CYRENAJKA, LIBIA, 2017
TERRORYSTKA SAFIJA
Piękna, młoda, o zielonych oczach - Safija... Nie wiem, co się z nią stało. Czy może trafiła do jednego z owianych złą sławą obozów, takich jak Al-Hawl czy Al-Roj w północno-wschodniej Syrii, a może jest w irackim obozie Al-Jada'a. A może popija gdzieś kawę, spoglądając na Zatokę Perską? Czy w ogóle żyje?
W 2021 i 2022 roku kilka rządów poszło w ślady takich krajów jak Kazachstan, Uzbekistan, Niemcy i Dania i również zaczęło brać odpowiedzialność za swoich obywateli, którzy utknęli w syryjskich obozach dla terrorystów z Daesz. Hiszpania, Francja, Australia i Holandia upomniały się o swoich, a o ich losie decydują teraz sądy krajowe. Są też w całej Europie organizacje, które zajmują się repatriacją i kobiet, i dzieci - również tych będących bojownikami Daesz i działającymi na jego rzecz. Organizacje te wspierają je psychologicznie, prawnie i zapewniają kontakt z rozdzielonymi - między Europą a krajami arabskimi - rodzinami sympatyzującymi z Daesz.
Czy Safija może być w Europie? Czy może jest gdzieś indziej i zaczęła życie na nowo? Te wszystkie pytania pozostaną na ten moment bez odpowiedzi...
Nigdy nie miałam jej numeru telefonu, kontaktu z nią poprzez media społecznościowe, w których była tak aktywna, ani nawet zwykłego maila. Tak samo szybko jak pojawiła się w moim życiu, tak szybko zniknęła, pozostawiając po sobie resztę swojego bólu, ale i zrozumienia dla motywów jej bezwzględności. Jej historia to próba przetrwania za wszelką cenę, potrzeba potwierdzenia swojego statusu oraz niechęci do jakichkolwiek kompromisów. Mądra i niezwykle przenikliwa, sprytna, wystarczyło, że na mnie spojrzała. Widziałam w niej wzrok mojej siostry, która wiedziała, że bez silnego mężczyzny u swojego boku nie będzie w stanie zapewnić godnego życia sobie i dziecku. To historia o wzajemnej nieoceniającej relacji, gdy w tamtym momencie, na tamtą chwilę przez ten długi czerwcowy dzień byłyśmy jak siostry. Poznałyśmy się latem 2017 roku...
Miałam okazję być w wielu ośrodkach dla uchodźców oraz migrantów. Nie napawa mnie to dumą ani nie budzi przekonania, że coś wiem na ten temat. Patrzę, obserwuję, rozmawiam i milczę... czasem tylko piję kawę lub gram z dzieciakami w piłkę. Każdy z tych uchodźców jest inny, każdy z nich ma inne cechy. Począwszy od miejsca pochodzenia, przez wewnętrznie wypracowaną i wykreowaną kulturę bycia, do reguł i zasad codziennego funkcjonowania.
Ale są takie momenty i takie obrazy, które zapadły mi na tyle głęboko w pamięć, że wymagają opisu. Poza rodzinami postrzeganymi jako związane z Daesz, niezależnie od tego, czy są to osoby przesiedlone wewnętrznie, czy powracające z różnych innych obozów, istnieje trzecia kategoria osób - najgorsza. To kobiety o udowodnionym zaangażowaniu lub przynależności - dorosłe oraz nieletnie.
Tak, Safija była jedną z nich. Aktywnie werbująca nowych członków Daesz w Europie, zdołała nakłonić swojego pierwszego męża, żeby do niej dołączył i wziął czynny udział w działaniach organizacji. Tak niewiele mówi się o mężczyznach zwerbowanych przez kobiety... Przy czym o kobietach terrorystkach mówi się coraz więcej. Dobrze wykształcona, mówiąca biegle w czterech językach. Jej mąż zaś, posłuszny bojownik swojej małżonki, działający chyba głównie z miłości i przywiązania do Safii, nie zdołał przetrwać zadania, jakie go czekało w jednym z krajów Afryki Północnej w 2012 roku, powiązanym z ambasadą Stanów Zjednoczonych. Zginął śmiercią męczennika w trakcie wykonywania samobójczej misji. Safija niewiele o nim mówiła, podała jedynie te kilka faktów. Nie widziałam w jej twarzy smutku ani poczucia utraty kogoś bliskiego. Choć może to przez upływ czasu i wszystko to, co wydarzyło się później.
Safiję poznałam we wschodniej Libii, nazywaną jeszcze przez Cesarstwo Rzymskie Cyrenajką - tak, to mój rodzinny kraj.
Dekadę po tym, jak w lutym 2011 roku po raz pierwszy wybuchły protesty przeciwko brutalnym i represyjnym rządom pułkownika Muammara al-Kaddafiego, Libia pozostawała krajem nękanym wewnętrznymi problemami (w tym krwawym wewnętrznym konfliktem) oraz pogłębiającym się rozdrobnieniem politycznym. Zaraz po upadku reżimu Daesz wykorzystało niestabilność Libii i już pod koniec 2014 roku na wschodzie kraju utworzyło oddziały wspomagające działania w Syrii i Iraku. Następnie siatka terrorystyczna dotarła do miasta Syrta na środkowym wybrzeżu i stamtąd rozszerzyła swoje wpływy w całym kraju. Mimo trwającej kampanii przeciwko Daesz, wspieranej przez siły ONZ, organizacja w latach 2015-2016 umocniła się i rozbudowała swoje struktury wewnętrzne.
Safija przebywała w Libii od 2015 roku, przez co prawdopodobnie była ważnym spoiwem organizacji na tym froncie. Nigdy nie używała nazwy kraju, lecz mówiła zgodnie z narracją Daesz - wilajet Al-Libii - co można w skrócie rozumieć jako prowincja Daesz w Libii. Terroryści wykorzystali wewnętrzny chaos i zamęt, który przysłużył się ich działaniom z uwagi na brak stabilnej koncepcji politycznej w kraju oraz znużenie, wewnętrzną frustrację obywateli libijskich, otwarte i niestabilne granice, przez które przebiegały szlaki handlu bronią oraz ludzi.
Dla nas, Libijczyków, oznaczało to, że albo należy się dostosować i podporządkować, albo trzeba uciekać. Można było milczeć i obserwować tragiczne wydarzenia albo zdecydować się na dobrowolną migrację. Handel ludźmi, kobietami, dziećmi, handel organami, wykorzystywanie seksualne - to tylko część okrucieństw, jakie widziała Libia w tym czasie. A Safija właśnie była ich znakomitą częścią.
Znaczenie Libii dla Daesz było kluczowe, co potwierdził w styczniu 2015 roku libijski członek tej organizacji Abu Ibrahim al-Libi, który omówił znaczenie Libii pod względem jej geograficznego położenia. W dokumencie zatytułowanym Libia: strategiczna brama dla Państwa Islamskiego wyjaśniał, że: Libia spogląda na morze, pustynie, góry i sześć obszarów: Egipt, Sudan, Czad, Niger, Algierię i Tunezję... To kotwica, której Afryka i muzułmanie Maghrebu powinni się trzymać. Inny autor z Daesz, Abu Moaz al-Barqawi (z miejscowości Barqa), pisał w Przyjdź do owczarni kalifatu, że Daesz dąży do zniesienia granic Tunezji, Libii i Egiptu, by stworzyć coś na wzór prowincji Eufratu w Syrii i Iraku. Oprócz próby zdobycia nowych terytoriów (lub po utracie ich części w Iraku i Syrii) lokalna sytuacja Libijczyków była dla Daesz bardzo atrakcyjna - zdestabilizowany kraj, pogrążony w walkach o władzę, skorumpowany, a do tego bogaty, z ogromnym terytorium.
Safija była świetnie zorientowana w sytuacji Libii, mimo iż z niej nie pochodziła. Jej wiedza była bardzo obszerna, wykraczała poza sferę polityczną, na cały obszar Maghrebu, ale obejmowała też wewnętrzną sytuację w Egipcie i na Synaju. Znała ludzi, potrafiła się przemieszczać i wiedziała, kto w południowych plemionach decyduje o przejściu przez granice z Sudanem, Czadem i Nigrem. Z pewnością była to wyjątkowa wiedza dla organizacji. Skąd dokładnie pochodziła, nigdy się nie dowiedziałam, poza tym, że miała korzenie irackie, a jej zmarły mąż był Brytyjczykiem i od kilku lat mieszkali w Libii.
