Wstęp
Wychowały mnie te tereny
Kiedyś byłem tam i tam będę kiedyś
Belmondawg, Te tereny
*
Kwestia pochodzenia jest istotna1. Urodziłam się w kraju, w którym najchętniej opowiadano fantastyczne historie. O przodkach, wielkich i potężnych, pokonanych przez zdradzieckich wrogów. O przeciwnikach politycznych, którzy chcą zniszczyć narodowe wartości. O biznesmenach, którzy za pomocą technologii przejmują kontrolę nad ludzkimi umysłami. O zwycięskim powstaniu, które przegrano. O cywilizacji śmierci. O leniwych i wesołych "Murzynach", którzy żyją pod palmami na odległych kontynentach.
Niezwykłe było przekonanie mieszkańców o tym, że opowieści te są absolutnie prawdziwe. Niemal każdy wierzył w zmyślone rzeczy i potrafił ich wytrwale bronić. Białe elfy o spiczastych uszach. Właściciele folwarków z dobrocią opiekujący się "swoimi" chłopami. Homoseksualiści, którzy nie są gejami, bo nie zaakceptowali i nie zrealizowali swojego pociągu do tej samej płci2. Antysemici bezinteresownie ratujący Żydów.
Kształtują nas opowieści. Snujemy je o innych i o samych sobie. Pod każdą szerokością geograficzną. Pomagają rozprawić się z kompleksami. Usprawiedliwić nasze lenistwo.
We wrześniu 2021 roku obejrzałam fragmenty konferencji prasowej zorganizowanej przez ministra spraw wewnętrznych i administracji oraz ministra obrony narodowej. Obydwaj mieli na imię Mariusz. Urzędnicy na tle zielonkawej plandeki z logo Straży Granicznej zaprezentowali wybór zdjęć. Mężczyźni uprawiający seks z dziećmi. Nagi mężczyzna kopulujący z krową. "Zdjęcia uzyskane z urządzenia obywatela Iraku", "Zdjęcia pochodzące z urządzenia obywatela Afganistanu". Był środek dnia, poniedziałek, około godziny trzynastej, gdy ministrowie prezentowali społeczeństwu ocenzurowane czarnymi kwadratami materiały pornograficzne. Obejrzałam to nagranie jeszcze kilkukrotnie. Stało się dla mnie ostatecznym potwierdzeniem tego, że tworzenie fantastycznych opowieści, w których prawda nie ma znaczenia, stało się tutaj sprawą wagi państwowej.
Żeby stworzyć wiarygodną opowieść fantastyczną, wystarczy pozór. Zewnętrzny strzęp, który widać gołym okiem. W grudniu 2021 roku Łucja Dzidek, doktorantka astrofizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, prezeska Akademickiego Towarzystwa Myśli Konserwatywnej w Krakowie i autorka miesięcznika narodowo-radykalnego "Szturm", udzieliła wywiadu dla małego portalu Myślkonserwatywna.pl. Tak oto streściła swoje poglądy:
Z powodu mojej krytyki mieszania się ras oraz wyrażania poglądu, że nie wszystkie rasy mają równy wkład w rozwój cywilizacyjny ludzkości, zarzuca mi się również rasizm. Nie znam jednoznacznej definicji tego pojęcia. Uważam, że dzisiaj pojęcie rasizmu jest kategorią-parasolem, mającą w sposób pejoratywny określać niewłaściwy, zdaniem niektórych, sposób myślenia o różnicach etnicznych. Takie różnice istnieją. Jedną z nich jest dużo niższy stopień rozwoju cywilizacji rdzennych ludów Afryki Subsaharyjskiej, tzw. Czarnej Afryki, w porównaniu do społeczności ludzi zbiorczo określanych jako europeidzi lub mongoloidzi. Poprzez stopień rozwoju cywilizacji rozumiem poziom techniki i opanowania środowiska naturalnego, zaawansowania instytucji społecznych oraz rozwoju działalności intelektualnej, opartej na myśleniu abstrakcyjnym, takiej jak matematyka, filozofia czy prawo. Jeśli ktoś ma inne spojrzenie na to zagadnienie - jestem go ciekawa. Uważam, że powinien być to temat do dyskusji, a nie tabu, którego złamanie grozi ostracyzmem.
