1
Wyobraź sobie, że ktoś do ciebie dzwoni
Łagodzenie cierpień jak największej liczby nieszczęsnych biedaków jest pragnieniem głęboko ludzkim.
Henri Dunant, założyciel Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża (MKCK), zajmował się niesieniem pomocy humanitarnej
Wyobraź sobie taką sytuację: jesteś pracownikiem międzynarodowej organizacji humanitarnej działającej na obszarze ogarniętym wojną. Jako humanitarysta zachowujesz wierność zasadom Czerwonego Krzyża, jesteś więc osobą bezstronną, neutralną i niezależną. Odpowiadasz za łagodzenie ludzkiego cierpienia, niezależnie od tego, kto, gdzie i kiedy potrzebuje pomocy.
Twoje powołanie doprowadza cię tym razem do obozu uciekinierów w Darfurze. Robisz dla ofiar wszystko, co tylko możesz, ale wojskowi nadużywają twojej pomocy. Za każdą wywierconą przez ciebie studnię żądają pieniędzy, a worki ryżu, namioty i lekarstwa, które sprowadzasz drogą lotniczą, okładają niezwykle wysokimi i wymyślonymi na poczekaniu podatkami. Część dóbr, które powinny zostać przekazane potrzebującym, wykorzystują sami, a część sprzedają. Uzyskane dochody przeznaczają, między innymi, na zakup broni. Za jej pomocą zapędzają do obozów kolejnych uchodźców, lub nawet doprowadzają do śmierci innych ludzi.
Co robisz w takiej sytuacji?
A. Mimo bardzo trudnych okoliczności pozostajesz neutralny i robisz dla ofiar wszystko, co w twojej mocy.
B. Zastanawiasz się i dochodzisz do wniosku, że w takich warunkach nie da się zastosować zasad Czerwonego Krzyża, po czym się wycofujesz.
A teraz wyobraź sobie taką sytuację: jesteś człowiekiem związanym z miejscowym reżimem i robisz wszystko, żeby skorzystać z funduszy przeznaczonych na pomoc dla obozu dla uchodźców. Nagle na horyzoncie rozedrganym upałem dostrzegasz zbliżającą się chmurę pyłu. Okazuje się, że pył podniosła karawana białych samochodów terenowych. Samochody zatrzymują się przed bramą obozu. Szyby land cruiserów zostają opuszczone i na zewnątrz wychylają się głowy polityków z Waszyngtonu, Nowego Jorku i Hagi. Słyszysz aroganckie oświadczenie: od tej pory działania międzynarodowych organizacji humanitarnych w obozie, finansowane przez zachodnich polityków, zależą od twojej motywacji i wkładu w powstrzymanie przemocy w tym regionie oraz ukrócenie kradzieży środków pomocy. Szyby w samochodach zostają zasunięte, orszak zawraca i trzęsąc się na wybojach, znika w końcu na horyzoncie.
Co robisz w takiej sytuacji?
A. Kładziesz kres przemocy i przestajesz kraść.
B. Niech sobie gadają. Bez udzielanej przez inne państwa pomocy finansowej uchodźcy umarliby z głodu, a fundatorzy do tego nie dopuszczą.
A teraz ponownie wczuj się w rolę pracownika organizacji humanitarnej. Przysłuchiwałeś się tej całej rozmowie. Mimo że karawana przedstawicieli ofiarodawców rządowych jeszcze nie zniknęła z pola widzenia, przedstawiciele reżimu natychmiast zabierają się do grabienia twoich środków przeznaczonych na pomoc, a uzbrojeni żołnierze zapędzają do obozu kolejnych uchodźców.
Co robisz w takiej sytuacji?
A. Dalsze przestrzeganie zasad Czerwonego Krzyża jest niemożliwe. Dzwonisz do Waszyngtonu, Nowego Jorku i Hagi i oznajmiasz sponsorom, że powinni przykręcić kurek, a potem bierzesz nogi za pas i udajesz się gdzie indziej, aby pomagać ofiarom wojny.
B. Wystarczy, że uratujesz choć jedno ludzkie życie. Pomoc, nawet niewielka, jest zawsze lepsza niż nic, dlatego pozostajesz wierny wyznawanym zasadom. Dzwonisz do swojego dostawcy dóbr, aby zamówić dodatkowe racje żywnościowe i leki, które uzupełnią skradzione zapasy. Prosisz o pośpiech, gdyż z każdym dniem rośnie liczba uchodźców, których musisz nakarmić.
Wynieść się czy za wszelką cenę nadal udzielać pomocy. To odwieczny dylemat. Już Florence Nightingale i Henri Dunant -pierwsze osoby, które zajęły się niesieniem pomocy na międzynarodową skalę - prezentowali radykalnie sprzeczne poglądy na temat tego, jakiego wyboru należy dokonać w takiej sytuacji. Nightingale była przekonana, że jeśli strony prowadzące wojnę odnoszą korzyść z pomocy, to jej udzielanie mija się z celem. Henri Dunant święcie wierzył w obowiązek pomagania niezależnie od okoliczności.
Dunant urodził się w Szwajcarii, ostoi ortodoksyjnego kalwinizmu. Pracował w Genewie jako bankier i człowiek interesu. W 1859 roku, kiedy Włochy i Francja toczyły wojnę z Austrią, stał się świadkiem bitwy pod Solferino. Spośród trzystu tysięcy mężczyzn i młodzieńców walczących na włoskim froncie, rozciągniętym na linii dwudziestu pięciu kilometrów, śmierć poniosło czterdzieści tysięcy. Kolejnych czterdzieści tysięcy Włochów, Francuzów i Austriaków zostało rannych. Pozostali na polu bitwy, a większość zakończyła tam życie.
W książce, którą Dunant opublikował trzy lata później, Un souvenir de Solferino [Wspomnienie Solferino], opisuje widok z następnego ranka po walce: "Pole bitwy było pokryte ciałami ludzi i koni; drogi, okopy, doliny, krzaki i otwarte pola były nimi usiane. [...] Mężczyźni z otwartymi, już zainfekowanymi ranami odchodzili od zmysłów z powodu bólu. Mieli twarze czarne od much, które roiły się wokół ich ran. Rozglądali się dookoła dzikim wzrokiem. Inni stanowili nierozpoznawalną masę mundurów, koszul, mięsa i krwi. Błagali, aby wyzwolić ich z cierpienia. Nawet oficerów męczyło tak straszliwe pragnienie, że pili wodę z kałuż czerwonych od krwi".
Ranni żołnierze austriaccy opowiadali Dunantowi, że zostali wysłani na pole walki po długim marszu w upale. Nie pozwolono im odpocząć, nie dano nic do jedzenia czy picia poza racją brandy. Żołnierze francuscy również maszerowali w kierunku frontu przez wiele dni. Rano przed walką dostali jedynie kubek kawy.
Ponieważ brakowało lekarzy wojskowych, bandażowaniem rannych i pojeniem ich wodą zajęli się mieszkańcy wiosek i miasteczek z okolic Solferino. Wolontariusze ci przeciągali ocalałych żołnierzy do stajni, obór, kościołów i klasztorów, a następnie asystowali garstce miejscowych lekarzy przy amputowaniu kończyn. W tych okolicznościach jakakolwiek bardziej zaawansowana pomoc medyczna była niemożliwa.
Dunant pisał: "Co kwadrans przybywali nowi ranni, a brak pomocników stawał się coraz bardziej dotkliwy". Udało mu się jednak zgromadzić grupę ochotników; w przeważającej mierze były to kobiety. "Sam podjąłem się opieki nad pięćdziesięcioma żołnierzami, których przyniesiono do kościoła. Na zewnątrz, na sianie, leżało jeszcze ze stu. Kobiety chodziły między nimi z dzbankami i butelkami napełnionymi czystą wodą, aby ugasić ich pragnienie".
Dunant zorganizował również kociołki z zupą i zaopatrzył ochotników w wielkie bele bawełny, której mogli używać do przemywania ran. Polecił, aby z nieco dalej położonego miasta ściągnięto na jego rachunek leki, koszule, pomarańcze i tytoń.
Dunant wierzył w zasadę tutti fratelli - wszyscy jesteśmy braćmi. Udało mu się przekonać swoich pomocników, aby pomagali wszystkim rannym, również Austriakom. W kolejnych dniach każdy "szlachetny filantrop" oraz kobiety z utworzonych na tę okoliczność "komitetów" przyjęli za punkt honoru otoczenie opieką określonej liczby potrzebujących.
W promieniu wielu kilometrów wszystkie domy zamieniono w niewielkie szpitale. Ludzie przynosili zupę, pisali w imieniu umierających żołnierzy listy pożegnalne do ich rodzin i dodawali im otuchy, poklepując zakrwawione dłonie. Dunant pisał, że jego pomocnicy mieli wprawdzie dobre zamiary, ale byli jedynie "odosobnionymi entuzjastami", którzy podejmowali "rozproszone wysiłki". Mieszkańcy okolicznych miast nie wiedzieli, jak należy opiekować się poszkodowanymi, i przynosili do kościołów i szpitali żywność, która często była dla rannych nieodpowiednia. Takie osoby chętne do pomocy trzeba było zatrzymywać przed drzwiami, dlatego "wielu przygotowanych na to, by posiedzieć przy pacjentach godzinę, dwie, przestało podejmować wysiłki w tym kierunku, kiedy wymagało to ubiegania się o pozwolenie. [...] Ci, którzy znali się na rzeczy, nie mieli czasu na udzielanie rad i instruowanie innych, chociaż bardzo tego potrzebowaliśmy. A większość, która chciała wykonywać tę pracę z potrzeby dobrego serca, nie dysponowała odpowiednią wiedzą ani doświadczeniem, dlatego ich wysiłki pozostawały nieadekwatne i często nie przynosiły rezultatów".
Po tygodniu entuzjazm ochotników, początkowo ogromny, zaczął tracić na sile. Ludzie poczuli się wyczerpani.
"Ach - wzdychał Dunant - jakże cenne byłoby dysponowanie setkami doświadczonych i wykształconych wolontariuszy! Taka grupa uformowałaby rdzeń, wokół którego można by zorganizować skąpe zasoby pomocy".
Po powrocie do Szwajcarii Dunant prowadził kampanię na rzecz utworzenia takiego prywatnego ruchu. W propozycji skierowanej do potencjalnych ofiarodawców argumentował, że cechą działalności nowej organizacji byłyby nie tylko humanitaryzm i duch chrześcijański, ale także, że skorzystałaby na niej kasa państwa. Przekonywał, iż "zmniejszenie liczby żołnierzy-inwalidów oznaczałoby oszczędności w wydatkach rządu, zobowiązanego do zapewnienia im emerytury".
*
I właśnie ten ostatni argument spowodował, że inna wielka zwolenniczka humanitaryzmu tamtych czasów, brytyjska pielęgniarka Florence Nightingale, uznała plan Dunanta za bezwartościowy. Nightingale uważała, że im większe koszty generuje prowadzenie wojny, tym szybciej zostaje ona zakończona. Wysiłki ochotników, które przyczyniają się do zmniejszenia kosztów ponoszonych przez ministerstwa wojny, ułatwiają jedynie państwom częstsze angażowanie się w działania wojenne oraz je przedłużają.
W 1854 roku, pięć lat przed bitwą pod Solferino i doświadczeniami Duanta z nią związanymi, Nightingale zareagowała na apel brytyjskiego ministra wojny, aby wspomóc chorych i rannych żołnierzy walczących w wojnie krymskiej. Minister znalazł się bowiem pod ostrzałem gazet brytyjskich, ponieważ żołnierze na froncie nie otrzymywali wystarczającej pomocy.
Razem z zespołem trzydziestu siedmiu wyselekcjonowanych przez siebie i wyszkolonych kobiet Nightingale wyruszyła do brytyjskich koszar Scutari położonych w azjatyckiej części Stambułu. Funkcję szpitala polowego musiały pełnić przepełnione, cuchnące, pokryte zaciekami salki. Na łóżkach bez pościeli i koców leżeli nieumyci żołnierze, pozostawieni w brudnych mundurach. Wstrząśnięta Nightingale szybko odkryła, że narażeni na długotrwałe, złe warunki atmosferyczne oraz niedożywieni żołnierze byli na wpół żywi, zanim jeszcze zostali ranni. Zaledwie jeden na sześć zgonów w Scutari był następstwem odniesionych ran; przyczyną pięciu pozostałych były cholera, dyzenteria, tyfus oraz zakażenia.
Nightingale przedstawiła wyższym oficerom propozycje poprawy higieny w szpitalu, ale nie spotkały się one z entuzjastycznym przyjęciem. Opowiedziała zatem o sytuacji w szpitalu polowym dziennikarzowi z brytyjskiej gazety "The Times". Londyńscy czytelnicy zareagowali oburzeniem i zażądali podjęcia środków zaradczych. Nightingale natychmiast otrzymała pozwolenie na wprowadzenie zmian i uzyskała fundusze, o które zwróciła się do ministerstwa.
Liczba zgonów w koszarach natychmiast spadła, lecz żołnierze, którzy dzięki Nightingale wyzdrowieli, musieli wrócić na front. Wielu poniosło tam w końcu śmierć.
Nightingale uświadomiła sobie, że bez jej pomocy wojna szybciej dobiegłaby końca. Wcześniej zabrakłoby żołnierzy zdolnych do walki, a minister wojny miałby zdecydowanie większe trudności z rekrutowaniem nowych sił. Jeśli mężczyźni byliby świadomi, że ranni nie mogą liczyć na opiekę, to chętniej szukaliby innego zajęcia.
Po powrocie do Anglii Nightingale dowiedziała się o podjętej przez Dunanta w Szwajcarii akcji na rzecz utworzenia międzynarodowej organizacji ochotników niosących pomoc rannym żołnierzom. Zareagowała niechęcią i gniewem. Dunant próbował w swoim liście przekonać ją, że jego inicjatywa jest niezbędna. Pisał, że także i jego zdaniem to przede wszystkim ministerstwo wojny odpowiada za opiekę nad chorymi i rannymi żołnierzami, ale nawet w najlepiej zorganizowanych armiach tę pomoc zapewnia się w niewystarczającym stopniu. Nightingale odpowiedziała ostro, że "jeśli obowiązujące reguły [ministerstw wojny] są niewystarczające, to trzeba je zmienić".
Dunant był zdeklarowanym wielbicielem "panny Nightingale", lecz jej dezaprobata nie powstrzymała go przed działaniem. W 1863 roku, dziewięć lat po wojnie krymskiej i cztery lata po bitwie pod Solferino, Dunant założył w Genewie razem z innymi notablami Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża (MKCK; angielska nazwa: International Committee of the Red Cross, ICRC). Wszystkie działające obecnie zachodnie organizacje pomocy humanitarnej wywodzą się z MKCK. "Humanitarne" zasady regulujące działalność MKCK zostały potwierdzone w konwencjach genewskich.
Podstawą humanitaryzmu jest obowiązek bezwarunkowego ulżenia ludziom w cierpieniach. Organizacje humanitarne, które podpisują się pod płynącymi z humanitaryzmu zasadami Czerwonego Krzyża, przyrzekają zachować neutralność (odżegnanie się od współpracy z jedną ze stron), bezstronność (udzielanie pomocy wszędzie tam, gdzie jest potrzebna) oraz niezależność (od interesów geopolitycznych, militarnych albo innego rodzaju). Pomocy humanitarnej udziela się wszystkim, wszędzie i zawsze.
Nightingale stwierdziła, że to absurd. "Coś podobnego mogło powstać tylko w takim państewku jak Szwajcaria, która nigdy nie zetknęła się z wojną". W sierpniu 2006 roku konwencje genewskie zostały podpisane przez Nauru i Czarnogórę. Od tej pory zasady zawarte w tym dokumencie są uznawane we wszystkich krajach na świecie - w stu dziewięćdziesięciu czterech państwach. Nigdy wcześniej zasady Czerwonego Krzyża nie spotkały się z tak powszechną akceptacją. Nigdy też nie istniało tak wiele organizacji pomocy humanitarnej. Określa się je skrótem NGO od Non-Governmental Organization (organizacja pozarządowa) albo INGO od International Non-Governmental Organization (międzynarodowa organizacja pozarządowa), jeśli działają na skalę międzynarodową. Organizacje te są niezależne i neutralne, nie wiążą się z żadnym rządem. Razem tworzą one "społeczność humanitarną" działającą w "przestrzeniach humanitarnych", czyli enklawach powstających na obszarach ogarniętych wojną, w których udzielanie pomocy ofiarom wykracza poza wszelkie interesy militarne i polityczne. Ofiary to ofiary, niezależnie od przyczyn konfliktu i jego następstw.
W ciągu stu pięćdziesięciu lat, które upłynęły od utworzenia MKCK, zasady pozostały takie same, ale wojny i przestrzenie humanitarne całkowicie się zmieniły. W czasach Dunanta wojny toczyły się na polach bitewnych, a niemal wszyscy zabici i ranni byli żołnierzami. Sto lat później, po zakończeniu drugiej wojny światowej, postanowiono zastosować zasady Czerwonego Krzyża również w udzielaniu pomocy cywilom poszkodowanym w toku działań wojennych. Stali się oni celem militarnym, na przykład podczas bombardowań miast i wsi, obiektem prześladowania oraz przedmiotem programów eksterminacji ludności. W drugiej wojnie światowej zginęło mniej więcej tyle samo żołnierzy, co cywilów. Współcześnie aż dziewięćdziesiąt ze stu osób poległych w czasie wojen to cywile, a niemal wszystkie wojny to wojny domowe, których nie prowadzą armie różnych krajów, ale we własnej ojczyźnie angażują się w nie zbrojne oddziały ludowe, ruchy separatystyczne, powstańcy i rebelianci. Armie rządowe często reprezentują w tych wojnach tylko jedną ze stron, których zazwyczaj jest wiele.
Obecne przestrzenie humanitarne, w których społeczność humanitarna usiłuje złagodzić ludzkie cierpienie, znajdują się w takich krajach, jak Irak i Afganistan, gdzie toczy się brutalna i długotrwała walka, oraz w Kongu, Somalii, Sierra Leone, Etiopii i Sudanie, miejscach przypominających piekło, ponieważ walczące tam strony dążą do wymordowania jak największej liczby obywateli oraz wypędzenia z miejsca zamieszkania wszystkich tych, którym udało się przeżyć. Przestrzenie humanitarne często same są polami walki, gdyż wokół organizacji niosących pomoc gromadzą się obywatele danego kraju.
W zasadzie organizacje humanitarne nadal prowadzą działalność, pomagając wszędzie i wszystkim, bez względu na okoliczności, ale same narażają się przy tym na niebezpieczeństwo i wystawiają na łaskę ludzi, którzy prowadzą wojnę. Tragizm pięknych zasad Czerwonego Krzyża polega na tym, że nie można ich wyegzekwować. "Zwracanie się do walczących stron z prośbą o respektowanie zasad humanitarnych w czasie wojny domowej przypomina proszenie bandy rozbójników ulicznych o trzymanie się reguł walki bokserskiej. Jedna z ofiar wojny afgańskiej w Kabulu stwierdziła: "To wszystko jest nie tylko absurdalne, ale też pozbawione jakiegokolwiek znaczenia""[1].
Czy INGO powinny nadal zdecydowanie pomagać, jeśli walczące strony wykorzystują tę pomoc udzielaną w przestrzeniach humanitarnych dla siebie, a jednocześnie przeciwko swoim wrogom, przedłużając tym samym wojnę? Czy może powinny opuścić takie miejsce? Co jest na dłuższą metę bardziej okrutne?
Dylemat Dunanta i Nightingale jest dzisiaj bardziej aktualny niż kiedykolwiek.
Po drugiej wojnie światowej, w trakcie zimnej wojny, obszary ogarnięte konfliktami były w mniejszym lub większym stopniu niedostępne dla prywatnych organizacji humanitarnych. Świat był podzielony na Wschód i Zachód, a granice obszarów ogarniętych konfliktem podlegały kontroli jednego albo drugiego mocarstwa. INGO docierały wówczas przede wszystkim do obozów dla uchodźców mieszczących się na peryferiach obszarów ogarniętych wojną, ale nie mogły bardziej zbliżyć się do ognisk zapalnych konfliktów.
Od 1989 roku, od upadku muru berlińskiego, zmieniła się natura wojen i tym samym pozycja organizacji humanitarnych. Supermocarstwa wycofały się z wielu obszarów. Walczące strony same zaczęły określać, kiedy i na jakich warunkach organizacje uzyskają dostęp do ofiar. Od tego czasu liczba organizacji niosących pomoc na terenach ogarniętych wojną lawinowo się zwiększyła. W latach osiemdziesiątych w obozach dla uchodźców z Kambodży, znajdujących się w pobliżu granicy z Tajlandią, pracowało "zaledwie" mniej więcej czterdzieści międzynarodowych organizacji pozarządowych. Piętnaście lat później, w latach 1994-1995, wojna w byłej Jugosławii przyciągnęła już dwieście pięćdziesiąt takich organizacji. Popularne przestrzenie humanitarne mogą oczekiwać, poza przybyciem międzynarodowych organizacji, pojawienia się przeciętnie dziesięciu innych, działających pod egidą Organizacji Narodów Zjednoczonych, oraz dosłownie niezliczonych miejscowych inicjatyw. MKCK szacuje, że obecnie w wypadku katastrofy o dużym zasięgu zgłasza się średnio tysiąc państwowych i międzynarodowych organizacji humanitarnych. Nie dziwi nas jednak, jeśli jest ich dwukrotnie więcej, tak jak w Afganistanie w 2004 roku.
Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (United Nations Development Programme, UNDP) szacuje, że istnieje ponad trzydzieści siedem tysięcy międzynarodowych organizacji pozarządowych. Na amerykańskim uniwersytecie Johna Hopkinsa obliczono, że gdyby wszystkie organizacje niosące pomoc: pozarządowe, krajowe i międzynarodowe, od miejscowych garkuchni po międzynarodowe organizacje reagujące, kiedy pojawia się poważny kryzys, stworzyły jeden kraj, to byłby on piątą co do wielkości siłą ekonomiczną na świecie.
Państwa oferujące pomoc, zjednoczone w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (Organization for Economic Co-operation and Development, OECD), przeznaczają łącznie na ogólnie pojętą pomoc rozwojową około stu dwudziestu miliardów dolarów rocznie. W wypadku pomocy humanitarnej udzielanej w sytuacjach kryzysowych - można to porównać do pogotowia działającego w razie wojen i katastrof - ta kwota wynosi sześć miliardów dolarów rocznie, nie licząc dodatkowych pieniędzy, na przykład funduszy na rzecz ofiar tsunami lub bezpośredniej pomocy udzielanej żołnierzom w krajach walczących z terroryzmem. Dochodzą do tego setki milionów z corocznych zbiórek przeprowadzanych w kościołach, zakładach pracy, stowarzyszeniach, na ulicach oraz z najróżniejszych spontanicznych, podnoszących na duchu inicjatyw miejscowych. Wokół pomocy humanitarnej powstał cały przemysł - podróżujące wraz ze strumieniami pieniędzy karawany organizacji, które w zmieniających się nieustannie przestrzeniach humanitarnych konkurują ze sobą o jak największy udział w tych miliardach.
Również dla walczących stron pieniądze i dobra dostarczane przez organizacje humanitarne są biznesem. Pomoc stała się stałym elementem strategii wojennych. Prowadzący wojnę starają się, aby strona przeciwna uzyskała jej jak najmniej, natomiast oni - jak najwięcej.
Humanitaryści tymczasem zasłaniają się zasadami Czerwonego Krzyża, chociaż często są one łamane przez gubernatorów wojskowych, generałów, sprawców rozruchów, przywódców rebeliantów, oddziałów powstańczych, ruchów separatystycznych, bojówkarzy i międzynarodowych grup terrorystycznych, a także przez głównych funkcjonariuszy reżimu, najemników czy bojowników o pokój. Organizacje pozarządowe, krajowe lub międzynarodowe, nie biorą żadnej odpowiedzialności za niewłaściwe wykorzystanie udzielanej przez nie pomocy.
Sprawnie działające operacje humanitarne na ogromną skalę przeprowadzane przez MKCK na piaszczystych i kamiennych pustyniach Półwyspu Somalijskiego (zwanego również Rogiem Afryki) i te prowadzone przez agendy Wysokiego Komisarza ONZ-etu ds. Uchodźców (United Nations High Commissioner for Refugees, UNHCR) na południe od Sahary, indywidualna misja pomocy na motorowerze ze strzelającym gaźnikiem w Rwandzie, szybkie interwencje Oxfamu na liniach frontu w surowych, górzystych rejonach Afganistanu i te pod egidą Lekarzy bez Granic (Médecins sans Fronti?res) w Etiopii, statki-kliniki teksaskiej organizacji Mercy Ships, które w imię Chrystusa przybijają do wybrzeży krajów Afryki Zachodniej ogarniętych wojną domową... Między przestrzeniami humanitarnymi przemieszcza się, pozornie jednomyślnie, orszak organizacji niosących pomoc humanitarną. W tej książce wyruszymy razem z nimi w wędrówkę prowadzącą od przepełnionych, cuchnących obozów dla uchodźców, wzdłuż punktów dystrybucji żywności na obszarach dotkniętych klęską głodu, aż do zbombardowanych wiosek i miast oraz sierocińców dla sierot wojennych.
W nieunikniony sposób narzuca się pytanie: skoro pomoc jest elementem strategii wojennych, to czy w takim razie organizacje humanitarne mogą twierdzić z pełną odpowiedzialnością, że są neutralne?
Łatwiej zrozumiemy powyższy dylemat, jeśli cofniemy się wraz z tym pytaniem w przeszłość, do strasznego epizodu z naszej europejskiej historii.
Wyobraź sobie taką sytuację: jest rok 1943. Udzielasz pomocy humanitarnej jako członek międzynarodowej organizacji. Dzwoni telefon. To faszyści. Zezwalają ci na niesienie pomocy w obozach koncentracyjnych, ale to zarządcy obozów zadecydują, w jakiej mierze twoja pomoc trafi do personelu, a w jakiej - do więźniów.
Co robisz w takiej sytuacji?
Jeśli wiesz, jak w praktyce działa piąta co do wielkości siła ekonomiczna na świecie, to udzielisz tej pomocy.