Safija miała zostać drugą żoną mojego sąsiada, pół Polaka, pół Libijczyka. Zresztą w takich miejscowościach jak moja wszyscy się znają, każdy wie, kto z kim, po co i dlaczego. Temat potencjalnych zaślubin rozchodzi się szybciej niż post na Facebooku. A gdy dołączyć do tego warunki chaosu, ludzie są jeszcze bardziej podejrzliwi i lepiej dostrzegają nowych, a tym bardziej obcych. A w dodatku ślub?! Z obcą kobietą, to było wydarzenie.
Jak się później okazało, do ślubu nigdy nie doszło, ponieważ Karim zginął w walkach na przedmieściach miasta w konfrontacji między dwoma organizacjami terrorystycznymi w 2015 roku, a Safija pozostała jedynie narzeczoną poległego. Wielu młodych mężczyzn w Libii w tamtym okresie nawet nie wiedziało, że pracuje dla organizacji terrorystycznej. Byli kurierami, zajmowali się transportem, przewożeniem osób, na podobnej zasadzie jak taksówkarze, byli też kierowcami tirów na długich trasach przez Saharę. Jedni handlowali pojemnikami z libijską ropą, inni samochodami lub po prostu dostarczali informacje. Wcześniej na takich samych zasadach działała w Libii służba bezpieczeństwa Muammara Kaddafiego.
W sytuacji śmierci narzeczonego, bez względu na status i zajęcie kobiety, kultura nakazuje, żeby nie tylko się nią zaopiekować, ale i znaleźć nowego męża, jeśli wyraża ona na to zgodę. Libijki Arabki zawsze cieszyły się wysokim szacunkiem społecznym. Są to silne i bezkompromisowe kobiety, które zawsze kierują się racjonalnością, rzadko bądź wcale miłością i mrzonkami. Dlatego też Safija od samego początku miała prawo do decyzji oraz wyboru - czy wciąż chce wyjść za mąż, czy w takich okolicznościach już nie.
Ile lat miała Safija? Tego też nie wiem. Chociaż wydawało mi się, że jest w moim wieku, może trochę młodsza. Miała wiele atutów, począwszy od wieku, przez głębokie zielone oczy, aż po najważniejsze - brak dzieci z poprzedniego małżeństwa. Jej sytuację na "rynku matrymonialnym" poprawiało również to, że była "podobno" daleką rodziną jednego z szejchów i jednocześnie imama1 działającego w najstarszym meczecie w mieście. Rodzina imama przyjęła Safiję do siebie do domu, po śmierci jej męża Brytyjczyka, z którym mieszkała w Bengazi na wschodzie Libii od 2011 roku. Stąd też kontynuowała swoją działalność, którą sama z uśmiechem nazywała "humanitarną".
Od 2012 roku inna znana w regionie organizacja Ansar al-Sharia2, współpracująca z Daesz na wschodzie Libii, prowadziła kampanię zabójstw, porwań i ataków na członków reżimu Kaddafiego i ich rodzin. W kraju zaczęły działać islamskie bojówki, które, po części wspierane przez tymczasowe władze Libii, zajmowały się usuwaniem przeciwników politycznych. Dodatkowo organizacje walczyły ze sobą w zależności od miasta. 11 września 2012 roku o godzinie 21:40 czasu lokalnego członkowie Ansar al-Sharia zaatakowali amerykański kompleks dyplomatyczny w Bengazi, w wyniku czego zginęli zarówno ambasador Stanów Zjednoczonych w Libii J. Christopher Stevens, jak i oficer ds. zarządzania informacjami w służbie zagranicznej USA Sean Smith. Zaraz po tym ataku, w wyniku francuskiej aktywności działań kontrterrorystycznych w Mali, do Libii wróciła grupa terrorystów. Oba wydarzenia były nie tylko tłem życia Safii, ale też miały na nie istotny wpływ, bowiem jej mąż zginął właśnie w ataku na ambasadę USA. Tajemnica, o której nikt nie wie, ale mówią wszyscy.
Biedna Safija... Nikt się nie zastanawiał wówczas, czy zamachowcy mają rodziny, co robią, gdzie mieszkają, skąd się wzięli. Potyczki polityczne przysłoniły misternie utkną siatkę organizacji terrorystycznej, w której jednym z głównych aktorów była właśnie Safija, a nie jej mąż.
