Karl W. Deutsch,
Nacjonalizm i jego alternatywa, 1969.
Niniejsza książka nie jest czystą fikcją;
dąży do miana rozprawy o charakterze historycznym. Rozpoczyna się
jednak od kilku opowieści spisanych na podstawie wspomnień, przy
czym autor do pewnego stopnia puścił wodze wyobraźni. Przeżyte
doświadczenia zawsze wypływają mniej lub bardziej w pracy badawczej;
można je dostrzec, nawet gdy są wyparte lub tłumione w gąszczu
teorii. Autor specjalnie przytacza na samym początku kilka wspomnień,
gdyż stanowią one pewnego rodzaju punkt zwrotny w jego poszukiwaniu
obiektywnej prawdy, choć jest w pełni świadom, że takowa jest
iluzją.
Dokładność przedstawionych tu opisów sytuacji
i spotkań jest niepewna, gdyż, jak wiadomo, nie można w pełni
ufać ludzkiej pamięci, jeśli dobrze nie znamy osoby. Należy więc
uznać je częściowo za historie zmyślone. Ich wydźwięk, czasem
ironiczny, czasem melancholijny, posłuży jako rama dla przedstawionych
w tej książce głównych tez, a czytelnik pomału odkrywać będzie
między nimi związek, który prawdopodobnie go poruszy. Echa ironii
i smutku, nierozerwalnie ze sobą powiązane, stanowią muzykę w tle
dla krytycznego tekstu, który zajmuje się źródłami historycznymi
oraz polityczną praksją tożsamości w Izraelu.
Płynna tożsamość i Ziemia
Obiecana
Pierwsza opowieść: o dwóch dziadkach
imigrantach
Nazywał się Szolek, później w Izraelu
stał się Shaulem. Urodził się w 1910 roku w Łodzi, w Polsce. Jego
ojciec zmarł pod koniec I wojny światowej na hiszpankę. Matka musiała
więc bardzo ciężko pracować jako szwaczka w jednej z fabryk
włókienniczych miasta. Z tego powodu dwójka z trójki jej dzieci
została umieszczona w żydowskim ośrodku pomocy. Jedynie Szolek,
najmłodszy z rodzeństwa, pozostał w domu rodzinnym. Przez kilka
lat uczęszczał do szkoły talmudycznej, lecz z powodu ubóstwa matki
szybko wylądował na ulicy i od najmłodszych lat musiał pracować
w rozmaitych warsztatach tkackich. Takie były realia życia w Łodzi,
polskim centrum włókiennictwa.
Zupełnie prozaiczne przyczyny doprowadziły Szolka do
wyrzeczenia się wpojonej mu przez rodziców wiary przodków. Śmierć
ojca momentalnie pogorszyła sytuację materialną matki, która
została przesunięta do ostatnich rzędów w synagodze. Utrata
pozycji społecznej oznaczała bowiem oddalenie się od Świętej
Księgi. W społecznościach tradycyjnych funkcjonowało spiżowe
prawo hierarchiczne; ubóstwu materialnemu towarzyszyła niemal zawsze
degradacja symboliczna. Młody chłopak pogodził się z tą zmianą
statusu i niebawem znalazł się zupełnie poza murami synagogi! Ten
sposób porzucania religii był dość rozpowszechniony wśród młodych
ludzi w żydowskich dzielnicach wielkich miast. Młody Szolek znalazł
się więc nagle bez dachu nad głową i bez wiary.
Nie na długo! Przystąpienie do ruchu komunistycznego,
dość wtedy popularne, pozwoliło mu zbliżyć się pod względem
kulturowym i językowym do polskiej większości. Niebawem Szolek
stał się działaczem rewolucyjnym. Jego wyobraźnia żywiła się
wizją socjalistyczną, która ukształtowała jego umysł. Dzięki
niej, pomimo codziennej ciężkiej pracy, nauczył się czytać
i myśleć. Organizacja komunistyczna była dla niego schronieniem,
lecz członkostwo w niej doprowadziło go do więzienia z powodu
oskarżenia o działalność wywrotową. Spędził w więzieniu
sześć lat, podczas których nie zdobył może dyplomu, ale
poszerzył znacznie swoje wykształcenie i wiedzę. Choć nie udało
mu się przebrnąć przez Kapitał Karola Marksa, to jednak opanował popularne dzieła
Fryderyka Engelsa i Władimira Iljicza
Uljanowa, zwanego Leninem. Szolek, który
jako dziecko nie ukończył religijnej szkoły podstawowej (cheder)
i nie mógł chodzić do szkoły rabinackiej (jesziwa), jak życzyła
sobie tego jego matka, został marksistą.
Podczas grudniowych mrozów 1939 roku spotykamy go
w towarzystwie młodziutkiej żony i jej siostry w morzu uciekinierów
podążających na wschód, na spotkanie Armii Czerwonej, która
okupowała połowę Polski. Kilka dni wcześniej widział na własne
oczy troje Żydów powieszonych na głównej ulicy Łodzi - wybryk
niemieckich żołnierzy po wyjściu z popijawy. Nie zabrał ze sobą
matki, gdyż, jak później twierdził, była zbyt stara i zbyt słaba
- pracownica szwalni dobiegła tego roku pięćdziesiątki. Wyniszczona
wiekiem i nędzą była wśród pierwszych deportowanych z getta,
skierowanych do samochodów-komór gazowych - prymitywnej i powolnej
technologii eksterminacji, która poprzedziła wprowadzenie komór
gazowych.
Dotarłszy do strefy okupowanej przez Sowietów,
Szolek, który dzięki zaangażowaniu w partii wyrobił sobie solidny
zmysł polityczny, zrozumiał, że musi ukryć swoją przynależność do
partii komunistycznej. Czyż Stalin nie
wyeliminował dopiero co polskiego kierownictwa partii? Przekroczył
więc nową granicę niemiecko-sowiecką, podając swoją starą
i nową tożsamość żydowską. ZSRR był bowiem w tamtym czasie
jedynym państwem, które przyjmowało żydowskich uciekinierów
i transferował ich w większości przypadków do swoich azjatyckich
republik. Szolek i jego żona zostali szczęśliwym trafem
wysłani do dalekiego Uzbekistanu. Jego szwagierka nie miała tyle
szczęścia. Wykształcona i władająca wieloma językami, została
potraktowana w sposób uprzywilejowany i mogła zostać w Europie
"cywilizowanej", która niestety nie została jeszcze nazwana
"judeochrześcijańską". W 1941 roku wpadła w ręce nazistów,
którzy wysłali ją do obozu zagłady.
Szolek z żoną wrócili do Polski w 1945 roku,
lecz ta, nawet po wycofaniu się niemieckiej armii, nadal wyrzucała
swoich Żydów. Szolek, polski komunista, kolejny raz został bez
ojczyzny (no chyba że mówimy o komunizmie, który pozostał
jego przystanią nadziei, pomimo licznych nieszczęść, które go
spotkały). Wraz z żoną i dwoma niemowlakami znalazł się w ten
sposób, całkowicie pozbawiony środków do życia, w obozie dla
uchodźców w górach Bawarii. Spotkał tam jednego z swoich braci,
który w przeciwieństwie do niego wyrażał swoją awersję do komunizmu
i sympatię do syjonizmu. Ironia historii: brat syjonista otrzymał wizę
do Kanady i do końca życia mieszkał w Montrealu, natomiast Szolek
i jego rodzina zostali doprowadzeni przez Agencję Żydowską aż do
Marsylii, gdzie zaokrętowali się pod koniec 1948 roku do Hajfy.
Szolek jest teraz pochowany w Izraelu, gdzie
długo żył pod imieniem Shaul, choć nigdy tak naprawdę nie był
Izraelczykiem. Również nie wynikało to z wpisu w jego dowodzie
osobistym. W tymże dokumencie państwo przyznało mu tożsamość
narodową i religijną żydowską, gdyż w latach sześćdziesiątych
wpisanie takiego wyznania było narzucane obywatelom, nawet tym
uparcie niewierzącym. Szolek pozostał do końca bardziej komunistą
niż Żydem i był o wiele bardziej członkiem kultury jidysz niż
Polakiem. Choć próbował porozumiewać się po hebrajsku, to jednak
język ten nieszczególnie mu odpowiadał. Nadal rozmawiał z rodziną
i bliskimi przyjaciółmi w jidysz.
