MAŁY POKÓJ ZA GRUBYM MUREM
MAŁY POKÓJ
ZA GRUBYM MUREM
Tutaj znacznie częściej pytamy "dlaczego?" niż "kto?".
I gdy w końcu odkryjemy "dlaczego?" i dodamy do tego "jak?", zrozumiemy
także "kto?". Bo formuła jest prosta: "dlaczego?" + "jak?" = "kto?".
Twoim celem nie jest zaprzyjaźnienie się. Twoim celem nie jest bycie
wrogiem. Twoim celem jest dotarcie do prawdy.
To werbalno-mentalna rozgrywka, jak szachy bez figur; jak bokserski
sparing bez kontaktu ciał; jak zawody na wytrzymałość, w których
przeciwnicy bezlitośnie szukają nawzajem swoich słabych stron i czułych
punktów, żeby je wykorzystać.
Siedzimy naprzeciwko siebie po dwóch stronach małego stołu, w kiepsko
oświetlonym pomieszczeniu o ścianach z pustaków pomalowanych na blady,
szaroniebieski kolor. Jedyne okno znajduje się w stalowych, zamkniętych
teraz drzwiach; jest małe i wzmocnione metalową siatką. Zagląda przez
nie umundurowany strażnik, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku.
To absolutnie najważniejsze w więzieniu o zaostrzonym rygorze.
Jesteśmy tu już od dwóch godzin i wreszcie nadchodzi ten moment.
-?Opowiedz mi własnymi słowami, co się zdarzyło te dwadzieścia pięć lat
temu -?mówię. -?Jak to się stało, że się tu znalazłeś? Ta dziewczynka...
Joan... znałeś ją?
-?Widywałem ją w okolicy -?odpowiada. Mówi spokojnie, bez emocji, jego
ton nie zmienia się ani na jotę.
-?Wróćmy do chwili, kiedy zjawiła się przed twoimi drzwiami. Opowiedz mi
krok po kroku, co zaszło od tamtego momentu.
To prawie jak hipnoza. W pomieszczeniu panuje cisza, a ja patrzę, jak on
zmienia się na moich oczach. Nawet fizycznie wydaje się stawać kimś
innym. Jego spojrzenie zasnuwa się mgłą, patrzy ponad moim ramieniem na
pustą ścianę. Przenosi się w wyobraźni do innego czasu, innego miejsca;
w sam środek jedynej dotyczącej go opowieści, która nigdy nie uleciała z jego pamięci.
W pokoju jest bardzo zimno i choć mam na sobie garnitur, z trudem
powstrzymuję drżenie. On jednak zaczyna się pocić, gdy opowiada mi o tym, o co zapytałem. Oddycha coraz ciężej i głośniej. Jego koszula
wkrótce całkiem przesiąka wilgocią; mięśnie jego klatki piersiowej drżą.
Relacjonuje całą historię, nie patrząc na mnie, prawie jakby mówił do
siebie. Jest w transie, w tamtym czasie i w tamtym miejscu, w głowie ma
te same myśli co wtedy.
Na moment przenosi wzrok na mnie. Patrzy mi prosto w oczy, kiedy mówi:
-?John, kiedy usłyszałem pukanie, wyjrzałem przez moskitierę i zobaczyłem, kto stoi w progu, wiedziałem, że ją zabiję.
WSTĘP. UCZĄC SIĘ OD EKSPERTÓW
WSTĘP
UCZĄC SIĘ OD EKSPERTÓW
To książka o tym, jak myślą sprawcy brutalnych zbrodni -?to właśnie
tym zajmowałem się podczas mojej dwudziestopięcioletniej kariery agenta
FBI, profilera behawioralnego i analityka śledczego, a także w dalszym
życiu zawodowym po odejściu z Biura i przejściu na emeryturę.
Ale przede wszystkim to książka o rozmowach, które zdarzyło mi się
przeprowadzić. Tak przecież wszystko się dla mnie zaczęło, od rozmów,
które uświadomiły mi, jak mogę wykorzystać sposób myślenia brutalnego
przestępcy, aby pomóc lokalnym organom ścigania go ująć i doprowadzić
przed oblicze sprawiedliwości. Dla mnie to był właśnie początek
profilowania behawioralnego.
Zacząłem prowadzić wywiady z przebywającymi w więzieniach zbrodniarzami
z powodów zarówno osobistych, jak i instytucjonalnych; tak przynajmniej
myślałem -?ale w pewnym sensie wszystko zaczęło się od pragnienia
zrozumienia motywacji kryminalistów. Jak większość świeżo upieczonych
agentów FBI zostałem wysłany do pracy w terenie. Na pierwszą placówkę
trafiłem do Detroit. Od samego początku ciekawiło mnie, dlaczego ludzie
popełniają przestępstwa -?nie tylko to, że w ogóle je popełniają, ale
dlaczego są właśnie takie, a nie inne.
Detroit było trudnym miastem. Za moich czasów dziennie zdarzało się
nawet pięć napadów na bank. Napad na bank będący członkiem Federalnej
Korporacji Gwarantowania Depozytów (Federal Deposit Insurance
Corporation) to przestępstwo federalne, podlegało więc jurysdykcji
Biura, i właśnie takie sprawy -?jako dodatek do innych powierzonych im
obowiązków -?przydzielano zazwyczaj młodym agentom. Kiedy tylko udawało
nam się ująć sprawcę i odczytaliśmy mu jego prawa -?często, gdy siedział
już na tylnej kanapie samochodu należącego do FBI albo radiowozu -
zaczynałem zasypywać go gradem pytań. Po co napadał na bank, który
posiada przecież mocną ochronę, a do tego monitoring, gdzie wszystko
zostaje nagrane na taśmę, a nie na przykład na sklep obracający dużymi
sumami gotówki? Dlaczego wybrał właśnie tę filię banku, a nie inną?
Dlaczego właśnie ten dzień i godzinę? Czy napad był zaplanowany, czy
nastąpił raczej spontanicznie? Czy przed napadem obserwował placówkę, a może nawet odwiedzał ją, żeby poznać teren? Zacząłem prowadzić mentalny
katalog odpowiedzi i tworzyć nieformalne "profile" rabusiów (chociaż nie
używaliśmy jeszcze wtedy określenia "profil"). Zacząłem dostrzegać
różnice między napadami zaplanowanymi a niezaplanowanymi, między
przestępstwami zorganizowanymi a pozbawionymi struktury.
Dotarliśmy w końcu do punktu, gdy mogłem zacząć przewidywać, które filie
banków zostaną napadnięte jako następne i kiedy. Dowiedzieliśmy się na
przykład, że w lokalizacjach, gdzie prowadzono sporo prac budowlanych,
napady zdarzały się najczęściej w piątkowe przedpołudnia, bo wtedy banki
dysponowały dużą ilością gotówki przeznaczonej na wypłaty dla
robotników. Dzięki takiej wiedzy mogliśmy wzmocnić ochronę konkretnych
celów i urządzać zasadzki w konkretnych miejscach, jeśli mieliśmy naszym
zdaniem wystarczające szanse ujęcia złodziei na gorącym uczynku.
Podczas pobytu w Milwaukee, na kolejnej placówce, do której mnie
oddelegowano, zostałem wysłany na dwutygodniowy kurs w zakresie
negocjacji kryzysowych do nowo utworzonej, nowoczesnej Akademii FBI w Quantico w stanie Wirginia. Wykładowcami byli agenci specjalni Howard
Teten i Patrick Mullany, prekursorzy wykorzystania nauk behawioralnych w pracy Biura. Główny przedmiot, który prowadzili w Akademii, nosił nazwę
"kryminologia stosowana". Był on próbą wprowadzenia elementów dyscypliny
akademickiej, jaką jest psychopatologia, do analizy kryminalnej i zastosowania ich podczas szkolenia nowych agentów. Mullany upatrywał w negocjacjach kryzysowych pierwszej możliwości praktycznego wypróbowania
założeń kryminologii stosowanej. Była to całkiem nowa broń w walce z równie nową generacją przestępczości: porwaniami samolotów i napadami na
bank, podczas których brano zakładników, takimi jak napad na bank w Brooklynie w 1972 roku, co stało się kanwą filmu Pieskie popołudnie z Alem Pacino. Nietrudno było wyobrazić sobie, w jaki sposób choćby
przybliżone pojęcie o tym, co dzieje się w głowie terrorysty biorącego
zakładników, mogłoby przynieść ogromne korzyści negocjatorowi i przyczynić się do ocalenia ludzkich istnień. Byłem jednym z około
pięćdziesięciu agentów, którzy brali udział w tych zajęciach,
stanowiących śmiały eksperyment w programie szkoleniowym FBI. Zaledwie
trzy lata wcześniej zmarł legendarny dyrektor Biura J. Edgar Hoover, a jego cień ciągle wisiał nad wszystkimi poczynaniami tej instytucji.
Hoover w zasadzie stworzył od podstaw Biuro i rządził nim żelazną ręką
nawet u schyłku życia. Jego pragmatyczne, bezkompromisowe podejście do
pracy śledczej było jak żywcem wyjęte ze starego programu Dragnet: "Same
fakty, psze pani". Wszystko musiało być wymierne i policzalne -?liczba
aresztowań, liczba skazanych, liczba zamkniętych spraw. Hoover nigdy nie
zaakceptowałby czegoś tak opartego na wrażeniach, indukcji i "sentymentach" jak nauki behawioralne. W rzeczy samej zapewne uznałby
ten termin za oksymoron.
Kiedy uczestniczyłem w kursie negocjacji kryzysowych w Akademii FBI,
stałem się rozpoznawalny na wydziale nauk behawioralnych i nim przyszedł
czas mojego powrotu do Milwaukee, zaoferowano mi stanowiska zarówno tam,
jak i na wydziale metodyki. Głównym zadaniem wszystkich dziewięciu
agentów zatrudnionych w pierwszym z tych miejsc było nauczanie.
Oferowane kursy obejmowały zagadnienia z dziedzin stosowanej psychologii
kryminalnej, negocjacji kryzysowych, problematyki praktycznej pracy
policyjnej, zarządzania stresem oraz przestępstw seksualnych; ten
ostatni kurs został przemianowany przez mojego wybitnego kolegę Roya
Hazelwooda na przemoc interpersonalną.
