Miasto niemożliwe
Shitamachi (Dolne Miasto) i Yamanote (Górne Miasto) to historyczny podział Tokio, jeszcze z czasów, gdy miasto nazywało się Edo. Pierwsze obejmuje część południowo-wschodnią, drugie - północ i zachód stolicy Japonii.
37 115 035
To nie numer telefonu, budżet średniej wielkości miasta ani kombinacja szczęśliwych cyfr, lecz populacja obszaru metropolitalnego Tokio w 2024 roku według World Population Review. Obszaru - dodać muszę - o powierzchni zbliżonej do województwa małopolskiego. Samo Tokio zamieszkuje "tylko" 13 milionów ludzi, ale granice między stolicą a resztą aglomeracji są rozmyte. Jedno wynika z drugiego, by przejść w trzecie i nagle się okazuje, że jesteś w Jokohamie (nawiasem mówiąc, drugim najbardziej ludnym mieście Japonii). Czegoś podobnego, choć w mniejszej skali, doświadcza się, krążąc po Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, jednak w tokijskiej granice są nieuchwytne.
Pewnego razu, przytłoczona wielkomiejskością, postanowiłam wybrać się na dzień w najbliższe góry. Do podnóży Takao z Shinjuku podwożą lokalne ekspresy, podróż zajmuje niecałą godzinę. W tym czasie pociąg nawet na moment nie wyjechał poza zabudowania. Dopiero wypiętrzenie terenu zatrzymuje lawinę domostw. Dawno temu uważano, że góry są siedzibą bogów, czyli tabu. Japończycy nadal niechętnie się w nich osiedlają.
Będąc ponownie w Shinjuku, wjeżdżam na 45. piętro Tokijskiego Urzędu Metropolitalnego (T?ky? Toch?; Tokyo Metropolitan Government Building Observatory). To darmowy taras widokowy, piętro widokowe właściwie, z niemal panoramiczną perspektywą na Tokio i dalej nizinę Kant?. Jeśli warunki atmosferyczne sprzyjają, na horyzoncie pojawia się góra Fudżi (co ponoć zdarza się około siedemdziesięciu dziewięciu razy w roku). Jest tak charakterystyczna, że nie sposób pomylić jej z czymkolwiek innym. Oko się cieszy, ma na czym się zatrzymać. Poza tym monotonia poprzecinana drapaczami chmur. Ciekawostka: do końca lat osiemdziesiątych Tokio zabudowane było nisko. Wieżowce zaczęły wrastać w panoramę, dopiero gdy poluzowano przepisy budowlane. Tokio rozlewa się, wylewa i przelewa setkami, tysiącami podobnych do siebie budynków.
Tak jest na powierzchni. Pod ziemią tętni życiem alternatywne miasto, pełne knajp, sklepów i przejść ciągnących się kilometrami. Gdy miałam przesiadkę na stacji ?temachi, na której krzyżuje się pięć linii metra, przejście z jednego peronu na drugi zajęło mi dziesięć minut. Żwawym krokiem. Ani na moment nie wychodząc spod ziemi. Stacje metra tworzą pod Tokio labirynt wyjść, przejść i tuneli. Klarownie oznaczonych, ale idę o zakład, że po godzinach, gdy odjedzie ostatnie metro, po korytarzach błąkają się duchy gaijinów, którzy w tym błędniku utknęli na zawsze. Przy stacji metra Asakusa kryje się najstarsza podziemna ulica handlowa. Kto znajdzie wejście (dyskretne), poczuje się jak na planie filmowym Blade Runnera plus zapach. Niepodrabialne eau de kuchenne wyziewy z niesubtelną nutą metra, starego kurzu i przebitką z dymu papierosowego. Poczuje się też jak bohater Perfect Days Wima Wendersa - filmu o szczęśliwym sprzątaczu, pardon , opiekunie toalet (pojawi się jeszcze w tej książce). Bo Hirayama przychodził tu jeść.
Tokijska ulica w dzielnicy Shinjuku
A propos Asakusy, jednej z lepszych dzielnic, mam takie zdjęcie, które pokazuję podczas slajdowisk. Rzut na ulicę z dwudziestego pierwszego piętra. Po trzy pasy jezdni w każdą stronę, szeroki trotuar, w ciasnym Tokio raczej wyjątek niż reguła. Zmieściły się nawet skrawki trawnika. I szpaler budynków, przeważnie wąskich i wysokich. Nieźle jak na Tokio. Pewnego razu ktoś z widowni zapytał, czy to slums.
Gaijinów w Japonii zaskakują różne rzeczy. Powszechność toalet, brak koszy na śmieci, firanki w taksówkach, porządek, sroga powaga, z jaką traktowane są kolejki ustawiające się wszędzie tam, gdzie czeka więcej niż jedna osoba, automaty z napojami, cisza w pociągach, estyma wobec banknotów. Mnie zaskoczyło, jak brzydkie jest Tokio. "Pomimo olbrzymich przedsięwzięć budowlanych - pisze Stephen Mansfield w Tokio. Biografia - (...) wciąż może ono sprawiać wrażenie niedookreślonej, wręcz bezcielesnej, gigantycznej betonowo-świetlnej meduzy". Zderzenie miasta au naturel , powszechnego i codziennego, tworzonego przez niewyróżniające się i niewyszukane budynki i beton, z imaginarium, które wyhodowałam sobie w głowie pod wpływem podkręconego na maksa wizualnego przekazu i opowieści o wyrafinowaniu japońskiej estetyki, w pierwszym momencie zbiło mnie z pantałyku. Konsternacja trwała przez kilka dni pierwszego pobytu w Tokio. Potem się przyzwyczaiłam, pokraczna estetyka miasta przestała mnie dziwić. Opatrzyła się. Zrobiła przezroczysta. Zaczęłam odkrywać w tym urok, a nawet pokrętne piękno.
Jedno pytanie jednak nie dawało mi spokoju.
Dlaczego tu jest tak brzydko?
Przesadzam? To nie tylko moje obserwacje, a antyestetyka tkanki miejskiej jest przedmiotem kąśliwych uwag od dawien dawna. Tokio "nigdy nie zachwycało urodą" - pisał wojenny korespondent "Le Monde" Robert Guillain. W innym miejscu nazywa je "olbrzymią drewnianą wsią". Pod koniec XIX wieku Lafcadio Hearn - pisarz po uszy zakochany w Japonii - narzekał na "odrażające wrażenie", jakie wywarły na nim girlandy kabli elektrycznych i drutów telegraficznych nisko zwisające nad ulicami. Minęło sto lat, a gdyby autor książki Kwaidan, czyli opowieści niesamowite jakimś cudem wstał z grobu, rozpoznałby Tokio jedynie po zwojach przewodów, których od tamtej pory tylko przybywało. Być może nazwałby miasto, za angielskim architektem Jamesem Maudem Richardsem, "przerażającym pejzażem z drutami". Jego rodak, Angus Wilson, pisał o mieszance prowizorycznej bylejakości i niekończącej się odbudowy. Wąskich ulic i ponurych zaułków, których w tym nowoczesnym mieście nie brakuje, lepiej opisać się nie da. Peter Popham pisał o "bezładnej betonowej anarchii". A James Kirkup uważał, że "Tokio jawi się nie tyle jako miasto, ile rodzaj gigantycznego, bezkształtnego przemysłowego przedmieścia, niebywale głośnego i brzydkiego". Kirkup przesadza, lecz nie można odmówić mu odrobiny racji.
W XX wieku Tokio zostało zniszczone trzy razy. Wpierw - w lutym 1913 roku - wybuchł wielki pożar, ale poczynione przez niego straty były zaledwie preludium do dramatu, który rozegrał się dekadę później. 1 września 1923 roku Kant? daishinsai - trzęsienie ziemi w Kant? o mocy 7,9 w skali Richtera - zniszczyło dwie trzecie miasta. Piotr Milewski w Tokio. Opowieści z Dolnego Miasta pisał, że magnituda była tak wysoka, że uszkodziła sejsmometry. Część budynków zdewastowały wstrząsy (przez trzy dni ziemia drżała ponad tysiąc siedemset razy), większość strawiły pożary. Bo pech chciał, że trzęsienie nastąpiło dwie minuty przed południem, gdy tokijczycy na rozpalonych kuchenkach szykowali posiłki. "Stojące wzdłuż ciasnych uliczek małe zakłady produkcyjne i drewniane domy, z których okien często zwisały materace [chodzi o futony, na których sypia się w tradycyjnie urządzonych japońskich domach - ZJ], stanowiły doskonałą pożywkę dla płomieni pochłaniających całe zatłoczone, ubogie dzielnice mieszkalne" - pisze autor Tokio. Biografia . - "[P]ożary doprowadziły do powstania wiatrów i cyklonów, które przyspieszyły rozprzestrzenianie się płomieni do 800 metrów na sekundę". Z nieba sypał się deszcz iskier. Niezależne pożary łączyły się ze sobą, a "pomiędzy nimi oraz ponad nimi utworzyły się puste przestrzenie o bardzo wysokiej temperaturze". Stworzone z drewna i papieru Tokio spłonęło. Zniknęło dziewięćdziesiąt procent zabudowy centralnych dzielnic, a blisko sześćdziesiąt trzy procent mieszkańców straciło dach nad głową.
Dwadzieścia lat później na Tokio zaczynają spadać amerykańskie bomby. Najpierw ostrożnie. W perzynę obracają stalownię, kilka małych elektrowni, zbiornik ropy naftowej, szpital wojskowy, szkołę oraz - raczej przypadkiem niż celowo - gospodarstwo rolne. Z czasem z większą śmiałością i bez oglądania się na cywili. W nalocie 27 stycznia 1945 roku w Ginzie ginie tysiąc osób. "Pobliski park Hibiya - pisze Mansfield - został tak gęsto zasnuty zwłokami, że zabijano bezpańskie psy, by zapobiec pożeraniu przez zwierzęta ciał ofiar ataku". W marcu zaczęły się naloty dywanowe. Amerykanie chcą skończyć wojnę teraz, natychmiast, już. Koszty (ludzkie) nie mają znaczenia. Bomby burzące zamieniają na napalm. Nie celują w obiekty wojskowe czy użyteczności publicznej. Interesuje ich zagłada Tokio i jego mieszkańców. Dlatego w nocy 10 marca bombowce skierowano na gęsto zaludnioną i łatwopalną dzielnicę Asakusa. Nalot trwał trzy godziny. To była rzeź. "W żarze wytworzonym w trakcie nalotów (...) metal się topił, woda w kanałach wrzała, a ludzie zmieniali się w żywe pochodnie". Spłonęła najstarsza świątynia buddyjska w Tokio - Sens?-ji. Według różnych szacunków zginęło od osiemdziesięciu tysięcy do stu tysięcy tokijczyków "żywcem uprażonych, ugotowanych i upieczonych", jak ujął to generał Curtis LeMay - spiritus movens bombardowań z użyciem napalmu. Ciała zabitych znajdywano w ruinach przez dwadzieścia pięć dni. LeMay zdawał sobie sprawę, że gdyby druga wojna światowa rozstrzygnęła się na niekorzyść aliantów, skończyłby jako zbrodniarz wojenny przed sądem, a nie szef sztabu Sił Powietrznych USA.
Po wojnie nie brakowało dobrych chęci. Opracowano ambitne plany odbudowy, które nie tylko miały zaspokoić gigantyczny głód mieszkaniowy, ale także zaradzić brakowi terenów zielonych (dziesięć procent miasta miało zmienić się w parki) i miejskiej infrastruktury. Wszystkiego tego, na co nie zwraca się uwagi, ale jest kwestią kluczową: szkoły, szpitale, kanalizacja, prąd i bieżąca woda. Rafał Matyja nazywa to miejskim gruntem. Jednak wszystkie te górnolotne plany rozbiły się o rzeczywistość. Na zakup gruntów pod parki zabrakło pieniędzy, a złożone plany upadały w starciu z presją szybkiego rozwoju. Naturę w Tokio, może z wyjątkiem ogrodów i parków, traktuje się betonem. Z betonu wyrastają drzewa, po betonie płyną rzeki, których koryta zdyscyplinowano w ten sposób. Ale to i tak nie najgorszy scenariusz, bo ponad sto cieków skończyło pod ziemią, ustępując miejsca ulicom i autostradom. Miasto zapewniło infrastrukturę, a resztę oddało w ręce mieszkańców. Bierzcie i budujcie, jak wam się podoba. Pracujący na Wydziale Urbanistyki Uniwersytetu Waseda Christian Dimmer pisze, że Tokio odbudowywało się oddolnie, chaotycznie, organicznie, bez planu. Szał budowlany rozpętał się na dobre, gdy miastu przyznano organizację igrzysk olimpijskich w 1964 roku.
W tamtym czasie w Tokio działała grupa architektów zwących się metabolistami. Należeli do nich Kish? Kurokawa, Arata Isozaki (którego projekt mamy w Polsce - Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie), ale prym wiódł zafascynowany teoriami Le Corbusiera Kenz? Tange, architekt między innymi Muzeum Pokoju w Hiroszimie i biurowca Urzędu Metropolitalnego w Shinjuku (tego z tarasem widokowym). Według metabolistów miasto to nieustannie ewoluujący organizm. Podczas gdy zmiany infrastrukturalne potrzebują więcej czasu, "budynki błyskawicznie są zastępowane nowymi konstrukcjami". I faktycznie, autoregeneracja to druga natura Tokio. Pozbawione tragedii na miarę nalotów dywanowych czy trzęsienia ziemi z 1923 roku, lata powojenne wcale nie wyhamowały cyklu miejskiej reinkarnacji. Współczesne Tokio bez sentymentów patrzy na przeszłość. Kołowrót burzenia i budowania, by znów burzyć i budować, wpisany jest w status quo miasta, w którym stała jest tylko zmiana. Budynek się zestarzał? Jest nierentowny? Równa się go z ziemią. Jego wartość historyczna bądź artystyczna czy znaczenie dla miejskiego dziedzictwa są nieistotne. Przykład? Nakagin Kapuseru Taw? (Nakagin Capsule Tower) projektu Kish? Kurokawy - brutalistyczny wieżowiec wzniesiony w Ginzie w 1972 roku w trzydzieści dni. Uważany był za czołowe osiągnięcie metabolistów. Kurokawa doprowadził tu do perfekcji budownictwo modułowe. Szybkie i tanie. Trzynastopiętrowy budynek składał się ze stu czterdziestu kapsuł nonszalancko ułożonych - jak klocki Lego - na betonowym szkielecie. Kapsuły miały okrągłe okienka, przez co wieżowiec wyglądał jak stos pralek. Co ciekawe, na plac budowy przyjechały już wykończone i wyposażone. Powierzchnia mieszkalna była symboliczna, nawet jak na tokijskie warunki. Dziesięć metrów kwadratowych z łazienką niewiele większą od toi toia. Kto choć raz spędził noc na promie, ten tym łatwiej wyobrazi sobie wielkość kapsuł Kurokawy. Jednak gdy ogląda się archiwalne zdjęcia, trudno oprzeć się wrażeniu, że aranżację wnętrz dokładnie przemyślano, a z mikroskopijnego metrażu wyciśnięto wszystkie soki. Prócz łóżka zmieścił się mały telewizor, zestaw do odtwarzania muzyki, telefon, blat roboczy, lodówka i sporo schodków. Kurokawa zakładał, że moduły będą po dwudziestu pięciu latach wymieniane. Nic takiego nigdy się nie stało. Nakagin Kapuseru Taw? nie spełniał też współczesnych norm sejsmicznych, a mieszkańcy narzekali na szwankującą klimatyzację. Rozebrano go w 2022 roku, ale część kapsuł zachowano. Jedna trafiła do Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Wakayamie, dwie do galerii SHUTL w Tokio, a pięć do parku Soleil Hill w Yokosuce, gdzie mają służyć jako obiekty noclegowe.
Uwolnione parcele rach-ciach zabuduje się czymś bardziej przystającym do współczesności. Na przykład generycznym manshon na drewnianym szkielecie (dobrze znoszą sejsmiczne zawirowania) i z elewacją wykończoną plastikową okładziną przypominającą siding. Szybkie w budowie, szybkie w burzeniu. Pozostałości dawnego Tokio znikają niepostrzeżenie. "Człowiek pozbawiony nośników pamięci w postaci zabytkowych budowli koncentruje się na teraźniejszości, nie poświęcając wiele czasu na rozpamiętywanie minionych dziejów". Według Mansfielda "[n]iechęć Tokio do bezczynności i zastoju, jego zapatrzenie w nowoczesność odzwierciedla zupełnie niespotykana koncepcja miasta utrwalającego się nie przez zachowywanie, ale przez odnowę". Oczywiście w Tokio, jak wszędzie, są dzielnice lepsze i gorsze, bogatsze i biedniejsze. Nawet w tych opanowanych przez szkło i stal wciąż można znaleźć fragmenty, w których czas się zatrzymał. Maleńki, zapyziały bar, w którym nie mieści się nic więcej ponad kontuar i kilka stołków. Zakład rzemieślniczy prowadzony przez zgiętego wpół staruszka. Drewniane domki z pralkami wystawionymi za próg i gąszczem roślin doniczkowych traktowanych z nabożeństwem jako namiastka ogródka. Pralnię publiczną wyposażoną w sprzęty o wartości muzealnej. Wystawę sex shopu z tak spłowiałym asortymentem, że na pudełkach zostały niebieskawe powidoki napisów. Ale jest też wielce prawdopodobne, że gdy kolejny raz pojawisz się w tej okolicy, nie będzie po nich śladu. Jednak mimo tej efemeryczności wpisanej w duszę Tokio pewne rzeczy pozostają bez zmian. Sęk w tym, że trudno dostrzec je gołym okiem, z poziomu trotuaru. Dopiero porównanie współczesnych map z tymi z okresu Edo pokazuje, że raz wytyczony przebieg ulic czy układ kwartałów pozostał w wielu miejscach niezmienny.
W książce Tokio. Biografia czytamy, że w czasie boomu budowlanego, typowego dla lat powojennych, notorycznie naginano przepisy, a realizatorzy robót dopuszczali się rażących zaniedbań. Był to czas, kiedy "japońskie państwo budowlane" - ścisły sojusz pomiędzy piastującymi wysokie stanowiska politykami, urzędnikami oraz jednymi z najagresywniejszych na świecie firm zarządzających nieruchomościami i majątkiem - zmieniło Tokio w centrum potężnej gospodarki przestrzennej, która doprowadziła do rozciągnięcia się zabudowy miejskiej w rozległy pas nieokreślonych przedmieść i nieużytków. Ludzie często musieli mieszkać na ciasnych osiedlach komunalnych danchi , łudząco przypominających radzieckie blokowiska, jedne z najmniej przyjaznych kompleksów mieszkaniowych w rozwiniętych krajach. Obecnie danchi traktuje się jako synonim ubóstwa, ale w porównaniu z przedwojennymi standardami były skokiem cywilizacyjnym. Mieszkańcy cieszyli się, że nie muszą biegać z wiadrem po wodę, że mają osobną jadalnię i kuchnię, toaletę z bieżącą wodą i lodówkę. A że metraż był pudełka na buty? Trudno. Dzisiaj jednak danchi znikają. Wyludniające się osiedla są wyburzane albo czekają na wyburzenie.
Jako Europejczycy mamy wdrukowany do głów określony model miasta, wypracowany w naszym kręgu kulturowym setki lat temu. Z zamkniętymi oczami poruszamy się po osadach założonych na prawie magdeburskim, lubeckim i im podobnych. Będąc gdzieś po raz pierwszy, instynktownie dążymy ku rynkowi, szukamy głównej agory, w ostateczności czegoś pełniącego jej funkcję. Bo tam toczy się miejskie życie. Albo chociaż toczyć się powinno. Ratusz na środku, kościół w narożniku, wokół sklepy i siatka ulic krzyżujących się ze sobą jak na szachownicy. Zdarzają się modyfikacje, ale repertuar pozostaje stały. W Japonii to tak nie działa. Europejska intuicja zawodzi. Zwłaszcza w Tokio, mieście pozbawionym jednego centrum. Zresztą wyobraźmy sobie, jak gigantyczne musiałoby być to jedno centrum w kilkunastomilionowym mieście (na chwilę zapominając o reszcie ludności metropolii). I jak szybko zatkałoby się w zderzeniu z potokami mieszkańców, których ściągnąłby tu jakiś interes. Mansfield uważa, że ogrom stolicy Japonii powoduje fragmentaryczne postrzeganie jej przez mieszkańców, którzy identyfikują się ze swoją dzielnicą, a nie Tokio jako takim. Ich codzienność nie rozgrywa się wokół jakiegoś mniej lub bardziej zdefiniowanego centrum, starówki, rynku czy nawet osiedlowego skweru. Centrum życia miejskiego są stacje metra, od których - niczym kręgi na wodzie - rozchodzą się punkty usługowe, handlowe i rozrywkowe. Zjesz, zabawisz się i zrobisz zakupy. Im dalej od stacji, tym więcej biur, manshon czy jednorodzinnych domów. Joanna Bator strukturę Tokio przyrównuje do plastra miodu. Jedno mikromiasto przylega do kolejnego i tak dalej. Granice między nimi są płynne. Interesujący jest podział funkcji w poszczególnych okręgach, których specyfika zaspokaja różne potrzeby. Do Harajuku ciągną fani cosplayowych przebieranek, do Akiby - otaku (wielbiciele popkultury, a zwłaszcza anime, mangi i gier komputerowych) i miłośnicy elektroniki, a do Ginzy można się wybrać na zakupy topowych marek odzieżowych. Do Shimokitazawy jeździ się po winyle i posłuchać muzyki na żywo, do Jinb?ch? pobuszować w księgarniach, do Tsukiji najeść się ryb po kokardy, na Kappabashi-dori zaopatrzyć się w zastawę stołową i kuchenne utensylia, a do Sugamo wybrać nagrobek i omówić szczegóły pochówku.
Ta tokijska policentryczność ma długą tradycję, ale sprawę de facto przypieczętowała odbudowa miasta po trzęsieniu ziemi w 1923 roku. Większość mieszkańców centralnego Tokio przesiedlono wówczas na obrzeża, co przyczyniło się do rozwoju Shibui, Ikebukuro czy Shinjuku. Tę ostatnią dzielnicę, nim zmieniła się w nowoczesny ośrodek metropolitalny w zachodnim stylu - jak pisze Mansfield - "kojarzono z prostytucją i smrodem wózków do wywozu fekaliów, które miały tu swoją bazę. Tamtejsze kobiety opisywano jako "śmierdzące gnojówką". U progu lat dwudziestych okolica stacji kolejowej przeszła zdumiewającą metamorfozę: w kawiarniach można było skosztować kawy i rosyjskich czekoladek, wstąpić po europejskie pieczywo do Tokyo Pan Bakery czy obejrzeć popołudniowy seans w kinie Art Deco Musashino. Lata dwudzieste były epoką domów towarowych, czyli depat? . Moda na wielkie centra handlowe zaczęła się wtedy, gdy Mitsukoshi, dawny sklep odzieżowy, udostępnił szeroki wybór stosunkowo niedrogich towarów w swojej nowej placówce otwartej w Shinjuku w 1923 roku". Dom towarowy (ale pod nazwą Isetan) istnieje do dziś.
Swoją drogą domy towarowe, sklepy, czy szerzej handel, to niezwykle ważny element tożsamości Tokio. Czy to przypadek, że jedna z dzielnic nazywa się Ebisu - tak jak bóg handlu i patron kupców (aczkolwiek okolica ma bardziej rezydencjonalny niż handlowy charakter)? Mansfield uważa, że miasto "nigdy nie próbowało ukrywać swojego kupieckiego charakteru i uwielbienia dla bogactwa", a mieszkańców odznacza "naturalny zmysł przedsiębiorczości". Na pewno posiadał go klan Mitsui, który zbił fortunę "na usługach bankowych świadczonych szogunowi oraz handlu odzieżą w sklepie Echigoya". Rodzinny sklep z kimonami założyli w 1673 roku. Na początku XX wieku przekształcono go w pierwszy depat? w stylu zachodnim - Nihombashi Mitsukoshi Main Store. Styl zachodni oznaczał między innymi, że wszystkie produkty miały metki z cenami. Świątynię handlu w 1923 roku trzęsienie ziemi zmieniło w kupę gruzu, ale odbudowano ją i ma się doskonale. Urządzone w stylu neorenesansowym wnętrze wykończono czerwonym marmurem (z Francji) i żółtym (z Włoch; w niektórych miejscach widoczne są zatopione skamieliny z amonitami na czele). W nakrytym świetlikiem atrium stoi wysoka na cztery piętra "niebiańska dziewica", wyrzeźbiona z pnia pięćsetletniego drzewa cyprysowego. Ten barokowo-orientalny twór powstawał dziesięć lat na specjalne zamówienie Mitsukoshi. Ozdobiono go złotem, platyną i dwunastoma tysiącami kamieni. Wśród nich są i diamenty. "Niebiańska dziewica" ponoć odzwierciedla filozofię sklepu - magokoro , co wcale nie oznacza rozrzutności ani bogactwa, lecz szczerość. Na piątym piętrze (a szóstym według japońskiego porządku, który nie zna pojęcia parteru) mieszczą się sala teatralna oraz galeria sztuki, a na dachu kopia chramu Mimeguri Jinja z dzielnicy Sumida. A ponieważ jesteśmy w Japonii, to pracownicy domu towarowego nie tylko dbają o najwyższą jakość obsługi i zadowolenie klientów, ale także w każdy pierwszy dzień miesiąca modlą się o ich zdrowie. Wejście flankują dwa lwy - kopie tych, które strzegą Kolumny Nelsona na Trafalgar Square w Londynie (o kopiowaniu Zachodu będzie jeszcze mowa w tym rozdziale). To oryginalny element z tego pierwszego, otwartego na początku XX wieku, depat? . Przetrwały i trzęsienie ziemi, i drugą wojnę światową, gdy pomniki i inne ozdobniki masowo przetapiano na amunicję (co stało się udziałem między innymi pomnika psa Hachik?, o którym więcej za chwilę). W sąsiedztwie mostu Nihonbashi (też jeszcze się pojawi) handlowano już w okresie Edo (od 1603 do 1868 roku). Pierwsze centrum handlowe otwarto tu w 1662 roku!
Jądro Tokio
Gdybyśmy mieli koniecznie wskazać "centrum", miejskie jądro, rozumiane po zachodniemu, to byłby to Pałac Cesarski. Ale i tym razem europejskie schematy myślowe mogą zwieść na manowce.
Największa metropolia świata zaczynała pięćset lat temu jako Edo - licha wioska rybacka wśród malarycznych trzęsawisk, położona na niewielkim wzniesieniu, górującym ponad ujściami rzek do zatoki. Dzisiaj to Ogrody Cesarskie. Nazwijmy je pre-Edo. Nie zachował się po nim ślad i gdyby nie (lakoniczne) zapiski wędrownych skrybów i poetów, nie byłoby żadnego dowodu, że istniało. Sto lat później wioska trafiła w ręce założyciela dynastii szogunów Tokugawa. Tego samego, który pod koniec XVI wieku zamknął Japonię na ponad dwieście lat (ale o tym więcej w innym miejscu książki). Ieyasu Tokugawa dostał Edo w pakiecie z okolicznymi słabo zaludnionymi prowincjami w nagrodę za udaną kampanię wojenną. Nagroda w istocie była zakamuflowaną banicją, bo Hideyoshi Toyotomi wolał go trzymać z dala od stolicy w Kioto. W jego oczach Edo było końcem świata i cywilizacji, krainą bagien i komarów. Ale Tokugawa widział w tym pustkowiu zalążek wspaniałego miasta. Czas pokazał, kto miał rację. Jednak nim Ieyasu zakasał rękawy kimona i wziął się do roboty, obaj wodzowie przypieczętowali umowę - jak pisze Mansfield - przez "jednoczesne oddanie moczu w kierunku Odawary". Toyotomi zapisał się w historii jako despota, Tokugawa, który po jego śmierci przejął (a raczej zdobył w bitwie) godność szoguna, wcale nie był lepszy. Tak dalece nie ufał poddanym, że wymusił na daimy? (panach feudalnych), by utrzymywali dwie rezydencje. Mieszkali w nich naprzemiennie, rok w Edo, rok w swojej prowincji. Nakaz nie obowiązywał żon, dzieci i przyszłych dziedziców. Rodziny wasali mieszkały tylko w Edo. Tokugawa mógł sobie na to pozwolić, bo jako szogun de facto sprawował kontrolę nad Japonią, a Tokio w praktyce było stolicą. Cesarz w Kioto nie miał wiele do gadania.
Ieyasu Tokugawa miał obsesję na punkcie bezpieczeństwa. Na wzgórzu po pre-Edo stawia "fortecę, która nie ugnie się przed żadnym najeźdźcą". Zamek Edo chroniły strome mury, głębokie fosy, kamienne ściany. Ale to nie wszystko. Jak pisze Mansfield, gdy po trzęsieniu ziemi w 1923 roku rekonstruowano fortyfikacje, budowniczowie wewnątrz murów znaleźli ustawione pionowo szkielety ludzi, nazwane hitobashira , czyli ludzie-kolumny. W starożytności wierzono, że "takie przebłagalne ofiary zjednają przychylność bogów i wzmocnią budowle". Zdolności obronnych cytadeli nie przetestowano nigdy w praktyce. Działała jak straszak, nikt nie odważył się jej zaatakować. Ród Tokugawów poradził sobie z wewnętrznymi wrogami. Zamek szoguna stał się centrum, punktem odniesienia, jądrem Edo. Jeszcze w połowie XX wieku w najbliższym otoczeniu nie wolno było stawiać budynków wyższych niż ośmiopiętrowe, by terenu nie "przyćmiewały żadne cienie". Centrum miejskiego wszechświata, od którego odchodziła pajęczyna gęsto zabudowanych uliczek i ślepych zaułków, traktów prowadzonych tak, by zmylić wroga. By błądził, kluczył i nie zbliżył się do twierdzy szogunów. Pod pewnymi względami w dzisiejszym Tokio wiele się nie zmieniło. W 1650 roku nędzna wioska na trzęsawiskach wysforowuje się na największe miasto Japonii. Ma prawie pół miliona mieszkańców. Przez kolejne dwieście lat niewiele się zmieni, ale pod koniec XIX wieku, gdy minie czas szogunów, władza wróci do cesarza, a kraj otworzy się na Zachód i modernizację - liczba mieszkańców podskoczy do miliona. W 1907 wyniesie dwa miliony, a w 1920 trzy. Wcześniej, w 1868 roku, obalono szoguna, a Edo zmieniło nazwę na Tokio i oficjalnie stało się stolicą Japonii, zaś zamek szogunów - rezydencją cesarzy. W 1888 roku ukończono budowę nowego Pałacu Cesarskiego. Nie jest to architektura ani wybitna, ani spektakularna (i nie powiem tego głośno, ale jest także niespecjalnie ciekawa).
Japońscy cesarze bywają nazywani Ohoribata , co można przetłumaczyć jako "szacowna osoba po drugiej stronie fosy". Owa fosa jest jak magiczna granica, nieprzekraczalna i oddzielająca cesarskie sacrum od miejskiego profanum. Japończycy wierzą bowiem w nadziemski rodowód swoich cesarzy, którzy pochodzić mają bezpośrednio od bogini słońca Amaterasu. Zamkową fosę cesarz Mutsuhito po raz pierwszy pokonał w lektyce, później preferował europejski powóz zaprzężony w konie. Rok wcześniej, wraz z jego intronizacją, w Japonii rozpoczął się okres Meiji, czas modernizacji na zachodnią modłę. Gdy wjeżdżał do zamku, miał na sobie tradycyjne szaty, jego szczupła sylwetka w warstwach jedwabiu wyglądała karykaturalnie. Zapatrzony w nowoczesność cesarz nie porzucił jednak dworskiej pompy i przepychu. Dostosował je do okoliczności. Mutsuhito ruszył w kraj, by doglądać postępów modernizacji. Wizytował fabryki i przemawiał do ludu w mundurze wojskowym wzorowanym na zachodnich. Epolety, galony i mnóstwo lamówki. Sto lat później w czymś podobnym będzie występować na scenie Michael Jackson. Zmiany dosięgły także urzędników państwowych, którzy odtąd - przynajmniej publicznie - mieli nosić garnitury i wykrochmalone kołnierzyki oraz włosy strzyc na krótko. Wcześniej, w epoce Edo, mężczyźni (a właściwie - będąc jeszcze bardziej precyzyjną - samurajowie) nosili tradycyjną fryzurę chonmage , którą można uznać za ekstremalny wariant uczesania znanego jako "na czeskiego piłkarza" (minus wąsy). Część głowy golono, a powstała tym sposobem łysina znacznie wykraczała powyżej czoła. Pozostałe włosy - po bokach i z tyłu - wiązano w kucyk i podpinano do góry, tworząc coś w rodzaju koka. Obcokrajowcy, którzy przybyli do Japonii po otwarciu jej granic, nazwali to "świńskim ogonem". Mutsuhito częściowo zreformował także czas. Wprowadził kalendarz gregoriański, ale - fakt godzien odnotowania - w Japonii lat nie numeruje się od narodzin Chrystusa (bo niby dlaczego miałoby się akurat tak robić?), lecz od chwili wstąpienia cesarza na tron. Ergo 2025 rok w Japonii to 7 rok ery Reiwa, czyli "Pięknej Harmonii", która rozpoczęła się intronizacją cesarza Naruhito.