I
WYBORY FAŁSZOWANO OD ZAWSZE
Można powiedzieć, że rozmaite formy i narzędzia demokracji są obecne w historii od momentu, kiedy człowiek zaczął tworzyć większe społeczności. W pewnym momencie jednak dominujące stały się takie systemy polityczne, w których najważniejsze decyzje podejmowali władcy: cesarze, królowie i książęta. Jednak z czasem, stopniowo, do życia publicznego zaczęła powracać demokracja i coraz więcej urzędów oraz stanowisk obsadzano przez głosowanie. Trzeba przy tym podkreślić, że w małych społecznościach było to i jest dość proste, a w większych - znacznie bardziej skomplikowane. Tymczasem w miarę rozwoju demokracji liczni politycy dochodzili do wniosku, że wcale nie trzeba zdawać się na wolę ludu i wsłuchiwać w głos społeczeństwa. Są bowiem dwie główne metody wygrywania wyborów. Wyborców można do siebie przekonać w sposób całkowicie demokratyczny i zgodny z prawem, przedstawiając im dobry program oraz składając różne obietnice, najlepiej - nadające się do realizacji. Ale zamiast pracowitego przekonywania można też wpływać na nich w inny sposób, metodami dalekimi od demokratycznych i sprzecznymi z prawem, lecz o wiele mniej skomplikowanymi i przeważnie tańszymi, a co najważniejsze - skutecznymi. Skuteczniejsze od mozolnego przekonywania jest użycie przekupstwa czy po prostu brutalnej siły. Jeszcze lepszy wynik dają "cuda nad urną", czyli absolutnie bezprawne wypaczanie faktycznego wyniku elekcji. To ostatnie ma sens przede wszystkim wtedy, gdy istnieje pewność, że nikt nie podważy takich "cudów".
Jeśli wydaje nam się, że dzisiejsze techniki fałszowania wyborów są wynalazkami XX wieku, jest to złudzenie; wcześniej stosowano podobne metody, tylko bez użycia nowoczesnych środków masowego przekazu, jak Internet czy nawet radio lub telewizja. Wykorzystywano siłę i ludzką niewiedzę, argumenty finansowe lub kruczki prawne.
Pomińmy czasy najdawniejsze demokracji tzw. bezpośredniej, wyborów w starożytnej Mezopotamii, Indiach, Grecji czy Rzymie. Jak fałszowanie wyborów wyglądało w praktyce, możemy się przekonać, przyglądając się historii krajów, w których funkcjonowały one przez wieki, ale już w erze nowożytnej. Jako pierwszy przykład najlepsza będzie Polska, gdzie proces przekształcania się w monarchię parlamentarną rozpoczął się bardzo wcześnie. Pierwszy sejm walny, w którym uczestniczyli przedstawiciele szlachty wybierani na sejmikach ziemskich, odbył się w 1468 roku w Piotrkowie, a w 1493 roku powstała izba poselska złożona ze szlachty. Od 1573 roku szlachta wybierała też króla; pierwsza wolna elekcja miała miejsce we wsi Kamion pod Warszawą (obecnie Kamionek, część warszawskiej dzielnicy Praga-Południe) gdzie można dziś oglądać dawne pierwsze pole elekcyjne (wykorzystano je dwa razy, inne elekcje odbywały się na Woli). Możemy mówić, że była to szczególna demokracja, bo ograniczona tylko do jednej grupy społecznej. Ale szlachta stanowiła wówczas 10 proc. ludności Rzeczpospolitej, a w innych krajach prawo wybierania miały znacznie mniejsze grupy.
Niestety w XVII wieku polska i litewska szlachta w większości była niewykształcona i dawała sobą kierować magnaterii, tak, że demokracja funkcjonowała w wykoślawiony sposób. W przedrozbiorowej Rzeczpospolitej kluczową rolę odgrywały sejmiki, które wybierały posłów na sejm. Ich działanie znakomicie opisała Zofia Zielińska w artykule Mechanizm sejmikowy i klientela radziwiłłowska za Sasów ("Przegląd Historyczny 1971, 62/3). Oto magnaci wzywali swego zaufanego, szlachcica znaczącego w danym powiecie, i polecali mu "koncertować" sejmik. W zamian, poza okazywaną publicznie sympatią magnata, taki szlachcic otrzymywał konkretne korzyści: pieniądze, a nawet stanowisko (najczęściej w wojsku), czasem także posiadłości ziemskie.
Wracał do swego powiatu z instrukcjami i pieniędzmi. Najpierw aktywizował współpracowników i przekazywał im środki na kaptowanie zwolenników. W cytowanych przez Zielińską Pamiętnikach Marcin Matuszewicz chwali się pozyskaniem dla swego pryncypała ustosunkowanego w powiecie brzeskim kasztelana mińskiego Rusieckiego: "Wyrobiłem dla niego u Fleminga podskarbiego 50 tys. zł i najpierwszy wakans poruczeństwa petyhorskiego, które by się zdarzyło w familii książąt Czartoryskich lub ich przyjaciół, a przytem co rok 1000 zł płacenia hac conditione, aby Rusiecki już był zawsze przyjacielem księcia teraźniejszego kanclerza".
Jak podkreśla Zielińska, przebieg sejmiku zależał od jego "ukoncertowania". Jeśli ścierały się na nim dwa stronnictwa, próbowano osiągnąć porozumienie albo walczono, czasem fizycznie. Chodziło nie tylko o to, kto zostanie wybrany posłem na sejm, ale też o to, jakie otrzyma instrukcje - a treść tych instrukcji szczegółowo określali magnaci. Szlachta głosowała tak, jak kazał przedstawiciel magnata, w zamian jedząc i pijąc na jego koszt, a czasem też otrzymując skromne sumy pieniędzy.