Chociaż stosowana w Akademii "metoda trójnoga", czyli prowadzenia
działalności metodycznej, badawczej i konsultacyjnej, nabierała już
wówczas kształtu, konsultacje oferowane przez prawdziwych asów, takich
jak Teten, były ściśle nieformalne i nie stanowiły elementu żadnego z programów. Czterdzieści godzin zajęć miało dotyczyć tego, co najbardziej
frapuje śledczych: kwestii motywu. Dlaczego przestępcy robią to, co
robią, w jaki sposób to robią i jak zrozumienie tego może pomóc w ich
ujęciu? Kłopot z tym podejściem był taki, że większość treści kursu
miała czysto akademicki charakter, co stawało się jasne za każdym razem,
gdy starsi stażem funkcjonariusze organów ścigania biorący udział w szkoleniach organizowanych przez Akademię Narodową okazywali się mieć
więcej praktycznego doświadczenia niż instruktorzy i wykładowcy.
Nikt nie był bardziej narażony na tego rodzaju niemiłe porównanie niż
najmłodszy w tym gronie instruktor: ja. Stałem przed salą pełną
doświadczonych detektywów i policjantów, w większości znacznie ode mnie
starszych. I miałem uczyć ich, co dzieje się w głowach przestępców,
miałem przekazać im wiedzę, która mogłaby faktycznie znaleźć
zastosowanie w ich pracy i pomóc im rozwiązywać sprawy. Większość
praktycznego doświadczenia zebrałem, pracując ze starymi wyjadaczami,
policjantami i detektywami z wydziałów zabójstw w Detroit i Milwaukee,
czułem więc, że było nieco nie na miejscu, żebym uczył takich ludzi ich
własnego fachu.
Wielu z nas zaczynało powoli świtać, że to, co ma zastosowanie w psychiatrii, niekoniecznie będzie się sprawdzać w praktyce pracy z organami ścigania.
Mimo to zaczęły spływać do mnie prośby podobne do tych, jakie trafiały
do Tetena. Podczas zajęć i przerw, a także wieczorami, funkcjonariusze
zagadywali mnie, prosząc o wskazówki czy porady dotyczące aktualnie
prowadzonych spraw. Jeśli poruszałem temat w jakiś sposób zbliżony do
tego, czym akurat się zajmowali, uznawali, że będę w stanie pomóc im
rozwikłać zagadkę. Widzieli we mnie autorytet Federalnego Biura
Śledczego. Ale czy nim naprawdę byłem? Musiał być jakiś praktyczniejszy
sposób na zgromadzenie dużej ilości użytecznych danych, dzięki którym
mógłbym zyskać więcej pewności siebie i poczucie, że naprawdę wiem, co
mówię.
Robert Ressler był najbliższy mi wiekiem, więc poproszono go, aby pomógł
mi oswoić się z kulturą panującą w Akademii i z nauczaniem. Bob był o około osiem lat ode mnie starszy i również był nowym instruktorem.
Opierał się na dokonaniach Tetena i Mullany'ego, próbując wycisnąć z akademickiej dyscypliny, jaką była analiza behawioralna, coś istotnie
użytecznego dla wydziałów policji i śledczych. Najefektywniejszą metodą
zaaplikowania nowemu instruktorowi uderzeniowej dawki praktycznego
treningu było coś, co nazywaliśmy "szkołą objazdową". Instruktorzy z Quantico spędzali tydzień, prezentując wydziałom policji lub innej
agencji związanej z organami ścigania, które sobie tego zażyczyły, swego
rodzaju skondensowaną wersję programu Narodowej Akademii FBI, po czym
przenosili się w inne miejsce na kolejny tydzień i wreszcie wracali do
domu z głowami pełnymi wspomnień identycznych pokoi hotelowych i walizkami pełnymi brudnych ubrań. I tak wyruszyliśmy razem z Bobem w drogę.
Pewnego wczesnego poranka w 1978 roku wyjeżdżaliśmy właśnie z Sacramento
w Kalifornii, gdzie zakończyliśmy sesję naszej "szkoły objazdowej".
Rzuciłem uwagę, że większość przestępców, o których opowiadamy, nadal
żyje. Moglibyśmy z łatwością dowiedzieć się, gdzie przebywają -?przecież
nam stamtąd nie uciekną. Dlaczego by nie zorientować się, czy możliwe
byłoby spotkanie z jednym czy drugim, rozmowa, wybadanie, jak
przedstawia się z ich punktu widzenia kwestia zbrodni, nakłonienie ich,
aby przypomnieli sobie, dlaczego zrobili to, co zrobili, i co chodziło
im po głowie podczas popełniania tego czynu. Pomyślałem, że nie
zaszkodzi spróbować; niektórzy z nich mogli okazać się tak znudzeni
więzienną rutyną, że chętnie opowiedzieliby o sobie.
Jeśli chodzi o rozmowy z osadzonymi, prowadzono niewiele badań, a te,
które były dostępne, dotyczyły konkretnie wyroków, uzyskiwania
zawieszenia kary lub przedterminowego zwolnienia, a także
resocjalizacji. Zebrane materiały zdawały się wskazywać, że więźniowie o cechach narcystycznych i sprawcy brutalnych przestępstw byli ogólnie
niepodatni na resocjalizację -?nie można było liczyć na kontrolowanie
ich czy poprawę lub zmianę ich zachowania. Mieliśmy nadzieję, że rozmowy
z nimi pozwolą stwierdzić, czy faktycznie tak jest.
Bob początkowo był sceptyczny, ale gotowy uczestniczyć w tym szalonym
przedsięwzięciu. Służył kiedyś w wojsku, a zebrane tam i w Biurze
doświadczenie nauczyło go jednego: "Lepiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie". Postanowiliśmy pojawiać się w więzieniach bez zapowiedzi. W tamtych czasach legitymacja FBI umożliwiała wstęp do zakładów karnych
bez konieczności uprzedniego uzyskania zezwolenia. Obawialiśmy się, że
jeśli zawiadomimy o naszej wizycie, wśród więźniów rozejdą się wieści, a ci, którzy zgodzą się na rozmowę z parą federalnych, zyskają łatkę
kapusia.
Wyruszając w trasę, mieliśmy pewną ogólną koncepcję na temat tego, z czym przyjdzie nam się zmierzyć. Między innymi spodziewaliśmy się, że:
wszyscy więźniowie będą utrzymywać, że są niewinni;
będą obarczać kiepskich adwokatów winą za to, że zostali skazani;
nie będą chcieli dobrowolnie rozmawiać z funkcjonariuszami organów
ścigania;
przestępcy seksualni będą chcieli uchodzić za osoby cierpiące na
natręctwa seksualne;
pojawi się sugestia, że gdyby w stanie, w którym dokonali morderstwa,
obowiązywała kara śmierci, nie zamordowaliby swoich ofiar;
będą obwiniać ofiary za swój czyn;
okaże się, że wszyscy pochodzą z patologicznych rodzin;
wszyscy będą potrafili odróżnić dobro od zła i będą rozumieli
konsekwencje swoich poczynań;
nie będą umysłowo chorzy czy niepoczytalni;
seryjni mordercy i gwałciciele z reguły będą posiadać wysoki iloraz
inteligencji;
wszyscy pedofile molestują dzieci;
każdy, kto molestuje dziecko, jest pedofilem;
seryjni mordercy kształtują się pod wpływem środowiska, nie rodzą się
z takimi skłonnościami.
Jak przekonamy się w kolejnych rozdziałach, niektóre z tych założeń
okazały się prawidłowe, w przypadku innych całkowicie się myliliśmy.
Co ciekawe, zdecydowana większość przestępców, z którymi chcieliśmy
rozmawiać, wyraziła na to zgodę. Z rozmaitych powodów. Niektórzy
sądzili, że współpraca z FBI będzie dobrze wyglądała w aktach, a my nie
wyprowadzaliśmy ich z błędu. Inni być może czuli się w jakiś sposób
onieśmieleni naszą pozycją. Dla wielu więźniów, szczególnie sprawców
bardziej brutalnych przestępstw, którzy nieczęsto widują ludzi, był to
sposób na przełamanie nudy, porozmawianie z kimś z zewnątrz, spędzenie
kilku godzin poza celą. Byli też tacy, których absolutne przekonanie o własnej wyższości i zdolności do wywiedzenia w pole każdego kazało im
traktować rozmowę z nami jak swego rodzaju grę.
Koniec końców to, co zaczęło się od rzuconego mimochodem podczas wyjazdu
z Sacramento pomysłu rozmów z mordercami, stało się olbrzymim projektem,
który miał diametralnie zmienić bieg kariery mojej, Boba i wszystkich
agentów, którzy do nas z czasem dołączyli, postawić na głowach nasze
życie prywatne i wreszcie w nieznany dotąd sposób powiększyć arsenał,
jakim dysponowało FBI w walce ze zbrodnią. W pierwszej fazie projektu
przyjrzeliśmy się i porozmawialiśmy między innymi z dusicielem,
fetyszystą damskiego obuwia, przebywającym w Oregonie Jerome'em
Brudosem, który lubił zakładać swoim martwym ofiarom szpilki ze swojej
ogromnej kolekcji damskich ubiorów; z Monte Rissellem, który jako
nastolatek zgwałcił i zamordował w Alexandrii w stanie Wirginia pięć
kobiet; a także z Davidem Berkowitzem, znanym jako "Morderca kaliber
.44" i "Syn Sama", który w latach 1976 i 1977 siał postrach w Nowym
Jorku.
Z biegiem lat mnie i mojemu zespołowi profilerów w Quantico udało się
przeprowadzić wywiady jeszcze z wieloma innymi brutalnymi i seryjnymi
przestępcami, w tym z Tedem Bundym, diabolicznie skutecznym mordercą
młodych kobiet, i z Garym Heidnikiem, który w piwnicy swojego
filadelfijskiego domu więził, torturował i zabijał kobiety. Obaj
dostarczyli inspiracji Thomasowi Harrisowi, gdy pisał swoją słynną
powieść Milczenie owiec; wykorzystał w niej też cechy Eda Geina,
odludka z Wisconsin, który mordował kobiety, aby robić użytek z ich
skór. Rozmawiałem z Geinem w szpitalu psychiatrycznym Mendota w Madison.
