Kazachskie stepy. Ziemie przeklęte? - Krzysztof Renik

Kup ebooka

55.00 zł
45.10 zł (45,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zamiast wstępu

Książka ta zrodziła się ze wspomnień. Wspomnień, które gromadziłem przez lata. Dotyczyły Azji Środkowej, a przede wszystkim Kazachstanu. Zbierałem te wspomnienia nie tylko w Kazachstanie, nie tylko w krajach Azji Środkowej, lecz także na Ukrainie, w Australii, w Niemczech, również w Rosji. We wspomnieniach tych pojawiała się – w różnych kontekstach – Azja Środkowa, pojawiał się Kazachstan. W różnych zakątkach świata słuchałem ludzi, których życie w większym lub mniejszym stopniu naznaczone zostało doświadczeniem kazachskich stepów. Były to osoby różnych narodowości – Polacy, Niemcy, Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini, a także ludzie, którym z trudem przychodziło określić swą narodowość. Ich wspomnienia, niekiedy ich wyobrażenia na temat Azji Środkowej, krajów regionu, a także wydarzeń rozgrywających się na tych ziemiach, złożyły się na tę publikację.

Ale jest ta książka także reporterskim zapisem licznych podróży, które były moim udziałem. Podróży, które odbyłem na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Jest moim osobistym spojrzeniem na ewolucję, która trwa na ziemiach Azji Środkowej, na stepach Kazachstanu. Jest próbą pokazania, jak żywa – i czy nadal żywa – jest spuścizna czasów sowieckich w tamtym regionie, w krajach, które z mozołem budują swoją tożsamość. W swoim historycznym bagażu kraje te mają społeczeństwa uformowane nie poprzez trwające stulecia, naturalne dla świata migracje ludności, ale zbudowane sztucznie, poprzez przymusowe deportacje, zsyłki i łagry. Społeczeństwa, które tworzyli ludzie zamieszkujący niegdyś obszary od wybrzeży Bałtyku po brzegi Pacyfiku, od koła polarnego po doliny Kaukazu. Jak z tej stworzonej pod przymusem mieszanki ludnościowej zbudować harmonijnie żyjące społeczności? To pytanie nurtowało mnie zawsze podczas podróży po kazachskich stepach.

Książka "Kazachskie Stepy – ziemie przeklęte?" jest próbą przedstawienia stanu świadomości rozmówców, których wspomnienia przywołane są na kartach publikacji. Temu celowi służą także relacje reporterskie, będące efektem dziennikarskich penetracji Azji Środkowej. Innymi słowy, pewne opinie i zapisy wspomnień są raczej opisem stanu świadomości i niekoniecznie odzwierciedlają dokładnie fakty historyczne, autentyczne wydarzenia i sytuacje. Trzeba przy tym pamiętać, że nasze postrzeganie świata, nasze wyobrażenia o świecie, są niejednokrotnie determinowane w większym stopniu owym stanem świadomości, emocjami, aniżeli analizą dokumentów i zdarzeń potwierdzonych przez historyków. Nie oznacza to jednak, że wyobrażenia o świecie, o wydarzeniach z przeszłości, wyobrażenia tworzone na podstawie wspomnień – często niepełnych i zniekształconych przez upływ czasu, ale mimo to kształtujących określony stan świadomości – są mniej istotne aniżeli fakty potwierdzone dokumentami.

W książce, którą przekazuję Czytelnikom, nie ma fikcyjnych osób, nie ma wymyślonych rozmówców i bohaterów. W większości przypadków przywołuję ich imiona i nazwiska; łatwo ich zidentyfikować. W kilku przypadkach podaję jednak tylko inicjały lub całkowicie je nawet zmieniam. Robię to wtedy, gdy uznaję, że ujawnienie personaliów byłoby zbyt daleko idącą ingerencją w prywatność. Także zdarzenia opisane w relacjach o charakterze reporterskim nie zostały przez mnie wymyślone, ani nie tworzą tak zwanych "faktów syntetycznych". Innymi słowy, nie ma w tej książce zdarzeń i historii, które mogłyby się wydarzyć, ale się nie wydarzyły. Są jedynie takie, które rzeczywiście miały miejsce. Wyjaśniam to dlatego, że wobec tak zwanego reportażu literackiego – do miana którego nie pretenduje ta publikacja – coraz częściej wyrażane są opinie, iż opisywane w nich wydarzenia są koloryzowane, niektóre wręcz wymyślone, a na biografie opisywanych osób składają się dzieje kilku postaci, czyli w rzeczywistości ów bohater reportażu nie istnieje w tak zwanym realu. Najlepiej sytuację tę charakteryzuje pytanie: ile jest fikcji w non fiction? W tej książce fikcji nie ma. Z tego też względu – mimo iż publikacja nie nosi charakteru opracowania naukowego – zdecydowałem się na wprowadzenie przypisów wskazujących pochodzenie konkretnych wypowiedzi.

W tym krótkim wprowadzeniu konieczne wydaje się też skreślenie kilku słów na temat cytowanych w niniejszej publikacji wypowiedzi i rozmów. Część z nich prowadzona była w języku polskim, znaczna część w języku rosyjskim. Staram się to każdorazowo zaznaczyć w tekście książki. Polszczyzna, którą posługiwali się moi rozmówcy, nie zawsze była bliska współczesnemu, poprawnemu językowi polskiemu. Archaizmy wynikały ze sposobu przyswojenia sobie języka polskiego przez rozmówców. Ci, którzy posługiwali się językiem polskim, jego znajomość najczęściej nabyli od swoich dziadków, a nawet pradziadków. Stąd liczne w ich wypowiedziach archaizmy i nieużywana już obecnie składnia. Inni używali języka polskiego z licznymi naleciałościami i zapożyczeniami z języka ukraińskiego lub rosyjskiego. Był to oczywiście wynik posługiwania się językiem polskim w środowiskach, w których dominował język ukraiński lub rosyjski. Cytując wypowiedzi, starałem się oddać ów klimat polszczyzny moich rozmówców. Stąd zapożyczenia w zakresie słownictwa, pewne chropowatości stylu, ukrainizmy i rusycyzmy w składni.

Nieco inaczej postąpiłem, cytując wywiady prowadzone w języku rosyjskim. W tych przypadkach – biorąc pod uwagę fakt, iż moi rozmówcy językiem rosyjskim posługiwali się bardzo dobrze – dokonując przekładu używałem zwykle współczesnego języka polskiego, wprowadzając niekiedy rosyjskie sformułowania, a nawet całe frazy w języku rosyjskim. Czyniąc to, starałem się oddać pewien językowy klimat rozmowy. Przytaczając rosyjskojęzyczne fragmenty, używałem prostego zapisu fonetycznego, wychodząc z założenia, iż transliteracja z cyrylicy lub transkrypcja tych fraz utrudniłaby jedynie czytanie wypowiedzi bohaterów publikacji. Przywołując nazwiska moich rozmówców, zapisywałem je alfabetem łacińskim, wedle wzorca sugerowanego przez nich samych. W oryginale ich nazwiska zapisane były cyrylicą. Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż wszyscy oni powoływali się na bliższe lub dalsze związki z tradycją i kulturą polską, stosowałem się do ich wytycznych w zakresie łacińskiej pisowni konkretnych nazwisk.

Dotychczas wydana literatura dotycząca Kazachstanu – zarówno naukowa, jak i popularnonaukowa – jest już bardzo obfita. Od początku lat dziewięćdziesiątych polscy etnolodzy, socjolodzy, a także historycy rozpoczęli systematyczne badania na temat ludności polskiej deportowanej do Kazachstanu, na temat stanu świadomości i poczucia tożsamości tej diaspory. Równie obfita jest już obecnie literatura przedmiotu poświęcona dziejom pierwszych Polaków, którzy trafiali na ziemie dzisiejszego Kazachstanu w czasach istnienia Rosji carskiej. Z tego też względu ów wątek polskiej obecności na kazachskich stepach został w tej publikacji pominięty. Prace, o których wspominam, były rzecz jasna ważnym impulsem także dla moich podróży, bardziej reporterskich i dziennikarskich aniżeli naukowych. Prace wielu wybitnych badaczy polskich losów na stepach Kazachstanu były dla mnie ogromnie ważną inspiracją1.

Napisanie tej książki nie byłoby możliwe, gdyby nie pomoc i życzliwe rady wielu osób. Pierwszy wyjazd do Kazachstanu możliwy był dzięki pani Albinie Czyblis z Daugavpilsu, która wiedząc, że zamierzam pojechać do Karagandy i Krasnoarmiejska, zdecydowała się mimo wszystko wystawić mi zaproszenie. W tamtych – jeszcze sowieckich – czasach, mając zaproszenie do Daugavpilsu, mogłem legalnie przemieszczać się w promieniu trzydziestu kilometrów od tego leżącego na Łotwie miasta. W logistyce pierwszej podróży do Kazachstanu ważną rolę odegrała rodzina pana Władysława Nowickiego z tegoż Daugavpilsu. To dzięki niej udało mi się nabyć bilet lotniczy do Karagandy, którego zakup nie byłby w tamtych latach możliwy bez ich pośrednictwa. Przyjaciołom z Daugavpilsu dziękuję! Osobne podziękowanie należy się środowisku miesięcznika "Przegląd Powszechny". Intelektualne wsparcie jezuickiej redakcji "Przeglądu" było mi ogromnie pomocne. Szczególne wyrazy wdzięczności kieruję pod adresem śp. Ojca Stanisława Opieli SJ. To właśnie z Nim odbyłem kolejną podróż do Kazachstanu i Azji Środkowej. Jestem za to ogromnie wdzięczny! Nie mogę zapomnieć o wyrazach wdzięczności i serdecznych podziękowaniach dla prof. Krzysztofa Dębnickiego, mojego partnera w motocyklowej peregrynacji po krajach Azji Środkowej. Świat środkowoazjatycki widziany z perspektywy motocyklisty stał się ważnym elementem tej publikacji. Bardzo dziękuję za motocyklową kompanię! Podziękowania wypada mi skierować także pod adresem władz Polskiego Radia z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to miałem okazję relacjonować wizytę św. Jana Pawła II w Kazachstanie, a także wydarzenia związane z życiem polskiej diaspory w tym kraju. Wyrazy wdzięczności kieruję także pod adresem pana Rafała Porzezińskiego, który w roku 2017 kierował Programem I Polskiego Radia. To właśnie wtedy zbierałem materiały i realizowałem cykl audycji radiowych "Na stepach Kazachstanu".

Oczywiście serdeczną wdzięczność jestem winien wszystkim moim rozmówcom w Kazachstanie, Australii, Niemczech, Ukrainie. Było ich bardzo wielu, a ich nazwiska znajdą Państwo na kartach tej książki. Bez nich, bez ich otwartości i życzliwości, ta publikacja by nie powstała.

Osobne podziękowanie składam Elżbiecie Dziuk-Renik, która cierpliwie znosiła moje kazachskie peregrynacje, wspierała mnie radą i dobrym słowem, a w jednej ze środkowoazjatyckich podróży wzięła udział, będąc znakomitym kompanem w azjatyckim świecie. Dziękuję!

1 Por. fundamentalne dla przybliżenia losów Polaków w Kazachstanie prace z lat dziewięćdziesiątych autorstwa prof. Antoniego Kuczyńskiego, odnotowane w bibliografii będącej częścią tej publikacji. Ze względu na popularny charakter książki bibliografia zawiera jedynie najistotniejsze opracowania i nie pretenduje do wyczerpującego przedstawienia bogatych zasobów książkowych i czasopiśmienniczych poświęconych Polakom żyjącym w Azji Środkowej, a także bogatej już obecnie literatury o charakterze pamiętnikarskim.

Wieźli nas dwa tygodnie

Samolot ukraińskich linii lotniczych łagodnie wznosił się ku górze. W dole pozostawiał za sobą Kijów ze złotymi kopułami prawosławnych świątyń. Boeing 737 kierował się na wschód, w stronę Kazachstanu. Za mniej więcej siedem godzin miałem wylądować w Astanie, stolicy tego kraju. Tam zaczynie się moja kolejna reporterska podróż do Azji Środkowej. Gdy krótko po starcie stewardesy zakończyły podawanie wieczornego posiłku, a światła w kabinie pasażerskiej przygasły, mogłem oddać się rozmyślaniom. Atmosfera uśpionego samolotu sprzyjała wspomnieniom. Nie była to moja pierwsza podróż do Kazachstanu, czy szerzej – do Azji Środkowej.

Był rok 1992. Wagony kołysały się jednostajnie. Jednostajność tego kołysania była nużąca. Co pewien czas przychodził sen. Był krótki, urywany. Chłód przedostający się do wnętrza źle ogrzewanego wagonu nie pozwalał mi zasnąć na dłużej. To była już druga doba podróży z Moskwy do Kazachstanu. Przede mną jeszcze kolejne dwadzieścia cztery godziny jazdy. Wagon, którym jechałem, pustoszał coraz bardziej. Kolejni podróżni przenosili się do innych, lepiej ogrzewanych części pociągu. Mieli dość chłodu i zamarzającej na korytarzu wody, która wyciekała z popękanych grzejników.

Prowadnica, czyli konduktorka opiekująca się wagonem, którym jechałem, nie przejmowała się specjalnie awarią i w sąsiednim wagonie ochoczo popijała napój, który z całą pewnością nie był sokiem owocowym. Co pewien czas przychodziła do mojego przedziału, sprawdzała czy nie zamarzłem i czy nie chcę zmienić wagonu. Potem bez słowa powracała do swej koleżeńsko-kolejowej biesiady. Mój upór, by pozostać w nieogrzewanym wagonie, w pociągu, który przemierzał zaśnieżone pogórze Uralu i wiózł mnie w kierunku kazachskich stepów, był irracjonalny. Miałem tego świadomość, a jednak trwałem w tym wychłodzonym wagonie, otulając się coraz szczelniej przybrudzonymi kocami kolei rosyjskich.

Irracjonalność mojego postępowania wynikała z pamięci o pewnej staruszce, którą spotkałem rok wcześniej pośród kazachskich stepów. Maria Ziliziecka pochodziła z terenów dzisiejszej Ukrainy. W roku 1936 została – jako mała dziewczynka – deportowana wraz z całą rodziną z ojczystych stron, położonych na Podolu, na wschód od rzeki Zbrucz, właśnie do Kazachskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Kiedy walczyłem z przenikliwym chłodem, który wypełniał wagon, w pamięci miałem jej opowieść.

Zapisałem ją w wersji dźwiękowej w Krasnoarmiejsku, w małym posiołku gorodskogo tipa rzuconym przez los kilka kilometrów od stacji kolejowej Tajńcza. Maria wracała wówczas pamięcią do wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat. Przywoływała dawne obrazy, siedząc w niewielkiej kuchni przy oknie, zza którego widać było ceglane mury świeżo zbudowanego w Krasnoarmiejsku kościoła. Moja rozmówczyni brała czynny udział w budowie świątyni; była jedną z tych kobiet, które w latach programowej ateizacji sowieckiego społeczeństwa trwały uparcie przy wierze ojców i w podziemiu, w tajemnicy przed władzami, przechowywały pobożnościową tradycję pamiętającą jeszcze świątynie Podola.

Jej opowieść nagrywałem podczas mojej pierwszej peregrynacji po kazachskich stepach. To była opowieść o kilkutygodniowej, dla wielu Polaków ostatniej, podróży na Wschód.

Oj, po polsku ja nie bardzo mogę mówić... Przyjechałam tutaj w 1936 roku, z Kamieńca Podolskiego przyjechałam. W Kamieńcu wtedy rodziny rozłączali. Córka jedzie, matka zostaje, ojca zabierają, syna zostawią. Bóg jeden wie, jaki był krzyk, płacz, co było w Kamieńcu. Jak się ludzie żegnali, jak ludzie krzyczeli, jak ludzie ręce łamali. Jak ludzi do pociągu wsadzili i jak ten pociąg ruszył – to był tylko jeden strach do Pana Boga...

Wieźli nas dwa tygodnie. Przywieźli tu do Tajńczy, gdzie ja teraz żyję2.

Te słowa Marii Zilizieckiej towarzyszą mi w wychłodzonym wagonie, który ma mnie dowieźć do Kazachstanu. Pociąg jedzie dostojnie, rzekłbym nieśpiesznie – ot tak, jak w początkach lat dziewięćdziesiątych jeździły posowieckie koleje. Z pewnością droga na wschód osób deportowanych, takich jak Maria Ziliziecka z Podola, wyglądała inaczej.

Jak nas wieźli? No, jak powiedzieć po polsku – w towarniakach nas wieźli, razem z krowami. Myśmy tak dwa tygodnie jechali. Proszę wybaczyć, to nie wstyd powiedzieć, bo to prawda była – takie były wszy na nas, tak nas kąsały, tak wszystko zjadały... Strach jeden! Oni nas z tego pociągu do bani pędzili. Pociąg się gdzie zatrzyma, a oni nas do bani pędzą, wszystkich. I tam się myjemy. Bóg jeden wie, co to za mycie było... Czasami dzień albo dwa staliśmy w lesie, a potem znów pociąg jedzie. Tak myśmy do tej tu Tajńczy dwa tygodnie jechali3.

Czy mam się przejmować zimnem w wagonie, zalodzonym korytarzem? Moja podróż potrwa zaledwie trzy i pół doby. Cóż to jest w porównaniu z dwoma tygodniami w bydlęcych wagonach! Tym bardziej, że w moim dźwiękowym archiwum, które teraz przywołuję w pamięci, jest choćby opowieść Anny Rudnickiej, z tego samego Krasnoarmiejska. Anna Rudnicka przyjęła mnie wówczas w niewielkim domku. Szedłem na to spotkanie pełen obaw – czy ta staruszka, już wówczas prawie niewychodząca z domu, zechce wrócić pamięcią do wydarzeń sprzed lat?

Nas siłą tu wywieźli, wiosną 1936 roku. Ogród wtedy zasadziliśmy, duży ogród mieliśmy. A w czerwcu powiedzieli – oddać paszporty. Wszyscy, i Ruscy, i Polacy. To na Ukrainie było, blisko Równego. Pod samą granicą z Polską. Zdaliśmy te paszporty. Ruskim nic. Ale tam, gdzie mieszkali Polacy, nie wiem ile to było rodzin polskich, przychodzi ochrana i zabierajcie się. Tydzień nam dali, żeby się spakować... Paszportów nie mieliśmy, pod strażą nas przez ten tydzień trzymali. Co robić? Nic przeciw władzy nie poradzisz. A potem podwody już przyjechały, kazali siadać i wywieźli nas na stację kolejową do Sławuty, blisko Polski. Do wagonów nas wsadzili, to towarne były wagony. Nary w środku. Ludzie tam na nich spali. I starzy, i dzieci... Po pięć, sześć rodzin w wagonie.

Tak nas wywieźli tu, w ten step. Tysiące ludzi wtedy przywieźli. Nie tylko z naszej wsi. Przede wszystkim Polaków. Przyjechaliśmy na świętego Jana, w czerwcu. To tu wysypali parę setek rodzin, to tam. Co dwadzieścia, trzydzieści kilometrów nas rozsypywali. I tak nas porozrzucali po całym Kazachstanie. Tam, gdzie mnie wyrzucili, to dali nam dwie pałatki, a rodzin było jakich trzydzieści. Ścisk był straszny... Ciasnota. Dzieci strasznie zaczęły chorować, zaczęły umierać. Nie było czym ich karmić. Nie było ni mleka, ni cukru... Ni herbaty. Był jeden sklep, magazin, i tylko chleb w nim był. Pamiętam, w jednej rodzinie pięcioro dzieci było, wszystkie poumierały... U mnie jedna dziewczynka umarła, dwa lata miała. I tak żyliśmy...4.

Taśmy z zapisanymi rozmowami i opowieściami towarzyszą mi w mojej podróży z Moskwy do Kazachstanu. Już nie do radzieckiej republiki, ale do niepodległego kraju. Dzisiaj wiadomo znacznie więcej o kulisach akcji władz sowieckich, której efektem były wywózki ludności polskiej z dzisiejszej Ukrainy na kazachskie stepy. Kontekstu owych deportacji nie sposób zrozumieć bez przypomnienia kilku faktów z dziejów terenów, z których wywożono w latach trzydziestych Polaków.

To były terytoria otaczające takie miasta jak Żytomierz, Berdyczów, Winnica, Kamieniec Podolski. Były to ziemie należące w czasach przedrozbiorowych do Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Obszary, na których w zwartych skupiskach mieszkali Polacy oraz ludność pochodzenia polskiego. Oczywiście, tak jak na całych dawnych ziemiach kresowych I Rzeczypospolitej, była to swoista mieszanka ludnościowa. Oprócz bowiem Polaków zasiedlali te ziemie także Rusini, z biegiem lat identyfikujący się z Ukraińcami, Białorusini, także Żydzi. Ten kulturowo-cywilizacyjny, również religijny, konglomerat ludnościowy stanowił o niezwykłości i bogactwie dawnych Kresów.

Terytoria, o których mowa, nie weszły nigdy w skład ziem II Rzeczypospolitej, odrodzonej w roku 1918. Był to efekt Traktatu Ryskiego z roku 1921, zawartego pomiędzy Polską i ówczesną Rosją radziecką. Na mocy tego traktatu granica pomiędzy Rzecząpospolitą i Sowietami została wyznaczona między innymi na Zbruczu. Na wschód od tej rzeki rządy sprawować miała władza radziecka.

W trakcie przygotowań do kazachskich podróży towarzyszyła mi lektura "Historii politycznej Polski 1864–1945" Władysława Pobóg-Malinowskiego. Trudno nie przywołać tu fragmentu tej pracy dotyczącego oceny Traktatu Ryskiego: Odrzucając staropolską zasadę współżycia "wolnych z wolnymi, równych z równymi", przeciwstawiając jej z pruskich i moskiewskich wzorów wylęgłe hasło "asymilacji w ramach państwa narodowego", zrywając odnowione po wiekach w formie dostosowanej do nowych warunków nici związków Polski z Naddnieprzem i przepoławiając Białoruś, traktat preliminaryjny skazywał jeszcze na straszliwą niewolę sowiecką i na szybkie wytępienie przez sowieckie metody ponad milion ludności, jak najbardziej polskiej, zwłaszcza na obszarze nadberezyńskim z gęsto rozsypanymi tam zaściankami szlachty zagrodowej, zbiedniałej materialnie, ale tak bogatej w tradycje i tak mocno przez krew powstańczą, przez gwałty Murawjowa, przez Sybir z Polską związanej5.

W wyniku podziału ustanowionego przez granicę ryską, zarówno w ukraińskiej, jak i w białoruskiej republice socjalistycznej pozostała duża grupa ludności polskiej. Według oficjalnego spisu z 1926 roku w Ukraińskiej SRR mieszkało 496 tys. Polaków, a w Białoruskiej SRR – 97 tys. Była to przede wszystkim drobna szlachta, rolnicy, ludzie przywiązani do tożsamości polskiej, do pamięci o przodkach z czasów I Rzeczypospolitej, wreszcie ludzie związani z tradycją katolicką, utożsamianą najczęściej właśnie z polskością.

Tak więc ziemie otaczające Winnicę, Żytomierz czy Kamieniec Podolski, ale także Mińsk na Białorusi, znalazły się poza granicami Polski. Weszły w skład państwa sowieckiego, państwa budującego komunistyczny system społeczno-polityczny. Siłą rzeczy pozostali na tych ziemiach Polacy stanęli przed dylematem – uciekać przed sowiecką władzą i starać się przedostać na zachód, przez Zbrucz do Polski, czy też układać sobie życie w państwie, które narzucało obywatelom zupełnie jeszcze przez nich niepoznany system represyjny.

Lekka turbulencja wyrywa mnie z dawnych wspomnień. Przypomina mi się sytuacja z roku 2017, z wcześniejszego pobytu w Kazachstanie, kiedy to słuchałem opowieści o owym dylemacie, ale również historii Polaków, którzy zostali za Zbruczem i przeżyli tam zawieruchę przewrotu październikowego, a także lat późniejszych. To były słowa zapisane przeze mnie w Kokczetawie, dużym mieście w północnej części Kazachstanu. Z Marią Kondracką rozmawiałem w niedużym domku, który na początku lat dziewięćdziesiątych służył siostrom zakonnym za skromny klasztor. Spotkaliśmy się w tym chylącym się ku ziemi domostwie po niedzielnej mszy świętej odprawionej w wybudowanym już w czasach niepodległego Kazachstanu kokczetawskim kościele. Pani Maria mówiła mi wówczas:

Dziadek mój był leśniczym u pana. Zaczęła się rewolucja. Wtedy przyszli do dziadka prości ludzie z okolicy i mówią – zabić go od razu, czy tak go pobić, by zmarł za trzy dni? Pobili jego strasznie. I jak mama mówiła, po dwóch tygodniach dziadek umarł. I zostali oni bez ojca. Granica była z Polską niedaleko, przez rzekę. Bracia mamy starsi wrócili do Polski, a mama moja z babcią moją i siostrą moją Pauliną najmłodszą zostali. Bo babcia nie chciała porzucić mogiły mojego dziadka. Nie mogę zostawić mogiły – mówiła. One chodziły nad rzekę i przez rzekę spotykały się z braćmi mamy. Mówili do swojej siostry, a mojej mamy – chociaż tę małą oddajcie nam do Polski. Mama nie oddała i została po drugiej stronie. I kiedy w roku 1936 zaczęły się deportacje, mamę z ojcem wywieźli do Kazachstanu. Wywieźli ich "po nacjonalnym motiwom". (...) Tu w Kazachstanie mama zawsze wspominała tę rodzinną wioskę, mówiła że był tam piękny las i było bardzo dużo bzu – białego i różowego. Tu, w Kazachstanie, bardzo marzyła o tym bzie. W roku 1960 ktoś pojechał do Rosji i przywiózł do Kazachstanu bez. Mama posadziła ten bez koło naszego domu i tak on pachniał. A mama siadała obok na ławeczce i mówiła, że tak bardzo chciałaby choć jeszcze raz w życiu zobaczyć rodzinną wioskę...6.

Tej rozmowie w Kokczetawie przysłuchiwał się mąż pani Marii – Wiktor Kondracki. On też dzielił się swoimi wspomnieniami:

Ojca mojego taty rozstrzelali w 1936 roku. Był młody, zastrzelili jego i nie wiadomo gdzie jest pochowany. Nie wiadomo... Byliśmy na Ukrainie, szukaliśmy w archiwach, to powiedzieli, że zmarł od zawału serca. Ale to nieprawda. Babcia i mama mówiły, że go zastrzelili. Przyszli do domu i mężczyzn z wioski zabrali nie wiadomo gdzie. Mówili, że w Karpaty ich powieźli i tam rozstrzelali. Natomiast babcię moją, mamę i tatę, także wujka wywieźli do Kazachstanu w 1936 roku. Wywieźli ich "po politiczeskim motiwom". Przywieźli ich tu w maju. Początkowo żyli w takich rowach, które sobie wykopali, a potem w ziemiankach7.

Przodkowie pana Wiktora nie chcieli się pogodzić z deportacją, pragnęli wrócić w rodzinne strony:

W 1937 roku próbowali uciekać ze stepów kazachskich na Ukrainę. Po drodze brakowało wody, pili ją z kałuż. Ale ich złapali koło Pietropawłowska. Babcię i mamę wywieźli do Kamyszynki w Kazachstanie, a dziadka wysłali na Bajkonur. Tam było więzienie. Ale dziadek miał już gruźlicę, nie chcieli go trzymać. Puścili – niech umiera w wiosce. Ale nie umarł. W 1939 roku znowu uciekł, dotarł na Ukrainę i tam zmarł w 1952 r.8.

W literaturze pamiętnikarskiej poświęconej przeżyciom osób deportowanych do Kazachstanu powraca niejednokrotnie wątek ucieczek z miejsc przymusowego osiedlenia. Wspomnienia te pokazują, jak silne było pragnienie wolności wśród zesłańców-uciekinierów, jak zdecydowanie starali się oni powrócić do dawnego świata, z którego wyrwano ich siłą, jak nie godzili się na przekształcanie ich w "ludzi sowieckich".

Istotą budowy nowego systemu miało być właśnie stworzenie obywatela sowieckiego, homo sovieticusa – człowieka, który miał zostać oderwany od swych korzeni, od swej tożsamości narodowej, kulturowej, cywilizacyjnej, wreszcie także religijnej. Droga do ukształtowania owego homo sovieticusa miała przebiegać etapowo. Dla Polaków pozostałych za Zbruczem władza sowiecka postanowiła stworzyć autonomiczne polskie rejony narodowościowe. Nadano im wiele mówiące nazwy – Polski Rejon Narodowy im. Juliana Marchlewskiego, potocznie określany mianem Marchlewszczyzny, oraz Kojdanowski Narodowościowy Rejon Polski, który przyjął za patrona Feliksa Dzierżyńskiego – stąd potoczna nazwa Dzierżyńszczyzna Sowiecka. Oba rejony obejmowały polskie wsie, osady i miasteczka. Zostały powołane do życia w różnym czasie – Marchlewszczyzna powstała na ziemiach Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej w roku 1925, natomiast Dzierżyńszczyznę powołano do życia na terytorium Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej w roku 1932. Stolicą Marchlewszczyny został Dołbysz, przemianowany na Marchlewsk, natomiast Dzierżyńszczyzny – miasto Kojdanów, leżące niedaleko Mińska i przemianowane na Dzierżyńsk.

W składzie obu rejonów narodowościowych znaleźli się także Polacy pochodzący z innych obszarów byłego imperium rosyjskiego. Zauważał to w swych publikacjach prof. Zbigniew Jasiewicz:

Polskie jednostki terytorialne wzmocnione zostały sprowadzeniem na Ukrainę w latach 1923–1925 ok. 40 tysięcy rodzin polskich z Rosji centralnej i Syberii9.

Początkowo Polacy mieszkający na terenie owych rejonów narodowościowych mogli się cieszyć pewnymi przywilejami. Powstawały polskojęzyczne szkoły, ukazywała się prasa w języku polskim, przez krótki czas względnymi swobodami cieszyły się nawet parafie rzymskokatolickie. Niemniej jednak cała aktywność sowieckiego aparatu propagandowego skierowana była na popularyzowanie idei komunistycznych oraz dyskredytowanie dawnej polskiej tradycji kulturowo-cywilizacyjnej. II Rzeczpospolitą, państwo, z którym Sowiety toczyły wojnę w latach 1918–1920, przedstawiano jako śmiertelnego wroga sowieckiego państwa komunistycznego, jako kraj zgniłej burżuazji gnębiącej tak zwane masy pracujące, w tym także ludność chłopską, która stanowiła większość mieszkańców obu rejonów narodowościowych.

Znowu wspominam rozmowę z Wiktorem Kondrackim, którego rodzina pochodziła właśnie z Dołbysza i jego okolic:

Dołbysz to było ładne miasteczko. Tam sto procent mieszkańców to byli Polacy. Do tej pory to ładne miasteczko, ale teraz tam już mieszanka – Ukraińcy i inni... Była u nas polska szkoła. Mama ją skończyła, wszyscy rozmawiali po polsku. A mój pradziadek miał tam swoją cukiernię. Kiedy przyszli ci komuniści, to wszystko odebrali. Pradziadkowie byli bogaci. Moi dziadki i pradziadki pochodzą z Adamówki, trzy kilometry od Dołbysza-Marchlewska. Tam oni wszyscy się urodzili. Dopiero później przejechali do Marchlewska. Bo w Marchlewsku była praca. Cukrownię jeszcze w XIX wieku wybudowali tam Polacy10.

Szerzeniu antypolskiej i prokomunistycznej propagandy sprzyjać miała przede wszystkim prasa. Wystarczy przywołać w tym miejscu najbardziej charakterystyczne tytuły: "Marchlewszczyzna Radziecka" (od 1934 roku "Szturmowiec Pól"), "Kolektywizacja Pogranicza" (1930–1934), "Natarcie Socjalistyczne" (1932–1935) czy "Wołyń Radziecki" (1932–1935). Natomiast na Mińszczyźnie wydawano takie tytuły jak "Młot" (od 1926 roku "Orka") czy "Szturmowiec Dzierżyński" (w latach 1930–1931 "Szturmowiec Kojdanowski"). Na Ukrainie i Białorusi powszechnie kolportowano wydawaną w Moskwie "Trybunę Radziecką".

W krótkim czasie od chwili powołania rejonów narodowościowych obiektem ataków stał się Kościół katolicki. Sowieckie władze uznały, iż parafie i kościoły utrwalają polską tożsamość i w żadnym wypadku nie sprzyjają kreowaniu człowieka sowieckiego. Z tego też względu w stosunkowo krótkim czasie obiektem represji stało się duchowieństwo polskie pozostałe za Zbruczem. Księży zatrzymywano, przedstawiano im fikcyjne zarzuty i deportowano na Syberię lub do Kazachstanu. Antykościelna, i szerzej antyreligijna, kampania przybrała na sile w drugiej połowie lat dwudziestych. Pod presją komunistycznych agitatorów zaczęto zamykać kościoły i przekształcać je w magazyny, kina lub domy kultury.

Oczywiście w kontekście tworzenia Marchlewszczyzny i Dzierżyńszczyzny rodzi się pytanie o cel tego przedsięwzięcia. Bo przecież celem nie była jedynie chęć stworzenia nowego, sowieckiego człowieka. Kolejnym celem eksperymentu narodowościowego była chęć wykształcenia wcale nie małej grupy komunistycznych aktywistów, którzy szerzyliby ideały przewrotu październikowego na terenie sąsiedniej Polski. Owi piewcy systemu komunistycznego mieli trafiać przez granicę na zachód, by w Polsce przede wszystkim propagować idee sowieckiego komunizmu i agitować na rzecz rewolucji światowej. Elementem tego programu komunistycznej agitacji miała być również propaganda walki z kułactwem i apoteoza kolektywnego rolnictwa w postaci kołchozów i sowchozów. Michał Dworczyk, historyk przez lata zajmujący się dawnymi ziemiami kresowymi, mówił mi w jednym z wywiadów:

Starano się stworzyć taką minirepublikę, minikraj ze wszystkimi klasami społecznymi, a więc z rolnikami, z robotnikami, z inteligencją. Były polskie szkoły, ale również polskie biblioteki, nawet polskie sądy, w których można było dochodzić sprawiedliwości ludowej, w wydaniu oczywiście sowieckim, w języku polskim. Była to próba utworzenia minipaństewek, minirepublik, które miały wychować sowieckich Polaków11.

Ci sowieccy Polacy mieli w założeniu komunistycznych patronów przenikać do Polski i na jej ziemiach szerzyć sowieckie ideały. Mimo niemałych starań władz radzieckich idea kolektywizacji nie znajdowała jednak oczekiwanego przez komunistów uznania w oczach ludności polskiej. Polacy czynnie przeciwstawiali się przymusowej kolektywizacji, ich niechęć budziła narzucona ateizacja i nachalne propagowanie systemu komunistycznego. Po kilku latach prób władze sowieckie uznały, iż eksperyment z rejonami narodowościowymi nie przynosi oczekiwanych rezultatów, że ateizacja nie postępuje w wystarczającym stopniu, szkół nie opuszcza młodzież oddana szerzeniu idei komunistycznych, a kolektywizacja nie przebiega zgodnie z planami przysyłanymi z Moskwy. Nadszedł czas zakończenia eksperymentu. Był rok 1934.

Warto w tym miejscu przywołać po raz kolejny opinię prof. Zbigniewa Jasiewicza:

Zachowanie się ludności polskiej, nieco bardziej opornej – w porównaniu z innymi grupami narodowościowymi – wobec kolektywizacji oraz przywiązanej do religii, a także uznanej za potencjalnego sojusznika państwa polskiego, doprowadziło do zmiany stosunku do niej. W trakcie przekształceń polityki wewnętrznej ZSRR i sytuacji międzynarodowej Polacy wskazani zostali, stanowiąc pierwszą tak potraktowaną dużą grupę narodowościową, jako wrogowie ZSRR. (...) Masowe represje, od początku lat trzydziestych, objęły w skali ZSRR różne środowiska polskie12.

Polska grupa ludnościowa, która zawiodła oczekiwania władz sowieckich, zaczęła być przedstawiana jako wroga komunistycznemu państwu, jako potencjalna siła, która może wywołać rozruchy i próbować oderwać regiony z polską większością od państwa sowieckiego. Jednocześnie obawy przed pozostawieniem owej niepewnej z punktu widzenia Sowietów ludności w pasie przygranicznym nakazały władzom podjęcie działań zwiększających bezpieczeństwo rejonów położonych na pograniczu państwa. Polskie Rejony Narodowe stały się zagrożeniem, podobnie jak Polacy zamieszkujący obszar przygraniczny. Należało zatrzeć ślady po "polskim" eksperymencie sowieckiej władzy.

Jako pierwszy, bo już w październiku 1935 roku, decyzją władz ukraińskich rozwiązano Polski Rejon Narodowościowy im. J. Marchlewskiego. Trzy lata później, w 1938 roku, formalnie zlikwidowano również Polski Rejon Narodowy im. F. Dzierżyńskiego na Białorusi. W przypadku Marchlewszczyzny likwidacja oznaczała rozpoczęte w roku 1936 masowe deportacje Polaków do północnego Kazachstanu. Chodziło o oczyszczenie terenu przygranicznego z uznanego za wrogi elementu narodowościowego. Na Białorusi represje rozpoczęły się w roku 1937. Tyle, że nie były to deportacje – to były masowe aresztowania, a następnie sfingowane procesy sądowe i wyroki śmierci orzekane pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski. Była to realizacja specjalnego rozkazu nr 00485 Nikołaja Jeżowa, szefa NKWD, o "całkowitej likwidacji siatek szpiegowskich Polskiej Organizacji Wojskowej". Miała ona, według sowieckich komunistów, działać w środowiskach polskich, choć nie tylko. Represjami w całym Związku Radzieckim objęto 350 tys. osób – w tym 144 tys. Polaków – z czego ponad 247 tys. rozstrzelano – w tym 110 tys. Polaków.

***

Lot do Astany – Nur-Sułtan – przebiega znowu spokojnie. Turbulencja minęła. Znowu wracają wspomnienia z dawnej podróży pociągiem.

Ośnieżone góry Uralu już za mną. Wjechałem do Azji i za kilkadziesiąt godzin będę ponownie w Kazachstanie. Jednostajna, coraz bardziej wypłaszczona pokrywa śnieżna przekonuje mnie, że już niebawem wjadę w kazachskie stepy. Te stepy, które wiosną i latem pachną tysiącami ziół i kwiatów, które są kołysane poszumem bujnych traw. Ale teraz, zimą, jednostajna biel śniegu, która przesuwa się niespiesznie za przybrudzoną szybą wagonu, przywołuje w mojej pamięci inną opowieść Anny Zilizieckiej. Opowieść o tym, jak tragicznie może się kończyć spotkanie z kazachską zimą:

A zimą jakie burany były! Święty Boże! Wyjdziesz, zabłądzisz, wiatr śnieg niesie, idziesz, a potem bardzo chcesz spać. Jak zaśniesz – już się nie obudzisz. Po paru dniach na kamień zamarzłego znajdą... Kilku naszych tak zamarzło. A wilki w nocy tak świeciły oczami. Jak myśmy się tych wilków bali... Najciężej to po wodę było chodzić. Studnia nie bardzo daleko, ale w taki buran wody nie przyniesiesz. Sznurek się ciągnęło od domu do studni, żeby w śnieżycy nie zabłądzić13.

Pośród stukotu kół pociągu przypomina mi się głos Marii. Silny, pełen wewnętrznego dynamizmu, chciałoby się powiedzieć – nasycony energią. I jej polszczyzna. Trochę archaiczna, czasami nie w pełni zgodna z regułami gramatycznymi, z polską stylistyką. Ale to jednak język ojców przechowany przez moją rozmówczynię pośród kazachskich stepów. Czy młodzież z polskich rodzin wychowana już na kazachskich ziemiach też przechowuje mowę przodków? Czy zdołała ją ochronić?

Z tych rozmyślań i wspomnień wyrwał mnie głos prowadnicy:

Będziecie musieli się przesiąść. W Pietropawłowsku wagon, którym jedziecie, zostanie wyczepiony. Oczywiście ze względu na awarię. Poszukajcie sobie miejsca w innym.