Przebieg takiego sejmiku opisał szczegółowo Władysław Smoleński w Szkicach z dziejów szlachty mazowieckiej: rozrodzenie i ubóstwo ("Przegląd Historyczny" 1906, 2/1). Magnaci ściągali na sejmiki zubożałą szlachtę czynszową, która wynajmowała od nich majątki. I tak za panowania króla Stanisława Augusta książę Adam Czartoryski postanowił zostać posłem na sejm. Kazał więc zwieźć do Lublina około trzech tysięcy szlachty czynszowej ze swych dóbr w okolicach Puław, Międzyrzeca i Włodawy. Nad Bystrzycą, tuż pod miastem, rozbite zostały ogromne obozowiska, do których rozwożono beczki miodu, wina, gorzałki i piwa. Rozpalono dziesiątki ognisk, na których pieczono woły, barany i cielęta. Na kilometry słychać było wrzask, zgiełk i kłótnie szlacheckiego tłumu. Noc bezpośrednio przed sejmikiem przeszła spokojnie, lecz dnia kolejnego szlachta, opuściwszy obozowiska, rzuciła się na sklepy w Lublinie. Wyważała drzwi, tłukła szyby w oknach, dopóki nie powstrzymały jej od tego nalegania ludzi znanych i poważanych. Jak opisywał to pamiętnikarz, obrusy, które pokrywały stoły zastawione dla jednej z grup sejmikującej szlachty, ocalały, przybito je bowiem gwoździami. Zresztą obrusy nie były może tak pożądanym dobrem jak łyżki cynowe, noże i widelce, które masowo znikały w kieszeniach gości.
Gdy hajducy nieśli pierogi, szlachta rzucała się na nie tak, że nim doniesiono je do stołu, półmiski były już puste. A jeden ze szlachciców, najwyraźniej zazdrosny, że inni są szybsi od niego, chwycił półmisek i rzucił go do kominka. Pozostali hurmem skoczyli w kierunku kominka i wyciągali widelcami pierogi, zajadając się nimi, choć były całe oblepione popiołem. Na widok miski pełnej flaków pewien szlachcic zaczął krzyczeć, że wszyscy jedzą, a on nie, bo do niego flaki nie dotarły. Został więc ciężko skrzywdzony, bo przecież w stanie szlacheckim wszyscy są równi. Jego sąsiad, słysząc to, chwycił miskę i gorące flaki wlał mu do kaptura. Mocno poparzony szlachcic krzyczał w niebogłosy. Tymczasem jego sąsiedzi, zamiast mu pomóc, zaczęli pośpiesznie wyjadać z kaptura flaki, wymachując widelcami i łyżkami.
Drobna szlachta nie spotykała się na sejmikach z bogatymi panami; miała osobne stoły w gospodach, gdzie za darmo dostawała jedzenie i picie. Zanim sejmik się rozpoczął, zachowywała się umiarkowanie, żeby móc obradować, a nie zwalić się po pijanemu pod stół. Najpierw otrzymywała dokładne instrukcje, kogo i co poprzeć, a czemu przeszkadzać. Na obrady szła zazwyczaj do kościoła, bo nigdzie indziej nie było pomieszczeń, w których można by się zebrać. Po sesji sejmikowej nadchodził wreszcie upragniony czas jedzenia i picia - wina na przemian z gorzałką i piwem. Pijani szlachcice zasypiali przy stole, pod stołem, pod płotem albo w rynsztoku. Po przebudzeniu się stwierdzali, że brakuje im czapki, a czasem pasa, szabli lub nawet większości odzieży. Półnagi i częściowo już trzeźwy szlachcic szedł do pana, który go sprowadził na sejmik, z nadzieją na otrzymanie jakiegoś wynagrodzenia. Jeśli pan sejmik wygrał i dostał to, o co mu chodziło, wynagradzał swych ludzi. Dawał pasy i czapki w zamian za te utracone (trzeba pamiętać, że i jedne, i drugie bywały cenne!). W razie przegranej magnat nie dawał nic, a szlachcic musiał poprzestać na jednym lub dwóch dukatach otrzymanych jeszcze przed sejmikiem. I wracał do domu bez ubrania, czasem bez ręki, ucha lub szczęki.
Magnaci, mimo że potrzebowali wsparcia szlachty, starali się, by koszty sejmików były jak najmniejsze - wino dawali liche i tanie, mięso też bywało marnej jakości. Żartowano (a może była to prawda), że do jedzenia sejmikujący dostawali "zdechłe niedźwiedzie"... Ale mości panowie szlachta wcale się tym nie przejmowali. Dokumenty dotyczące mazowieckiego sądownictwa świadczą, że nie hamowali się nawet w kościołach, w których zwykle sejmikowano. W 1760 roku nieznany autor opisywał, że w Ciechanowie niejaki Krajewski, instygator koronny (sprawujący urząd odpowiadający dzisiejszemu prokuratorowi, a więc osoba bardzo ważna) podczas sejmiku omal nie zginął. Rzucono bowiem na niego podejrzenie, że "wziąć miał od Moskwy 1000 rs. za podwody [wozy konne - przyp. aut.], które szlachta dawać musiała Moskalom". Przytoczę fragment tej relacji: "Jeden z szlachty, wszedłszy na ambonę, przy której w ławkach stał pan instygator, naprzód czapkę mu z głowy zerwał, a potem (jak dodają), ruble z niej wytrząsając, o rozsiekanie jego wołał na drugich. Jakoż stałoby się to było nieomylnie, gdyby się pan instygator szczęściem osobliwszem był nie wydarł z kościoła i przed tłumem pędzącej się za sobą z szablami gołemi szlachty, nie uszedł był do księży augustianów".
Są też inne przykłady. W roku 1777 na sejmiku deputackim w Raciążu, panowie Bońkowscy - łowczy Mikołaj, żupnik płocki Józef, a także cześnik zawskrzyński Franciszek - "zebrawszy gromadę szlachty, porąbali Józefa Zielińskiego, stolnikowicza łomżyńskiego, z którym procesowali się o wieś Gościszki i emulowali o pierwszeństwo w województwie".
Wspominany już Matuszewicz tak natomiast przedstawia jeden z sejmików, który odbywał się w Kijowcu niedaleko Brześcia nad Bugiem (dziś woj. lubelskie). Najwyraźniej "ukoncertowanie" się tam nie udało, ale stronnictwo kierowane przez Matuszewicza wygrało, ponieważ było silniejsze:
Przed sejmikiem wszyscy przyszli urzędnicy województwa do stancji mojej dla zabawienia nas, gdzie jedni wódkę gdańską a drudzy herbatę pili; do kościoła [gdzie odbywał się sejmik - przyp. aut.] zaś posłali swoją partię pod komendą Kurowickiego, wójta i namiestnika ekonomicznego łomazkiego, którzy nie czekając ani przytomności urzędników, ani zagajenia, zaczął zasiadać miejsce marszałkowskie sejmikowe. Była tamże w kościele partia nasza, której się ta akcja Kurowickiego nie podobała. Zaczęli go spychać, a tak tumult się zaczął. Dano nam znać. Pobiegliśmy tam wszyscy dla uspokojenia tego tumultu. Wbiegam do kościoła, aż widzę, że już Kurowickiego duszą, osobliwie Michał Starowolski, towarzysz brata mego, porwał za gardło Kurowickiego i mocno go dusi. Ledwom się do Kurowickiego przedarł i prośbą, i mocą wyrwałem go z rąk duszących. [...] W tym czasie na drugim boku kościoła porwano się do szabel. [...] Czternastu z tamtej strony zarąbano, a z naszej tylko jeden Kujawski, muzykant brata mego pułkownika, był w pas sztychem pchnięty.
A oto inny przykład demokracji sejmikowej, opisany w Pamiętnikach do panowania Augusta III i pierwszych lat Stanisława Augusta przez nieznajomego autora. Wydane z rękopisu przez E. Raczyńskiego. Jest rok 1749.
Potoccy, i do nich należący, mając zawziętą nienawiść od zabitego w pojedynku Tarła, wojewody lubelskiego, do Poniatowskich i Czartoryskich, jednym słowem, familią zwanych, uwzięli się nie dopuszczać żadnego deputata, stronnika familii. Prawo było starodawne, przysięgać deputatom, na funkcję przy reasumpcji trybunału w Piotrkowie, w farnym kościele, przed ziemstwem tamtejszym, i przed nim okazywać swoje lauda, czyli obrania sejmikowe. Podobnież familia starała się nie dopuścić żadnego deputata z strony Potockich; obydwie strony sprowadziły wielką liczbę przyjaciół, szlachty i dworskich. Podkomorzy koronny trzymał czoło w swojej partii. Ale pomiarkowawszy mocniejszą stronę przeciwną, przestrzeżony o zamachu na życie, umknął po cichu z Piotrkowa. Rzecz zapalczywości skończyła się na wzajemnym niedopuszczeniu żadnego deputata. Cały dzień wołając vacat (było to słowo, które znaczyło, iż deputata nie masz z tej ziemi, którą sędzia ziemski z regestru czytał), i grożąc sobie szablami dobytymi; o ciemnym mroku wyszli z kościoła i rozjechali się z Piotrkowa, gdy im ten Ciołek, którego mieli apetyt zrąbać na sztukę mięsa, uszedł z placu.
Warto zaznaczyć, że wspominani w pamiętnikach magnaci byli postaciami wielce znaczącymi. Choćby Czartoryscy. Książę August Aleksander był m.in. wojewodą ruskim oraz regimentarzem generalnym armii koronnej; to on zbudował potężną familię Czartoryskich. Jego syn, Adam Czartoryski, odziedziczył po nim gigantyczną fortunę 60 mln złotych; był posłem na Sejm, komendantem Szkoły Rycerskiej, członkiem Komisji Edukacji Narodowej i Departamentu Wojskowego Rady Nieustającej, marszałkiem Trybunału Głównego Wielkiego Księstwa Litewskiego, przywódcą Stronnictwa Patriotycznego. To wszystko nie przeszkadzało im w skutecznym "koncertowaniu" życia politycznego.
Możemy się śmiać z ciemnoty osiemnastowiecznej szlachty, ale metody, jakie stosowali magnaci, by wygrać wybory i wprowadzić do sejmu (lub na inne wybieralne urzędy) swoich ludzi, były skutecznie stosowane także w następnych wiekach, nie tylko w Polsce. Przekupstwo, upijanie wyborców (a także urzędników liczących głosy), fizyczna napaść na przeciwnika politycznego - wszystko to, co się wówczas w Rzeczpospolitej działo, miało miejsce i później w różnych krajach. Być może dziś obywatele różnych państw są lepiej wykształceni, wiedzą, co to jest demokracja i jak trzeba głosować, ale i teraz głosy bywają kupowane, a wyborcy w razie potrzeby - zastraszani.
Istnieją też o wiele bardziej skomplikowane metody uzyskiwania "pożądanego" wyniku głosowania, przede wszystkim poprzez naginanie prawa do własnych potrzeb. Jako przykład może tu posłużyć pierwszy przypadek, kiedy całe wybory zostały uznane później za wątpliwe - miało to miejsce w Stanach Zjednoczonych w końcu XVIII wieku. Do dziś jest to numer jeden na liście wyborów, których wynik uzyskano w sposób co najmniej niewiarygodny. W wyborach stanowych 1792 roku w Nowym Jorku walczyli ze sobą urzędujący gubernator George Clinton (co za ciekawe nawiązanie do wyborów prezydenckich ponad dwa wieki później!), reprezentujący nowo powstałą Partię Demokratyczno-Republikańską, oraz prezes Sądu Najwyższego USA John Jay, kandydat Partii Federalistycznej. Jak opisywał to Edward B. Foley w The Founders' Bush v. Gore: The 1792 Election Dispute and Its Continuing Relevance, najwyraźniej urząd gubernatora stanu Nowy Jork był ważniejszy od stanowiska szefa najwyższej instancji sądowniczej Stanów Zjednoczonych, skoro Jay na kandydowanie się zdecydował, bo wiązało się ono z rezygnacją z urzędu Chief Justice.
