Apartheid
30 kwietnia. Przed niskim, drewnianym budyneczkiem studiów o Azji Wschodniej skwierczy marynowany po koreańsku boczek. Tłuszcz tryska do sałatki, na biały obrus i do ziemniaków. Cztery długie stoły, a właściwie ławki szkolne, powoli uwalniają się od ciężaru fińskich i azjatyckich potraw. Siwiejący profesor w króliczych uszkach na głowie przygotowuje tradycyjny poncz na trzy sposoby, co sprowadza się do mieszania wódki z różnokolorowymi napojami gazowanymi. Ten z napojem malinowym opatrzony jest flagą Japonii. Czerwona fanta to Chiny, a dżin z pływającymi kawałkami ciemnych winogron - Korea. Jego młodszy kolega, który włożył kapelusz w kształcie beczki piwa, napełnia studentom kieliszki szampanem. Pani profesor w uszkach Myszki Miki bawi się z nimi w przechodzenie pod liną.
Studenci idący na koncert zbaczają z leśnej dróżki zwabieni głośnym k-popem, śmiechem i zapachem mięsa i grillowanych warzyw. Jest dużo alkoholu. Nawet mieszkające na kampusie wiewiórki zainteresowały się wydarzeniem i bezpiecznie, z pozycji niedalekiego krzaczka, obserwują, kiedy na ziemię spadną okruszki. Wróble obskakują rower, na którym ktoś zostawił kromkę czarnego pieczywa.
Około południa do stojących pod budynkiem dołączają kolejni studenci i rusza długa parada. Najważniejsi poniosą flagi swoich wydziałów, reszta kolorowe baloniki. Jest Kubuś Puchatek, Chewbacca i wielka dmuchana butelka szampana. Wśród nich grają na bębnach, słychać wuwuzele, ktoś rozrzuca konfetti i serpentyny, które inni zarzucają sobie potem na szyje. Ludzie machają do idących w paradzie z balkonów. Jest głośno, trochę brudno i bardzo pijanie.
Większość studentów nosi dziś kombinezony z naszywkami z odbytych wycieczek i przeżytych imprez. Kolory kombinezonów reprezentują konkretne wydziały, można też na nich napisać swoje imię flamastrem. Należy je zakładać na wszystkie imprezy i nie wolno ich nigdy prać. Kupuje się je tanio, ale w zamian zostaje się żywą reklamą sponsora. Medycyna na przykład nosi kombinezon w kolorze białym i reklamuje buranę - najpopularniejsze w Finlandii tabletki na ból głowy. Przydadzą się jutro.
Są koncerty, jest wesołe miasteczko, ktoś nadmuchał plastikowy basenik. Po rzece płyną wystrugane z byle czego kajaki, odważniejsi piją wódkę w pontonach. Niektórzy noszą kurtki, inni chodzą bez koszulek. Nawet głowa Lenina przystrojona jest w hawajski lei i kolorową czapeczkę. Młodzi, tańcząc na ulicy, podążają za paradą. W siatkach z Lidla niosą sześcio- i dziesięciopaki taniego piwa i wino w dwulitrowych kartonach z kranikiem. Na parę dni miasto zostało opanowane przez studentów i zatraca się w radosnym chaosie młodości.
Po koncertach, wspólnych śpiewach i przemówieniach pora, żeby wreszcie założyć marynarskie czapeczki. Zaraz będzie odliczanie. Czapeczki ze swoim nazwiskiem Finowie dostają po ukończeniu liceum. Przydają się potem przy wielu okazjach - między innymi na Vappu, święcie Pierwszego Maja, które najhuczniej obchodzone jest w przeddzień. Trzy, dwa, jeden - strzał korków! Z każdej strony rozlewa się strumień wina musującego. Można założyć czapeczki. Brudne kombinezony stają się jeszcze brudniejsze od lepkiego szampana. Młodsi popisują się, wypijając całą butelkę naraz. Rodzice przypatrują się im z wyrozumiałym uśmiechem. Ich czapeczki są już nieco wyblakłe, ale w rękach mają te same butelki taniego prosecco, a u boku znajomych ze szkoły, z którymi świętowali dwadzieścia lat temu.
Stoimy w grupie sześciu osób. Czapeczki na głowach, pierwszy szampan wypity. Ktoś schował korek na pamiątkę. Jeszcze tylko parę szybkich zdjęć grupowych i pora się zbierać. Nicklas zdejmuje czapeczkę i mówi:
- No to za godzinę to samo po szwedzku.
Tata zapłaci
Według książki komika Alfreda Backi Överlevnadshandbok för finlandssvenskar [Podręcznik przetrwania dla szwedzkojęzycznych Finów] szwedzkojęzycznego Fina poznać można już chwilę po urodzeniu - wystarczy obok kołyski położyć kartkę i długopis, a od razu odezwie się w nim odruch pisania podań. Podań o dofinansowanie, oczywiście, do jednego z wielu ustanowionych dla mniejszości funduszy.
Marie[1] pracuje w biurze Centrum Szwedzkojęzycznego Luckan w mieście Turku, po szwedzku ?bo. Zajmuje się promocją wydarzeń kulturalnych, fakturami, telefonami i - a jakże - rozpatrywaniem podań. Od godziny pijemy ciężką w smaku i zapachu herbatę ze smoły, to znaczy z dziegciu. Finowie kochają jej zdrowy zapach, który kojarzy im się z wilgotnym lasem i ciepłem kamiennego kominka. Przy stoliku obok siedzi para starannie ubranych na biało klientów w starszym wieku i czyta gazety z Wysp Alandzkich. Do biura codziennie przychodzi od dziesięciu do trzydziestu osób, najczęściej tak jak Marie - szwedzkojęzycznych Finów, aby dowiedzieć się, co szwedzkiego dzieje się w jednym z największych miast w Finlandii.
- Mamy tu szwedzki teatr, uniwersytet ?bo Akademi i pub studencki K?ren. Można iść na tanie kursy do domu kultury Arbis. To właściwie tyle, jeśli chodzi o szwedzkie życie w ?bo.
Szwedzi nie stanowią w Finlandii żadnej grupy imigrantów. Ich języka używa się tu jednak od dobrych ośmiuset lat, głównie wzdłuż zachodniego wybrzeża i na południu kraju, co wynika z historycznych zaszłości - Finlandia przez kilka wieków stanowiła część Szwecji. Po szwedzku mówi się dziś zasadniczo nad morzem, a po fińsku nad jeziorami. Tylko niektóre miasta są monojęzyczne. W Hanko, po szwedzku Hangö, leżącym pomiędzy Helsinkami a Turku, proporcje mówiących po szwedzku i fińsku rozłożone są po połowie. Tam wychowała się Marie.
- Piękne i malownicze miasteczko. Poznałam tam męża, miałam wtedy siedemnaście czy osiemnaście lat. Niestety w Hangö nie ma gdzie się kształcić. Jest szkoła zawodowa, ale jeżeli nie interesuje cię żaden z kierunków, które oferuje, musisz wyjechać do Szwecji albo do większego miasta. Najlepiej ?bo, bo tutaj jest ?bo Akademi.
?bo Akademi to jedyny całkowicie szwedzkojęzyczny uniwersytet poza granicami Szwecji. Jego dostojne czerwonoceglaste i dyskretnie żółte mury obchodziły niedawno stulecie istnienia. Kampus dzielą z modernistycznymi białymi budynkami fińskiego Turun yliopisto, Uniwersytetu Turku.
Marie urodziła się i spędziła kilka pierwszych lat życia w Sztokholmie, dokąd jej rodzice wyjechali w latach siedemdziesiątych. Na ten okres przypadł też szczyt fińskiej emigracji do Szwecji, która rozpoczęła się zaraz po wojnie. Dzisiaj ponad pół miliona mieszkańców Szwecji deklaruje fińskie pochodzenie. Szwedów w Finlandii jest nie więcej niż osiem tysięcy.
Kiedy na studia Marie znowu wyjechała do Sztokholmu, była pod ogromnym wrażeniem.
- Znaleźć się w kraju, w którym wszyscy mówią w tym samym języku co ty, móc używać go wszędzie, przez całą dobę! Co za luksus! Wspaniale jest być wśród ludzi, którzy mówią w twoim języku. Ale w pewnym wieku czujesz jednak, że chcesz wrócić do korzeni. A moje korzenie to oczywiście Finlandia. Jestem Finką. Mówię po szwedzku, ale jestem Finką. Parę miesięcy temu moja córka Madde wkładała buty do szkoły i zawołała radosna: "Jaka jestem szczęśliwa, że jestem Szwedką!". Musiałam jej wytłumaczyć, że to nie jest do końca tak.
Tożsamość szwedzkojęzycznych Finów wydaje się trudna do zdefiniowania w prostych kategoriach narodowych, do których przyzwyczaiła nas dziewiętnastowieczna myśl niemiecka: jeden naród - jeden język. Szwedzkojęzyczny Fin ma fiński paszport, czasami też szwedzki. Nie jest do końca Finem, ale nie jest też Szwedem. I nie tylko język go wyróżnia, ale i kultura. Nie wystarczy zapytać, w którym parku świętuje Vappu 30 kwietnia. Sprawa fińsko-szwedzkich tożsamości jest znacznie bardziej skomplikowana. Rozróżnić musimy:
- szwedzkojęzycznych Finów, czyli finlandssvenskar po szwedzku lub suomenruotsalaiset po fińsku, obywateli Finlandii, których językiem ojczystym jest szwedzki;
- Finów mówiących po fińsku, którzy w języku szwedzkim nazywani są finne dla odróżnienia od finländare (wszystkich obywateli Finlandii);
- Szwedów, których w Finlandii nazywa się po szwedzku sverigesvenskar lub rikssvenskar, dla odróżnienia od szwedzkojęzycznych Finów;
- Szwedów pochodzenia fińskiego lub Finów, którzy wyemigrowali do Szwecji, czyli sverigefinnar po szwedzku lub ruotsinsuomalaiset po fińsku;
- mieszkających w Szwecji szwedzkojęzycznych Finów;
- obywateli Szwecji mieszkających w Finlandii;
- Alandczyków.
Ale to nie wszystko. Bo żaden porządny szwedzkojęzyczny Fin nie określi się takim mianem - powie raczej, że jest ?bolänning - z ?bo, nylänning z Nyland (östnylänning - ze wschodu i västnylänning - z zachodu) albo jako miejsce pochodzenia poda małą wioseczkę w Ostrobotni[2], w której każdy kąt stanowi mikrokosmos. Alandczyk jest po prostu z Alandów i o Finlandii nie wspomni wcale.
Mówiący po szwedzku mieszkańcy Finlandii są często etnicznie zbliżeni do Skandynawów. Wielu z nich ma mieszane fińsko-szwedzkie pochodzenie. Niektórzy są potomkami Finów, którzy język szwedzki przyjęli ze względu na jego wyższy status społeczny. A jeżeli mają czarną skórę i przez fińskich rodziców zostali zaadoptowani w wieku paru lat - to wciąż mogą nazywać się szwedzkojęzycznymi Finami. Granica podziału przebiega na poziomie języka, a nie pochodzenia.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.