Safija była w grupie terrorystów z Mali, organizujących obozy szkoleniowe dla rekrutów Daesz. Zajmowali się całą logistyką i przerzutem, głównie dzieci przez granicę. Pod szyldem organizacji humanitarnej Safija i jej grupa, złożona z czterech kobiet i trzech mężczyzn, bardzo dobrze poznali południe Libii, szlaki migracyjne oraz wewnętrzne zależności między plemionami, zamieszkującymi tamte regiony. Co więcej, obydwa wydarzenia przyspieszyły destabilizację Bengazi. Między 2012 a 2014 rokiem Safija bezpiecznie działała na południowym froncie libijskim, pod przykrywką aktywności humanitarnej. Organizowała liczne spotkania z kobietami, a nawet prowadziła stronę w mediach społecznościowych o działaniach libijskich skautów i o ich wysiłkach na rzecz demokracji w Libii. Nigdzie nie pokazywała się jako szefowa organizacji.
W rozmowie ze mną, kiedy zapytałam ją, czy taki był cel jej aktywności - front libijski, powtarzała tylko, że musiała zarabiać, żeby godnie żyć, a bez męża musiała być jeszcze silniejsza. Posługiwała się typowymi zwrotami dla lokalnych handlarzy bronią i ludźmi: import-eksport lub AA deal, oznaczającym Arab-African deal (układ arabsko-afrykański). Równolegle z wydarzeniami z życia Safii Libia znalazła się w 2013 roku, obok Tunezji, w pierwszej piątce krajów wysyłających najwięcej zagranicznych bojowników do Syrii.
Od połowy 2014 roku stosunki między siecią libijskich bojowników a innymi zagranicznymi bojownikami stały się wystarczająco silne, by pierwsze ich pokolenie zainicjowało nową odsłonę organizacji. Libijski front Daesz, poza podziałem na trzy wilajety, składał się również z czterech centrali: w Darnie od 2014 do 2018 roku, w Syrcie od 2015 do 2016 roku, w Bengazi od 2014 roku do 2017 roku oraz w południowej Sabha od 2014 do 2021 roku. Safija zaś, analizując daty i wydarzenia, była częścią całej tej terrorystycznej układanki - do czego z dumą się przyznawała - latem 2017 roku.
Libia stanowiła trzy odrębne fronty działań Daesz - zróżnicowane pod względem tożsamości lokalnej, położenia, konstrukcji społecznej oraz dostępu do zasobów finansowych. Safija działała głównie w ostatniej z tych dziedzin. Obie zaś byłyśmy świadkami wzrostu i umacniania się organizacji, poprzez utworzenie biura prasowego prowincji Cyrenajka czy tego, jak z początkowo małych grup powstańców rodziły się uzbrojone i zradykalizowane oddziały bojowników Daesz. Doszły uliczne patrole religijne oraz patrole moralności, które kontrolowały miejscową ludność, pouczały i instruowały kobiety, jak się zachowywać. W mieście powstały również posterunki formowane z członków Daesz, którzy kontrolowali przechodniów i podróżujących samochodami oraz sprawdzali ich znajomość religii. Czasami domagali się również opłaty za przejazd lub potwierdzenia tożsamości poprzez odpowiednie biuro, nadzorowane przez skrajne ugrupowanie, które wówczas mieszkańcy nazywali radykałami.
Każdy z mieszkańców dzięki sieci znajomych oraz dużym rodzinom wiedział, gdzie są rozmieszczone posterunki i punkty kontrolne, a także potrafił je omijać, by tej kontroli uniknąć.
W Libii latem jest zawsze upalnie, ale tamtego lata było gorąco jak w piekle. Dlatego siedziałyśmy z Safiją w manuarze3, który z każdej strony był otoczony wysokim, czterometrowym murem. Reszta ogrodu była na tyle zadrzewiona, że dawało się wyczuć lekki podmuch wiatru i unoszący się w powietrzu zapach cytrusów. W rogu działał wentylator, który miał nam, kobietom, umilać to gorące popołudnie. Dzieci się bawiły, ganiając się po ogrodzie. W części domowej przebywali mężczyźni, popijając słodką herbatę i głośno rozmawiając na tematy polityczne. Rozpoczęły się zaślubiny Safii, czyli wydarzenie na skalę miasta - zgodnie z tradycją przede wszystkim wypadało przyjść i pogratulować. Był to dzień zapoznania - oficjalna część całego ceremoniału, związanego z przyjazdem narzeczonego do rodziny przyszłej panny młodej i ofiarowaniem prezentów - początkowy etap formalnego narzeczeństwa. W domu imama, przybranej rodziny Safii, nie wypadało się nie pojawić. Tak więc wszystkie kobiety z najbliższej okolicy nie tylko musiały przyjść z gratulacjami, ale też, ciekawe rozwoju sytuacji, chciały zobaczyć zarówno Safiję, jak i jej nowego narzeczonego.
Po całej oficjalnej części, kiedy rodzina narzeczonego opuściła dom imama, kobiety w swoim gronie plotkowały, jadły i śmiały się, snując żartobliwe, a nawet (po cichu) erotyczne opowieści. Miałam wówczas z Safiją jedną wspólną cechę, którą ona od razu dostrzegła i wykorzystała, żeby nawiązać ze mną kontakt - obie tylko po części byłyśmy z tego miejsca. Niby wszystkich znałyśmy, ale nie do końca. Ani ona, ani ja nie przebywałyśmy cały czas w tym gronie kobiet, ale tylko od czasu do czasu. Nikt nam oczywiście nie dawał tego odczuć, ale my wiedziałyśmy i w naszych spojrzeniach można było to wyczuć. Od teraz, jako żona, Safija miała należeć to zupełnie innego grona kobiet niż ja. Poza tym każdy wiedział, czym Safija się trudni. W arabskich rodzinach można jedynie udawać, że się pewnych rzeczy nie widzi, ale wszyscy i tak wiedzą, niczego nie da się ukryć. Tak też było z Safiją. Większość kobiet była zazdrosna o jej urodę, ale nie potępiała jej za działalność. Czasem nawet na podstawie rozmów, którym się przysłuchiwałam, miałam wrażenie, że jej zazdroszczą. Niezależnej pozycji, hardości, samodecydowania o sobie w tak ostentacyjny sposób, w jaki żadna z tych kobiet nie potrafiła. A ja widziałam to jeszcze inaczej, bo mimo że każda z nich była niezależna, musiała dla swojego własnego dowartościowania się mieć męża. A potem okazywało się różnie, jak to w małżeństwie. Safija taka nie była, bo już była wdową, więc i jej status społeczny był zupełnie inny. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że lepszy.
W tamtą upalną noc śmiałyśmy się i rozmawiałyśmy o swoich obserwacjach. Każda z kobiet, która znalazła się w zasięgu naszego wzroku, została dostatecznie obgadana, przez co uzupełniłyśmy swoje luki w ważnych informacjach dotyczących społeczności miasta. Bez tej wiedzy ciężko się funkcjonuje w arabskim społeczeństwie. Zresztą rozmawiałyśmy po angielsku, bo tak zagadała do mnie Safija, która chciała chyba na chwilę uciec od tego, w czym właśnie uczestniczyła. Sprzeczałyśmy się na tematy polityczne, ale i religijne. Safija była wyjątkowo nieugięta, jeśli chodzi o wiarę, a ja złośliwie ją podpuszczałam, więc strasznie się denerwowała. Wyczuwało się w niej ekstremalną postawę, ale też czysty pragmatyzm. Prowadziła organizację import-eksport, pomagała kobietom, a ostatnio miała nawet audycję w lokalnym radiu. Dopiero po kilku miesiącach od naszego spotkania okazało się, że to radio Daesz. Nikt nie potępiał za to Safii - przecież prowadziła audycję kobiecą dla porządnych muzułmanek. Tego się nie neguje. Nie wolno, nie wypada - po prostu haram. Zresztą już przez sam fakt bycia daleką krewną imama nikt źle się o Safii nie wypowiadał. Poza tym Safija była dumna i nie bała się mówić o swojej aktywności, to chyba najbardziej przerażało inne kobiety i dlatego wolały pewnych rzeczy nie słyszeć.
Zapytałam Safiję, czy czegoś żałuje, a ona, bardzo szczerze i bez zbędnego namysłu, odpowiedziała, że nie, bo czego może żałować - ma przecież piękne, dobre życie, jakiego chciał dla niej Bóg.
Wtedy nie wiedziałam, czy mówi to z przekąsem, czy naprawdę w to wierzy. Ale znając już różne postawy kobiet, wiedziałam, że jej jest prawdziwa. Zupełnie inaczej zachowywały się kobiety z obozu dla żon rodzin Daesz, inaczej te, które trafiły z powrotem do Europy, a jeszcze inaczej te, które robiły pewne rzeczy z racji swojego statusu społecznego lub dla pieniędzy. Dlatego każda historia jest inna.
Długo się zastanawiałam, czy zapytać wprost Safiję o to, czy ona sama rozkręciła swój "biznes", czy też została do niego "zaproszona". Nie mogłam się powstrzymać, musiałam ją o to zapytać.
Daesz wyraźnie różni się od innych islamskich grup terrorystycznych co do swojej wizji budowania państwa. Do dnia dzisiejszego wymusza rekrutację zarówno bojowników, jak i osób do wypełniania zróżnicowanych ról społecznych. Podczas gdy słyszymy głównie o "narzeczonych dżihadystów" lub "służebnicach dżihadu", miałam przed oczami przykład prawdziwej i w dodatku szczerej terrorystki, bojowniczki o swoją niezależność i wolność. Tak definiowała to Safija. Pieniądze, jakie zarabiała, niebotyczne jak na warunki arabskie, do tego renta po zmarłym mężu (samobójcy), a także status społeczny wdowy - to wszystko dawało jej przywileje, z których nauczyła się korzystać. W niczym nie przypominała uległej, biednej arabskiej żony - nie pasowała do obrazu, jaki często przedstawiają zachodnie media. To ona była szyją i głową. Z pewnością to też kwestia wielu innych czynników, takich jak pochodzenie, możliwość nauki, studia za granicą, gdzie miała szansę wywalczyć swoją pozycję, oraz mężczyźni, jakich wybierała. Ale też miejsce i czas, tego nie da się pominąć. W rzeczywistości kobiety są zaangażowane we wszystkie możliwe działania terrorystyczne - od propagandy internetowej poprzez zbieranie danych, przekazywanie informacji aż po aktywną działalność werbunkową. Nijak to się ma do genderowych oczekiwań Zachodu i wyobrażeń o służących, podporządkowanych żonach, idących dwa kroki za mężczyzną.
Do dziś nie wiem, czy Safija miała wiedzę na poziomie globalnym i czy była świadoma, do czego jej działalność jest wykorzystywana i jak to wszystko jest rozplanowane. Jak miejsce, do którego przybyła, ewoluowało w czasie i jak przy okazji jej działań zmieniła się sama organizacja. Ile może być takich Safij?, zastanawiałam się.
Safija raz na jakiś czas wyjeżdżała również służbowo dalej niż na południe Libii, miała spotkania w Dubaju, Stambule czy Marrakeszu i zawsze operowała amerykańską walutą. Nie korzystała z supernowoczesnego modelu telefonu komórkowego lub superdrogiego laptopa. Przeciętny sprzęt na libijskiej karcie, nierzucający się w oczy, kupiony na lokalnym rynku - tyle zdołałam dostrzec.
W końcu zebrałam się na odwagę i od niechcenia zapytałam Safiję, czy brała udział w rekrutacji na swoje stanowisko. Wiedziałam, że ją tym rozśmieszę. Nie można było zapytać mniej dyskretnie i jednocześnie bardziej wprost.
- No teraz to zaszalałaś - odpowiedziała, śmiejąc się wniebogłosy. - Wiesz co, chodź na górny taras, zapalimy rygillę4? - dodała.
- Jasne - odpowiedziałam zaskoczona. Nie wiedziałam, że Safija pali, tym bardziej mnie to zaskoczyło, bo to by oznaczało, że jej nie uraziłam i jest otwarta na rozmowę.
- Magda - zaczęła swój wywód - długo myślałaś nad tym pytaniem? Czy chcesz jeszcze o coś zapytać?
Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, bo wiedziałam już, że mogę sobie pozwolić na dużo więcej. Zatem dodałam:
- W Polsce jest tak, że ulubione pytania są o pieniądze, zresztą tak jak tu. - Roześmiałam się.
Safija dalej się uśmiechała, co w tym wszystkim i przy temacie naszej rozmowy było coraz bardziej niepokojące.
- Dopóki jest tu taki bałagan, Magda, mogę wszystko, trzeba tylko wiedzieć, komu trzeba dać zarobić. Ale ty chyba coś o tym wiesz, prawda?
Wtedy ja spojrzałam na nią z lekkim zaskoczeniem, ale też szybko znalazłam prostą odpowiedź.
- Oczywiście! Podstawą każdej ludzkiej relacji jest to, że ludzie chcą być ważni, potrzebni i zauważeni. To wszystko.
- Masz rację - odrzekła. - Dlatego to, co robię, nie ma najmniejszego znaczenia, tak jak to, ile kto mi płaci, bo to rynek decyduje o stawkach. W 2012 roku za dostanie się do Turcji trzeba było zapłacić około pięciu tysięcy euro, pamiętasz? Każdy chciał być przemytnikiem, a przynajmniej podłączyć się do miliszi5. Bo to oni rządzili na danym terytorium, w danym mieście, na danych ulicach. Teraz jest dokładnie tak samo, tylko wszyscy zdobyli już trochę doświadczenia.
- Tak, a potem stawki spadły do tysiąca euro.
- No i widzisz, wszyscy się uczą, im trudniej, tym wyższa cena. Ale też nie brakuje takich, co sprzedadzą swoją nerkę, a nawet dziecko, żeby uciec. Nikomu nie współczuję, Magda. Znalazłam się w takich, a nie innych realiach, wiesz, że moja rodzina pochodzi z Iraku? Emigrowali z kraju w 2005 roku do Szwecji.
- Czyli na skutek działań z 2003 roku? Słynna walka z terroryzmem według George'a W. Busha?
- Tak, byłam mała, ale wszystko pamiętam. Mój tata pracował dla agencji rządowej Saddama Husajna, w 2003 roku zachorował, ale mimo to cieszyliśmy się wsparciem ze strony władz. Byliśmy pięcioosobową rodziną, która żyła na bardzo dobrym poziomie. W zasadzie mieliśmy wszystko, niczego nam nie brakowało. Po obaleniu Saddama nie mieliśmy za co żyć, więc moja mama musiała przejąć na siebie ciężar wyżywienia rodziny. I jak wiele innych irackich kobiet zaczęła się sprzedawać w lokalnym domu publicznym, których w czasie interwencji namnożyło się do tego stopnia, że dla nas, Arabów, stało się to zwykłym zawodem. Pojawiły się całe dzielnice, w których bawili się amerykańscy żołnierze, popijając piwo. W telewizji zaczęli pokazywać kanały z irackimi dziewczynami i ich numerami telefonów. Sodoma w czystej postaci. Nie chcę powiedzieć, że tylko to było, ale teraz nie interesują cię tematy polityczne, prawda?
- Masz rację, dość polityki, ona mnie dziś zupełnie nie obchodzi. Ale doskonale pamiętam czas, kiedy studiowałam na wojskowej uczelni, gdzie widziałam i obserwowałam ludzi, którzy już byli na misji lub właśnie się na nią szykowali...
- No widzisz... Trochę, jakbyśmy miały się spotkać. Dobrze, że nie w Iraku. - Safija się roześmiała.
- Masz rację... Ale spotykamy się w Libii i pewnie już nigdy więcej się nie zobaczymy - powiedziałam z przekonaniem.
- Z pewnością, moja praca się pomału tu kończy i będę się przenosić. Mój nowy mąż jest inżynierem, więc liczy na jakąś dobrą posadę na polach naftowych, może Kuwejt, Katar, Arabia Saudyjska... jeszcze nie wiem.
Ta część rozmowy z Safiją była dla mnie wstrząsająca. Ale nie chciałam dać tego po sobie poznać. Safija wiedziała, że pochodzi z dobrej irackiej rodziny, wykształciła się za granicą i wróciła z przekonaniem, że to jej moralny obowiązek. Co gorsze - i dało się to odczuć w kontynuacji naszej rozmowy - sądziła, że w Szwecji, w idealnym świecie zasad, humanitaryzmu i praw człowieka, gdzie dominuje liberalizm, nie ma dla niej miejsca. To ją właśnie przyciągnęło do kalifatu - nie złość, frustracja czy niechęć, ale poczucie wspólnoty oraz przekonanie, że istnieje dla niej wyznaczone miejsce w idealnym społeczeństwie Daesz. Jednak żeby je uzyskać, należy wiele poświęcić, bowiem jest to dopiero początek do tak zwanego oczyszczenia.
Kobiety rekrutujące się do Daesz napotykają na większe bariery społeczne, by opuścić swoje rodziny dla organizacji ekstremistycznej. Są bardziej oddane sprawie niż mężczyźni i dużo bardziej radykalne w swoich przekonaniach politycznych. Te, które były już matkami, uczyniono odpowiedzialnymi za ideologiczną edukację przyszłych bojowników - chłopców i dziewczynek. To właśnie się dzieje w obozach, w których całe rodziny Daesz zostały wspólnie osiedlone na długie miesiące. Samotne matki mają poczucie, że stają się matkami i nosicielkami kalifatu - tymi, które muszą zachować porządek i spójność tożsamości religijno-kulturowej. W jednym z takich miejsc poznałam właśnie Lamię. Wszystko to powoduje, że kobiety są bardzo cenne dla organizacji, a Safija to doskonale wiedziała i czuła.
Zresztą wielokrotnie podczas naszej rozmowy mówiła o swoich kuzynkach, siostrach, ale wiadomo było, że chodzi o Daesz. Z jej historii wynikało, że im też co jakiś czas pomaga logistycznie i finansowo: w opiece nad dziećmi, przejeździe przez granicę lub przekazywaniu informacji. Tym, co mnie uderzyło, były jej negatywne wypowiedzi o najemnikach z południa, używała jedynie mocnych, wulgarnych i obraźliwych zwrotów, akcentując swoją pozycję i to, że musiała z nimi współpracować. Prawdopodobnie było też tak, że to oni nie chcieli być zależni od niej, ale to też jeszcze inna, trudniejsza relacja kulturowa i społeczna między Arabami a Afrykanami, związana z rasizmem, wyzyskiem i siłą.
Safija, wraz ze swoim nowym mężem i rodziną imama, która ją przygarnęła, zniknęła po wydarzeniach, które wstrząsnęły całą Libią. W 2015 roku dwudziestu jeden egipskich chrześcijan koptyjskich, ubranych w pomarańczowe uniformy, zostało zmuszonych do klęczenia na pobliskiej plaży, a następnie ściętych, co transmitowała strona internetowa wspierająca tak zwane Państwo Islamskie. Kolejne lata były naznaczone aktywnością organizacji w naszym mieście. Kobiety karano za jazdę samochodem, w mieście pojawiły się plakaty, tłumaczące nam, kobietom, co możemy, a czego nie. Publiczne chłosty, okaleczanie... i tak przez kolejne dwa lata. Wiosną 2017 roku w najstarszym meczecie w mieście, tym samym, którym kierował wujek Safii, w porze popołudniowej modlitwy zebrano wszystkie dzieci z okolicznych domów i tych z ledwo jeszcze działających szkół. Na głównym placu rozmieszczono patrole umundurowanych bojowników Daesz, zaś na środek przywleczono człowieka, na przykładzie którego uczono dzieci, jak dokonać ucięcia głowy. Człowiek publicznie umierał w meczecie, wykrwawiając się na oczach setki dzieci, z których żadne nie miało więcej niż trzynaście lat.
Safii nie widziałam już od tamtej pory nigdy więcej...
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
PROLOG
CYRENAJKA, LIBIA, 2017
MEKKA, ARABIA SAUDYJSKA, 2018
JORDANIA, OBÓZ ZA'ATARI, OSIEM KILOMETRÓW OD GRANICY SYRYJSKIEJ, 2019
JORDANIA, OBÓZ AZRAQ, 2019
DOHA, KATAR, 2021
PALERMO, SYCYLIA, 2022
MARDIN, TURCJA, 2022
FERIZAJ, KOSOWO, 2022
INDIE, NEW DELHI, 2023
INDIE, BOMBAJ, 2023
EPILOG/PODZIĘKOWANIA
2 Islamistyczne ugrupowanie bojowe działające w kilku państwach Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu; powstało w trakcie przetaczania się "Arabskiej Wiosny" przez kraje regionu MENA.
3 Taras (w dialekcie libijskim).
4 Libijska wersja sziszy.
5 Organizacje paramilitarne.