiemi być mogli, ale już nie mogą,
takiemi jak to ja myślę i jak zapewne wielu myśli w chwilach
głupiej samoanalizy. Ale, żeby tak było z pewnością, nie mogę
twierdzić.
Dość, że wszystkim bardzo się paskudnie zrobiło na duszy,
kiedy im błazen powiedział.
I poszli wszyscy z cyrku do domów i mieli głupie sny. Ale
nazajutrz już znowu było wszystko dobrze.