Zebrałem zatem moje nieliczne bagaże i ślizgając się po zalodzonym korytarzu mojego popsutego, kupiejnogo, czyli z przedziałami, wagonu ruszyłem na poszukiwanie jakiegoś wolnego miejsca. Znalazłem je szybko i bez kłopotów. Wagon był nowszy, bardziej zadbany, a przede wszystkim ogrzany. Niby dobrze, ale woń spoconych ciał, niedopranego ubrania i ogólnie braku higieny nie nastrajała mnie optymistycznie. Oczywiście okna były zabite na głucho, jak mówią prowadnicy – zakryte na zimu. Tyle tylko, że moje doświadczenia w podróżowaniu posowieckimi kolejami podpowiedziały mi, że ta zima trwa przez cały rok, czyli okien nigdy nie można otworzyć. Rozlokowałem się na wierchniej połkie, czyli górnym łóżku – wszystkie dolne były zajęte. Co pewien czas schodziłem z mojej połki, by wypić herbatę w służbowym przedziale prowadnicy.

Miała na imię Roxana. Opowiadała mi o swej małej córeczce. Rzadko ją widywała. Wpadała do domu na kilka dni, co dwa albo i trzy tygodnie. Dlaczego? Głupie pytanie. Roxana patrzy zdziwiona, jakżeż to można nie rozumieć tak prostej i oczywistej rzeczy. Że też temu Polakowi trzeba wszystko tłumaczyć. Niczego nie pojmuje. Widać, że ciągle jeszcze jest w Sojuzie za krótko. No bo jak ona, Roxana, może widywać częściej swoją Tanoczkę? Przecież Roxana musi pracować. A pracuje, co nie jest tajemnicą, na kolei. Jest członkiem pociągowej drużyny, która nie rozstaje się ze sobą przez dwa tygodnie. Tyle właśnie trwa jedna zmiana. Proste i oczywiste, że skoro Roxana jest w pociągu, to nie może być w domu i nie może widzieć swojej Tani. Durny by zrozumiał. Roxana szerokim gestem nalewa do szklanek – zbliżonych swym kształtem najbardziej do musztardówek – herbatę. Fajansowy czajniczek, który trzyma w ręku, wygląda w zestawieniu ze szklankami groteskowo. Czajniczka używa ze względu na innostranca. Jakże to lać herbatę z emaliowanego garnka? Cukru normalnie już w wagonach nie ma, ale... Jakieś dwie czy trzy kostki jeszcze się znalazły. Nie, o Tanoczkę Roxana się nie niepokoi. U nas, w Sojuzie – ciągle nie zauważa, że Sojuza przecież już nie ma – otóż w Sojuzie można dzieci oddawać do tygodniowego albo nawet i miesięcznego przedszkola. Co robić? Jeżeli wymaga tego praca... Są wychowawcy, jest opieka. O wszystkim myśli państwo. – Także i o wychowaniu kolejnego młodego człowieka, jeszcze dziecka przecież. Roxana jest zadowolona, dziecko daleko, kłopotów mniej. Tak mówi i zaciąga się zdobycznym żitanem. – To w Polsce takie robią? – pyta z ciekawością dziecka.

Pora porzucić wspomnienie sprzed lat. Przecież jeszcze niedawno zapisywałem kolejne opowieści. Annę Gerbowską, dziewięćdziesięcioletnią staruszkę, spotkałem w Kokczetawie. Rozmawiałem z nią w lichym domku, na peryferiach miasta. Bielona z zewnątrz chata, ściany nieco pochylone, jakby pod ciężarem lat. Dach z eternitu, a na nim gdzieniegdzie łaty z pordzewiałej blachy. Na podwórku nieład prymitywnego warsztatu samochodowego. Rozlany olej, jakieś zardzewiałe części, zapach benzyny. Zięć Anny Gerbowskiej był mechanikiem. Na ścianach niewielkiej izby w którym leżała, wisiały makatki do złudzenia przypominające ozdoby znane z polskich wiosek Podola. Sztuczne kwiaty dawały namiastkę wiosny. Moja rozmówczyni nie wstawała już wówczas z łóżka, była częściowo bezwładna. Mówiła mieszaniną języka ukraińskiego i rosyjskiego. Mimo wieku pamiętała wiele szczegółów ze swego długiego życia.

W roku 1936 zostaliśmy wysłani do Kazachstanu z obwodu żytomierskiego. Przewieziono nas na puste stepy. Dlaczego nas wywieźli z Ukrainy? Przecież sami się nie prosiliśmy, a nie byliśmy żadnymi wrogami. Ale podjechały samochody i kazali nam pakować się szybko. Cóż mogliśmy ze sobą zabrać – niewiele. Początkowo zamieszkaliśmy w czymś, co przypominało namiot przykryty deskami. O słomę, na której mieliśmy spać, musieliśmy prosić Kazachów, którzy mieszkali w pobliżu. Nikt nam nie pomagał, a rodzina liczyła dwanaścioro dzieci. Mimo trudów ojciec przeżył do stu lat, a matka do dziewięćdziesięciu. Dlaczego nas wysłali?14

Także w Kokczetawie spotkałem Antona Świdzińskiego. Nie chciał mówić po polsku. Ojczystego języka właściwie już nie znał, należał do pokolenia urodzonego w Kazachstanie, ale jego rodzina pochodziła również zza Zbrucza.

Ojca, babcię i dziadka deportowano w 1936 roku z obwodu chmielnickiego, z okolic Sławuty. Rodzina mieszkała nieopodal granicy z Polską. Jak mówiono w rodzinie, z terenu przygranicznego ludzi niepewnych wywożono. Ojciec nie opowiadał mi wiele o rodzinnych stronach. Ale w mojej dziecięcej pamięci pozostało wspomnienie, iż mówił, że tam na Ukrainie żyło im się dobrze. Przymusowe przesiedlenie zmieniło wszystko w ich życiu. Co prawda w ojczystych stronach trzeba było ciężko pracować, ale życie tam było dobre. Cóż powiedzieć więcej? Mało wiem o rodzinnej przeszłości, mało wiem o tamtych czasach15.

O rodzinnej przeszłości i pierwszych latach życia deportowanej rodziny na obczyźnie znacznie więcej wiedział Leon Krynicki, którego spotkałem w Kazachstanie, a dokładniej w Ałmaty. Mój rozmówca mówił archaiczną, wyniesioną z domu polszczyzną z licznymi rosyjskimi naleciałościami:

Moi rodziciele Franciszek Krynicki, ojciec, i matka Helena Marciniak zostali wysłani w 1936 roku z Kamieniec Podolskiego obwodu, płużańskiego rejonu, z polskiej wsi, która nazywała się Mała Radogoszcz, czyli rada gościom – tak można przetłumaczyć, wot. W czasie zesłania mieli czworo dzieci. W Kazachstanie wyrzucili nas w nagim stepie. Od razu zmarli – mój najstarszy brat Wacław Krynicki, który miał siedem z połowiną roku i zaraz za nim zmarł Bolesław Krynicki. Miał półtora roczku. Głód był, chłód był. Mieszkaliśmy w stalince, ot takiej ziemiance, na połowę w ziemi, bez fundamentu, dach z ziemi zrobiony. Jak deszcz, to leci woda do środka, wot16.

Kazimierza Polańskiego słuchałem z kolei w założonej przez deportowanych Polaków i Niemców osadzie Jasna Polana, rzuconej przez los także do północnego Kazachstanu:

W 1936 roku mojego ojca i jedenaście gospodarów z naszej wsi zesłali w Kazachstan. No, jak powiedzieć – kiedy zesłali do tego Kazachstanu, przywieźli, a tut był goły step. Ni krzaku, ni drzewa. A trzeba było dzieci karmić, wioski zbudować. To było bardzo, bardzo ciężko. Ja nie wiem, jak ci nasi rodzice zmogli to zrobić. Za cztery miesiące zrobili wioski. Zimy tu bardzo surowe bywają, ciężkie. Śnieg niesie, zasypie tak, że drzwi nie można otworzyć, a mróz – no wytrzymali...17.

Wracając po raz drugi w 2017 roku do Kazachstanu nie mogłem nie myśleć i o tym, że jedni wytrzymali, ale dla innych była to ostatnia podróż w życiu. Według danych zgromadzonych przez historyków, w latach 1936–37 zesłano do Kazachstanu od 60 do 100 tysięcy osób z dawnych Kresów I Rzeczypospolitej. Co mówią o deportacjach dokumenty zgromadzone przez historyków? Jak historycy, badacze dziejów Polaków zesłanych do Kazachstanu, interpretują wydarzenia z lat trzydziestych ubiegłego wieku? Dr Robert Wyszyński jest socjologiem, ale jednocześnie przez wiele lat zajmował się problematyką związaną z sowieckimi deportacjami Polaków na wschód. Przed podróżami do Kazachstanu rozmawiałem z nim kilkakrotnie o Polakach, których wywieziono zza Zbrucza.

Polaków zaczęto zsyłać od początku lat trzydziestych. Pierwszą taką akcją była tak zwana zsyłka kułacka. Warto o niej pamiętać, ponieważ wówczas zesłano na wschód, gdzieś za Ural, około 10 tysięcy Polaków. Jak sama nazwa wskazuje, była to akcja związana z kułakami, czyli zsyłano tych, którzy mieli duże gospodarstwo. Później Polaków dotknęła na sowieckiej Ukrainie klęska sterowanego głodu. To był czas, gdy w jednych kołchozach brakowało żywności, w innych – nie. Polskie gospodarstwa głodu doświadczały, ponieważ tak sterowano dostawami, by je wyniszczać. Kolejne zesłania miały miejsce już w 1935 roku. Zesłano wówczas około 11 tysięcy Polaków wewnątrz sowieckiej Ukrainy. Tych ludzi zsyłano na tak zwane wielkie budowy komunizmu – między innymi do Donbasu. Logika działania władz sowieckich nieco zmieniła się później, czyli w latach 1936–37. Chodziło wówczas o czyszczenie pasa przygranicznego. W odległości jednego kilometra od granicy nie pozostawiano żadnego gospodarstwa, natomiast w odległości do siedmiu kilometrów od granicy wywożono Polaków i zasiedlano ten pas Ukraińcami, głównie komsomolcami, przodownikami pracy, w sumie komunistycznymi aktywistami i agitatorami. Istniała także zasada, by ci nowi osiedleńcy to byli ludzie, którzy odbyli już służbę wojskową. Władze sowieckie obawiały się bowiem buntów ludności polskiej sprzeciwiającej się kolejnym deportacjom. Takie bunty miały miejsce. Zesłano wówczas około 15 tysięcy rodzin. A pamiętajmy, jedna rodzina wiejska to co najmniej pięć osób18.

Z badań historyków wynika, że w roku 1936 Sowieci przeprowadzili dwie fale deportacyjne. Pierwsza odbyła się wiosną. Osoby deportowane były informowane, że w Kazachstanie czekają na nich domy, czekają gospodarstwa. To wszystko okazywało się fikcją i same władze sowieckie zauważyły, iż deportacja przeprowadzona w ten sposób nie spełni jednego ze swych celów, czyli ludzie deportowani nie będą w stanie rozpocząć działalności gospodarczej, rolniczej, na stepach Kazachstanu. A jednym z celów, dla których komuniści przeprowadzali deportacje, była próba zagospodarowania ogromnych powierzchni żyznych ziem północnego Kazachstanu. Dlatego w trakcie jesiennej deportacji 1936 roku zesłańcy mogli zabrać ze sobą znacznie więcej dobytku i żywego inwentarza.

Warto tutaj przypomnieć, iż niezagospodarowanie owych rozległych kazachskich stepów wynikało zarówno z tradycyjnej kultury pasterskiej Kazachów, jak i z powodów politycznych. Otóż w pierwszych latach trzeciej dekady XX w. Kazachstan stał się dwukrotnie sceną sterowanej przez sowieckie władze klęski głodu. W wyniku wywołanego sztucznie braku żywności zmarła niemal połowa autochtonicznej ludności Kazachstanu. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych XX wieku Kazachowie zdołali odtworzyć liczebność swego narodu do poziomu z początku lat trzydziestych. Taka sytuacja oznaczała brak rąk do pracy, brak siły roboczej, która mogłaby zagospodarować kazachskie stepy. To właśnie na te tereny, ogołocone przez głód z miejscowej ludności, Sowieci deportowali Polaków, a także Niemców. Władzy sowieckiej potrzebni byli zesłańcy, których można było zmusić do pracy. Ludność wiejska z pogranicza Polski i Ukrainy doskonale się do tego nadawała, bowiem byli to przede wszystkim rolnicy umiejący doskonale gospodarować.

Na tereny przygraniczne za Zbruczem Sowieci sprowadzali oddziały wojska i NKWD. Miały one pilnować Polaków, którzy w obawie przed deportacjami próbowali uciekać do Polski. W odróżnieniu od sytuacji we wcześniejszym okresie, granica na Zbruczu została już przez władze sowieckie znacznie umocniona. Pojawiły się zasieki, na dno rzeki rzucono druty kolczaste, pojawiły się sowieckie patrole graniczne. Mimo to Polacy, rozumiejąc już zagrożenie deportacjami, próbowali uciekać na zachód, do Polski. Dr Robert Wyszyński przypominał mi o takich, niejednokrotnie desperackich, próbach:

To były tak zwane pochody krzyżowe. Wtedy już księży wszystkich albo wywieziono, albo zabito, ale ludzie z chorągwiami, feretronami próbowali się przebić przez granicę. Szli na skierowane przeciw nim karabiny. Nie znaleziono dowodów, iż udało im się w ten sposób przedrzeć przez granicę. Karabiny maszynowe ich skutecznie zatrzymywały. Poza tym były wśród ludności polskiej antysowieckie powstania. Polacy nie chcieli kolektywizacji, walczyli z komunistycznymi agitatorami, którzy chcieli zabierać im prywatne mienie, by tworzyć z tego mienia kołchozy19.

Polacy mieli się zatem stać siłą roboczą, która zagospodaruje stepy Kazachstanu, ale jednocześnie mieli być tym żywiołem narodowościowym, który utraci swoją tożsamość, zostanie zrusyfikowany, a mówiąc precyzyjnie – zsowietyzowany. Temu miał służyć sowiecki system edukacyjny, rugowanie języka polskiego z życia publicznego, ale i rodzinnego, walka z jakimikolwiek przejawami religijności i tradycji katolickiej, wyniszczanie katolickiego duchowieństwa.

Lektury poświęcone zagospodarowywaniu ziem kazachskich przez Związek Radziecki, a wcześniej przez Rosję carską wskazują, że deportowani Polacy nie byli pierwszymi osadnikami, którzy trafiali na kazachskie stepy, by kultywować na nich osiadły typ rolnictwa. Już w czasach carskich, przede wszystkim w okresie reform gospodarczych zainicjowanych przez Piotra Stołypina, premiera i ministra spraw wewnętrznych w okresie rządów Mikołaja II, rozpoczął się proces – wtedy jeszcze dobrowolnego – osadnictwa w północnej części dzisiejszego Kazachstanu oraz Syberii. Przybywający wówczas osadnicy pochodzili głównie z europejskiej części ówczesnego Cesarstwa Rosyjskiego. Byli to przede wszystkim Ukraińcy, Polacy, a także Niemcy sprowadzani z Europy przez władze carskie oferujące im dobre warunki życia. Osadnicy ci otrzymywali przydziały ziemi, carat pokrywał koszty przejazdu w odległe punkty Cesarstwa, dawał też pewną sumę rubli. Pieniądze te miały pomóc osadnikom w rozpoczęciu życia i zagospodarowaniu się w nowym miejscu. Przykładem – co prawda nie z Kazachstanu, ale z Syberii – są dzieje polskich osad Wierszyna i Białystok, które powstały w efekcie dobrowolnego osadnictwa w początkach XX stulecia.

***

Jeszcze przed lądowaniem w Astanie po raz kolejny wracają wspomnienia dawnej, zimowej podróży do Kazachstanu.

Pociąg, kołysząc się miarowo, wjechał na kazachskie stepy. Do Krasnoarmiejska, a właściwie do stacji Tajńcza, dojechałem krótko po północy. Temperatura spadła tamtej styczniowej nocy do ponad trzydziestu stopni poniżej zera. Ale nie czułem tego mrozu – powietrze było suche, nie było wiatru, czyli siejącego tak wielkie spustoszenia buranu.

Tak właśnie zaczynałem swoją kolejną peregrynację po Kazachstanie w roku 1992. A że podróż rozpocząłem wówczas właśnie od stacji Tajńcza? – to nie przypadek. Właśnie na tej stacji kończył się w latach trzydziestych szlak kolei żelaznej. Ze stacji Tajńcza osoby deportowane były transportowane na różne sposoby do tak zwanych toczek, czyli miejsc, w których mieli zaczynać nowe życie, zgodne z wizjami sowieckich inżynierów dusz projektujących nowe społeczeństwo – społeczeństwo sowieckie.

***

Z tych wspomnień przywołujących początek lat dziewięćdziesiątych, ale także niedawne obrazy z poprzedniej podróży, którą odbyłem w pierwszej połowie 2017 roku, wyrwał mnie głos ukraińskiej stewardesy. Za kilkanaście minut wylądujemy w Astanie. Nasz Boeing zaczął się właśnie zniżać. Tym razem nie zatrzymam się jednak w stolicy Kazachstanu, bo za kilka godzin czeka mnie już kolejowa podróż do innego kazachskiego miasta. Do miasta owianego złą legendą sowieckiej przeszłości. Ale obiecuję sobie, że Astanę jeszcze odwiedzę w czasie dalszej podróży po Kazachstanie. Podróży, podczas której spotkam i tych, z którymi rozmawiałem już wcześniej, i tych, których nie miałem okazji jeszcze poznać. Wszystkie poprzednie podróże, a także i ta obecna, za cel miały i mają poznanie losów polskich rodzin, które trafiały do Kazachstanu nie tylko w latach 1936–1937, ale także później, w latach 1940–1941. Chciałem poznać ich życie na kazachskiej ziemi zarówno w okresie bezpośrednio po deportacjach, jak i w czasach późniejszych. Poznać ich sposoby adaptacji do sowieckiej rzeczywistości, strategie przetrwania w latach istnienia Związku Radzieckiego, a także możliwości przechowania przez nich polskiej tożsamości oraz skalę nieuniknionej rusyfikacji i sowietyzacji. Interesowało mnie również spojrzenie osób deportowanych oraz ich potomków na niepodległy już Kazachstan; na Kazachów, którzy po latach życia w granicach komunistycznego państwa rozpoczęli i kontynuują niełatwą wędrówkę drogą wiodącą ku zbudowaniu niepodległego państwa. Jak przebiega ta wędrówka? Z jakimi trudnościami boryka się kazachski naród, budując swą młodą państwowość? To pytania, na które szukałem i szukam odpowiedzi.

2 Zapis magnetofonowy z czerwca 1991 roku, z archiwum autora.

3 Tamże.

4 Zapis magnetofonowy z czerwca 1991 roku, z archiwum autora.

5 Władysław Pobóg-Malinowski, "Historia polityczna Polski 1864–1945", t. II, Londyn 1983, s. 535–578.

6 Zapis magnetofonowy z maja 2017 roku, z archiwum autora.

7 Tamże.

8 Tamże.

9 Zbigniew Jasiewicz, Polacy z Ukrainy w Kazachstanie. Etniczność i historia [w:] "Lud" 1992, t. 75, s. 23.

10 Zapis magnetofonowy z maja 2017 roku, z archiwum autora.

11 Z wypowiedzi dla magazynu "Świat Kresów", Polskie Radio Program 1, marzec 2016.

12 Zbigniew Jasiewicz..., dz.cyt.

13 Zapis magnetofonowy z czerwca 1991 roku, z archiwum autora.

14 Zapis magnetofonowy z maja 2017 roku, z archiwum autora.

15 Tamże.

16 Tamże.

17 Tamże.

18 Z wypowiedzi w magazynie "Na stepach Kazachstanu", Polskie Radio Program I, lipiec 2017.

19 Tamże.

Pod komendanturą

Nadchodziła wiosna. Step jeszcze nie zaczął się zielenić, a w jego pofałdowaniach, tam, gdzie rzadziej docierało słońce, kryły się płaty zlodowaciałego śniegu. W zagłębieniach ogrzanych wiosennymi promieniami słońca śnieg już tajał i tworzyły się stepowe jeziora. Ranki i wieczory były jeszcze chłodne, ale w ciągu dnia czuć było nadchodzącą wiosnę. Za oknem wagonu kolei kazachskich przesuwał się równinny krajobraz stepu. Jadę z Astany do Karagandy. Do miasta górników, ale i miasta, w którego sąsiedztwie znajdowały się obozy przymusowej pracy dla więźniów politycznych i zesłańców. Karaganda była także miastem, w którym działał jeden z nielicznych katolickich ośrodków duszpasterskich na terenie sowieckiego Kazachstanu.

Patrzę na nadtopione płaty wiosennego śniegu i znowu słyszę opowieść Marii Zilizieckiej z roku 1991:

Wczesna wiosna była, jak nas tu do Kazachstanu przywieźli. Jeszcze maja nie było, ledwie śnieg zlazł. A na Ukrainie ciepło już wtedy było... A tu nie, wiatry silne...20

To wspomnienie Marii Zilizieckiej przypomina mi jednocześnie słowa napisane przed laty przez Zbigniewa Jasiewicza:

Polacy deportowani w roku 1936 do Kazachstanu opuszczali Ukrainę, tęsknili za nią, do niej zgłaszali swój żal. Niezwykle charakterystyczna jest pieśń zanotowana przeze mnie w Oziornoje, śpiewana na terenie Kazachstanu długo po osiedleniu:

Ukraina mat' radnája

Szto ty hórdaja taká,

Swoich diéty, swoich ródnych

W Kazachstán ty otwiezłá.

Wiesieléj tam sónce wschódit,

Wiesieléj łożitsa spat',

Wiesieléj ptaszki spiewajut,

A nam wsiém ich ne widat''21.

Jechałem do Karagandy z kilku powodów. Pierwszym z nich była chęć spotkania z kapłanami, którzy mogliby opowiedzieć mi o dziejach podziemnego duszpasterstwa w czasach sowieckich, o roli religii w zachowaniu tożsamości deportowanych do Kazachstanu Polaków. Kolejnym powodem była chęć zobaczenia, co zmieniło się w Karagandzie przez ostatnie lata. Byłem w tym mieście kilka lat po uzyskaniu przez Kazachstan niepodległości. Widok posowieckich blokowisk i wszechobecnego pyłu węglowego na ulicach miasta był wówczas przygnębiający.

Kiedy przez okno wagonu patrzę na kazachski step, kiedy za szybą przesuwają się równinne – chciałoby się napisać bezkresne – krajobrazy Kazachstanu – wraca dawna opowieść Marii Zilizieckiej:

Wiozą, wiozą, step wokoło, nic nie ma. Powieźli nas daleko. Mnie sto siedemdziesiąt kilometrów od tej Tajńczy, w której nas z towarniaków wyrzucili. Do posiołka Stiepnoje. Co to za posiołek – tam tylko studnia była! Nic więcej! Potem pałatki nam zrobili i po nich nas porozrzucali. Po dwanaście osób w jednej pałatce. Kuchni mało było. Trawę zbieraliśmy w stepie i pod tą kuchnią trawą paliliśmy. Długo się czekało na swoją kolejkę do kuchni. Zupę jakąś zgotujesz, zjesz i idziesz w step, znowu tę trawę na opał na następny dzień zbierać22.

O tym, jak zaczynało się życie deportowanych, opowiadała mi także Tatiana Sławecka, młoda osoba z Ałmaty, wspominając słowa swego dziadka. Spotkałem ją jakiś czas w temu w Astanie, czyli nowej stolicy Kazachstanu, dziś znanej już pod kolejną nazwą Nur-Sułtan, na cześć byłego prezydenta kraju Nursułtana Nazarbajewa. Historia nazwy tego miasta jest sama w sobie i interesująca, i zaskakująca. Niegdyś była to osada o nazwie Akmoła, potem – wraz z przybyciem na te ziemie carskiej Rosji – miasto przybrało nazwę Akmolińsk. W czasach sowieckich przemianowano je na Celinograd. Wraz z niepodległością Kazachstanu przywrócono nazwę Akmoła. Ale Akmoła to w języku Kazachów "biała mogiła". Czy przeniesiona do tego miasta w roku 1997 stolica Kazachstanu mogła się tak nazywać? Kazachowie zmienili nazwę na Astana, czyli po prostu "stolica". Pod tą nazwą miasto znane było przez niemal dwadzieścia lat. Teraz jest to już Nur-Sułtan.

Tatiana mówiła po polsku i była to polszczyzna wyniesiona z rozmów z najstarszym pokoleniem deportowanych Polaków, chociaż w jej słownictwie znalazły się sformułowania znane i z polszczyzny współczesnej. Tatiana była tłumaczką i język wyniesiony z rodzinnego domu szlifowała także na kursach języka polskiego. Śpiewny akcent kresowych Polaków dodawał jej słowom uroku:

Jak wspominał dziadek Marian ze strony taty, to było tak, że po miesiącu wyładowywano ich z wagonów w szerokim stepie, gdzie stała czerwona flaga z numerem. I powiedziano – będziecie mieszkać tu. To było jesienią. Musieli jak najszybciej zbudować dla siebie domy – tak zwane ziemianki. I w takim małym domku mieszkały dwie rodziny23.

Także według opowieści Marii Zilizieckiej deportowani jeszcze przed zimą musieli wybudować sobie jakieś domostwa. W pałatkach zimy by nie przetrwali. Zaczęli wznosić budowle prostą metodą, z materiałów, które były dostępne w stepie.

Zaczęliśmy step kopać, glinę dobywać, miesić z trawą i z tego wszystkiego robić takie samany. No, bloki takie z formy wyrabiać. Robili takie samany i z nich potem chaty stawiali. Przed zimą do tych chat zaczęliśmy się wprowadzać. Nic w nich w środku nie było. Ni pieca, ni kuchni... Sufit – jedne deski tylko i tylko dziury. Jezu kochany, jakie to te chaty były! Każdy gospodarz radził sobie, jak umiał. Przede wszystkim piec trzeba było postawić. A potem trawy i krzaków na zimę na opał nazbierać. Całą jesień po stepie chodziliśmy i krzaki rwaliśmy, trawy zbieraliśmy, by palić zimą było czym. Całe rodziny trawę zbierały24.

Wielokrotnie opowiadano mi, jak wyglądało życie na kazachskich stepach w początkowym okresie po wywózce z ziem dzisiejszej Ukrainy. Ważnym elementem tych opowieści była pamięć o restrykcjach i ograniczeniach, którym podlegali przesiedleńcy. Myślę o tym, przemieszczając się bez kłopotów po współczesnym Kazachstanie. Ci, którzy trafili tu w latach trzydziestych, byli takiej swobody pozbawieni. Przypominają mi się słowa Tatiany Sławeckiej, która czas lat trzydziestych znała z opowiadań swych krewnych:

Na początku mieszkali pod tak zwaną komendanturą. To oznaczało, że każdego wieczoru – nie wiem, o której godzinie – musieli zgłosić się do komendanta i zameldować, że są na miejscu. To się skończyło dopiero w latach pięćdziesiątych, po śmierci Stalina. Nie mieli możliwości ruszyć się gdziekolwiek, nawet do sąsiedniej wioski. Mogli przebywać tylko w tej osadzie, do której ich przydzielono lub w której się urodzili. Znam taki przypadek, gdy chłopak poszedł na randkę do dziewczyny z sąsiedniej wioski i nie wrócił na czas do swojej osady. Dostał za to pięć lat więzienia. Tylko dlatego, że nie wrócił o czasie. Takie to były warunki25.

O niemal więziennej kontroli, której podlegali deportowani, mówiła mi także Maria Ziliziecka:

Komendant w posiołku był, wszystkiego pilnował. Nigdzie prawa wyjść nie masz... Gdzie pójdziesz, już komendant za tobą – gdzie była, co robiła... Pod komendanturą byliśmy26.

Przywołuję te zapisy z wcześniejszych podróży do Kazachstanu i z każdym takim wspomnieniem jestem bliżej Karagandy. Pociąg kołysze się miarowo na zmodernizowanym już w czasach niepodległego Kazachstanu szlaku żelaznym. Ale modernizacja kolei żelaznej wiodącej przez północny Kazachstan to jedno. Za oknami widzę też pozostałości po kołchozowym życiu sowieckiej republiki Kazachstanu. Wiele na wpół zrujnowanych obór, zniszczone zębem czasu maszyny, pordzewiałe traktory, siewniki, kombajny. Te widoki przypominają mi moje pierwsze odwiedziny w Jasnej Polanie – osadzie zakładanej przez Polaków deportowanych do Kazachstanu zza Zbrucza, ale i Niemców przesiedlonych tu przymusowo z Powołża.

Przed laty, gdy byłem w Jasnej Polanie po raz pierwszy, działał tam jeszcze w formie szczątkowej miejscowy kołchoz. Kolejnym – po stworzeniu sobie elementarnych możliwości egzystencji – etapem życia deportowanych było właśnie zakładanie kołchozów i sowchozów. Przesiedleni w latach trzydziestych ludzie w krótkim czasie po przybyciu na kazachskie stepy zmuszeni zostali do tworzenia owych kolektywnych form działalności rolniczej.

O kołchozowym życiu słyszałem różne opowieści. Obraz tego życia rysowała mi w swojej opowieści między innymi Anna Gerbowska z Kokczetawy, która straciła siły i zdrowie pracując w sowieckich kołchozach, gdzie trafiła jako dziecko. Swoją opowieść zaczęła od ogólnej refleksji:

W sowieckim Kazachstanie brakowało ludzi do pracy – dlatego deportowano na kazachskie stepy Polaków. Potrzebna była siła robocza27.

Moja rozmówczyni nie mogła zrozumieć, dlaczego do pracy w kołchozach zmuszano dzieci i młode dziewczęta:

Posyłali nas do pracy na świńskich fermach28.

We wspomnieniach Anny Gerbowskiej pozostała całodobowa praca w kobiecych brygadach. Także w brygadach, które ładowały i rozładowywały ciężarówki. Moja rozmówczyni do dziś pamięta ciężar skrzynek, które kobiety musiały ładować ręcznie.

Bywało i tak, iż po całodobowej pracy trzeba było pracować kolejne godziny, bo brakowało ludzi do pracy albo nie było kolejnej brygady. Zdarzało się również i tak, że dziewczęta i kobiety po zakończeniu pracy wracały pieszo do domów odległych o kilka kilometrów od miejsca pracy, a tu przychodziło wezwanie do podjęcia kolejnej pracy albo pytanie dlaczego rzuciły pracę skoro nie ma kolejnej brygady29.

Naczelnik kierujący ludźmi będącymi pod komendanturą groził wówczas, że władze zabiorą synów do wojska lub nawet do więzienia albo zarekwirują rzeczy osobiste deportowanych. Przestraszone dziewczęta i kobiety płakały i ze łzami w oczach zapewniały, że idą do pracy. I szły znowu do roboty, by ochronić synów i braci przed poborem lub aresztem – wspominała Anna Gerbowska z Kokczetawy.

Traktory były proste i prymitywne. Nie miały reflektorów i kiedy praca odbywała się nocami, trzeba było iść przed takim traktorem z latarnią. – Moja rozmówczyni dobrze pamięta te nocne marsze z latarnią przed traktorem, który ciągnął za sobą siewnik. – Niech pan spróbuje pochodzić przed takim traktorem całą dobę30.

Pytam, czy mieli w czasach pracy w kołchozie jakieś dokumenty. W odpowiedzi słyszę pytanie:

A któżby je nam dawał? Nie mieliśmy niczego, żadnych dokumentów. Codziennie musieliśmy chodzić do naczelnika i odmeldowywać się, że jesteśmy na miejscu31.

Anna Gerbowska wraca do wspomnień związanych z pracą – pamięta, jak kobiety ładowały na ciężarówki, do ogromnych worków, ziarno do siewu. Potem te worki nosiły i przesypywały ziarno do siewników. Mechanizacji nie było.

Niczego dobrego z tamtych lat pani Anna nie pamięta...

Kiedy podrosła, władze zaczęły posyłać dziewczęta w jej wieku do innych kołchozów, a nawet do fabryk w Karagandzie. Pracowała w wielu miejscowościach w Kazachstanie, a to w Kelerowce, a to w Celinogradzie. Posyłali je jak wykluczonych. Ot, przywieźli niewolników, by budować sowiecki wówczas Kazachstan.

I tak dziewczęta i kobiety pracowały, ale jak wspomina moja rozmówczyni, władze nie płaciły im nawet kopiejki. Liczono tak zwane trudodniejki. I z tych trudodniejek wyszło, że teraz po kilkudziesięciu latach pracy Anna Gerbowska ma emeryturę o równowartości kilkudziesięciu złotych.

A przecież pani Anna pracowała w latach późniejszych jeszcze w fabryce o nazwie Kirozawod. Teraz emerytura wystarcza jej na bardzo niewiele. W jej opowieści ciągle powraca pytanie:

Dlaczego nas wysłali?

I sama sobie odpowiada:

Bo władze chciały wówczas budować sowiecki Kazachstan32.

Potem przyszedł czas, gdy władze chciały odsyłać deportowanych z powrotem, do miejsc, z których ich wywieziono. Anna Gerbowska wspomina starego człowieka, który usłyszał o kolejnym pomyśle przesiedlenia i z rozpaczą mówił: "Ja tutaj pracowałem, tutaj straciłem zdrowie, moja rodzina i moja ojczyzna jest teraz tutaj. Dokąd mam jechać? Nigdzie nie pojadę".

Ale w Jasnej Polanie zanotowałem przed laty także inną opowieść. To było podczas spotkania ze starszą kobietą, która na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku zaangażowana była w działalność kościelną. Była jedną z tych Polek, które trwały przy wierze katolickiej przyniesionej na kazachskie stepy z Podola i Wołynia. W czasach sowieckich pracowała już w miejscowym kołchozie. Wydawać by się mogło – przynajmniej z naszej perspektywy – że pamięć o tamtych kołchozowych czasach nie jest jej najmilszym życiowym wspomnieniem. Okazało się jednak, że dla tej kobiety, nazwijmy ją po prostu panią K., owe czasy jawiły się zupełnie inaczej.

Owszem, pamiętała, że pracowało się ciężko, że trud żniw był trudem niekiedy i ponad siły. Jednocześnie jednak potrafiła wspominać ów czas z prawdziwą nostalgią. Mówiła nie tylko o pracy, ale także i o tym, jak bardzo wówczas jej i jej rówieśnikom chciało się żyć, jak potrafili się bawić – śpiewać i tańczyć – po powrocie z kołchozowych pól. Jak cieszyli się, gdy w okresie zbiorów, które były zwykle źle zorganizowane, przybywali do Kazachstanu z Moskwy studenci, by wspomagać ich kołchoźniczy trud. Tak to właśnie określała – "kołchoźniczy trud".

Nie widziała ona niczego dziwnego w tym, że dla sprawnego przeprowadzenia żniw trzeba było sprowadzać do Kazachstanu studentów, którzy z Moskwy jechali tu cztery dni.

To prawda, z Moskwy do Jasnej Polany jest daleko, ale jak pięknie można się było ze studentami bawić, jak pięknie wspólnie im się śpiewało33.

Pani K. do tej pory nuciła owe pamiętne Podmoskownyje wiecziera...

W pamięci pani K. utkwiły także i inne szczegóły z sowieckiej przeszłości. Choćby odwiedziny w miejscowym kołchozie genseka, czyli sekretarza generalnego partii komunistycznej, Leonida Breżniewa. Pani K. rozmarzyła się:

Ileż to wówczas było u nas przygotowań, jak pięknie wyglądała kołchozowa osada, jakie zaopatrzenie pojawiło się w sklepie... Tak, panie... – opowiadała pani K., rozmarzając się jeszcze bardziej:

Nasze krowy dostały wówczas na pastwisku marmurowe poidła...34

Notowałem tę opowieść w trakcie mojej motocyklowej peregrynacji, która wiodła przez kraje Azji Środkowej w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, i zadawałem sobie wówczas pytanie: jak to możliwe, że ludzie z nostalgią wspominają lata sowieckiej dominacji w Kazachstanie, opowiadają o pięknym , kołchozowym życiu... Z mojego punktu widzenia opowieści o pięknie życia w kazachskich kołchozach były czymś zaskakującym, czymś, co stało w sprzeczności z wieloma opisami życia osób deportowanych, opisami, które znałem. Przekazami pochodzącymi z pierwszych lat życia tych osób w sowieckim Kazachstanie. A zatem jak skomentować to radosne wspomnienie pani K. z czasów jej młodości? Chyba tylko tak: młode lata, choćby nie wiadomo, jak były ciężkie, zawsze pozostawiają po sobie dobre wspomnienia. A chwile złe – ludzie eliminują z zakamarków pamięci. I młodzi, i starzy.

Choćby tak, jak uczyniła to Maria Ziliziecka z Tajńczy. To właśnie od rozmów z nią wiele lat wcześniej zaczynałem moje poznawanie Kazachstanu i dawnego oraz współczesnego życia deportowanych Polaków i ich potomków:

W trzydziestym szóstym, ósmym, to taka tu pszenica była...! Sama na kombajnie tę pszenicę kosiłam. Ludziom wtedy pszenicy brakowało, bo wszystko kołchoz zabierał. To ja czasem z kombajnu zlezę, zbiornik kluczem otworzę, a ludzie z workami podchodzą i pszenicę biorą. I krzyk zaraz – kto kombajn otworzył! A ja uciekam i dwanaście kilometrów do brygadira idę. Kombajn słomałsia – mówię. Naprawiać trzeba. Na drugi dzień jedziemy te dwanaście kilometrów, a tam już ani ziarenka nie ma. Wszystko ludzie rozebrali, w workach wynieśli, po domach już mają. A potem w domach kamień na kamień kładą, żarna takie robią. I młócą. A potem z tej mąki, wody, soli ciasto zamiesił, na płycie placek spiekł, czarny, przypalił się. Taki smaczny dopiero, taki dobry...

Przyjdzie człowiek na pole z takim plackiem i wesoły, bo ma co jeść... I tak przez lata było35.

Owo wspomnienie dobrych, kołchozowych lat nie było wówczas obce także innym mieszkańcom Jasnej Polany czy niedalekiego Zielonego Gaju. Oni byli przekonani, że lata działalności kołchozów były dobrym okresem w ich życiu. Może nie było to życie specjalnie bogate, ale z całą pewnością wszyscy mieli pewność jutra oraz swoiste poczucie beztroski. Przecież o wszystko troszczył się wówczas ów mityczny kołchoz. To z kołchozu otrzymywali żywność, to z kołchozu dostawali na zimę opał, to wreszcie z kołchozu pochodziły materiały budowlane, a pola złociły się łanami pszenicy. A raz na kilkanaście lat można było otrzymać putiowkę, czyli rodzaj skierowania na wczasy, na przykład nad Morzem Czarnym.

Oni już nie pamiętają, że połowy tej pszenicy nigdy nie udawało się zebrać z powodu złej organizacji pracy oraz niedostatku paliwa, że w kołchozowym sklepie dostępny był tylko jeden rodzaj pieczywa, wreszcie że wszystko było reglamentowane, a za pracę na kołchozowych polach przez długie lata otrzymywali zapłatę jedynie w naturze, nie zaś w pieniądzu. Zresztą pieniądze niespecjalnie były im potrzebne, bo niewiele można było za nie kupić, a przez lata nie wolno było także opuszczać kołchozowej osady.

O tych niedogodnościach ludzie tutejsi coraz częściej zapominają, natomiast nader często lamentują, że teraz wszystko idzie w ruinę, że pola ugorują, że nikt nie chce od nich kupować zboża i kołchozy bankrutują. Ale jednocześnie okazuje się, że o pieczywo łatwiej obecnie niż przed laty, że zaopatrzenie w sklepie jest zupełnie przyzwoite, a ogólnie żyje się łatwiej. I to jest właśnie ten paradoks, którego człowiek z zewnątrz nie jest w stanie w pełni zrozumieć. Mam nadzieję dotrzeć także w czasie tej podróży do Jasnej Polany, do Zielonego Gaju, może do Oziornoje, by dowiedzieć się, czy i jak zmieniło się spojrzenie dawnych przesiedleńców oraz ich potomków na dawne kołchozowe życie.

20 Zapis magnetofonowy z czerwca 1991 roku, z archiwum autora.

21 Zbigniew Jasiewicz..., dz.cyt.

22 Zapis magnetofonowy z czerwca 1991, z archiwum autora.

23 Zapis magnetofonowy z czerwca 2017 roku, z archiwum autora.

24 Zapis magnetofonowy z czerwca 1991 roku, z archiwum autora.

25 Zapis magnetofonowy z czerwca 2017 roku, z archiwum autora.

26 Zapis magnetofonowy z czerwca 1991 roku, z archiwum autora.

27 Zapis magnetofonowy z maja 2017 roku, z archiwum autora.

28 Tamże.

29 Tamże.

30 Tamże.

31 Tamże.

32 Tamże.

33 Zapis magnetofonowy z sierpnia 1999 roku, z archiwum autora.

34 Tamże.

35 Zapis magnetofonowy z czerwca 1991 roku, z archiwum autora.