Kołyma. Polacy w sowieckich łagrach - Sebastian Warlikowski

Kup ebooka

34.99 zł
29.03 zł (29,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Chociaż miliony ludzi wymierały w strasznych warunkach w tzw. obozach pracy, jednak Kołyma była miejscem prawdziwej eksterminacji. [...] Ogólne określenie było krótkie: - Kołyma to śmierć. Może wytrzymasz rok, najwyżej dwa. Owszem, wytrzymasz więcej, jeżeli dostaniesz pracę w administracji obozu, ale tam dostają pracę prawie wyłącznie kryminaliści. Dla innych - mróz dochodzący do 70° C, szkorbut, przymieranie głodem, bagnet lub kula strażnika1.

Kołyma - synonim śmierci, powolnego umierania i innego świata, gdzie nie obowiązują żadne reguły, a człowiek to tylko nieistotny element większej machiny. Grupa obozów pracy przymusowej, znajdujących się w krainie niemal wiecznego mrozu, gdzie przez prawie 10 miesięcy trwała wycieńczająca zima, a skuty lodem i niedostępny port w Magadanie sprawiał, że Kołyma, choć będąca kontynentalną częścią Związku Sowieckiego, stawała się niedostępną wyspą. Trwający nieco ponad 2 miesiące okres letni był jedynym czasem, kiedy przybywali zesłańcy. Kierowani byli drogą morską przez port we Władywostoku lub w Buchta-Nachodka. Istniała także droga powietrzna, dostępna tylko w określonych, jednostkowych przypadkach.

Swoją nazwę - Kołyma - sowieckie łagry zawdzięczały najdłuższej rzece, która przepływała przez omawiany obszar i w dorzeczu której położone były wspomniane obozy. Występujące tam złoża naturalne: złoto, platyna, węgiel, ołów czy uran wydobywane były w prymitywny sposób, przy maksymalnym wykorzystaniu człowieka, zsyłanego tu jako przestępcę politycznego czy kryminalnego. Człowieka, którego życie nie było warte wiele, bo "wagony są pełne takich jak wy".

Zaprezentowane w publikacji wspomnienia nie ukazują całego tragizmu losów zsyłanych na Kołymę, choć same w sobie są przejmujące i głęboko zapadają w pamięć. Mając jednak świadomość wysokiej śmiertelności, odmrożeń i amputacji, rodzą się pytania: Jak cierpieć musieli ci, którzy codziennie znajdowani byli nieżywi w kołymskich śniegach, na pryczach, zastygli gdzieś pod drzewem? Co czuli, gdy z dnia na dzień, wycieńczeni, coraz wolniej kierowali się do pracy, a wrogie twarze enkawudzistów nie znały słowa litość i pod fałszywym zarzutem sabotowania pracy "wymierzały sprawiedliwość" strzałem w głowę lub w najohydniej wyszukany sposób? Jaki potworny fizyczny i psychiczny ból przyniosła Kołyma tym, którzy odbierali sobie życie, nie widząc żadnej szansy na dotrwanie do końca wyroku? Nie dziwi więc, że w relacjach uratowanych Kołyma doczekała się wielu określeń, zawsze niezwykle wymownych: białe krematorium, białe Auschwitz, przeklęta Wyspa, przeklęta planeta. W obozach kołymskich "praca nie czyniła wolnym" - znany jest za to co najmniej jeden przykład, gdzie nad bramą obozu widoczne były słowa: "kto nie pracuje, ten nie je".

Ale te relacje to także przykłady wyjątkowego "szczęścia w nieszczęściu", Bożej Opatrzności, która czuwała nad tymi, którzy przeżyli. W prezentowanych wspomnieniach wiara w Boga i modlitwa pojawiają się często, stanowiąc razem z nadzieją na powrót do domu najsilniejsze powody walki o przetrwanie nie tylko z otaczającą rzeczywistością, ale także z samym sobą. Wyrazem gorącej wiary jest obraz Matki Boskiej Kołymskiej, nazwanej Opiekunką wszystkich więźniów i zesłańców w łagrach sowieckich, stworzony w obozowej rzeczywistości w 1949 roku przez jednego z Polaków.

Kołymskie obozy były różnorodne pod kątem narodowościowym. Choć ta mozaika zmieniała się na przestrzeni lat (pierwsi więźniowie pojawili się w 1932 roku), to pewne grupy przywoływane były przez naszych rodaków często: pełno w nich było Rosjan i Ukraińców, byli także Litwini, Łotysze, Estończycy, Żydzi, Niemcy, Czesi, Ormianie, Mongołowie, Japończycy, a we wspomnieniach pojawią się także m.in. Francuz, Hiszpan, Rumun, Węgier, a także Anglik i Amerykanin, uznawani za złapanych szpiegów2. Relacje o stosunkach panujących w obozach są różne, często niejednoznaczne - tym co dzieliło były stosunki narodowościowe, żywe wśród zesłanych krzywdy. Istotny był także podział na więźniów politycznych i kryminalnych, a trafiali tu skazani za najgorsze przestępstwa. Kryminalni często pracowali mniej, stanowiąc grupę współpracującą z administracją obozową, która przymykała oko na dokonywane kradzieże, zabójstwa, przestępstwa seksualne, a nawet... kanibalizm. Niemniej podziały ustępowały miejsca walce o przetrwanie, a przykłady niespodziewanej solidarności ocaleni uczciwie odnotowali w swoich wspomnieniach. Wrogi i nieludzki system, którego uosobieniem był twórca Józef Stalin i sytuacja, w której przyszło walczyć o życie, sprawiały, że wiele różnic zacierało się, schodziło na dalszy plan. Kołyma, jak każde nieludzkie miejsce, pokazała, kto w chwili próby miał odwagę być... człowiekiem.

Zaprezentowane w książce polskie historie zesłanych dotyczą dwóch okresów: początków deportacji w roku 1940 z polskich terenów zagarniętych przez Sowietów po agresji 17 września 1939 roku, oraz po ich ponownym wkroczeniu w 1944 roku. W pierwszym przypadku dla zesłanych zbawienny okazał się układ Sikorski-Majski z 30 lipca 1941 roku, będący następstwem ataku Niemiec na ZSRS, i wynikająca z układu zgoda na formowanie jednostek Wojska Polskiego na terenie Związku Sowieckiego. Dzięki tej umowie pierwsi polscy zesłańcy mogli uciec z Kołymy już w październiku 1941 roku i wraz z generałem Władysławem Andersem rozpoczęli wymarsz z nieludzkiej ziemi.

W drugim przypadku na wolność czekano dłużej - dopiero śmierć Józefa Stalina w 1953 roku zmieniła sytuację panującą w obozach Kołymy - po pewnym czasie skrócono wymiar odbywanej kary, możliwe było opuszczenie obozu i zamieszkanie w miastach regionu na zasadach niemalże takich samych jak reszta mieszkańców. Wolni zesłańcy bez zastanowienia rozpoczęli działania pozwalające na powrót do Polski, co po pewnym czasie udało się i po przebyciu drogi kilkunastu tysięcy kilometrów docierali do punktu etapowego w Żurawicy koło Przemyśla. Stamtąd kierowali się do miejsc zamieszkania. Warto dodać, że jednym ze sposobów opuszczenia Kołymy było zawarcie fikcyjnego cywilnego związku małżeńskiego z osobą, która otrzymała zgodę na wyjazd. Skorzystało z tego wiele osób - we wspomnieniach podawane są chlubne przypadki zwalnianych, którzy często w ogóle nie znając przyszłej żony godzili się na takie rozwiązanie, byleby ukrócić gehennę drugiej osoby.

Nieludzki system, określony nawet szatańskim wymysłem, który powstać mógł tylko w Rosji i w głowie Stalina, na zawsze zmienił tych, którym udało się przeżyć. Jak wspomniał jeden z zesłańców: [...] około 2-letni pobyt w Rosji w zgotowanych nam tam opłakanych warunkach zatarł jakby świadomość, że istnieje jeszcze świat, gdzie ludzie żyją normalnie.

Sebastian Warlikowski

redaktor

1 Władysław Anders, Bez ostatniego rozdziału. Wspomnienia z lat 1939-1946, Lublin 1992, s. 104.

2 Obie postacie pojawiają się w relacjach z roku 1950-53, w czasie wojny koreańskiej.

Prokliataja1 Kołyma

Adam Kądziołka

Łagierników wysyłano do pracy, pod zbrojną strażą z psami, nawet w pięćdziesięciostopniowe mrozy.Wolnym, którzy przyjeżdżali na Kołymę na trzyletni kontrakt, żyło się nieźle, sprowadzali rodziny, a nawet przedłużali umowy. Kołyma była przeklęta tylko dla nas, łagierników.

Zostałem aresztowany przez NKWD 2 sierpnia 1945 roku. Dnia tego nie zapomnę nigdy. Aresztowano mnie za przynależność do Armii Krajowej. Byłem mieszkańcem miasta Drohobycza (woj. lwowskie) i tamże w sądzie przebywałem w śledztwie prawie trzy miesiące.

[...]

Ciężkie to były czasy. Bicie w twarz, tłuczenie po plecach grubym kablem, siedzenie na nodze od taboretu, stanie z rękami w tyle parę centymetrów przed rozpalonym piecem kaflowym (specjalnie chyba po to rozpalonym, było przecież lato).

[...]

31 października 1945 roku ja i moi dwaj koledzy z AK, Józek i Mietek, stanęliśmy przed wojennym trybunałem. [...] Ja, urodzony w województwie krakowskim, jako cudzoziemiec otrzymałem z paragrafu 58-2 dziesięć lat poprawczo-roboczych obozów2.

[...]

18 stycznia 1946 roku zostaliśmy wtłoczeni do wagonów bydlęcych i jechaliśmy, nikt nie wiedział dokąd, ale jedno było pewne - na wschód. [...] W wagonie ponad stu ludzi, warunki ciężkie, chyba bydło przewożone w cywilizowanym kraju miało lepsze.

[...]

Wreszcie koniec tej cudownej jazdy, dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia, byliśmy w Nowosybirsku. Ze Lwowa wyjechaliśmy 18 stycznia, podróż trwała do 22 lutego 1946 roku.

[...]

Praca była ciężka, wyładowywaliśmy deski z barek na rzece Ob, które trzeba było nosić na ramionach spory kawałek od barki.

[...]

Następnie pracowaliśmy na lotnisku może tydzień, może trochę dłużej, wreszcie nowa komisja etapowa i nowy etap, pogłoska szła, że do Komsomolska nad Amurem.

[...]

Był maj, ciepło, całymi godzinami przebywaliśmy pod gołym niebem, na noc do baraków i spanie na gołej podłodze. Wreszcie podstawiono wagony i wsadzono nas do nich, ale na pewno były lepsze warunki od tych na etapie Lwów-Nowosybirsk - było trochę słomy, miejsca było sporo, a najważniejsze było to, że już poznałem życie łagierne.

[...]

Po dwóch tygodniach podróży, na pewno nie tak koszmarnej jak pierwsza, dojechaliśmy do Komsomolska nad Amurem3.

[...]

Na OP4 pracowałem całe lato 1947. Nadeszła zima, było mi ciepło, głodny nie byłem, pracować ciężko nie musiałem, ale zdawałem sobie sprawę, że to wiecznie nie może trwać. Była jeszcze zima 1948 roku i chyba w lutym dr Leopold (Alter)5 powiedział do mnie: "Dłużej nie mogę cię trzymać na OP, władze szpitalne patrzą na to krzywo, postaram się, żeby cię przeniesiono do szpitalnej brygady roboczej".

[...]

Pracowałem w brygadzie, bywało lepiej, bywało gorzej. Dr Leopold pomagał mi jak mógł i w czym mógł.

[...]

Zbliżał się koniec kwietnia, w dniu 28. pękła bomba6, co dla mnie nie wróżyło nic dobrego.

[...]

Tak też się stało, 7 czy 8 maja 1948 roku zostałem skierowany etapem na 105 kolonię roboczą. [...] Musiałem pożegnać się ze szpitalem, gdzie było mi tak dobrze.

[...]

Na pożegnanie Komsomolska w kilku zdaniach opiszę, co słyszałem od Rosjan na temat tego miasta. Jak sama nazwa mówi, miasto to ma coś wspólnego z komsomolcami, oni mieli wybudować to miasto. W przyszłości, kiedy byłem w jednym z łagrów na Kołymie, pokazano nam film jak to komsomolcy budują to miasto. Widzieliśmy jak praca wre, kopano ziemię, wożono ją taczkami, murarze murowali... - jednym słowem młodzież pracowała i uwijała się jak w ukropie. Po filmie usłyszałem jednak, co Rosjanie mówili na temat tego filmu. Jeden powiadał: "eto wsio czepucha" (to wszystko bujda), drugi znów mówił: "eto wsio... (tu padło słowo niecenzuralne)" i dalej: "gorod Komsomolsk postroili łagierniki za czerpak bałandy7" (miasto Komsomolsk zbudowali łagiernicy za czerpak zupy)8.

[...]

Podróż na Kołymę9

[...] Gdzieś przy końcu sierpnia 1948 roku wielką grupę łagierników (o mnie nie zapomniano) załadowano do wagonów towarowych. Poszła pogłoska o Kołymie, której wszyscy tak się bali, mówiono bowiem o niej tyle niedobrych rzeczy. Nic pewnego jednak jeszcze nie było wiadomo. Promem przeprawiliśmy się przez Amur (mostu nie było). Podróż nie trwała długo i wkrótce znaleźliśmy się w Sowieckiej Hawani10 na peresyłce11. Teraz już było jasne, że przed nami sławna Kołyma.

[...]

Z końcem września albo na początku października załadowano, a właściwie wtłoczono nas pod pokład statku o nazwie "Nogin", który był specjalnie przystosowany do przewożenia łagierników. Taką samą rolę spełniała druga jednostka o nazwie "Erywań". [...] Po siedmiu dniach dobiliśmy do portu w Magadanie12, stolicy Kołymy.

Z przekleństwami, krzykiem i nawoływaniami skarej, skarej13 wyprowadzono spod pokładu statku "białych murzynów". Na Kołymie był początek zimy, ale tu nad morzem klimat łagodniejszy, powietrze morskie, niewiele śniegu. Całą piersią wdychałem świeże powietrze po tylu dniach zaduchu i smrodu.

Ubrania nasze były przesiąknięte wilgocią. Pogoniono nas, ustawiono w piątki, policzono i na komendę szagom marsz (krokiem marsz) ruszyliśmy na peresyłkę oddaloną o kilka kilometrów.

Jesteśmy zatem na magadańskiej peresyłce. Dużo baraków drewnianych, środkiem ulica i tysiące łagierników oczekujących na wysyłkę w głąb Kołymy. Za bramą ustawiono nas ciasno w szeregu, znów liczono i przeglądano. Typ o gębie łotra utrzymywał porządek za pomocą grubego kija, bardzo sprawnie się nim posługiwał. Był to starosta peresyłki (każdy łagier miał starostę), też łagiernik wysługujący się administracji. On ze swoimi pomocnikami to cała władza na peresyłce. Jeśli mu się kto nie podobał, za pomocą tego kija dawał o tym znać. Gęba mordercy, na sumieniu musiał mieć życie ludzkie. Wewnątrz peresyłki rzadko widywało się żołnierzy NKWD, ich zadaniem było pilnowanie na wyżkach (wieżyczkach) wybudowanych przy wysokich parkanach wokół peresyłki.

Prokliataja Kołyma

Jesteśmy już więc na Kołymie. Jak mówili Rosjanie: "prokliataja Kołyma", ziemia łagierników, sopki14 kołymskie, tajga i pustkowia, łagier obok łagru, posiołek15 dla wolniaszków16 (wolnych). Czasem na przestrzeni kilkunastu kilometrów cztery-pięć łagrów, w każdym z nich około tysiąca ludzi, a nawet i więcej. Dlaczego mówiono "prokliataja Kołyma"? Ja myślę, że ta Kołyma sama w sobie nie była przeklęta, to ludzie dla ludzi zrobili ją przeklętą. Owszem, klimat surowy, zima długa i mroźna, śniegi, wieczna zmarzłość. Wiosna, lato czy jesień trwały około czterech miesięcy, ta ziemia nie rodzi, ale na niej można żyć. Kołyma jest bogata w minerały, takie jak złoto, ołów, węgiel, uran, i w wielkie obszary lasów. Tu łagiernik musiał pracować ciężko, niedożywiony, pozbawiony witamin, poganiany. Baraki słabo ogrzewane, brak wody pitnej, nie mówiąc o codziennym myciu się.

Do 50 stopni mrozu wysyłano ludzi do pracy, pod konwojem uzbrojonym w automaty i mającym do pomocy tresowane psy. A przecież wolni, którzy przyjechali na Kołymę na trzyletni kontrakt, żyli dobrze. Mieli co jeść, byli dobrze ubrani. Jednym słowem, powodziło im się nieźle, nawet sprowadzali rodziny, przedłużali kontrakty. Przeklęta Kołyma była więc tylko dla łagierników przeklęta. O Kołymie mówiono też: "Kołyma, czudiesnaja płaneta, dwienadcat miesiacew zimy, ostalnoje leto"17.

Na magadańskiej peresyłce karmiono podobnie jak na innych: około dziesiątej rano zupa i 400 gramów chleba, późnym popołudniem zupa, śledź solony i 400 gramów chleba. Zupę piło się czerez bort18, to znaczy po prostu przechylało się miskę i wypijało się jej zawartość, łyżek nie było. Po południu szybko wypijało się zupę, chleb i śledzia pod pachę, i biegiem do baraku zająć miejsce na narach19 na noc. Dobrze było, jeśli się miało jednego albo dwóch kolegów - jeden drugiemu zajmował miejsce na narach. Jeżeli nie udało się zająć takiego miejsca, nie pozostawało nic innego, jak ulokować się na podłodze, gdzie też panowała ciasnota. Z wodą pitną również było ciężko, po śledziu chciało się pić. Na dworze leżała cienka warstwa śniegu, wycinało się nieduży plaster i chrupało. Jeśli brakowało śniegu na ziemi, sięgano na dach baraku, ale wkrótce i tam go brakowało. Miałem okazję pić wodę z beczki, w której wynoszono nieczystości. Smaczna była, bo chciało się pić, ale potem czułem w ustach nieprzyjemny zapach.

Pewnego razu stałem w kolejce za chlebem, starosta-bandzior stał z boku z kijem w ręce i obserwował. Zapewne upatrywał sobie ofiarę, no i upatrzył sobie mnie. Musiałem mu się strasznie podobać. Przystąpił do mnie i bez słowa puścił pałkę w ruch, bił, gdzie popadło. Co miałem robić? Uciekałem w kierunku swojego baraku. Potknąłem się o coś i upadłem, on potknął się o mnie i też upadł. Szybko się jednak podniósł i zdążył mi jeszcze przyłożyć kijem. Ja podniosłem się z ziemi i wpadłem między ludzi. Nie gonił mnie, uważał chyba, że dostatecznie dużo mi wlał. Skryłem się w jednym z baraków, w którym akurat była sanczast20. Zgłosiłem się do siostry i powiedziałem, co zaszło. Byłem słaby i czułem się źle. Dała mi jakieś lekarstwo i powiedziała: "niemnożko posidi"21. Posiedziałem, odpocząłem i udałem się do swojego baraku bez zupy, bez chleba i bez śledzia, głodny. Miejsce na narach było zajęte, musiałem położyć się spać na podłodze.

Tu na peresyłce nastąpiła reorganizacja. Wszystkich politycznych oddzielili od tak zwanych bytowików22 [...] i umieszczeni mieliśmy być w "spec-łagrach" o nazwie Berłag23. Jak się później okazało, także między politycznymi było sporo błatnych24 i żulików.

Z peresyłki do łagru "Chołodnyj"

Przed opuszczeniem peresyłki musieliśmy przejść banię25 i golenie. Następnie otrzymaliśmy nowe umundurowanie, watowane spodnie, kufajkę, watowanki26, czapkę uszankę, bieliznę, onuce i rękawice. Do tego jeszcze buszłat27, który ubierało się [na] kufajkę. Tego samego dnia, przed wieczorem dużą grupę łagierników, w której byłem i ja, załadowano na samochody pod konwojem. Kierunek: łagier roboczy w głębi Kołymy. Oddalając się od Magadanu, gdzie, jak już pisałem, klimat był stosunkowo łagodniejszy, teraz zaczęliśmy odczuwać kołymską zimę. Był już koniec października 1948 roku, temperatura spadała, a siedzieliśmy w kucki nieruchomo na gołej podłodze. Oparty o szoferkę, w długim kożuchu stał uzbrojony żołnierz NKWD. On na pewno nie odczuwał tak zimna, jak my. Jechaliśmy całą noc, następnie był postój w baraku do tego przystosowanym. Nakarmiono nas zupą oraz chlebem i po ogrzaniu się ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy do wieczora. Następny postój na ogrzanie się i znów jazda całą noc. Rano po nakarmieniu nas zupą i chlebem oraz ogrzaniu się znów jechaliśmy cały dzień. Wieczorem znowu postój na ogrzanie się w baraku i jechaliśmy dalej. Około północy samochody zatrzymały się pod bramą łagru o nazwie "Chołodnyj"28.

Wysadzono nas z samochodów. Ustawiono w piątki, dokonano szmonu29. Następnie oficer dyżurny, licząc nas, wpuszczał piątkami na teren łagru. Rozlokowano nas po barakach i tak już pełnych bytowików, których jeszcze nie zdążono przesiedlić do innego łagru. Ciasnota i tłok na narach, tam, gdzie normalnie powinno spać dwóch ludzi, my spaliśmy w trójkę albo w czworo. Buszłat zdjąłem i rozścieliłem na narach, czapkę umieściłem pod buszłatem, resztę odzieży zostawiłem na sobie. Byłem bardzo zmęczony i pomimo tego, że na narach spało nas czworo i było niewygodnie, zaraz usnąłem. Rano podjom (pobudka). Za chwilę spostrzegłem, że czapki pod buszłatem nie ma. Na pewno była to sprawka miejscowych żulików. Do dzisiaj zastanawiam się, jak oni ją potrafili wyciągnąć spod buszłatu, na którym ja przecież spałem. W stołówce otrzymaliśmy czerpak rzadkiej zupy, która raczej nadawała się do picia czerez bort (o łyżce nie było co marzyć) i 400 gramów chleba. Następnie rozdzielono nas po brygadach i po barakach. Jeden z Estończyków podarował mi zimową cywilną czapkę. Za ciepło w niej nie było, ale na razie musiała wystarczyć. Zresztą po kilku dniach wyfasowałem nową czapkę uszankę. Na obiad rzadka zupa, na kolację również czerpak rzadkiej zupy, czerpak rzadkiej kaszy, którą z miski wyjadało się za pomocą chleba, 400 gramów chleba i śledź. Następną noc spałem już w innym baraku, lecz nie na narach, a w ubraniu na podłodze.

Rano podjom i do stołówki na śniadanie. Potem zbiórka brygadami pod bramą, to się nazywało rozwod (wysyłanie do pracy). [...] Dyżurny nadzeratel30 [...] licząc, przepuszczał łagierników piątkami za bramę. Tu, znów licząc, przejmował ich naczelnik konwoju, liczba musiała się zgadzać. Przed wyjściem za bramę był jeszcze szmon. Kolumna ustawiona piątkami. Przed wymarszem naczelnik konwoju przestrzegał łagierników, że nie wolno się schylać, nie wolno rozmawiać, nie wolno się obracać. Na zakończenie ogłaszał: "Szach w prawo, szach w lewo, konwój bez uprieżdienia prinimajet oruzie" (Krok w prawo, krok w lewo, konwój bez uprzedzenia użyje broni). Następnie wszyscy brali się pod ręce i szagom marsz. Żołnierze uzbrojeni w automaty szli po bokach, z przodu i z tyłu, mając do pomocy tresowane psy. Jeżeli do pracy szła jedna brygada, konwojentów było dwóch. Nasza brygada zaopatrywała kotłownie w drzewo opałowe.

Odpoczynek w stacjonarze

Po kilku dniach tej pracy zgłosiłem się do lekarza, ponieważ czułem się chory i słaby. Zostałem skierowany na leczenie do stacjonaru31. Przypuszczam, że przyczyną mojej choroby była zmiana klimatu, który był zupełnie odmienny od naszego. Na lewej nodze niżej kolana wytworzyła się rana, zaś na szyi z prawej strony pokazała się opuchlizna wielkości jajka. Nie bolała mnie ona, ale rana na nodze bardzo dawała się we znaki. W stacjonarze były dwie pałatki (sale) na sześć do ośmiu drewnianych leżanek. Okna zamurowane lodem, wewnątrz mrok, na środku pałatki beczka - piec. Gdy się paliło, można było się ogrzać, lecz po wygaśnięciu pieca temperatura spadała do zera, a nawet niżej. Gdy sanitariusz próbował myć podłogę, po chwili robiła się ślizgawka. Na noc piec był wygaszany a na materacu słabo wypchanym trocinami, pod lichym kocem w bieliźnie naprawdę było bardzo zimno. Ale znalazłem na to sposób: na jednej leżance kładliśmy się we dwóch, nakrywaliśmy się drugim materacem i dwoma kocami. Było niewygodnie, ale nieco cieplej. Dopiero rano sanitariusz rozpalał w piecu, potem przynosił nam zupę i chleb. Zupa była gorąca, można było się nią ogrzać, ale zdarzało się, że chleb był trochę zmarznięty i przed jedzeniem trzeba było go ogrzać przy piecu. Na kolację zupa i kasza też były gorące, ale chleb i śledź zdarzały się zmarznięte. Jeśli w piecu się paliło, to je ogrzewaliśmy. Jeśli się nie paliło, to chleb i śledzia kładliśmy pod poduszkę, żeby się ogrzały i dopiero po pewnym czasie dało się jeść. Leczenie było kiepskie, ale ważne było to, że można było wypocząć i nie iść do pracy. [...]

Gdy podleczyłem jedną chorobę, zjawiła się następna, tzw. róża. Głowa, twarz i oczy - wszystko to opuchło. Niektórzy na oczy nie widzieli, ja oczu nie miałem zapuchniętych. Leczyli nas rozcieńczoną maścią ichtiolową. Bandaże moczyło się w roztworze, następnie owijało całą głowę, twarz. Zostawiano tylko mały otwór na usta, żeby można było jeść. Powtarzali to co parę dni. Naprawdę wyglądaliśmy z tym śmiesznie, jak straszydła. Po zejściu opuchlizny bandaże ściągano. Teraz jeden drugiego nie poznawał, bo głowa i twarz były brudne od zaschniętego ichtiolu.

Gdy poczułem się lepiej, zatrudniono mnie w stacjonarze. Paliłem w piecu, sprzątałem, pomagałem chorym i wykonywałem inne prace. Pewnego wieczoru poszedłem po drzewo do stojącej obok szopy. Gdy wracałem z drzewem, potknąłem się o coś i upadłem, a drewno się rozsypało. Upadłem na coś, czego w pierwszej chwili nie zauważyłem, ponieważ w szopie było ciemno. Po chwili zorientowałem się, że upadłem wprost na leżących tu nagich nieboszczyków. Co miałem robić? W piecu trzeba było palić, więc pozbierałem szybko drewno i opuściłem szopę. W stacjonarze prawie każdego dnia ktoś umierał, a ponieważ była zima, więc składano zmarłych w szopie. Ubierano ich w stare ubrania, do nóg mocowano deseczkę, na której wypisany był numer łagierny zmarłego i saniami wywożono, nie wiem gdzie. Czasami chorzy prosili mnie o przysługę. Oddawali pajkę32 chleba, za którą z baraków przynosiłem machorkę. Palić chcieli a innego sposobu zdobycia machorki jak za pajkę nie było. Dowiedział się o tym lekarz dr Machnacz i natychmiast wypisał mnie do OP. Tam długo nie byłem, karmiono jak w stacjonarze a jedynym zajęciem było po obiedzie iskanie woszej (szukanie wszy), ponieważ z prożarką33 i banią na "Chołodnym" było nie za dobrze, więc trafiały się wszy. Wróciłem do swojej brygady, która dalej zaopatrywała kotłownię. Drzewo nosiliśmy z odległości 2-3 km. Sopki były porośnięte rzadko rosnącymi jodełkami, wycinaliśmy je i oczyszczone z gałęzi spuszczaliśmy po śniegu w dół. Gdy była chwila spoczynku zakopywałem się w śnieg aż do mchu i łopatką, która zastępowała łyżkę, zajadałem ze smakiem krupczaty śnieg. Dlaczego ten śnieg tak mi smakował tego nie wiem. Muszę jeszcze nadmienić, że każdego ranka, gdy przechodziliśmy koło kotłowni i gdy był dobry konwój, zatrzymywaliśmy się, a brygadzista z kotłowni przynosił wiadro wody i piliśmy zachłannie, wydzierając jeden drugiemu kubek z rąk. Dlaczego ta woda tak smakowała tego też nie wiem.

Ale wracajmy do jodełek: gdy już leżały na dole, każdy brał swoją porcję - jeżeli jodełka była grubsza to jedną, jeżeli cieńsza to dwie. Z grubszego końca mocowało się mocny sznurek albo drut (każdy coś takiego miał), ten grubszy koniec na ramię i szagom marsz - cieńszy koniec wlókł się po śniegu. Z powrotem szliśmy szybko, ponieważ konwój najczęściej poganiał; jeśli chciał to pozwolił odpocząć chwilę raz czy dwa razy. Po obiedzie robiliśmy drugą rundę. Gdy brakło jodełek na sopce zbieraliśmy suche gałązki ze słanika34 - podobnego do naszego jałowca, tylko większego. Póki był śnieg trzeba go było wygrzebywać spod śniegu, a każdy musiał uzbierać sporą wiązkę. W baraku nadal było ciasno, nary pełne, podłoga też zajęta przez śpiących. Raz udało mi się zająć miejsce na narach, postanowiłem tedy zdjąć walonki i dać nogom wypocząć. Potem jednak żałowałem tego, bo po przebudzeniu się swoich walonek już nie zobaczyłem, a na ich miejscu stały burki. Burki wykonane są z grubego sukna, dołem obszyte prawdziwą albo sztuczną skórą, spody ze starych opon samochodowych. Szukać walonek nie było sensu, trzeba się było zadowolić burkami, które na pewno tak ciepłe jak walonki nie były i łatwo było w nich odmrozić nogi. O kradzieży zawiadomiłem brygadzistę, a wkrótce potem otrzymałem inne walonki.

Zbliżał się koniec zimy 1948-1949 roku, słońce operowało coraz mocniej a my nadal zbieraliśmy chrust. Znów zachorowałem na śnieżną ślepotę, zresztą takich jak ja w brygadzie było kilku. Oczy jednym zapuchły bardziej, a innym mniej. Słońce i biel śniegu strasznie bowiem raziły oczy, idąc chwilami trzeba było je przymykać, aby dać im ciut ulgi. W miejscach, gdzie śnieg stajał i widać było gołą ziemię oczy zatrzymywały się na dłużej, gdyż przynosiło im to wielką ulgę. Z san-czasci35 otrzymaliśmy wtedy zastępcze okulary, które były po prostu kawałkiem tekturki z wycięciami na oczy, wyklejone marlą (coś w rodzaju rzadkiej gazy) pofarbowaną na niebiesko, po końcach dwa sznureczki. Niewiele to może pomogło, było w nich jednak lepiej niż bez nich. Ci, których oczy były zupełnie zapuchnięte, do pracy nie wychodzili.

Wreszcie śnieg zupełnie stajał, choć w nocy były przymrozki. Dopiero teraz oczy mogły normalnie patrzeć na świat. W czerwcu albo w lipcu36 brygadę naszą skierowano do pracy w kopalni złota. Znajdowała się ona nieopodal naszego łagru i zwała się "Nadiejka".

Ja pracowałem na powierzchni na sortowni a pracowaliśmy na dwie zmiany po 12 godzin. Nocą można było pracować bez światła, ponieważ w tej części Kołymy panowały tak zwane "białe noce". W taką białą noc można było sobie połatać rękawice albo odzież. Igły robiliśmy sami. Potrzebny był odpowiedni miedziany drut, uszko dłubało się ostro zakończonym twardszym metalem, a jeśli nie było drutu igłę zastępowała większa ość z ryby.

Ale wracajmy do kopalni - praca na sortowni nie była zbyt ciężka: z taśmy transportera będącej w ruchu należało szybko odrzucać kamienie i rudę, która nie posiadała złota. Dobra zaś ruda była odprowadzana do bunkra, ładowana na samochody i odwożona do młynów, gdzie była kruszona, następnie przechodziła dalszy proces oddzielania złota od rudy. Później pracowałem przy mechanicznej łopacie, która poruszała się za pomocą stalowych lin. Naszym zadaniem było zgarniać rudę z boków hałdy pod łopatę, która odprowadzała ją na taśmę sortowniczą. Przy tej łopacie przydarzył mi się przykry wypadek. Otóż nie chcąc iść pod górę na nogach, siadłem na łopatę, co było wzbronione. Nagle łopata ruszyła, liny wyprężyły się, a ja runąłem na ziemię. Następnie liny pofolgowały i krajem łopaty dostałem po lewej stopie, wyżej palców - przy upadku poczułem ból w prawym boku. Noga opuchła, ściągnięto mi bucik, ale musiałem czekać do zakończenia pracy, aby przy pomocy współwięźniów dostać się do łagru. Owszem, miałem zwolnienie od pracy, ale dopiero na trzeci dzień przyjęto mnie do stacjonaru. Tu orzeczono złamanie nogi i prawdopodobnie dwóch żeber. Ponieważ w stacjonarze nie było warunków leczenia, odesłano mnie do szpitala o nazwie "Lewy Brzeg", leżącego nad rzeką Kołymą. W szpitalu tym na leczeniu byli wolni i ZK37, ale oczywiście razem nie leżeli. W "Lewym Brzegu" leżałem od końca sierpnia do grudnia, dnia nie pamiętam. Większość lekarzy to byli wolni, pozostali zaś to ZK, personel pomocniczy też ZK. Pałatki (sale) były obszerne, widne i ogrzane, łóżka metalowe, materace miękkie, jedzenie lepsze niż w łagrze - może było go trochę za mało, ale do leżenia wystarczało. W sali było nas trzech Polaków, jeden Ormianin, dwóch albo trzech Łotyszy, jeden Litwin i reszta Rosjanie. Znalazłem się pod opieką wolnego lekarza, chirurga narodowości gruzińskiej. Był przystępny, lubił porozmawiać i pożartować. Na drugi dzień po przybyciu do szpitala nałożono mi gips na złamaną nogę i opatrzono ranę w boku. Leżało mi się tu dobrze, wyspany, wypoczęty i w cieple, ale zawsze pamiętałem o tym, że leczenie i leżenie kiedyś się skończą i że szpital trzeba będzie opuścić i wrócić znów do łagru, do ciężkiej pracy w ciężkich warunkach o pustym żołądku. Szpital czy stacjonar były dobrym miejscem wypoczynku, ale pod warunkiem, na jaką chorobę się chorowało. W szpitalu też umierali na gruźlicę, nadciśnienie, żółtaczkę czy ponos (biegunka). Widziałem młodych i starszych, którzy zmarli i nigdy do swoich rodzin nie powrócili. Między nimi byli też Polacy. A więc być w szpitalu, wypocząć, ale nie umierać. Tu też markierowali38, co nie zawsze się udawało. Na przykład młody Estończyk o nazwisku Awik próbował podnieść sobie gorączkę: siostra rozdała termometry i wyszła, zaś Awik potarł miejsce, gdzie znajduje się rtęć, ale nie zdążył sprawdzić słupka rtęci, bo siostra wróciła i zaczęła odbierać termometry. Podeszła do Awika, spojrzała na termometr a potem na niego i powiedziała: "Awik ty iszczo żywiosz?" (Awik, ty jeszcze żyjesz?). Termometr wskazywał 42 stopnie gorączki. Na tym się jednak skończyło, bo siostra też była ZK. Inny znów chory najadł się mydła, żeby chociaż o parę dni przedłużyć sobie pobyt w szpitalu. Takie rzeczy robiono jednak tylko wtedy, gdy pacjentowi groziło bliskie wypisanie ze szpitala. Między Rosjanami na przykład był ciężko chory po dwóch operacjach żołądka, a nazywał się Diomuszkin. Ten człowiek nie miał już żadnych szans, jedną nogą był na tamtym świecie. Jak można wyżyć jedząc mniej od kota? Jego żołądek więcej nie przyjmował i po prostu umierał z głodu, były na nim tylko skóra i kości, ważył 39 kg. Nie miał siły chodzić, do kąpieli sanitariusz przyniósł go na rękach, ułożył na specjalnym stole i tak go umył. Na naszą salę Diomuszkin już nie powrócił, a po pewnym czasie dowiedzieliśmy się o jego śmierci.

Pewnego razu usłyszałem między Rosjanami rozmowę, że na "Lewy Brzeg" przyjechał jakiś Kapczony - zaciekawiło mnie to i pytam, kto to ten Kapczony. Dowiedziałem się, że to błatnoj sławny, znany w wielu łagrach Syberii. Jak widzimy, i błatnyje byli sławni a Kapczony to na pewno było jego przezwisko, a nie nazwisko.

Nadal leżałem, wypoczywałem i chodziłem na opatrunki. Po pewnym czasie ściągnięto mi gips, potem zrobiono zdjęcie rentgenowskie, ale rana jeszcze się nie zagoiła, natomiast bok miałem już prawie wyleczony. Kończył się październik, na dworze już zima, a w szpitalu cieplutko i spokojnie. Co kilka dni zmieniano mi na nodze opatrunek, a ja zauważyłem, że rana już zaczyna się goić. Co do rany to byli tacy (Rosjanie), którzy te sprawy już praktykowali i poradzili mi trochę rdzy naskrobać z łóżka, trochę soli, trochę mydła (mógł być jeszcze pieprz, ale o niego było trudno), wszystko urobić w palcach na małą gałkę, następnie włożyć do rany. Tak też zrobiłem, z opatrunku po kryjomu ściągałem bandaż, wkładałem gałkę do rany i zawijałem z powrotem bandaż. Po każdej wizycie u lekarza i opatrunku lekarz zapowiadał, kiedy następny opatrunek, więc przed następnym opatrunkiem ściągałem bandaż, wyciągałem i chowałem gałkę, a bandaż z powrotem zawijałem. Rana przestała się goić - praktykowałem to parę tygodni. Wreszcie lekarz zniecierpliwił się - rana powinna się goić, ale się nie goi. Polecił więc siostrze dobrze ranę przemyć a sam za pomocą czegoś w rodzaju małej łyżeczki zaczął czyścić, nie zważając na to, że mnie to boli. Wyczyścił, nałożył opatrunek i od tej pory wiedziałem, że to koniec leczenia i koniec leżenia, że skończyły się dobre czasy. Po tym zabiegu rana goiła się szybko, a przy następnej wizycie lekarz powiedział, że wszystko w porządku. Teraz już byłem pewien, że w najbliższych dniach opuszczę szpital. Po prawie trzy i półmiesięcznym pobycie w szpitalu na "Lewym Brzegu" zostałem wypisany i znowu znalazłem się na peresyłce.

Tym razem peresyłka na "Lewym Brzegu" - już piąta i chyba nie ostatnia. Było nas kilku wypisanych ze szpitala, żołnierz odprowadził nas na peresyłkę, tu wskazano nam barak, w którym mieliśmy mieszkać i to wszystko.

Był koniec grudnia, na Kołymie tęga zima a ja w letnim umundurowaniu - tak jak wyjechałem z łagru, to znaczy buciki, spodnie i bluza, czapka, bielizna i kufajka. Na peresyłce jak zwykle - polityczni, żólicy, błatnyje i inne męty. Były też kobiety - pracowały w kuchni jako pomywaczki, w szwalni, w warsztacie krawieckim i w san-czasci. Mieszkały oddzielnie. Na drugi dzień rano, po śniadaniu, pomyślałem, czy nie można by rozglądnąć się za jakąś pracą, gdzie by się można dokarmiać. Wiadomo, na peresyłce jedzenie marne i mało go, a to, co nabyłem w szpitalu, tu mogę stracić i zejść na dochodiagę39. We trójkę poszliśmy na zwiady, a ponieważ najlepszym miejscem do tego zdawała się być kuchnia, więc tam się udaliśmy. Udało się - zawiedujuszczyj40 kuchni przyjął nas. Naszym zadaniem było utrzymywanie porządku w stołówce w czasie karmienia, zbieranie misek ze stołów, mycie podłogi, jak również chodzenie po prowiant za zonę41. W kilka dni potem poznałem się z kucharzem - był to Polak, ale wychowany w Związku Radzieckim, języka polskiego zupełnie nie znał, nazywał się Kozłowski, i chyba dlatego zostawił mnie w kuchni do pracy. Jeść więc miałem co, głodny nie byłem, ale nie zapomniałem, że jestem na peresyłce i każdego dnia mogę być wysłany do łagru roboczego. Jako że w łagrach byłem już czwarty rok, więc czegoś się już nauczyłem i poznałem życie łagierne. Trafiła się okazja popracować w kuchni, żeby więcej zjeść, to skorzystałem z tej okazji. Jak mówili Rosjanie, "dajut bieri, bjut uchadi"42. Prawie pół wyroku miałem już za sobą i nigdy nie traciłem nadziei na powrót do kraju i do swoich najbliższych. Nie wiedziałem o nich nic od ostatniego listu w Komsomolsku, oni również nic o mnie nie wiedzieli. Kilka nocy spaliśmy w baraku, ale potem ulokowaliśmy się na scenie za kulisami na gołych ławkach albo na taboretach - wygodne to nie było, ale do niewygód byliśmy przyzwyczajeni. Czasem buchalter Iwan Antonowicz (też ZK) wieczorem przychodził na romanse do Maszki, która na kuchni była pomywaczką. Najlepiej było im za kulisami, więc na ten czas musieliśmy wynosić się na stołówkę i czekać końca romansu. Mój Kozłowski pewnego wieczoru też wybrał się na randkę i przed kolacją pouczył, co mam robić np. gdyby zupa chciała wylecieć z kotła. No i stało się. Póki zdążyłem wygasić ogień w piecu, wiadro albo więcej zupy wyleciało z kotła. Gdy Kozłowski wrócił powiedziałem mu o tym. On mi na to: "nicziowo Adam"43, dolał wody do zupy i znów był pełen kocioł.

Tu właśnie na peresyłce w kuchni miałem możność zobaczyć, jak człowiek drugiego człowieka morduje nożem. Kolacja się skończyła, a ja stałem oparty o piec - wtem drzwi od stołówki otwierają się, wpada człowiek, potyka się o próg, pada na ziemię, za nim wpada inny człowiek z nożem w ręku, siada temu pierwszemu na nogi i nożem jak w worek z mąką wali raz po raz w plecy. Mordowany krzyczał strasznie, po chwili zamilkł i już było po wszystkim. Ten z nożem wstał i spokojnie poszedł do stołówki. Trwało to wszystko kilkanaście sekund. Ja stałem i patrzyłem, jak człowiek człowieka morduje z zimną krwią.

Tego samego wieczora w jednym z baraków zamordowano drugiego człowieka.

Na pewno były to porachunki między błatnymi. Błatnych były dwa rodzaje: błatnyj-suka44 i błatnyj-czestniak45. Ci pierwsi zajmowali różne stanowiska w łagrze, jak brygadzista, starosta, zawiedujuszczyj kuchni czy warsztatu krawiecko-szewskiego. Natomiast czestniany nie chcieli pracować dla nikogo i jak już wspominałem przedtem, z brygadą do pracy wychodzili, bo musieli, ale za pracę się nie brali. Jedni i drudzy wzajemnie się nie lubili, często dochodziło do zabójstw, a ofiarami przeważnie padali suki. Najlepszym przykładem błatnego-suki był starosta na peresyłce w Magadanie.

Wszystko, co dobre, kiedyś się jednak kończy. Kucharzowanie też się zatem skończyło, na co zresztą każdego dnia byłem przygotowany. Pewnego wieczoru umundurowano nas w zimową odzież - a było nas sporo - załadowano na samochody i rano znaleźliśmy się w łagrze o nazwie "Spokojnyj".

"Spokojnyj" był drugim łagrem na Kołymie, w jakim przyszło odbywać mi wyrok. Rozdzielono nas po brygadach i rozlokowano po barakach. Były ostatnie dni grudnia 1949 roku, Boże Narodzenie przeszło niespostrzeżenie, również Nowy Rok 1950 niczym specjalnym się nie wyróżniał. Zima kołymska w pełni, mrozy i śniegi, ale do pracy trzeba iść, jak zwykle pod konwojem. Trafiłem do brygady, która pracowała na szurfach. Szurf to rodzaj kopalni złota46, gdzie wydobywano je sposobem odkrywkowym. Kopanie szurfów już było tutaj rozpoczęte. Po przyjściu na miejsce pracy, odległej od łagru półtora kilometra, każdy z nas z instrumentałki (narzędziarnia) otrzymywał łom - z jednej strony naostrzony na łopatkę, z drugiej na szpic, a także łopatę z krótkim trzonkiem i łyżkę z długim trzonkiem. Poligon był o szerokości około 70-80 metrów, długości kilkuset metrów. W oznaczonych miejscach kopano szurfy o szerokości pół metra, długości półtora metra, tak rozstawione jeden od drugiego, aby było miejsce na ziemię wyrzucaną z szurfu. Jako że łomem niewiele można było zdziałać, ponieważ na Kołymie jest wieczna zmarzłość, dlatego posługiwano się materiałem wybuchowym o nazwie amunał47. Najważniejsze było wydłubanie za pomocą łomu dwóch burek48 na końcach szurfa, średnica burki winna mieć do 15 cm, tak aby zmieściła się łyżka, a głębokość do 60 cm, ale tyle nikt nie kopał.

W zmarzniętej ziemi dłubało się burkę, a to, co się nadłubało, wybierało się łyżką na zewnątrz. Była to praca żmudna i pracochłonna. Gdy burki były gotowe, otrzymywaliśmy odpowiednią ilość amunału [...] ładowało się do burek, wzrywnik49 (ten od wybuchów) podłączał kabelek, zasypywało się ziemią i dobrze ubijało. Reszta należała do wzrywnika. Po wybuchu naruszoną ziemię wyrzucało się łopatą na wierzch a brzegi formowało się łomem. I od nowa to samo, dłubanie burek, wybuch i wyrzucanie ziemi na powierzchnię, gdzie coraz to więcej jej przybywało. Szurfy należało kopać na głębokość złotodajnych piasków - nawet i ponad półtora metra. Gdy jeszcze szurf nie był głęboki, nie było trudności z wyrzucaną ziemią, ale zagłębiając się coraz niżej trudniej było tę ziemię układać w pryzmę. [...] Obok stał mały barak, który nazywał się agrewałka - na środku beczka-piec, i tu można było się ogrzać raz albo dwa razy, a wtedy barak był zawsze pełny. Temu, co stał bliżej pieca, było gorąco, inni ledwo trochę się ogrzali. Obiad dostarczano na miejsce pracy, karmiono brygadami. Zupa była gorąca, ale chleb przemarznięty. Nie było czasu żuć go z zupą, ponieważ inni czekali, więc chleb pod buszłat, żeby do reszty nie zamarzł i biegiem do szurfu - tu już można go było spokojnie żuć. Z paleniem natomiast było bardzo niedobrze, całymi dniami trzeba było się bez tego obyć. Jeśli zdobyło się trochę machorki, to znów nie było w co zakręcić. Z braku gazety machorkę zakręcało się więc w papier, którym opakowany był amunał, gruby i śmierdzący. Wpierw trzeba go było jednak dobrze zmiąć i dopiero po tym zabiegu jako tako nadawał się do palenia. W jednym szurfie można było palić we dwóch, wtedy było cieplej i spokojniej. Dym wydobywał się z szurfa jak z komina i na pewno było go więcej z tego papieru niż z machorki.

Majster (wolny) sprawdzał każdy szurf i jeśli uznał, że jest już odpowiednio głęboki, przystępowało się do dłubania kamery. Była to dziura, którą przy pomocy łomu kopało się poziomo na węższej ścianie szurfa. Kamera musiała być na tyle głęboka, żeby się w nią zmieściła odpowiednia ilość amunału. Gdy skończył się jeden szurf, zaraz przydzielano następny i od nowa dłubanie burek, wysadzanie amunałem, wyrzucanie ziemi, i kamera. Poligon musiał być gotów na wiosnę do przemywania złota. Gdy już wszystkie szurfy były gotowe, kamerę ładowało się amunałem, wzrywnik podłączał kabel, kamerę zasypywało się ziemią, ubijało się wszystkie kable z szurfów na wierzch, a sam szurf zasypywało się ziemią. Dobrze trzeba było ubić a reszta należała już do wzrywnika. W ciągu nocy poligon musiał być przygotowany do detonacji. Przed detonacją wszyscy musieli opuścić poligon na odległość kilkuset metrów. Następował wybuch i po chwili tysiące kilogramów ziemi unosiło się w powietrze. Po opadnięciu kurzu i uspokojeniu się wzrywnik sprawdzał, czy wszystkie szurfy wybuchły, i dopiero wtedy wracaliśmy na poligon. Zalegały tam zwały ziemi, bryły mniejsze i większe - te większe obowiązkowo trzeba było za pomocą amunału kruszyć. Teraz musieliśmy ustąpić miejsca mechanizacji - przy użyciu ekskawatorów50 i koparek ziemię usuwano na pobocze. Na poligonie zostały więc już tylko złotodajne piaski, a sam poligon przygotowany był pod budowę prompriboru51.

W międzyczasie nas dwóch i brygadzistę oddelegowano na jeden dzień do innej pracy. Byłem już bańczykiem52, sanitariuszem, rozdawałem bałandę, kopałem studnię na głębokości 18 metrów, kopałem złoto, a nawet byłem pomocnikiem kucharza. Wreszcie przyszła kolej, że na jeden dzień zostałem grabarzem. Na "Spokojnym" była piła cyrkularna - zabiła człowieka, który ją obsługiwał, więc trzeba go było pochować. Zwykle zmarłych chowano w starych łachach, przywiązywano do nogi birkę (tabliczka z numerem łagiernym), bez trumny i zakopywano w ziemi. Ponieważ nasz zmarły miał do czynienia z deskami, więc współpracownicy zrobili mu trumnę, więcej jednak ona była podobna do podłużnej skrzyni jak do trumny.

Umocowaliśmy zatem trumnę, narządzie, trochę amunału dosanek i w drogę - przez wertepy, pagórki, nierówności i inne przeszkody, jak też i przez głęboki śnieg. W pewnej chwili trumna spadła z sanek i o mało nie zjechała po pochyłości.

Wreszcie dotarliśmy do cmentarza. Nic jednak nie wskazywało na to, że jesteśmy rzeczywiście na cmentarzu, bo wokół była pustka. Wybierać miejsca na grób nie było sensu, wszędzie jednakowo i wszędzie śnieg. Oczyściliśmy ze śniegu miejsce na grób i próbowaliśmy łomem - nic z tego, znów trzeba było dłubać burki, ale niezbyt głębokie. Za pomocą amunału z trudem wykopaliśmy w końcu płytki dół. I zaraz nowa przeszkoda - natrafiliśmy na nieboszczyka leżącego w poprzek naszego grobu [...]. Co robić, zawołaliśmy brygadzistę i żołnierza i niech oni decydują, kopać dalej tu czy w innym miejscu. Żołnierz popatrzył na leżącego, machnął ręką i powiedział tylko jedno słowo: "dawaj", co znaczyło tyle, co kopać dalej. Na kopanie bowiem nowego grobu nie starczyło by już czasu, a nasz zmarły musiał być pochowany dzisiaj, więc tę część nieboszczyka, która leżała w naszym grobie, wybraliśmy łopatą i ułożyliśmy obok. Kopaliśmy dalej łomem i amunałem, wreszcie dół był na tyle głęboki i szeroki, że trumna zmieściła się. [...] Wpierw wrzuciliśmy do grobu szczątki pierwszego nieboszczyka, następnie zasypaliśmy grób jak się dało i czym się dało - a na pewno grubość tej warstwy nie była większa jak 30-40 cm, na wierzchu usypaliśmy kopiec ze śniegu i już - koniec roboty, nieboszczyk pochowany. Teraz szybko do łagru, konwój popędzał nas, i wkrótce byliśmy na miejscu.

Brygada moja pracowała następnie przy oczyszczaniu z lodów kanałów, którymi doprowadzano wodę do przemywania złota. Zbliżała się wiosna, słońce operowało mocniej, śniegi tajały i było ciepło, dlatego otrzymaliśmy umundurowanie letnie. Brygadę naszą przeniesiono na inny poligon, oddalony o 7 km, a tu kopało się dodatkowe szurfy już tylko za pomocą łomu. To, co się przez dzień wykopało - a dużo tego nie było - woda przez noc zalewała. Rano trzeba było ją wybierać wiadrami - a wiader brakowało i nieraz długo się na nie czekało. Pod wpływem wody ziemia w szurfie nieco puszczała. Trzeba było tedy tłuc w nią łomem, a w szurfie tworzyło się błoto, które po każdym uderzeniu łomem rozpryskiwało się. Stąd w bucikach mokro, spodnie wyżej kolan mokre [...]. Czasem miało się wrażenie, że robota, którą wykonywaliśmy, jest zupełnie niepotrzebna.

Zupy nie dowożono nam na poligon. Idąc rano do pracy nieśliśmy ją na drążku w drewnianych pojemnikach i jedliśmy, a raczej piliśmy ją dopiero w południe. Ale wtedy to już nie była zupa, a coś gorszego od pomyj, rozbełtana i zimna. Każdy był wszak głodny i nie zwracało się na to uwagi. Czułem jednak, że siły mnie opuszczają, byłem już słaby. Zgłosiłem się tedy do lekarza a ten uznał, że już jestem dochodiagą, więc skierował mnie na dwa tygodnie do OP. Naczelnikiem łagru był lejtnant Dichtiarow, chyba po czterdziesce, niedobry człowiek, na łagierników cięty [...]. Mówiono w łagrze, że został zdegradowany, a przyczyną degradacji byli łagiernicy. Coś w tym musiało być z prawdy, bo w tym wieku on powinien być co najmniej kapitanem. Na "Spokojnym" pod każdym względem było gorzej niż w innych łagrach - dyscyplina była ostrzejsza, jedzenie jeszcze gorsze i dużo było dochodiagów, co jemu bynajmniej nie przeszkadzało. Raz w stołówce w czasie kolacji ludzie poskarżyli się, że jedzenie pośne, rzadkie i mało go, na co lejtnant odpowiedział: "dojatsa wam kuszajtie, nie chatitie nie nada" (daje się wam to jedzcie, nie chcecie nie trzeba).

W naszym baraku warunki były złe. Specjalnej suszarni do suszenia walonek i onuc zimą w nim nie było, więc suszyło się nad piecem-beczką. Gorąc, zaduch i smród od suszących się walonek, onuc i innych szmat były okropne, a ci, którzy spali blisko pieca, spali nago. Przed barakiem był usypany ze śniegu pisuar - kto chciał z niego skorzystać w nocy, na bosaka szybko załatwiał się i szybko wracał do baraku. Pościeli żadnej też nie mieliśmy - to, w czym się chodziło za dnia, nocą służyło za pościel, gołe deski, fufajką się nakrywało, rękaw jako poduszka pod głowę. Pomimo tych niewygód spało się jednak twardo i dobrze. Po pewnym czasie otrzymaliśmy materace i nawłóczki, ale co z tego, jeśli nie było czym wypchać. Z czasem każdy wykombinował trochę trocin, trochę suszonych liści i to już było coś, koców wszak nadal nie było. Na "Spokojnym" wszystkim ZK wykonano zdjęcia fotograficzne z numerem łagiernym na piersi fotografowanego. Po co to robili, na razie nie wiedzieliśmy. Mówiono też dużo o zaczotach53 (zaliczenia) - co to takiego te zaczoty, wkrótce dowiedzieliśmy się. Jak nam wyjaśniono, dzięki zaczotom będzie można sobie skrócić wyrok, zależne to jednak będzie od wysokości procentów, jakie brygada osiągnie w pracy. Jak się później okazało, niemało w tym zależało od brygadzisty, ktoś mu się podobał więcej, inny mniej. Dokładnie już nie pamiętam, ale zależnie od ilości wypracowanych procentów miało się zarobić za jeden dzień dodatkowo ćwierć, pół albo i cały dzień. Niektórzy w ten sposób mieli możność skrócić sobie poważnie wyrok. Na razie nikt z nas w te zaczoty nie wierzył, uważaliśmy, że władze po prostu wymyśliły to po to, żeby zachęcić ludzi do wydajniejszej pracy. W przyszłości jednak nie sprawdziły się nasze przypuszczenia. Było prawdą, że dzięki zaczotom można było mniej lub więcej skrócić wyrok. Ja osobiście na zaczotach zarobiłem, dokładnie już nie pamiętam, 11 albo 13 miesięcy.

Po wypoczynku na OP powróciłem do swojej brygady, która pracowała na prompriborze - była to drewniana konstrukcja, a na niej znajdowały się różne urządzenia do oddzielania złota od piasku. Do przemywania złota potrzebna była woda, którą do prompriboru doprowadzano kanałami, buldożerem spychano złotodajne piaski do bunkra, następnie taśma podawała na wieżę i tu właśnie za pomocą tych urządzeń otrzymywano czyste złoto. Ile tego złota można było wyprodukować w ciągu zmiany to nie wiem, mieliśmy zabronione zbliżać się do miejsca, gdzie to złoto leżało. Wiem tylko tyle, że było specjalne koryto wyścielone płatami gumy i tu się ono zatrzymywało. Opowiadano, że dawniej pracę buldożerów wykonywały dziesiątki łagierników, którzy dowozili do bunkra złotodajne piaski taczkami. Pracowaliśmy na dwie zmiany po 12 godzin - w dzień było możliwie, ale noce były chłodne, baraku nie było żadnego, gdzieby można się było ogrzać albo schronić przed deszczem. Dokuczały też komary - tak zwane maszki, przeciw którym każdy ZK miał nakomarnik, rodzaj worka z gęstą siatką z przodu. Idąc do pracy na noc zbieraliśmy suche drzewo na ognisko - jeśli konwojenci byli dobrzy od razu mówili, że drzewo na ognisko i dla nich i dla nas. A jeśli konwojenci byli źli to drzewo było tylko dla nich. Myśmy zbierali drzewo, oni się grzali a myśmy marzli. Ile to razy wracaliśmy do łagru przemoknięci, od deszczu albo od wody bryzgającej z prompriboru. Gdy było słonecznie, dało się podsuszyć ubranie, w przeciwnym razie kładliśmy się spać w mokrym ubraniu - przez noc zdążyło wyschnąć. Warunki były ciężkie, odżywianie marne, nic dziwnego, że niektórzy ZK byli gotowi na wszystko, nawet kosztem własnego kalectwa ulżyć swojej doli.

Młody Ukrainiec na przykład przeszmuglował do łagru kilka kabli, którymi odpalano materiały wybuchowe - okręcił sobie lewą dłoń, zbliżył rękę do palącego się pieca, rękę poszarpało, resztki dłoni amputowano. Na "Chołodnym" spotkałem też Polaka, nazywał się Nowak. Sam okaleczył sobie lewą dłoń, ale pomimo tego kalectwa nosił drzewo z lasu. Spotkałem i widziałem ludzi bez ręki, bez nogi - byli to tak zwani samoguby, okaleczali się sami, nie wytrzymując ciężkich warunków łagiernych. Rosjanin Bielajew na przykład wystawił rękę na mróz, żeby ją odmrozić, inny znów zanieczyścił czymś oczy, żeby tylko ciężko nie pracować. Ludzie ci do normalnej pracy nie byli zdolni, ale robili to, na co pozwalało im kalectwo. O przedwczesnym zwolnieniu z łagru nie było mowy, wyrok musiał być odbyty, jak mówili Rosjanie, "od zwonka do zwonka" (od dzwonka do dzwonka). Jeden był zatem tylko sposób na przedwczesne zwolnienie - umrzeć. Moim zdaniem była to wielka głupota, co z tego, że taki ZK nie musiał ciężko pracować, ale kaleką zostawało się do końca życia. Ja też pracowałem ciężko, byłem dochodiagą, leżałem w stacjonarach, w szpitalu starałem się coś pokombinować, ale przez myśl mi nie przeszło okaleczać się. Chciałem skończyć wyrok zdrów i cały i to mi się udało.

Przy takiej pracy jak na prompriborze nietrudno było zachorować. W końcu poczułem się źle i zgłosiłem się do lekarza. Ten uznał mnie chorym i skierował na leczenie. Ponieważ na "Spokojnym" nie było stacjonaru, odesłano mnie do małego szpitala nieopodal łagru, skąd po pewnym czasie wysłano mnie po raz drugi na "Lewy Brzeg". Wraz ze mną jechał młody Łotysz chorujący na ponos (biegunka) - w łagrze to groźna choroba. Chorych na ponos karmiono sucharami, ale ten chłopak nie zdawał sobie sprawy, czy może specjalnie to robił, że jedzenie świeżego chleba może być dla niego zgubne, więc cichaczem jadł go. Jemu już nie pomógł nawet "Lewy Brzeg", kilka dni po przyjeździe do szpitala zmarł. Chyba po tygodniu leżenia starszy sanitariusz oddziału, na którym leżałem, zaproponował mi - na co musiała być i zgoda lekarza - pracę sanitariusza. Zgodziłem się. Miałem dwie sale, chorzy byli różni, karmiłem ich, ciężej chorym pomagałem, sprzątałem. Było mi tam dobrze, nie byłem głodny, ale musiałem się liczyć z tym, że w szpitalu wyroku nie skończę. Trzeba będzie wracać do łagru i z powrotem harówka. Po miesiącu byłem zdrów, więc mnie wypisano, wraz z innymi wsadzono na mały kuter i rzeką Kołymą popłynęliśmy, na razie nie wiadomo gdzie. Na przystani przesiadka do samochodu i po kilku godzinach znaleźliśmy się z powrotem na "Spokojnym". Była już jesień 1950 roku, a na "Spokojnym" już długo nie pobyłem - komisja lekarska, na samochody i w drogę.

Kocugan

Jazda samochodem trwała już kilka godzin, a ile tej jazdy przed nami tego nikt z nas nie wiedział. Były ostatnie dni września 1950 roku - na Kołymie o tej porze początek zimy, śnieg polatuje, nocą kilka stopni poniżej zera, my jesteśmy w letniej odzieży, zimową otrzymamy dopiero w połowie października. Siedzimy w kucki ciasno jeden obok drugiego na gołych deskach, a od podłogi ciągnie ziąb. Oparty o kabinę ciepło ubrany stoi żołnierz uzbrojony w automat, patrzy przed siebie zamyślony. Być może myślał: "po co ja tych ludzi pilnuję, przecież oni i tak nigdzie nie uciekną, jeżeli by nawet któremu z nich przyszło na coś takiego porwać się to i tak w ciągu kilku godzin zostanie złapany". Jeden z ZK zwrócił się do żołnierza z prośbą o zatrzymanie samochodu, ponieważ chciał się załatwić, na to żołnierz odpowiedział krótko: "nie lzia" (nie wolno). Był jeszcze dzień, gdy samochody (było ich dwa) zatrzymały się przed bramą łagru. Wysiedliśmy, ustawiono nas piątkami, przeprowadzono szmon i licząc, wpuszczano nas za bramę nowego łagru. Jeszcze tego samego dnia dostaliśmy przydział do brygad i do baraków. Barak, w którym miałem zamieszkać, był duży, szeroki i długi, po bokach dwa rzędy piętrowych nar, na nich leżały liche materace, a koców nie było. Wkrótce je otrzymaliśmy, ale na razie fufajka musiała zastąpić koc a jej rękaw poduszkę. Na obu końcach baraku stały dwa piece z kamienia, murowane, i na pewno było to za mało, żeby ogrzać tak duże pomieszczenie. Od tutejszych mieszkańców baraku dowiedziałem się, że mój z kolei trzeci łagier na Kołymie nazywa się "Kocugan", ludzie pracują w kopalni uranu, na rozwiedce - gdzie poszukiwano żył złota i uranu, na fabryce, jak nazywano obiekt, gdzie miał powstać zakład wzbogacania rudy uranowej, oraz na "Rudniku", gdzie mieściły się różne warsztaty pomocnicze i biura. W sumie na "Kocuganie" mieszkało około tysiąca ludzi. W pobliżu "Kocuganu" były jeszcze trzy łagry: "220" - nazwa stąd, że znajdował się na 220. kilometrze54, "Centralnyj" - dwa tysiące ludzi oraz "Horniak" - usytuowany na wysokiej sopce. Był tam też łagier kobiecy, zresztą wkrótce zlikwidowany. Na "Horniaku" wydobywano rudę ołowiu, warunki pracy ciężkie, a klimat niezdrowy. W późniejszym czasie powstał piąty łagier o nazwie "Dizelnaja" - bo dawniej pracowały tu motory diesla. Brygada moja pracowała w fabryce. Kopaliśmy fundamenty, a posługiwaliśmy się tylko łomami, kilofami i łopatami. Opornie szła ta praca. Wiadomo, na Kołymie wieczna zmarzłość, dobrze trzeba było bić kilofem, żeby ugryźć kawałek ziemi, a tym bardziej było ciężko, że z pustym żołądkiem niewiele można było zrobić.

Mijały dni i tygodnie, zima na Kołymie w pełni, śniegi, mrozy. Coraz ciężej szło kopanie w zmarzniętej ziemi. Ktoś wpadł wtedy na pomysł, żeby rozpalić ogień w fundamentach. Na opał szły odpady drzewne, a na razie nie brakowało opału. Do pilnowania ognia na noc zostawiało się człowieka. Rano, przychodząc do pracy, wyrzucaliśmy z fundamentów jeszcze ciepłą ziemię. Gdy już brakło odpadów, na opał szły deski, belki i wszystko to, co się mogło palić, aż wreszcie zabroniono palić ogień, bo za dużo spalało się dobrego materiału.

W baraku natomiast było zimno, piece dużo ciepła nie dawały, spałem w spodniach watowanych, w bluzie i czapce na głowie, a nogi owijałem onucami. Walonki suszyło się w suszarni w przeznaczonym do tego baraku, człowiek wyznaczony przez brygadzistę wieczorem odnosił walonki do suszenia, rano przynosił z powrotem. Walonki zawsze musiały być suche, w mokrych można było łatwo odmrozić sobie nogi.

Nareszcie też dowiedzieliśmy się, po co robiono nam na "Spokojnym" zdjęcia fotograficzne z numerami na piersi. Otóż wyszło zarządzenie, że każdy ZK obowiązany jest nosić swój nr łagierny wypisany na białej szmatce i naszyty na każdej części ubrania. Od tej pory każdy łagiernik miał dwa zawołania: nazwisko i numer. Ja miałem numer D-910.

Był już rok 1951. Brygadę naszą skierowano do innej pracy, mianowicie na rozwiedkę. Praca była nielekka - na wysokiej sopce kopaliśmy rowy w poszukiwaniu żył złota i uranu, cały dzień na mrozie, bez jedzenia. Zagrzać się można było tylko robiąc kilofami, łomem czy łopatą, albo na zmianę chodząc się ogrzać do sztolni pobliskiej kopalni uranu. Za ciepło tam nie było, jednak trochę pomagało.

Palić nie było czym, bo skąd, czasem udało się komuś u wolnego dostać papierosa, ale i wspólników do palenia nigdy nie brakowało, ustawiali się w kółko i po kolei zaciągali papierosem tak długo, aż ten ostatni nie mógł go utrzymać w palcach, bo parzył. Jest takie przysłowie: "potrzeba jest matką wynalazku", więc jednemu z Rosjan przyszła do głowy myśl, dlaczego by nie wypuścić się któremuś z brygady na zarobek na pobliski posiołek dla wolnych, tam chyba będzie można zarobić coś do jedzenia i coś do palenia. Ten, który poszedł pierwszy, wpierw musiał usunąć numery z ubrania, nie mógł się bowiem rzucać w oczy, bo mógł spotkać żołnierza albo kogoś z dozoru. Jak się później okazało wolni chętnie korzystali z usług taniego robotnika i na pewno orientowali się, kogo zatrudniają, co im zresztą wcale nie przeszkadzało. Taki człowiek drzewa narąbał, lodu nanosił na wodę czy jaką inną robotę wykonał. Dużo do brygady nie przynosił, wiadomo, sam dobrze się najadł na posiołku, ale zawsze było po kawałku chleba i po trochę machorki. Czasami szło dwóch, wtedy było więcej do podziału. Długo ten interes jednak nie prosperował, bo dowiedziały się o tym władze i zabroniono wolnym zatrudniać ZK, a przy wychodzeniu za bramę kontrolowano, czy każdy ma dobrze przyszyty numer. Służbę na wachcie pełniło na zmianę dwóch oficerów: lejtnant Fokin i lejtnant narodowości tatarskiej, nazwiska nie pamiętam. Po pracy konwojenci śpieszyli się do koszar, więc popędzali nas do szybkiego marszu. Przychodząc pod bramę każdy z nas był zgrzany, nogi w walonkach przepocone. Wszystko było dobrze, jeżeli dyżurnym oficerem był lejtnant Tatar - wtedy długo pod bramą nie czekaliśmy. Żołnierze wychodzili z wachty i zaczynał się szmon. Każdy musiał się porozpinać i kolejno każdego obmacywano, następnie lejtnant Tatar, licząc nas, piątkami wpuszczał za bramę, gdzie już można było iść, każdy do swego baraku. Ale jeżeli służbę na wachcie miał lejtnant Fokin, to już wiadomo było, że przed bramą zgrzani i przepoceni musimy stać co najmniej pół godziny. Po pewnym czasie każdy z nas zaczynał odczuwać zimno, na dworze było przecież ponad 40 stopni mrozu. Wreszcie drzwi od wachty otwierały się, kłęby pary i dymu buchają z wnętrza, zaczyna się szmon, na komendę rozdiewajsia (rozpiąć się) wszyscy rozpinamy się, wartownicy szmonują, a Fokin przyjmuje od konwojentów brygady i z krzykiem liczy nas piątkami, i przepuszcza za bramę. Każdy z nas jest przemarznięty, szybko zapinamy się i biegiem do baraku. Z tych dwóch lejtnantów ten pierwszy, Tatar, może nie współczuje tym biednym ZK, ale rozumie to, że są przemarznięci i głodni, dlatego szybko liczy i przepuszcza ich za bramę. Ten drugi zaś, lejtnant Fokin, jest innego zdania o ZK, niech marzną jeszcze pod bramą, niech wiedzą, że Fokin ma służbę na wachcie - on nie lubił łagierników a łagiernicy nie lubili Fokina. Być może dlatego zapamiętałem nazwisko lejtnanta Fokina, bo przez niego nieraz dobrze przemarzłem pod bramą, czekając na wpuszczenie za bramę. Dobrze zapamiętali go też inni.

Wreszcie na "Kocuganie" i błatnyje też dali znać o sobie. I znów ofiarą padł człowiek, który im się czymś naraził. Pewnego ranka przed podjomem pod drzwiami innego baraku znaleziono zwłoki zabitego, był nim brygadzista, na którego błatnyje wydali wyrok śmierci.

Z opowiadania wiem, że błatnyje-czestniacy mieli swoje prawa niepisane i ktoś, kto im się naraził, płacił za to życiem. Wykryto sprawcę mordu - był nim Ukrainiec o nazwisku Dobrowolski, mieszkał w naszym baraku. Siekierę, którą zabił brygadzistę, znaleziono obok ubikacji w śniegu. Dobrowolski już odsiedział 7 lat wyroku, będzie musiał od nowa zaczynać wyrok. Od pewnego czasu zauważyłem, i nie tylko ja, że Dobrowolski kręci się i asystuje koło błatnych, używali go do różnych posług, był szestiorką, jak w żargonie łagierniczym nazywano posługaczy. Często wieczorami a nawet w nocy można było usłyszeć przyciszone rozmowy w drugim końcu baraku, gdzie błatnyje grywali w karty albo rozmawiali między sobą. Dobrowolski zawsze był obecny przy nich. Między sobą mówiliśmy, że przyucza się na błatnego, a znów błatnyje, chcąc go wypróbować, powierzyli mu wykonanie wyroku śmierci na brygadziście, z czego on wywiązał się bardzo dobrze. Błatnyje to ludzie, dla których życie ludzkie nie znaczyło nic. Wiedzieli o tym, że za zamordowanie człowieka czeka na nich nowy wyrok, ale na to każdy z nich był przygotowany - jeśli zajdzie potrzeba zabije on drugiego człowieka albo sam zostanie zabity.

Na "Kocuganie" byłem już blisko pół roku. Do tej pory czułem się nienajgorzej, ale po trosze odczuwałem już osłabienie, coś zaczynało szwankować, często męczył mnie kaszel. Do lekarza jednak na razie się nie zgłaszałem, bo i z czym, nie ma gorączki, więc nie ma po co tam iść. W końcu zdecydowałem się. Lekarka pooglądała mnie, obstukała i przepisała jakieś tabletki na wszystkie choroby oraz bańki. W pomieszczeniu, które służyło za poczekalnię, było pełno kandydatów na chorych, bo i któżby nie chciał trochę pochorować i odpocząć, chociaż dwa, trzy dni posiedzieć w baraku, nie mówiąc już o stacjonarze - ale tam naprawdę trudno było się dostać. Położyłem się na gołej ławce, sanitariusz postawił mi bańki na plecach, nakrył fufajką i przykazał: "poleży 15 minut". Poleżałem trochę, nie wiem czy 15 minut, wstałem i czułem się zdrów jak ryba. Innego wyjścia nie miałem jak być zdrowym, na dworze siarczysty mróz, do baraku kawałek drogi, akurat dobra kuracja po bańkach. Tym razem nie udało się, ale miałem nadzieję, że następnym razem musi się udać.

I tak się stało. Po pewnym czasie znów zgłosiłem się do ambulatorium i lekarka po zbadaniu mnie uznała, że nadaję się na chorego, tak więc zostałem skierowany do stacjonaru. Stacjonar był pełny, niektórzy nawet spali we trzech na dwóch łóżkach. Akurat mnie przypadło spać na trzeciego, spałem więc w środku na bocznych deskach łóżka, ale niedługo się męczyłem, bo wkrótce zostało nas dwóch. Jeden musiał odejść do brygady.

Warunki stacjonarne na pewno były lepsze jak na "Chołodnym", dużo światła, ciepło i wygodniejsze łóżka. Specjalnego leczenia nie było, lekarstw brakowało, ale nie to było ważne - liczył się spokój i wypoczynek. Jedzenie było jak w baraku, ale do leżenia wystarczało.

Dwa tygodnie szybko minęły, a trzeciego już nie skończyłem, bo trza się było pożegnać ze stacjonarem i od nowa chwycić za kilof i łopatę - taki to już los łagiernika. Brygada nadal pracowała na rozwiedce, zima jeszcze nie ustępowała, mrozy dawały się we znaki, a w baraku chłodno, ale do tego każdy łagiernik był przyzwyczajony, inaczej być nie mogło. I znów przeminęło trochę czasu, były ostatnie dni kwietnia. Odzież zimową wymieniono nam na letnią, w powietrzu można było wyczuć zbliżającą się wiosnę, dni były jeszcze chłodne, noce mroźne, ale na Kołymie to jest normalne. Wreszcie nadszedł maj, gdzieniegdzie leżał jeszcze śnieg, jednak mieliśmy już wiosnę - wielka to ulga dla łagierników, bo nie trza już marznąć ani w pracy, ani w baraku. Ci, którzy mają nary pod ścianami, zeskrobują ze ścian szron, którego gruba warstwa nagromadziła się w ciągu zimy, i wynoszą wiadrami na pole. Znowu zmieniliśmy miejsce pracy a brygadę naszą przeniesiono do innego, mniejszego pomieszczenia. Pracowaliśmy na "Rudniku" przy kopaniu fundamentów pod budynek, ładowaliśmy żwir na samochody - na brak pracy nie można było narzekać. Mijały dni i tygodnie i właściwie było to już lato. Pewnego dnia w czasie pracy dostałem wysokiej gorączki i sanitariusz, który był na "Rudniku", zmierzył mi temperaturę - było ponad 39 stopni. Od pracy byłem zwolniony, ale na "Rudniku" musiałem być do jej zakończenia. Zgłosiłem się do lekarza, a ponieważ temperatura utrzymywała się nadal, zostałem skierowany do stacjonaru na salę nr 2, gdzie zająłem ostatnie wolne łóżko. W tym czasie bardzo dużo ludzi chorowało na szkorbut - w żargonie łagiernym nazywało się to cynga. Lekarstw nie było, ciężej chorych zwalniano od pracy, lżej chorzy musieli pracować. Wkrótce jednak dostarczono lekarstwa z witaminą C i po pewnym czasie chorych na szkorbut nie było.

Po raz drugi też na "Kocuganie" błatnyje dali znać o sobie. Tym razem za jednym zamachem zginęło dwoje ludzi. Na sali nr 1 leżało dwóch więźniów, prawdopodobnie suki - na nich to właśnie błatnyje-czestniaki wydali wyrok śmierci. Narzędziem mordu były siekiery. Rano, tuż przed podjomem, usłyszeliśmy potworny wrzask dochodzący z jedynki, zaś po chwili wszystko ucichło. Jeden z chorych tak się wystraszył, że chciał schować się pod łóżko, nie mieścił się jednak, ponieważ łóżko było nisko nad podłogą. Schował tedy tylko głowę a reszta ciała wystawała na zewnątrz - wyglądało to śmiesznie, ale jak tu się śmiać, kiedy na sali nr 1 wydarzyło się coś strasznego. Zaglądnęliśmy przez otwarte drzwi do jedynki - na dwóch łóżkach stojących obok siebie leżały dwa ciała zbryzgane krwią, wyglądało to strasznie. Ci, którzy leżeli na jedynce, opowiedzieli, co tu się wydarzyło. Na salę weszło dwóch mężczyzn, jeden wysoki, drugi niski, wyciągnęli spod fufajek siekiery i zaczęło się mordowanie. Kwik i wrzask mordowanych straszny, szans żadnych nie mieli, być może zaskoczeni byli we śnie. Po "robocie" duży i mały spokojnie wyszli, udali się na wachtę i oddali siekiery. Innego wyjścia nie było, bo niby gdzie mieli uciekać, obaj mieli po 20 lat wyroku, czekał ich następny wyrok. Takie rzeczy zdarzały się i zdarzają nie tylko na "Kocuganie" - w innych łagrach też są błatnyje i mają porachunki między sobą.

Władze chyba nie bardzo się tym przejmowały, bo cóż im to szkodzi - niech się mordują między sobą, bez jednego czy dwóch błatnych łagier nie przepadnie. Gorzej by było, gdyby błatnyje wzięli się za wolnych - chociaż i to się zdarzało, ale bardzo rzadko - wtedy na pewno inaczej reagowałyby na te sprawy. Wiem o jednym przypadku, gdy ofiarą błatnych padł członek dozoru, tak zwany nadzeratel, ale o tym później. Jak też mi opowiadano, jeszcze przed moim przybyciem na "Kocugan" błatnyje po prostu ugotowali kucharza, który nie chciał ich karmić. To są ludzie na wszystko gotowi i do wszystkiego zdolni, nawet przegrać czyjeś życie w karty. Ten, który przegrał, musiał zabić człowieka, na którego wydano wyrok śmierci. Słyszałem o takim wypadku jeszcze w Komsomolsku, gdzie w karty przegrano wolną lekarkę - sprawa wykryła się jednak zawczasu i do egzekucji nie doszło, ale tacy to byli błatnyje.

Skończyło się tymczasem leżenie w stacjonarze. Zostałem wypisany do brygady, ale narzekać nie mogłem, wypocząłem dobrze. Moja brygada niedługo potem przeszła do innej pracy na tak zwany kamienny karier. Na niewielkiej sopce leżały stosy kamieni różnej wielkości, niektóre bryły ważyły kilkaset kilogramów, lecz tu chodziło o kamienie wymiarowe, które nadawałyby się do murowania zamiast cegieł do budującej się fabryki, o której poprzednio wspominałem. Kamienie spuszczaliśmy w dół drewnianymi korytami, lecz te długo nie wytrzymały i wymieniono je na metalowe. Ci,którzy pracowali na górze, musieli być ostrożni, ażeby razem z kamieniami sami nie stoczyli się w dół, co mogłoby mieć tragiczne następstwa. Przy pomocy długiego drążka albo łomu, tam gdzie niebezpiecznie byłoby podejść bliżej, podważano większe bryły, te pociągały za sobą inne i wszystko to staczało się z hukiem w dół. Korytami spuszczano tylko kamienie nadające się do murowania, które następnie ładowano na samochody. Zapotrzebowanie było duże, dlatego pracowaliśmy również w nocy. Dobra była robota na kamiennym karierze, prawda że nie była lekka, przy ładowaniu na samochody, które kursowały bez przerwy, ręce bolały i grzbiety również, ale były chwile, że można było trochę wypocząć. Na szczęście pogoda dopisywała, słoneczna i ciepła - w razie deszczu nawet nie byłoby się gdzie schronić, zresztą do takich rzeczy byliśmy przyzwyczajeni. Pracowaliśmy również w niedzielę, był to zwykły dzień pracy, ale kolejno każdy z brygady w tygodniu miał dzień wolny, chociaż zdarzały się wypadki, że dnia wolnego nie było. Czasami w dzień wolny były okazje, żeby coś zarobić do zjedzenia, czy to w kuchni, czy na stołówce, nawet w baraku, gdzie byli zakwaterowani żołnierze. Pewnego razu we dwóch zostaliśmy wysłani na posiołek do lejtnanta Tatara, gdzie pracowaliśmy uczciwie, wiedząc o tym, że nie za darmo, tym bardziej że mój towarzysz też był Tatarem. Żona lejtnanta nagotowała nam kaszy, można było nią nakarmić takich czterech głodomorów jak my dwaj. Pojedliśmy dobrze, a że więcej nie chciało się zmieścić, to resztę zostawiliśmy na potem. A potem już nie było co jeść. Gospodyni, myśląc zapewne, że mamy dość tej kaszy albo może nam nie smakuje, resztę, a było tego sporo, oddała psu na pożarcie. Ja zauważyłem pierwszy, jak pies opycha się naszą kaszą i mówię do swego wspólnika: "smotry" (popatrz) - ten popatrzył i nic się nie odezwał, bo niby co miał mówić, pies chyba tak samo był głodny jak i my. Innym razem znów poszliśmy do baraków, gdzie kwaterowali żołnierze. Zaangażowano nas do porządkowania pomieszczeń dla żołnierzy i wokół baraków.

W sąsiedztwie była sobacznia (psiarnia) - w boksach siedziały psy tresowane, właśnie te pieski, które pomagały żołnierzom nas pilnować. Zaraz się zorientowały, co za jedni jesteśmy, bo szczerzyły do nas zębiska, widać dobrze były tresowane i nienawidziły łagierników nie mniej jak lejtnant Fokin, ale to nie ich wina - tak je wytresowali. Przypadkowo natrafiliśmy na beczkę, w której było mięso dla psów - jak widzimy pieski były karmione mięsem, a nas łagierników karmiono pośną bałandą i pośną kaszą. Myśmy pracowali ciężko, a pieski wylegiwały się w klatkach albo pomagały swoim panom pilnować nas. Ukradliśmy każdy po kawałku mięsa i przemyciliśmy do baraku - pieczeń specjalnie się nie udała, ale zjeść można było, zresztą mięsa nie jadłem już sporo lat więc musiało smakować.

Pisałem poprzednio o dwóch lejtnantach, którzy wybijali się swoją postawą, ale również i w dozorze niższego stopnia można było zauważyć takich, którzy swoim zachowaniem odznaczali się od innych. Był taki podoficer - nazywał się Kudriawcew. Miał jakieś inne podejście do ZK, nawet lubił pożartować. Gdy Kudriawcew przeprowadzał latem prowierkę (apel) na placu (a zimą w barakach), to można było swobodnie stać czy usiąść. On wyczytywał z kartki nazwisko ZK, ten musiał podać imię swoje i po ojcu, rok urodzenia, nr łagierny, paragraf i wyrok. Jeśli Kudriawcew wyczytał nr łagierny, ZK podawał swoje nazwisko, imię swoje i po ojcu, i tak dalej. Był taki Ukrainiec - nazywał się Dobrydień, Kudriawcew jeśli był w dobrym humorze to [nieczytelne], ten już wiedział, że chodzi o niego, więc odpowiadał co należało. Dla jasności muszę napisać, że co dzień po obiedzie odbywała się prowierka - liczono tych, którzy zostawali w zonie, a ci, którzy byli w pracy, byli liczeni rano w czasie rozwodu i po przyjściu z pracy. Wszystkich liczono, wszystko musiało się zgadzać, a jeśli coś nie było w porządku, liczono raz jeszcze, w nocy także jeśli zaszła potrzeba. Był znów drugi podoficer, małego wzrostu - nazwiska jego nie pamiętam, ochrzczono go "generałem". Wszystko mu się nie podobało, wszędzie było go pełno, pyskaty, krzykliwy, chyba swój mały wzrost chciał przykryć swoją wyzywającą postawą, chciał być bardzo ważny. Wreszcie pan "generał" uspokoił się, przestał być ważnym. Co się okazało? Pewnego wieczoru nieznani sprawcy przyczaili się na niego obok ubikacji, wlali mu porządnie - to pomogło, od tej pory mało pokazywał się w zonie, chyba tylko służbowo.

I znów naszą brygadę przeniesiono do innej pracy, tym razem na piesocznyj karier - tu mieliśmy do czynienia z piaskiem, który trzeba było przesiewać, następnie ładować na samochody. Kierowcy samochodów mieli płacone od ilości rejsów: więcej rejsów - więcej pieniędzy. Umówiliśmy się z nimi, że będziemy ładować niepełną skrzynię, żeby więcej razy mogli obrócić, w zamian za to oni nam podrzucali gazety i machorkę. Korzyść była obustronna, wszystko było w jak najlepszym porządku, aż do czasu, gdy ktoś tam zorientował się, że rejsów dużo a piasku mało. Zaczęto kontrolować samochody i interes się urwał.

Lato skończyło się i był początek września - to na Kołymie już jesień, a pomału zbliżała się zima. Przeniesiono naszą brygadę do innej pracy na fabrykę, a w jakiś czas potem na "Rudnik". Odzież letnią wymieniono nam na zimową, co oznaczało, że mamy już zimę, śniegu coraz więcej, mróz też daje znać o sobie, a to już nie żarty - nastała kołymska zima. Pracujemy na "Rudniku", więc jest gdzie się ogrzać, ale już jest pogłoska, że wkrótce zacznie się rozwiedka. Listopad się kończył, w początkach grudnia brygada nasza wyruszyła na rozwiedkę, ale nie na tę sopkę, co poprzednio, ale na inną, wyższą i bardziej stromą. Ciężko było wdrapywać się na górę, nieśliśmy ze sobą narzędzia a śnieg był już głęboki. Z czasem zbiła się szeroka ścieżka, ale nie znaczy to, że wejść było lżej - było ślisko i w każdej chwili można było się pośliznąć i zjechać w dół. Niektórzy woleli wspinać się po głębszym śniegu, obok ścieżki, co też nie było łatwe, ale chociaż nie groziło poślizgnięciem się. Na górze znów kopanie rowów w poszukiwaniu żył złota czy uranu - nie interesowało nas, czego oni szukają. Pomagaliśmy sobie trochę amunałem, ale mieliśmy go bardzo mało. Mróz był coraz większy, dlatego aby nie zamarznąć trzeba było dobrze wziąć się za kilof i łopatę.

Ognia nie paliliśmy, bo i czym - drewna nie było, sopka była bezdrzewna, ziemia i skała, w dodatku żołądek pusty i kiszki marsza grają. I tak co dzień - wspinaczka do góry, na górze chwila odpoczynku, żeby nie ostygnąć zupełnie, i trza się chwytać za kilofy i łopaty - aż do późnego popołudnia. Gorzej było, jak zerwała się purga (zamieć śnieżna). To już był koniec świata, skryć się nie było gdzie, siadaliśmy w krąg, ciasno, plecami do wiatru i czekaliśmy końca burzy albo fajrantu.

Zdarzało się, że rano przychodziliśmy do pracy a rowów naszych nie było widać, wszystko zrównane - do południa trzeba było wyrzucać śnieg z rowów. Pomieszczenie, w którym teraz zamieszkaliśmy, było mniejsze od poprzedniego i łatwiej było je ogrzać. Ale czym? Opału było bardzo mało, jednak i temu zaradziliśmy. W baraku były cztery brygady - zadaniem każdej było postarać się na "Rudniku" chociaż o małe polano drzewa, które dałoby się skryć pod buszłat. Tym, którzy pracowali na "Rudniku", przychodziło to łatwiej, ale my z rozwiedki mieliśmy trochę trudności. Wszystko dało się jednak zrobić. Opału było w końcu więcej, w baraku było cieplej. Wkrótce na ten sposób wzięli się też i z innych baraków, ale też zdarzało się, że konwojenci przed bramą dzielili się naszym drzewem - u nich też chyba nie było za gorąco.

Na rozwiedce doczekaliśmy stycznia 1952 roku - mrozy były coraz większe, ale do 50 stopni poniżej zera musieliśmy pracować. Trzeba się było dobrze ruszać, żeby nie zamarznąć. Kolejno ktoś z brygady schodził w dół na "Rudnik", żeby się ogrzać - najlepiej było temu ostatniemu, bo do góry nie musiał już wracać. Skończył się styczeń, mieliśmy już luty i nadal pracowaliśmy na rozwiedce. Każdy oczekiwał końca pracy, żeby zejść w dół, albo po prostu zjechać na tyłku, co się niektórym zdarzało. Ja też próbowałem tej jazdy, nic wesołego, można było skręcić kark. Widziałem jednego, jak zjeżdżał na łopacie z krótkim trzonkiem.

Mieliśmy już marzec a my wciąż na rozwiedce - zima nie popuszcza, my wciąż kopiemy rowy na sopce, szukamy tego złota czy uranu, żołądki puste, nic temu nie możemy zaradzić. Ja do tej pory trzymałem się dosyć dobrze, trochę dokuczał kaszel, ale nie ja jeden byłem w takim położeniu, każdemu coś dokuczało. Trzeba było też uważać, aby nie odmrozić nosa - uszy były schowane a nos można było odmrozić szybko, najbardziej był narażony. Był taki zwyczaj, że jeśli ktoś zauważył u drugiego biały nos, zaraz krzyczał do niego: "ty, nos biełyj" (ty, nos biały) - trzeba było ten nieszczęsny nos ogrzewać dłonią tak długo, aż poczerwieniał.

Wreszcie nastał kwiecień. Jeszcze trochę a poczujemy zbliżającą się wiosnę i przestaniemy marznąć. Rzeczywiście, słońce zaczęło lepiej operować, co nie znaczy, że już było ciepło. W nocy większy mróz, w dzień lżejszy, może 15 a może 20 stopni - mówi się na Kołymie, że dzisiaj jest ciepło. Na sopce leżały duże głazy kamienne, które nagrzewały się od słońca - siadając na nich i nakrywając się buszłatem można było się ogrzać, a nawet i zdrzemnąć. Pod koniec kwietnia wymieniono nam odzież zimową na letnią, co znaczyło, że już jest wiosna.

Poszły też słuchy, że szykuje się etap. Była to prawda, bo wkrótce odbyła się komisja lekarska. Wydzielono dużą grupę, w której i ja się znalazłem, i przesiedlono nas na "Dizelną", gdzie oczekiwaliśmy na odtransportowanie do następnego łagru. Wkrótce, bo przed pierwszą połową maja, załadowano nas na samochody, jak zwykle w kucki i z żołnierzem obok kabiny. Śnieg jeszcze trochę polatywał, ale było ciepło. Tego samego dnia dojechaliśmy do celu.

D-2

Kolejny mój, czwarty z rzędu łagier na Kołymie o nazwie D-2, był najlepszym łagrem, w jakim do tej pory przebywałem, najlepiej zorganizowanym i zagospodarowanym. Wszędzie było czysto, tak w barakach, jak i na zewnątrz. Po obu stronach uliczki biegnącej od bramy stały mieszkalne drewniane baraki, a w każdym z nich dwie sekcje i suszarnia - było ich ponad dziesięć. Prócz tego stał duży barak będący kuchnią-stołówką, duży barak, gdzie mieściła się łaźnia z prysznicami i pralnia, barak, w którym znajdował się warsztat szewsko-krawiecki, podręczny magazynek odzieżowy i pomieszczenie dla rachmistrzów oraz barak stacjonar. Obok wachty był barak, gdzie mieściła się Kulturno-wospitatielnaja Czast, w skrócie KWCz (Wydział Kulturalno-Oświatowy)55 - urzędowało tu dwóch oficerów do spraw specjalnych, starszy lejtnant Nachornyj i lejtnant Kustow, oraz oficer zaopatrzeniowiec kapitan Baranskyj, następnie major Emeljanow. Obok łaźni stał budynek, gdzie mieścił się barak usilnoco rezima, w skrócie BUR (barak zaostrzonego reżimu), otoczony wysokim parkiem - tu mieszkali ZK, którzy naruszyli dyscyplinę i porządek łagierny, a do pracy wychodzili pod wzmocnionym konwojem. Była też służba dozoru, tak zwana nadzorotely56, wśród nich dwóch oficerów. Na posiołku w barakach kwaterowali żołnierze-konwojenci i oficerowie. Naczelnikiem łagru był kapitan Chait, później awansowany do majora, narodowości żydowskiej, niskiego wzrostu. Z twarzy i mowy na pierwszy rzut oka można było poznać Żyda, co nie przeszkadzało, że był dobrym naczelnikiem, organizatorem i gospodarzem. Jak widać, łagier D-2 był dobrze zaopatrzony w kadrę oficerską, podoficerów i żołnierzy. W służbie zdrowia pracowała wolna lekarka, żona lejtnanta Kustowa, oraz wolna lekarka - starsza pani, dobra kobieta. Później, gdy otwarto nowy szpital, naczelnikiem został wolny lekarz narodowości ormiańskiej, prócz tego było dwóch lekarzy ZK i felczer ZK. Czegoś takiego w innych łagrach nie spotykałem - nawet z wodą pitną nie było trudności, obok kuchni był kran, gdzie w każdej chwili można było zaczerpnąć wody. W łaźni też można było dobrze się wykąpać, tu też zawiedujuszczym [...] był ZK narodowości żydowskiej. Można by pomyśleć, że był to łagier-raj, ale nic podobnego -dyscyplina tak samo twarda jak w innych łagrach, wyżywienie też takie samo, codziennie szmony do pracy i po pracy, prowierki w dzień i w nocy, ciężka praca, w barakach zimą zimno, ponieważ opału przydzielano mało, w pracy też trzeba było marznąć, w dodatku wszystko o pustym żołądku. Na noc do baraku wstawiano paraszę - kubeł do załatwiania się, ponieważ barak na noc był zamykany na kłódkę. Wojskowi, czy to oficer, czy podoficer, a nawet i szeregowiec wymagali, żeby się do nich zwracać: grażdanin naczelnik (obywatelu naczelniku). Jak widzimy, nawet ten biedny zwykły szeregowiec chciał być tym naczelnikiem. ZK na D-2 pracowali na budowie nowego osiedla mieszkaniowego i na budowie elektrociepłowni. Moja brygada pracowała na osiedlu. Niektóre bloki częściowo już stały, pod inne kopaliśmy głębokie fundamenty. Praca była ciężka, ziemia kołymska niełatwo się poddawała, trzeba było dobrze walić kilofem, żeby wykopać głęboki fundament pod blok. Było mi ciężko, a każdy następny dzień był gorszy od poprzedniego. Pracowałem, ale wiedziałem, że to już długo trwać nie może, czułem się słaby i chory. Zgłosiłem się zatem do ambulatorium, a lekarz po zbadaniu dał mi skierowanie do stacjonaru. Nareszcie mogłem się do woli wyspać i wypocząć. Z lekarstwami nadzwyczajnie nie było, ale opieka była dobra, lepsza niż w poprzednim łagrze, można było tak leżeć do końca wyroku. Jeszcze w brygadzie zauważyłem, że skóra na rękach i stopach, przeważnie na zgięciach, pęka a na paznokciach powstają białe plamy. Lekarze twierdzili, że to z braku witamin. Smarowano mi ręce maściami oraz rybim tranem. Owszem, pomagało póki leżałem w stacjonarze, ale przecież wiecznie nie mogłem leżeć, więc przyszła pora, że wypisano mnie do brygady, pomimo tego, że nie byłem jeszcze w pełni sił. Na moje miejsce już czekali inni, każdy chciał trochę pochorować i poleżeć.

I znów zaczęła się harówka. Na budowie osiedla pracowałem przez pewien czas, dłużej jednak nie mogłem, bo brak było sił i innego wyjścia nie miałem jak powtórnie zgłosić się do lekarza. Co też uczyniłem. Gdy mnie lekarz zobaczył rozebranego, zdziwił się jak do tej pory taki dochodiaga mógł pracować i dlaczego wcześniej się nie zgłosiłem. Stanąłem przed komisją lekarską, która zadecydowała, że ten dochodiaga nadaje się już tylko na inwalidę.

A więc znalazłem się w brygadzie inwalidzkiej. Było nas kilkunastu, a wkrótce jeden z inwalidów opuścił ten świat, niedługo potem następny. Bałem się, że może i na mnie przyjść kolej, ale niesądzone mi było jeszcze przenieść się na tamten świat. Czasem angażowano nas do lekkiej pracy, nikt nie poganiał, zresztą to by i tak nic nie pomogło. Karmiono nas tak samo jak w brygadzie.

Była już jesień, gdy przypadkiem spotkałem znajomego ze "Spokojnego", który na D-2 pracował w magazynku odzieżowym. Zachodziłem do niego, pomagałem mu, wreszcie oficjalnie zostałem mu przydzielony do pomocy. Równocześnie też byłem dniewalnym (sprzątającym) w pomieszczeniu dla rachmistrzów. W magazynku znajdowała się tak zwana kamera chranienia (przechowalnia), gdzie ZK mogli oddawać na przechowanie paczki, które otrzymywali z domu i inne rzeczy, których nie można było trzymać w baraku. Zdarzyła się próba włamania do magazynku przez okno, ale nie udała się, prawdopodobnie złodziej został spłoszony przez kogoś z warsztatu szewsko-krawieckiego, gdzie pracowano w nocy. Od tej pory przypadła mi jeszcze jedna funkcja - zostałem stróżem nocnym i zezwolono mi spać w magazynku. A więc byłem pomocnikiem magazyniera, dniewalnym i stróżem nocnym, jak na inwalidę trochę za dużo tych funkcji, ale jakoś dawałem sobie radę. Ze swojej pracy byłem zadowolony, nie musiałem wcześnie rano wstawać, kładłem się spać kiedy chciałem, pracować ciężko nie musiałem, ze wszystkimi żyłem w zgodzie, dużo czasu spędzałem w pomieszczeniu dla rachmistrzów, wszyscy znali mnie z imienia. Jednym słowem raj, ale nie zapominałem o tym, że ten raj kiedyś na pewno się skończy.

Przyszła zima i przybyło mi pracy. Co dzień jeździłem sankami za bramę po węgiel i palenie w piecu. W 1953 roku, w styczniu albo w lutym, mój szef magazynier Turkiewicz wyszedł na wolność, zostałem ja i ZK od spraw papierkowych o nazwisku Żarski, narodowości białoruskiej. Ponieważ znał język polski rozmawiałem z nim po polsku - dobrze było, że miałem możność rozmawiać w swoim ojczystym języku. Jeszcze w zimie magazynek nasz przeniesiono do innego pomieszczenia w łaźni, a kantorek Żarskiego też do łaźni, ale obok. Poza tym na D-2 zginął człowiek - na pewno były to porachunki między błatnymi, ale nie wiem, jak to się wydarzyło, kim był zabity i kto go zabił. Ubranie i bieliznę zabitego osobiście odnosiłem do magazynu głównego za bramę. Dobrze mi się pracowało z Żarskim, on mieszkał w baraku a ja spałem w magazynku, który był nieopalany, ale koców miałem ile chciałem. A w dzień przebywałem w kantorku u Żarskiego, który był opalany. Wiedziałem już, że mam wyrok skrócony po zaliczeniu mi zaczotów, o których wspominałem poprzednio. Starałem się o lepsze ciuchy, a miałem okazję - przecież pracowałem w magazynie. Wymieniłem więc gorsze na lepsze. Zdobyłem materiał, krawcy po znajomości uszyli spodnie i bluzę, miałem też nowe walonki, postarałem się o czemodan (walizka) - wszystko to zapakowałem do niej i oddałem do kamery chronienia na przechowanie. Trochę tych ciuchów miałem a pozostałe otrzymam, gdy będę się oswobadzał, co chyba nastąpi latem, więc otrzymam odzież letnią.

I znów zginął człowiek na D-2, tym razem wolny podoficer - nadzeratel, znaleziono go martwego obok furtki prowadzącej do BUR-u. Zaczęły się poszukiwania sprawców zabójstwa, a po pewnym czasie wykryto dwóch. Potem były słuchy, że odbył się sąd pokazowy już na terenie innego łagru, ale jak to się potoczyło dalej nie wiem.

Był marzec. Pojechałem po węgiel za bramę i w posiołku na jednym z budynków zobaczyliśmy chorągiew z czarną szarfą opuszczoną do połowy - a więc ktoś ważny zmarł. Na razie nic nie wiedzieliśmy, ale w krótkim czasie dowiedzieliśmy się, że zmarł Stalin. Nikt z ZK nie płakał ani się nie smucił, Stalin nie zasłużył na to. Jak do tej pory nie spotkałem ani jednego ZK, obojętnie jakiej by nie był narodowości, żeby się wyraził dobrze o Stalinie, wszyscy go potępiali.

Czas płynął i mieliśmy już wiosnę. Mój szef Żarski wyszedł na wolność, a na jego miejsce przyszedł Rosjanin, fajny chłop, polubiliśmy się i dobrze nam się pracowało. W maju zaś nastąpiło to, co musiało nieuchronnie nastąpić. Wezwano mnie na komisję lekarską, rozebrałem się, pooglądali mnie, kazano się ubrać i nic. Ale ja już wiedziałem, czułem to po sobie, że na inwalidę już się nie nadaję. Rzeczywiście, wkrótce wypisano mnie do brygady, choć przez pewien czas pracowałem jeszcze w magazynie, ale niedługo i to się skończyło. Brygada, do której mnie przydzielono, pracowała na elektrociepłowni. Ciężko było przyzwyczaić się do nowego trybu życia, bo przez dziewięć miesięcy miałem labę. Ale przez cały czas inwalidztwa wiedziałem, że wyroku nie skończę w brygadzie inwalidzkiej, że jakoś do końca wyroku trzeba dobić i że może znów trafi się jakaś okazja pomarkierować. No i trafiła się, a to dzięki skórze pękającej na rękach.

Przez cały czas inwalidztwa nie miałem kłopotu z rękami, a że nie pracowałem ciężko to i skóra nie pękała. Ale gdy zacząłem pracować, po kilku dniach już miałem kłopoty, skóra pękała a było to nawet dosyć bolesne. Zgłosiłem się do lekarki, przepisała maść, kazała smarować i to wszystko. Ja oczywiście maść wyrzuciłem, bo po co ręce mają się goić. Popracowałem kilka dni i z powrotem do pani doktor - ta sama maść, ale już ręce mi zabandażowano i dwa dni zwolnienia.

Początek był dobry, ale na tym poprzestać nie myślałem. Po dwóch dniach wolnego poszedłem do pracy, jednak przed zakończeniem udałem się w ustronne miejsce i znalezionym szkłem rozdrapywałem rany na rękach - krew ciekła, ale to nic. I znów do pani doktor. Poleciła sanitariuszowi, żeby przygotował naczynie z "margancówką" (taki fioletowy płyn), w którym wymoczyłem dobrze ręce, następnie wysmarowano je maścią, zabandażowano i trzy dni wolnego. Po wyjściu z ambulatorium na strychu łaźni bandaże ściągnąłem, maść starłem i siedziałem w baraku. Po trzech dniach znów byłem w pracy.

Po przepracowaniu kilku dni ta sama operacja za pomocą szkła. Zjawiłem się w ambulatorium - pani doktor na pewno była pewna, że więcej mnie nie zobaczy u siebie. Pooglądała ręce, od nowa "margancówka", maść, bandażowanie i 7 dni zwolnienia. To już było coś, tego się nie spodziewałem, ale to dopiero połowa sukcesu. W końcu wezwał mnie do siebie naczelny lekarz, Ormianin, i zaproponował pracę w stacjonarze, mianowicie wynoszenie kubłów z ubikacji stacjonarnej za zonę. Praca nieatrakcyjna, ale dająca pewne korzyści: nie byłaby zbyt ciężka, z jedzeniem nie byłoby kłopotu, na pewno zawsze byłbym syty i miałbym dużo wolnego czasu dla siebie. Jednak nie zdecydowałem się i odmówiłem. I od nowa - kilka dni pracy i do lekarza, smarowanie, moczenie, smarowanie i bandażowanie... I w końcu dobiłem się swego - zostałem drzewolnym57 w baraku nr 8 sekcja pierwsza. W sekcji drugiej drzewolnym był Ukrainiec Popetak. Zadaniem drzewolnego jest utrzymanie porządku w baraku, to znaczy mycie podłogi, podmiatanie, poprawianie pościeli na narach, noszenie wody do beczek, wspólnie z Popetakiem wynoszenie paraszy za zonę, zimą fasowanie węgla i palenie w piecu oraz oczyszczanie śniegu przed barakiem. Jednym słowem idealny porządek musiał być tak w baraku, jak i koło baraku.

Od tej pory już nie musiałem wychodzić do pracy za zonę i ciężko pracować, zimą marznąć, miałem wolny czas na czytanie książek, które wypożyczałem w bibliotece łagiernej i czas na poczytanie gazety.

Po śmierci Stalina i aresztowaniu Berii przyszło rozporządzenie, aby zdjąć z ubrań numery i oddać je do KWCz. Ale kto tam o to dbał - pełno tego świństwa walało się w zonie, widziałem jak niektórzy ze złością rzucali je na ziemię i skakali po nich. Dyscyplina jakby trochę zelżała, lepiej nie karmili, ale można było sobie coś dokupić w nowo otwartym sklepiku łagiernym - ma się rozumieć, że kupił ten, kto miał pieniądze.

Nawet od czasu do czasu wyświetlano filmy w stołówce, urządzano koncerty, gdzie przygrywała orkiestra łagierna, niektórzy mogli sobie pograć w siatkówkę a inni poczytać gazety w świetlicy. Ale to nie znaczy, że łagier zamienił się w jakiś dom wczasowy albo obóz wypoczynkowy - do tego było jeszcze daleko.

Nadal trwała ciężka praca na budowie osiedla i na elektrociepłowni, rano rozwody, szmony przed wyjściem do pracy i po pracy, szmony w barakach, gdzie nadzerately wywracali wszystko do góry nogami - trudno potem było się połapać, co moje a co twoje. Codziennie też prowierki, jeżeli nie doliczono się pierwszy raz, liczono drugi raz, a jeśli zaszła potrzeba to liczono i w nocy po barakach. Niektórzy z ZK mówili, że to specjalnie tak robią, żebyśmy nie zapomnieli, że jesteśmy w łagrze [...]. Na własne uszy słyszałem, gdy jeden z nadzerateli wyraził się: "nam nie nużnaja wasza robota, tolko wasze muczenie" (nam nie potrzebna wasza praca, tylko wasza męka). Ten człowiek na pewno nie kochał łagierników, uważał ich za coś gorszego od ludzi, gardził nimi. Ale to jego sprawa, on wyrażał tym tylko swoje osobiste zdanie w stosunku do łagierników. Ówczesne władze radzieckie na pewno nie podzielały zdania tego nadzeratela, a przynajmniej w tym miejscu, gdzie wyraził się: "nam nie nużnaja wasza robota", bo to na pewno nie jest zgodne z prawdą. Im potrzebne były te setki tysięcy, a prawdopodobnie miliony "białych murzynów", do ciężkiej pracy, w ciężkich warunkach i niedożywionych, na budowach i w kopalniach złota, uranu, węgla, ołowiu i innych minerałów na Syberii, Workucie, Kołymie, na Czukotce czy w innych odległych rejonach Związku Radzieckiego. Tysiące ich zmarło z wycieńczenia i chorób, nigdy już nie powrócą do swoich rodzin, które daremnie ich oczekują. Kości ich leżą pod cienką warstwą ziemi. Opowiadali Rosjanie łagiernicy o tych tysiącach, które pochłonęła budowa białomorskiego kanału58, tysiącach zmarłych na budowie 500-kilometrowej linii kolejowej, tak zwanej piatiset strojki59, na której - jak się wyrażali - "zamiast progów kolejowych leżą ludzie", gdzie musieli pokonywać nierówności terenu, w skałach przebijać masę tunelów i budować mosty. To naprawdę była ciężka katorżnicza praca i nic dziwnego, że pochłonęła tyle ofiar. Władze wiedziały o tym, że łagiernicy to tania siła robocza - za czerpak rzadkiej bałandy, 200  gramów pośnej kaszy i 800 gramów czarnego chleba wymagano od nich bardzo wiele.

Ile miliardów kosztowałoby opłacenie wolnego robotnika, zapewnienie mu mieszkania i godziwe wyżywienie? Owszem, były osiedla stare i nowe dla wolnych pracowników, ale w porównaniu z ilością łagierników był to mały procent. W jednym łagrze mieszkało około tysiąca ZK, a w niektórych więcej, więc ile by trzeba mieszkań, żeby zapewnić każdemu z nich jako wolnemu z rodziną zakwaterowanie oraz odpowiednią zapłatę? Jak widzimy, łagry się opłacały.

Skończyło się lato i jesień i zbliżała się zima. Znów śniegi i mrozy. Ja nadal pracuję jako drewolny i mam nadzieję, że na tym stanowisku zakończę wyrok, bo do zaliczenia zaczotów zostało niewiele. Wreszcie mamy już rok 1954, zima ostra, ciężkie mrozy, w końcu lutego albo na początku marca temperatura dochodziła do 63 stopni poniżej zera. Do pracy nie wyprowadzano, bo któż byłby w stanie w takiej temperaturze pracować na budowie - wychodzili tylko ci, którzy pracowali w pomieszczeniu ogrzewanym. Na opał szło wszystko, co wpadło pod rękę, parkan z żerdek wysokości trzech metrów, który budowano w zonie, w większej części poszedł na opał. Węgiel, który przywoziłem ze składu - w większości miał - wpierw musiałem rozsypać cienką warstwą na śniegu, polać wodą i kawałki zmarzniętego węgla wrzucać do pieca.

Mrozy trwały przez dziesięć dni. Etap, który był już przygotowany do wyjazdu na Czukotkę, został wstrzymany. Po skończeniu się mrozów etap wyruszył na miejsce przeznaczenia. Skończyła się zima 1954 roku i nadeszła wiosna - z każdym dniem bliżej zakończenia wyroku.

W międzyczasie nastąpiła zmiana na stanowisku naczelnika łagru. Został nim major, którego nazwiska nie pamiętam, a Chait, także już jako major, został jego zastępcą do spraw gospodarczych.

Mieliśmy już lato. Zostałem wezwany do KWCz, gdzie przyjął mnie starszy lejtnant Nachornyj. Od niego usłyszałem, że po zaliczeniu mi zaczotów kończę odsiadywanie 10-letniego wyroku. Dał mi do zrozumienia, że nie wolno mi będzie na wolności źle opowiadać o łagrze, co nie znaczyło też, że nie wolno mi będzie mówić samych dobrych rzeczy.

Teraz to już mogłem odebrać swój czemodan z kamery - [nieczytelne] po przeglądnięciu zawartości. Od razu zauważyłem, że koszula została zamieniona, poza tym wszystko inne było na miejscu.

Wreszcie, w pierwszych dniach lipca, 12 ZK wraz ze mną, wszyscy w najlepszych ciuchach, zgromadziliśmy się przed KWCz, czekając na wyjście za bramę, już jako wolni. Nie wiem czy z radości, czy ze zdenerwowania, ale trząsłem się jak galareta, chyba jedno i drugie tak na mnie podziałało.

Po pewnym czasie w towarzystwie podoficera - nadzeratela i z papierami pod pachą wyszliśmy za bramę już jako wolni.

Odprowadzono nas na posiołek, gdzie mieściło się biuro pracy, spisano nasze personalia i każdemu z nas przydzielono miejsce pracy.

Moim pierwszym miejscem pracy, do jakiej zostałem skierowany, miał być kirpieżnyj zawod (cegielnia) w sąsiednim posiołku Arech, lecz po zapoznaniu się z sytuacją i warunkami pracy tam nie podjąłem.

Powróciłem z powrotem na posiołek Miaundża60 (obok łagru D-2) i zamieszkałem tymczasowo u Karola, który od ponad roku był na wolności i pracował w piekarni.

Każdy nowo oswobodzony miał obowiązek zgłosić się u speckomendanta, więc zgłosiłem się i ja - otrzymałem arkusz papieru, na którym w rubrykach były wydrukowane wszystkie miesiące roku. Był to mój dokument, po kałymsku nazywaliśmy to wołczyj bilet61.

Każdego pierwszego i drugiego dnia miesiąca musieliśmy zgłaszać się z tym dokumentem u speckomendanta, on w odpowiednim miejscu umieszczał pieczątkę wraz ze swoim podpisem i tym samym stwierdzał, że właściciel wołczego biletu żyje i zamieszkuje na posiołku Miaundża.

Zabronione nam było oddalać się z miejsca zamieszkania - na to potrzebne było zezwolenie speckomendanta, co świadczyło o tym, że jaki był nasz dokument, taka też była nasza wolność.

Myśmy jednak przy każdej okazji omijali te przepisy, trzeba było to jechaliśmy czy to na Arech, czy to do Kadykczanu62 a nawet oddalonego o 88 km Susumanu63 - sam byłem tam kilkakrotnie. Inna rzecz, że speckomendant na to wszystko patrzył przez palce.

Było jeszcze inne ryzyko - na szosie mogliśmy spotkać patrol wojskowy. Wtedy wszystkich z wołczymi biletami zawracano z powrotem, lecz coś takiego nie spotkało mnie nigdy.

Zaraz po oswobodzeniu z łagru wysłałem telegram do sąsiada w Drohobyczu z zawiadomieniem, że jestem już wolny. Potem wysłałem też do niego list pisany do mojej żony, z prośbą o przesłanie go jej.

Niedługo potem przyjąłem się do pracy w ŻKO (Oddział komunalno-kwaterunkowy) na etacie drewalnegoobszczeżytiu nr 2 (mieszkanie w hotelu robotniczym), i tu urządziłem się w jednym z pokoi, których było 36.

Był to nowy budynek, jednopiętrowy, najlepszy hotel na całym posiołku. Z każdym dniem było więcej lokatorów, wreszcie wszystkie pokoje były zajęte. Wszystkich zamieszkałych w hotelu poznałem z nazwiska [...], miałem ich na liście, inkasowałem pieniądze ze komorne.

Różni mieszkali tu ludzie, przyjeżdżający z matierika64 (centralne rejony Związku Radzieckiego) na 3-letni kontrakt oraz byli więźniowie łagrów, tych ostatnich było mniej. Byli między nimi pracownicy fizyczni i byli też ludzie z wyższym wykształceniem - ci zamieszkiwali w pokoju pojedynczo albo we dwoje. Mieszkały tam osoby pijące mało i z umiarem, byli pijący trochę więcej, ale byli też tacy, którzy w wódce widzieli sens swojego życia - pili bez umiaru, a większą część swojej pensji przeznaczali na alkohol. Po pewnym czasie otrzymałem list od sąsiada z Drohobycza, który powiadamiał mnie, że list mój przesłał mojej żonie.

Znów upłynęło trochę czasu i wreszcie otrzymałem pierwszy list od żony, pierwszy list od sześciu lat - czytania nie było końca.

W dniu tym byłem bardzo szczęśliwy. Od tej pory posypała się korespondencja w jedną i drugą stronę, pisząc list do domu miałem wrażenie, że rozmawiam z żoną i dziećmi. Zdarzało się, że dłuższy czas nie miałem listu z domu, ale w nagrodę otrzymywałem dwa naraz.

W jednym z listów napisałem żonie, żeby czyniła starania o mój powrót do kraju. Wiedziałem, że nie będzie to łatwa sprawa i że będzie wymagała wiele trudu i cierpliwości, co też się później sprawdziło.

Mijały dni i tygodnie, a ja ze wszystkimi lokatorami żyłem w zgodzie. [...] Byli nawet tacy (Rosjanie), którzy po prostu sami proponowali, żeby korzystać z ich zapasów żywnościowych, mówiąc: "Adam, choczesz kuszać nie ścieśniajsia, kuszaj" (Adam, chcesz jeść, nie krępuj się, jedz). Oni chyba współczuli mi jako byłemu łagiernikowi. Nigdy nie nadużywałem tej ich szczerości, a niektórzy zapraszali rano do stołówki na obiad czy na kolację - było to trochę niebezpieczne, bo po dobrym jedzeniu obowiązkowo musiał być alkohol.

Początkowo smakowało mi to, ale po pewnym czasie delikatnie podziękowałem - obawiałem się, że zbytnio rozsmakuję się w alkoholu, a tego obawiałem się najbardziej. Postarałem się za to o garnek do gotowania, czajnik i kubek, kupiłem kaszy, suszonych ziemniaków, konserwy i zacząłem sam pitrasić obiady. Zupa na konserwie na pewno była smaczniejsza niż łagierna bałanda.

Wkrótce kupiłem sobie ubranie, półbuty, dwie koszule i coś niecoś miałem zaoszczędzonych rubli.

[...]

W jednym z listów żona powiadomiła mnie, że już robi starania o mój powrót do kraju, ja zaś ze swej strony robiłem to samo. Jak już poprzednio pisałem, sprawa nie była łatwa, bo jeden może powiedzieć: "masz prawo starać się o to", a drugi znów powie: "nie masz prawa i nie pojedziesz".

Jak mówili Rosjanie, "do nas brama jest bardzo szeroka, ale powrotna prowadzi przez bardzo wąziutkie drzwi, ledwo można się przez nie przecisnąć".

Przyszła zima 1954 na 1955 rok. Nie była jednak już tak dokuczliwa jak w łagrze, warunki były inne, nikt mnie nie gonił, nie musiałem marznąć na mrozie i co najważniejsze, nie byłem głodny. Poczta między mną i żoną kursowała dosyć sprawnie, a dzień, w którym otrzymywałem list, był dla mnie świętem. Często też biegałem na pocztę dowiedzieć się, czy jest coś dla mnie.

[...]

Pierwsze Boże Narodzenie na wolności spędziłem wśród kolegów - Polaków, urządziliśmy sobie małą ucztę. Nowy Rok również spędziliśmy wspólnie.

Wreszcie otrzymałem od żony tak zwany wyzew, na podstawie którego mogłem czynić starania o powrót do kraju. Wydaje się to dziwne, bo w moim przypadku, będąc sądzonym jako obywatel innego kraju, powinienem być po skończonym wyroku odesłany do kraju, którego byłem obywatelem. Okazuje się, że to wszystko było jednak za mało, potrzebne były jeszcze żmudne starania, ciągnące się miesiącami.

Jednak prawdą było, co mówili Rosjanie o tej "szerokiej bramie i wąziutkich drzwiach". Wyzew należało oddać speckomendantowi, ale wpierw poprosiłem naczelnika biura kadr Michajlenkę, żeby mi na wszelki wypadek zrobił odpis [...]. Oryginał dokumentu oddałem speckomendantowi, ponieważ wszystkie sprawy urzędowe musiały być załatwiane przez niego. Gdybym nawet osobiście wysłał wyzew do Moskwy, to i tak odpowiedź przysłano by na jego ręce.

[...]

Ja i moi koledzy czekaliśmy na odpowiedź z Moskwy. Czekanie się wydłużało, nerwy dawały znać o sobie. Postanowiłem więc spróbować, co powie o mojej sprawie Magadan - wysłałem kopię wyzewu wraz z pismem ode mnie do Madaganu i z niecierpliwością oczekiwałem odpowiedzi. Nie mogąc się jej jednak doczekać, pojechałem do Susumanu do Rejonowej Speckomendantury - może u nich zasięgnę jakich informacji. I co się dowiedziałem - że jestem obywatelem Związku Radzieckiego i nie mogę być repatriowany do Polski. Tłumaczyłem im, że sądzony byłem jako obywatel polski i przez cały czas odsiadywania wyroku uważany byłem za obywatela polskiego, lecz oni tego nie chcieli przyjąć do wiadomości. Na gen-prowierce (generalna kontrola akt), która odbyła się ostatniego lata w łagrze na D-2, wyraźnie w aktach moich stało, że jestem obywatelem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Chciałbym jeszcze wyjaśnić, jak odbywała się ta gen-prowierka. Kolejno barakami wszystkich ZK wypędzano na plac przed stołówką, każdy ZK z materacem, kocem, poduszką, w ogóle wszystkie manele, jakie posiadał, musiał mieć przy sobie. W baraku zostawały gołe ściany i nary, a przy tej okazji nadzeratele robili tam gruntowny szmon. Za stołami siedzieli oficerowie i cywile i wywoływali każdego ZK: nazwisko i imię, imię po ojcu, data urodzenia, paragraf, numer łagierny i wyrok. W moim przypadku wyraźnie w aktach stało, że byłem sądzony jako obywatel Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej paragraf 58 pkt 2.

I jeszcze jedno, tego lata odbywały się na posiołku wybory na stanowisko ludowego sędziego i wszyscy moi koledzy brali w nich udział, ponieważ urodzeni byli na wschodnich terenach Polski i uważani byli za obywateli radzieckich. Po namyśle i ja poszedłem z ciekawości sprawdzić, czy jestem na liście. Długo stałem w kolejce, bo obywatel, który siedział nad listą, pomimo starannego szukania nie mógł mnie znaleźć. Wreszcie spytał: "wy kakaj poddanyj"65, na co odpowiedziałem, że jestem obywatelem polskim. On mi na to odpowiedział, że dlatego mnie nie ma na liście, ale jeżeli ja chcę w przyszłości głosować to mogę zwrócić się do władz o przyznanie mi obywatelstwa radzieckiego. Ja temu obywatelowi za taką dobrą radę w duchu serdecznie podziękowałem, a na głos powiedziałem, że pomyślę nad jego propozycją.

Oto jeszcze jeden dowód na to, że powinienem być traktowany jako obywatel polski. Pozostała zatem tylko Moskwa, więc trzeba było cierpliwie czekać na odpowiedź z Moskwy.

[...]

Wreszcie coś się zaczęło dziać. W ostatnich dniach lipca wszystkich Polaków starających się o wyjazd do Polski wezwał speckomendant, każdemu wręczył kilka ankiet, które należało wypełnić i wraz z fotografiami oddać jemu, po czym przykazał uzbroić się w cierpliwość i czekać.

Cóż więc innego mogliśmy zrobić, czekaliśmy na odpowiedź z Moskwy i denerwowaliśmy się przeciągającą się sprawą. Listy od żony otrzymywałem, a w każdym z nich pytanie, kiedy wreszcie przyjadę. Uspakajałem ją jak mogłem, bo cóż innego mogłem wymyślić w tej sytuacji. Zbliżała się połowa sierpnia, czekamy [...], speckomendant też nie mógł nas niczym pocieszyć. Nareszcie kilka dni później zadzwonił do mnie speckomendant, ażeby wszystkich zainteresowanych wyjazdem do Polski powiadomić o przyjeździe w dniu jutrzejszym z Magadanu pułkownika Bielajewa w towarzystwie dwóch osób - oni zajmą się naszą sprawą.

Następnego dnia już przed południem całą gromadą oczekiwaliśmy na gości z Magadanu. Pogoda była słoneczna, więc wylegiwaliśmy się na trawie i z niecierpliwością wyglądaliśmy samochodu.

Wreszcie samochód nadjechał, zatrzymał się przed speckomendanturą, wysiadł z niego pułkownik Bielajew (później się przedstawił) w towarzystwie dwóch osób. Szybko zebraliśmy się pod drzwiami biura, ale on nas od razu uprzedził, mówiąc: "Rybiata, niemnożko podażditie, pomyjomsia, pokuszajem, otdachniom a potom naczniom rabotać" (Chłopcy, trochę poczekajcie, umyjemy się, pojemy, odpoczniemy a potem zaczniemy pracować). To niemnożko trwało ponad dwie godziny. Cały czas siedzieliśmy jak na rozżarzonych węglach, ale czekać musieliśmy. Wreszcie zaczęło się, pułkownik Bielajew poinformował nas, że pierwsze formularze, które wypełniliśmy, są nieważne i zaczniemy wszystko od nowa. Oni sami zadawali pytania i wypełniali dla każdego z nas tylko jedną ankietę. Wkrótce było po wszystkim.

[...]

Następnego dnia, będąc u znajomego, który był dniewalnym w domu gościnnym, gdzie zatrzymali się goście z Magadanu, miałem okazję rozmawiać z pułkownikiem Bielajewem. Zapytałem go, kiedy wreszcie będziemy mogli wyjechać do Polski, na co odpowiedział, że albo z końcem sierpnia albo na początku września. Była to pocieszająca wiadomość i natychmiast powiadomiłem o tym kolegów, którzy się bardzo ucieszyli.

[...]

Pomału ja i moi koledzy szykowaliśmy się do wyjazdu.

Karol opuścił swoje mieszkanie i ulokował się u mnie na piecu. Wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na koniec sierpnia, ale ten się skończył, przyszedł wrzesień a my nadal czekamy i nie wiemy, kiedy wyjedziemy. Wszyscy już się denerwowali, czy aby w tym roku wyjedziemy. Skończył się wrzesień i nastał październik. Nastała też kołymska zima - śniegi, mrozy. Nadzieja na wyjazd w tym roku skurczyła się. Musiałem kupić sobie płaszcz zimowy. Czapki uszanki do tej pory nie kupowałem, będąc pewnym, że przed zimą wyjedziemy.

Już teraz byliśmy pewni, że wyjazd do Polski trzeba odłożyć do przyszłego roku, tym bardziej, że nawigacja morska kończy się 15 grudnia. Powiedziałem sobie trudno, wytrzymałem 10 lat, wytrzymam jeszcze kilka miesięcy. Tego samego zdania byli moi koledzy.

Zima już w pełni, jest 19 października 1955 roku, wieczór. Siedziałem z Karolem, kiedy zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę - dzwonił lejtnant Elizarow od spraw specjalnych i powiedział: "Adam, wnet pojedziesz do Polski, zawiadom kolegów - tu wymienił nazwiska - żeby się rozliczali w miejscach pracy. 22 października wyjazd do Susumanu, a 29 października wsiadacie w porcie magadańskim na statek". Karol pobiegł zawiadomić kolegów a ja jak stałem w pantoflach biegiem do znajomego kierowcy, który jeździł na Kujdusan w tajgę za drzewem, żeby Józek natychmiast przyjechał. Już na drugi dzień przed południem Józek był u mnie. Uporządkowałem sprawy hotelowe [...], pobrałem swoją należność za pracę w ŻKO i z konta łagiernego wypłacono mi sto kilka rubli - było to całe wynagrodzenie, jakie za 6 lat pracy na Kołymie otrzymałem z przedsiębiorstwa Dalstroj66, dla którego łagier pracował. Jeszcze muszę wyjaśnić, że za pracę w łagrze płacono, a raczej udawano, że płacą, bo po odliczeniu kosztów utrzymania zostawały się kopiejki.

I jeszcze druga sprawa, nie pamiętam, w którym łagrze zmuszano nas do podpisania pożyczki narodowej. Ja podpisałem na 500 rubli - nawet z tego biednego łagiernika wydzierano ostatnie grosze, ale dla nich w sumie były to miliony, a może miliardy rubli.

21 października urządziliśmy w moim pokoju pożegnalną ucztę dla kolegów, którzy na razie jeszcze nie wyjeżdżali. Rano 22 października 1955 roku wsiedliśmy do samochodu - budy i po kilku godzinach jazdy byliśmy już w Susumanie. Zatrzymaliśmy się na dworcu autobusowym w oczekiwaniu na specjalny autobus, którym mieliśmy pojechać do Magadanu, gdzie mieli dołączyć do nas inni Polacy, też wyjeżdżający do kraju.

Po południu o godz. 16 pożegnaliśmy Susuman. Wszystkie miejsca w autobusie były zajęte, na środku stał żelazny piecyk do ogrzewania i zapas drzewa. Jechaliśmy całą noc, cały dzień i następnej nocy około północy byliśmy w Magadanie. [...] Po opuszczeniu autobusu przypadkiem na ulicy spotkaliśmy znajomych, którzy odbywali wyrok na D-2 - w ten sposób kwaterę mieliśmy zapewnioną. Włóczyliśmy się więc po Magadanie, robiliśmy zakupy, kto miał więcej rubli mógł kupić więcej, kto miał mniej musiał zadowolić się skromniejszymi zakupami. 29 października byliśmy już w porcie magadańskim w oczekiwaniu na statek, następnie przed godziną 18-tą byliśmy już na statku o nazwie "Feliks Dzierżyński" i punktualnie o 18-tej statek wyruszył w rejs.

Cały czas trzymaliśmy się razem, również i na statku zajęliśmy kojki obok siebie. To już nie była ta sama podróż, co w 1948 roku, na spodzie statku, w brudzie i o głodzie. Prawda, że nie było luksusów, ale była nieporównywalnie lepsza od poprzedniej. Spacerowaliśmy po pokładzie, oglądaliśmy tu w kinie dwa filmy, w kiosku można było coś kupić do zjedzenia, mieliśmy nawet silny sztorm - przez 24 godziny statkiem mocno kołysało. Przez Morze Ochockie, Cieśninę Tatarską, Morze Japońskie 3 listopada rankiem dopłynęliśmy do celu, którym był port Nachodka. Z posiołka Miaundża wyjechała nas mała grupa, w Susumanie grupa powiększyła się, najwięcej Polaków dołączyło w Magadanie i do Nachodki przybyło nas sporo.

[...]

Muszę jeszcze nadmienić, że w Magadanie ja i moi koledzy puściliśmy do domu telegramy, że jesteśmy już w drodze. Nie byliśmy wszak pewni, czy zostaną doręczone, jednak, jak się później okazało, żona moja telegram otrzymała.

[...]

W nocy z drugiego na trzeciego grudnia przekroczyliśmy granicę radziecko-polską. Byliśmy już w Polsce.

Z dworca kolejowego w Przemyślu przewieziono nas autobusami do punktu repatriacyjnego w Żurawicy.

[...]

Następnego dnia badania lekarskie, wydano nam kartę repatriacyjną, wypłacono po 1000 zł i już byliśmy gotowi do dalszej drogi.

[...]

Po drodze koledzy odpadali pojedynczo z grupy, wreszcie pozostałem sam. W Żarowie byłem rano około godziny 7-ej.

Wysiadłem z pociągu, zapytałem przechodnia o ul. Mickiewicza i tam się skierowałem. Drugim chodnikiem w przeciwnym kierunku szedł chłopczyk, lat około 10-11. Podszedłem do niego i zapytałem:

- Chłopczyku, gdzie jest dom nr 4?

- Ja pana zaprowadzę - odpowiedział.

- A ty wiesz, gdzie mieszka Kądziołka? - zapytałem.

- Wiem - odpowiedział.

- A ty znasz Bogusia Kądziołkę? - zapytałem.

- To ja jestem Boguś - odpowiedział chłopczyk, którego zostawiłem przed ponad dziesięciu laty siedmiomiesięcznym dzieckiem, a teraz spotkałem jako prawie jedenastoletniego chłopca.

Uściskałem i ucałowałem syna i teraz szliśmy do domu razem, jakbyśmy się nigdy nie rozstawali. A swoją drogą nieczęsto się zdarza, żeby własny syn do własnego ojca zwracał się przez "pan" - właśnie mnie się to przydarzyło.

Wkrótce byłem w domu i witałem się z córką i teściową. Żona była w pracy.

Córkę zapamiętałem jako niespełna dwuletnie dziecko. Teraz stała przede mną rosła 12-letnia dziewczynka - ją też mogłem spotkać na ulicy i rozmawiać, nie wiedząc, że rozmawiam z własną córką. Oboje, córka i syn, wyrośli i przestali być takimi, jakimi ich zostawiłem w domu i zachowałem w pamięci. Spodziewając się mojego przyjazdu córka albo syn na zmianę przed pójściem do szkoły wychodzili w kierunku stacji kolejowej - "może które z nich spotka pana z bagażem, a może ten pan to nasz tata" - i to właśnie udało się synowi, że spotkał pana z bagażem. Przed pójściem do szkoły dzieci miały przykazane, aby matki nie zawiadamiać o moim przyjeździe (żona pracowała obok szkoły) - niech pracuje spokojnie. Ale czy dzieci mogły nie powiedzieć o tym matce?

Spałem, gdy poczułem, że ktoś albo coś mnie szarpie, a może to ja jestem w łagrze, ale na szczęście nic takiego - była to moja żona. Nie wytrzymała w pracy i przybiegła, żeby przywitać się z mężem, którego nie widziała ponad dziesięć lat. Takie było moje pierwsze spotkanie z rodziną.

Moje wspomnienia łagierne i połagierne starałem się opisać wiernie. A czy wszystko? Na pewno nie, nie wszystko utrwaliło się w pamięci, przecież od chwili mojego aresztowania minęły ponad 43 lata, a od mojego powrotu do domu ponad 33 lata. Coś tam umknęło, ale dużo też pozostało - zresztą takich rzeczy nie sposób zapomnieć, pozostaną w pamięci do końca życia i to wszystko starałem się opisać jak najwierniej. Do tej pory co pewien czas nawiedzają mnie niespokojne sny o łagrze - wtedy budzi mnie żona, pytając, co mi się śniło, albo spocony i z bijącym sercem budzę się sam - jestem wtedy bardzo szczęśliwy, że to nie Kołyma, nie łagier, nie nary łagierne, a moje własne łóżko we własnym domu i u boku własnej żony. Powróciłem do domu, do rodziny, zdrów i cały i za to dziękuję Bogu.

Obecnie jestem od 12 lat na emeryturze, córka i synowie mają swoje rodziny (młodszy syn urodził się w 1956 roku), mamy 4 wnuków i jedną wnuczkę. Mieszkamy blisko siebie.

 

Adam Kądziołka

Żarów, 12.05.1989

prokliataja (ros.) - przeklęta.

2 Zob. ITŁ [w:] Wykaz skrótów... .

3 Komsomolsk nad Amurem - zob. Wykaz miejscowości i nazw... .

4 OP (O.P.) - zob. Wykaz skrótów... .

5 Leopold Alter, lekarz, Polak ze Lwowa, jako więzień pracował tam niejako w zawodzie - też odsiadywał wyrok. Pomagał autorowi przetrzymując go bardzo długo w OP, aby ten nie musiał pracować (faktem jest, że był bardzo słaby i ciężkiej pracy by nie przeżył). Poznali się przy jednym z obchodów w posiołku - autor miał na piersi krzyżyk zrobiony w więzieniu z chleba.

6 "pękła bomba" - tzn. "coś się popsuło".

bałanda - zob. Słowniczek terminologii... .

8 Komsomolsk według oficjalnej wykładni i propagandy miał zostać wzniesiony przez komsomolców, a faktycznie wybudowali go w latach 30. XX wieku więźniowie łagrów.

9 Kołyma - zob. Wykaz miejscowości i nazw... .

10 Chodzi o Sowiecką Gawań - zob. Wykaz miejscowości i nazw... .

11 pieriesyłka (ros.) - zob. Słowniczek terminologii... .

12 Magadan - zob. Wykaz miejscowości i nazw... .

13 skarej - chodzi zapewne o rosyjskie słowo skorie, które oznacza "szybciej".

14 sopki - ziemne nasypy, które w północno-zachodniej Rosji nadsypywano na spalonych szczątkach zmarłych składanych w miejscu wcześniejszych pochówków. Powstałe w ten sposób kopce o stromych ścianach i płaskich wierzchołkach nazywano sopkami. Na Kołymie słowem tym określano występujące tam wzgórza.

15 posiołek (ros.) - małe sioło, małe osiedle wiejskie.

16 wolniaszek (ros.) - zob. Słowniczek terminologii... .

17 Kołyma czudiesnaja... (ros.) - Kołyma, cudaczna planeta, dwanaście miesięcy zimy, reszta lato.

18 czerez bort (ros.) - przez burtę.

19 nary - zob. Słowniczek terminologii... .

20 sanczast (z ros.) - zob. Słowniczek terminologii... .

21 niemnożko posidi (ros.) - trochę posiedzi.

22 bytowik - zob. Słowniczek terminologii... .

23 Bierłag - zob. Wykaz skrótów... .

24 błatny - zob. Słowniczek terminologii... .

25 bania (ros.) - łaźnia.

26 watowanka - zob. Słowniczek terminologii... .

27 buszłat (ros.) - zob. Słowniczek terminologii... .

28 Chołodnyj - zob. Wykaz miejscowości i nazw... .

29 szmon - zob. Słowniczek terminologii... .

30 nadziratiel (ros.) - zob. Słowniczek terminologii... .

31 stacjonar - zob. Słowniczek terminologii... .

32 pajka - zob. Słowniczek terminologii... .

33 prożarka - zob. Słowniczek terminologii... .

34 słanik - sosna karłowata.

35 tzn. sanczast - zob. Słowniczek terminologii... .

36 1949 roku.

37 ZK - zek, zob. Słowniczek terminologii... .

38 Tj. markowali, udawali.

39 dochodiaga - zob. Słowniczek terminologii... . Autor ma na myśli, że może umrzeć z powodu wyczerpania organizmu.

40 zawiedujuszczij (ros.) - zob. Słowniczek terminologii... .

41 zona - zob. Słowniczek terminologii... .

42 dajut bieri... (ros.) - dają bierz, biją uciekaj.

43 "To nic, Adam".

44 błatnyj-suka - patrz suka [w:] Słowniczek terminologii... .

45 błatnyj-czestnyj - patrz czestnyje wory wor [w:] Słowniczek terminologii... . Obie wymienione przez autora grupy, sukczestnych, szczerze się nienawidziły i zajadle zwalczały.

46 Precyzyjniej - wydrążona studnia, zob. szurf [w:] Słowniczek terminologii... .

47 Chodzi być może o amonal - kruszący materiał wybuchowy, zawierający trotyl, azotan amonu i proszek aluminiowy, będący rodzajem amonitu, lub też o sam amonit - materiał wybuchowy stosowany w przemyśle wydobywczym i przez wojsko.

48 burka - tzn. dziura.

49 wzrywnik - zob. Słowniczek terminologii... .

50 ekskawator - wydrążacz.

51 prompribor - urządzenie wypłukujące z piasku złoto, autor objaśnia jego działanie na kolejnych stronach.

52 bańczyk (bańszczyk) - posługujący w bani, tzn. w łaźni.

53 zaczoty (zaczioty) - premiowane dni za wyrobienie normy.

54 tzn. 220. kilometrze od Magadanu - wiele łagrów na Kołymie miało nazwy określające ich odległość od Magadanu.

55 KWCz - zob. także Wykaz skrótów... .

56 nadziratiel - zob. Słowniczek terminologii... .

57 Inna nazwa tej funkcji to dniewalnyj - zob. Słowniczek terminologii... .

58 Kanał Białomorsko-Bałtycki (Biełomorkanał) - budowany w latach 1930-1933 przez ok. 170 tys. więźniów Gułagu, łączącyMorze Bałtyckie i Morze Białe; sztandarowa budowa tego okresu w ZSRS.

59 Autor ma na myśli zapewne "Martwą Drogę" (Transpolarna Magistrala Kolejowa), północnosyberyjską linię kolejową o planowanej długości 1300 km, budowaną w latach 1949-1953 na wysokości koła podbiegunowego. Przy budowie zatrudnionych było ok. 100 tys. więźniów, nigdy jej nie dokończono.

60 Miaundża - zob. Wykaz miejscowości i nazw... .

61 wilczy bilet.

62 Kadykczan - zob. Wykaz miejscowości i nazw... .

63 Susuman - zob. Wykaz miejscowości i nazw... .

64 matierik (ros.) - kontynent.

65 wy kakaj... (ros.) - wy czyj poddany?

66 Dalstroj - zob. Wykaz skrótów... .