Warto przyjrzeć się obu kandydatom, bo to postacie naprawdę wybitne. George Clinton (1739-1812) był jednym z ojców założycieli USA; sprawował urząd gubernatora stanu Nowy Jork w latach 1777-1795 oraz 1801-1804, a później wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych aż przy dwóch prezydentach - Thomasie Jeffersonie i Jamesie Madisonie, co w historii tego kraju zdarzyło się tylko dwa razy. John Jay (1745-1829) również był ojcem założycielem Stanów Zjednoczonych, a także ministrem pełnomocnym (przedstawicielem dyplomatycznym) USA w Hiszpanii, negocjatorem traktatu paryskiego, w którym Wielka Brytania uznała niepodległość USA, oraz sekretarzem (w polskiej nomenklaturze - ministrem) spraw zagranicznych i prezesem Sądu Najwyższego. Jako przywódca Partii Federalistycznej w latach 1795-1801 (a więc w kolejnej kadencji po tej, do której wybory organizowano w 1792 roku) pełnił urząd gubernatora stanu Nowy Jork. W 1799 roku doprowadził do przyjęcia ustawy stanowej stopniowo likwidującej niewolnictwo, co ostatecznie nastąpiło jeszcze przed jego śmiercią.
I jeszcze jedno wyjaśnienie. Partia Demokratyczno-Republikańska została założona przez Thomasa Jeffersona i Jamesa Madisona; w 1924 roku rozpadła się, do dziś przetrwał jeden jej odłam - Partia Demokratyczna. Z kolei Partia Federalistyczna, pierwsza partia polityczna w USA, która chciała przede wszystkim umocnienia władzy centralnej - federacji, straciła na znaczeniu w 1816 roku i kilka lat później przestała istnieć.
Wróćmy do wyborów 1792 roku. Podczas liczenia głosów pojawił się problem kart wyborczych z hrabstwa Otago. Gdyby zostały uznane, John Jay wygrałby z przewagą około 200 głosów. W przeciwnym wypadku zwycięzcą zostałby Clinton z przewagą 100 głosów. Kluczowy okazał się sposób dostarczenia tych głosów do liczenia. Ordynacja wyborcza stanu Nowy Jork przewidywała, że szeryf hrabstwa przekazuje je osobiście stanowemu sekretarzowi stanu (choć nosi podobną nazwę, nie ma nic wspólnego z federalnym sekretarzem stanu).
Tymczasem szeryf Richard Smith złożył rezygnację, a nowy, Benjamin Gilbert, nie objął jeszcze urzędu. Smith jednak dalej wykonywał swoje obowiązki i choć nie miał do tego prawa, przekazał karty wyborcze sekretarzowi stanu. Zwolennicy Clintona dowodzili w związku z tym, że - z formalnego punktu widzenia - nie zostały one doręczone. Skoro tak, są nieważne i muszą zostać odrzucone. Co więcej, twierdzili też, że Smith, federalista i znany zwolennik Jaya, mógł coś z kartami wyborczymi zrobić - jednak nigdy tego nie udowodnili.
Decyzję, co robić dalej, musiał teraz podjąć specjalny komitet złożony z sześciu stanowych senatorów i sześciu stanowych deputowanych. W obu izbach nowojorskiego parlamentu dominowali demokraci-republikanie; co prawda w senacie uzgodniono, że zostanie wybranych po 3 członków z każdej z partii, ale w legislaturze stało się inaczej - cała szóstka należała do Partii Demokratyczno-Republikańskiej. W ten sposób ugrupowanie to uzyskało przewagę 9 głosów do 3.
Federaliści walczyli do upadłego, dowodzili, że skład komitetu jest niewłaściwy. Jednak przegrali. Na przełomie maja i czerwca 1792 roku doszło do ostatecznej batalii w łonie komitetu. Obie strony zorganizowały masowe akcje poparcia, wydając ulotki, broszurki i gazety. Ponieważ nie można się było powoływać na precedensy - sprawa była całkowicie bezprecedensowa! - powoływali się na Deklarację Niepodległości, Konstytucję USA, Konstytucję Stanu Nowy Jork, ale nie doszli do porozumienia co do zasad, na jakich należy oprzeć rozwiązanie problemu.
Komitet zadał kilka pytań prawnych senatorom USA z Nowego Jorku, Aaronowi Burrowi i Rufusowi Kingowi, którzy należeli do rywalizujących ze sobą ugrupowań. Pierwszy z nich stwierdził, że Smith w chwili wyborów nie był szeryfem, a więc dostarczonych przez niego kart wyborczych nie można uznać. King dowodził natomiast, że nawet jeśli Smith formalnie szeryfem nie był, to wyborcy nie powinni ucierpieć z tego powodu. Może działał niezgodnie z prawem, ale w interesie mieszkańców hrabstwa.
Nie było szans na jakiekolwiek porozumienie, bo stawka okazała się za wysoka. Ostatecznie 7 członków komitetu, a więc większość, zagłosowało za wykluczeniem kart wyborczych z Otago i uznaniem Clintona za zwycięzcę. Ci, którzy głosowali przeciw, dowodzili, że komitet powinien nie tyle badać, czy szeryf sprawował urząd, ile - jaka była wola wyborców. Później długo trwały spory polityczne, demonstracje i kontrdemonstracje, pojawiły się nawet pogłoski o możliwej zbrojnej rebelii. Doszło do starć, głównie na pięści, w miejscowych tawernach; podczas jednej z demonstracji miała też miejsce wymiana strzałów, na szczęście niecelnych. Jay napisał później do swojej żony: "To, że większość głosujących mnie poparła, jest miłe; a że miała miejsce niesprawiedliwość, wcale mnie nie dziwi". Potem przyszły kolejne wybory i ostatecznie Jay został gubernatorem, tyle że kilka lat później.
O ile końcówka XVIII wieku w nowej demokratycznej republice, jaką były Stany Zjednoczone, przyniosła wykorzystanie kruczków prawnych do wygrania wyborów, o tyle XIX wiek pokazał, że wystarczy zastosowanie metod znanych doskonale ze szlacheckiej Polski. Jak pisze Richard Moran w książce Knowing Right From Wrong: The Insanity Defense of Daniel McNaugton, w Wielkiej Brytanii w tym czasie szerzyło się przekupywanie wyborców. I tak na przykład było powszechnie wiadomo, że w Leicester głos można kupić za funta lub dwa. W Stafford cena wahała się od dwóch funtów i dziesięciu szylingów do (sporej na ówczesne czasy kwoty) dziesięciu funtów, a wynikało to z faktu, że poparcie dla kandydatów było bardzo zbliżone i o ostatecznym wyniku głosowania mogła zadecydować postawa nawet kilku osób. W 1832 roku opisywano, że 852 z 1049 wyborców w Stafford zostało przekupionych. Choć w wielu okręgach przekupywanie wyborców nie było tak masowe jak w Stafford, to jednak ważyło na wynikach starć tam, gdzie faktycznie decydowało kilkanaście czy kilkadziesiąt głosów. W Wielkiej Brytanii wygrywał "pierwszy na mecie", czyli ten kandydat, który uzyskał najwięcej głosów; jeśli drugi w kolejności dostał choćby kilka głosów mniej, a trzeci - kilkanaście, to i tak zwycięzcą zostawał ten pierwszy, nawet jeśli uzyskał mniej niż połowę wszystkich głosów. Można zatem było mieć poparcie mniejszości wyborców i zostać wybranym.
Jak podkreśla Moran, zdarzało się i tak, że wyborców w ogóle nie trzeba było przekupywać. Osoby uprzywilejowane - zwłaszcza te na stanowiskach - po prostu wykorzystywały swoją pozycję i zmuszały do "właściwego" głosowania. Zarządy miejskie często robiły polityczny użytek z funduszy publicznych, przekazując nieoprocentowane pożyczki "zasługującym na to" sklepikarzom i odmawiając ich "nielojalnym" handlowcom. Właściciele domów wymagali od najemców głosowania zgodnie z przekazanymi im instrukcjami, a duchowieństwo żądało od swoich kongregacji bojkotowania sklepikarzy, którzy nie chcieli współpracować lub "niewłaściwie" głosowali. Uniwersytety zachowywały się podobnie. W Uniwersytecie Cambridge w 1834 roku wicekanclerz William French odnowił licencje osób prowadzących domy dla studentów oraz puby dopiero po wyborach, a jego podwładni grozili wyrzuceniem pracowników, jeśli nie zagłosują na torysów.
Kiedy przekupstwo i wywieranie nacisków nie wystarczało, można było użyć siły. Powszechną praktyką było napadanie na zwolenników przeciwnika. Zdarzało się też, że trzymano własnych (wcześniej przekupionych) wyborców w pubie do czasu głosowania. W nagrodę za godziny oczekiwania otrzymywali oni napoje (głównie wyskokowe) i żywność. Potem spore grupy pijanych mężczyzn były eskortowane do komisji wyborczych, gdzie oddawali głosy w obecności zazwyczaj pijanych przedstawicieli władz. To bardzo przypomina szlacheckie sejmiki...
Przekupstwa, korupcja i wymuszanie pożądanego zachowania elektoratu trwały, a może nawet rozkwitły, w połowie XIX wieku. Przebieg wyborów w małym brytyjskim mieście świetnie opisał Charles Dickens w swoim Klubie Pickwicka[1]. Pan Pickwick z towarzyszami odwiedza Eatanswill (oczywiście jest to nazwa wymyślona), w którym funkcjonują dwie partie; możemy się domyślić, że jedna z nich to konserwatyści, a druga - liberałowie, bo w XIX wieku były to dwa główne stronnictwa w Wielkiej Brytanii.
Zdaje się, że mieszkańcy Eatanswill, jak i wielu innych małych miejscowości, poczytywali siebie za niezmiernie ważnych dla państwa, a każde indywiduum, w uznaniu wagi przywiązywanej do dawanego przez siebie przykładu, czuło się zobowiązane do należenia duszą i ciałem do jednego z dwóch stronnictw dzielących gród, to jest do błękitnych lub żółtych. [...] Były sklepy błękitne i sklepy żółte, oberże błękitne i oberże żółte, w samym kościele jedna strona była błękitna, druga żółta. Każde z tych potężnych stronnictw, rzecz oczywista, miało swój organ i dlatego dwa dzienniki wychodziły w mieście. "Gazeta Eatanswillska" i "Eatanswillska Niepodległość". Pierwsza popierała zasady błękitne, druga stała na gruncie stanowczo żółtym. Szanowny Samuel Slumkey ze Slumkey Hall był kandydatem błękitnych. Horacjusz Fizkin Esq., z Fizkin Lodge pod Eatanswill, ustępując naleganiom przyjaciół, przyzwolił podać siebie za kandydata popierającego interesy żółtych.
Pickwick niezwykle barwnie opisuje propagandę wyborczą, która polegała głównie na jak najskuteczniejszym przeszkadzaniu PR-owcom przeciwnika:
Grupa gapiów, zgromadzonych przed drzwiami oberży, przypatrywała się zachrypłemu człowiekowi stojącemu na balkonie i zdającemu się przemawiać na korzyść pana Samuela Slumkey z takim zapałem, iż poczerwieniała mu cała twarz. Ale siła i piękno argumentów cierpiały nieco wskutek tego, że na rogu ulicy nieustannie huczał odgłos czterech ogromnych bębnów ustawionych przez komitet pana Fizkina. Obok mówcy stał mały, zakłopotany człowieczek, który od czasu do czasu zdejmował kapelusz i dawał znak zgromadzonym, by klaskali. Wtedy zgromadzeni klaskali z wielką regularnością i entuzjazmem, a ponieważ zachrypły człowiek mówił ciągle, chociaż twarz czerwieniała mu coraz bardziej, można więc było mniemać, że cel jego został osiągnięty, tak samo, jak gdyby słyszano to, co mówił.
O tym, jak dbano o wynik wyborów, opowiada rozmówca pana Pickwicka, szef kampanii wyborczej pana Slumkeya: "Zamówiliśmy wszystkie miejsca w oberżach i przeciwnikom naszym pozostawiliśmy tylko piwiarnie...". Ale mimo tych i podobnych starań rezultat jest "wątpliwy", bo "ludzie Fizkina mają trzydziestu trzech głosujących w wozowniach "Białego Jelenia"". Okazuje się, że "trzymają ich tam w zamknięciu, dopóki nie będą potrzebni, ażeby, jak pan może domyślić się, nie dopuścić nas do nich, ale choćbyśmy mieli możność rozmówienia się z nimi, nie na wiele by się to nam przydało, gdyż utrzymują ich ciągle w stanie podpitym!".
Podpici - a tych było bardzo wielu po obu stronach politycznej barykady - muszą jednak wytrzeźwieć. "Dwóch garsonów spod "Srebrnego Pawia" i ja wypompowaliśmy ogromną ilość wody na wszystkich tych, którzy wczoraj byli na wieczerzy. [...] Chrapali całą noc tam, gdzie wczoraj poupadali, popiwszy się śmiertelnie. Dziś rano jednego po drugim braliśmy pod pompę i - patrz pan! - wszyscy teraz wyglądają doskonale. Komitet dał nam po szylingu za głowę". Swoi wytrzeźwieli, pora zabrać się za przeciwników politycznych. Tych likwidowano w szczególny sposób. "W nocy przed ostatnimi wyborami przeciwna partia przekupiła służącą spod "Miejskiego Herbu", by ta zaprawiła grog czternastu wyborcom, którzy przez noc bawili w oberży". Przez "zaprawienie grogu" należało rozumieć "dodanie opium z blekotem". "Niech mię Bóg skaże, jeżeli od tego nie spali przynajmniej ze dwanaście godzin po wyborach. Próbowano jednego z nich przywieźć na taczkach i wnieść do lokalu wyborczego, ale diabła tam! Burmistrz nie chciał przyjąć jego głosu; więc go odwieźli z powrotem i położyli do łóżka" - mówił panu Pickwickowi przedstawiciel sztabu wyborczego.
Chyba nie powinno nas dziwić starannie wyreżyserowane zachowanie kandydatów. Oto jak szef kampanii Samuela Slumkeya instruuje go, co powinien uczynić:
Jest dwudziestu ludzi należycie wymytych, którym pan uściśniesz rękę we drzwiach; jest sześcioro dzieci na rękach matek, które pan pogłaszczesz po głowie i o które spytasz pan, ile mają lat. Zwłaszcza pamiętaj pan o dzieciach, kochany panie. Takie postępowanie sprawia zawsze dobry efekt. [...] A może też pan, kochany panie - dodał przewidujący mały człowieczek - może będzie pan mógł... nie mówię, by to było konieczne... ale gdybyś pan mógł zdecydować się ucałować jedno z dzieci, to by wywarło ogromne wrażenie.
I co zrobił pan Slumkey? To chyba oczywiste!
- Wsiadł! - zawołał mały Perker, tym mocniej wzruszony, że położenie, w którym się znajdował, nie pozwalało mu widzieć, co się dzieje na przedzie. Inny okrzyk, jeszcze głośniejszy.
- Podaje rękę wyborcom! - rzekł mały ajent.
Znowu okrzyk, nierównie głośniejszy.
- Pogłaskał dzieci go głowach! - mówił dalej pan Perker, drżąc ze wzruszenia.
Grzmot oklasków rozdarł powietrze.
- Pocałował jedno! - zawołał zachwycony mały człowieczek.
Drugi grzmot.
- Pocałował drugie!
Trzeci grzmot ogłuszający.
- Wszystkie całuje! - wrzasnął roznamiętniony mały gentleman i w tej chwili pochód ruszył, witany okrzykami tłumu.
I wreszcie końcowe przedwyborcze przemówienia kandydatów.
Chociaż różniące się co do wszystkich innych punktów, zgadzały się w tym, że oddawały należny i rozrzewniający hołd zasługom i szlachetności wyborców eatanswillskich. Każdy z kandydatów wynurzył głębokie swe przekonanie, iż nigdy nie istniało w świecie zgromadzenie ludzi bardziej niezależnych, oświeconych, bardziej patriotycznych, cnotliwych, bezinteresownych nad tych, którzy przyrzekli głosować za nim; każdy dał niejasno do zrozumienia, iż podejrzewa wyborców przeciwnego stronnictwa o pozostawanie pod wpływem brudnych motywów i oddawanie się poniżającemu nałogowi pijaństwa, co czyni ich zupełnie niegodnymi wykonywania funkcji powierzonych ich honorowi dla dobra ojczyzny. Fizkin objawił gotowość spełnienia wszystkiego, co mu zostanie zaproponowane; Slumkey oświadczył, iż nie uczyni nic z tego, czego się odeń zażąda. Jeden i drugi podnieśli to, że rolnictwo, przemysł, handel i pomyślność Eatanswillu zawsze droższe będą ich sercu nade wszystko w świecie. Każdy na koniec był szczęśliwy, iż mógł oświadczyć, że dzięki zaufaniu, jakie pokłada w rozsądku wyborców, pewny jest swego wyboru.
Kluczowe pytanie brzmi: czym te wybory różnią się od dzisiejszych? Oto odpowiedź: zrezygnowano z podawania opium z blekotem i zamykania wyborców w oberżach. Cała reszta, z wyjątkiem niektórych szczegółów, wygląda dziwnie podobnie - i przemówienia kandydatów, i akcja propagandowa...
A jak w tym czasie było w USA? W książce Brokers, Voters and Clientelism: the Puzzle of Distributive Politics autorzy, Susan C. Stokes, Thad Dunning, Marcelo Nazareno i Valeria Brusco, przedstawiają opis wyborów, jakie odbyły się w 1888 roku w Newark w stanie New Jersey. Manipulacja głosami miała miejsce w miejscowym saloonie. Tam gromadzili się przedstawiciele kandydata i czekali na wyborców. Wyborca przychodził i targował się o cenę swojego głosu. Gdy "sztab wyborczy" miał pewność, że zagłosował jak należy, prowadzono go do pokoju z tyłu saloonu i tam otrzymywał wypłatę - na przykład dwa dolary. Autorzy dowodzą, że choć kupowanie głosów w Wielkiej Brytanii i USA stopniowo zanikło, to na przykład w Luizjanie przetrwało do lat 60. ubiegłego stulecia.
I jeszcze jeden nieco wcześniejszy przykład manipulowania przy wyborach w USA. Takie manipulowanie stało się później czymś zupełnie normalnym i jest stosowane do dziś, choć może nie tak ostentacyjnie jak kiedyś. Ponadto historia ta pokazuje dobitnie, że przekupywanie czy zastraszanie wyborców to fałszerstwa "ordynarne"; znacznie bardziej interesujące i zarazem skuteczniejsze są te "finezyjne".
11 lutego 1812 roku gubernator Massachusetts Elbridge Gerry podpisał ustawę, która zmieniała granice okręgów w wyborach do senatu stanowego. W efekcie zdecydowanie uprzywilejowana została jego własna Partia Demokratyczno-Republikańska. Gerry był podobno człowiekiem uczciwym oraz przywiązanym do zasad i nie przejawiał entuzjazmu wobec tego pomysłu. Ostatecznie jednak ustawę zaakceptował; w efekcie demokraci-republikanie zdobyli 29 miejsc w stanowej legislaturze, a federaliści - tylko 11.
Odpowiednie przykrojenie okręgów jednomandatowych może spowodować, że wybory wygra ugrupowanie słabsze. Chodzi bowiem o stworzenie takiej sytuacji, w której zwolennicy jednego ugrupowania bardzo znacząco dominują w mniejszej liczbie okręgów, a zwolennicy drugiego uzyskują niewielką przewagę na większości terytorium. Oczywiście jest to możliwe tylko wtedy, gdy wyborcy poszczególnych partii wyraźnie przeważają w jakichś miastach czy gminach. Spróbujmy przedstawić to obrazowo. Załóżmy, że w danym regionie jest dziesięć okręgów wyborczych; dla uproszczenia przyjmijmy, że w sześciu dominują "niebiescy", mając tam po 100 proc., a w czterech - "żółci", też mając po 100 proc. Oznaczałoby to, że "niebiescy" otrzymają 60 proc. głosów i 6 mandatów, a "żółci" 40 proc. i 4 mandaty. Ale okręgi można przyciąć inaczej. Gdyby w 6 okręgach "żółci" mieli po 60 proc., to by w nich wygrali. W pozostałych wygraliby "niebiescy", mając po 90 proc. W efekcie, choć w ogólnym rozrachunku więcej głosów otrzymaliby "niebiescy", wygraliby "żółci" przewagą 6:4 mandatów.
Okręg Essex, w którym kandydował sam Gerry, przybrał szczególnie dziwny kształt. Podobno jeden z dziennikarzy "Boston Gazette" wywiesił na ścianie mapę wyborczą, a inny porównał ten okręg do salamandry. "- Salamandra! Nazwij to gerrymandrą" - skomentował redakcyjny rysownik Gilbert C. Stuart. Warto przy okazji powiedzieć, że nazwisko Gerry wymawia się przez "g", jednak utworzony od tego nazwiska angielski termin gerrymandering (po polsku gerymanderka) oznaczający takie wytyczanie granic okręgów wyborczych, aby jedna strona uzyskała przewagę, wymawia się przez "dż". Rysunek przedstawiający mapę z "gerrymandrą" ukazał się w "Boston Gazette" 26 marca 1812 roku. W podpisie mówiono o "straszliwym potworze", który "pojawił się w hrabstwie Essex podczas ostatniej sesji legislatury".
Przez "gerymanderkę" w stanowej Izbie Reprezentantów wygrali federaliści, a Gerry przegrał wybory na gubernatora. Został natomiast wiceprezydentem USA (przy prezydencie Jamesie Madisonie). Wcześniej był sygnatariuszem Deklaracji Niepodległości (ale też jednym z niewielu przeciwników obowiązującej do dziś Konstytucji USA), deputowanym do Izby Reprezentantów USA, dwukrotnie gubernatorem stanowym. Zmarł w 1814 roku, a pamiętany jest dziś z jednego tylko i to niezbyt chwalebnego powodu...
***
Jak widać, fałszowanie wyborów odbywa się od dawna, a jeśli zmieniają się metody, to przede wszystkim ze względu na postęp techniczny. Zanim przyjrzymy się przykładom współczesnym, podsumujmy, co i jak można sfałszować.
Po pierwsze - można manipulować całymi grupami wyborców. W tej kategorii mieści się "gerymanderka", ale nie tylko. Na przykład pewnym grupom wyborców można utrudnić lub wręcz uniemożliwiać głosowanie.
Po drugie - można wywierać różnego rodzaju presję na wyborców. W przypadku państw autokratycznych to niemal oczywiste. Ale rozmaite naciski są stosowane także w państwach demokratycznych.
Po trzecie - można kupować głosy. Wbrew pozorom ta metoda wcale nie zanikła i w niektórych krajach stosowana jest dość często.
Po czwarte - można używać niewłaściwych lub mylących kart wyborczych. Przy dużej liczbie kandydatów, a zwłaszcza przy dużej liczbie list zgłoszonych do wyborów to może być bardzo skuteczny środek.
Po piąte - można nieprawidłowo liczyć głosy. Bo - jak celnie skomentował Józef Stalin - w wyborach nie jest ważne, kto głosuje, a kto liczy głosy. Karty wyborcze można wymienić, podrobić, zniszczyć... Dotyczy to również spowodowania nieprawidłowości w działaniu elektronicznych maszyn do głosowania, o ile są stosowane.
Po szóste - można manipulować propagandą wyborczą - wyborców wprowadzić w błąd, a przeciwnikowi politycznemu utrudnić informowanie społeczeństwa.
Oczywiście te sześć punktów to tylko główne kategorie sposobów nieuczciwego wpływania na wybory. Pod słowem "fałszowanie" można bowiem rozumieć bardzo szeroki wachlarz "cudów nad urną", o wiele szerszy niż tylko fałszowanie samych wyników.
Można odnieść wrażenie, że pragnienie polityków, by znaleźć się przy władzy lub ją utrzymać, jest tak przemożne, że muszą oni wykazywać wielki hart ducha i ogromną siłę woli, by nie zgodzić się na fałszowanie wyborów. Dotyczy to nawet tych krajów, w których tradycje demokratyczne są bardzo długie.
***
Prof. dr hab. Mirosław Nagielski,Uniwersytet Warszawski:
Demokracja szlachecka funkcjonowała dobrze do połowy XVII wieku, później jednak sytuacja się zmieniła. Szlachta zubożała, do czego przyczyniły się i potop, i wielka wojna północna. W efekcie wzrosła rola elit politycznych, a więc magnatów. Dopiero sejm niemy w 1717 roku, który zazwyczaj oceniany jest negatywnie wobec redukcji wojska do 24 tys. porcji żołdu i koni, ograniczył na przykład władzę hetmanów. Jednocześnie starano się ograniczyć kompetencje sejmików samorządowych, w tym nowej formy zwoływania sejmików, tzw. limity. Szczególnie bowiem w okresie wielkiej wojny północnej (1701-1717), uznając za podstawę działania uniwersał królewski, szlachta ustalała terminy następnych zjazdów pod laską tegoż samego marszałka, a zjazdy zawieszano jedynie na pewien czas. Często ciągi limit mogły liczyć nawet kilkanaście zjazdów, trwających całymi miesiącami. Stąd w literaturze spotykamy określenie, że do 1764 roku można mówić o rządach sejmikowych w dawnej Polsce.
Równolegle następowały negatywne zmiany w polskim parlamentaryzmie. Znamy doskonale funkcjonowanie liberum veto już w drugiej połowie XVII wieku i pierwsze jego użycie na pierwszym sejmie w 1652 roku. Ale zapominamy o tym, że nawet jeśli wcześniej sejmy obradowały i nie były zrywane przez protest pojedynczego posła, to nie dochodziły do skutku, gdyż obrady nie kończyły się uchwaleniem konstytucji sejmowych, których wydruki znajdujemy w zbiorze praw "Volumina Legum". Tym bardziej, że coraz częściej miało miejsce zrywanie sejmów przez pojedynczych posłów, nierzadko reprezentujących interesy magnaterii oraz dygnitarzy koronnych i litewskich. Na przykład w latach 1691-1696, to jest w ostatnim okresie panowania Jana III, nie doszedł do skutku żaden ze zwołanych sejmów walnych. Natomiast za Augusta III Sasa doszedł do skutku tylko sejm pacyfikacyjny, zwołany w 1736 roku.
Wracając jednak do sejmików: były one ważne, bo wybierały posłów na sejm (sejmiki przedsejmowe), wysłuchiwały sprawozdań swoich posłów z sejmu walnego (sejmiki relacyjne), wybierały deputatów na trybunały (sejmiki deputackie) oraz przedstawiały królowi po czterech kandydatów na kluczowe urzędy lokalne - podkomorzego, sędziego, podsędka i pisarza (sejmiki elekcyjne). Nic więc dziwnego, że o korzystne dla siebie decyzje na nich i włączenie do instrukcji poselskich swych postulatów zabiegali magnaci. Wykształcił się więc klientelizm polegający na tym, że sejmikująca szlachta podejmowała uchwały często zgodne z oczekiwaniami elity politycznej. Wygrywał ten magnat, który miał największe wpływy w danym regionie i od którego zależały awanse tak na urzędy centralne, jak i samorządowe. O jego poparcie zabiegała szlachta, wiedząc że bez poparcia wpływowych dygnitarzy i ministrów nie zrobi kariery ani nie uzyska intratnych urzędów czy nadań. W grę wchodziły bowiem nie tylko awanse w hierarchii samorządu lokalnego, ale również nadania królewszczyzn (starostwa, wójtostwa etc.).
Magnaci, jako sprawujący często najwyższe urzędy w państwie i dysponujący rozległymi dobrami, pełnili w regionie szereg funkcji, dysponując rozbudowaną klientelą wojskową (jeśli sprawowali urzędy hetmanów czy regimentarzy), polityczną (mieli swych przedstawicieli na sejmikach), administracyjną (zarządcy dóbr) oraz byli mecenasami kultury i opiekunami wielu wyznań (fundacje kościołów i klasztorów, co miało znaczenie dla lokalnych społeczności). Czasami działali na dużym terytorium, czasami też lokalnie, jak na przykład Jeremi Wiśniowiecki na Zadnieprzu - gdy w wyniku powstania kozackiego Bohdana Chmielnickiego w 1648 roku jego rodzina utraciła swoje dobra i nie mogła odgrywać istotnej roli w latach późniejszych. Tak czy inaczej to magnaci wpływali na decyzje szlachty na sejmikach, choć zdarzały się wypadki, że republikańsko nastawiona szlachta przeforsowywała swoje stanowisko w konfrontacji z oligarchią magnacką (utrącenie elekcji vivente rege w schyłkowym okresie rządów Jana Kazimierza Wazy czy wybór króla rodaka - Piasta - Michała Korybuta Wiśniowieckiego w 1669 roku). Jednak w Koronie czołową rolę odgrywali tacy magnaci jak Lubomirscy, Sieniawscy czy Potoccy, a na Litwie - Pacowie, Sapiehowie czy Radziwiłłowie.
Z kolei sejmiki też były bardzo różne i ich wpływ na kształtowanie systemu ustrojowego Rzeczpospolitej był zróżnicowany. Duże znaczenie miał sejmik wielkopolski, województw poznańskiego i kaliskiego w Środzie, i małopolski w Proszowicach. Bardzo liczna była reprezentacja województw mazowieckich (trzech: mazowieckiego, rawskiego i płockiego), wybierająca łącznie 30 posłów na sejm - i to posłów, którzy na Sejm Walny przyjeżdżali do Warszawy wszyscy, często jako pierwsi, bo mieli blisko do miejsca obrad. Sejmiki od dawna obradowały na zasadzie "ucierania się" poglądów większości z mniejszością. Kluczową rolę odgrywali na nich ci przedstawiciele szlachty, którzy potrafili to "ucieranie się" skutecznie rozgrywać. I to oni zazwyczaj wykonywali polecenia magnatów (rezydenci magnaccy na sejmikach), którzy w ten sposób zabezpieczali swe interesy polityczne i gospodarcze. Sejmiki z przedstawicielstw szlachty zmieniły się w "tubę" tych, którzy odgrywali istotną rolę polityczną w Rzeczpospolitej i mieli wpływy w społecznościach lokalnych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki