Rozdział 1
Jak zszedłem na psy?
W momencie gdy "zszedłem na psy", tak naprawdę stanąłem na nowej ścieżce prowadzącej do lepszego i piękniejszego życia.
To coś było we mnie od dziecka. Miłość do natury i przygody. Podobno zawsze było ze mną coś nie tak. Gdy inne dzieciaki bawiły się na podwórku, ja chętnie uciekałem do babci na pobliską wieś, by tam bawić się samotnie. Na strychu był mój świat - świat równoległy, w który się wtapiałem i znikałem na całe dnie. Uwielbiałem takie miejsca: strychy, piwnice czy szopy z gratami zbieranymi przez lata.
Babcia mieszkała sama. Miała ogromny dom z wielkim sadem. Całe górne piętro było puste. No, może prawie puste. Na podłodze, na gazetach suszyły się pokrojone w plasterki jabłka i gruszki, a na oknach wisiały spięte w bukiet kwiaty lipy. Możecie sobie wyobrazić, jaki unosił się tam zapach. Stała tam również stara szafa, zepsute radio z gramofonem ukrytym pod górną klapą i duży stojący wieszak na ubrania wykonany z drewna.
Właśnie do tego wieszaka doczepiłem stare koło od wozu, pod nogi położyłem szeroką deskę, na której końcu przymocowałem znalezioną na strychu flagę. Za silnik czy żagiel służyła moja wielka wyobraźnia. Mój statek był gotowy do wypłynięcia na pełne morze.
Miałem chyba dziesięć lat, gdy napisałem list do pana Bohdana Sienkiewicza prowadzącego w tamtym czasie program "Dookoła świata". Byłem cholernie szczęśliwy, że mi odpisał, życząc skończenia odpowiednich szkół, by zostać marynarzem i pływać statkiem po całym świecie.
To był piękny czas, list w końcu gdzieś przepadł, ale marzenia o podróżach pozostały do dzisiaj. Zmieniło się tylko to, że dziś bliżej i łatwiej mi do górskich szczytów niż odległych wysp...
***
To był słoneczny, czerwcowy poranek. Tym piękniejszy, że to właśnie dzisiaj mieliśmy się przeprowadzać do naszego własnego mieszkania. Nic wielkiego, pięćdziesiąt pięć metrów kwadratowych w starym budownictwie, ale za to z komórką i małym ogródkiem. Wreszcie można będzie pomyśleć o czworonożnym przyjacielu dla córki, Ewy. Ewa urodziła się z dziecięcym porażeniem mózgowym. Czytaliśmy kiedyś w jakimś piśmie, że psy rasy husky są pomocne w terapii dzieci z takim schorzeniem.
Nie mieliśmy wtedy internetu, nie mieliśmy pojęcia, co to za rasa, jakie ma wymagania, wady czy zalety. Byliśmy totalnie zieloni w tych sprawach, ale liczyło się tylko dobro córki. Żona miała kiedyś jakieś kundelki. Ja niestety nigdy nie miałem zwierzaków. Ojciec z wujkiem trzymali dużo zwierząt na podwórku u babci. Jednakże dla nich liczyły się tylko takie zwierzęta, które później będzie można zjeść, a o psie w domu nie było mowy.
Po miesiącu od przeprowadzki byliśmy gotowi na przyjęcie nowego członka rodziny. Nie wiedzieliśmy, czym jest hodowla, a czym pseudohodowla. Jedyne, co mieliśmy do dyspozycji, to gazeta z ogłoszeniami. Więc zadzwoniliśmy do człowieka z ogłoszenia i już za tydzień przywiozłem do domu małą, kudłatą czarno-białą kulkę. Zdecydowaliśmy, że weźmiemy psa, a nie suczkę. Szczeniaczek Max, bo tak daliśmy mu na imię, był w miarę spokojnym psem - nie szczekał, nie gryzł drzwi, mebli ani innych sprzętów domowych.
Dopiero po kilku miesiącach sąsiadka dopatrzyła się, że Max to tak naprawdę suczka... Jak ja się wtedy czułem strasznie! Znowu poległem na swojej naiwności i ślepej wierze w ludzi, która niestety towarzyszy mi do dzisiaj. Co teraz? Jak po kilku miesiącach wołania do psa "Max" przerobić imię, by brzmiało choć odrobinę podobnie? Po długiej rodzinnej debacie z Maxa zrobiła się Mona.
Wreszcie podłączyli nam internet, a ja z wrodzonej ciekawości zacząłem czytać o tej rasie - jej wadach i zaletach. Okazało się, że ludzie często biorą husky przez ich urodę, piękne niebieskie oczka, a później - gdy piesek sprawia problemy wynikające z jego pierwotnych instynktów - zostają wyrzucane czy oddawane do schronisk. Równie dużo czytałem o tym, że to psy wymagające sporej aktywności, bo inaczej z nudów mogą zacząć ogryzać meble czy pruć wersalki.
Do tego zauważyliśmy, że córka nie bardzo się interesuje przytulaniem czy głaskaniem pieska, co miało korzystnie wpływać na przebieg choroby. Wręcz odpychała psa, gdy ten się tylko do niej zbliżył.
W miarę czytania zacząłem czuć się winny, że wziąłem tak aktywnego pieska, a nie mogę mu zapewnić odpowiedniej dawki ruchu. Chociaż... Oczywiście, że mogłem, ale się nie chciało.
Ja i bieganie z psami? Oczywiście, w dalekiej przeszłości grywało się w jakichś podmiejskich klubach piłkarskich. Był także czas harcerstwa, gdy wędrowało się z plecakiem po górach, ale teraz? W ostatnich latach nie byłem wzorem do naśladowania. Mieszkaliśmy wcześniej w nieciekawej okolicy, a ja nie potrafiłem mówić "nie".
Często zdarzało się chlać z kolegami, czy to z podwórka, czy z pracy, i robić rzeczy, przez które wstyd mi do dzisiaj. Miałem poczucie bezsilności. Myślałem wtedy, że jestem kimś wyjątkowym - ojcem niepełnosprawnego dziecka, który musi i czasem się mu należy. Choć to "czasem" zdarzało się coraz częściej. Szukałem współczucia: "Piję, bo muszę, mam chore dziecko. Jak żyć? No jak inaczej żyć?!".
Zmiana otoczenia i sytuacja, w której się znalazłem, wyszła mi na plus. Choć wcześniej wydawało się to nierealne, zacząłem biegać z psem. Na początku po przebyciu kilometra wracałem do domu wypompowany okrutnie, bo wtedy nie wiedziałem, że wystarczy spokojny bieg. Biegałem na full. Oczywiście, że prościej byłoby wsiąść na rower, ale go wtedy nie miałem. Mieliśmy trochę rat do spłacania, w tym tę za mieszkanie, w którego zakupie pomógł nam mój szef.
Biegałem trzy razy w tygodniu gdzieś za torowiskiem. W tamtych czasach bieganie nie było modne. Jeśli już ktoś z dawnych znajomych mnie zobaczył, zdarzały się takie teksty jak:
- Ty biegasz? Co ty, głupi jesteś?
Dlatego kryłem się ze swoim bieganiem gdzieś w pobliskich lasach. Dla zwierzaka to też było dobre, bo biegał po idealnie miękkim podłożu. Coraz więcej czytałem o psich zaprzęgach. Dowiedziałem się, że nawet posiadając tylko jednego psa, mogę stać się pełnoprawnym maszerem, czyli człowiekiem powożącym psim zaprzęgiem, i brać udział w zawodach.
Biegałem tak kolejny rok, czasem podpinałem psa do roweru. Ludzie patrzyli na mnie jak na dziwaka. Jednak apetyt rósł w miarę jedzenia i... wzięliśmy drugiego haszczaka ze schroniska. Husky to zwierzęta stadne. Lepiej czują się w towarzystwie innych osobników tej samej rasy.
Psy, jak przystało na psy rasy pracującej, mocno ciągnęły. Znajomi nieraz krzyczeli za mną, czy to ja wyprowadzam psy, czy one mnie. Fakt, wyglądałem wtedy jak chorągiewka, próbując je utrzymać. Nie zamierzałem tego korygować i wyjaśniać. Te psy uwielbiają pracować, do tego zostały stworzone. Tak więc byłem dla niektórych takim "lokalnym idiotą". Ludzie tacy już są.
Pamiętam wypowiedź jednego z liczących się w Polsce maszerów. Opowiadał, jak to miał pierwsze dwa psy, z którymi jeździł rowerem po wiosce, gdzie mieszkał. Ludzie na jego widok pukali się w czoło. Gdy na którychś zawodach stanął na podium, a później trafił do lokalnej gazety i telewizji... nagle ci sami ludzie bili mu brawo i każdy chciał go bliżej poznać.
Podobnie było ze mną. Dwa husky to już mały zaprzęg, a ja marzyłem o saniach. Marzenia niedługo zostały zrealizowane. W necie pojawiła się oferta sprzedaży sań. Były to stare drewniaki wiązane sznurem, bez użycia gwoździ czy śrub. Pożyczyłem pieniądze od szefa, których w efekcie i tak nie kazał oddawać. Chyba był zadowolony, że porzuciłem hulaszcze życie i obrałem taką właśnie ścieżkę. Był 2007 rok. Jeszcze wtedy zdarzały się śnieżne zimy, a i w góry było blisko, więc śnieg był.
Kolejne dwa lata minęły. W tym czasie jeździliśmy rodzinnie na zawody, czasem typowo zaprzęgowe, a głównie dogtrekkingowe. To taka dyscyplina, w której uczestnik przed startem dostaje mapę, a jego zadaniem jest znaleźć wszystkie zaznaczone punkty. Idzie się oczywiście z psami prowadzonymi na specjalnej uprzęży i amortyzowanej smyczy. Oczywiście trzeba przejść trasę w jak najszybszym czasie. Takie zawody odbywały się na dystansach piętnaście, dwadzieścia pięć lub pięćdziesiąt kilometrów. Często chodził z nami syn, Damian. Miał wtedy osiem lat i dawał radę w szybkim tempie pokonywać z nami dystans dwudziestu pięciu kilometrów. Kiedyś w wieloetapowym pucharze Polski w tejże dyscyplinie zajęliśmy czwarte miejsce w kategorii rodzina.
Czasami spotykałem w swoim mieście ludzi z psami północy. Namawiałem na wspólne treningi, podpięcie psów do sań. Niestety nikt nie był zainteresowany. Większość osób bała się kontaktów swojego psa z innymi albo mówili, że ich by tak nie potrafił. Ot, zwykłe wymówki...
Którejś nocy wypatrzyłem w internecie stronę, na której można było założyć zbiórkę charytatywną w zamian za wpłaty na leczenie chorych osób. Były tam przedziwne akcje, takie jak "zgolę wąsy w zamian za wpłatę na konto chorej koleżanki" albo "przejdę cmentarz po północy". Oczywiście trzeba było to później udowodnić obszerną fotorelacją.
Wpadłem na pomysł, by założyć akcję dla córki "Z Chojnowa na Śnieżkę - piechotą dla Ewy", czyli pokonanie dystansu około stu kilometrów w zamian za wpłaty na dwutygodniowy turnus rehabilitacyjny, który kosztował w tamtych czasach trzy tysiące złotych. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ta akcja przyczyni się do stworzenia w przyszłości klubu psich zaprzęgów...
Rysunek Magdalena Kociuba
Rozdział 2
Życie z osobą z niepełnosprawnościami
Były lata, gdy siedzieliśmy w domu, bo wydawało nam się, że nie ma innego wyjścia, że tak musi być. Mamy córkę z dziecięcym porażeniem mózgowym. Oczywiście był taki okres, gdy pomagała nam mama. Wiedziałem jednak, że to się kiedyś skończy i będziemy musieli coś wymyślić, by wychodzić z domu i korzystać w pełni z życia. Oczywiście są takie miejsca, gdzie nie chodzimy od lat. Nie byliśmy w kinie od ponad dwudziestu lat i czasem odmawiamy ludziom, gdy zapraszają nas na wesela. Takie życie, ale przywykliśmy już do tego. Z żoną poznaliśmy się w górach jakieś trzydzieści lat temu i kochaliśmy górskie wędrówki. Tego nie mogliśmy sobie darować. Potrzebowaliśmy takich wyjść dla własnego komfortu psychicznego.
Gdy temperatury wzrastały do 20°C, przerywaliśmy treningi i ruszaliśmy na górskie szlaki. Początkowo w łatwo dostępne Góry Izerskie. Ze zwykłym wózkiem inwalidzkim udało nam się dotrzeć do wysokości 1120 metrów n.p.m. Często robiliśmy z nim nawet dwudziestokilometrowe pętle. Zdobyliśmy także Ślężę czy kilka większych szczytów Gór Kaczawskich. Czasem, gdy było już bardzo ciężko, podpinaliśmy do pomocy psy zaprzęgowe, a ja biegłem za wózkiem, pchając go, by psy nie męczyły się za bardzo. Apetyt rósł w miarę jedzenia i pewnego dnia postanowiłem powalczyć o lepszy sprzęt, by iść wyżej i dalej...
Założyliśmy akcję na jednym z portali typu Zrzutka. Początkowo słabo to szło. Jasno podkreślaliśmy, że ten wózek niestety nie pomoże wyzdrowieć Ewie, ale pomoże nam wychodzić z domu. Koleżanka z klubu, która miała dwóch niepełnosprawnych synów, założyła na Facebooku aukcję. Ktoś dał na nią nalewki własnej roboty. Jedna z nich poszła za osiemset złotych. Kasa płynęła, dużo pomogli miłośnicy górskich wędrówek z całej Polski, jak i nasi znajomi - klubowicze.
Kupiliśmy wymarzony wózek od firmy produkującej sprzęt do psich zaprzęgów. Znałem ten sprzęt i wiedziałem, co robię. Zamówiliśmy czterokołowca z aluminium. Cztery hamowane koła, hamulce rolkowe. Z tyłu dwie stopki, na których można stanąć i zjechać w dół, a nie iść za wózkiem. Ewa także lubiła takie wyjazdy. Już kiedy jechaliśmy autem, prawie całą drogę pokazywała na dach, gdzie przyczepiony był wózek, a podczas powrotów robiła nam w aucie dzikie awantury, bo chciała jeszcze.
Drugim atutem takich wycieczek było to, że podczas wędrówki Ewa zupełnie zapominała o zmianie pampersa. W domu poszłoby już dziesięć, a podczas naszych wypraw maksymalnie dwa przez cały dzień. Z tym wózkiem wybraliśmy się w wiele miejsc. Najwyższym z nich były Śnieżne Kotły w Karkonoszach o wysokości 1490 metrów n.p.m. Często znajomi pomagali nam wpychać Ewę na szczyty gór. Było idealnie. I Ewa, i my byliśmy bardzo zadowoleni i wymęczeni. Na czas letni i przerwę w treningach założyłem grupę turystyczną "Włóczykij". Organizowałem coraz więcej wycieczek i coraz więcej ludzi zgłaszało się do wspólnych wyjazdów. Lubię oprowadzać ludzi po ciekawych i mniej znanych miejscach. Marzyłem kiedyś, by zostać przewodnikiem, ale życie postanowiło inaczej.
Przez tych kilka ostatnich lat dużo czytałem. Książki pomogły mi spojrzeć inaczej na świat. Przestałem widzieć ograniczenia, które tak naprawdę były tylko w mojej głowie. Ewa była z nami wszędzie: na treningach, w lesie, pod namiotem, w górach. Bez względu na to, czy było lato czy zima, byliśmy w drodze.
Nie było idealnie i lekko. Musiałem ćwiczyć i być sprawny, by dawać radę pchać wózek przed sobą. Nie jestem człowiekiem o wielkiej budowie. Nigdy nie przekroczyłem wagi siedemdziesięciu ośmiu kilogramów przy wzroście sto siedemdziesiąt osiem centymetrów, ale to serce i głowa - mocne i gotowe do walki - wpychały wózek na szczyty gór.
Wchodząc z Ewą na Śnieżne Kotły, pchałem wózek jak zawsze z tyłu. Z przodu za linki ciągnęli trzej koledzy. Miałem wtedy umysł nastawiony na wygraną i nie myślałem za wiele o innych sprawach. Dopiero na drugi dzień jeden z kolegów, który zobaczył zdjęcie w necie powiedział:
- Ty miałeś wczoraj psi zaprzęg!
Początkowo nie bardzo rozumiałem, ale po chwili nadeszło olśnienie. Trzej koledzy z przodu ciągnący wózek byli policjantami... W młodzieżowym slangu często mówi się na nich "psy".
***
Nie chcę iść za wszelką cenę wyżej i wyżej, bo i małe górki są super, a sam fakt, że możemy wędrować z córką z niepełnosprawnościami i obcować z naturą, wystarczy w zupełności. Tak więc zostaje jeszcze tylko jeden szczyt do zdobycia. Dziesięć lat wcześniej szliśmy dla Ewy piechotą na Śnieżkę i dobrze byłoby zakończyć akcję właśnie tam. Jednak tym razem to Ewa stanęłaby sama na szczycie królowej Karkonoszy. Jeśli to zrobimy, to już wyżej nie mam potrzeby wchodzić. Plan piękny, ale tamtej zimy śnieg długo zalegał na szczycie Śnieżki, więc czekaliśmy na lepszą pogodę, by zaatakować szczyt.
Zdaję sobie sprawę, a nawet wiem na pewno i znam takie osoby, które wciąż nie mają odwagi wyjść ze swoimi chorymi dziećmi w świat. Siedzą zamknięci w domach, widząc tylko granice. Wmawiając sobie, że nie dadzą rady, że widocznie Bóg tak chciał i tak być musi... Mam nadzieję, że właśnie tą książką rozpalę w ich sercach i umysłach tak mocny ogień, że strawi on wszelkie bariery. Wyjdą z domu i otworzą się na świat. Ponieważ tylko po opuszczeniu swojej strefy komfortu możemy dojrzeć lepszy i piękniejszy świat. Nie ten, który pokazują nam codziennie w telewizji. Świat równoległy, gdzie wbrew pozorom ludzie nie są tacy źli, lecz chętnie nam pomogą. Wystarczy tylko wyjść i zatrzasnąć za sobą drzwi do starego świata. Tego wszystkim serdecznie życzę...
Dziś, gdy kończę pisać tę książkę, jesteśmy już po wejściu z Ewą na Śnieżkę i znowu się okazało, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Miałem obawy, czy damy radę wtoczyć tam wózek z Ewą, ale czasem tak bywa, że ta mniejsza górka daje mocniej w kość niż większa. Myślę, że z taką ekipą jesteśmy w stanie wjechać wszędzie.
Osiągnęliśmy wysokość 1603 metrów n.p.m. i wyżej już nie potrzebujemy. Spełniliśmy kolejne marzenie.