Powszechnie wiadomo też, że posłużył za pierwowzór Normana Batesa w powieści Psychoza Roberta Blocha, na podstawie której powstał
następnie słynny film w reżyserii Alfreda Hitchcocka. Niestety
zaawansowany wiek Geina i jego zaburzenia psychiczne spowodowały, że
wypowiadał się nieskładnie i wywiad okazał się nieszczególnie
produktywny. Dowiedzieliśmy się jednak, że nadal pasjonuje się
kaletnictwem i lubi wyrabiać portfele i paski ze skóry.
Udało nam się wreszcie opracować ustandaryzowany kwestionariusz
prowadzenia wywiadów, co pozwoliło z kolei zacząć wiązać charakter i przebieg zbrodni z tym, co w danym czasie działo się w umyśle
przestępcy. Po raz pierwszy udało się zrozumieć, w jaki sposób można
połączyć to z dowodami pozostawionymi na miejscu zbrodni i tym, co mówił
do ofiary, o ile udało się takowej przeżyć, aby o tym opowiedzieć, albo
tym, w jaki sposób potraktował ciało, zarówno przed śmiercią, jak i po
niej. Jak często podkreślaliśmy, pomogło nam to zacząć formułować
odpowiedź na odwieczne pytanie: "Jaki człowiek mógłby zrobić coś
takiego?".
Zakończywszy pierwszą serię wywiadów, już wiedzieliśmy, jaki człowiek
mógłby zrobić coś takiego, a motywacje każdego z naszych zbrodniarzy
można było opisać w trzech punktach: manipulacja, dominacja, kontrola.
Te rozmowy były początkiem wszystkiego, co zdarzyło się później. Cała
zebrana wiedza, wyciągnięte wnioski, książka Sexual Homicide
(Zabójstwo na tle seksualnym) poświęcona zabójstwom na tle seksualnym,
która powstała na podstawie naszych badań, podręcznik Crime
Classification Manual (Podręcznik klasyfikacji przestępstw),
zawierający system klasyfikacji przestępstw, ujęci przestępcy, których
pomogliśmy doprowadzić przed oblicze sprawiedliwości -?wszystko to
zaczęło się od stołu, przy którym siadaliśmy naprzeciwko zabójców,
pytając o ich życie i próbując zrozumieć, co popchnęło ich do tego, żeby
odebrać inne, czasami niejedno. Wszystko to było możliwe dzięki uwadze,
jaką poświęciliśmy traktowanej do tamtej pory po macoszemu grupie
nietypowych nauczycieli: samym przestępcom.
W tej książce przyjrzymy się sylwetkom czterech mężczyzn, z którymi
usiadłem przy takim stole po odejściu z Biura i z którymi rozmawiałem,
używając technik opracowanych podczas naszych szeroko zakrojonych badań.
Zabójcy różnią się od siebie -?każdy stosował inną technikę, każdy miał
inną motywację i konstrukcję psychiczną, każdy zamordował inną liczbę
ofiar -?od jednej po blisko sto. I od każdego z nich czegoś się
nauczyłem. Różnice między nimi są intrygujące, przykuwają uwagę.
Dokładnie tak, jak podobieństwa. Wszyscy są przestępcami, wszyscy
dorastali w pewnej izolacji, nie budując więzi zaufania z innymi osobami
w czasie, kiedy kształtowała się ich osobowość. I wszyscy są doskonałymi
"dowodami rzeczowymi" w dyskusji nad jednym z najważniejszych pytań,
jakie stawiają nauki behawioralne: natura czy wychowanie? Człowiek rodzi
się mordercą czy nim zostaje?
W mojej jednostce FBI posługiwaliśmy się równaniem: "dlaczego?" + "jak?"
= "kto?". Kiedy rozmawialiśmy z uwięzionymi przestępcami, mogliśmy
odwrócić proces myślowy. Wiemy już "kto?" i wiemy "co?". Połączmy te
pytania, aby odkryć to, co najważniejsze: "jak?" i "dlaczego?".
1. ZAGINIONA DZIEWCZYNKA
1
ZAGINIONA DZIEWCZYNKA
Tuż po Święcie Niepodległości czwartego lipca 1998 roku wsiadłem do
jadącego na północ pociągu Amtrak, żeby złożyć wizytę kolejnemu
potencjalnemu "nauczycielowi". Nazywał się Joseph McGowan, swego czasu
uczył chemii w liceum i posiadał stopień magistra; obecnie jednak jego
formalne tytuły straciły znaczenie. Teraz w miejscu, w którym miał
mieszkać bardzo długo -?w więzieniu stanowym New Jersey w miejscowości
Trenton -?był oficjalnie znany jako więzień numer 55722.
Powodem, dla którego tu przebywał, była napaść na tle seksualnym,
uduszenie i pobicie na śmierć, których dopuścił się dwadzieścia pięć lat
wcześniej na siedmiolatce. Dziewczynka przyszła do jego domu z dwoma
pudełkami ciastek sprzedawanych zwyczajowo przez skautki.
Kiedy pociąg zdążał na północ, przygotowywałem się do konfrontacji.
Zawsze trzeba być przygotowanym, kiedy ma się rozmawiać z mordercą, ale
tym razem było to szczególnie ważne, bo rozmowa miała mieć konsekwencje
wykraczające poza wartość informacyjną czy akademicką. Wezwała mnie
stanowa komisja do spraw zwolnień warunkowych; miałem w roli biegłego
pomóc zdecydować, czy McGowan, któremu odmówiono już dwukrotnie
przedterminowego zwolnienia, może trafić z powrotem w szeregi wolnych
obywateli.
W tamtym czasie prezesem Komisji do spraw Zwolnień Warunkowych Stanu New
Jersey był prawnik nazwiskiem Andrew Consovoy. Dołączył do komisji w 1989 roku, a kiedy sprawa McGowana trafiła po raz trzeci do
rozpatrzenia, akurat został mianowany prezesem. Pewnego wieczoru
usłyszał w radiu wywiad ze mną; przeczytał następnie naszą książkę
Mindhunter i polecił ją także dyrektorowi wykonawczemu komisji,
Robertowi Eglesowi.
-?Czytając tę i inne napisane przez was książki, uświadomiłem sobie, że
trzeba taką wiedzę mieć już na starcie -?mówił wiele lat później
Consovoy. -?Trzeba dowiedzieć się, kim właściwie są ci ludzie. Bo nie
pojawiali się przecież w więzieniu znikąd.
Kierując się tym przekonaniem, uformował specjalną jednostkę śledczą
działającą przy komisji. Składała się z dwóch byłych policjantów oraz
badacza, a jej zadaniem było analizowanie budzących wątpliwości wniosków
o przedterminowe zwolnienie i przedstawianie komisji jak najbardziej
szczegółowych informacji na temat ubiegającego się o nie więźnia, aby na
ich podstawie można było podjąć decyzję. W sprawie McGowana zwrócili się
o pomoc do mnie.
Consovoy i Egles odebrali mnie z dworca i zawieźli do hotelu w Lambertville, malowniczym mieście nad rzeką Delaware. Tam Egles
przekazał mi kopie pełnych akt sprawy.
Poszliśmy tego wieczoru we trzech na kolację i rozmawialiśmy ogólnie o mojej pracy, nie wchodząc w szczegóły sprawy, którą miałem się zająć.
Powiedzieli mi tylko, że osadzony zamordował siedmioletnią dziewczynkę i że chcą wiedzieć, czy moim zdaniem nadal jest niebezpieczny.
Po kolacji odstawili mnie do hotelu, a ja otworzyłem akta i zacząłem ich
wielogodzinne studiowanie. Moją rolą było ustalenie jak najwięcej na
temat stanu psychicznego McGowana -?teraz i w przeszłości. Czy zdawał
sobie sprawę z natury popełnionego czynu i jego konsekwencji? Czy
rozróżniał w ogóle podstawowe pojęcia dobra i zła? Czy przejmował się
tym, co zrobił? Czy odczuwał skruchę, żal?
Jak zachowa się podczas naszej rozmowy? Czy będzie pamiętał drobne
szczegóły popełnionej zbrodni? A jeśli zostanie wypuszczony z więzienia,
gdzie zamierza mieszkać, co robić? Jak zarabiać na życie?
Moją żelazną zasadą jest niepodchodzenie nigdy do spotkania z osadzonym
bez wcześniejszego gruntownego przygotowania. Postawiłem sobie także za
punkt honoru nieprzynoszenie notatek, co mogłoby stworzyć sztuczny
dystans lub rodzaj filtra pomiędzy mną a obiektem moich badań, kiedy
przyszedłby czas na pogłębioną analizę i próbę wejrzenia w głąb jego
psychiki.
Nie wiedziałem, co wyniosę z czekającej mnie rozmowy, ale domyślałem
się, że będzie to coś wartościowego. Bo, jak wspomniałem na początku,
każde spotkanie z "ekspertami" dawało mi wartościową wiedzę. A jedną z kwestii, które miałem ustalić, było to, jakim rodzajem eksperta okaże
się Joseph McGowan.
Przedzierałem się przez akta, analizowałem na nowo wszystkie dowody i układałem w myślach przebieg nadchodzącego spotkania.
Zaczęła rysować się przede mną makabryczna opowieść.
-
19 kwietnia 1973 roku -?w Wielki Czwartek, co na zawsze miała zapamiętać
jej matka, Rosemarie -?około 14.45 Joan Angela D'Alessandro zauważyła
samochód wjeżdżający na pierwszy podjazd po prawej stronie St. Nicholas
Avenue, uliczki przecinającej Florence Street, gdzie mieszkała
dziewczynka. W tej cichej i spokojnej dzielnicy Hillsdale w stanie New
Jersey Joan i jej starsza siostra Marie namówiły na kupno ciasteczek,
rozprowadzanych zwyczajowo przez skautowskie drużyny żeńskie, już prawie
każdego. W tamtych czasach było normalne, że dzieci w tym wieku wychodzą
same z domu i sprzedają ciasteczka sąsiadom. Siostry D'Alessandro
chodziły do katolickiej szkoły, a tego dnia ze względu na święto miały
wolne, poświęciły więc część czasu na roznoszenie słodkości. Zostało im
jeszcze tylko jedno miejsce, dom na rogu ulicy. Joan, jak zwykle,
chciała skończyć rozpoczętą pracę.
Ta urocza, dumna i entuzjastyczna członkini skautowskiej drużyny
Brownies ("kransoludków") miała siedem lat, niecałe sto trzydzieści
centymetrów wzrostu i nieprzebrane zapasy skondensowanej radosnej
energii i wdzięku. Podchodziła z entuzjazmem właściwie do wszystkiego,
czym się zajmowała: szkoły, baletu, rysowania, psów, lalek, koleżanek i kwiatów. Jej nauczycielka z drugiej klasy mawiała, że to dusza
towarzystwa, która naturalnie przyciąga do siebie ludzi. Jej ulubioną
melodią była Oda do radości z IX symfonii Beethovena. Była najmłodszą
z trójki dzieci urodzonych jedno po drugim. Frank, nazywany Frankie,
miał dziewięć lat, a Marie osiem. Ta dwójka była już poważniejsza, jak
wspominała Rosemarie. Joan była nadal beztroska i wesoła.
-?Od najmłodszych lat cechowała ją empatia. Zawsze przejmowała się
uczuciami i zmartwieniami innych. I była z natury ogromnie odważna.
Trudno znaleźć fotografię z tamtych czasów, na której dziewczynka by się
nie uśmiechała: w skautowskim mundurku z pomarańczową chustą i berecie,
dłonie splecione na brzuchu, długie kasztanowe włosy opadające
symetrycznie na ramiona; w czarnym trykocie i białych rajstopach, z włosami spiętymi w koński ogon, jedno ramię wyciągnięte w bok, w pokazowej baletowej pozie; w mundurku w granatową kratę i białej bluzce
z czerwoną muszką, wygląda, jakby właśnie odwróciła się, żeby spojrzeć w obiektyw, grzywka opada na czoło, włosy okalają lśniącą kaskadą uroczą
buzię; w jasnoniebieskiej koktajlowej sukience, przysiadła na piętach,
włosy ma upięte wysoko, starannie poprawia bukiet w dłoni Barbie Miss
America. Wszystkie te zdjęcia ukazują rozmaite aspekty osobowości Joan.
Wspólnym mianownikiem, który je łączy, są anielski uśmiech i niewinna
magia, kryjąca się w spojrzeniu błękitnych oczu.
Kolega Frankiego powiedział o niej:
-?Nie zadzierała nosa. Chciałem się z nią ożenić!
Włoskojęzyczny dziadek uwielbiał ją i mawiał: "? cos? libera!" -?"Ma w sobie tyle swobody!". Cechował ją serdeczny śmiech, a Rosemarie
wyobrażała sobie, że kiedy dorośnie, będzie grała w szkolnych
przedstawieniach. Po ósmych urodzinach miała zacząć brać lekcje gry na
pianinie.
Tego popołudnia bawiła się sama na zewnątrz. Frankie poszedł do kolegi,
a Marie była na meczu softballowym.
Nagle Joan wbiegła do domu, wołając do Rosemarie:
-?Widziałam nowy samochód. Idę zanieść im ciasteczka.
Złapała skautowską torbę z dwiema paczkami ciasteczek, która leżała w holu.
-?Pa, mamo. Zaraz wrócę -?zawołała, wypadając przez frontowe drzwi,
które jeszcze nie zdążyły się zamknąć po jej nagłym wbiegnięciu do domu.
Rosemarie pamięta, jak kucyk córki, związany gumką z dwoma małymi
niebieskimi koralikami na końcach, podskakiwał, kiedy zbiegała po
schodach na podjazd, a potem pędziła w stronę ulicy. Wszystko wydarzyło
się w mgnieniu oka.
Jakieś dziesięć minut później sąsiadka Rosemarie usłyszała -?jak jej to
później relacjonowała -?głośne, natarczywe szczekanie Boozera, jej psa.
Joan uwielbiała z nim spacerować i się bawić, a Boozer uwielbiał ją.
Joan nie wracała, ale Rosemarie się nie martwiła. Pomyślała, że córka
poszła pewnie do Tamary, koleżanki mieszkającej na rogu St. Nicholas
Avenue i Vincent Street. W tej okolicy odwiedziny w domach znajomych
były normą. Mała dusza towarzystwa zawsze potrafiła znaleźć kogoś do
wspólnej zabawy lub ciekawe zajęcie. Około 16.45 zjawiła się
nauczycielka pianina na lekcję z Marie, a Joan ciągle nie było.
Rosemarie zaczęła się niepokoić. Nie chciała okazywać tego dzieciom,
spróbowała więc wziąć się w garść. Była to przecież spokojna okolica, a po sąsiedzku mieszkali agent FBI i pastor.
Wykonała kilka telefonów. Joan nie było u żadnego ze znajomych, do
których zadzwoniła, i nikt jej nie widział.
Mąż Rosemarie, Frank D'Alessandro, wrócił do domu za dziesięć szósta;
żona powiedziała mu, że nie wie, gdzie jest Joan. Frank, analityk
systemów komputerowych, był z natury człowiekiem milkliwym i metodycznym. Rosemarie dostrzegła, jak bardzo się zdenerwował i spiął,
ale starał się udawać, że jak zawsze zachowuje spokój.
-?Musimy zadzwonić na policję -?powiedziała Rosemarie.
Frank zgodził się i zrobił to. Potem wyszedł z Frankiem i Marie, żeby
objechać okolicę, gdzie rozglądali się za Joan. Zjeździli całą dzielnicę
wzdłuż i wszerz.
Wrócili; nie dostrzegli jej nigdzie ani nie spotkali nikogo, kto by ją
widział. Rosemarie zdecydowała, że teraz ona ruszy na poszukiwania.
Frank został w domu. Rosemarie przypomniała sobie, że Joan, wybiegając,
powiedziała coś o zaniesieniu ciasteczek, bo zobaczyła "nowy samochód"
na St. Nicholas Avenue. Samochód należał do McGowanów. Joseph McGowan
uczył chemii w liceum Tappan Zee, tuż za granicą stanu, w Orangeburgu, w stanie Nowy Jork. Dom, w którym mieszkał, należał do jego matki,
Genevieve McGowan, a oprócz tych dwojga mieszkała tam jeszcze matka
Genevieve, a babka Josepha. W szkołach publicznych lekcje tego dnia
odbywały się normalnie, więc pora, o której wrócił z pracy, odpowiadała
zwykłemu rozkładowi jego dnia.
Rosemarie wzięła ze sobą Frankiego, żeby nie iść samotnie, choć uczyniła
to z wahaniem; poszli razem Florence Street i skręcili w St. Nicholas
Avenue. Była za dziesięć siódma. Dom McGowanów, dwupoziomowy budynek z czerwonej cegły kryty beżowym sidingiem, z podjazdem i garażem na dwa
samochody, był pierwszym domem po prawej, stojącym na narożnej działce.
Matka i syn weszli po pięciu stopniach prowadzących na ganek i Rosemarie
nacisnęła przycisk dzwonka. Nakazała Frankiemu, żeby grzecznie stał przy
niej na ganku.
Drzwi otworzył sam McGowan. Wyglądał, jakby właśnie wyszedł spod
prysznica. Trzymał cienkie cygaro, którego Rosemarie w pierwszej chwili
nie zauważyła. Miał dwadzieścia siedem lat, był kawalerem. Rosemarie nie
znała go wcześniej, ale, jak stwierdziła, "dzieci mówiły, że jest bardzo
sympatyczny".
Weszła do holu; stanęła dokładnie tam, gdzie, jak wiedziała, musiała
całkiem niedawno stać Joan. Zaczynał ogarniać ją dziwny niepokój.
Przedstawiła się.
-?Widział pan może moją córkę, Joan? -?zapytała. -?Przyszła tu z ciasteczkami.
-?Nie, nie widziałem jej -?zaprzeczył.
Mówił swobodnie, pewnie. Właśnie w tej chwili Rosemarie D'Alessandro
zmroziło.
-?Stałam w holu jego domu przez parę minut, kiedy zauważyłam duży wóz
straży pożarnej, parkujący przy ulicy -?wspominała. -?Wezwaliśmy
policję, a widząc, że przyjechali i strażacy, nagle w jednej chwili
pojęłam wszystko. Zrozumiałam, że moje życie zmieniło się na zawsze.
Od razu niemal rzuciła jej się w oczy reakcja sąsiada -?a raczej jej
brak.
-?Staliśmy tam, w holu, miałam łzy w oczach. On zaś patrzył na mnie bez
grama współczucia. Kiedy zauważył, że zbiera mi się na płacz, po prostu
wszedł po schodach na piętro i stał tam, przy poręczy, trzymając w palcach to cienkie cygaro; patrzył na mnie i czekał, żebym sobie poszła.
I kiedy wyszłam i ruszyłam w stronę domu, miałam w głowie jedną myśl: on
wie, co stało się z Joan.
Po przesłuchaniu Rosemarie i Franka przez policjantów rozpoczęto
sąsiedzkie poszukiwania dziewczynki. Na ochotnika zgłosili się skauci.
Zgłosił się także Joseph McGowan. Setki osób zorganizowały się w małe
grupki, żeby sprawdzić każdy dom, podwórko, śmietniki, lasy i parki w Hillsdale i okolicznych miastach. Policja przywiozła na miejsce psy
tropiące, żeby pomóc w poszukiwaniach. Kilka osób wsiadło do wozu
strażackiego, który zauważyła wcześniej Rosemarie, w tym siedmioletni
"chłopak" Joan, Rich. Pojechali sprawdzić rezerwuar w pobliżu jeziora
Woodcliff.
Około 21.20 w domu zjawił się ksiądz z parafii pod wezwaniem Świętego
Jana Chrzciciela; towarzyszył mu funkcjonariusz policji stanowej z owczarkiem niemieckim. Rosemarie dopuściła drużynę tropicieli do kosza z brudnym praniem i pozwoliła psu powąchać należącą do Joan bieliznę.
Potem policjant z psem ruszyli przeszukać okolicę. Rosemarie nie mogła
oprzeć się wrażeniu, że zwierzę rozumiało, co się stało, i na swój
sposób głęboko "współczuło" jej i Joan. Z determinacją badało teren
wokół domu McGowanów; podeszło do drzwi frontowych i bramy garażu.
Nic konkretnego jednak nie znaleziono.
Wieści o zaginionej dziewczynce i zaimprowizowanych naprędce
poszukiwaniach rozchodziły się lotem błyskawicy. W okolicy zaroiło się
od dziennikarzy i reporterów. Rosemarie dobrze to ujęła -?w Hillside
takie rzeczy po prostu się nie zdarzały. Często rozmawiała z mediami w nadziei, że pojawi się jakiś świadek. Jej głównym wspomnieniem po
spotkaniach z dziennikarzami był obraz śladów brudnych butów, od których
beżowy chodnik na schodach zrobił się ciemnoszary.
Atmosfera panująca tego wieczoru w domu rodziny D'Alessandro była tak
gęsta, że można by ją kroić nożem. Frank, kiedy czuł się sfrustrowany,
miał tendencje do wybuchów gniewu. Poprzedniego wieczoru zrobił
awanturę, bo nie mógł znaleźć pudełka, żeby zapakować wielkanocny
prezent.
-?Potrafił być spokojny i cierpliwy przez długi czas, a potem w jednej
chwili zmieniał się o sto osiemdziesiąt stopni -?wspominała Rosemarie. -
Miał dobrą pracę, ale nie potrafił się komunikować, a przy tym nigdy nie
był moją "bratnią duszą".
Komendant policji Hillsdale, Philip Varisco, był akurat na wakacjach na
Florydzie, kiedy zadzwoniono do niego z informacją o zaginięciu Joan.
Hillsdale było takim właśnie miejscem, a on -?takim typem przywódcy, że
nie sposób było sobie wyobrazić, aby mógł nie towarzyszyć mieszkańcom w takiej traumie. Czym prędzej ruszył w drogę powrotną. Varisco, który
zmarł w 2012 roku w wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat, był absolutnym
profesjonalistą. Wziął udział w kursie Narodowej Akademii FBI w Quantico, aby on i jego zespół mogli być w swojej pracy maksymalnie
skuteczni.
Następnego dnia wybrał się do domu rodziny D'Alessandro. Rosemarie
siedziała na schodach ganku; podszedł do niej i powiedział, że przejmuje
dowodzenie śledztwem. Nie obiecywał szczęśliwego zakończenia, wiedząc,
że to mało prawdopodobne, ale spokojnie zapewnił ją, że dadzą z siebie
wszystko. Poprosił o zdjęcie dziewczynki, które mógłby przekazać prasie.
Rosemarie podeszła do wiszącego na ścianie zdjęcia Joan w szkolnym
mundurku, zdjęła je ze ściany, wyjęła z ramki i podała komendantowi.
Frank powiedział dziennikarzom, że jeśli porywacz Joan zwróci ją żywą,
rodzina wycofa wobec niego oskarżenie i poprosi o nieściganie go.
Podczas wywiadu w telewizji Rosemarie opisała córkę reporterowi Vicowi
Milesowi, mówiąc, jak wyjątkowym i jak bardzo kochanym jest dzieckiem;
błagała też, aby zwrócono ją rodzinie. Po latach jedna z koleżanek
szkolnych Joan wyznała Rosemarie, że pamięta tamten program, jakby
widziała go zaledwie poprzedniego wieczoru -?tak wryło jej się w pamięć,
jak mama Joan prosiła w telewizji, żeby córka wróciła. Zaledwie dwa
miesiące przed strasznym zdarzeniem Rosemarie nagle ogarnęła potworna
obawa: co by było, gdyby któreś z jej dzieci zmarło? Jak dogłębnie
druzgoczące byłoby takie zdarzenie?
Policja przesłuchała kilku potencjalnych podejrzanych, w tym mężczyznę,
którego widziano jeżdżącego samochodem po tamtej okolicy mniej więcej na
godzinę przed zniknięciem Joan, i innego, który się tam kręcił na
piechotę. Pierwszy okazał się zainteresowany przeprowadzką -?oglądał
potencjalne nowe miejsca zamieszkania -?a drugi zwyczajnie zabłądził. W niemal każdej dużej sprawie zdarzają się urwane wątki i mylne tropy.
Śledczy prędko skupili się na osobie Josepha McGowana. Choć nie był
wcześniej notowany, to właśnie do jego domu zamierzała wybrać się Joan,
a Rosemarie opowiedziała policji o spotkaniu z sąsiadem, po którym czuła
się nieswojo. Jej ojciec widział na drugi dzień po zaginięciu Joan, jak
McGowan wynosi śmieci, i powiedział córce: "Coś tam nie gra".
Funkcjonariusze policji i detektywi rozmawiali z McGowanem zarówno w piątek, jak i w sobotę, prosząc, żeby opowiedział dokładnie, co robił
przez kolejne minuty i godziny po tym, jak odwiedziła go Joan. Mężczyzna
był spokojny, uprzejmy, ale zaprzeczał, że widział dziewczynkę w czwartek. Mówił, że w czasie, kiedy według zeznań Rosemarie jej córka
udała się do jego domu, był w lokalnym supermarkecie i robił zakupy. A samochód, który zobaczyła Joan na podjeździe? Czy ktoś widział, jak
ponownie wyjeżdżał? Nie, odparł, poszedł na zakupy na piechotę. Przy
której kasie zapłacił? Nie pamiętał. Czy może pokazać paragon? Chyba go
wyrzucił. Może ciągle jest w śmietniku? Nie, śmieci chyba już
wywieziono. Kiedy przyjeżdżała śmieciarka? Nie był pewien. Co kupił w supermarkecie? Między innymi steki i jabłka. Czy steki ciągle były w lodówce? Nie, zjedli je z matką. A jabłka? Nie był pewien, czy jakieś
zostało.
Doświadczony detektyw zyskuje z czasem wyczucie, które podpowiada mu,
czy zeznania podejrzanego, który utrzymuje, że jest niewinny, brzmią
wiarygodnie. Mark Olshaker zapytał kiedyś przy lunchu emerytowanego
detektywa Departamentu Policji w Los Angeles, Toma Lange'a, o to, kiedy
doszedł do wniosku, że to właśnie O.J. Simpson jest głównym podejrzanym
w sprawie morderstwa swojej byłej żony Nicole i jej przyjaciela, kelnera
Ronalda Goldmana, które popełniono w 1994 roku. Lange odparł, że choć
O.J. był w czasie przesłuchania przyjacielski i skory do współpracy, nie
zadawał żadnych szczegółowych pytań na temat śmierci Nicole -?ani czy
cierpiała i jak bardzo, ani czy policja ma już jakiegoś podejrzanego -?a to rzeczy, o które odruchowo zazwyczaj pytają bliscy ofiar zabójstw.
Przyjaciel Joan, Rich, przypomniał sobie tłum czekający przed
posterunkiem policji na Central Avenue podczas przesłuchania McGowana. W oczach dziecka, którym był wtedy, wyglądało to tak, jakby zebrało się
tam całe miasto.
Nieścisłości i sprzeczności w zeznaniach McGowana coraz bardziej rzucały
się w oczy, detektywi poprosili go więc o poddanie się testowi
wariografem -?potocznie zwanym wykrywaczem kłamstw. Podejrzany zgodził
się.
Nie przeszedł testu; detektywi poinformowali go o tym, jednocześnie
przedstawiając mu listę nieścisłości w jego zeznaniach. W końcu,
zmęczony, nie umiejąc wymyślić więcej wyjaśnień, McGowan poprosił o wizytę księdza. Spotkał się z nim na osobności i wyspowiadał z tego, co
zrobił. Potem przyznał się także detektywom i powiedział, że po
zamordowaniu Joan wywiózł jej ciało do stanu Nowy Jork i porzucił w parku stanowym Harriman, w hrabstwie Rockland, nieco ponad trzydzieści
kilometrów od swojego domu.
Komendant Varisco postanowił, że osobiście przekaże wieści Rosemarie i Frankowi. Kiedy do nich przybył, było kilka minut po szesnastej. I tym
razem wykazał się głęboką empatią, przywożąc ze sobą katolickiego
księdza; razem z Rosemarie usiedli przy kuchennym stole. Kobieta
pamiętała później, że zdjęła z białego blatu leżący na nim obrus, jakby
próbując odsunąć choćby o kilka chwil to, co nieuniknione.
-?Chcę go zabić! -?krzyknęła, kiedy komendant przekazał jej zeznanie
McGowana. Twierdziła, że mówiąc to, miała poczucie, że jest całkowicie
racjonalna i w stu procentach się kontroluje; wiedziała, że nie ma tego
naprawdę na myśli, że po prostu potrzebuje sposobu na wyrzucenie z siebie zżerającego ją cierpienia.
Ksiądz upomniał ją jednak, żeby nie mówiła takich rzeczy.
-?Czego ksiądz się spodziewał? -?zapytał natychmiast Varisco.
2. "DOBRZE SPAŁEM"
2
"DOBRZE SPAŁEM"
Doktor Frederick T. Zugibe, naczelny lekarz sądowy hrabstwa Rockland
w stanie Nowy Jork, zeznał, że sprawa Joan była jedną z najtrudniejszych
emocjonalnie w jego długiej i pełnej dokonań karierze.
Wieści z Departamentu Policji w Hillsdale prędko dotarły do prokuratury
okręgowej hrabstwa Bergen, a stamtąd do biura szeryfa hrabstwa Rockland
i jego wydziału policji. Wczesnym popołudniem w Niedzielę Wielkanocną
funkcjonariusz John Forbes udał się do parku stanowego Harriman, żeby
sprawdzić wskazaną mu lokalizację -?nieopodal Gate Hill Road, na
południowym krańcu parku.
Znalazł tam nagie, zmaltretowane ciało młodej białej denatki. Leżała na
plecach w rozpadlinie między dwoma głazami, na liściastym zboczu, pod
półką skalną. Głowa odwrócona była mocno w lewo, tak jakby dziewczynka
patrzyła w dół zbocza. Forbes, ojciec czwórki małych dzieci, ze
wszystkich sił próbował zachować spokój.
Wezwał zespół dochodzeniowy.
Kiedy doktor Zugibe zjawił się na miejscu niecałą godzinę później, wokół
odgrodzonego od reszty parku miejsca znalezienia zwłok i w jego okolicy
roiło się już od funkcjonariuszy policji i techników śledczych,
detektywów, agentów FBI, reporterów, fotografów prasowych i gapiów.
Natychmiast nakazał policjantom usunięcie wszelkich osób postronnych i personelu, który nie był niezbędny.
Identyfikacji zwłok dokonał Richard Collier, sąsiad rodziny
D'Alessandro, wspomniany wcześniej agent FBI, który pracował w biurze
terenowym w mieście Nowy Jork.
Tak, to była Joan.
Choć miejsce znalezienia zwłok zostało naruszone, nikt nie dotykał ani
nie przemieścił ciała dziewczynki. Doktor Zugibe natychmiast zauważył
zasinienie -?nabiegłe krwią, fioletowe plamy na brzuchu Joan. Zrozumiał,
że nie została zamordowana w tym miejscu. Gdyby tak było, zasinienia
skupiłyby się na plecach -?z powodu oddziaływania grawitacji. Ponieważ
utrwalenie takich plam opadowych zajmuje co najmniej sześć godzin,
wiedział też, że zwłoki zostały porzucone jakiś czas temu. Zmierzył
temperaturę ciała -?była równa temperaturze otoczenia. To wskazywało, że
śmierć nastąpiła co najmniej trzydzieści sześć godzin wcześniej -?tyle
trwa, zanim zwłoki całkowicie ostygną. Dodatkowym potwierdzeniem był
brak tzw. rigor mortis, stężenia pośmiertnego, czyli sztywności
mięśni, która pojawia się kilka godzin po śmierci, mija jednak w ciągu
dwudziestu czterech do trzydziestu sześciu godzin.
Zebrawszy wszystkie fizyczne dowody, które był w stanie dostrzec, Zugibe
oszacował, że Joan nie żyła od około pięćdziesięciu godzin. Podczas
autopsji, kiedy mógł wykonać bardziej zaawansowane badania, skorygował
ten czas, określając go na co najmniej siedemdziesiąt godzin. To
oznaczało, że dziewczynka zginęła maksymalnie dwie godziny po tym, jak
Rosemarie widziała ją po raz ostatni.
Podwładni szeryfa przeczesali teren i znaleźli szarą reklamówkę
opatrzoną logo Mobil. Zgodnie z raportem doktora Zugibe jej zawartość
była schludnie poskładana, niepoupychana bezładnie -?w torbie było
ubranie, które Joan miała na sobie w chwili zaginięcia: para
czerwono-białych trampek, turkusowa koszulka, bordowe spodnie, białe
skarpetki i równie białe majteczki, poplamione teraz krwią.
Przed zabraniem ciała z parku funkcjonariusz skontaktował się z sanktuarium Matki Bożej w Stony Point w stanie Nowy Jork i poprosił o przysłanie na miejsce księdza. Duchowny w świetle migających sygnałów
radiowozów, w obecności mundurowych, detektywów, agentów FBI i reporterów udzielił Joan Angeli D'Alessandro ostatniego namaszczenia.
Kiedy skończył, Zugibe oficjalnie stwierdził zgon; mogło wydawać się to
zbędną oczywistością, ale podczas śledztwa dotyczącego morderstwa jest
to konieczna formalność.
Wróciwszy do zakładu patologii w mieście Pomona, w stanie Nowy Jork,
około szesnastu kilometrów od miejsca zbrodni, zabrał się do autopsji. Z doświadczenia, które nabyłem, pracując przez lata z patologami i lekarzami medycyny sądowej, mogę stwierdzić, że mało co jest dla nich
bardziej bolesne niż konieczność zbadania zwłok dziecka, a największe
cierpienie sprawia im zajmowanie się zamordowanymi dziećmi.
Skończywszy sekcję, Zugibe opisał całą listę obrażeń, które świadczyły o kompletnym zepsuciu moralnym sprawcy zbrodni: pęknięcie kręgów szyjnych,
ślady ręcznego duszenia, wybity prawy bark, głębokie stłuczenia i zasinienia na całym ciele, rany szarpane pod brodą i po wewnętrznej
stronie górnej wargi, pęknięcie na przodzie czaszki, pęknięcie kości
obydwu zatok, opuchlizna twarzy, oboje oczu podbite i tak zapuchnięte,
że nie było widać gałek ocznych, trzy chwiejące się zęby, stłuczenie
mózgu i krwotok w jego obrębie, odbite płuca i wątroba oraz przerwana
błona dziewicza.
W skrócie mówiąc, Joan pobito, duszono, wykorzystano seksualnie i wreszcie zatłuczono na śmierć. Doktor Zugibe zaznaczył jednak, że na tym
nie koniec. Gdyby zmarła zaraz po tym, jak została pobita i przyduszona,
jej ciało i twarz nie nosiłyby znamion opuchlizny. Po śmierci ustają
funkcje homeostatyczne, które powodują puchnięcie w miejscach urazu. A ponieważ obrzęk formuje się w pełni w ciągu około pół godziny, lekarz
ostatecznie stwierdził, że Joan musiała żyć jeszcze co najmniej tak
długo po napaści. Na szczęście dla niej, niemal na pewno była
nieprzytomna.
Dokładne badanie szyi, które przeprowadził medyk, wykazało dwa obszary,
gdzie występowało nagromadzenie obrażeń: chrząstki tarczycy i kość
gnykowa. Doszedł do wniosku, że około pół godziny po pierwszym ataku,
który ostatecznie spowodował śmierć, napastnik zaczął powątpiewać, czy
na pewno zabił dziewczynkę, i wrócił, żeby dokończyć dzieła, jeszcze raz
dusząc ją oburącz. Brzmi to dla mnie absolutnie wiarygodnie. Ktoś taki
jak Joseph McGowan, "niedoświadczony zabójca", nierzadko miewa
wątpliwości co do tego, czy na pewno efektywnie postąpił z ofiarą, i nie
chce ryzykować, że coś spartaczył.
Podobny wzorzec zachowania widziałem w przypadku morderstwa
sześcioletniej JonBenet Ramsey, do którego doszło w Boże Narodzenie 1996
roku w jej domu rodzinnym w Boulder w stanie Kolorado. Raport z autopsji
wymieniał dwie potencjalnie zabójcze kontuzje: uraz głowy w wyniku
uderzenia tępym narzędziem i obrażenia w obrębie szyi powstałe w wyniku
zadzierzgnięcia. Ponieważ na miejscu zbrodni nie było krwi, uznałem, że
przyczyną śmierci było właśnie uduszenie, a uderzenie w głowę nastąpiło
tylko po to, by się upewnić, że dziewczynka nie miała szans przeżyć.
Te dowody sugerowały coś bardzo istotnego z behawioralnego punktu
widzenia. Żaden rodzic -?o ile nie miałby wcześniej skłonności do
brutalnego maltretowania dziecka -?nie byłby w stanie postąpić tak
metodycznie i przez kilka długich minut dusić małej ofiary na śmierć.
Takie rzeczy po prostu się nie zdarzają. To wprawdzie, w połączeniu z innymi dowodami, fizycznymi i behawioralnymi, nie powiedziało nam, kto
zabił JonBenet, ale powiedziało nam, kto tego nie zrobił: winowajcą nie
było żadne z jej rodziców. Zostaliśmy z Markiem za ten wniosek mocno
skrytykowani i spotkaliśmy się z publicznym potępieniem, również ze
strony mojej dawnej jednostki FBI, ale praca na rzecz wymiaru
sprawiedliwości to nie plebiscyt na najbardziej lubianego kolegę, trzeba
kierować się dowodami, które mówią same za siebie.
I to właśnie zamierzałem zrobić w przypadku Josepha McGowana.
-
Joseph McGowan stanął przed sądem hrabstwa Bergen w osobie sędziego
Jamesa F. Maddena. Ponieważ nie wpłacono wyznaczonej przez sędziego
kaucji w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów, trafił do aresztu. We
wtorek 24 kwietnia 1973 roku oskarżono go o morderstwo Joan
D'Alessandro.
Dwa dni później, przed południem, w rzymskokatolickim kościele pod
wezwaniem Świętego Jana Chrzciciela odbył się pogrzeb Joan. Dziewczynka
uczęszczała do szkoły właśnie przy tym kościele. W pogrzebie wzięli
udział jej koledzy i koleżanki z klasy, którzy po mszy żałobnej ustawili
się w szpalerze na zewnątrz, aby pożegnać wynoszoną w trumnie Joan.
Prowadząc dochodzenia w sprawach tak brutalnych zbrodni, człowiek stara
się zachować maksymalny dystans emocjonalny, nie tylko po to, żeby być
obiektywny i mieć zdolność krytycznego osądu, ale także po to, żeby nie
oszaleć. Jako profiler behawioralny muszę przyznać, że konieczność
zgłębienia umysłu każdej z ofiar, nad których sprawami pracowałem,
zdecydowanie stanowiła psychiczne obciążenie. Rozumiem doskonale reakcję
doktora Zugibe i funkcjonariusza Forbesa na widok drobnego ciałka Joan w parku. Niezależnie od tego, jak bardzo próbujemy zachować
profesjonalizm, nie sposób nie zareagować na coś takiego.
Jaki człowiek -?a może potwór -?potrafi spontanicznie zrobić coś takiego
siedmiolatce? Takie pytanie zadawałem sobie, wczytując się w akta sprawy
ćwierć wieku po morderstwie. I to właśnie zamierzałem spróbować ustalić.
McGowan powtórzył to, co wcześniej zeznał, doktorowi Noelowi C.
Galenowi, psychiatrze sądowemu, który specjalizację z neurologii i psychiatrii robił w szpitalu Bellevue w Nowym Jorku i pracował jako
biegły w sądach New Jersey. Dzień po tym, jak postawiono McGowana w stan
oskarżenia, opowiedział on Galenowi z detalami, jak otworzył dziewczynce
drzwi, a kiedy wyjaśniła, po co przychodzi, oznajmił, że ma pieniądze w pokoju, i zaproponował, żeby poszła po nie razem z nim. Joan musiała się
zawahać, może się opierała, bo przyznał, że złapał ją i zmusił do
wejścia do jego sypialni w piwnicy domu. Osiemdziesięciosiedmioletnia,
niedosłysząca babka McGowana oglądała tymczasem telewizję w pokoju na
górze. Jego matka była w pracy.
Nie wyjawiam żadnych poufnych informacji zawartych w aktach sprawy
McGowana lub w raportach medycznych. Wszystkie oceny i analizy, które
cytuję, zostały zawarte i opublikowane w decyzji w sprawie apelacji
Josepha McGowana (wnoszący apelację) kontra Komisja do spraw Zwolnień
Warunkowych Stanu New Jersey (pozwany), organ rozstrzygający: Sąd
Najwyższy Stanu New Jersey, 15 lutego 2002 roku.
Jak opowiedział Galenowi McGowan, kiedy znaleźli się w sypialni i byli
"bezpieczni", z dala od ulicy, kazał Joan się rozebrać. Choć stwierdził,
że nie udało mu się "doprowadzić do aktu płciowego", podniecił się
seksualnie i doznał wytrysku na rękę tuż przy dziewczynce, po czym
dokonał penetracji palcami. Nie mógł się najwyraźniej doczekać i zrobił
to, zanim całkiem się rozebrała, o czym świadczy to, że jej bielizna
była poplamiona krwią. Przyznał, że miał rękę pobrudzoną nasieniem, więc
nie można było stwierdzić z całkowitą pewnością, czy "doprowadził do
aktu płciowego", czy nie, ale krew i obrażenia narządów rodnych
dziewczynki wskazywały na brutalną napaść.
Według McGowana to właśnie w tamtej chwili zdał sobie sprawę, z jakimi
konsekwencjami wiązać się będzie jego impulsywny czyn.
-?Nagle zrozumiałem, co zrobiłem -?wyznał doktorowi Galenowi. -?Gdybym
pozwolił jej odejść, całe moje życie ległoby w gruzach. Myślałem tylko o tym, żeby się jej pozbyć.
Jako śledczy muszę powiedzieć, że ten fragment brzmi sensownie z kryminologicznego punktu widzenia. W sytuacji dużego napięcia nerwowego
"bystry" przestępca będzie miał w głowie tylko jedno: sprawić, żeby
zbrodnia uszła mu na sucho. Tak było najwyraźniej również w przypadku
McGowana. Można zastanawiać się, czy Joan przeżyła tak długo po
pierwszej próbie duszenia, jak zakładał to doktor Zugibe, można też
zadawać sobie pytanie, która z prób zabicia jej wreszcie się powiodła.
Ale nie ma wątpliwości co do tego, że ogólny zarys wydarzeń jest
całkowicie wiarygodny. Oto cytat z transkryptu z przesłuchania, podczas
którego przyznał się do zabójstwa:
Złapałem ją i zacząłem dusić, zwlokłem ją z łóżka i cisnąłem w kąt
pokoju, na posadzkę, gdzie już nie było dywanu. Próbowała krzyczeć,
rozumie pan, i walczyła. Ale oczywiście nie mogła nic zdziałać, bo
zaciskałem ręce na jej szyi. Hm... przestała się szamotać... tylko leżała.
Ubrałem się. Okropnie się pociłem. Wyszedłem do garażu. Wziąłem
plastikowe worki, żeby ją w nie owinąć. [Kiedy wróciłem z garażu],
zobaczyłem, że ciągle się rusza, więc znowu zacząłem ją dusić i uderzałem jej głową w podłogę. Zaczęła krwawić z nosa, z ust, całej
twarzy... nie wiem skąd. Wszędzie na podłodze była krew. Złapałem jeden z worków, nałożyłem jej na głowę, mocno zacisnąłem i trzymałem, dopóki nie
przestała się ruszać.
-
Czytałem to, szykując się do spotkania z nim, i myślałem: godzinę czy
dwie wcześniej ten człowiek stał przy tablicy, ucząc licealistów chemii.
Co doprowadziło go z punktu A do punktu B?
W dalszej części przesłuchania McGowan opowiedział, jak podniósł Joan i umieścił ją w plastikowym worku na śmieci, który następnie zawinął w starą kapę i przewiązał szpagatem. Zaniósł pakunek do garażu i upchnął w bagażniku samochodu -?"nowego samochodu", który Joan dostrzegła z podwórka kilka domów dalej. Wyczyścił plamy krwi tak starannie, jak
tylko potrafił, używając do tego celu starych podkoszulków. Potem
przejechał trzydzieści kilometrów i zaniósł ciało na zbocze w parku
stanowym Harriman. Wypakował je i zostawił pod skalną półką. Następnie
wyrzucił torbę na śmieci i kapę do śmietnika na poboczu.
Kiedy wrócił do Hillsdale, dołączył do poszukiwań Joan.
-?Kiedy wróciłem do domu, poczułem się lepiej -?wyznał doktorowi
Galenowi. -?Dobrze spałem.
3. UMYSŁ ZABÓJCY
3
UMYSŁ ZABÓJCY
Frank Mikulski służył w policji przez czterdzieści dwa lata i w 2006
roku odszedł na emeryturę, a w czasie, gdy zginęła Joan, pełnił funkcję
komendanta policji w Hillsdale; miał wówczas stopień sierżanta i patrolował ulice.
"To była najpotworniejsza zbrodnia, jaka przydarzyła się kiedykolwiek w naszej okolicy, i ciągle mam ją żywo w pamięci" -?opowiadał gazecie "The
Record". "Ten człowiek był potworem, a jeśli coś takiego przydarza się
dziecku, na zawsze pozostaje w pamięci całej społeczności, nigdy nie
znika. Dla tutejszych mieszkańców to jak Pearl Harbor albo jedenasty
września... Człowiek pamięta, gdzie był i co robił, gdy to się stało".
W zasadzie każdy, kto znał rodzinę D'Alessandro albo Josepha McGowana,
pamięta, gdzie był i co robił, kiedy dotarły do niego wieści o tym, co
się stało.
Robert Carrillo, nauczyciel matematyki, który jeździł z McGowanem do
pracy, od razu pomyślał o nim, kiedy dziewczynka zaginęła. Podobnie inny
ich kolega ze szkoły.
-?Kiedy o tym usłyszałem, od razu przyszedł mi na myśl Joe. Rany, on tam
mieszka, pomyślałem. Ciekawe, czy ją zna. Nie sądziłem, że mógłby mieć w tym udział.
W Niedzielę Wielkanocną Carrillo z żoną i córką pojechał odwiedzić matkę
w nowojorskiej dzielnicy Queens. Kiedy tamtego wieczoru wracali do domu,
usłyszeli w radiu komunikat.
-?Byliśmy na Cross Bronx Expressway, drodze szybkiego ruchu
przecinającej Bronx, kiedy w radiu puścili specjalny komunikat, że ujęto
podejrzanego w sprawie zaginięcia Joan D'Alessandro i że to nauczyciel
ze szkoły średniej w hrabstwie Rockland. A potem podali jego nazwisko.
Musiałem zjechać na pobocze. Dosłownie mnie zemdliło.
Jack Meschino uczył chemii, podobnie jak McGowan. Wraz ze swoim
długoletnim partnerem Paulem Colettim uczestniczyli nieraz w towarzyskich spotkaniach z nim i innymi nauczycielami.
-?Pamiętam, kiedy o tym usłyszeliśmy -?wspominał Coletti. -?Zadzwonili
do nas, a kiedy skończyliśmy rozmowę, po prostu usiedliśmy, spojrzeliśmy
na siebie i powiedzieliśmy chórem: "Co?".
-?Tak, to było zupełnie nierealne -?zgodził się Meschino. -?Byłem w szoku, że zrobił coś takiego.
Po chwili jednak dodał:
-?Z drugiej strony Joe był dziwny, naprawdę. Z perspektywy czasu
człowiekowi przypomina się to i owo. Na przykład jego poczucie humoru.
Była spora przepaść... między tym, z czego on się śmiał, co uważał za
zabawne, a tym, co uznawali za takie inni. Z jego żartów większość by
się nie śmiała. Były dziwaczne. Zawsze nosił przy sobie pęk kluczy -
było ich więcej, niż ktokolwiek mógłby potrzebować. Bóg jeden wie, co
otwierały. Joe wziął na siebie zadanie sprawdzania drzwi do klas na
koniec dnia. I wszyscy wiedzieli, że donosił na tych, którzy zostawiali
je otwarte. To nie należało do jego obowiązków. Nie zajmował się dozorem
ani administracją. Ale zawsze próbował się wkupić w łaski dyrekcji.
-?Mówiono o nim, że podlizywał się administracji -?stwierdził Carrillo.
-?Pamiętam też, że kiedy było w modzie zapisywanie się do Klubu Playboya
w New Jersey, Joe miał złotą kartę. Demonstracyjnie pokazywał ją
wszystkim w pokoju nauczycielskim. Takie sprawy jak aprobata czy uznanie
ze strony innych bardzo się dla niego liczyły.
Zapytaliśmy Carrillo, czy McGowan był lubiany wśród uczniów.
-?Chyba tak -?odparł nauczyciel. -?Był jednym z tych, którzy próbują się
przyjaźnić z dzieciakami. Starał się o to, żeby go lubili.
Nie zawsze się jednak udawało. Dowiedzieliśmy się później z Markiem od
wielu jego byłych uczennic, że czuły się przy nim nieswojo. Jedna z nich, teraz już po sześćdziesiątce, wspominała, jak na lekcji chemii
zapytała pana McGowana, co zrobić ze szklaną kolbą, która już nie była
jej potrzebna. McGowan wyrwał jej ją z ręki i rzucił na posadzkę; szkło
rozprysnęło się po całej podłodze. Nie wyjaśnił jednak ani słowem,
dlaczego to zrobił.
Inne uczennice miały podobne zdanie. Jedna z nich opisała swoje
doświadczenia z nim w mediach społecznościowych: "McGowan kiedyś mnie
uczył chemii, chyba w 1971 roku, kiedy byłam w ostatniej klasie. Tak
mnie przerażał, że poszłam do dyrektora i zażądałam, żeby przenieśli
mnie do grupy innego nauczyciela".
W tygodniu po morderstwie liceum Tappan Zee było zamknięte, trwały
wiosenne ferie. Kiedy jednak w kolejny poniedziałek lekcje zaczęły się
na nowo, w szkole panowało pełne szoku milczenie.
-?Dziwacznie było wrócić do szkoły -?wspominał Carrillo. -?Wszyscy
wiedzieli, co się stało, ale nikt właściwie o tym nie mówił. Może
uczniowie rozmawiali między sobą, ale nauczyciele i pozostali pracownicy
byli raczej przede wszystkim wstrząśnięci. Komisja do spraw edukacji
zdymisjonowała go [McGowana] na zamkniętym posiedzeniu; nie
rozgłaszano tego w żaden sposób.
Carrillo omawiał tę sprawę z Eugenem Baglierim, który dojeżdżał z nim i McGowanem jednym samochodem do pracy.
-?Z perspektywy czasu przypomina się to i owo -?powiedział Carrillo. -
Ale to wszystko było takie potworne, każde wspomnienie o tym, więc
ludzie po prostu nie poruszali tego tematu.
Jack Meschino miał jeszcze bardziej przykre wspomnienia.
-?Po powrocie było okropnie -?stwierdził. -?Uczyliśmy we dwóch, jako
zespół, a nagle nasi uczniowie stali się tylko moimi uczniami. Dobre
pięć czy dziesięć minut zajęło mi zebranie się na odwagę i odezwanie się
do tych dzieciaków. Siedzieliśmy tam wszyscy, patrząc jeden na drugiego;
nikt nie wiedział, co robić. Byliśmy oniemiali, zszokowani.
Przez następne kilka tygodni, podczas pobytu w więzieniu okręgowym
hrabstwa Bergen w Hackensack, Joseph McGowan miał przejść kolejne
badania psychologiczne. 10 maja 1973 roku, nieco ponad dwa tygodnie po
tym, jak doktor Galen odbył z nim rozmowę, oskarżonego zbadał doktor
Emanuel Fisher, psycholog. Uznał, że posiada on "wyjątkowo chwiejną,
skłonną do histerii osobowość, z tendencją do ulegania w bardzo
gwałtowny sposób nastrojom i impulsom. Słabo kontroluje się na poziomie
racjonalnym, mimo wyjątkowo wysokiej inteligencji".
Doktor Fisher wspomniał też o "ogromnej ilości podświadomej agresji",
którą oskarżony "wypierał, sublimował i intelektualizował" oraz z którą
"unikał konfrontacji". Chociaż wobec siebie i innych prezentował fasadę
osoby "doskonale wychowanej, hołdującej konwenansom i normom, [te]
nadmiernie akcentowane dobre maniery oraz przestrzeganie konwenansów i norm społecznych przykrywały podświadomą depresyjność i agresję, z których oskarżony nie zdaje sobie w pełni sprawy".
Niecały miesiąc później, 6 czerwca, doktor Galen przedłożył raport
psychiatryczny sporządzony na podstawie rozmów z McGowanem. Stwierdził w nim, że oskarżony "ujawnił dobrze udokumentowaną historię pociągu
seksualnego do młodych dziewcząt. To, w połączeniu z ewidentnie obecnym
w jego umyśle obrazem dominującej, nadopiekuńczej matki, może wskazywać,
że stworzenie normalnej relacji z dorosłą kobietą mogłoby nastręczać mu
głębokich problemów".
Galen zacytował słowa McGowana, który przyznał, że mniej więcej przez
ostatni rok czuł silny pociąg seksualny do młodych dziewcząt; wskazał
konkretnie swoją dwunastoletnią kuzynkę. Przyznał też, że podczas
masturbacji fantazjował o gwałtach. Psychiatra wywnioskował na tej
podstawie, że "młodsze dziewczęta nie stanowiłyby zagrożenia dla jego
chwiejnej koncepcji własnej męskości".
Kolejny raport, tym razem neuropsychiatryczny, przedstawił w październiku doktor Abraham Effron, potwierdzając w nim to, co McGowan
powiedział Galenowi o "fantazjach na temat stosunków płciowych z dziewczynkami", i dodając, że kiedy w wieku dziewiętnastu lat podejrzany
pracował jako opiekun na letnim obozie, doznał podniecenia, kiedy na
kolanach usiadła mu mała obozowiczka.
Doktor Effron rozmawiał także z matką McGowana, Genevieve, nieobecną w domu, kiedy doszło do morderstwa. Kobieta powiedziała, że jej mąż, który
zmarł na atak serca, kiedy Joseph był w college'u, "miał z synem
znacznie bliższy kontakt [niż ona] i często go dokądś zabierał".
Ukończywszy college, Joe wprowadził się z powrotem do domu, gdzie
mieszkały matka i babka.
W raporcie Effrona czytamy:
Nie okazuje tego, co naprawdę czuje. Ukrywa wiele aspektów swojej
złożonej, prawdziwej osobowości, tożsamości i związanych z nią problemów
emocjonalnych. Próbuje ukrywać to, że jest niezdolny do faktycznego
utwierdzenia się we własnej męskości. W interakcjach z płcią przeciwną
odczuwa napięcie. Pasywność wyzwala lęk, który następnie eskaluje sam z siebie, powodując dalszy wzrost napięcia i stresu, które muszą skutkować
kompletną utratą kontroli lub rozładowaniem napięcia seksualnego. Udaje
mu się utrzymać kontrolę nad stanem psychozy, w niespotykanym stopniu
trzymając w ryzach intelektu prymitywne popędy, ale może dokonać takiego
czynu powtórnie, z podobnie tragicznym skutkiem jak w niedawnej
przeszłości.
Wśród naukowców trwa niekończąca się debata nad tym, czy brutalni
przestępcy są tacy z natury, czy też takimi się stają. Czy decyduje
natura, czy wychowanie? Osobiście uważam, że chociaż nikt, kto nie ma
pewnych wrodzonych tendencji do impulsywnych zachowań, gniewu i/lub
sadyzmu, nie stanie się zbrodniarzem z powodu złego wychowania,
niewątpliwie ludzi je posiadających mogą popchnąć ku zbrodni negatywne
wpływy obecne w otoczeniu podczas ich dorastania i dojrzewania.
Do takich jednostek należał na przykład Ed Kemper.
-
Edmund Emil Kemper III był pierwszym więźniem, z którym rozmawialiśmy z Bobem, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł wywiadów z mordercami. Jedynym
problemem było to, że w zasadzie nie wiedzieliśmy, co robimy.
Jako agenci FBI odebraliśmy praktyczne przeszkolenie w zakresie
przesłuchiwania świadków i podejrzanych. Jednak te doświadczenia nie
przygotowały nas na wywiady, jakie przeprowadzaliśmy w więzieniach.
Kiedy w ramach śledztwa rozmawiamy ze świadkami, spotykamy się z ludźmi,
którzy mogą posiadać informacje związane z przestępstwem lub jego
sprawcą. Próbujemy poznać jak najwięcej odpowiedzi na pytania: "kto?",
"co?", "kiedy?", "gdzie?", "dlaczego?" i "jak?". Nie traktujemy naszych
rozmówców jak podejrzanych.
Przesłuchanie podejrzanego oznacza rozmowę z potencjalnym sprawcą
zbrodni. Takiej osobie należy wyjaśnić przysługujące jej uprawnienia i w żadnym przypadku nie można naruszyć jej prawa do sprawiedliwego procesu.
Przesłuchanie zamienia się wówczas często w swego rodzaju monolog stróża
prawa, podczas którego podejrzanemu przedstawiane są niezbite dowody
łączące jego osobę z dokonanym przestępstwem. Pytania nie mają formy
"jeśli?" i "gdyby?", ale "dlaczego?" i "jak?" -?a ich celem jest
skłonienie potencjalnego przestępcy do współpracy i przyznania się do
zarzucanych mu czynów.
Żadna z tych metod nie mogła znaleźć zastosowania w rozmowach z więźniami. Interakcja między agentem a przestępcą musiała być
nieformalna i nie mogła posiadać zbyt wyraźnie rzucających się w oczy
struktury i celu. Nie interesowały nas aż tak żywo fakty dotyczące
sprawy, bo te już znaliśmy, ale motywacja, zachowanie przed zbrodnią i po niej, to, w jaki sposób przestępca dokonał wyboru ofiary, a w szerszej perspektywie złożona kwestia "dlaczego". O to musieliśmy pytać
bez nacisków, nie naprowadzając rozmówcy na żaden trop -?czyli wprost
przeciwnie niż podczas zwykłego przesłuchania podejrzanego.
Jakkolwiek może się to wydawać sprzeczne z tym, co podpowiadałaby
intuicja, te więzienne spotkania musiały przebiegać w "naturalnej"
atmosferze -?ot, kilka osób rozmawia swobodnie, wymieniając się
informacjami.
Ponieważ byliśmy akurat w Kalifornii, zdecydowaliśmy się najpierw
odwiedzić tamtejszych "rezydentów". Stacjonujący tam agent, dawny uczeń
Boba, zgodził się pośredniczyć w naszych negocjacjach ze stanowym
systemem penitencjarnym. Ed Kemper, mierzący ponad dwa metry i ważący
prawie sto czterdzieści kilogramów olbrzym, odbywał karę wielokrotnego
dożywocia w więzieniu California Medical Facility w Vacaville,
miejscowości w połowie drogi między Sacramento a San Francisco. Kemper
zyskał sobie swego czasu przydomek "Coed Killer" -?"Zabójca studentek" -
ponieważ wiele jego ofiar w latach 1972-1973 uczyło się na Uniwersytecie
Kalifornijskim w Santa Cruz lub mieszkało w okolicach tej uczelni.
Przed rozmową zapoznaliśmy się ze szczegółami jego makabrycznych
przestępstw. Miało to się stać standardową częścią naszego procesu
badawczego; nie chcieliśmy, aby któryś z tych mężczyzn, specjalizujących
się przecież w sztuce kłamstwa, mógł wyprowadzić nas w pole czy oszukać.
Nie potrzebowaliśmy suchych faktów, chcieliśmy wiedzieć, co ludzie w rodzaju Kempera myśleli i czuli, kiedy planowali swoje zbrodnie i ich
dokonywali. Chcieliśmy wiedzieć, co nimi kierowało, jakimi technikami
się posługiwali, co po wszystkim myśleli o każdej napaści czy
morderstwie. Chcieliśmy wiedzieć, jak i kiedy narodziły się u nich pewne
fantazje, co w zbrodni było dla nich najbardziej emocjonalnie
satysfakcjonujące i czy tortury i cierpienie ofiar stanowiły dla nich
istotny czynnik. Innymi słowy -?jakie były różnice między "praktycznym"
aspektem dokonania zbrodni a "emocjonalnymi" powodami, które kierowały
sprawcami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki