Opowiadaczka gorszego sortu
1
Świat, w którym się wychowałam, dzielił się na dwie części. Byli w nim polscy i ruscy. "Polski" znaczyło "katolik", "ruski" - "prawosławny". Gdy pytano sąsiadkę, czy narzeczony jej córki jest polski czy ruski, wiadomo było, że chodzi o wyznanie.
Te dwa światy współistniały obok siebie. Ludzie mieszkali przez płot, razem szli w pole, kupowali na spółkę pług czy siewnik albo pożyczali sobie szatkownicę do kapusty. W niedziele jedni modlili się w cerkwi, drudzy w kościele, a Boże Narodzenie oraz Wielkanoc obchodzili w innym czasie. Po latach, gdy tutejszą wielokulturowość zredukowano do roli produktu, podwójne święta stały się atrakcją turystyczną. Ale dla nas były one raczej barometrem aktualnych stosunków. Uważnie przyglądano się, czy w naszą Wigilię sąsiedzi powstrzymują się od pracy albo co nasi robią w ich święta. Wywożenie obornika lub piłowanie drewna uznawano za demonstrację wrogości. Zresztą gdy w jakiejkolwiek wiosce zapyta się dziś o polsko-ruskie relacje, starsi mieszkańcy zwykle zaczynają rozmowę właśnie od wzajemnego uszanowania świąt.
Częścią współistnienia było napięcie. Przekonanie, że jakkolwiek dobre stosunki łączyłyby polskich i ruskich, najważniejsza pozostaje przynależność do swoich. Były też zadawnione pretensje oraz podejrzenia, że nie zajmujemy równoważnych pozycji we wspólnym świecie, że oni na pewno mają lepiej. Między sobą o tym nie rozmawiano, chyba że podczas kłótni, ale wtedy wymieniano inwektywy, nie argumenty. Gdy panowała zgoda, temat polskości i ruskości wydawał się prawie nieobecny.
Mój świat był ruski. To kolonia Knyszewicze w gminie Szudziałowo w powiecie sokólskim - otoczona lasami dolina, w której rozrzuconych było osiem gospodarstw, a kilka innych kryło się za górkami. Do wsi mieliśmy ponad trzy kilometry, trochę bliżej było do szosy Sokółka-Krynki z przystankiem PKS, skąd jechałam z mamą i siostrami do Kuźnicy na rocznicę śmierci dziadka Aleksandra. "Mamine dziedzictwo" - Łosośna Wielka, gdzie mieszkali babcia i wujek z rodziną, oraz dom cioci Ludy w Kuźnicy - także należały do mojego świata. Boże Narodzenie obchodziliśmy na początku stycznia. Było to zupełnie naturalne i oczywiste. Wprawdzie 25 grudnia jechaliśmy na święta do wuja Jasia i cioci Ludy, ale na tę "prawdziwą" Wigilię czekaliśmy jeszcze dwa tygodnie. Musiałam zdawać sobie sprawę z perspektywy szerszej niż rodzinna i sąsiedzka, może nawet docierało do mnie, że jesteśmy mniejszością. Mieliśmy w domu telewizor, a dzięki niemu dostęp do oficjalnej państwowej kultury. A ta, choć niby komunistyczna, była przecież katolicka. Oglądając filmy czy inne programy, nie miałam co do tego wątpliwości. Tyle że we wczesnym dzieciństwie zwykle nie wywołuje to szczególnych refleksji.
Mój świat zaczął się gwałtownie rozszerzać, gdy poszłam do szkoły w Sucheniczach. Tak oficjalnie nazywała się ta wieś, choć wszyscy mówili z białoruska: Suchiniczy (z akcentem na drugą sylabę). Przed wojną pisało się: Suchinicze; po 1989 roku tutejsza społeczność próbowała przywrócić starą nazwę, ale zamiast niej wprowadzono nową: Suchynicze, brzmiącą mniej białorusko. Szkoła stała właściwie na terenie Chmielewszczyzny, małej wsi ciągnącej się wzdłuż drogi, która prowadziła na moją kolonię Knyszewicze. Chmialeuszczyna - tak do dziś mówi się w okolicy, po 1989 roku jednak oficjalną nazwę zmieniono na Chmielowszczyzna, choć nikt z miejscowych nie potrafi wyjaśnić mi dlaczego.
Do szkoły oprócz dzieci z obu tych mieszanych wyznaniowo wsi chodziliśmy my - prawosławni z kolonii Knyszewicze - oraz dzieci z katolickich Horczaków. Nasze kontakty nie były niczym niezwykłym. Ot, zwyczajne dzieciaki. Ci z Horczaków też mieli daleko, docieraliśmy na lekcje w tak samo ubłoconych butach, podobnie zmarznięci albo przemoknięci. Zimą brnęliśmy do domu przez zaspy i zazdrościliśmy miejscowym, że w tym czasie zjeżdżają sankami "na jamach" przed suchenicką mleczarnią. W szkole nie było jeszcze lekcji religii, ale i tak wszyscy wiedzieli, kto jest kim. Katolickie święta były wolne z urzędu, na nasze wszyscy dostawaliśmy dwa dni, które potem odpracowywaliśmy w soboty.
Jeszcze zanim poszliśmy do szkoły, wiedzieliśmy, że różni nas język: polscy mówili po polsku, ruscy po rusku, czyli po prostu, w gwarze białoruskiej. Nasiąkliśmy tym przekonaniem tak mocno, że nie zauważaliśmy, jak bardzo nie przystaje ono do rzeczywistości. My, dzieciaki urodzone w połowie lat siedemdziesiątych, właściwie byłyśmy już polskojęzyczne. Ale białoruski wciąż rozbrzmiewał wokół; prawie wszyscy dorośli, nie tylko ruscy, rozmawiali w nim na co dzień. Wystarczyło pojechać w poniedziałek na rynek do Sokółki, by usłyszeć, że i katolik z Horczaków, i prawosławny z Knyszewicz, i Tatar z Bohonik targują się po prostu. Tatarzy, skupieni w kilku wsiach w gminach szudziałowskiej i kryńskiej, tego dwupodziału świata zresztą nie zakłócali. Gdy jednak ci sami ludzie szli do ośrodka zdrowia czy do urzędu, automatycznie przechodzili na polski. Wcześniej bywało, że nawet tam mówili po prostu, ale urzędnicy patrzyli krzywo, a pielęgniarki upominały matki, że do dzieci trzeba po polsku. I rzeczywiście, w moim pokoleniu rodzice tak się do nas zwracali. Owszem, znaliśmy ten codzienny białoruski, choć mało kto tak go nazywał. Ale wiedzieliśmy, że gdy odezwiemy się w nim w szkole, wszyscy będą się z nas śmiać, a nauczyciel w dodatku skarci. Opowiadaliśmy sobie anegdoty, jak komuś wyrwało się na lekcji, że żywot go boli. "Żywot" (z akcentem na ostatnią sylabę) to po białorusku "brzuch". Kogoś innego popiekła krzepiwa - tak próbował spolszczyć "krapiwu", "pokrzywę". Bohaterami tych anegdot zawsze były ruskie dzieci. Bo polskie od urodzenia mówiły po polsku, uchodziło to za oczywiste.
Byliśmy nadzwyczaj wyczuleni językowo. Do dziś pamiętam, jak w drugiej albo trzeciej klasie poszliśmy na wycieczkę i ktoś z Horczaków krzyknął do kolegi:
- O, unej, twój tata orze.
- Unej? - zdziwiliśmy się.
Owszem, rozumieliśmy, co to znaczy - "tam"; u nas mówiło się "un". Ale skąd wzięła się ta pozostałość ruskiego języka u naszych horczackich kolegów?
Minęło wiele lat, zanim zaczęło do mnie docierać, jak to z tym językiem było. Chyba już po studiach przeczytałam, że pochodzący z Sokólszczyzny ksiądz Popiełuszko do trzynastego roku życia w ogóle nie mówił po polsku, tylko jak cała okolica rozmawiał po prostu. Nie mogłam tego zrozumieć. Dla nas Suchowola i wsie na północny zachód od Sokółki uchodziły za szczyt polskości nieskalanej niczym, co ruskie. Później u Włodzimierza Pawluczuka, pochodzącego spod Zabłudowa socjologa i antropologa, wyczytałam, że ludność z tej części Sokólszczyzny jeszcze na początku XX wieku była etnicznie białoruska i mówiła po białorusku, ale jako katolicka coraz częściej identyfikowała się z polskością, zwłaszcza po odrodzeniu państwa polskiego. W końcu, by dołączyć do polskiej kultury narodowej, musiała w oficjalnym użyciu porzucić dotychczasowy język i wszystko z nim związane: pieśni, obrzędy, przysłowia. Tę zmianę otoczyło silne tabu, niepozwalające dostrzegać realnych zdarzeń, jak posługiwanie się przez katolików prostym na rynku w Sokółce czy owo "unej" w ustach naszych horczackich kolegów.
Ten porzucany język stawał się śmieszny. Można nim było zawstydzić zwłaszcza nas, ruskie dzieci. Ale procesu zmiany kulturowej w ogóle nie zauważaliśmy. Wiązaliśmy to wyłącznie z wiejskością, także pogardzaną. Językiem "lepszego świata", do którego wszyscy aspirowaliśmy, był polski, który nikomu nie wydawał się śmieszny. Można było co najwyżej kpić z nieudolności tych, co przyjeżdżając na wieś, polszczyli, udając już miastowych.
2
"Ty kacapie!", "ty kacapko!". Tak najłatwiej było obrazić ruskich. "Kacap" stanowił inwektywę ciężkiego kalibru. Że to określenie dotyczy nas, wiedziałam od kołyski. Wszyscy to wiedzieli. Młodych wyjeżdżających uczyć się do miast przestrzegano, że jeśli nie chcą zostać kacapami, muszą ukrywać swoje wyznanie. Bo jeśli w technikum czy liceum poproszą o zwolnienie z lekcji na Wigilię, mogą usłyszeć, że to kacapskie święta. Wiele osób o nie rzeczywiście nie prosiło i zwyczajnie szło wtedy do szkoły.
Gdy w 1982 roku zaczynałam suchenicką podstawówkę, to słowo jeszcze w niej pobrzmiewało. Raz trochę starszy chłopak przezwał tak i mnie. Ale z roku na rok wszystko coraz bardziej się zmieniało. Tutejsze wsie starzały się i wyludniały, klasy były coraz mniejsze, liczyły po siedem, pięć, a nawet trzy osoby. Jeszcze kilka lat wcześniej były dwudziestoosobowe, a nawet większe. Potem w szkole zrobiło się ciszej i spokojniej. O wybrykach roczników sprzed dziesięciu lat - alkoholu, papierosach, pyskówkach na lekcjach, przemocy, także wobec nauczycieli - słuchaliśmy z niedowierzaniem. W porównaniu z niedawnymi absolwentami byliśmy dziecinnie grzeczni. Napięcia wyznaniowe również jakby osłabły i określenie "kacap" prawie zniknęło. Choć gdy teraz o tym myślę, w głowie automatycznie pojawia mi się taka scena - ktoś mówi: "Zobacz, kapie", zadzierasz więc głowę i słyszysz: "Ty durny kacapie". Rozlega się śmiech. Nie wiem, skąd to znam; brzmi szkolnie, choć nic konkretnego sobie nie przypominam.
Bardzo wyraźnie pamiętam za to złość, gdy zorientowałam się, że na "kacapa" nie da się odpowiedzieć. Szukałam obelgi o podobnej sile rażenia wobec katolików, naradzałam się ze starszymi siostrami i koleżankami. Może "szlachta"? Znałam to słowo: gdy wykręcałam się od sprzątania albo byle jak pozmywałam, mama złościła się, że jestem szlachcianką. Nie miałam pojęcia, co ta "szlachta" naprawdę znaczy i że Horczaki to dawny zaścianek. Spróbowałam kiedyś użyć tego słowa jako obelgi w szkolnym konflikcie, ale nie zrobiło to żadnego wrażenia.
W końcu ktoś podpowiedział mi słowo "miacieżnik". Nie wiedziałam, że pochodzi ono od rosyjskiego "miatieżnika" (buntownika) i że tak określani byli polscy powstańcy z okresu zaborów. Nie uświadamiałam sobie też, że "kacap" to polskie przezwisko na Rosjan z tych samych czasów. W innych niż Podlasie rejonach Polski jest ono zresztą wciąż w tym znaczeniu żywe, a po rosyjskiej agresji na Ukrainę w 2022 roku zaczęło być powszechnie używane w mediach społecznościowych. Wtedy, w latach osiemdziesiątych, niekojarzącego się z niczym słowa "miacieżnik" próbowałam uczyć koleżanki. Choć byliśmy w klasie zgrani i raczej się nie wyzywaliśmy, musiałyśmy czuć, że ta najcięższa wobec prawosławnych obelga może kiedyś paść i że potrzebujemy obrony. Ale "miacieżnik" nie miał siły rażenia "kacapa". Przezwany raczej nie zrozumiałby znaczenia i zamiast się obrazić, spojrzałby zdziwiony. Dziś wiem, że byłam wtedy bez szans. Bo tu chodzi nie o słowo, ale o to, co socjologowie nazywają relacją władzy i przemocą symboliczną. Że dominująca grupa społeczna stawia drugą, należącą do mniejszości, w pozycji gorszej także poprzez kulturę oraz język, a wobec tych, którzy próbują się z tego porządku wyłamać, ma cały arsenał środków, poczynając od zawstydzania i wyśmiewania. Dlatego nazywanie nas "kacapami" tak świetnie działało, a skierowanie obelgi w drugą stronę było niemożliwe. Trudno przecież zawstydzić kogoś przypomnieniem, że należy do grupy "tych lepszych".
Po latach, już w Warszawie, dokąd wyjechałam na studia, spotykałam rówieśników z innych części Białostocczyzny. Łączyło nas dorastanie w polsko-ruskim świecie. Próbowaliśmy tego "kacapa" pozbawić siły: tytułowaliśmy się "warszawskim kacapstanem", organizowaliśmy "kacapskiego sylwestra". Ale to była tylko gra z własnymi tożsamościowymi traumami, dla innych niezrozumiała. Społecznego życia Warszawy nie kształtował polsko-ruski podział jak w naszych podstawówkach.
To ustanawianie hierarchii mogło się odbywać i bez słowa "kacap". W wakacje po szóstej klasie pojechałam na kolonie do Warszawy; był to mój pierwszy samodzielny wyjazd. Garstka dzieciaków z podstawówki z Suchenicz i duża grupa ze szkoły zbiorczej w Babikach. To było gdzieś w połowie obozu, zdążyliśmy się już poznać. Na korytarzu czekaliśmy na poranną zbiórkę. Stałam z przyjaciółką z klasy; obok grupa dziewczyn z Babik. I nagle jedna z nich - prowodyrka, z którą się nie lubiłyśmy - zapytała, jakiego jestem wyznania. Głośno, tak żeby wszyscy słyszeli. To było właśnie to, przed czym przestrzegali dorośli. Wiedziałam, że jest katoliczką. We wsi, z której pochodziła, mieszkali sami katolicy, w babickiej szkole stanowili większość. Ona też była doskonale zorientowana, kim jestem. I właśnie dlatego o to zapytała.
Stałam pod ścianą i czułam, że wszyscy wokół czekają na moje rozstrzelanie. Mogłam rzucić: "A co cię to obchodzi?", ale byłam wtedy za grzeczna. Zresztą niewiele by to dało, bo mogłaby zakpić: "A co, wstydzisz się swojego wyznania?". I byłoby pozamiatane. Gdybym w ogóle nie odpowiedziała, znaczyłoby, że się boję.
- Jestem prawosławna. - Starałam się zrobić bezczelną minę i ukryć drżenie głosu.
- A ja jestem chrześcijanką - rzuciła ona z uśmiechem i odwróciła się do koleżanek, przestając się mną interesować. Temat skończony. Cel osiągnięty.
Spojrzałam na Jolę, moją przyjaciółkę. W jej oczach widziałam to, co sama czułam: mieszankę wściekłości i bezradności.
Nie pamiętam imienia tamtej dziewczyny ani jej twarzy. Zostało mi w głowie tylko pytanie o religię i kpiące "A ja jestem chrześcijanką" oraz późniejsza złość na samą siebie, że nie umiałam się obronić. Jej odpowiedź była nawet mocniejsza, niż gdyby powiedziała: "Jestem katoliczką"; zawierała w sobie krążące w okolicy obelgi, że nasza religia to "psia wiara", nie żadne chrześcijaństwo, że nie uznajemy Matki Boskiej, i inne bzdury, o których wyjaśnienie już w Białymstoku albo Warszawie prosili mnie czasem w dobrej wierze katoliccy znajomi. Ale wtedy, cokolwiek bym powiedziała czy zrobiła, i tak byłam na straconej pozycji. Ta gra miała określony cel: przywołać mnie do porządku. I wcale nie wymyśliła jej tamta dziewczyna, która należała po prostu do dominującej większości. Większość właśnie tak dyscyplinuje przedstawicieli mniejszości. Zwyczajnie chciała przytrzeć mi nosa i to pytanie automatycznie przyszło jej do głowy.
W naszej szkole był jeszcze Żydek - starszy o kilka lat chłopak, którego tak przezywano. Jego wyznanie (katolickie) nie miało znaczenia; chodziło o miejsce w szkolnej hierarchii. O Żydach nie mieliśmy żadnego pojęcia, raczej o nich nie mówiono. Nie wiedzieliśmy, że przed wojną stanowili osiemdziesiąt procent mieszkańców Krynek i połowę sokólszczan. Tylko w języku zachowała się dawna pogarda. Określenie "Żydek" oddawało pozycję najgorszego, bardziej pogardzanego niż my, kacapy.
3
Szybko się zorientowaliśmy, że nie mieścimy się w serwowanej nam w szkole opowieści o Polakach. Nasi dziadkowie nie walczyli w powstaniach, nie mieliśmy rodzinnych przekazów związanych z odzyskaniem niepodległości. Za to o bieżeństwie, którego doświadczyła większość naszych babć, na lekcjach nikt nie wspominał. Zresztą nawet tego nie oczekiwaliśmy; zanim jeszcze poszliśmy do szkoły, wiedzieliśmy, że tak będzie. Kładliśmy to na karb tego, że byliśmy ruscy, a to wyłączało nas z polskości, zarówno lokalnej, jak i tej podręcznikowej.
Nie przychodziło nam do głowy, że podobny kłopot z lekcjami historii mogą mieć też nasze polskie koleżanki i koledzy. Rozmów o przeszłości unikano; czasem ktoś nieostrożnie zaczynał coś mówić w mieszanym towarzystwie i zwykle kończyło się to kłótnią. Nie wiedzieliśmy, że rodzinne doświadczenie naszych katolickich kolegów także nie mieści się zbytnio w szkolnym przekazie. Poza mieszkańcami dawnego zaścianka szlacheckiego w Horczakach większość tutejszych katolików była, jak i my, potomkami chłopów. Ich przodkowie żyli życiem podobnym do naszych: nie radzili na sejmach, nie jechali na katorgę po powstaniu listopadowym, a babcie nie prowadziły tajnego nauczania. Za to część z nich pojechała w bieżeństwo. Oficjalną historię opowiadano z perspektywy szlacheckiej, choć mieszkaliśmy jeszcze w "państwie robotników i chłopów". Tylko że nasi polscy koledzy niekoniecznie dostrzegali owe rozejście się oficjalnej i nieoficjalnej opowieści. To, że byli polscy, dawało im prawo podłączenia się do dominującej rycersko-szlacheckiej narracji o polskiej przeszłości, w którą wpisane było przekonanie o własnej wyjątkowości, bohaterstwie i "lepszości".
My nie mogliśmy się podpiąć do polskich mitów. W powszechnym wyobrażeniu ruscy przodkowie to ciemni chłopi pańszczyźniani w łapciach z lipowego łyka i wyszywanych koszulach, które stanowiły przeciwieństwo polskiej zbroi rycerskiej oraz kontusza szlacheckiego. Któż chciałby się z kimś takim identyfikować? Owszem, czasem, gdy spotkali się dorośli, można było posłuchać o przewalających się wojnach i rewolucjach, tajnych zebraniach, więzieniach, sądach; o zabiciu czterech braci w domu pod Knyszewiczami (tata powtarzał, że krwi było po kostki). Padały niezrozumiałe słowa: Bereza Kartuska, hurtki, Hramada[2]. Gdy dzieci dopytywały, zwykle zmieniano temat. Trudno było zrozumieć, kim jesteśmy i kim możemy być w naszym kraju.
Nie uczono nas w szkole innych języków poza rosyjskim. Nie miałam pojęcia o określeniach "Ruthenian" i "Russian" - rozróżnieniu zachowanym w angielszczyźnie. Zresztą wtedy i tak bym pewnie tego nie zrozumiała. Ruskość powszechnie utożsamiano tu z rosyjskością. Potocznie, trochę pogardliwie, "ruski" znaczy przecież także "Rosjanin". Skoro tak, to kim ja jestem? - zastanawiałam się. Owszem, byłam ruska, ale na pewno nie byłam Rosjanką. Już bliżej mi było do Polki. Mieszkałam w Polsce, polski był moim językiem, choć nie jedynym, literatura i kultura też wydawała się w dużym stopniu moja. Gdyby nie ruskość traktowana jako przeciwieństwo polskości, wszystko byłoby proste. Wikłałam się w to, myliłam pojęcia, kłóciłam się z babcią Olą i ciocią Ludą. Im rosyjskość ruskości nie przeszkadzała. Obie świetnie mówiły po rosyjsku, były rusofilkami, a moje ostentacyjne odcinanie się od Rosji je dotykało.
Ta "ruskość" i "rosyjskość" ułożyły mi się po latach, gdy zrozumiałam pierwotne znaczenie tych słów. Że nasz "ruski" (po angielsku "Ruthenian") odnosi się do Rusi - terytorium Słowian wschodnich i tworzonych przez nich państw, gdzie panowała ruska wiara, prawosławie greckiego obrządku. Unia Rusi i Litwy z Polską doprowadziła stopniowo do podporządkowania ruskości oraz do przeciwstawienia prawosławia uprzywilejowanemu katolicyzmowi. To odkrycie umożliwiało mi odnalezienie się między Polską a Rosją. Dawało szansę na odzyskanie godności i historii, której ruscy jakoby nie mieli, oraz na dostrzeżenie ruskiego dziedzictwa także współczesnej Polski, tak przez nią wypieranego.
Mówiono o nas także "Lićwiny" - takie określenia na Podlasiu słychać czasem do dziś. "Ruś Litewska" - pisał wybitny etnograf Michał Fedorowski, zbierając pod koniec XIX wieku pod Sokółką materiały do monumentalnego dzieła Lud białoruski na Rusi Litewskiej. W szkole nas tego nie uczono, dopiero wiele lat później odkrywałam, że litewskość historycznie znaczy więcej niż współczesna Litwa i że jest ona także dziedzictwem białoruskiej kultury. W świecie dążącym do jednoznacznych podziałów Ruś została związana raczej z Ukrainą, historyczna Litwa - z państwem litewskim, a spuścizna litewsko-ruska Białorusi w tym wszystkim gdzieś zaginęła.
Ale wróćmy do lat osiemdziesiątych. Polskość i ruskość silnie łączono z podziałami politycznymi. Ruscy mieli się utożsamiać z rządzącą partią, polscy - z "Solidarnością", choć w praktyce nie zawsze się to sprawdzało. Pamiętam, jak mój tata, otwarty na zmiany polityczne, pokłócił się kiedyś z sąsiadem, panem Kolą, i ten w końcu trzasnął drzwiami, rzucając do ojca: "Ot wielki Palak znajszousia" (Wielki mi Polak się znalazł). Ale gdy z Olsztyna przyjeżdżał jego brat, już katolik, to on odgrywał rolę polskiego, a tata i pan Kola jednoczyli siły w dyskusji. Strach przed "Solidarnością" i polskością, zrośniętą z Kościołem katolickim, brał górę. Docierające z miast pogłoski tylko go podsycały. Czas przed wprowadzeniem stanu wojennego, który w polskiej pamięci jest "karnawałem "Solidarności"", w ruskiej oznacza strach i krzyżyki kreślone kredą na drzwiach prawosławnych mieszkań. Według historyków była to raczej prowokacja słabnącej władzy, ale wtedy byliśmy pewni, że tak "Solidarność" znaczy prawosławne domy, by wiedzieć, po kogo iść, gdy "na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści". Komuniści to przecież ruscy, a ruscy to my. Miałam wtedy sześć lat i doskonale pamiętam powszechny strach oraz rozmowy dorosłych, że może wejdą ruscy, tym razem w znaczeniu "Rosjanie", i nie pozwolą na rozlew naszej krwi. Stan wojenny przyjmowano tu jak wybawienie.
4
Pod koniec lat osiemdziesiątych, na fali nadchodzących zmian, w Radiu Białystok pojawiła się codzienna audycja po białorusku. Wcześniej mieliśmy państwo jednonarodowe. Pozwalało ono na kontrolowany rozwój mniejszościowej kultury, dotowało czasopismo "Niwa" czy zespół estradowy Lawonicha, ale wszystkie te inicjatywy były zamknięte w swego rodzaju getcie. W przestrzeni publicznej każdy miał być etnicznym Polakiem. A tu nagle okazało się, że na Białostocczyźnie żyje białoruska mniejszość narodowa i ma swoją audycję w państwowym radiu! Dotychczas nadawano ją raz w tygodniu, ale w takich porach, że mało kto zauważał jej istnienie. Teraz słuchali jej wszyscy w moim ówczesnym świecie. Puszczano w niej dużo ludowych piosenek oraz poezji śpiewanej przez Danczyka - mieszkającego wtedy w USA barda Bohdana Andrusyszyna. Starsi ludzie płakali ze wzruszenia, moja mama nagrywała audycje na kasety, by codziennie ich słuchać. Wtedy byłam co prawda nastolatką, demonstracyjnie odcinałam się od wszelkiej cepelii i wolałam Listę Przebojów Programu Trzeciego, ale biełaruskaj pieradaczy (audycji białoruskiej) słuchałam razem ze wszystkimi. Białoruska mniejszość to już było coś. Przymierzałam się do tej nowej tożsamości.
Białorusini - Biełarusy. Znałam to słowo, wiedziałam, że mam z nim coś wspólnego, ale nie myślałam o nim jako o czymś, co definiuje moją tożsamość. W kiosku w Sucheniczach sprzedawano "Niwę", moi rodzice nie czytali jednak prasy. Kupowałam ją czasem dla adresów rówieśników z Mińska chętnych do korespondencji - namawiali nas do tego nauczyciele rosyjskiego. Pisaliśmy do siebie listy po rosyjsku, wymienialiśmy się pocztówkami oraz opakowaniami po czekoladach, ale nie wnikaliśmy w tożsamościowe niuanse. Refleksję obudziły we mnie dopiero wspomniane audycje w radiu oraz to, co zaczęło dziać się wokół. W 1986 roku na Świętą Górę Grabarkę - miejsce kultu tutejszych prawosławnych - poszła pierwsza, jeszcze nielegalna, pielgrzymka młodzieżowa, potem ludzie chodzili tam już regularnie w sierpniu przed świętem Spasa (Przemienieniem Pańskim), a w maju młodzi spotykali się na kilkudniowych zlotach, śpiąc pod namiotami. Białoruskie Zrzeszenie Studentów (Biełaruskaje Abjadnannie Studentau, BAS) organizowało festiwal rockowy Basowiszcza w Gródku, który z czasem stał się kultowy, oraz rajdy Baćkauszczyna. Pojawił się "Czasopis" i inne niezależne gazety, w których pisano o historii i białoruskiej tożsamości; czasem teksty zapisywano łacińskim alfabetem, wtedy czytało się je szybciej niż w cyrylicy. W 1989 roku białoruska i prawosławna mniejszość wystawiły swoich kandydatów do sejmu. Osobno. Zarysowywał się podział na środowiska skupione wokół białoruskości i te akcentujące prawosławie, które częściowo się zazębiały. Hierarchia cerkiewna dystansowała się od białoruskości, duchowni zamiast w języku wiernych, czyli gwarach białoruskiej albo ukraińskiej (na południu Białostocczyzny), kazania wygłaszali w uproszczonym rosyjskim; działacze białoruscy zaś krytycznie odnosili się do działalności kleru. Dla jednych więc ruskość zamieniła się w białoruskość, dla innych w prawosławie, czasem próbowano to łączyć albo tworzyć własne konfiguracje.
Rajd Baćkauszczyna, lipiec 1989
Za: Piotr Chomik i in., Historia Białorusinów Podlasia, Białystok 2016
Próbowałam to wszystko jakoś zrozumieć. Na początku lat dziewięćdziesiątych z koleżankami z liceum po raz pierwszy szłyśmy z pielgrzymką na Grabarkę. Ruszyliśmy z Dojlid i idąc w kierunku Zabłudowa, mijaliśmy podbiałostockie wsie. Przed domy wychodziły stare kobiety. Niektóre na nasz widok klękały i płakały. Od tamtego czasu minęło już tyle lat, a ja wciąż je widzę. Jakby nie spodziewały się, że za ich życia ktoś będzie publicznie manifestował swoją ruską tożsamość. Nie wiem, czy już wtedy wiązałam to z powojennym strachem. Przy ognisku na Grabarce młodzi ludzie grali na gitarze, a inni śpiewali po swojomu, czyli tak jak mówiło się w okolicach Bielska i Hajnówki:
[...] pryjechali szlachta-pany
u lichuju hodinu.
Palać chaty, palać sieła,
zabirajut zboże.
Za szto pryszło nam stradati?
Pokaraj ich, Boże.
Powiazali, postrielali,
spalili cerkwicu.
Krou potekła w Zaliszanach
jak horka krynica.
[...] przyjechali panowie szlachta
w złą godzinę.
Palą chaty, palą wioski,
zabierają zboże.
Za co przyszło nam tak cierpieć?
Pokaraj ich, Boże.
Powiązali, rozstrzelali,
spalili cerkiew.
Krew się polała w Zaleszanach
niczym gorzka krynica.
Nie wiedziałam wtedy o rajdzie "Burego" ani o Zaleszanach, które na południu województwa były symbolem powojennego terroru polskiego podziemia. Ale słowa piosenki, tak jak łzy klękających na nasz widok staruszek, wpisywały się w matrycę, którą w sobie nosiłam. Może nawet nie myślałam wtedy o zastrzeleniu dziadka, ale wiedziałam, że to opowieść o mnie i o mojej historii.
5
Musiało minąć wiele lat, zanim po raz pierwszy to komuś opowiedziałam. Mieszkałam już w Warszawie, w sobotnie przedpołudnie siedzieliśmy w kawiarni z przyjacielem z Bielska Podlaskiego. Akurat było cerkiewne święto, odpust w jego rodzinnej parafii. Wspominaliśmy stragany, procesje, wieczorne zabawy, nasze dzieciństwo. Nagle Andrzej zaczął mówić o tym, co zdarzyło się jeszcze wcześniej, tuż po wojnie. Pewnego dnia jego babcia wpadła do domu z wieścią, że we wsi jest wojsko, każe gospodarzom zaprzęgać wozy i jechać ze sobą.
- Jakie wojsko? - zapytał dziadek.
Wzruszyła ramionami. Chyba polskie, zauważyła ryngrafy.
- Jak ryngrafy, to nie wojsko, ale banda - stwierdził dziadek.
Babcia ukryła go więc w stodole, a gdy po niego przyszli, powiedziała, że pojechał rano po wódkę na ich wesele. Rzeczywiście szykowali się do ślubu, sołtys potwierdził, więc wojskowi odpuścili. Zabrali kilkunastu furmanów, katolików i prawosławnych, bo Krasna Wieś była mieszana. Wrócili tylko katolicy, ale pytani, co stało się z prawosławnymi, wzruszali ramionami. Rodziny przez ponad czterdzieści lat nie poznały ich losów. Podczas procesu w 1949 roku Romuald Rajs, pseudonim "Bury", nie przyznał się, że ciała trzydziestu furmanów zabranych z kilku okolicznych wsi zostały pogrzebane w prowizorycznym grobie pod Puchałami Starymi. Także władza, choć znała prawdę, trzymała to w tajemnicy. Niewiele brakowało i dziadek Andrzeja też by tam leżał, a on nie miałby szansy się nawet urodzić.
Odwzajemniłam się historią o zastrzeleniu dziadka Aleksandra. Pierwszy raz ją komuś opowiadałam. Poranna kawa przedłużyła się do popołudnia i wieczoru, ale nawet nie zauważyliśmy, że zrobiło się późno. Czułam się jak podczas seansu wtajemniczenia, gdzie powierza się sobie najgłębsze tajemnice. Po jakimś czasie dołączyły do niego kolejne osoby. Ania, nasza wspólna przyjaciółka spod Bielska, opowiedziała o swojej niani, której udało się uciec z pacyfikowanych Zaleszan, podczas gdy wszyscy jej bliscy zginęli. Nigdy się z tego nie otrząsnęła na tyle, by rozpocząć nowe życie, i tułała się po ludziach.
Historie swoich rodzin - ofiar zbrodni "Burego" - zaczęli mi opowiadać kolejni znajomi. Pisano o tym w białoruskich i prawosławnych mediach, białostoccy historycy próbowali rozmawiać na konferencjach, a Instytut Pamięci Narodowej przeprowadził śledztwo w tej sprawie, zakończone wnioskiem, że "zabójstwa furmanów i pacyfikacji wsi w styczniu i lutym 1946 r. nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa"[3]. Dla Białorusinów i prawosławnych z Białostocczyzny zbrodnia ta stała się symbolem tego, co po wojnie działo się w całym regionie. Chcieliśmy o tym opowiadać, ale mało kto miał ochotę słuchać.
Paradoksalnie, pomogli nam polscy nacjonaliści. W 2015 roku w Hajnówce, gdzie mieszkają rodziny ofiar, zorganizowali oni marsz gloryfikujący "Burego". Zjechali się na niego dziennikarze, w świat popłynęły słowa o paleniu wsi i strzelaniu do uciekających ludzi. Polacy usłyszeli o zbrodni oddziału Rajsa. Niektórzy przybyli z Warszawy i stanęli na trasie przemarszu nacjonalistów. Polacy narażali się, by bronić nas, ruskich, i pamięci naszych ofiar.
6
Gdy wreszcie skończyłam pisać Bieżeństwo, zaczęłam zbierać materiały do książki o dziadku Aleksandrze i na długi czas w nich utknęłam. Dokumentów było niewiele, opracowań dotyczących tutejszych powojennych wydarzeń też, czytałam więc wszystko, co wiązało się z wkroczeniem Sowietów na Białostocczyznę we wrześniu 1939 roku, z okupacją niemiecką, powtórnym wejściem Armii Czerwonej oraz ustanowieniem władzy ludowej. Opracowania naukowe, źródła polskie i białoruskie, a także coraz liczniejsze prace polskich pasjonatów i apologetów "żołnierzy wyklętych". Nie chciałam przeoczyć żadnego tropu, oskarżenia, wzmianki o Łosośnie albo jakiegoś kontekstu. Ilekroć znajdowałam coś w białoruskich źródłach, konfrontowałam to z polskimi opracowaniami. Czytałam i czytałam, wciąż dodając do swojej listy nowe pozycje.
- Jakbyś grała rolę opowiadaczki gorszego sortu - powiedziała znajoma doświadczona reporterka. - Jakby twoja historia była z zasady podejrzana i mało wiarygodna, więc musisz się wciąż podpierać uznawanymi powszechnie autorytetami, wciąż na nowo uwiarygadniać.
Pokręciłam głową. Ja? Dlaczego? Przecież nigdy nie czułam się gorsza z powodu swojego pochodzenia!
Pogodzić się z tą "opowiadaczką gorszego sortu" pomogły mi współczesne teorie socjologiczne, zwłaszcza Pierre'a Bourdieu. Francuski uczony opisuje w swoich pracach mechanizmy przemocy symbolicznej - miękkie, wręcz niezauważalne oddziaływanie kultury poprzez mity i schematy, które sprawia, że podporządkowani (mniejszości, kobiety, "niższe" klasy społeczne) patrzą na siebie oczami dominującej większości, a nie swoimi. W takim układzie niewygodne elementy rzeczywistości, między innymi niezbyt chwalebne i wstydliwe momenty historii, znikają z pola widzenia, a wszystko, co wzmacnia dominację, zostaje wyolbrzymione lub wręcz zmyślone. Tak wytworzoną opowieść przekazują szkoła, muzea, pomniki i nazwy ulic. Zanurzona w niej grupa mniejszościowa odczuwa swoją gorszość jako uzasadnioną, a dominację większości uważa za coś naturalnego.
Może dzięki uświadomieniu sobie tych mechanizmów uda mi się wreszcie opowiedzieć tę historię tak, by została zrozumiana także poza białorusko-prawosławnym kręgiem.