1
Kogo mamy na myśli, gdy mówimy "Kaczyński"
8 czerwca 2022 r., Sochaczew pod Warszawą. Autorytarna partia Prawo i Sprawiedliwość rządzi Polską od niemal 7 lat. Czasy są coraz cięższe. Galopująca inflacja zżera zarobki Polek i Polaków. Wódz partii, Jarosław Kaczyński, postanawia dodać otuchy swoim wyborcom. Jedzie do Sochaczewa, gdzie miejscowi działacze PiS-u czekają na pokrzepienie od swego przywódcy. Nie płoną entuzjazmem. Trzeba ich rozgrzać, zanim wódz dotrze na scenę. Jeden z animatorów każe publiczności skandować "Ja-ro-sław! Ja-ro-sław!". W odpowiedzi słyszy niemrawy szmerek.
Wszystko jednak się zmienia, gdy Jarosław Kaczyński wchodzi na scenę. Publiczność chłonie każde słowo z jego ust. Działacze chcą zapewnienia, że wbrew wszelkim przeciwnościom będzie dobrze. Nie tylko o inflację chodzi. Przecież za miedzą Rosja najechała Ukrainę. Inwazja stanowi ciąg potwornych zbrodni. Okrucieństwo kremlowskich sołdatów budzi grozę. Artyleria atakuje cele cywilne. Rosjanie zbombardowali m.in. szpital położniczy w Mariupolu, gdzie bomby wybuchały nad niemowlętami i rodzącymi matkami. Na terenach, przez które przeszła armia Kremla, leżą trupy zamordowanych cywili. Niektóre zwłoki mają pozrywane paznokcie. Ci, co przeżyli, mówią o gwałtach na kilkuletnich dzieciach.
Rzeź dzieje się tak blisko. Stoi za nią znany dobrze wróg, który nie tylko Ukrainę, lecz także Polskę chce odzyskać jako część swojego imperium. Rzeczpospolita znów styka się z bezpośrednim zagrożeniem. Bezcenne staje się wsparcie zachodnich sojuszników, współpraca z Unią Europejską i NATO. Co o tym wszystkim powie Kaczyński?
Wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego jest relacjonowane w całej Polsce. Wódz przekonuje swoich słuchaczy, jakoby w Polsce kwitła demokracja. Potem wmawia im, że polska armia rośnie w siłę. Następnie atakuje... Niemcy. I to w sposób całkiem niespodziewany. W przeciwieństwie do swoich propagandzistów nie oskarża Niemców o tchórzostwo i pacyfizm. Zarzuca im coś zupełnie innego:
- Czy Niemcy się chcą zbroić przeciw Rosji, czy przeciw nam, to ja nie wiem. Ale w każdym razie się zbroją - oświadcza[1].
"Niemcy się chcą zbroić... przeciw nam". Wypowiadając te słowa, Kaczyński szeroko się uśmiecha do swoich zwolenników. Z czego się cieszy? Z tego, że obraził ważnego sojusznika, przedstawiając go jako zbrojne zagrożenie dla Polski? Z wizji nowego rozbioru Polski przez Rosję i Niemcy, którą roztoczył przed naszymi oczami? Z tego, że pod przykrywką gromkich haseł przedstawia wizję Polski osamotnionej, otoczonej przez wrogów?
Z sojusznikami Putina
Pół roku wcześniej, w grudniu 2021 r., Jarosław Kaczyński i premier Mateusz Morawiecki jawnie zadeklarowali wolę współpracy z politycznymi agentami Moskwy w Europie. Między innymi zaprosili do Warszawy opłacaną przez Kreml francuską nacjonalistkę Marine Le Pen. Przy tej okazji pani Le Pen ogłosiła, że "Ukraina należy do sfery wpływów Rosji". Zrobiła to w rozmowie z polskim dziennikiem "Rzeczpospolita"[2].
Kaczyński i Morawiecki już wtedy wiedzieli, że Putin szykuje najazd na Ukrainę. Zostali ostrzeżeni przez Amerykanów, że dojdzie do zbrojnej inwazji ze strony Rosji. Mimo to publicznie się bratali z politycznymi agentami Kremla działającymi w Europie. W tym - z panią Le Pen, z którą nie zerwali po skandalicznej wypowiedzi. Przeciwnie. Również po tym wybryku Marine Le Pen premier Morawiecki robił wszystko, żeby zwiększyć jej szanse we francuskich wyborach prezydenckich. Próbował w nie ingerować, atakując publicznie prezydenta Francji Emmanuela Macrona.
Zaskakujące, niezrozumiałe zachowanie? Tylko dla tych, którzy wybiórczo obserwują działalność Jarosława Kaczyńskiego i jego ludzi. Rzućmy okiem na całokształt tej działalności.
Wrogość wobec Ukrainy
Obóz władzy Kaczyńskiego przez lata karmił swoich zwolenników propagandą antyukraińską. Ministerstwo Spraw Zagranicznych stworzyło listę niepożądanych obywateli Ukrainy[3]. Jarosław Kaczyński uczynił ministrem edukacji nacjonalistę Przemysława Czarnka, który wsławił się jawnym okazywaniem nieprzyjaźni wobec tego kraju. Ten sam Czarnek wezwał prokuratorów IPN-u, żeby ścigali działacza Grzegorza Kuprianowicza za upamiętnianie zbrodni popełnionych przez Polaków na Ukraińcach[4]. A putinowski portal propagandowy Sputnik chwalił Czarnka za inny antyukraiński pomysł. Chodziło o to, żeby do Polski sprowadzać Uzbeków z Azji Środkowej zamiast obywateli Ukrainy[5].
Na tym nie koniec. Kaczyński od lat proteguje i osłania przed wewnątrzpartyjnymi atakami premiera Mateusza Morawieckiego i jego bliskiego współpracownika Michała Dworczyka. Nie są to przyjaciele Ukrainy. W swoich publicznych wypowiedziach Morawiecki nieraz przedstawiał ten kraj jako państwo upadłe lub przyczynę historycznych nieszczęść Polski[6]. Dworczyk z kolei w 2016 r. znieważył publicznie ukraińskich przywódców, uczonych i duchownych. Gdy zaapelowali o pojednanie między naszymi narodami, nazwał ich "katami" i "sprawcami ludobójstwa"[7].
Wszystko to stanowi działanie sprzeczne z ukraińską racją stanu. Przede wszystkim jednak stoi w sprzeczności z polską racją stanu. Nic tak nie osłabia zakusów Kremla na Polskę, jak istnienie wolnej, niepodległej Ukrainy, która z własnej woli wiąże się z Zachodem. Kto szkodzi wolnej i niepodległej Ukrainie, szkodzi Polsce i pomaga Moskwie. Dopóki Kreml istnieje i zagraża Rzeczpospolitej, antyukraińska polityka jest zarazem polityką antypolską.
Jednak PiS w latach 2016-2021 taką właśnie politykę uprawia całkiem jawnie. Wśród jej narzędzi wyróżnia się nieustanne przypominanie i nagłaśnianie polsko-ukraińskich konfliktów z przeszłości. Rzeź wołyńską z lat 1943-1944 celebruje się jako jedno z największych nieszczęść w historii Polski.
Rzecz jasna, nieludzkie zbrodnie dokonane przez Ukraińców na Polakach podczas drugiej wojny światowej zasługują na upamiętnienie. Trzeba jednak pamiętać, że nie wszyscy Ukraińcy w nich uczestniczyli. Okrucieństwa były dziełem grupek ubogiej ludności wiejskiej, w przeszłości wyzyskiwanej przez polską szlachtę, a potem podburzanej do zbrodni przez miejscowych nacjonalistów. Nie wolno też zapominać, że podczas drugiej wojny światowej Polska znacznie więcej ucierpiała od Niemców i Sowietów niż od ukraińskich chłopów. Tym bardziej że hitlerowscy i sowieccy prowokatorzy również mieli swój udział w rzezi wołyńskiej. Robili bowiem wszystko, by Polacy i Ukraińcy skoczyli sobie do oczu... Najważniejsze jest jednak to, że obsesyjne przywoływanie dawnych ukraińskich zbrodni nijak nie służy Polsce. A teraz, gdy wspólny wróg zadaje cierpienia Ukrainie, uleganie takiej obsesji stanowi wspieranie tego wroga.
Jednak nie każdy to rozumie lub chce rozumieć. Jeszcze 23 lutego 2022 r. - zatem dzień przed najazdem Kremla na Ukrainę - najbliżsi współpracownicy Kaczyńskiego uprawiają antyukraińską politykę historyczną. Uroczyście nagłaśniają zbrodnie ukraińskich nacjonalistów sprzed 78 lat. W tym celu organizują specjalną mszę w warszawskiej Katedrze Polowej Wojska Polskiego. Polska Agencja Prasowa - medium rządowe - śle do wszystkich mediów depesze o celebracji. Podczas obrzędów list od premiera Morawieckiego czyta poseł Jan Dziedziczak. To były asystent prasowy Jarosława Kaczyńskiego, współodpowiedzialny za publiczny wizerunek wodza. A w latach 2006-2007 - rzecznik rządu Kaczyńskiego[8]. W swojej działalności politycznej Dziedziczak nieraz prezentował postawę antyukraińską. W 2015 r. prowokacyjnie zerwał wspólne posiedzenie parlamentarzystów Polski i Ukrainy[9].
Na mszy się nie kończy. Również w lutym 2022 r. portal Reset Obywatelski pyta Ministerstwo Obrony Narodowej i Straż Graniczną o przygotowania na wypadek wielkiego napływu uchodźców z Ukrainy. Przede wszystkim chce wiedzieć, czy istnieje plan zbudowania zasieków z drutu kolczastego na granicy polsko-ukraińskiej, aby powstrzymać uchodźców przed przybywaniem do Polski. Gdyby takie zasieki postawiono, stanowiłoby to akt wrogi wobec ukraińskiego narodu. Co poczuliby walczący Ukraińcy, gdyby się dowiedzieli, że Polska odmawia schronienia kobietom i dzieciom? Co poczuliby, gdyby się dowiedzieli, że bliski sąsiad odżegnuje się od solidarności z Ukrainą? Powiedzieć, że ucierpiałoby ich morale, to nic nie powiedzieć.
MON i Straż Graniczna odpowiadają na pytania Resetu Obywatelskiego. Odpisują, że... nie wykluczają postawienia zasieków[10].
Czy to znaczy, że obóz władzy Kaczyńskiego rozważał odcięcie się od Ukrainy, wydanie ukraińskich kobiet i dzieci na pastwę wojny Putina? Jak inaczej można to rozumieć?
Ambasador Kremla i zabawa dziećmi
Jeszcze 28 lutego 2022 r. (zatem cztery dni po rozpoczęciu inwazji) PiS-owski tygodnik "wSieci" publikuje długi, jedenastostronicowy wywiad z Siergiejem Andriejewem, ambasadorem Kremla w Polsce. Tekst zostaje zilustrowany zdjęciem ambasadora, który pozuje na tle portretu rosyjskiego dyktatora Władimira Putina. Rozmowę prowadzą dwie najważniejsze osoby w redakcji, czyli bracia Michał i Jacek Karnowscy. Bracia pozwalają kremlowskiemu dygnitarzowi na wszystko. Ambasador kłamie w żywe oczy. Zaprzecza oczywistym zakusom Rosji na ukraińskie terytorium. Nazywa też Ukrainę "burdelem". Karnowscy próbują się ostrożnie dystansować od rozmówcy - jednak wywiad redagują tak, że ambasador Kremla ma zawsze ostatnie słowo.
Bracia Karnowscy to najbardziej zaufani propagandziści Jarosława Kaczyńskiego. To Kaczyński utrzymuje ich tygodnik, finansując go reklamami zamawianymi przez spółki Skarbu Państwa. Dlatego Karnowscy nie podejmują istotnych działań bez konsultacji z liderami PiS-u. Jaki sygnał wódz partii wysłał do Moskwy, zezwalając na publikację takiego wywiadu?
Antyukraińskie prowokacje ludzi Kaczyńskiego trwają również w następnych miesiącach. W polskich szkołach, do których trafiają dzieci uchodźców z Ukrainy, odbywa się konkurs "Wołyń - pamięć pokoleń". Rzecz jasna, poświęcony rzezi wołyńskiej...[11] Kto patronuje tej inicjatywie, która grozi konfliktem między ukraińskimi i polskimi dziećmi oraz ich rodzicami? Niezawodny minister Czarnek.
Nowa nuta Kaczyńskiego
Jednak opinia publiczna ledwo to odnotowuje. Równocześnie bowiem Kaczyński i jego ludzie zaczynają odciągać uwagę obywateli od swoich antyukraińskich wybryków. W prosty, ale skuteczny sposób: nagle prześcigają się w proukraińskich lub proukraińsko brzmiących deklaracjach.
Skąd ta zmiana? Kaczyński zostaje do niej zmuszony. Przez kogo? Przez Polki i Polaków, którzy chcą przyjmować, karmić, wspierać ukraińskich uchodźców - mimo że rząd polski nie pomaga. Polityk nazywany "genialnym strategiem" nie przewidział reakcji swoich własnych wyborców.
- Byłem na granicy z Ukrainą, gdy tylko się zaczęło - mówi Marcin Celiński, publicysta i prezes Wydawnictwa Arbitror. - Koła Gospodyń Wiejskich ze ściany wschodniej, czyli naturalny elektorat PiS-u, rzuciły się lepić tony pierogów dla uchodźców. Ludzie gotowi byli dzielić się nie tylko sercem, jedzeniem i ciuchami, lecz także dachem nad głową. Lata antyukraińskiej propagandy rządu spłynęły po nich jak woda po kaczce. Dlatego PiS zmieniło melodię.
Ta zmiana budzi nadzieję w wielu Polakach i Ukraińcach.
- Formacja rządząca w Polsce wreszcie zrozumiała, że antyukraińskość służy Kremlowi - mówi Mirosław Skórka, przewodniczący Związku Ukraińców w Polsce. Dodaje, że minister Czarnek zaczął zapraszać go na kawę...
Czy jednak mowa o dogłębnej zmianie? Czy razem z melodią propagandową zmieniły się cele i kierunki działania Kaczyńskiego? Czy naprawdę zechciał pomagać Ukraińcom?
Kijowska prowokacja
15 marca 2022 r. Jarosław Kaczyński wyrusza do Kijowa, aby odwiedzić prezydenta Wołodymyra Zełenskiego w ostrzeliwanej stolicy Ukrainy. Kto towarzyszy Kaczyńskiemu? Trzech premierów. Mateusz Morawiecki z Polski, Petr Fiala z Czech i Janez Janša ze Słowenii. Ten ostatni zyskał przydomek "słoweńskiego Putina". Spotykał się bowiem z rosyjskim dyktatorem i próbował małpować jego propagandowe działania. Teraz chce to zatuszować.
Delegacja przybywa do ukraińskiej stolicy w szczególnym momencie. Trwają trudne negocjacje pokojowe między Ukrainą a Rosją. Tego samego dnia, 15 marca, władze ukraińskie zdobywają się na kolejną bolesną ofiarę. Prezydent Wołodymyr Zełenski oznajmia, że jego kraj jest gotów zrezygnować ze wstąpienia do NATO. Dlaczego prezydent Zełenski to robi? W ten sposób wysyła sygnał do rosyjskich negocjatorów i do frakcji umiarkowanej na Kremlu. Przekonajcie Putina, że już nie musi się z nami bić! Macie argument! - woła do Rosjan Zełenski.
Ktoś jednak skutecznie zagłusza ten sygnał. Tym kimś jest Jarosław Kaczyński. Gdy tylko przybywa do Kijowa, zadziwia świat niespodziewanym oświadczeniem. Oznajmia publicznie, że NATO powinno działać w Ukrainie jako zbrojna misja pokojowa.
Co to znaczy dla Rosjan? To, że ktoś chce ich oszukać. "Patrz, jakie chytre Poliacziszki! Ukraina nie będzie w NATO, ale NATO będzie w Ukrainie, i to uzbrojone!" - myślą zwolennicy Kremla. Rosyjskie media - ogólnokrajowe i lokalne - zamieszczają oświadczenie Kaczyńskiego. Ilustrują je groźnymi zdjęciami czołgów, żołnierzy, trofeów wojennych... Frakcja wojenna u boku Putina dostaje propagandową amunicję. Frakcja pokojowa chowa się po kątach, praktycznie przestaje istnieć. Inwazja trwa.
Co gorsza, zaczyna krążyć pogłoska, według której Jarosław Kaczyński pod pozorami bratniej pomocy chciałby rozebrać Ukrainę razem z Rosją. Przecież misja pokojowa NATO, stacjonująca w zachodniej i środkowej Ukrainie, składałaby się zapewne z polskich żołnierzy. W ten sposób polska armia miałaby kontrolę nad tą częścią kraju, której nie kontroluje rosyjska armia... Pogłoskom pomaga szef dyplomacji Kremla, Siergiej Ławrow. Ogłasza, że "zbrojna misja NATO" oznaczałaby aneksję Ukrainy Zachodniej przez Polskę.
Według niektórych źródeł przedstawiciele ukraińskich władz obawiali się podobnych konsekwencji oświadczenia Jarosława Kaczyńskiego o "misji pokojowej". Informatorzy mówią, że Kaczyńskiego proszono, żeby odstąpił od wygłoszenia swojej deklaracji. Dlaczego nie posłuchał? Dlaczego dopuścił, żeby Ukraińców straszono wizją polsko-rosyjskiego rozbioru?
Cóż, trzeba też spytać, dlaczego trzy miesiące później w Sochaczewie Kaczyński podobną wizją rosyjsko-niemieckiego rozbioru straszył Polaków.
Kropelka jadu i wiadro trucizny
Jarosław Kaczyński słynie z szokujących wypowiedzi. Polskich zwolenników demokracji i praworządności porównywał do agentów Gestapo (zbrodnicza policja polityczna hitlerowskich Niemiec). Czy można to jakkolwiek usprawiedliwić? Cynik powie, że polityka to jarmarczny spektakl - a w wydaniu Kaczyńskiego i innych populistów to oszalały cyrk. Jednak polityka nie powinna być cyrkiem. Tym bardziej wtedy, gdy stoimy przed groźbą wojny.
Przypomnijmy cytowaną na początku tej książki wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z Sochaczewa: "Czy Niemcy się chcą zbroić przeciw Rosji, czy przeciw nam, to ja nie wiem. Ale w każdym razie się zbroją". Słowa te można uznać za bezsensowną, ale drobną uszczypliwość. Za kropelkę jadu, trującą i cuchnącą, która jednak wciąż pozostaje tylko kropelką. Deklaracja kijowska to znacznie poważniejsza sprawa. Zapamiętała ją Ukraina, zapamiętały Zachód i Rosja.
Mimo to sochaczewska kropelka jadu i wiadro trucizny z Kijowa się uzupełniają. Pokazują stosunek Kaczyńskiego do wojny za naszą wschodnią granicą, zarówno w skali makro, jak i w skali mikro. Jak widać, dla wodza PiS-u walka z Kremlem nie stanowi priorytetu. Priorytetem jest walka z Zachodem. A to w oczywisty sposób służy Moskwie. Stąd prosty wniosek: PiS-owskie deklaracje współczucia i wsparcia dla Ukrainy nie oznaczają, że Jarosław Kaczyński naprawdę chce jej pomóc.
W wypowiedzi z Sochaczewa groźba rozbioru Polski pobrzmiewa w sposób wyraźny. W deklaracji kijowskiej łatwo można się doszukać groźby rozbioru Ukrainy. Po co Kaczyński roztacza przed słuchaczami takie wizje? Skąd bierze takie pomysły?
Warto przypomnieć, że Kreml w XX wieku zastosował szczególny i przewrotny "rozbiorowy przekładaniec". W 1921 r. podzielił się Ukrainą z Polakami. W 1939 r. podzielił się Polską z Niemcami. W 1945 r. podzielił się Niemcami z Zachodem. W Rosji do tej praktyki nawiązywał ultranacjonalista Władimir Żyrinowski. Twierdził, że Rosja powinna straszyć Ukraińców rozmowami z Polską o Lwowie, a Polskę - rozmowami z Niemcami o Wrocławiu. Zdumiewająco współbrzmi to z sochaczewską wypowiedzią Kaczyńskiego i z pokłosiem deklaracji kijowskiej.
Strateg wielu masek
Wszystko to każe dokładnie się przyjrzeć Jarosławowi Kaczyńskiemu i prześwietlić jego życiorys pod względem relacji z sowieckim oraz postsowieckim Wschodem. To konieczne. A zarazem nieproste - m.in. dlatego, że Kaczyński przez lata kreował się na wroga Kremla. Ale nie tylko ten wizerunek może zaciemniać obraz i utrudniać dojście do prawdy. Jarosław Kaczyński ma wiele twarzy na użytek różnych grup odbiorców. Przy pomocy doradców tworzy sobie różne wizerunki, pochlebne i niepochlebne. Uwaga: posługuje się również tymi drugimi! Sam podsuwa przeciwnikom swoje karykatury, specjalnie spreparowane i w dużej mierze nieprawdziwe. Po co? Po to, by mącić adwersarzom w głowach.
Kaczyński prawdopodobnie cieszy się z tego, że przeciwnicy go zwalczają jako "nieudolnego starszego pana bez konta w banku". Nie chce, by znano jego prawdziwą postać: szarą eminencję szemranych firm, które obracają wielomilionowymi kwotami. Zapewne cieszył się też, gdy nazywano go "oszalałym rusofobem". Odwracało to uwagę od jego powiązań z Rosją.
Aby wiedzieć, kim jest Jarosław Kaczyński i co nim kieruje, musimy zapomnieć o maskach i zasłonach dymnych. "Nieśmiały dyktator". "Typowo polski zazdrośnik i intrygant". "Nieudaczny wódz nieudaczników". "Zżerany podejrzliwością paranoik". "Mściciel oszalały z bólu po śmierci ukochanego brata", "Wieczny żałobnik smoleński". To fałszywe portrety Kaczyńskiego, które media wciąż powielają. Te portrety są ze sobą sprzeczne. Jednak pełnią podobną funkcję: na różne sposoby pomagają Jarosławowi Kaczyńskiemu. Dezorientują nas bowiem i odciągają uwagę od tego, co naprawdę robi Kaczyński. A to jest gorsze od najgorszej karykatury.
W tej książce spróbujemy dotrzeć do prawdziwego obrazu. Poszukamy tego, co skrywa się za maskami Jarosława Kaczyńskiego. Zbadamy fakty.
Zanim zagłębimy się w dawniejszą przeszłość Kaczyńskiego, przyjrzyjmy się najpierw temu, co zrobił z Polską w ciągu ostatniego siedmiolecia. Drzewo poznaje się po owocach. Od nich zaczniemy, zanim zejdziemy do korzeni.
Władza i wiedza absolutna
Lata 2015-2016. Jarosław Kaczyński razem ze swoją partią Prawo i Sprawiedliwość przejmuje władzę. Władzę, która ma być absolutna. Tym razem wódz PiS-u nie ukrywa swoich apetytów. Wcześniej już raz rządził krajem, w latach 2005-2007, ale wtedy się powstrzymywał. Teraz powstrzymywać się nie będzie.
Kaczyński zaczyna od mediów publicznych. Nie chce w nich krytycznych recenzentów. Chce entuzjastycznych i pokornych chwalców. Takich jak ci, którzy wychwalają Władimira Putina w Rosji, Xi Jinpinga w Chinach i Viktora Orbána na Węgrzech. Dlatego samodzielnie myślący dziennikarze idą na bruk, a media publiczne przeobrażają się w propagandowy ściek kłamstw i obelg. Wyborcy i potencjalni wyborcy partii rządzącej zostają odcięci od rzetelnych informacji.
Lud ma wiedzieć jak najmniej, rząd ma wiedzieć więcej, niż mu wolno. Władza absolutna wymaga wiedzy absolutnej. Również w latach 2015-2016 Kaczyński i jego ludzie uzyskują pełny dostęp do naszych telefonów i komputerów. Nowelizacja prawa, nazywana potocznie ustawą inwigilacyjną, dopuszcza służby specjalne do sekretów obywateli. Służby mogą elektronicznie pobierać treści z naszych urządzeń poprzez łącza zainstalowane u operatorów internetowych. Czy chodzi tylko o te treści, które przesyłamy? Czy również o to, co robimy na naszych urządzeniach i nie zamierzamy tego nigdzie przesyłać? Ustawa inwigilacyjna zawiera kruczki pozwalające funkcjonariuszom włamywać się na komputery, serwery i telefony.
W tym wypadku, podobnie jak w wielu innych, Jarosław Kaczyński naśladuje rozwiązania wschodnie. W putinowskiej Rosji działa tzw. System Środków Operacyjno-Śledczych. Zgodnie z nim operatorzy telefoniczni i internetowi muszą instalować specjalne łącza dla służb. Dzięki temu policja polityczna ma łatwy i szeroki wgląd w życie poddanych Putina.
W następnych latach Kaczyński i jego służby zaczynają korzystać m.in. z izraelskiego systemu Pegasus. Używają go, żeby bezprawnie śledzić opozycję. Kontrolowany przez Jarosława Kaczyńskiego rząd kupił Pegasusa za pośrednictwem spółki Matic. To firma założona przez osoby związane z Moskwą i komunistyczną Służbę Bezpieczeństwa. W tym - przez Ewę Chabros-Chromińską, informatyczkę wywiadu PRL-u, która wyjechała do Rosji po upadku komunizmu. W 2015 r. spółka Matic współpracowała z włoską firmą Hacking Team, obsługującą służby specjalne Kremla.
Dlaczego o tym piszę? Nie tylko dlatego, że dążenie do powszechnej inwigilacji odzwierciedla charakter Władimira Putina i Jarosława Kaczyńskiego. Przede wszystkim dlatego, że sprawa dotyczy każdego z nas. Kaczyński i jego ludzie w pogoni za wszechwładzą mogą prześwietlić i przemielić dowolnego obywatela.
Większość z nas się łudzi. Większość z nas myśli: "Jestem zbyt mały, jestem zbyt nieważna, aby służby Jarosława Kaczyńskiego grzebały mi w komputerze". To poczucie bezpieczeństwa już niedługo może prysnąć jak bańka mydlana, gdy tylko pokłócimy się z dzielnicowym aktywistą PiS-u. Gdy poskarżymy się w urzędzie na firmę szwagra działacza PiS-u. Gdy wejdziemy w jakikolwiek konflikt, choćby mikroskopijny, z reżimem Kaczyńskiego. Wobec tzw. szarych ludzi reżim wciąż bywa powściągliwy. W tym sensie, że nie mści się na nich masowo. Reżim Kaczyńskiego zbiera jednak nasze dane na ogromną skalę, właśnie masową. Gdy całkiem rozbije niezależne elity, wtedy zacznie miażdżyć masy. Kto dąży do władzy absolutnej, ten się przed niczym nie zatrzyma.
Wódz zna naród jak nikt
Gdy mowa o powszechnej inwigilacji, to mowa o ogromnym morzu informacji.
Czy służby Jarosława Kaczyńskiego łowią w nim tylko kompromitujące materiały? Czy szukają w nim czegoś więcej?
Wiele się mówi o "tajnych sondażach", za pomocą których Prawo i Sprawiedliwość bada opinię publiczną. Ponoć są niezwykle dokładne. A może partia Kaczyńskiego do takich badań wykorzystuje dane ściągnięte z naszych komputerów i telefonów? Przecież one więcej mówią o naszych opiniach i preferencjach niż odpowiedzi uzyskane w ankietach. Nawet największa próbka respondentów to tylko kropelka w porównaniu z oceanem, do którego PiS ma dostęp dzięki "ustawie inwigilacyjnej".
Rzecz jasna, do analizy tak gigantycznego materiału potrzebne byłyby gigantyczne urządzenia. Tak się jednak składa, że Kaczyński je posiada. Już na przełomie 2015 i 2016 r. rząd PiS-u sprowadził do Polski "serwer wielki jak budynek" - mówią informatorzy. Do czego służy maszyna? Do pogłębionego badania treści formułowanych przez całą ludność Polski w komunikacji elektronicznej. Do wyłapywania zdań i wyrażeń, które w różnych kontekstach mogą się okazać znaczące.
Warto również wiedzieć, że narzędzia śledcze uzyskane przez Jarosława Kaczyńskiego i jego ludzi tłumaczą część jego zaskakujących sukcesów. Podsłuchiwanie ważnych działaczy opozycji Krzysztofa Brejzy i Sławomira Nowaka dało Kaczyńskiemu wgląd w działalność opozycyjnych sztabów wyborczych - gdyż Brejza i Nowak w nich pracowali. Dzięki temu Jarosław Kaczyński wiedział, co zrobią jego przeciwnicy. Dzięki temu wyprzedzał ich ruchy i zastawiał na nich pułapki.
W zachodnim kraju takie złamanie reguł cywilizowanej walki politycznej zdyskwalifikowałoby przywódcę raz na zawsze. Jednak w Polsce przyjmowane bywa ze wzruszeniem ramion. A nawet z westchnieniem ulgi: "Ach, więc to tylko o to chodzi w tej całej inwigilacji. Politycy podkradają sobie nawzajem sekrety. Dopóki oni zajmują się sobą, szary obywatel może spać spokojnie".
Niestety, nie może. W Polsce inwigilacja jest powszechna. A reżim stworzony przez Jarosława Kaczyńskiego chce czegoś więcej niż tylko wiedzy o wszystkich. Chce władzy nad wszystkimi. Wciąż jeszcze stara się nie wypowiadać wojny ogółowi "zwykłych ludzi". Podobnie jak przez pewien czas starał się tego nie robić reżim Putina w Rosji. Jednak w Rosji powściągliwość się skończyła. W Polsce też się skończy, jeśli reżim Kaczyńskiego będzie trwać.
Wzorzec z importu
Czy inwigilacja stanowi główne źródło sukcesów "wielkiego stratega"? Bardzo w nich pomaga, ale nie jest najważniejszym czynnikiem. Najważniejsze jest co innego. Otóż niemal wszystkie skuteczne posunięcia Kaczyńskiego to naśladownictwo działań Kremla. Podobnie jak niemal wszystko, co czyni Kaczyński, jest korzystne dla Moskwy. Trudno więc nie dojść do wniosku, że rosyjski dyktator Władimir Putin to punkt odniesienia i wzorzec dla Jarosława Kaczyńskiego. Wzorzec, bez którego Kaczyński nie wiedziałby, co robić. A liczne dowody świadczą, że Kreml dostarcza Kaczyńskiemu nie tylko inspiracji, lecz także bardziej wymiernej pomocy.
W jaki sposób Kaczyński doszedł do władzy w 2015 r.? Podobnie jak Putin w 2000 r. Obaj przywódcy wykorzystali islamski straszak i nielegalne nagrania kompromitujące przeciwników.
Jak to wyglądało? Władimir Putin posłał funkcjonariuszy kremlowskich służb specjalnych FSB, aby podkładali bomby w rosyjskich domach mieszkalnych. Zamachy te przypisywał muzułmańskim Czeczenom. Równocześnie przedstawiał siebie jako mocnego człowieka, który uchroni Rosję przed "terrorem islamu"... Jarosław Kaczyński ograniczył się do działań werbalnych. W 2015 r. straszył Polaków, że muzułmańscy uchodźcy z Syrii niosą ze sobą groźne zarazki. "I terroryzm!" - dodawali klakierzy Kaczyńskiego. Wśród nich wyróżnił się PiS-owski tygodnik "wSieci". Redakcja na okładce zamieściła zdjęcie prozachodniej premier Ewy Kopacz w stroju islamskiej terrorystki samobójczyni. Tylko dlatego, że Kopacz nie była tak wroga uchodźcom, jak Kaczyński.
Co do nielegalnych nagrań, to dzięki nim Putin w 1999 r. usunął ze swej drogi generalnego prokuratora Jurija Skuratowa. Skuratow tropił korupcję i nie oszczędzał samego Putina. W marcu 1999 r. państwowa telewizja RTR wyemitowała film nagrany ukrytą kamerą. Film przedstawiał kogoś podobnego do Skuratowa, kto uprawiał seks z dwiema kobietami. Prokurator oświadczył, że to nie on. Nazwał film manipulacją i fałszerstwem. Mimo to został zawieszony, potem zdymisjonowany. Usunięcie Skuratowa pozwoliło Putinowi wygrać wybory bez większych trudności. W następnych latach nieraz eliminował przeciwników politycznych przy pomocy podobnych materiałów. W 2016 r. taki los spotkał Michaiła Kasjanowa - byłego premiera, który został opozycjonistą.
Co do Jarosława Kaczyńskiego, to korzyść, jaką odniósł z nielegalnych nagrań, jest powszechnie znana. W 2014 r. cwaniacko brzmiące rozmowy prozachodnich polityków - nagrane w warszawskich restauracjach i opublikowane przez media - utorowały Kaczyńskiemu drogę do zwycięstwa wyborczego.
W tym wypadku chodzi nie tylko o podobieństwo do Rosji, lecz także o powiązanie z Rosją. Za aferą taśmową stał bowiem Kreml. Polscy politycy prozachodni byli potajemnie nagrywani w kilku lokalach, przede wszystkim w:
- restauracji Lemongrass, założonej przez Andrzeja Kisielińskiego, byłego menedżera rosyjskiego koncernu paliwowego Łukoil;
- restauracji Sowa & Przyjaciele, założonej przez menedżerów deweloperskiej Grupy Radius, której współzałożyciel - miliarder Robert Szustkowski - dorobił się dzięki kremlowskim oligarchom (a w latach 90. kierował polską filią rosyjskiego mafijnego MontażSpecBanku).
Kto odegrał znaczącą rolę w tej operacji podsłuchowej? Importer rosyjskiego węgla Marek Falenta, który przekazał część nagrań kierownictwu PiS-u. W 2020 r. przesłuchiwałem Falentę przed sądem cywilnym w Warszawie. Występował jako świadek, ja byłem jedną ze stron. Podczas rozprawy Marek Falenta zeznał, że działa pod przemożną presją Rosjan, którzy dali mu węgiel na kredyt i bezwzględnie egzekwują dług.
Zapytany o swoje związki z Jarosławem Kaczyńskim, Falenta uchylił się od odpowiedzi. Czym to uzasadnił? Tym, że naraziłby się na odpowiedzialność karną, hańbę lub wielką stratę finansową, gdyby wyjawił prawdę o swoich związkach z Kaczyńskim.
Z informacji ujawnionych przez "Gazetę Wyborczą" wiemy, że Jarosław Kaczyński musiał wiedzieć, skąd się wzięły nagrania Marka Falenty. Musiał wiedzieć, że to prezent od Rosjan. Kaczyński kazał bowiem sprawdzić Falentę swoim zwolennikom, którzy służyli w Centralnym Biurze Antykorupcyjnym[12] (niestety, prozachodni premier Donald Tusk tolerował w służbach ludzi PiS-u). Podczas sprawdzania Marka Falenty PiS-owscy funkcjonariusze CBA musieli odnotować jego związki z Rosją. Na pewno nie mogli przegapić węgla, który Falenta dostał na kredyt od rosyjskiej firmy KTK, powiązanej z kremlowskimi dygnitarzami i służbami[13].
Pilny naśladowca
Co Jarosław Kaczyński robi z władzą, którą przejął na wzór Putina i z pomocą Putina? Używa jej, by działać na korzyść Putina.
Kaczyński atakuje Zachód i rozbija jedność Unii Europejskiej. Równocześnie zaś przekształca państwo polskie na wzór putinowskiej Rosji. Jak Władimir Putin, tak Jarosław Kaczyński wtargnął do komputerów i telefonów obywateli, gdy wprowadził powszechną inwigilację. Tak jak Putin, Kaczyński ruszył na podbój sądów i mediów. Podobnie jak Rosjanie Kaczyński zaczął likwidację niezawisłego sądownictwa od Trybunału Konstytucyjnego. Identycznie jak Putin Kaczyński zastraszał sądy przy pomocy hejterów, którzy publikowali brudy na temat prywatnego życia sędziów[14]. Tak samo jak Kreml Kaczyński nie ograniczył się do wzięcia pod but mediów publicznych. Na sposób Putina Kaczyński zaatakował wielką prywatną stację telewizyjną, która krytykowała wodza i jego partię.
W tej ostatniej sprawie widać dwie różnice. Po pierwsze, w Rosji stacja nazywała się NTV, w Polsce nazywa się TVN. Po drugie, Putin przejął NTV, a Kaczyński TVN-u przejąć nie zdołał - przynajmniej na razie.
Poza tym podobieństwa są uderzające. Zarówno Putin, jak i Kaczyński wykorzystali wielki rządowy koncern paliwowy, aby zagarniać niezależne media. W Rosji był to Gazprom, w Polsce jest to Orlen, który połknął koncern Polska Press razem z jego licznymi tytułami i redakcjami. Operację "paliwowego przejmowania mediów" w obu krajach przeprowadził dynamiczny i cyniczny menedżer, który reklamował się hasłem "Wszystko mogę!". W naszym kraju odegrał tę rolę Daniel Obajtek, a w Rosji był to Michaił Lesin, biznesowo-propagandowy geniusz, którego zawołanie bojowe brzmiało: "Wsio mogu!". Jarosław Kaczyński z niezwykłym zapałem promował swojego Lesina, czyli Obajtka. "Ma ogromne możliwości, niezwykłą determinację i coś takiego, co daje Pan Bóg, a co trudno zdefiniować: aurę, która pozwala mu ludzi mobilizować, jednoczyć wokół jakiegoś celu" - tak wódz PiS-u mówił o szefie Orlenu w rozmowie z PiS-owską telewizją internetową wPolsce.pl.
Mówiąc o podobieństwach w działaniach Putina i Kaczyńskiego, nie sposób pominąć skrajnie niebezpiecznej nagonki na osoby LGBT. Nagonki rozpętanej w sposób identyczny najpierw przez ludzi Putina w Rosji, potem przez ludzi Kaczyńskiego i Putina w Polsce.
Jak przeprowadzono tę kampanię? W latach 2006-2013 putinowski działacz Aleksandr Czujew, deputowany do Dumy, zaczął krążyć po Rosji. Wzywał kolejne rosyjskie miasta, gminy, obwody: ogłaszajcie się strefami wolnymi od "propagandy homoseksualizmu"! Geje mogą znieprawić wasze dzieci! Z jakim odzewem spotkał się Czujew? Rosjanie posłuchali deputowanego. Zaczęły powstawać lokalne "strefy wolne" - twierdze homofobii, antyzachodnich przesądów, jawnej i oficjalnej nienawiści. Jedną z tych twierdz stał się Petersburg, ukochane miasto Putina. Wódz tylko czekał, by rozpętać antygejowską nagonkę w całym kraju. Nie chciał bowiem występować jako inicjator wszechrosyjskiego pogromu gejów. Wolał prześladować homoseksualistów jako dobrotliwy władca, który robi to w odpowiedzi na "prośby ludu". W 2013 r. dobrotliwy władca Putin wprowadził zakaz publicznego okazywania orientacji homoseksualnej. Kremlowska propaganda uzasadniała to dobrem najmłodszych Rosjan. Wmawiała odbiorcom, że widok uścisku lub pocałunku jednopłciowej pary mógłby "zarazić" dzieci homoseksualizmem... Czym zaowocowała cała akcja? Szokującym wzrostem agresji przeciw osobom LGBT. Również w 2013 r. trzej mężczyźni z Wołgogradu oderżnęli genitalia pewnemu gejowi, następnie rozłupali mu głowę kamieniem[15]. Krótko potem zginął Oleg Serdiuk - wiceszef lotniska na Kamczatce i homoseksualista. Sąsiedzi zakłuli go nożem. Następnie wsadzili zwłoki do auta, które podpalili[16].
U nas akcja rozpoczęła się w 2019 r. Jeden z członków sejmowej drużyny Jarosława Kaczyńskiego, poseł PiS-u Kazimierz Smoliński, zaczął krążyć po Polsce. Wzywał polskie gminy i miasta, żeby ogłosiły się strefami wolnymi od "promocji ideologii LGBT"... Podobne akcje podejmowali inni prawicowi działacze. Wspierała ich słynna organizacja Ordo Iuris, współpracująca z fundamentalistycznymi międzynarodówkami finansowanymi przez Kreml. Awantura skutecznie rozgrzała tych wyborców Kaczyńskiego, którzy wcześniej stawali się bierni lub letni w swym poparciu dla wodza i jego reżimu. Kolejne samorządy lokalne przyłączały się do nagonki. Strefy nienawiści rozlewały się po Polsce jak wysypka. Kampanię powstrzymał sprzeciw unijnych instytucji i partnerów, którzy ogłaszali wstrzymanie wsparcia finansowego dla antygejowskich samorządów. Niemniej poplecznicy Jarosława Kaczyńskiego robili wszystko, by nagonka ogarnęła cały kraj. W 2020 r. namaszczony przez Kaczyńskiego prezydent Andrzej Duda usiłował odebrać człowieczeństwo osobom LGBT: "Próbuje się nam wmówić, że to ludzie. A to jest po prostu ideologia!" - wołał podczas przemowy wyborczej. Rok później został dźgnięty nożem w plecy homoseksualista, który spacerował po Warszawie z partnerem. Jak nożownik uzasadnił swój atak? Po putinowsku: "Nie trzymajcie się za ręce, nie przy dzieciach!" - krzyczał.
Rzecz jasna, trudno byłoby pozyskać masy samym strachem i nienawiścią. Nie wystarczy podsuwać wrogów, trzeba też podsuwać talerz. Masy potrzebują jeść, dlatego Władimir Putin obok propagandy posłużył się gotówką. To samo zrobił naśladowca Putina, Jarosław Kaczyński. Obaj zdobyli szerokie poparcie dla swojej polityki, dając pieniądze kluczowym grupom wyborców. Ta kwestia jest przedmiotem ciągłych debat, w których politycy zmieniają się w moralistów i na odwrót? Czy to źle, że Kaczyński dał polskim rodzicom 500 zł zasiłku na każde dziecko? Czy to źle, że Putin nakarmił emerytów z rosyjskich wsi? Odpowiedź jest prosta. Władimir Putin zasługiwałby na pomnik, gdyby po naprawieniu socjalnych zaniedbań wprowadził w Federacji Rosyjskiej standardy demokratyczne i przeszedł na emeryturę. Jednak to, co mogło być lekarstwem na biedę i paliwem dla gospodarki, stało się prymitywną łapówką. Zarówno w Rosji, jak i w Polsce władca kupił od obywateli zgodę na bezprawne zwiększenie swej władzy. Tyran zalepił miodem oczy poddanych, aby nie widzieli, że są okradani z wolności. Ten miód sprawił, że tak wielu Polaków nazywało putinizację Polski "dobrą zmianą".
Cóż, miód od tyrana odbija się teraz czkawką, a może przynieść gorsze dolegliwości. PiS-owska redystrybucja pieniędzy, pozbawiona przemyślanej strategii gospodarczo-społecznej, w wielkim stopniu przyczyniła się do galopującej inflacji.
Uwierzył, że ma Syberię?
Na pomniczek zasłużyłby może i Jarosław Kaczyński, gdyby przyznawał zasiłki w sposób racjonalny, a równocześnie powstrzymał się od niszczenia sądownictwa, mediów, wolności i równości. Niestety, Kaczyński nie powstrzymał się od tego, gdyż zaczął podążać śladem Putina.
Jarosław Kaczyński przegapił jeden szczegół: Polska nie ma takich zasobów jak Rosja. Federacja Rosyjska posiada ropę, węgiel, gaz, żelazo, złoto, uran. Na tych złożach nie tylko zarabia biliony dolarów. Może nimi również szachować świat. Dlatego podejmuje zachowania ryzykowne w gospodarczej polityce wewnętrznej - i skrajnie ryzykowne w polityce zewnętrznej. Tymczasem Polska nie zarabia bilionów dolarów na skarbach swojej ziemi. Nie może więc szastać pieniędzmi jak Kreml. Jednak ta okoliczność najwyraźniej umyka Jarosławowi Kaczyńskiemu. Kaczyński prowadzi nasz kraj do ruiny, bo wierzy, że Polska jest Rosją. Wierzy, że Polską da się rządzić jak putinowską Rosją - i wierzy, że Polska jak Rosja może przeżyć bez przyjaźni z Zachodem. Dlatego odcina Polskę od naszego jedynego zasobu, który można porównać z rosyjskimi bogactwami. Mianowicie od korzyści gospodarczych, które wynikają z naszej przynależności do Unii Europejskiej. A nawet od bezpośredniej pomocy finansowej, która przestaje płynąć z Unii Europejskiej do Polski.
Unia bowiem wykazuje coraz mniejszą gotowość, by finansować państwo Jarosława Kaczyńskiego. Coraz mniej chce zasilać swoimi pieniędzmi reżim, który gwałci praworządność, prześladuje mniejszości i rozbija samą Unię - z oczywistą korzyścią dla Kremla, gdyż polityka Kaczyńskiego również na arenie międzynarodowej służy interesom Moskwy. Przede wszystkim rząd PiS-u ostentacyjnie odmawia stosowania się do reguł UE. Stanowi to zachętę dla innych wrogów Unii działających w jej wnętrzu - jak wspomniani Matteo Salvini i Marine Le Pen, sojusznicy Putina i sojusznicy Kaczyńskiego. Do tego sabotażu PiS dokłada działania propagandowe. PiS-owskie media prześcigają się w kampaniach nienawiści wobec Brukseli i Berlina. Dodajmy, że po dojściu Kaczyńskiego do władzy propagandziści PiS-u niemal całkowicie zrezygnowali z antyrosyjskiej retoryki. Zastąpili ją retoryką antyukraińską i antyzachodnią. Wyjątek zrobiono dla prokremlowskiego prezydenta USA, Donalda Trumpa. PiS popierało Trumpa nawet po amerykańskich wyborach prezydenckich z 2020 r., gdy stracił władzę w hańbiących okolicznościach (nie chciał się pogodzić z porażką, głosił teorie o "sfałszowaniu wyborów" i pchnął tłum fanatyków na siedzibę Kongresu Stanów Zjednoczonych). Ludzie Kaczyńskiego udawali, że wierzą w opowieść o sfałszowanych wyborach w Ameryce. Prezydent RP Andrzej Duda - znany z żenujących hołdów składanych Trumpowi - ostentacyjnie ociągał się z uznaniem nowego zwycięzcy, Joe Bidena. W Białym Domu zostało to zauważone. Biden wprawdzie spotkał się z Dudą, gdy po inwazji Kremla na Ukrainę przyjechał do Polski. Nie spotkał się za to z Jarosławem Kaczyńskim. "Genialnego stratega" nie było nawet na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie, gdzie prezydent Biden przemawiał do polskich elit. Najwyraźniej Amerykanie wiedzą, kto odpowiada za hołd Dudy przed Trumpem. Jak również za przerabianie Polski w kopię putinowskiej Rosji.
Czy Kaczyński oszalał? Czy dąży do własnej klęski? Doświadczenie uczy, że w szaleństwach Jarosława Kaczyńskiego zwykle jest metoda. Władzę pomógł mu zdobyć Kreml. Czy przyjaciele Kremla pomogą Kaczyńskiemu ją utrzymać? Od ponad roku liczne źródła donoszą, że PiS intensywnie zabiega o bilionową pożyczkę w Pekinie. Z doniesień mediów wynika, że Chiny zaczęły finansować reżim Kaczyńskiego za pomocą kredytów, których udzielają polskim spółkom Skarbu Państwa[17]. Chiny zaś są głównym wrogiem USA i najważniejszym sojusznikiem Rosji.
Uzależnienie finansowe od Pekinu definitywnie przesunęłoby Polskę na Wschód. Warto dodać, że Chińczycy najpewniej obwarowali swoją "pomoc" wyśrubowanymi, lichwiarskimi warunkami. Dla nich to inwestycja ryzykowna, w tej chwili bardziej polityczna niż gospodarcza. Polski i europejski rynek stały się bowiem mniej atrakcyjne dla Chin ze względu na antychińskie regulacje UE. Dlatego kredyty od Chińczyków mogą nas słono kosztować - zarówno pod względem finansowym, jak i politycznym.
Sypiąc łupież w oczy
Kogo więc mamy na myśli, gdy mówimy o Jarosławie Kaczyńskim? To ktoś, kto chce być jak Władimir Putin. Ktoś, kto przyjmuje pomoc Putina i wiernie realizuje jego pomysły.
Gdy jednak patrzymy na Jarosława Kaczyńskiego, to widzimy kogoś zupełnie innego niż Władimir Putin. Mam na myśli nie tylko to, że Kaczyński posługiwał się antyrosyjską retoryką, a nawet odgrywał ofiarę rzekomego rosyjskiego zamachu, wcielając się niemal w zmarłego brata bliźniaka. Mam na myśli to, że wizerunek Jarosława Kaczyńskiego krańcowo się różni od wizerunku Władimira Putina.
Rosyjski dyktator przez lata chełpił się swoją siłą i sprawnością fizyczną w sposób wręcz ekshibicjonistyczny. Putin to cwaniak, który pozuje na sportowca z nagim torsem, bandytę, silnego człowieka. Czy naprawdę jest tak silny, można powątpiewać. Na pewno jest bezwzględny. Trudno wątpić, że nieszczęśliwe dzieciństwo i młodość w służbach specjalnych wzmogły w nim cechy psychopatyczne - takie jak skrajna nieczułość i brak skrupułów. Nauczył się wtedy, że musi prężyć muskuły i demonstrować moc pięści. "Na ulicy wygrywa ten, kto uderzy pierwszy" - tak brzmi jego ulubione hasło.
Jak to się stało, że na putinowską ścieżkę wkroczył ktoś, kto wygląda jak przeciwieństwo Putina? Przecież Kaczyński to rozpieszczony przez matkę salonowy chłopiec, który za młodu spędzał całe dnie z nosem w książce. "Nocny marek", który wolałby umrzeć niż zerwać się o szóstej rano na gimnastykę. Kanapowy domator i śledziennik, który nieustannie okazuje zbrzydzenie światem. Nigdy niepraktykujący prawnik, który mamrocze trudne słowa takie jak "imposybilizm". Nieelegancko ubrany, nieraz wręcz niechlujny, ale zawsze szczelnie zapięty pan z brzuszkiem.
Musimy jednak pamiętać, że Jarosław Kaczyński, którego znamy, to produkt kreacji i autokreacji. To on z pomocą sojuszników i współpracowników tworzy swoje wizerunki. Tak samo, jak robi to Putin.
Rosjanie chcą, żeby car był potężny, bogaty i silny. Chcą, żeby zabijał potwory niczym legendarny Ilja Muromiec ze średniowiecznych poematów ludowych. Putin na swój sposób spełnia te oczekiwania. Polacy chcą, żeby król był odważny i skromny zarazem, a także zatroskany. Chcą, żeby obalał pysznych magnatów siłą nie pięści, nie oręża, tylko królewskiego słowa. Na ile może, Kaczyński zaspokaja to zapotrzebowanie.
Oczywiście, dobra kreacja musi zawierać w sobie element prawdy. Jarosław Kaczyński faktycznie jest słabowitym inteligentem. Nie byłby w stanie udawać krzepkiego robotnika lub rolnika. Gdy raz powiedział, że lubi disco polo, to nikt mu nie uwierzył (nawet ci, co lubią Kaczyńskiego i disco polo).
Zatem rola, którą Jarosław Kaczyński zazwyczaj odgrywa, ma dla niego same zalety.
Po pierwsze, odpowiada na potrzeby emocjonalne milionów Polaków. Po drugie, Kaczyńskiemu łatwo ją odgrywać, gdyż nie musi zbyt dużo udawać. Po trzecie, ta rola bardzo skutecznie przykrywa ambicję, przemyślność i agresywność Jarosława Kaczyńskiego. Wygląd niezamożnego emerytowanego urzędnika pomaga mu grać skromnego i bezinteresownego sługę narodu. Kaczyński nie przemawia do zwolenników z marmurowego balkonu ani z prezydium wyściełanego aksamitem. Woli wynajęte sale, przywodzące na myśl akademią szkolną. Przez lata używał tandetnej blaszanej drabinki, na którą się wdrapywał podczas tzw. miesięcznic smoleńskich. Przedstawiał się wtedy tłumowi jako męczennik i sierota po śmierci brata przypisywanej mgławicowym spiskom.
Ta skromność na pokaz często się przeradza w zaniedbanie, wręcz abnegację. Przeciwnicy śmieją się z rozdeptanych butów i łupieżu na płaszczu Jarosława Kaczyńskiego. Nie powinni. Łupież to najlepszy adwokat Kaczyńskiego. Łupież mówi wyborcom PiS-u, że Kaczyński to człowiek bardzo zapracowany i gorliwy w służbie dla Polski. Tak zapracowany, że nie ma czasu, by pomyśleć o wyborze odpowiedniego szamponu. To płaszcz posypany łupieżem i stare rozdeptane buty obroniły Jarosława Kaczyńskiego w jednym z najtrudniejszych momentów. Wtedy, gdy "Gazeta Wyborcza" ujawniła, że wódz PiS-u to rekin biznesu, cichy szef spółki Srebrna, która buduje wieżowce w Warszawie (tzw. dwie wieże Kaczyńskiego)[18].
Publikacje "Gazety Wyborczej" otworzyły oczy niektórym przeciwnikom Jarosława Kaczyńskiego, którzy dotąd wyśmiewali go za domniemaną nieudolność życiową i rzekomą nieznajomość biznesu. Niektórzy z nich zrozumieli, że Jarosław Kaczyński, którego znają, to tylko rola. Rola w znacznej mierze fałszywa, choć świetnie grana. Jednak zwolennicy Kaczyńskiego oczu nie otworzyli. A nawet jeśli je otworzyli, to i tak zobaczyli tylko to, co chcieli zobaczyć. Obraz starszego, zaniedbanego pana w starych butach i brudnym płaszczu zbyt mocno wrył im się w pamięć, żeby prawda mogła go zatrzeć. Zbyt mocno pokochali tego pana, który dba nie o siebie, lecz o Polskę. "Co powiesz na to, że Jarosław Kaczyński buduje dwa wieżowce w Warszawie?" - takie pytanie Marcin Celiński zadał pewnemu wyborcy PiS-u z Lublina. "Ale on dla nas wszystkich to buduje, przecież nie dla siebie" - usłyszał w odpowiedzi.
Nieustannie odgrywana rola w końcu zaczyna się mścić na tym, kto ją odgrywa. Intensywne życie, które prowadził Kaczyński, najwyraźniej nadwyrężyło jego siły. Ma 73 lata. Niekiedy jednak zachowuje się tak, jakby miał 83 albo 93. Człowiek, który wcielał się w zaniedbanego starszego pana, stał się zaniedbanym starszym panem. Zwolennicy się rozczulają, przeciwnicy szydzą. Jednak ci, co pamiętają aferę spółki Srebrna, pytają: "Czy tym razem to naprawdę? A może to tylko kolejna maskarada? Może nas zwodzi, abyśmy uwierzyli, że już jest niegroźny?". Powtórzę: dobra kreacja musi zawierać w sobie element prawdy. Dobry aktor umie wykorzystać początki zniedołężnienia, aby przejmująco je odegrać. Jarosław Kaczyński gra do końca. Zapewne chciałby dla odmiany zagrać kogoś silniejszego fizycznie - szczególnie teraz, gdy osłabł naprawdę. Trzyma się jednak tej roli, która najbardziej mu pasuje, najlepiej mu wychodzi i najwięcej mu daje.
Skąd się wziął ten niezwykły talent aktorsko-dyktatorski? Co zaprowadziło polskiego inteligenta Jarosława Kaczyńskiego na ścieżkę podobną do tej, którą od dawna kroczy rosyjski zbrodniarz Władimir Putin? Kto Kaczyńskiego na nią wprowadził? Kto pomaga mu kroczyć tym szlakiem?
Odpowiedź - na dalszych stronach tej książki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki