Część pierwszaAtmosfera
I. Wielkość
Kiedy katedry były białe
Chciałbym skłonić do rachunku sumienia i żalu za grzechy tych, którzy w swoim okrucieństwie, nienawiści, tchórzostwie, duchowym ubóstwie i braku sił żywotnych uparcie zwalczają i niszczą to, co w tym kraju - Francji - i w naszej epoce najpiękniejsze: inwencję, odwagę i twórczy geniusz, szczególnie w budownictwie - w dziedzinie, w której współistnieją rozum i poezja, gdzie wspierają się mądrość i przedsiębiorczość.
Kiedy katedry były białe, w Europie kształcono do zawodów, jakich usilnie domagała się nowa, cudowna, niezwykle śmiała technika, której użycie pozwalało na tworzenie nieznanych wcześniej układów form - form, których zamysł lekceważył tysiącletnią tradycję i kierował cywilizację na zupełnie nowe tory. Wszędzie, gdzie żyła biała rasa, posługiwano się międzynarodowym językiem sprzyjającym wymianie idei i przenikaniu się kultur. Z Zachodu na Wschód i z Północy na Południe rozprzestrzenił się międzynarodowy styl, który pociągnął za sobą rwący potok duchowych rozkoszy: miłości do sztuki, bezinteresowności i radości twórczego życia.
Katedry były białe, ponieważ były nowe. Miasta były nowe; wznoszono je w całości, uporządkowane, regularne, geometryczne, według planów. Świeżo ciosany francuski kamień błyszczał tak biało, jak szlifowany granit egipskich piramid. Boski drapacz chmur wznoszony w każdym mieście otoczonym nowymi murami dominował nad okolicą. Był tak wysoki, jak tylko się dało, nadzwyczaj wysoki. Nieproporcjonalny wobec reszty. Ależ był to akt optymizmu, gest odwagi, znak dumy, dowód mistrzostwa! Zwracając się do Boga, ludzie nie podpisywali aktu abdykacji.
Zaczynał się nowy świat. Biały, przejrzysty, radosny, czysty, klarowny i patrzący naprzód, rozkwitał jak kwiat na zgliszczach. Ludzie porzucili wszystko, co było uznanym zwyczajem; odwrócili się od tego na dobre. W ciągu stu lat dokonał się cud i odmieniło się oblicze Europy.
Katedry były białe.
Wyobraźmy sobie ów radosny spektakl. Przestańmy na chwilę czytać te słowa, niech staną nam przed oczami białe katedry na tle błękitnego lub szarego nieba. Niech ten obraz trafi do naszego serca. Wtedy będziemy mogli kontynuować.
Chcę jedynie wskazać na wyraźne podobieństwo między tamtymi czasami i dzisiejszą epoką. Nasze katedry jeszcze nie zostały wzniesione. Należą do innych - do zmarłych - i są czarne od sadzy, nadgryzione zębem czasu. Wszystko jest czarne od sadzy i zużyte: instytucje, edukacja, miasta, gospodarstwa, nasze życia, serca i myśli. Mimo to wszystko w swojej przygodności jest nowe, świeże, w stanie narodzin. Oczy odwrócone od rzeczy martwych patrzą już naprzód. Wiatr się zmienia; zimowy podmuch ustępuje wiosennej bryzie; niebo jest jeszcze zasnute chmurami, ale odpływają one w dal.
Oczom, które widzą, ludziom, którzy wiedzą, trzeba pozwolić budować nowy świat. Kiedy powstaną już pierwsze białe katedry nowego świata, zobaczymy, że to prawda, że się zaczęło. Z jakim entuzjazmem, zapałem i ulgą dokonamy tego zwrotu! To będzie dowód. Zalękniony świat domaga się najpierw dowodu.
Dowodu? W tym kraju dowodem jest to, że katedry były kiedyś białe.
Kiedy katedry były białe, uczestnictwo we wszystkim było jednomyślne. Uroczystościom nie przewodziły elity; kroczył w nich lud, cały kraj. W katedrach mieścił się teatr, stawiany pośrodku nawy na zaimprowizowanym podeście; wyśmiewano w nim kapłanów i możnych: lud był dorosły i panował nad sobą w lśniącej bielą katedrze - na zewnątrz i w środku. W białym "domu dla ludu", gdzie rozprawiano o tajemnicach, moralności, religii, sprawach świeckich i intrygach. Panowała wolność wyzwolonego umysłu. Sztuka dokoła wyrażała obfitość myśli i charakterów - naturę, wulgarność, erotyzm, sprośność, osłupienie umysłu wobec bezmiaru świata, rzezie, morderstwa i wojny, wylewność serc przed Bogiem, samego Boga i myśl hermetyczną. Nie istniała jeszcze rozkazująca wszystkim Akademia. Ludzie byli bezpośredni, dosadni i szczerzy.
Na Dziedzińcu Cudów - tak jak dzisiaj w Belleville czy Grenelle - u arcybiskupa bądź księcia wymyślano nowe słowa. Tworzono francuszczyznę. Nowe słowa były wyrazem nowego społeczeństwa.
W szalonym gwarze średniowiecza, które błędnie wyobrażamy sobie jako nieustanną rzeź, stosowano hermetyczne reguły Pitagorasa; gorliwie poszukiwano wszędzie zasad harmonii. Ludzie rozmyślnie odwrócili się "od antyku", od stereotypowych bizantyńskich wzorców1; z pasją wyruszyli za to na podbój nieuchronnej osi ludzkiego losu: harmonii. Przekazują sobie prawo liczb z ust do ust, wymieniając się tajemnymi znakami w kręgu wtajemniczonych2.
Wieża Saint-Jacques w Paryżu to gigantyczny rebus oparty na kabale. Cóż za fascynujący przedmiot badań dla kogoś gotowego się temu poświęcić! Porównajmy to z głupotą Grand Palais z 1900 roku, gdzie kilku akademików swobodnie i w wielkiej skali wyraziło swoje przesłanie!
Paryż stał się proporcem całego świata. Społeczeństwo kształtowało się, dzieliło, ustalało swoje reguły, wyzwalało, powstawało materialnie i duchowo. Uniwersalizm przyświecał sztuce, myśli, a przede wszystkim sile działania narodu, który ruszył naprzód, w całości, bez oglądania się za siebie, młodzieńczo wsparty na codziennym twórczym wysiłku.
Katedry były białe, myśl była jasna, duch był żywotny, a widowisko czyste.
W dniach 25-28 lipca 1934 roku Liga Narodów za pośrednictwem Międzynarodowego Instytutu Współpracy Intelektualnej zorganizowała w Wenecji, w sali Pałacu Dożów, trzydniowe międzynarodowe sympozjum zatytułowane Sztuka współczesna i rzeczywistość. Sztuka i państwo.
Francja oddelegowała swoich licznych przedstawicieli (jak to się stało, że znalazłem się wśród nich?). Aż podskoczyłem - i to jak! - gdy jakiś zamroczony malarz, chcąc dookreślić, co jest sztuką, i zwrócić uwagę, że nasza epoka (nowoczesność) chyli się ku upadkowi, bo nie chce kupować oprawionych obrazów i umieszczać rzeźb na budynkach, zakończył swoją wypowiedź taką rewelacją: "Zmęczeni swoją precyzyjną cywilizacją Amerykanie przyjeżdżają do Francji, aby podziwiać urok koślawego stołu!".
Można opowiadać takie rzeczy - i tysiąc innych - przy kieliszku wina w Deux-Magots; ale nie przyjeżdżać na międzynarodowe sympozjum i wyrażać tymi słowy francuskiego ducha w roku 1934!
Było to wprawdzie spotkanie historyków sztuki - zajmujących się tym, co minęło. Ale Liga Narodów miała zamiar naświetlić kierunek, w jakim zmierza współczesne społeczeństwo...
Supremacja koślawego stołu! Panowie, czyśmy oszaleli? Nie warto jechać do Wenecji, żeby zamieniać Pałac Dożów w separatkę!
Pozwoliłem sobie zabrać głos i wziąć na świadka Wenecję - miasto, które ze względu na swoje położenie na wodzie reprezentuje skrajnie formalną maszynerię, najdokładniejszą funkcję, najbardziej bezsporną prawdę - miasto, które w swojej jedynej na świecie jedności w 1934 roku jest wciąż (z racji położenia na wodzie) kompletnym, integralnym obrazem składnych, harmonijnych działań społeczności.
Wiem, że pewnego dnia, kiedy cała ta funkcjonalna maszyna była już gotowa, przybyli do Wenecji "artyści". Ale wszystko tam zostało już ułożone, ukorzenione, zbudowane wspólną pracą.
Owi artyści (w renesansie) pokazali wówczas, czym jest wykorzenienie. Umieścili się ponad rzeczami; nie byli rzeczą. I to właśnie ich egzegeci kazali nam badać, a belfrzy - uczyć się w szkołach. Wraz z nimi życie ustaje; to nierzadko targowisko próżności - sekta wrasta w społeczeństwo.
My jednak, którzy intensywnie przeżywamy współczesną epokę, przełamaliśmy ramy tej ograniczonej, ubogiej ciekawości. Naszą sympatią objęliśmy całą ziemię i wszystkie czasy. Odnaleźliśmy życie i sedno wszelkich zachwytów, ludzkich lęków; daleko nam do teatralnego podejścia, które powoduje umieszczanie wartościowych wydarzeń ponad ludzką pracą i z dala od niej. Trzymamy się codzienności, interesuje nas świadomość.
Odwołujemy się do realnych rzeczy, które składają się na życie wszystkich i każdego z osobna.
W ruchomej masie dokonujemy przekształcenia wartości, które pewna sekta chciała zawłaszczyć przez długie lata dekadencji, a zwłaszcza, w ohydny sposób, przez ostatnie 50 lat.
Dzieło domaga się udziału - wszystkich, w jakimś porządku, a nie wbrew niemu, według pewnej hierarchii, a nie wynaturzonego przez sztuczne doktryny. Jeśli Wenecja wciąż pozostaje nietkniętym świadectwem życia zbiorowego, to my we Francji mamy przed oczami obraz czasów, kiedy katedry były białe.
Życie rozbłyska wszędzie, poza pracowniami, gdzie "uprawia się" sztukę, poza rozprawiającymi o tym elitami, poza tekstami, w których wyodrębnia się ducha wartości, lokalizuje go i rozkłada na czynniki pierwsze.
Nie przeżywamy kryzysu życia.
Jedynie kryzys pewnej korporacji: wyrobników sztuki.
Plastycy z całego świata bez końca i intensywnie produkują niezliczone dzieła. Każdego dnia, o każdej godzinie na ziemi pojawiają się wspaniałości stanowiące prawdę i obecne piękno. Być może ulotne! Jutro wyklują się nowe prawdy i nowe piękności. Pojutrze itd.
W ten sposób spełnia się życie. Życie jest piękne! Nie mamy - nieprawdaż? - zamiaru ani ambicji, aby na zawsze ustalić los przyszłości. Wszystko, w każdym momencie, jest jedynie dziełem teraźniejszości.
Chwila obecna jest twórcza, stwórcza, niebywale intensywna.
Zaczęła się wielka epoka.
Nowa epoka.
Dająca już o sobie znać w niezliczonych dziełach indywidualnych i zbiorowych, niemal w całej współczesnej produkcji, wyłaniająca się z warsztatów, manufaktur, fabryk, z umysłów inżynierów i artystów - w ich obiektach, statutach, projektach i myślach - rozbłyska wreszcie cywilizacja maszyn.
Nowe czasy!
Dokładnie tak samo było siedem wieków temu, kiedy rodził się nowy świat, kiedy katedry były białe!