Odczuwał nostalgię za "Jidyszlandem"
w Europie Środkowej i światem rewolucji, tak żywotnym w okresie
przedwojennym. W Izraelu czuł się, jakby ukradł ziemię innemu. Być
może nie było innego wyboru, niemniej to była kradzież. Czuł się
obcy. Nie w stosunku do sabr (Żydów urodzonych w Izraelu), pełnych
pogardy dla "jidyszysty", którym był, lecz wobec natury - wiatry
pustyni źle na niego wpływały i jedynie pogłębiały jego tęsknotę
za grubą warstwą śniegu pokrywającą ulice Łodzi. Polski śnieg
topniał w jego wspomnieniach, aż wreszcie zupełnie zniknął, gdy
zgasło jego spojrzenie. Nad jego grobem starzy towarzysze odśpiewali
mu Międzynarodówkę.
Bernardo urodził się w Barcelonie w 1924
roku. Wiele lat później będą go nazywać Dov. Matka Bernardo, tak jak
matka Szolka, była całe życie pobożną osobą (nie uczęszczała do
synagogi, lecz do kościoła). Natomiast jego ojciec już dawno zerwał
z metafizyką duszy; jak wielu hutników zbuntowanej Barcelony został
anarchistą. Gdy wybuchła wojna domowa, anarchosyndykaliści wspomogli
młodą republikę i udało im się nawet na jakiś czas sięgnąć
po władzę. Lecz frankistowskie siły niebawem napłynęły i młody
Bernardo uczestniczył u boku swojego ojca w ostatnich walkach na
przedmieściach miasta.
Wstąpienie do wojska generała Franco wiele lat po zakończeniu wojny domowej
nie poprawiło jego stosunku do władzy. W 1944 roku zdezerterował
z bronią i ukrył się w Pirenejach. Tam pomagał uciekającym
przeciwnikom reżimu i czekał z niecierpliwością na przybycie
wojsk amerykańskich. Był święcie przekonany, że pojawią się, aby
obalić okrutnego sojusznika Mussoliniego
i Hitlera. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu
"demokratyczni wyzwoliciele" nie interweniowali w Hiszpanii. Nie
pozostało mu nic innego, jak przekroczyć granicę i zostać
bezpaństwowcem. We Francji pracował w kopalni, a następnie próbował
dostać się nielegalnie do Meksyku. Został zatrzymany w Nowym Jorku,
osadzony w areszcie i deportowany do Europy.
On również znalazł się w Marsylii w 1948 roku
i otrzymał pracę w stoczni. Pewnego majowego wieczoru, w kawiarni na
nadbrzeżu, siedział przy stole w towarzystwie młodych ludzi pełnych
entuzjazmu. W tej radosnej atmosferze młody hutnik doszedł do wniosku,
że kibuce w młodziutkim Państwie Izraela były oczywistą kontynuacją
rewolucyjnych kooperatyw Barcelony, za którymi tęsknił. Choć nie
miał najmniejszego powiązania z judaizmem czy syjonizmem, wsiadł
na okręt pełen nielegalnych imigrantów płynący w kierunku Hajfy,
skąd został bezpośrednio wysłany na front w rejonie Latrun. Wielu
jego kompanów poległo, jemu udało się przeżyć i natychmiast potem
dołączył do kibucu, o którym marzył owego wiosennego wieczoru
w porcie w Marsylii. Tam spotkał dziewczynę, która została jego
towarzyszką życia. Ślubu udzielił im rabin podczas szybkiej ceremonii,
równolegle z innymi parami. W tamtych czasach rabinowie wykonywali
swoją posługę z taktem i nie zadawali przyszłym małżonkom
pytań.
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych niebawem zdało
sobie sprawę z nieszczęsnej pomyłki - Bernardo, zwany Dovem, nie
był Żydem. Ślub nie został jednak unieważniony i Dov został
wezwany na oficjalne spotkanie, aby ostatecznie wyjaśnić jego
tożsamość. Przyjął go urzędnik w czarnej jarmułce. W owym
czasie dominująca w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych syjonistyczna
partia Mizrach, wyznająca poglądy religijno-narodowe, była jeszcze
dość umiarkowana i nie koncentrowała się na kwestiach terytoriów
narodowych i definicji tożsamości.
Z tego spotkania wynikł mniej więcej tego typu
dialog:
- Nie jest pan Żydem? - spytał
urzędnik.
- Nigdy nie twierdziłem, że nim jestem
- odparł Dov.
- Trzeba zmienić to, co widnieje
w pańskim dowodzie osobistym.
- Nie ma sprawy, proszę to zrobić! -
odpowiedział Dov.
- Jakiej jest pan narodowości? -
zapytał urzędnik.
Dov zawahał się:
- Izraelskiej.
- Niemożliwe! Coś takiego nie istnieje
- odparł urzędnik.
- A dlaczego?
- Dlatego, że nie ma izraelskiej
tożsamości narodowej - westchnął przedstawiciel Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych. Następnie dodał - Gdzie pan się urodził?
- W Barcelonie.
- A więc jest pan narodowości
hiszpańskiej - stwierdził z uśmiechem urzędnik.
- Ależ ja nie jestem Hiszpanem! Jestem
Katalończykiem i odmawiam bycia uznanym za Hiszpana; walczyłem o to
w latach trzydziestych wraz z moim ojcem.
Urzędnik podrapał się po głowie;
nie posiadał zbyt rozległej znajomości historii, lecz szanował
ludzi.
- A więc wpiszemy: "narodowość
katalońska".
- Świetnie - padła odpowiedź.
I tak Izrael został pierwszym państwem
na świecie, który oficjalnie uznał narodowość katalońską.
- A teraz pańskie wyznanie, proszę
pana?
- Jestem ateistą.
- Nie mogę tego napisać. Państwo Izraela
nie przewidziało takiej odpowiedzi. Jakie było wyznanie pańskiej
matki?
- Jak ją opuściłem, była
katoliczką.
- A więc napiszę panu: "wyznanie
katolickie" - powiedział z ulgą urzędnik.
Ale Dov, choć usposobienie miał łagodne, zaczął
się niecierpliwić.
- Nie chcę dowodu tożsamości, gdzie jest
napisane, że jestem chrześcijaninem! Nie dość, że jest to sprzeczne
z moimi przekonaniami, to jeszcze uwłacza pamięci mojego ojca, który
jako anarchista palił kościoły podczas wojny domowej.
Urzędnik wahał się chwilę, lecz w końcu znalazł
rozwiązanie; Dov wyszedł z urzędu z dowodem osobistym w kolorze
niebieskim, na którym czarnymi literami napisane było "narodowość
i wyznanie - katalońskie".
Przez całe lata Dov martwił się, że
jego nietypowe narodowość i wyznanie mogą zaszkodzić jego
córkom. W szkołach izraelskich nauczyciele często zwracają się
do uczniów słowami: "My, Żydzi", nie biorąc pod uwagę, że
niejeden z uczniów ma rodzica nie-Żyda lub wręcz sam nie należy do
narodu wybranego. Niewzruszoność ateizmu Dova i sprzeciw żony co do
jego obrzezania uniemożliwiły jego przejście na judaizm. Próbował
nawet przez moment wynaleźć jakieś zmyślone koligacje. Ale widząc,
że jego dojrzałe już córki nie mają problemu z tym, że nie jest
Żydem, ostatecznie porzucił poszukiwania koszernych przodków.
Na szczęście na cmentarzach kibuców można chować
niewiernych, a nie tak, jak w innych miejscowościach w Izraelu jedynie
po drugiej stronie ogrodzenia lub w części dla chrześcijan. Dov
spoczywa tam, gdzie inni członkowie kibucu. Jego dowód osobisty znikł
po jego śmierci, choć przecież nie mógł zabrać go w swą ostatnią
podróż.
Niedługo potem urodziły się imigrantom Szolkowi
i Bernardo wspólne izraelskie wnuczki, a ojciec tych dziewczynek
miał dwóch przyjaciół autochtonów, o których mowa w dalszym
ciągu historii.
Druga opowieść: o dwóch przyjaciołach
autochtonach
Obaj mężczyźni, o których mowa,
nazywają się Mahmud. Pierwszy Mahmud urodził się w Jaffie w 1945
roku. W latach pięćdziesiątych istniało jeszcze kilka dzielnic,
których arabscy mieszkańcy nie wyjechali do Gazy podczas walk
z 1948 roku, i z tego powodu pozwolono im zostać. Mahmud dorastał
w biednych uliczkach miasta niemal całkowicie zamieszkanego przez
żydowskich imigrantów. W odróżnieniu od mieszkańców równiny
Szaron i Galilei, Palestyńczycy z Jaffy byli odizolowani i mało
liczni. Słaba liczebność ludności lokalnej nie pozwoliła na rozwój
własnej kultury, a ludność przyjezdna nie chciała się z nimi
integrować.
Izraelska partia komunistyczna wydawała się więc
wyjściem z ciasnego arabskiego getta w Jaffie. Mahmud wstąpił
więc do młodzieżowego ruchu komunistycznego, gdzie mógł spotkać
zwyczajnych Izraelczyków w jego wieku. Dzięki tym znajomościom mógł
podróżować, poznać "Ziemię Izraela", jeszcze wtedy niewielką,
i nauczyć się poprawnie mówić po hebrajsku. Poszerzył również
swoje horyzonty kulturalne ponad słabe wykształcenie, które odebrał
w szkole arabskiej. Tak jak Szolek w Polsce, studiował Engelsa
i Lenina i zabrał się za czytanie
komunistycznych pisarzy całego świata. Zawsze chętny do pomocy,
był bardzo ceniony przez swoich izraelskich nauczycieli.
Zaprzyjaźnił się z izraelskim nastolatkiem, rok od
niego młodszym, z którym znalazł wspólny język i który mu pomagał
radzić sobie na tętniących życiem ulicach Jaffy. Potężna sylwetka
Mahmuda zapewniała bezpieczeństwo jego młodemu koledze; w zamian
ostry język tego ostatniego czasem pomagał młodemu Arabowi. Chłopcy
stali się sobie naprawdę bliscy i powierzali sobie najbardziej intymne
sekrety. Mahmud zwierzył się przyjacielowi, że chciałby być nazywany
"Mosze", żeby prawdziwie wtopić się w społeczeństwo. Czasem,
gdy snuli się nocą po ulicach, Mahmud przedstawiał się jako Mosze
i udawało mu się nabrać sklepikarzy i ulicznych kupców. Lecz
nie mógł w nieskończoność udawać kogoś innego, więc znów
stawał się Mahmudem. Duma nie pozwoliłaby mu zapomnieć o własnych
korzeniach.
Mahmud miał tę przewagę, że jako Arab był
zwolniony ze służby wojskowej. Natomiast jego przyjaciel otrzymał
powołanie do wojska, co dla obu przyjaciół było równoważne
z rozłąką. Pewnego wieczoru w 1964 roku siedzieli sobie na pięknej
plaży Jaffy i rozmawiali o przyszłości. Podczas żartobliwej dyskusji
postanowili, że jak tylko młodszy z nich skończy służbę wojskową,
wyruszą w długą podróż dookoła świata. I kto wie? Jeśli
szczęście się do nich uśmiechnie, być może nie powrócą już do
Izraela? I gdzieś tam w szerokim świecie razem będą realizować
swoje marzenia. I żeby przypieczętować wspólny los, zawarli, jak
to nastolatkowie, braterstwo krwi.
Mahmud czekał dwa i pół roku, aż jego przyjaciel
zakończy służbę wojskową. Ale ten powrócił odmieniony. Zakochał
się i był związany uczuciowo. Był rozdarty - nie zapomniał
o planach podróży, ale wahał się. Niespokojny Tel Awiw pociągał
go; ciężko mu było opierać się wszystkim pokusom. Mahmud
czekał cierpliwie, aż zrozumiał, że jego przyjaciel był zbyt
przywiązany do barwnego życia izraelskiego i nie był gotów z niego
zrezygnować. Przestał więc czekać, zgromadził swoje oszczędności
i wyruszył w drogę. Długo jechał przez Europę, oddalając się
wciąż od Izraela. W końcu dotarł do Sztokholmu, gdzie odkrył
zimno i śnieg, dotąd mu nieznane. Nie szczędził wysiłków, aby
się zaaklimatyzować, stawił czoło licznym trudnościom. Otrzymał
pracę jako konserwator dźwigów i w tym się wyspecjalizował.
Tęsknota za Jaffą powracała podczas długich
polarnych nocy. Gdy zapragnął się ożenić, powrócił do kraju,
który niegdyś był jego ojczyzną (ale gdy miał trzy lata, historia
zadecydowała inaczej). Znalazł żonę i wrócił z nią do Szwecji,
by założyć rodzinę. I tak Palestyńczyk z Jaffy został Skandynawem,
a szwedzki - językiem jego dzieci, które, jak to bywa z dziećmi
imigrantów, nauczyły matkę swojego nowego języka ojczystego.
Mahmud od bardzo dawna przestał marzyć, że będzie
nazywał się Mosze.
Inny Mahmud urodził się w 1941 roku w małym
miasteczku nieopodal Akki, które już nie istnieje. W 1948 roku
z powodu walk musiał uciekać z rodziną do Libanu, a jego
miejsce urodzenia znikło z mapy. Na jego ruinach powstała żydowska
spółdzielnia rolnicza (moszaw). Rok później, pod osłoną nocy,
rodzina wróciła i zamieszkała u krewnych w miejscowości Jdeideh
w Galilei. I tak Mahmud przez całe lata zaliczany był przez władze
izraelskie do "obecnych-nieobecnych", czyli uchodźców, którzy
powrócili do ojczyzny, lecz utracili swoje ziemie i dobra. Ten drugi
Mahmud był marzycielem, uzdolnionym dzieckiem o bujnej wyobraźni,
które wciąż zadziwiało swoich nauczycieli i kolegów. Tak jak
pierwszy Mahmud, dość szybko przyłączył się do ruchu komunistycznego
i został dziennikarzem i poetą. Zamieszkał w Hajfie, która
była wówczas największym miastem w Izraelu zamieszkiwanym przez
mieszaną, żydowsko-arabską ludność. On również spotkał tam
młodych, "prawdziwych" Izraelczyków, a jego dzieła zaskarbiały
mu sympatię coraz liczniejszego grona czytelników. W 1964 roku
jeden z jego odważnych wierszy zatytułowany "Dowód osobisty"
poruszył pokolenie młodych Arabów. Wiersz rozpoczyna śmiała odezwa
do urzędnika izraelskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych:
"Zapisz!
Jestem Arabem
Numer mojego dowodu osobistego to pięćdziesiąt
tysięcy
Mam ośmioro dzieci
A dziewiąte [...] przyjdzie na świat latem!
I już jesteś wściekły!"
Izrael nakazał swoim nieżydowskim obywatelom
posiadanie dowodu osobistego, gdzie w miejsce narodowości nie
jest napisane "izraelska" ani "palestyńska", lecz po prostu
"arabska". Tak więc paradoksalnie Izrael jest jedynym miejscem na
świecie, gdzie uznaje się nie tylko obywatelsko katalońskie, lecz
również arabskie! Rosnąca liczba autochtonów coraz bardziej martwi
władze polityczne kraju, co poeta przeczuwał już w 1964 roku.
Mahmud stał się niebawem elementem wywrotowym -
w latach sześćdziesiątych Izrael bardziej obawiał się poetów niż
szahidów. Często trafiał do więzienia, był w areszcie domowym,
a w spokojniejszych okresach jedynie nie wolno mu było opuszczać Hajfy
bez zezwolenia policji. Znosił te szykany i prześladowanie ze stoickim
spokojem, który nie miał w sobie nic poetyckiego. Pocieszeniem dla
niego byli przyjaciele, którzy pielgrzymowali do jego mieszkania na
Wadi Nisnas w Hajfie.
Wśród jego kolegów był młody komunista
z Jaffy. Nie znał arabskiego, ale tych kilka przetłumaczonych
wierszy Mahmuda pobudziło jego wyobraźnię i zachęciło do
sprawdzenia się jako pisarz. Gdy już zakończył odbywanie służby
wojskowej, kilkakrotnie odwiedził poetę. Ich dyskusje utwierdziły go
w przekonaniu o słuszności walk i sprawiły, że szybko zarzucił
pisanie niedojrzałych i mętnych wierszy.
Młody mężczyzna wrócił do Hajfy pod koniec
1967 roku. Uczestniczył w walkach, które doprowadziły do zdobycia
Jerozolimy. Musiał strzelać do wroga i trzymać w ryzach i tak
już przerażonych cywili. Widział, jak Izrael upaja się zwycięstwem,
a Arabowie czują się upokorzeni. Czuł się bardzo źle i cuchnął
wojną. Pragnął wyjechać jak najdalej, wszystko zostawić za sobą,
lecz chciał po raz ostatni spotkać się z poetą, którego tak
podziwiał.
Podczas gdy młody żołnierz walczył w Świętym
Mieście, Mahmud został po raz kolejny zatrzymany i poprowadzony ulicami
Hajfy do więzienia. Gdy wypuszczono go i mógł wrócić do domu,
odwiedził go tam młody żołnierz. Siedzieli razem do białego rana
w oparach alkoholu i dymie papierosowym. Poeta próbował namówić
młodego wielbiciela, by wytrzymał, by nie wyjeżdżał za granicę,
by nie porzucał ich wspólnej ojczyzny. Żołnierz opowiedział
o swoim obrzydzeniu do zwycięskich wrzasków, swojej rozpaczy,
uczuciu alienacji na ziemi, na której rozlano krew, i zakończył tę
noc atakiem wymiotów. Następnego dnia, około południa, gospodarz
obudził go i przetłumaczył wiersz, który napisał o świcie na
temat "żołnierza, który marzył o białej lilii".
"[...] Rozumiem - powiedział mi - że
ojczyzna
To pić kawę swojej matki
I wracać wieczorem.
Zapytałem go: A ziemia?
Odpowiedział: Nie znam jej [...]"
W 1968 roku opublikowanie palestyńskiego wiersza
o izraelskim żołnierzu, który chce odpokutować swoją przemoc,
o tym jak stracił sens życia podczas walk i o jego poczuciu winy, że
uczestniczył w zdobywaniu ziemi należącej do innego narodu, zostało
okrzyknięte przez świat arabski zdradą. Tacy izraelscy żołnierze
przecież nie istnieją! Poeta z Hajfy wysłuchał gwałtownych
krytyk i został nawet posądzony o "kolaborację kulturalną"
z syjonistycznym wrogiem. Ale na tym się skończyło. Jego prestiż
rósł nadal i niebawem stał się symbolem oporu Palestyńczyków
w Izraelu.
Żołnierz w końcu opuścił kraj, ale przed nim
wyjechał poeta, który nie mógł znieść policyjnego tłamszenia,
upokorzeń i codziennych szykan. Władze izraelskie czym prędzej
pozbawiły go jego wątpliwego obywatelstwa - nie zapomniano, że ten
gadatliwy impertynent wydrukował swój dowód osobisty, podczas gdy
powinien był zostać pozbawiony tożsamości.
Poeta rozpoczął wędrówkę, która prowadziła go od
jednej metropolii do drugiej, a jego sława wciąż rosła. Na początku
okresu porozumień z Oslo pozwolono mu w końcu powrócić i osiedlić
się w Ramallah. Nadal miał zakaz wjazdu do Izraela. Bezpieka izraelska
dała się uprosić z okazji śmierci jego bliskiego przyjaciela -
pozwolono mu na kilka godzin powrócić i popatrzeć na krajobrazy
dzieciństwa. Ponieważ nie przenosił środków wybuchowych, pozwolono
mu później na kilka krótkich wizyt.
Natomiast żołnierz mieszkał kilka lat w Paryżu,
gdzie studiował. Pomimo piękna ulic, po których lubił spacerować,
w końcu zrezygnował. Dopadła go nostalgia za miastem, w którym
dorastał. Powrócił więc do tego miejsca cierpienia, gdzie budowała
się jego tożsamość. Ojczyzna, która każe się nazywać "Państwem
Żydów", zgotowała mu miłe przyjęcie.
Okazała się natomiast zbyt ciasna, by zrobić miejsce
dla wywrotowego poety, który się w niej urodził, jak również
dla towarzysza młodości żołnierza, który chciał nazywać się
Mosze.
Trzecia opowieść: o dwóch (nie)
żydowskich studentkach
Po urodzeniu otrzymała imię po swojej babce
- Gis?le. To było w 1957 roku w Paryżu, mieście, gdzie dorastała
i uczyła się. Była małym urwisem, dziewczynką, która źle znosiła
przymus i bardzo buntowniczą. Pomimo tych cech charakteru, lub może
dzięki nim, była doskonałą uczennicą, choć według nauczycieli
nieznośną. Rodzice ulegali niemal wszystkim jej zachciankom, nawet gdy
wpadła nagle na pomysł, by uczyć się hebrajskiego. Mieli nadzieję,
że zechce robić karierę naukową, lecz ona postanowiła zamieszkać
w Izraelu. Tymczasem studiowała filozofię na Sorbonie i równocześnie
uczęszczała na zajęcia z jidysz i hebrajskiego. Jidysz dlatego,
że był to język jej babki, której nigdy nie poznała, a hebrajski,
gdyż wyobrażała sobie, że pewnego dnia stanie się on językiem
dzieci, które kiedyś będzie miała.
Jej ojciec był w obozie koncentracyjnym i przeżył
dzięki pomocy niemieckich więźniów, tak że udało mu się powrócić
do Paryża pod koniec wojny. Jej babka Gis?le, zatrzymana w tym
samym czasie co jej syn, już nie powróciła. Została bezpośrednio
deportowana z Drancy do Auschwitz. Po wyzwoleniu ojciec Gis?le wstąpił
do partii socjalistycznej (SFIO), gdzie spotkał swoją przyszłą żonę
i matkę jego dwóch córek.
Już w gimnazjum Gis?le była zaciekłą
anarchistką i przyłączyła się do grupy, która pozostała
po Maju 68. W wieku siedemnastu lat nastąpił kolejny zwrot -
oświadczyła, że jest syjonistką. W latach siedemdziesiątych nie
było we Francji wiele publikacji na temat losu Żydów za niemieckiej
okupacji. Gis?le musiała się więc zadowolić publikacjami ogólnie
opisującymi tamte czasy i pożerała je zachłannie. Wiedziała, że
wielu z tych, co przeżyli, wyjechało do Izraela, a skoro jej babka
zginęła, pragnęła spotkać żydowskie kobiety, które przeżyły
te same doświadczenia. Przygotowywała się do emigracji do Izraela
(alija).
Przez całą zimę 1976 roku intensywnie uczyła się
hebrajskiego w Agencji Żydowskiej w Paryżu. Nauczyciel był nerwowym
i drażliwym Izraelczykiem, a ona irytowała go ustawicznymi pytaniami
i podkreślaniem błędów gramatycznych, które niekiedy robił przy
trudnych czasownikach. Wzbudzała jednak ciekawość i okazała się
jego najbardziej uzdolnioną uczennicą.
Pod koniec roku przestała przychodzić na
zajęcia. Nauczyciel hebrajskiego zdziwił się i zaniepokoił, że
mógł ją niechcący urazić podczas dyskusji w klasie. Minęło kilka
tygodni, zbliżał się koniec kursu. Pojawiła się nagle, jeszcze
bardziej zarozumiała, lecz ze smutkiem w oczach. Oznajmiła mu, że
postanowiła przerwać naukę hebrajskiego. Powodem tej decyzji była
wizyta Gis?le w Agencji Żydowskiej w celu przygotowania formalności
do jej wyjazdu do Izraela. Dowiedziała się, że oczywiście może
studiować na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, lecz żeby zostać
uznaną za Żydówkę, musi przejść na judaizm.
Gis?le zawsze wymagała od swego otoczenia,
by uznawać ją za Żydówkę, i była dumna ze swojego nazwiska
o bardzo żydowskim brzmieniu. Zawsze wiedziała, że jej matka, choć
w pełni identyfikowała się z ojcem, była gojką. Wiedziała,
że przynależność do religii żydowskiej zależała od tożsamości
matki, lecz nie wzięła pod uwagę tego "małego szczegółu"
biurokratycznego i uznała, że historia rodziny jej ojca będzie
dla niej wystarczającym zaświadczeniem tożsamości. W swojej
młodzieńczej niecierpliwości wyobraziła sobie, że wszystko samo
się ułoży.
Bezczelnie zapytała się po francusku urzędnika
Agencji Żydowskiej, czy jest wierzący, a ten odpowiedział
przecząco. Nalegała: "Jak człowiek niewierzący, który uważa
się za Żyda, może wymagać od innego, również niewierzącego, żeby
zmienił wiarę, aby móc zostać uznanym za członka narodu żydowskiego
w jego kraju?". Urzędnik odpowiedział oschle, że takie jest prawo
i poinformował ją również, że w Izraelu jej ojciec nie mógłby
poślubić jej matki, gdyż jedynie ślub religijny jest uznawany za
legalny. Gis?le nagle zdała sobie sprawę, że jest uważana za
"bękarta narodowego"; że jest Żydówką jedynie we własnym
mniemaniu, Żydówką według innych, skoro uważa się za syjonistkę,
ale nie jest wystarczająco żydowska dla Państwa Izraela.
Kategorycznie odmówiła przejścia na judaizm,
gdyż odczuwała awersję do wszelkiego rodzaju klerykalizmu. Poza
tym znając procedurę konwersji, z jej formalizmem i hipokryzją,
poczuła mdłości na samą myśl. Odezwał się w niej radykalny
anarchizm i usunęła Izrael z listy swoich planów. Postanowiła,
że nie wyemigruje do "państwa narodu żydowskiego" i przestanie
się uczyć hebrajskiego.
Rozmowa z izraelskim nauczycielem przebiegała po
francusku, ale zakończyła ją w dobrze akcentowanym hebrajskim:
"Dziękuję za wszystko, szalom i być może do zobaczenia!"
Nauczycielowi zdawało się, że dosłyszał w jej głosie intonację
jidysz, którego również się uczyła. Więcej o niej nie słyszał
aż do chwili, gdy ujrzał kilka lat później w renomowanej gazecie
jej nazwisko, którym podpisany był artykuł krytykujący okupacyjną
politykę izraelską. A przy nim zawód - psychoanalityk. Niektórzy
francuscy Żydzi musieli ją okrzyknąć Żydówką nienawidzącą swojej
tożsamości, a antysemici rozprawiali zapewne o jej typowo żydowskiej
profesji.
Druga studentka nazywała się Larissa. Urodziła
się w 1984 roku w małym miasteczku na Syberii. Na początku lat
dziewięćdziesiątych, niedługo po upadku ZSRR, jej rodzice wyemigrowali
do Izraela, gdzie zostali skierowani do nowo powstającego miasta
w Górnej Galilei. Larissa dorastała w środowisku, gdzie mieszały
się dzieci imigrantów i dzieci izraelskie. Integracja wydawała się
pełna. Larissa władała hebrajskim jak prawdziwa sabra i odnajdywała
się w codziennym izraelskim życiu. Oczywiście zdarzało się jej
być nazywaną "Rosjanką" z powodu blond włosów, gdyż miejscowa
młodzież często dokucza dzieciom nowo przybyłych imigrantów.
W 2000 roku, w wieku szesnastu lat, udała
się do urzędu stanu cywilnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych,
żeby wyrobić pierwszy dowód osobisty. Urzędniczka bardzo miło
ją przyjęła i poprosiła o wypełnienie formularzy. Gdy doszła
do rubryki "narodowość" naiwnie spytała czy może wpisać
"żydowska". Po weryfikacji okazało się, że jednak nie. Będzie
musiała pozostać "Rosjanką" jak jej matka i tak jak czasem ją
w jej mieście obraźliwie nazywano. Później będzie opowiadać, jak
to poczuła w tym momencie ból podobny do pierwszej miesiączki - ból
wywołany przez naturę i od którego nie można się uwolnić.
Nie była jedyną młodą dziewczyną z tym
piętnem w tej miejscowości. Niebawem powstało w gimnazjum
stowarzyszenie "nieżydowskich dziewczyn". Spotykały się, aby
się wspierać, i postanowiły, że zamażą rubrykę narodowość
w dowodzie osobistym, aby była nieczytelna. Niestety nie powiodło
się i musiały żyć z tym oskarżycielskim dokumentem. Gdy tylko
skończyły siedemnaście lat, szybko wyrobiły prawo jazdy, gdyż na
tym dokumencie tożsamości nie widnieje narodowość kierowcy.
Przy okazji organizowanej do Polski podróży pod
hasłem "powrotu do korzeni" i wizyt w obozach śmierci wynikł
kolejny problem. Trzeba było dostarczyć do szkoły dowód osobisty,
aby otrzymać paszport. Obawiając się, że cała klasa dowie się
o jej sekrecie, oraz z powodu ograniczonych środków finansowych
jej rodziców zdecydowała się zrezygnować z wycieczki. I tak,
nie było jej dane odwiedzenie Auschwitz, który stopniowo zastępuje
kibuc Massada jako miejsce pamięci i tworzenia się współczesnej
tożsamości żydowskiej. Natomiast bez problemu została wcielona do
wojska. Usiłowała wykorzystać swój szczególny narodowy status,
żeby uzyskać zwolnienie, lecz władze wojskowe odmówiły.
Pod tym względem pobyt w armii dobrze jej
zrobił. Gdy trzeba było złożyć przysięgę na Pismo
Święte, zadrżała i łzy napłynęły jej do oczu. Na
chwilę zapomniała o krzyżyku, który dostała od swojej babci ze
strony matki, gdy jako dziecko opuszczała Rosję. W mundurze czuła
przynależność do tego narodu i była już pewna, że jest uważana
za stuprocentową Izraelkę, która zerwała z rosyjską kulturą
swoich rodziców. Postanowiła spotykać się wyłącznie z chłopcami
sabra i unikać Rosjan. Lubiła, gdy mówiono jej, że nie wygląda na
Rosjankę pomimo podejrzanej blond czupryny. Pomyślała o przejściu
na judaizm. Poszła nawet do wojskowego rabina, lecz w ostatniej chwili
zrezygnowała. Nie chciała skazać matki na tożsamościową izolację,
choć ta nie była szczególnie wierząca.
Po odbyciu służby wojskowej zamieszkała w Tel
Awiwie i wtopiła się w pełni w to ruchliwe miasto. Wydawało się,
że adnotacja w jej dowodzie nie ma już znaczenia i jej ciągłe
poczucie niższości było czysto subiektywne. Czasami jednak w nocy, gdy
była bardzo w jakimś chłopcu zakochana, ogarniał ją lęk - jaka
żydowska matka zgodzi się na nieżydowskie wnuki jakiejś sziksy?
Rozpoczęła studia na wydziale historii na
uniwersytecie. Czuła się tam dobrze i szczególnie lubiła atmosferę
w kafeterii. Na trzecim roku zapisała się na zajęcia o nazwie
"Narody i nacjonalizm w dzisiejszych czasach". Powiedziano jej,
że nauczyciel nie jest specjalnie wymagający i nie będzie się
musiała bardzo wysilać. Później zrozumiała, że zupełnie coś
innego przyciągnęło jej uwagę przy wpisywaniu się na listę.
Na pierwszych zajęciach wykładowca zapytał, czy
wśród studentów jest ktoś, kto nie jest uznawany za Żyda przez
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Nikt nie podniósł ręki. Larissa
obawiała się, że wykładowca, który wydawał się trochę zawiedziony,
spojrzy w jej kierunku, ale on nie nalegał. Poza kilkoma nudnymi
zajęciami, reszta bardzo ją wciągnęła; zaczynała rozumieć
specyfikę polityki tożsamościowej Izraela. Powoli pojęła istotę
sytuacji, które przeżyła. Widziała je teraz w innym świetle
i zrozumiała, że w jej głowie, jeśli nie w genach, zaliczała
się do ostatnich Żydów Państwa Izraela.
Pod koniec semestru, gdy trzeba było wybrać temat
pracy zaliczeniowej, spytała wykładowcy na boku:
- Czy pamięta pan pytanie, które zadał
pan na pierwszych zajęciach?
- O czym pani mówi?
- Spytał się pan, czy jest wśród nas
ktoś, kto nie jest uznawany za Żyda. Powinnam była podnieść rękę,
lecz nie ośmieliłam się.
I dodała z uśmiechem:
- Można powiedzieć, że nie miałam
odwagi, żeby się wychylić.
- A więc proszę napisać o tym, co
panią doprowadziło do takiego postępowania. Zachęci mnie to może
do napisania książki o zagubionym narodzie, który chce uchodzić za
tułający się naród-rasę.
Oddała w terminie pracę, za którą dostała
doskonałą ocenę. To była ta kropla, która przełamała barierę
obaw i nawyk odkładania na później.
Zapewne można się już domyślić, że
wykładowca historii Larissy uczył również hebrajskiego Gis?le
w Paryżu. W młodości był przyjacielem Mahmuda, technika
dźwigowego, jak również drugiego Mahmuda, który został narodowym
poetą palestyńskim. Był również zięciem Bernardo, anarchisty
z Barcelony, i synem Szolka, komunisty z Łodzi. Jest autorem tej
kłopotliwej książki, którą napisał między innymi, żeby pomóc
zrozumieć ogólną logikę historyczną, na której można oprzeć te
osobiste historie o tożsamości.
Zaszczepiona pamięć
i historia kontrafaktyczna
Osobiste doświadczenia historyka z całą
pewnością mają większy wpływ na wybór jego obszarów badawczych niż
w przypadku matematyka czy fizyka. Niesłuszne jest jednak twierdzenie,
że proces i metody pracy historyka są wyłącznie uzależnione od
jego życiowych doświadczeń. Hojne subsydia mogą czasem skierować
badacza na pewne obszary; w innych przypadkach, rzadszych, same odkrycia
zmuszają go do szukania nowych kierunków badań. W jego umyśle
przetwarza się wszystko, co wzbudziło zainteresowanie tematyką,
z którą walczy.
Wiele innych elementów ma wpływ na ukształtowanie
jego orientacji intelektualnych, lecz ponad tym wszystkim,
u historyka, tak jak i w każdym obywatelu, są pokłady pamięci
zbiorowej, które nawarstwiają się, zanim jeszcze człowiek zostaje
dyplomowanym badaczem. U każdego człowieka świadomość rodzi się
na gruncie splotu dyskursów sformalizowanych w ramach wcześniejszych
ideologii. Nauka historii, wiedza o społeczeństwie w szkole, święta
narodowe, dni pamięci, oficjalne ceremonie, nazwy ulic, pomniki
ofiar, seriale dokumentalne w telewizji i wiele innych momentów
przywoływania pamięci tworzą wyobrażenie przeszłości, na długo
zanim historyk posiądzie narzędzia, które pozwolą mu spojrzeć na
to krytycznie. Gdy postanawia badać i pisać zawodowo jako historyk,
"prawdy", których jest nosicielem, ukierunkowują go w pewną
stronę. Choć tak jak każdy inny obywatel, historyk gromadzi w sobie
psychologiczne i kulturowe doświadczenia osobiste, to jednak w jego
podświadomość nadal wszczepiona jest zbiorowa pamięć.
Gdy był dzieckiem, śpiewał głośno w przedszkolu
podczas święta Chanuki: "Przybyliśmy obalić ciemność i trzymamy
w dłoniach światło i ogień [...]". Pierwsze obrazy "my"
i "oni" zaczęły nabierać kształtu w jego umyśle. "My" -
żydowscy Machabeusze, światło, a po drugiej stronie "oni, Grecy
i ci, którzy się z nimi asymilują", czyli ciemność. Później,
na lekcjach ze Starego Testamentu w podstawówce,
nauczył się, że bohaterowie Pisma Świętego
podbili ziemię, która została im obiecana. Nawet jeśli mógł
mieć jakieś wątpliwości co do tej obietnicy, w końcu wywodził
się z ateistycznego środowiska, dość naturalnie usprawiedliwiał
żołnierzy Jozuego syna Nuna, których
postrzegał trochę jak swoich przodków. (Należał do pokolenia, dla
którego historia biegła linearnie od Biblii
do odrodzenia narodowego - w późniejszych latach stworzy
inną zależność: od Wygnania do Zagłady.) Identyfikował się
z bohaterstwem i bardzo mało z prześladowaniami. Dalszy ciąg
jest znany - świadomość przynależności do starożytnego narodu
żydowskiego stała się nie tylko pewnikiem, lecz głównym elementem
jego własnej tożsamości. Wykłady z historii na uniwersytecie,
a nawet fakt zostania historykiem nie dały rady ograniczyć tej
"skrystalizowanej pamięci".
Choć państwo-naród stawiało swoje pierwsze
kroki, zanim pojawiło się szkolnictwo państwowe, to dzięki niemu
mogło stworzyć i wzmocnić swoje podstawy. Przekazywaniem "pamięci
wszczepionej" zajmowały się wyższe szczeble pedagogiki, a narodowa
historiografia zawsze była centralnym punktem.
Aby stworzyć w nowoczesnych czasach jednolitą
wspólnotę, należało napisać spójną wielowiekową historię po
to, aby wpoić wszystkim jej członkom poczucie ciągłości czasowej
i przestrzennej między przodkami i ojcami przodków. A ponieważ
taka bliska więź kulturowa, rzekomo bijąca w sercu narodu, nie
istnieje w żadnym społeczeństwie, "agenci pamięci" musieli
się nieźle natrudzić, żeby ją wynaleźć. Rozmaite odkrycia
zostały przedstawione za pośrednictwem archeologów, historyków
i antropologów. Przeszłość przeszła poważną operację plastyczną;
głębokie zmarszczki zostały wypełnione przez autorów powieści
historycznych, eseistów i publicystów. Dzięki temu powstał narodowy
obraz przeszłości - dumny, czysty i piękny[1].
Choć przy każdym pisaniu historii pojawiają
się mity, to jednak te w historiografii narodowej są wyjątkowo
rażące. Poczynania ludów i narodów zostały opisane na modłę
wielkich posągów umieszczonych na głównych placach metropolii
- w zamyśle mają być wielkie, wyrażać potęgę i wielkie
bohaterstwo. Aż do ostatniej świerci XX wieku lektura historiografii
mogła być podobna do rubryki sportowej w gazecie codziennej:
"my" i "oni, wszyscy inni" - taki był podział uważany
za niemal naturalny. Tworzenie tego "my" było przez niemal całe
sto lat życiowym zadaniem dla historyków i narodowych archeologów,
zaprzysiężonych strażników pamięci.
Przed rozmnożeniem się nacjonalizmów w Europie
wielu ludzi uważało się za potomków antycznej Troi, lecz pod koniec
XVIII wieku mitologia nabrała "naukowego" wymiaru. Dzięki
pracom badaczy greckich i innych europejskich nacji o bujnej
wyobraźni, obywatele nowożytnej Grecji zaczęli uważać się
za biologicznych potomków Sokratesa
i Aleksandra Wielkiego albo, w innej wersji, za dziedziców cesarstwa
bizantyjskiego. Również dzięki odpowiednio zaadaptowanym podręcznikom
mieszkańcy antycznego Rzymu stali się po koniec XIX wieku typowymi
Włochami. Galijskie plemiona, które opierały się legionom Juliusza Cezara, były w szkołach Trzeciej Republiki
opisane jako złożone z autentycznych Francuzów. Inni historycy
wyznaczyli chrzest i koronację Chlodwiga
w V wieku jako prawdziwy początek wiecznej Francji.
Ojcowie narodu rumuńskiego powiązali swoją
współczesną tożsamość z Dacją, starożytną kolonią rzymską,
i wielce dumni z tej chwalebnej więzi nazwali rumuńskim swój
nowy język narodowy. W Wielkiej Brytanii celtyckie plemię Icenów,
które zaciekle broniło się przed rzymskim najeźdźcą pod wodzą
Boudiki, zostało uznane za zalążek
Anglii. Czczony wizerunek Boudiki stał się nieśmiertelny dzięki
pomnikowi stojącemu w Londynie. Niemieccy autorzy zaczerpnęli z Tacyta, gdzie opisani są Cheruskowie
prowadzeni przez Arminiusza, w nich
upatrując ojców założycieli ich starego narodu. Nawet Thomas
Jefferson, trzeci prezydent Stanów
Zjednoczonych, właściciel setki niewolników, pragnął,
by wizerunki Hengista i Horsy, dwóch pierwszych saskich
wodzów, którzy podbili Anglię w tym samym wieku, co Chlodwig przyjął chrzest, figurowali na
oficjalnych pieczęciach państwa. Umotywował w następujący sposób
tę oryginalną propozycję: "To są ci, których z dumą ogłaszamy
naszymi przodkami i od których przyjęliśmy zasady polityki i formy
rządu"[2].
Tak samo było w XX wieku. Po upadku imperium
osmańskiego obywatele nowej Turcji dowiedzieli się, że są biali i są
indoeuropejczykami, a jako przodków mają Sumerów i Hetytów. Pewien
leniwy brytyjski oficer wyznaczył granice Iraku liniami prostymi na
mapie i ci, którzy nagle stali się Irakijczykami, usłyszeli od swoich
autorytetów historycznych, że są wszyscy potomkami starożytnych
Mezopotamczyków, i równocześnie jako Arabowie potomkami dzielnych
żołnierzy Saladyna. Wielu Egipcjan było
przeświadczonych, że starożytne królestwo pogańskich faraonów było
ich pierwotną ojczyzną, i nie wydawało im się to niespójne z ich
wiernością islamowi. W Indiach, w Algierii, w Indonezji, w Wietnamie
i w Iranie wielu jest takich, którzy sądzą, że ich państwo zawsze
istniało. Dzieci w szkole już od wczesnych lat uczą się na pamięć
wydarzeń, które miały miejsce w ciągu wielowiekowej historii.
Wszczepiona historia każdego Izraelczyka
żydowskiego pochodzenia nie może oczywiście równać się z tymi
szalonymi mitologiami! U nas są jedynie niepodważalne i dokładne
prawdy. Każdy Izraelczyk wie, bez cienia wątpliwości, że naród
istnieje od chwili, gdy otrzymał Torę na górze
Synaj, a sam jest bezpośrednim i wyłącznym jego potomkiem (poza tymi
dziesięcioma plemionami, których jeszcze nie zlokalizowano). Każdy
jest przekonany, że ten naród opuścił Egipt i zamieszkał
na ziemi Izraela, Ziemi Obiecanej, którą podbił i na której
powstało chwalebne królestwo Dawida
i Salomona, zanim zostało podzielone
na królestwa Judei i Izraela. Również każdy wie, że naród ten,
po chwilach chwały, dwukrotnie przeżył wygnanie: pierwszy raz po
zburzeniu Pierwszej Świątyni Jerozolimskiej w VI wieku p.n.e. i po
raz drugi po zburzeniu Drugiej Świątyni w 70 roku. Naród żydowski
zdołał w międzyczasie założyć hebrajskie królestwo Machabeuszów,
oparłszy się wcześniej złym wpływom Greków.
Ten naród, z którym identyfikuje się izraelski
Żyd i którego postrzega jako najstarszy pośród narodów, tułał
się przez blisko dwa tysiące lat. W tym czasie ani nie osiadł,
ani nie zasymilował się z innowiercami, obok których żył. Naród
ten bardzo się rozproszył - jego burzliwe dzieje doprowadziły
go do Jemenu, Maroka, Hiszpanii, Niemiec, Polski i na sam kraniec
Rosji. Lecz zawsze udawało mu się utrzymać ścisłe więzy krwi
pomiędzy oddalonymi od siebie wspólnotami, dlatego też jego jedność
nie uległa rozbiciu.
Pod koniec XIX wieku pojawiły się szczególne
warunki, żeby ten stary naród mógł obudzić się ze swojego
długiego letargu i przygotować powrót do starożytnej ojczyzny,
gdzie też zaczął powracać z wielkim entuzjazmem. Gdyby nie straszliwa
eksterminacja przeprowadzona przez Hitlera,
"Erec Jisrael" (ziemia Izraela) błyskawicznie zostałaby zaludniona
milionami Żydów, którzy chętnie by tu emigrowali, gdyż marzyli o tym
od dwóch tysiącleci. Tak przynajmniej wierzy do tej pory większość
Izraelczyków.
Temu tułającemu się narodowi potrzebne było
terytorium; tymczasem niezaludniona i dziewicza ziemia czekała, aż
naród, który pierwotnie ją zaludniał, powróci do niej, by odżyła
i zakwitła. Co prawda w międzyczasie trochę ludzi bez wyraźnej
tożsamości na niej zamieszkało, lecz jej naród "pozostał wierny
ziemi Izraela poprzez wieki rozproszenia". To jemu więc ziemia się
należała, a nie tej mniejszości pozbawionej historii, która pojawiła
się tam przypadkiem. Również wojny, które prowadził tułający się
naród, by odzyskać swoją ziemię, były słuszne, natomiast gwałtowny
opór stawiany przez lokalną ludność był zbrodniczy. Jedynie żydowska
dobroć, nie mająca nic wspólnego z Biblią,
pozwoliła tym obcym nadal mieszkać u boku narodu Izraela, który
powrócił do swojego biblijnego języka i ukochanej ziemi.
W Izraelu te pokłady pamięci nie powstały
spontanicznie. Zbierały się warstwa po warstwie począwszy od
drugiej połowy XIX wieku dzięki utalentowanym twórcom odbudowy
przeszłości, którzy zebrali elementy pamięci religijnej, żydowskiej
i chrześcijańskiej i na tej podstawie ich płodna wyobraźnia
wymyśliła genealogiczny ciąg dla narodu żydowskiego. Przedtem nie
istniał tego typu proceder rekonstrukcji opierający się na przywołaniu
pamięci, i co zadziwiające, nie ewoluował on od czasu, gdy został
po raz pierwszy sformalizowany i spisany. Pomimo akademickiego uznania
dla badań nad przeszłością żydowską - najpierw na wydziałach
stworzonych w Jerozolimie w okresie mandatu brytyjskiego, potem
w Izraelu, następnie w katedrach judaizmu w zachodnim świecie
- pojęcie "czasu żydowskiego" wcale nie ewoluowało. Do dziś
określany jest jako monolityczny i etnonarodowy.
Obfita historiografia poświęcona judaizmowi i Żydom
z pewnością pozwala na rożne podejścia. Debaty czy nawet polemiki
nie ominęły najważniejszego obszaru tworzenia historii narodowej,
lecz esencjalistyczne koncepcje stworzone pod koniec XIX wieku i na
początku XX praktycznie nie były podważane aż do dziś. Duże zmiany,
które pod koniec XX wieku zasadniczo zmieniły w świecie zachodnim
historię jako dziedzinę nauki, w tym znaczące mutacje paradygmatów
badań nad pojęciem narodu, nie dotarły do wydziałów badań nad
historią narodu żydowskiego na izraelskich uniwersytetach. I co
przedziwne, nie ma również śladu po nich na wydziałach judaizmu na
uniwersytetach amerykańskich i europejskich.
Pojawiające się odkrycia, które mogłyby stać
w sprzeczności z ciągłym i linearnym obrazem historii Żydów,
nie odbijały się praktycznie żadnym echem. Narodowy imperatyw,
niczym solidnie zamknięta szczęka, blokował wszelkie niezgodności
z obowiązującym nurtem i odchylenia od niego. Specjalne instancje
zajmujące się produkcją wiedzy na temat przeszłości żydowskiej,
syjonistycznej i izraelskiej - czyli wydziały poświęcone wyłącznie
"historii narodu żydowskiego" zupełnie oddzielone od wydziałów
historii (zwanej w Izraelu "historią powszechną"), tak jak od
wydziałów historii Bliskiego Wschodu - miały spory wpływ na
to dziwne skostnienie i upartą odmowę otwarcia się na nowości
historiograficzne dotyczące pochodzenia i tożsamości Żydów. Był
szum w sferze publicznej wokół problematyki "kto jest Żydem",
głównie w kwestiach prawnych, lecz historycy w ogóle się tym nie
przejęli, gdyż dla nich odpowiedź jest z góry znana - Żydem jest
ten, kto wywodzi się z narodu żydowskiego wygnanego dwa tysiące lat
temu.
Pod koniec lat osiemdziesiątych odbywała się
dyskusja między "nowymi historykami" i przez chwilę wydawało
się, że poruszy ona niektórymi aksjomatami pamięci izraelskiej,
lecz "licencjonowani" badacze przeszłości praktycznie w niej
nie uczestniczyli. Większość uczestników tej publicznej debaty,
co prawda nielicznych, wywodziło się z innych dziedzin lub nawet
zupełnie spoza kręgów akademickich. Socjologowie, orientaliści,
lingwiści, geografowie, badacze literatury, archeologowie, a nawet
niezależni pisarze wygłosili swoje refleksje na temat żydowskiej,
syjonistycznej i izraelskiej przeszłości. Zagraniczni absolwenci
historii, którzy jeszcze nie otrzymali posady w Izraelu, również
wnieśli swój wkład. Z "wydziałów historii żydowskiej",
które powinny być głównymi orędownikami nowych kierunków
badań, dochodziły jedynie lękliwe i konserwatywne echa,
podane w apologetycznej retoryce opierającej się na tradycyjnych
poglądach[3].
"Historia kontrafaktyczna"
lat dziewięćdziesiątych zajęła się przede wszystkim przebiegiem
i konsekwencjami wojny z 1948 roku, której moralne skutki były szeroko
omawiane. Nie sposób przecenić wpływu tej debaty na tworzenie pamięci
społeczeństwa izraelskiego. "Syndrom 1948", który męczy izraelską
świadomość, stanowi istotny element przyszłej polityki Państwa
Izraela. Może nawet zostać uznany jako zasadniczy dla jego dalszego
istnienia. Istotnie, każdy znaczący kompromis z Palestyńczykami, aby
mógł być pewnego dnia uzyskany, będzie musiał wziąć pod uwagę
nie tylko historię Żydów, lecz również współczesną historię
tych "drugich".
Ostatecznie ta ważna dysputa miała dość ograniczony
dalszy ciąg na polu badań naukowych i tylko trochę zainteresowała
społeczeństwo. Stare pokolenie całkowicie odrzuciło nowe dane
i analizy, które stały w sprzeczności ze sztywnymi wartościami,
którymi się kierowało w swoim życiu. Młode intelektualne
pokolenie mogłoby może przyznać się do "grzechów pierwotnych",
które towarzyszyły tworzeniu państwa, lecz jego morale, bardziej
elastyczne i cechujące się relatywizmem, pozwoliło przełknąć te
"wpadki". Jakaż jest waga Nakby w porównaniu z wagą Zagłady? Czy
można porównać krótkie i ograniczone wygnanie Palestyńczyków do
tysiącletnich prześladowań i wygnania, których doznał tułający
się lud?
Badania socjohistoryczne, skoncentrowane nie
na wydarzeniach politycznych (w tym przypadku "grzechach"),
lecz na długoterminowych procesach dotyczących syjonizmu,
również nie wzbudziły zainteresowania. Choć zostały
opisane przez Izraelczyków, to nie zostały opublikowane po
hebrajsku[4]. Nieliczne dzieła, które usiłowały podać
w wątpliwość fundamentalne paradygmaty historii narodowej,
nie wywołały żadnych reakcji. Można wymienić w tej kwestii
Narodowy Bilans, odważne dzieło Boaza Erona,
i stymulujący esej Uriego Rama
"Syjonistyczna historiografia i wynalezienie współczesnego
narodu żydowskiego"[5]. Te dwa dzieła w sposób radykalny zmieniają profesjonalną
historiografię przeszłości żydowskiej, lecz tego typu wyzwanie
w zasadzie nie wywarło wrażenia na "licencjonowanych" twórcach
tejże przeszłości.
Niniejsze dzieło zostało napisane po
przełomowych książkach z lat osiemdziesiątych i początku lat
dziewięćdziesiątych. Bez ścieżek wytyczonych przez Boaza Evrona,
Uriego Rama i innych Izraelczyków, oraz przede wszystkim bez wkładu
zagranicznych naukowców, jak Ernest Gellner
i Benedict Anderson, w rozwój
problematyki narodu[6], wątpliwe, by autor niniejszej książki wbił sobie do
głowy, że należy ponownie zbadać źródła własnej tożsamości
i oswobodzić się z nawarstwiających się od dzieciństwa pokładów
zbiorowej pamięci.
Historia narodowa przypomina las pełen wysokich
i rozłożystych drzew, które ograniczają widoczność i gdzie
dostrzec można tylko jeden dominujący metaopis. Specjalizacja
ukierunkowuje badaczy na konkretne obszary naukowe, co uniemożliwia
każdą próbę ogarnięcia lasu w całości. Zbieranie kolejnych
fragmentów może, rzecz jasna, zakończyć się przeobrażeniem ogólnego
opisu. Oczywiście pod warunkiem, że obszary badań historycznych
wpisują się w pluralistyczną kulturę, która nie jest obciążona
napięciami i konfliktami zbrojnymi o charakterze narodowym i czuje
się zadowolona ze swojej tożsamości i swoich korzeni.
Takie założenie może słusznie wydawać się
pesymistyczne, gdy się spojrzy na rzeczywistość izraelską w 2008
roku. W ciągu sześćdziesięciu lat istnienia Państwa Izraela historia
narodowa bardzo mało ewoluowała i wątpliwe, by w krótkim czasie
miało to nastąpić. Dlatego też autor nie żywi specjalnych złudzeń
co do przyjęcia tej książki. Czy można choć mieć nadzieję, że
niektórzy podejmą ryzyko zadawania sobie bardziej radykalnych pytań
na temat przeszłości? I te pytania przyczynią się do zmniejszenia
siły przywiązania do tożsamości natury esencjalistycznej, do
której przywiązani są dziś prawie wszyscy Izraelczycy pochodzenia
żydowskiego.
Niniejszy tekst został napisany przez zawodowego
historyka, który podjął ryzyko zwyczajowo zakazane w jego
profesji. Otóż według funkcjonujących obecnie zasad akademickich,
badacz musi się zawsze trzymać obszarów, w których się specjalizuje
i jest biegły. Rzut oka na tytuły rozdziałów ukazuje, że tematy
poruszone w tej książce dotyczą więcej niż jednej dziedziny
badawczej. Eksperci w nauczaniu Biblii, historycy
Starożytności, archeolodzy, mediewiści, a zwłaszcza specjaliści
od badania narodu żydowskiego będą się oburzać na intruza, który
wkroczył w sposób nieuprawniony na ich teren badań.
Zarzut ten nie będzie bezpodstawny. Autor
jest tego w pełni świadomy. O ileż byłoby lepiej, gdyby
do opracowania tego tematu zasiadł wielodyscyplinarny zespół,
a nie samotny historyk. Niestety nie było to możliwe z powodu
braku chętnych. Z tego też powodu czytelnicy prawdopodobnie
mogą wychwycić jakieś błędy czy nieścisłości - autor
z góry prosi o wyrozumiałość i zaprasza swoich krytyków
do poprawienia ich w razie możliwości. Albowiem autor nie czuje
się jak Prometeusz, który wykradł
dla Izraelczyków ogień historycznej prawdy, nie obawia się więc,
że wszechmocny Zeus, czyli korporacja
historiografii żydowskiej, wyśle sępa, by pożarł mu wątrobę -
w tym wypadku jego teorię - gdy będzie przykuty do skały. Chciałby
również podkreślić ważną kwestię - przybycie kogoś spoza
konkretnej dziedziny pozwala w niektórych przypadkach spojrzeć pod
innym kątem i dojść do niespodziewanych powiązań. Czasem bycie
na marginesie, a nie w centrum wzbogaca myśl historyczną, pomimo
braku specjalizacji w danym zakresie i wynikającej z tego sporej
dozy przypuszczeń.
"Specjaliści" od historii żydowskiej jak dotąd
nie odpowiedzieli na niektóre pytania, które mogą na pierwszy rzut oka
wydawać się zaskakujące, są jednak fundamentalne. Uczynienie tego
za nich wcale nie jest pozbawione sensu. Czy lud żydowski naprawdę
istniał przez kilka tysiącleci, podczas gdy inne "ludy" dawno
wtopiły się w jeszcze inne lub zniknęły? W jaki sposób i dlaczego
Biblia, wspaniała biblioteka teologiczna,
o której tak naprawdę nie wiadomo, kiedy jej części zostały napisane
i skompilowane, stała się wiarygodną książką do historii, która
opisuje narodziny narodu? Do jakiego stopnia królestwo Machabeuszów
z Judei, którego poddani nie mówili wszyscy tym samym językiem,
a większość nie umiała ani pisać, ani czytać, mogło stanowić
państwo-naród? Czy mieszkańcy Judei rzeczywiście zostali wygnani po
zburzeniu Świątyni, czy jest to chrześcijański mit, który został
przeniesiony, nie przez przypadek, do tradycji żydowskiej? A skoro
nie było wygnania narodu, co się stało z lokalnymi mieszkańcami
i kim są te miliony Żydów, które pojawiły się na scenie historii
w nieoczekiwanych miejscach?
Jeśli rozproszeni po całym świecie Żydzi są
jednym i tym samym ludem, jakie można odnaleźć wspólne cechy na
polu kulturowym i etnograficznym (laickim) miedzy Żydem kijowskim
a Żydem z Marrakeszu poza tą samą religią i pewnymi praktykami
rytualnymi? Wbrew temu, co nam się opowiada, judaizm był "po prostu"
atrakcyjną religią, której ekspansja miała miejsce, zanim nadeszli
jego zwycięzcy konkurenci: chrześcijaństwo i islam. Religia żydowska
pomimo upokorzeń i prześladowań, których doznała, umiała jednak
dotrwać do współczesnych czasów. Czy teza, według której judaizm
jest określany jako ważna kultura oparta na wierze, a nie jako
narodowa kultura wyjątkowego narodu, pomniejsza jego szacowność? Tak
przynajmniej myślą od stu pięćdziesięciu lat wyznawcy pojęcia
narodu żydowskiego!
Ciąg dalszy w wersji pełnej