ROZDZIAŁ 1
W ORBICIE PRUSZKOWA
Dlaczego serię książek o polskich gangsterach postanowiłem rozpocząć właśnie od Tomasza Sygi, czyli Komandosa? Przede wszystkim oczywiście ze względu na rolę, jaką odegrał w polskiej mafii; na jego wyjątkowo dramatyczny, a przez to - w jakimś sensie - literacko-filmowy życiorys. Ale nie tylko dlatego - obaj mieszkaliśmy w tym samym czasie na warszawskim Żoliborzu i pewnie mijaliśmy się w alejkach osławionego bazaru przy ulicy Wolumen. Wcześniej zaś, gdy ja pomieszkiwałem na wolskim osiedlu Koło, on był wychowankiem tamtejszego Domu Dziecka numer 3 przy ulicy Dalibora. Takie zbiegi okoliczności wzbudzają ciekawość, nawet jeśli obiektem zainteresowania jest wyjątkowo brutalny bandyta...
Postać Komandosa kojarzy się przede wszystkim z owianą wyjątkowo złą sławą grupą żoliborską - Syga był jednym z najbliższych współpracowników jej szefa Stefana Kolasińskiego, pseudonim Ksiądz. I jako żołnierz Księdza miał z pewnością bardzo wielu wrogów, choć nie ma pewności, czy to, co wydarzyło się w sierpniu 2002 roku, pozostawało w jakimkolwiek związku z działalnością Żoliborza. W tamtym czasie Ksiądz (zabity dwa lata wcześniej) był już przeszłością, a Tomasz Syga zdążył sobie narobić wrogów w zupełnie innych strukturach, który wyrosły ponad Żoliborz. I pojawili się gracze znacznie mocniejsi od Księdza czy tych, którzy prowadzili z nim wojny i którzy w końcu go zlikwidowali...
*
Żeby zrozumieć niezwykłą karierę Komandosa, a przede wszystkim fenomen powstawania i rozwoju wyjątkowo brutalnych grup przestępczych, które toczyły ze sobą wojny o wiele bardziej krwawe niż w czasach dominacji Pruszkowa czy Wołomina, trzeba przypomnieć Polskę przełomu wieków. Polskę, która po rozbiciu mafii miała być krajem praworządnym, bezpiecznym, takim, w którym białe jest białe, a czarne występuje już tylko we wspomnieniach.
W sierpniu 2000 roku świadkiem koronnym został wysoko postawiony gangster grupy pruszkowskiej Jarosław Sokołowski, pseudonim Masa - ten sam, z którym napisałem serię Masa o polskiej mafii. To między innymi dzięki jego zeznaniom udało się postawić przed sądem i skazać na długoletnie wyroki szefów tak zwanego Starego Pruszkowa - struktury, która swymi mackami oplatała nie tylko podziemie kryminalne całego kraju, ale także sfery gospodarcze, a nawet - w jakimś stopniu - polityczne. Wprawdzie przeciętny Polak nie do końca wiedział, na czym polega działalność rodzimej mafii i czy faktycznie wpływa ona na bieg spraw publicznych, ale na pewno coraz bardziej bał się wychodzić na ulicę ze świadomością, że może stać się przypadkową ofiarą gangsterskich porachunków. A o tych media donosiły nieustannie - od głośnej egzekucji Wojciecha K., pseudonim Kiełbasa, którego zastrzelono w 1996 roku w Pruszkowie (choć mafijne zabójstwa zdarzały się też wcześniej), mordowanie na ulicach stało się niemal składową codzienności. Początkowo mafijni kilerzy strzelali celnie, zabijając jedynie innych gangsterów, ale po wydarzeniach pod restauracją T.G.I. Friday w warszawskiej Atrium Plaza Polacy przestali ufać cynglom. Otóż 20 marca 1999 roku doszło do egzekucji, którą przeprowadzili ludzie zbuntowanego gangstera Wołomina - Karola S. Ich celem był niejaki Kajtek - żołnierz wierny bossowi grupy Marianowi K., pseudonim Klepak, na którego od pewnego czasu polował Karol S. (uważany także za inspiratora najgłośniejszej egzekucji mafijnej lat 90., czyli strzelaniny w restauracji Gama na warszawskiej Woli, w wyniku której śmierć ponieśli bossowie Wołomina, w tym wspomniany Klepak i Ludwik A., pseudonim Lutek, oraz ich przyboczni). W egzekucji przeprowadzonej w Atrium Plaza zginął Kajtek, ale także Bogu ducha winny pracownik Teatru Wielkiego (według innych informacji - Filharmonii Narodowej).
Wojna rozlała się poza granice półświatka!
Oczywiście nie za wszystkimi zdarzeniami stali bossowie Pruszkowa czy Wołomina, ale media chętnie przypisywały je ośmiornicy - nawet jeśli zabójcą okazała się osoba niepowiązana wprost ze zorganizowanym podziemiem kryminalnym, wynajdywano w jej przeszłości elementy pasujące do układanki. Tak było choćby w przypadku Małgorzaty Rozumeckiej, która stała za zabójstwem dwóch dilerów sieci telekomunikacyjnej Era. Choć w tym tragicznym zdarzeniu z 1997 roku nie uczestniczyła żadna większa struktura, skazana została niejako "przypisana" do Pruszkowa, bo faktycznie w przeszłości kręciła się przy "chłopcach z miasta", a jak wyznał Masa: "ona była dziwna, kochała świat gangsterski". Miała nawet proponować Pruszkowowi pieniądze za zabicie jakiegoś mężczyzny, z którym była w konflikcie. Związków z mafią doszukiwano się u wszystkich, którzy weszli w konflikt z prawem, a szczególnie ze 148 artykułem Kodeksu karnego ( "kto zabija człowieka"), bo to po prostu było atrakcyjne z punktu widzenia mediów.
Z czasem ofiarą cyngli (zwanych niekiedy seryjnymi samobójcami) zaczęli padać ludzie z pierwszych stron gazet, i to niekoniecznie związani ze środowiskiem przestępczym - albo związani z nim w sposób, nazwijmy to, dyskretny. Jako że gangsterskie lata 90. zostały dość szczegółowo opisane (w tym miejscu polecam także serię Masa o polskiej mafii), przypomnę tylko kilka zdarzeń, które wstrząsnęły opinią publiczną i sprawiły, że organy ścigania zaczęły działać skuteczniej, niż to robiły do połowy dekady.
W grudniu 1999 roku został zastrzelony jeden z bossów polskiej mafii - Andrzej Kolikowski, pseudonim Pershing - ponure spotkanie z cynglem miało miejsce w Zakopanem, na parkingu w okolicach stoku narciarskiego Polana Szymoszkowa, a wyroki w tej sprawie usłyszeli Ryszard Niemczyk i Ryszard Bogucki. Wprawdzie egzekucja na szefie dużej grupy przestępczej nie była czymś nowym, nieco wcześniej, w kwietniu 1998 roku, został zastrzelony choćby lider gdańskiego półświatka, Nikodem Skotarczak, pseudonim Nikoś, jednak śmierć Pershinga nie była wydarzeniem na skalę lokalną, ale sygnałem, że za chwilę rozpocznie się wojna w całej gangsterskiej Polsce. Dlatego policja i prokuratura rozpoczęły pospieszną (może nawet zbyt pospieszną, bo nie udało się zgromadzić wystarczających dowodów, które pogrążyły do końca mafijnych bossów) akcję rozprawienia się ze zorganizowaną przestępczością.
Niedługo później, w kwietniu 2000 roku (a więc jeszcze przed rozbiciem Pruszkowa), media przekazały sensacyjną wiadomość: samobójstwo popełnił były wicepremier PRL (pierwszy wicepremier w gabinecie Mieczysława Rakowskiego), były szef Głównego Urzędu Ceł, biznesmen Ireneusz Sekuła. Wiadomo było, że dawny dygnitarz pozostawał w dobrych relacjach z Pershingiem (i generalnie z szarą strefą), a plotka głosiła, że był zadłużony u bossa na kilka milionów dolarów. Kolikowski miał zwyczaj zapisywać w notesie informacje o swoich dłużnikach, a kiedy zmarł, notes wpadł w ręce "zarządu" grupy pruszkowskiej. Pytanie, czy Sekuła, poddany szantażom, postanowił z własnej woli przenieść się na tamten świat, czy jednak ktoś mu w tym pomógł. Trudno uwierzyć, że sam kilkakrotnie strzelił sobie w brzuch - to wyglądało raczej na zabójstwo. I taka właśnie wersja pojawiła się w serii Masa o polskiej mafii - oczywiście można się z nią spierać, tym bardziej że sam poszkodowany przed śmiercią nie zdołał wyjaśnić, co tak naprawdę się wydarzyło.
Poznałem Sekułę jeszcze w czasach, gdy był wicepremierem w rządzie Mieczysława Rakowskiego - imponowało mi, że brał na siebie odpowiedzialność za wszystkie działania gabinetu i nie próbował błędów tej ekipy zrzucać na swojego pryncypała, czyli Rakowskiego. Dlatego pod koniec doby PRL-u stał się kimś w rodzaju chłopca do bicia dla mediów, które nie obawiając się cenzury, mogły krytykować, kogo tylko chciały. Zrobiłem z nim kilka wywiadów i zawsze odnosiłem wrażenie, że jeśli ktoś absolutnie nie pasuje do kryminalnego półświatka, to właśnie on. Cóż, byłem młody - nie wszystko oceniałem trafnie. A może zresztą Sekuła nie do końca wiedział, w co się pakuje, nawiązując konszachty z takimi ludźmi jak Pershing? Może po prostu uważał, że biznesmeni powinni się trzymać razem, nie pytając jeden drugiego, na czym zarabia pieniądze...
W sumie aż dziwne, że żadnemu kreatorowi teorii spiskowych nie przyszło do głowy, aby postawić tezę, jakoby za śmiercią Pershinga stał zdesperowany Sekuła. A może jednak gdzieś takie poglądy się pojawiły?
Już po aresztowaniu większości pruszkowskich bossów (tylko Andrzejowi Z., pseudonim Słowik) udało się na jakiś czas zbiec do Hiszpanii, doszło do kolejnego tragicznego wydarzenia na styku polityki i mafii. W kwietniu 2001 roku w Warszawie, w pobliżu mostu Poniatowskiego kiler Tadeusz Maziuk zastrzelił byłego ministra sportu i biznesmena Jacka Dębskiego - na strzał wyprowadziła go młoda kobieta o pseudonimie Inka. Zleceniodawcą był zmarły dwa lata później gangster Jeremiasz Barański, pseudonim Baranina. Oczywiście śmierć szefa resortu sportu nie miała nic wspólnego z polityką, panowie nie pokłócili się o to, jaka ma być Polska, bardziej prawicowa czy lewicowa, ale po prostu o pieniądze. Co ciekawe, Dębski przestał być ministrem rok wcześniej, po tym jak ogłosił, że środowiska bliskie premierowi zmuszały go, aby szukał kompromitujących kwitów na głowę państwa, czyli prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Czyli był politykiem kontrowersyjnym.
Jednak dla opinii publicznej wiadomość, że wysokiej rangi polityk ginie w mafijnych porachunkach, była kolejnym dowodem na to, że życie publiczne gnije, a winna temu jest przestępczość zorganizowana i bierne organy ścigania. Nawet jeśli za chwilę miał się rozpocząć pierwszy proces grupy pruszkowskiej, a policja i prokuratura uważane były za zwycięzców w wojnie z mafią.
Tym bardziej że nieco wcześniej policja i generalnie organy ścigania, a także ich przełożeni z ramienia rządu zanotowali potężną porażkę. 25 czerwca 1998 roku został zastrzelony, pod własnym domem na warszawskim Mokotowie, były szef policji generał Marek Papała - to było wydarzenie na miarę egzekucji włoskich prokuratorów, prowadzących śledztwa w sprawie mafii - Giovanniego Falconego i Paola Borsellino. Oczywiście za samą śmierć (do dziś zresztą niewyjaśnioną) policja nie jest odpowiedzialna, bo przecież generał nie był pod ochroną ani też nie pojawiały się żadne sygnały, że ktoś czyha na jego życie, ale na pierwszym etapie śledztwa popełniono błędy, które uniemożliwiły dotarcie do inspiratorów zbrodni i do samego kilera. Tak naprawdę miejsce zabójstwa stało się areną dla polityków, którzy niczym wytrawni aktorzy składali puste deklaracje, przy okazji zadeptując ślady po cynglu. Z drugiej strony trudno potępiać tych, którzy będąc odpowiedzialnymi za sprawy bezpieczeństwa, postanowili zapewnić Polaków, że coś takiego już się więcej nie powtórzy.
I z pewnością sprawa generała Papały była jednym z najważniejszych sygnałów, że jeśli szybko nie urwie się łba tej hydrze, przejmie ona kontrolę nad krajem. Za jakiś czas miało się okazać, że hydra nie była aż tak silna i poddała się bez większej walki. Ale - co też miało się okazać po czasie - na gruzach upadających wielkich struktur przestępczych i w cieniu wojny z mafią lat 90. zaczęła wzrastać nowa. Tyle że na razie społeczeństwo ją lekceważyło.
Polska przełomu wieków to jednak nie tylko walka ze zorganizowaną przestępczością - to także różne wydarzenia, z których mogło wynikać, że sprawy państwowe idą w dobrym kierunku. Lubiany (choć na prawicy nie do końca) prezydent Kwaśniewski zapewnił sobie reelekcję, wcześniej wetując nowelizację ustawy zakazującej rozpowszechniania pornografii, a wybitny reżyser Andrzej Wajda został uhonorowany Oscarem za całokształt pracy. Szerokim echem rozeszła się też wiadomość, że niemiecki Bundestag powołał fundację, która miała się zająć wypłacaniem odszkodowań dla przymusowych robotników z Polski. Generalnie nastroje wśród Polaków były dobre, a podsycała je świadomość, że już wkrótce ich kraj stanie się członkiem Unii Europejskiej.
W lipcu 2000 roku minister sprawiedliwości Lech Kaczyński ogłosił wytyczne dla prokuratorów o zaostrzeniu polityki karnej, co wychodziło naprzeciw społecznemu oczekiwaniu, że bandytom trzeba dokręcić śrubę. I nie bardzo wiadomo, dlaczego śruba ta jednak nie została dokręcona, a jeśli już, to tylko tym przestępcom, którzy byli znani z pierwszych stron gazet, obecnie zaś nie stanowili już żadnego większego zagrożenia, bo przebywali w aresztach śledczych. Tymczasem przestępczość organizowała się na wielką skalę - groźne grupy powstawały nie tylko w wielkich miastach, ale także na ich obrzeżach i na prowincji. Swoje ekipy tworzyli synowie zatrzymanych bossów, a także osoby, które dopiero wnikały do świata przestępczości.
Podczas gdy ludzie pasjonowali się tym, ile lat dostanie Malizna, Wańka czy Parasol, tacy adepci gangsterki jak Komandos mogli spokojnie obrastać w piórka...
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI