Kobieta na froncie - Alaine Polcz

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (29,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PO­DRÓŻ PO­ŚLUBNA

27 marca 1944 roku (w czwar­tym roku wojny) w zbo­rze na ulicy Far­kasa w Ko­losz­wa­rze János i ja wzię­li­śmy ślub.

Znasz ten pięć­set­letni, ma­sywny go­tycki zbór o pu­ry­tań­skim wnę­trzu? Przy­ję­łam tam sa­kra­ment bierz­mo­wa­nia i re­cy­to­wa­łam na waż­niej­szych uro­czy­sto­ściach. By­łam też uczen­nicą po­ło­żo­nego tuż obok Kal­wiń­skiego Gim­na­zjum dla Dziew­cząt.

Ślubu udzie­lał nam bi­skup. Mój ka­te­cheta János Székely zja­wił się w to­dze, byli także mój oj­ciec chrzestny Fe­renc Deák, pa­stor z Hi­de­lve, ko­le­żanki z klasy ubrane w mun­durki i sto­jące w rządku jedna obok dru­giej, a na­wet na­uczy­ciele.

Przed ślu­bem żar­to­wali so­bie, że przy­sięgę mał­żeń­ską będę mu­siała skła­dać po ła­ci­nie, a na ślub przyj­dzie na­sza ła­cin­niczka Erz­sike Ko­vács. I rze­czy­wi­ście przy­szła, przy skła­da­niu ży­czeń ob­jęła mnie ser­decz­nie i szep­nęła mi do ucha: "Te­raz mo­żemy mó­wić so­bie po imie­niu".

To moje miłe wspo­mnie­nia ze ślubu.

Poza tym: strasz­nie dużo lu­dzi. Nie wie­dzia­łam, jak po­mie­ścić w dło­niach suk­nię, we­lon, bu­kiet, jed­no­cze­śnie idąc pod ra­mię z na­rze­czo­nym. Żeby zro­bić choć je­den krok, mu­sia­łam uno­sić suk­nię i we­lon, bo cze­piały się maty ko­ko­so­wej i cią­gnęły mnie do tyłu. W dro­dze do zboru drużba Jánosa bez­wstyd­nie przy­sta­wiał się do mnie w sa­mo­cho­dzie, nie do końca go ro­zu­mia­łam, gdy mó­wił: "Pierw­szej nocy od­puść­cie, dzieci, bę­dzie­cie tacy zmę­czeni, wszystko so­bie ze­psu­je­cie".

Bi­skup prze­ma­wiał nie­mi­ło­sier­nie długo, nie mo­głam się sku­pić, sła­nia­łam się na no­gach z wy­czer­pa­nia, co chwilę ośle­piała mnie ma­gne­zja roz­bły­sku­jąca w ręku fo­to­grafa, przez co mi­mo­wol­nie się marsz­czy­łam.

János, znu­dzony, prze­stę­po­wał z nogi na nogę (bi­skup to za­uwa­żył, a mnie zro­biło się wstyd). Na­resz­cie ko­niec. Cze­ka­łam, by János skie­ro­wał do mnie ja­kieś słowo czy gest, ale nie spoj­rzał na mnie ani razu. Ogar­nęło mnie ja­kieś we­wnętrzne znu­że­nie, na­wet nie pa­mię­tam, czy w dro­dze po­wrot­nej ze sobą roz­ma­wia­li­śmy, ale Bo­giem a prawdą, oboje by­li­śmy odrę­twiali, le­d­wie udało nam się prze­ci­snąć przez tłum do sa­mo­chodu.

Po­tem ko­la­cja we­selna. Jako pań­stwo mło­dzi sie­dzie­li­śmy u szczytu. Kiedy go­ście je­dli z por­ce­lany, nam po­da­wano na srebr­nej za­sta­wie. Kiedy tamci je­dli ze srebr­nej, nam po­da­wano na zło­tej. Każdy pół­mi­sek przy­no­sili mnie, że­bym naj­pierw na­ło­żyła mę­żowi, a po­tem so­bie (w na­stęp­nej ko­lej­no­ści pod­cho­dzili do bi­skupa i mamy). Gdy na­bie­ra­łam je­dze­nie na swój ta­lerz, Erzsi, na­sza se­kler­ska[1] słu­żąca, która za­rę­czyła się w tym sa­mym cza­sie co ja i która ra­zem ze mną cze­kała na li­sty z frontu, do­póki jej na­rze­czony nie zgi­nął, sap­nęła z po­czer­wie­niałą twa­rzą: "Pro­szę brać mniej!". A po chwili już ze zło­ścią: "Wiel­można pani też mówi, żeby tyle nie jeść". Do­piero wtedy po­ję­łam, że mnie te­raz nie wy­pada dużo jeść. Ża­łuję, że nie za­py­ta­łam ich dla­czego.

Przy mniej­szym stole moi starsi bra­cia i sio­stra, ko­le­dzy i przy­ja­ciółki ba­wili się przed­nio. Przy głów­nym pa­no­wała śmier­telna nuda, ale mama nie po­zwo­liła, że­bym usia­dła z mło­dymi. Mia­łam wra­że­nie, że po­zo­stali go­ście z na­szego stołu mę­czą się ra­zem ze mną.

A może oni czuli się tam do­brze? Nie wiem.

Od rana za­sy­py­wały nas te­le­gramy, kwiaty i pre­zenty. Tata spra­wo­wał wów­czas funk­cję pro­ku­ra­tora okrę­go­wego i za­no­siło się na to, że zo­sta­nie nad­żu­pa­nem ko­mi­tatu, więc każdy pró­bo­wał mu się przy­po­do­bać, jak to zwy­kle bywa w ta­kich sy­tu­acjach.

Nie zno­szę sie­dzieć z peł­nym żo­łąd­kiem. Wresz­cie, całą wiecz­ność póź­niej, wsta­li­śmy od stołu. Czarna kawa po­sta­wiła mnie na nogi i mo­głam do­łą­czyć do swo­jego to­wa­rzy­stwa, zna­la­złam też swoją kotkę, z którą żal mi było się roz­sta­wać, ale János nie zgo­dził się, że­bym za­brała ją do no­wego miesz­ka­nia.

Chcia­łam pójść na stu­dia i zo­stać le­ka­rzem, ale na to János też nie po­zwo­lił. Ko­cha­łam go, więc się z tym po­go­dzi­łam. Mia­łam czter­na­ście lat, kiedy się po­zna­li­śmy, był moją pierw­szą mi­ło­ścią, pierw­szym, który mnie po­ca­ło­wał. Pro­sił, że­bym na­uczyła się pi­sać na ma­szy­nie i prze­pi­sy­wała jego rę­ko­pisy. Skoń­czył eko­no­mię, ale chciał zo­stać pi­sa­rzem. Na cztery lata tra­fił jed­nak na front, a przez ten czas ja skoń­czy­łam gim­na­zjum i zda­łam ma­turę. Na­uczy­łam się pi­sać na ma­szy­nie, ale bar­dzo tego nie lu­bi­łam, za­wsze ogar­niał mnie ja­kiś lęk, kiedy ćwi­czy­łam pa­saże na dzie­sięć pal­ców bez pa­trze­nia na kla­wia­turę.

Aku­rat za­czę­łam się le­piej ba­wić, kiedy po­pro­wa­dzono mnie do mo­jego pa­nień­skiego po­koju. Tam János zdjął mi we­lon i wia­nek, po­dał je ma­mie, dzię­ku­jąc przy tym za mnie, za ko­la­cję albo za cały ślub. Mama po­wie­rzyła mnie jego opiece, po­pro­siła, żeby o mnie dbał, i po­tem wy­szli­śmy. Do­piero po la­tach do­wie­dzia­łam się, że le­d­wie znik­nę­li­śmy w drzwiach, mama wy­bu­chła pła­czem, któ­rego nie mo­gła opa­no­wać, źle się po­czuła i nie wró­ciła już do go­ści.

Na­sze miesz­ka­nie znaj­do­wało się po dru­giej stro­nie wą­skiej, bru­ko­wa­nej, bie­gną­cej pod górkę uliczki, na wy­so­kim par­te­rze willi. Czy chcia­łam, żeby prze­niósł mnie przez próg? A może to zro­bił - tylko ja tego nie pa­mię­tam? Jak we­szli­śmy, co mó­wił, czy mnie ro­ze­brał, czy ro­ze­bra­łam się sama? Ni­czego nie po­tra­fię so­bie przy­po­mnieć. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie mam żad­nych wspo­mnień z nocy po­ślub­nej. (Je­śli wie­rzyć Freu­dowi, mu­szę mieć ku temu po­wody). W pa­mięć za­padł mi tylko je­den dro­biazg. W nocy albo już nad ra­nem János przy­lgnął do mnie, obej­mu­jąc zgiętą w ko­la­nie nogą. I to było bar­dzo miłe. Każdy zna ten ruch, w ten spo­sób dzieci tulą się do ma­tek.

Dzi­siaj nie mam żad­nych opo­rów, żeby roz­ma­wiać o sek­sie. O tym, co się wy­da­rzyło, mo­gła­bym opo­wie­dzieć ję­zy­kiem me­dy­cyny lub psy­cho­lo­gii, mo­gła­bym iro­nicz­nie, fry­wol­nie albo na­wet żar­to­bli­wie - ale nie mam o czym mó­wić. Bo­lało. Bo­lało mnie przez wiele dni, na­wet kiedy sie­dzia­łam.

By­łam śpiąca i zmę­czona. Rano dzi­wi­łam się, jak mo­głam nie wpaść na to wcze­śniej, że trzeba roz­ło­żyć nogi. Te­raz wiem, że by­naj­mniej nie "trzeba", tylko tak się przy­jęło, ale wtedy są­dzi­łam, że to, czego na­uczy­łam się tej nocy, jest ta­kie, jak być po­winno, i nie ma in­nych moż­li­wo­ści.

Wy­gląda na to, że w tym cza­sie do­pi­sy­wał mi ape­tyt, bo za­raz po prze­bu­dze­niu po­czu­łam głód, wło­ży­łam piękny, się­ga­jący ziemi pe­niuar, który do­sta­łam wła­śnie na tę oka­zję, i po­bie­głam do domu po je­dze­nie. Tam przy­wi­tało mnie wiel­kie zdzi­wie­nie: "Po co przy­szłaś do domu? Wra­caj szybko, Erzsi za­raz przy­nie­sie śnia­da­nie".

Mu­sie­li­śmy się spie­szyć, żeby za­re­je­stro­wać moje nowe na­zwi­sko, a po­tem zła­pać eks­pres do Bu­da­pesztu. János nie cze­kał, aż się ubiorę, wy­szedł wcze­śniej.

Kiedy usia­dłam w wan­nie, nie­spo­dzie­wa­nie za­dzia­łał prysz­nic i zmo­czył mi włosy. W dro­dze do mia­sta wpa­dłam jesz­cze do domu, żeby się po­że­gnać. Znowu spo­tka­łam się z kon­ster­na­cją. Wy­gląda na to, że w ta­kiej sy­tu­acji na­leży wsty­dli­wie się wy­mknąć, a ja naj­wy­raź­niej nie mia­łam dość wy­czu­cia lub Bóg wie czego. Zbesz­tali mnie też za mo­kre włosy.

W au­to­bu­sie nie mo­głam ku­pić bi­letu, bo moja port­mo­netka świe­ciła pust­kami. (Na po­dróż po­ślubną do­sta­łam w pre­zen­cie "na drobne wy­datki" ty­siąc pengő, ale nie chcia­łam ich ru­szać, w ra­mach nie­spo­dzianki ca­łość po­da­ro­wa­łam Jáno­sowi, przez co kilka dni by­łam bez gro­sza przy du­szy, a wsty­dzi­łam się pro­sić ro­dzi­ców o pie­nią­dze).

Sprawa z bi­le­tem wpra­wiła mnie w za­kło­po­ta­nie, ale kon­duk­tor po­wie­dział z uśmie­chem, że­bym przy­jęła go w pre­zen­cie, sły­szał, że wczo­raj mia­łam ślub. Ucie­szy­łam się. Ale le­d­wie wy­sia­dłam z au­to­busu, János za­czął mnie stro­fo­wać.

Był zły z po­wodu mo­ich wło­sów, wa­li­zek i jesz­cze cze­goś, już nie pa­mię­tam czego. Po­ciem­niały mu sza­ro­zie­lone oczy i w ogóle cała twarz, którą ze względu na silny za­rost, na­wet świeżo po go­le­niu, po­kry­wał za­wsze błę­kitny cień.

Je­cha­li­śmy pierw­szą klasą - i to do wspa­nia­łego, da­le­kiego Bu­da­pesztu! (Za­bawne, prawda? Ale nie wiesz, czym dla Ko­losz­waru były Wę­gry i Bu­da­peszt. Choć może tro­chę się już do­my­ślasz). Po­droży nie pa­mię­tam. W Bu­da­pesz­cie, nie wiem, na któ­rym dworcu, sta­łam po­mię­dzy to­rami i na­gle serce ści­snął mi ból, zwy­czajny fi­zyczny ból, tak bar­dzo było mi smutno.

Wtedy pod­szedł drużba, który za­le­cał się do mnie w sa­mo­cho­dzie, i po­wie­dział, że pięk­nie wy­glą­dam w tej po­dróż­nej gar­sonce, wręcz do schru­pa­nia, wie­dział, że po­dró­żu­jemy jed­nym po­cią­giem, ale nie chciał nam prze­szka­dzać. Po­tem ro­bił ja­kieś alu­zje i da­lej pra­wił mi kom­ple­menty.

Carl­ton, apar­ta­ment z wi­do­kiem na Du­naj. Pierw­szy raz w ży­ciu spa­łam w ho­telu. Kiedy je­dli­śmy w po­koju, wta­czano sto­lik na kół­kach, przez cały po­si­łek stał przy nas kel­ner i zmie­niał przed nami ta­le­rze. Osobno był sa­lon, osobno sy­pial­nia. Wię­cej wspo­mnień nie mam.

Dzi­wi­łam się, że tak mało mnie to wszystko cie­szy.

Co noc alarm bom­bowy. Raz cały bu­dy­nek za­trzą­snął się w po­sa­dach. Je­den z po­ci­sków roz­łu­pał Ritza na dwoje. Zresztą Carl­ton też osta­tecz­nie nie oca­lał. Zrów­nano z zie­mią cały rząd ho­teli.

Cho­dzi­li­śmy po mie­ście. Cza­sem János zo­sta­wiał mnie samą. Mó­wił, że ma spo­tka­nie. Nie dzi­wi­łam się, cho­ciaż by­li­śmy prze­cież w po­dróży po­ślub­nej. Włó­czy­łam się po na­brzeżu albo spa­łam. Naj­chęt­niej nie wsta­wa­ła­bym z łóżka, cią­gle by­łam po­twor­nie zmę­czona i śpiąca. Z tego wnio­skuję, że noce spę­dza­li­śmy ra­zem, do tego do­cho­dziły co­nocne alarmy.

Po po­by­cie w Bu­da­pesz­cie po­je­cha­li­śmy do Csákváru, Majka i Egeru. (Dzie­sięć lat póź­niej za­trzy­ma­li­śmy się z Mi­kló­sem w tym sa­mym po­koju).

W Ege­rze po­sprze­cza­li­śmy się i János zo­sta­wił mnie na środku ulicy. Tego dnia do­wie­dzia­łam się, że ofia­ro­wał pięć­set pengő ko­le­gium, w któ­rym kie­dyś się uczył. Za­bo­lało mnie, że mi o tym nie po­wie­dział. Prze­cież­bym się ucie­szyła. Do­piero z roz­mowy z uczą­cym tam księ­dzem do­wie­dzia­łam się, że prze­ka­zał im pie­nią­dze. Z tego ty­siąca, który do­stał ode mnie (co wów­czas rów­nało się pół­rocz­nym za­rob­kom).

Poza tym z Egeru pa­mię­tam tylko samo mia­sto. W dro­dze po­wrot­nej za­mie­rza­li­śmy za­trzy­mać się jesz­cze w Bu­da­pesz­cie, ale z ga­zet do­wie­dzie­li­śmy się, że za­kła­dają getta. Nie mo­gli­śmy w to uwie­rzyć. My­śle­li­śmy, że na­wet je­śli ro­bią to tu­taj, to na pewno nie zro­bią tego w Sied­mio­gro­dzie, to nie­moż­liwe. Mimo to od razu ru­szy­li­śmy w drogę po­wrotną.

W ca­łej willi by­li­śmy je­dy­nymi chrze­ści­ja­nami. Po­zo­stali lo­ka­to­rzy, nasi ser­deczni przy­ja­ciele, w cza­sie wiel­kiego głodu miesz­ka­nio­wego od­dali nam do dys­po­zy­cji par­ter i za­szyli się na pię­trze, po­nie­waż się bali. My słu­ży­li­śmy im jako za­słona, oni po­mo­gli Jáno­sowi, który pra­co­wał wów­czas w pi­śmie "Er­délyi He­li­kon"[2], w zna­le­zie­niu do­dat­ko­wego za­ję­cia i źró­dła do­cho­dów. Zresztą na­wet tę po­sadę za­wdzię­czał na­szym - a ra­czej moim - ży­dow­skim przy­ja­cio­łom. Żona La­ciego Ko­vácsa[3], mą­dra i ener­giczna Su­lika, która w za­sa­dzie pro­wa­dziła "He­li­kon" i wy­daw­nic­two Szép­míves Céh[4], też była Ży­dówką. Ze względu na to wszystko po­sta­no­wi­li­śmy czym prę­dzej wra­cać do Ko­losz­waru.

Nie­miecka oku­pa­cja. Kiedy wie­czo­rem w dro­dze do domu prze­cię­łam pro­me­nadę, pod aleją stu­let­nich dzi­kich kasz­ta­now­ców stały nie­miec­kie czołgi go­towe do strzału. Obok nich żoł­nie­rze. Mil­czący i nie­ru­chomi, spo­wici w mrok przez li­ście drzew i za­ciem­nie­nie. Tylko ich pa­pie­rosy ża­rzyły się w ciem­no­ści. Nie­mal sły­sza­łam ich od­de­chy... Idąca po ciemku sa­motna ko­bieta i ob­ser­wu­jący ją za­sty­gli w mil­cze­niu żoł­nie­rze. Ba­łam się, ale nie o sie­bie, to nie ja znaj­do­wa­łam się w nie­bez­pie­czeń­stwie. Pa­no­wała dziwna ci­sza, przez całą długą drogę żad­nego pi­śnię­cia, żad­nego ru­chu. Do dziś prze­śla­duje mnie ten ob­raz. Wtedy za­czę­łam się bać nie­miec­kich żoł­nie­rzy.

Wszę­dzie chaos i groza.

Już kiedy się po­bie­ra­li­śmy, no­sze­nie żół­tych gwiazd było obo­wiąz­kowe. Moja przy­ja­ciółka Böske Ho­rváth nie przy­szła na ślub, po­wie­działa, że nie wej­dzie do zboru, z po­wodu czego bez­myśl­nie ro­bi­łam jej wy­rzuty, mó­wiąc, że ja prze­cież z wła­snej woli wy­bra­łam się z nią do sy­na­gogi. Mar­gitka, dziew­czyna, w któ­rej ko­chał się mój brat, też się nie po­ja­wiła, ale wów­czas mnie to nie zdzi­wiło, po­nie­waż do­tąd spo­ty­ka­ły­śmy się tylko poza do­mem. Ferkó Dőry na wieść o tym, że ma no­sić żółtą gwiazdę, do­stał spa­zmów i za­de­ko­wał się w domu. Pi­sta Ko­vács przy­wiózł go, ubra­nego w ma­ry­narkę, tak­sówką i za­gro­ził, że złoi skórę temu, kto od­waży się ich wy­le­gi­ty­mo­wać. Wszystko to od­ci­snęło piętno na pierw­szych dniach na­szego mał­żeń­stwa i z tymi wspo­mnie­niami spie­szy­li­śmy do domu z Bu­da­pesztu.

Dzień po na­szym przy­jeź­dzie zgar­nęli z ulicy Im­rego Kádára[5] i jego żonę. János po­biegł do szkoły po ich córkę Annę i przy­pro­wa­dził do Su­liki. Póź­niej ukryli ją na wsi. Oca­lała. W tym cza­sie Jáno­ska, ich syn, przy­biegł do domu i szu­kał u nas Anny, da­rem­nie go po­wstrzy­my­wa­łam - wy­szedł. On się nie ura­to­wał.

Z tych dni pa­mię­tam tylko to, jak z miesz­ka­ją­cymi w willi Se­bőkami cze­ka­li­śmy, kiedy ich za­biorą. Kosz­mar. Ro­bi­li­śmy wszystko, co w na­szej mocy, żeby ich syn Péter mógł za­cią­gnąć się do służby po­moc­ni­czej[6]. Na gwałt, w ciągu kilku go­dzin mu­sie­li­śmy skom­ple­to­wać mu rynsz­tu­nek, moja sio­stra Irénke wręcz ścią­gnęła swo­jemu kon­ku­ren­towi czapkę z głowy, za co nie­szczę­śnik tra­fił po­tem do aresztu. Do dziś mnie to zdu­miewa, bo była je­dyną an­ty­se­mitką w ro­dzi­nie. Buty - nieco dla niego przy­duże - Péter do­stał od mo­jego brata Egona, po woj­nie zwró­cił mu je z po­dzię­ko­wa­niami.

Ga­nia­li­śmy z wa­liz­kami, cie­płą odzieżą, le­kami, fał­szy­wymi do­ku­men­tami i za­świad­cze­niami le­kar­skimi. Kilka osób udało się ukryć w szpi­talu psy­chia­trycz­nym. To po­chła­niało wszyst­kich w tym cza­sie.

János za­cho­wy­wał się wspa­niale. Nie wzglę­dem mnie, ale po­zo­sta­łych. Po­ma­gał bez słowa, ni­czego się nie bał, nie ocze­ki­wał wdzięcz­no­ści. Poza tym mil­czał. O wielu rze­czach na­wet ja nie wie­dzia­łam.

No­cami ge­stapo przy­cho­dziło po waż­niej­szych, bo­gat­szych Ży­dów. Egon pra­co­wał w ra­tu­szu, skąd Niemcy brali sa­mo­chód. Dzięki temu wie­dzie­li­śmy za­wczasu o pla­no­wa­nym naj­ściu. Da­wa­łam znać Böske Ho­rváth, ona słała wieść da­lej, i wów­czas dana ro­dzina nie spała w domu.

Böske od­dała nam na prze­cho­wa­nie bi­żu­te­rię i inne cenne przed­mioty.

Ferkó Dőry­ego udało się ura­to­wać, zo­stał żoł­nie­rzem.

Mar­gitkę, uko­chaną Egona, wy­wieźli. Wo­zem na śmieci.

Zbli­żali się do na­szej ulicy. Se­bők, jego żona, stara matka, János i ja roz­ma­wia­li­śmy do póź­nej nocy, do­póki nie do­szli­śmy do wnio­sku, że dziś już nie przy­jadą, można kłaść się spać.

Żona Se­bőka przy­tasz­czyła do nas swoje rze­czy. Sta­ruszka do­stała apo­plek­sji, miała spa­ra­li­żo­wane pół ciała. Trzeba szybko za­ła­twić pa­piery, może uda się ją ura­to­wać przed obo­zem. Sie­dzia­łam przy niej i po­cie­sza­łam, że jej nie za­biorą, że trafi do szpi­tala. Je­śli po­bie­głam na targ, pła­kała i krzy­czała, żeby mnie spro­wa­dzić, bo tylko mnie wie­rzy, że jej nie wy­wiozą.

Trzy dni póź­niej za­brali wszyst­kich miesz­kań­ców willi. Zga­niali ich po scho­dach. Było tam ja­kieś dziecko, wyło roz­pacz­li­wie, stłu­kła się bu­telka i mleko roz­lało się po klatce scho­do­wej, rzu­ci­łam się, żeby im po­móc. Żan­darm za­czął krzy­czeć, czemu się z ta­kimi za­daję, i pchnął mnie z po­wro­tem do przed­po­koju. Magda, żona Se­bőka, uśmiech­nęła się i po­ma­chała mi ręką. Żan­darm za­trza­snął za mną drzwi, sta­łam przy ścia­nie, sły­sza­łam chra­pliwy od­dech sta­ruszki i bła­ga­nia syna: "Pro­szę jej nie po­spie­szać, bie­daczka jest po uda­rze...". "Ba­gnet za­raz doda jej ani­mu­szu". Wtedy János zła­pał mnie za nad­gar­stek, po­cią­gnął w głąb miesz­ka­nia i za­mknął w po­koju. To był naj­bar­dziej li­to­ściwy gest z jego strony przez łączne sie­dem lat na­szego mał­żeń­stwa.

Zo­sta­li­śmy w willi sami. Ro­dzice wy­je­chali na lato. János całe dnie spę­dzał w mie­ście. Ja sprzą­ta­łam, go­to­wa­łam i cze­ka­łam na niego.

Nie­na­wi­dzi­łam domu. Za­mknię­tych miesz­kań. Piw­nicy. W cza­sie alar­mów ni­gdy do niej nie scho­dzi­łam. Zgod­nie z za­le­ce­niami otwie­ra­łam wszyst­kie okna. Po­tem sia­da­łam za biur­kiem, które stało pod jed­nym z nich, w rogu po­koju. Wpa­try­wa­łam się w sto­jący na­prze­ciwko dom ro­dzi­ców. Czę­sto przy­cho­dziła do mnie moja kotka. Pew­nego razu na­tknął się na nią János, zła­pał ją i wy­rzu­cił przez okno. Miesz­ka­li­śmy na par­te­rze, więc spa­dła mię­dzy ró­żane krzewy. Za­czę­łam pła­kać i krzy­czeć. Od tej pory przy­cho­dziła tylko wtedy, gdy wi­działa, że Jánosa nie ma w domu.

Tym­cza­sem ży­cie to­czyło się da­lej. Do­sta­łam mnó­stwo pięk­nych stro­jów. Ni­gdy tyle nie mia­łam. (W dzie­ciń­stwie i w la­tach pa­nień­skich cho­dzi­łam w uży­wa­nych, kiep­sko prze­ro­bio­nych ubra­niach). To­wa­rzy­stwo, te­atr, co­dzienna krzą­ta­nina.

János przy­niósł do domu pięk­nego wil­czura, któ­rego szybko po­ko­cha­łam. Po­tem ukra­dli go Niemcy. Wi­łam so­bie gniazdko ni­czym pta­sia mama. Márta Prámer[7], ta zimna ko­bieta, po­wie­działa mi pod ko­niec wojny: "Wiesz, czego naj­bar­dziej mi żal? Tego, że znisz­czyli też twój cu­downy dom".

W jed­nym po­koju miesz­kał János. Masa ksią­żek, bie­der­me­ie­row­skie sa­lo­nowe me­ble, biurko, ko­zetka i an­tyczna szafa. Mój po­kój z oknem w rogu był przy­tulny i har­mo­nij­nie urzą­dzony an­ty­kami, które gro­ma­dzi­łam po­je­dyn­czo z wielką dba­ło­ścią (do dziś nie wiem, skąd wzięły się u mnie to wy­sma­ko­wa­nie i ener­gia). Nie­wielka no­wo­cze­sna ja­dal­nia wy­cho­dziła na bar­dzo miły i przy­datny, ukwie­cony bal­kon. Kuch­nia - praw­dziwa ma­ło­mia­stecz­kowa kuch­nia z wy­szo­ro­waną do czy­sta po­sadzką i lśnią­cym pie­cem - była dla mnie źró­dłem dumy i ra­do­ści. Ro­bi­łam prze­twory i wy­da­wa­łam ko­la­cje, od­święt­nie na­kry­wa­łam stół, do­brze go­to­wa­łam i zgod­nie z ży­cze­niem Jánosa sta­ra­łam się mod­nie ubie­rać.

W jed­nym tylko mu nie ule­głam - chciał, że­bym się ma­lo­wała, a ja tego nie umia­łam. (Tak to już jest. Dzi­siaj ko­biety ro­dzą się z tą wie­dzą, my zdo­by­wa­ły­śmy ją w po­cie czoła). Zresztą to by­łoby głup­stwo z mo­jej strony, mia­łam dzie­więt­na­ście lat[8], po­liczki jak "róże", czer­wone usta i fa­li­ste z na­tury włosy, na­wet do fry­zjera cho­dzi­łam rzadko.

Nie przy­po­mi­nam so­bie, że­by­śmy pro­wa­dzili in­te­lek­tu­alne dys­ku­sje. Nie lu­bił, gdy mó­wi­łam o swo­ich uczu­ciach. Był bar­dzo mil­czący i su­rowy. Ce­cho­wały go ja­kiś dziwny chłód i bez­na­mięt­ność. Z tru­dem na­wią­zy­wał re­la­cje. Nie miał naj­mniej­szych złu­dzeń - po trzech i pół roku spę­dzo­nych na fron­cie do­brze wie­dział, a wręcz z pew­nym cy­ni­zmem na to cze­kał, że w końcu przyjdą Ro­sja­nie i prze­gramy wojnę; o so­wiec­kim raju też wie­dział co nieco.

Chciał pi­sać, ale pi­sał mało i rzadko. Ni­gdy ni­czego nie skoń­czył. I pił. Sporo i re­gu­lar­nie. Nie da­wał tego po so­bie po­znać, ni­gdy nie wi­dzia­łam go pi­ja­nego, a na­wet wsta­wio­nego - rzadko. Kilka razy dzien­nie wy­pi­jał kie­li­szek lub dwa cze­goś moc­niej­szego, na prze­mian z wi­nem i szpry­ce­rami. Po ba­da­niu le­karz oświad­czył, że János cierpi na prze­wle­kłą cho­robę wą­troby i musi na­tych­miast rzu­cić pi­cie, bo ina­czej wy­koń­czy się w prze­ciągu dzie­się­ciu lat[9]. János w ogóle się tym nie prze­jął i nie pod­jął le­cze­nia.

Kłó­ci­li­śmy się o to za­wzię­cie. Nie dzia­łały moje bła­ga­nia ani uczu­ciowe, lo­giczne czy me­dyczne ar­gu­menty, wzru­szał ra­mio­nami i pił da­lej. Zmie­ni­łam tak­tykę. Ile­kroć na­le­wał so­bie kie­li­szek, ja na­le­wa­łam so­bie dwa. Wcze­śniej pi­cie przy­cho­dziło mi lekko i spra­wiało przy­jem­ność, a trunki szybko ude­rzały mi do głowy. Te­raz czę­sto by­łam pi­jana, pod­upa­dłam na zdro­wiu, znie­na­wi­dzi­łam smak wina.

Na chwilę przy­ha­mo­wał, po­tem za­czął z po­wro­tem, stan jego wą­troby znów się po­gor­szył. Wpa­dłam w czarną roz­pacz. Za­gra­łam swoją ostat­nią kartą - gdy tylko się­gał po al­ko­hol, od razu upi­ja­łam się do nie­przy­tom­no­ści.

Pew­nego razu szli­śmy aku­rat na pro­szoną ko­la­cję, gdy w mie­ście bez słowa wstą­pił do knajpy. Na­wet nie pró­bo­wa­łam pro­te­sto­wać, je­dyne, co osią­ga­łam swo­imi bła­ga­niami, to nie­zno­śne, trwa­jące wiele dni na­pię­cie. Za­mó­wił setkę dla sie­bie i piwo dla mnie. Nie sko­ry­go­wa­łam za­mó­wie­nia, nie­na­wi­dził scen - przed kel­ne­rem czy kim­kol­wiek in­nym. Mnie było wszystko jedno, ale wie­dzia­łam o tym i mil­cza­łam. Po chwili wsta­łam. Przy­trzy­mał moją to­rebkę. Ale nie dba­łam o to, okrężną drogą po­de­szłam do kon­tu­aru i po­pro­si­łam o cztery setki ko­niaku. Z pew­nym zdzi­wie­niem za­py­tali: "Jak?". "W szklance" - od­po­wie­dzia­łam uprzej­mie. Pi­łam rów­nymi, nie­wiel­kimi ły­kami (do dziś na za­pach ko­niaku dreszcz prze­biega mi po ple­cach). "Mąż za­płaci" - po­wie­dzia­łam lekko i spo­koj­nie, po czym wró­ci­łam do sto­lika. Nie wiem, ile to dla in­nych, ale dla mnie cztery setki ko­niaku przed ko­la­cją to było bar­dzo dużo. Trzy­ma­łam fa­son, do­póki al­ko­hol nie zwa­lił mnie z nóg. Co już samo w so­bie za­kra­wało na skan­dal, a mnie na do­da­tek serce lub inny or­gan od­mó­wiły po­słu­szeń­stwa. Le­karz, za­strzyki, nerwy.

Kiedy le­ża­łam z po­si­nia­łymi ustami i pa­znok­ciami, ob­lana zim­nym po­tem, János mu­siał prze­żyć wstrząs, bo tu­lił mnie i ca­ło­wał. Rzu­cił też pi­cie. A może po­dej­rze­wał, że tak długo będę upar­cie to po­wta­rzać, aż w końcu doj­dzie do ja­kie­goś nie­szczę­ścia? Nie wiem dla­czego, ale prze­stał pić. Zgo­dził się na­wet na dietę.

Cza­sem ba­wi­li­śmy się w pod­chody. Lu­bił mnie pod­glą­dać, kiedy się ką­pa­łam, ubie­ra­łam bądź roz­bie­ra­łam. Wzno­si­łam ba­ry­kady, on pod­kra­dał klucz, że­bym nie mo­gła za­mknąć drzwi. Nie­małą przy­jem­ność czer­pa­łam z tych har­ców i ce­re­gieli, w grun­cie rze­czy bo­wiem wsty­dzi­łam się przed nim ro­ze­brać.

Snu­li­śmy plany. János do­stał "Pász­tor­tűz"[10] pod opiekę. Chcie­li­śmy zro­bić z niego po­ważne cza­so­pi­smo. Za­bra­łam się en­tu­zja­stycz­nie do pracy, po­ma­ga­łam mu we wszyst­kim. Wy­pro­si­łam u taty stary ga­bi­net, po­ma­lo­wa­łam go i urzą­dzi­łam w nim re­dak­cję. Mimo że wcze­śniej by­łam w szpi­talu, a po­tem wy­cięto mi mig­dałki, żeby serce le­piej ra­dziło so­bie z prze­cią­że­niem tar­czycy. Ale ta­bliczka na drzwiach: "Re­dak­cja ilu­stro­wa­nego mie­sięcz­nika "Pász­tor­tűz"" do­da­wała mi nie­spo­ży­tych wręcz sił. Bar­dzo się z tego cie­szy­łam.

My­ślę, że na­wet je­śli chęt­nie kła­dłam się z nim do łóżka, z tru­dem, z opo­rami pod­da­wa­łam się jego piesz­czo­tom. Nie wiem, czy wi­dział to po mnie. Ni­gdy nie uni­ka­łam zbli­żeń. Naj­le­piej było wtedy, gdy nie czu­łam nic, wtedy za­cho­wy­wa­łam spo­kój. Ale je­śli ule­ga­łam na­mięt­no­ści, po kilku mi­nu­tach po­zo­sta­wa­łam z na­pię­tymi do gra­nic moż­li­wo­ści ner­wami, krwią pul­su­jącą w skro­niach i ło­mo­czą­cym ser­cem, pod­czas gdy on od­wra­cał się do mnie ple­cami i za­sy­piał... Gnie­wał się, kiedy bu­dzi­łam go swoim wier­ce­niem, a tylko wtedy po­tra­fi­łam ule­żeć nie­ru­chomo, gdy całe ciało wpra­wia­łam w to­niczne na­pię­cie. Kiedy nie po­tra­fi­łam go już dłu­żej utrzy­mać, roz­luź­nia­łam mię­śnie. I tak raz za ra­zem. Dla­tego ba­łam się od­dać mu w pełni, bo ile­kroć zo­sta­wiał mnie nie­za­spo­ko­joną, było mi bar­dzo źle.

Mie­li­śmy śro­dek lata, kiedy Szép­míves Céh wy­słało Jánosa na targi książki w Bu­da­pesz­cie jako peł­no­moc­nika i przed­sta­wi­ciela wy­daw­nic­twa. Nie chciał wziąć mnie ze sobą, a tak bar­dzo o tym ma­rzy­łam, poza tym ba­łam się pu­ścić go sa­mego ze względu na tam­tej­sze bom­bar­do­wa­nia. Raz by­łam aku­rat w "He­li­ko­nie" i pod­czas roz­mowy z Su­liką usły­sza­łam, że jej mąż Laci Ko­vács ni­gdy nie jeź­dzi na targi bez niej. Co wię­cej, oka­zało się, że za­płacą za mój ho­tel, bo prze­cież będę sprze­da­wać książki na sto­isku. By­li­śmy mał­żeń­stwem za­le­d­wie od trzech mie­sięcy i zro­biło mi się przy­kro, że nie chce mnie za­brać, ale wie­rzy­łam, że ma ku temu po­wody, o któ­rych nie chce mó­wić.

Po­tem za­pro­po­no­wał, że­bym przy­je­chała z tatą dwa dni póź­niej, bo te­raz już nie zdąży ku­pić mi bi­letu w wa­go­nie sy­pial­nym. Wsty­dzi­łam się po­wie­dzieć o tym po­my­śle w domu, czu­łam się upo­ko­rzona, że ja, młoda mę­żatka, za­miast z mę­żem mam je­chać z oj­cem. Od­po­wie­dzia­łam, że znacz­nie pro­ściej bę­dzie, je­śli do Bu­da­pesztu po­jadę w to­wa­rzy­stwie Pi­sty Ko­vácsa, który chęt­nie do­pa­suje do mnie dzień swo­jego wy­jazdu. Zna­łam się z Pi­stą Ko­vác­sem od cza­sów pa­nień­skich, łą­czyła nas ser­deczna, ra­do­sna i ko­le­żeń­ska re­la­cja, był otwarty wo­bec mnie i ca­łego świata. Ni­gdy nie za­rzu­cał mnie swoją mi­ło­ścią, zresztą ta szybko mu prze­szła - po Irénke za­ko­chał się w Ri­cuce, z którą zresztą póź­niej się oże­nił. Da­rzy­łam go do­zgonną przy­jaź­nią. Od razu zna­lazł się bi­let na po­ciąg. Nie po­tra­fi­łam jed­nak za­po­mnieć o ca­łej spra­wie.

Na sto­isku w Bu­da­pesz­cie to­czyło się świa­towe ży­cie. By­łam ulu­bie­nicą wszyst­kich. Ny­írő[11], z któ­rego córką cho­dzi­łam do jed­nej klasy, opo­wia­dał, ja­kie głup­stwa szep­ta­ły­śmy do sie­bie na ma­tu­rze[12]. Ja z ko­lei zdra­dzi­łam Istvánowi Na­gy­owi[13], że pod­ko­chi­wała się w nim cała na­sza klasa. Po­tem przy­szli oczy­wi­ście Áron Ta­mási, János Ke­mény i stary Mi­klós Bánffy[14] ze swoją za­chwy­ca­jącą głową i wy­twor­nymi ma­nie­rami (póź­niej Egon po­mógł mu prze­nieść się z Sied­mio­grodu na Wę­gry, gdzie Bánffy wkrótce po­tem zmarł).

Nie wiem, jak moje po­wo­dze­nie od­bie­rał János. Raz zwró­cił mi uwagę z zimną drwiną: "Po­praw ka­pe­lusz, wy­glą­dasz jak pa­jac!", czym na długo ze­psuł mi hu­mor.

Tym­cza­sem to wtedy pro­mie­nie­li­śmy i by­li­śmy szczę­śliwi po raz ostatni. W na­mio­cie przy­łą­czo­nego do Wę­gier Sied­mio­grodu ja by­łam Sied­mio­gro­dzianką ota­czaną ser­decz­no­ścią i wzglę­dami. On - po­etą, pra­cow­ni­kiem pi­sma "Er­délyi He­li­kon" i wy­daw­nic­twa Szép­míves Céh. Przy­wieź­li­śmy do Bu­da­pesztu książki sied­mio­grodz­kich pi­sa­rzy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

KO­BIETA NA FRON­CIE

[1] Se­kle­rzy - wę­gier­ska grupa et­niczna o bo­ga­tej, uni­ka­to­wej kul­tu­rze za­miesz­ku­jąca te­reny we wschod­nim Sied­mio­gro­dzie (dzi­siaj w Ru­mu­nii). Se­kle­rzy słyną z twar­dego cha­rak­teru i cierp­kiego hu­moru [przyp. tłum.].

[2] "Er­délyi He­li­kon" - mie­sięcz­nik li­te­racki uka­zu­jący się od maja 1928 do wrze­śnia 1944 roku w Ko­losz­wa­rze [przyp. tłum.].

[3] László Ko­vács (1892-1963) - sied­mio­grodzki pi­sarz, kry­tyk i re­dak­tor [przyp. tłum.].

[4] Szép­míves Céh (do­kład­nie Er­délyi Szép­míves Céh) - sied­mio­grodz­kie wy­daw­nic­two funk­cjo­nu­jące w la­tach 1924-1944 wskrze­szone w 1990 roku, osta­tecz­nie za­koń­czyło dzia­łal­ność w 1995 roku [przyp. tłum.].

[5] Imre Kádár (1894-1972) - wę­gier­ski pi­sarz z Sied­mio­grodu [przy­pisy - o ile nie wska­zano ina­czej - po­cho­dzą od au­torki].

[6] Służba po­moc­ni­cza - od­działy woj­skowe zło­żone z wę­gier­skich Ży­dów od­de­le­go­wy­wane do ko­pa­nia szań­ców, prac for­ty­fi­ka­cyj­nych i in­nych cięż­kich ro­bót fi­zycz­nych na fron­cie [przyp. tłum.].

[7] Cie­sząca się do­brą re­nomą la­ryn­go­lożka, part­nerka mo­jego star­szego brata.

[8] Au­torka uro­dziła się już po pod­pi­sa­niu trak­tatu w Tria­non, który przy­znał Sied­mio­gród Ru­mu­nii. Jej oj­ciec, który był gnę­biony przez ru­muń­skie wła­dze, opie­rał się tam­tej­szej ad­mi­ni­stra­cji i nie za­re­je­stro­wał w urzę­dzie na­ro­dzin córki. Ofi­cjal­nie za rok jej na­ro­dzin przy­jęto 1922 rok, jej sa­mej jed­nak bar­dziej praw­do­po­dobny wy­daje się rok 1924, dla­tego w tym frag­men­cie pi­sze ona, że miała dzie­więt­na­ście lat, cho­ciaż zgod­nie z przy­jętą datą uro­dze­nia skoń­czyła wów­czas dwa­dzie­ścia je­den lat [przyp. tłum.].

[9] Tak się zresztą stało.

[10] "Pász­tor­tűz" - uka­zu­jące się w la­tach 1921-1944 ko­losz­war­skie cza­so­pi­smo po­świę­cone li­te­ra­tu­rze, te­ma­tyce spo­łeczno-po­li­tycz­nej i sztuce [przyp. tłum.].

[11] Józ­sef Ny­írő (1889-1953) - sied­mio­grodzki po­wie­ścio­pi­sarz i au­tor opo­wia­dań [przyp. tłum.].

[12] Il­dikó Ny­írő była na li­ście tuż przede mną i zda­wa­ły­śmy ustny eg­za­min w tym sa­mym cza­sie.

[13] István Nagy (1909-1976) - ko­losz­war­ski ak­tor i bon vi­vant.

[14] Áron Ta­mási (1897-1966) - sied­mio­grodzki pi­sarz znany z barw­nych i skrzą­cych się hu­mo­rem opo­wie­ści o tran­syl­wań­skiej wsi, szcze­gól­nie ze swo­jej try­lo­gii o re­zo­lut­nym Se­kle­rze Áblu. János Ke­mény (1903-1971) - wę­gier­ski pi­sarz ary­sto­kra­tycz­nego po­cho­dze­nia, za­ło­ży­ciel sto­wa­rzy­sze­nia pi­sa­rzy Er­délyi He­li­kon pu­bli­ku­ją­cych w cza­so­pi­śmie o tej sa­mej na­zwie. Mi­klós Bánffy (1873-1950) - hra­bia, czło­nek jed­nego z naj­waż­niej­szych sied­mio­grodz­kich ro­dów ary­sto­kra­tycz­nych; po­li­hi­stor, po­li­tyk, pi­sarz, au­tor słyn­nej Try­lo­gii sied­mio­grodz­kiej [przyp. tłum.].