Oraz:
Zaś co do samego krzyżowania się ras o zupełnie różnym dorobku cywilizacyjnym - uważam, że z wielu względów może to przynieść - i tam, gdzie odbywa się na większą skalę, przynosi - katastrofalne skutki. Czy prezentując fakty oraz swoje związane z nimi obawy wyrażam pogardę dla jakiegokolwiek człowieka? "Rasistą" został swojego czasu okrzyknięty nie kto inny, jak sam profesor James Watson, laureat Nagrody Nobla, odkrywca podwójnej helisy DNA. Spotkał go ostracyzm środowiska akademickiego, gdy zasugerował, że być może pomoc, jaką niesiemy krajom trzeciego świata, jest tak nieefektywna, bo milcząco zakładamy, że ich mieszkańcy mają takie same zasoby intelektualne jak my, co może nie być prawdą. Proszę zauważyć, że w tej hipotezie nie znalazło się żadne określenie wartościujące człowieka ze względu na poziom jego zdolności intelektualnych. To ludzie, którzy wytoczyli krucjatę przeciwko Watsonowi, najwyraźniej utożsamili "mniej inteligentnego" z "gorszym"3.
Łucja Dzidek udzielała wywiadu jako osoba prywatna, a nie jako doktorantka fizyki. Jako astrofizyczka wypowiada się w tekstach naukowych. Jej praca magisterska z 2019 roku nosi tytuł: Ergosfera w układach ogólnorelatywistycznych z wirującymi dyskami toroidalnymi.
Nie rozumiem z tego tytułu ani jednego słowa, nie mam pojęcia o astrofizyce. Część społeczeństwa uważa, że astrofizyka jest sprawą wiedzy, a nie światopoglądu. Inna część najprawdopodobniej nie wie, czym zajmują się astrofizycy. Większość najprawdopodobniej sądzi, że intelektualno-cywilizacyjne różnice między grupami etnicznymi albo tożsamość płciowa to kwestia opinii. Każdy może mieć własne zdanie, potwierdzone Konstytucją.
Wśród fantastycznych opowieści nadawanych przez tysiące kanałów przekazu wszystkie słowa ważą tyle samo. Nikt nie potrafi już ocenić, kto mówi prawdę. Nikt nie potrafi zważyć, jakie są prawdziwe intencje. Zresztą tymi od dawna jest wybrukowane piekło.
Nie wiem, jakie ma intencje doktorantka Łucja Dzidek. Natomiast wiem, że z jej perspektywy jestem "katastrofalnym skutkiem krzyżowania się ras o zupełnie różnym dorobku cywilizacyjnym".
Pod koniec 2021 roku zaczęłam kurs prawa jazdy. To, że nie umiem prowadzić samochodu, ciążyło mi od lat, a wraz z kolejnymi nieudanymi podejściami do egzaminów stawała się jakimś magicznym syzyfowym głazem. Walczyłam sama z sobą, ze swoimi oczekiwaniami, którym nie potrafiłam sprostać. Miesiące zaczęły zamieniać się w lata.
Podczas pierwszej jazdy samochodem instruktor, którego z czasem bardzo polubiłam, zapytał mnie o pochodzenie, zanim jeszcze dojechaliśmy na plac, na którym miała się zacząć lekcja. Nie pamiętam, czy najpierw zadał pytanie, skąd pochodzę, a potem o moich rodziców, czy było odwrotnie. Pamiętam, że odpowiedziałam, że mój ojciec jest z Ghany, a matka jest Polką. Dowiedziałam się od niego, że uczy jeździć samochodem księży z Kamerunu, którzy są w Polsce na misji. Byłam zaskoczona. Zazwyczaj jest odwrotnie, i to polscy duchowni jeżdżą do krajów afrykańskich.
Drugą lekcję odbyłam z innym instruktorem. Gdy wracaliśmy z zajęć, pochwalił mnie, że świetnie mówię po polsku. Byłam zirytowana, bo wcześniej powiedziałam mu, że jestem redaktorką naczelną, a on twierdził, że zdarza mu się zaglądać na portal, w którym pracuję. Nie mogłam zrozumieć, jak po godzinnej rozmowie o uzupełnianiu płynu hamulcowego, trzymaniu i popuszczaniu sprzęgła, o tym, jak przekłada ono ruch obrotowy wału silnika na skrzynię biegów, wiedząc, że zawodowo zajmuję się pisaniem, mógł przypuszczać, że polski nie jest moim pierwszym językiem. Odpowiedział, że nie za bardzo wie, na czym polega praca redaktora naczelnego. Potem zapytał, czy znam Podlasie. Był z Podlasia. Kiedyś pracował w salonie sieci telefonów komórkowych. Opowiadał, że zaciągał, akcentując niewłaściwe sylaby, a klienci często domyślali się, że jest z Podlasia. Chciał mówić po polsku tak, żeby nikt nie zwracał uwagi na to, że jest z Podlasia.
Próbowałam sobie wyobrazić tych kilkudziesięciu klientów dziennie, którzy na początku każdej rozmowy w salonie mówią mu: "O, słychać, że pan z Podlasia", a przecież równie dobrze mogłam sobie przypomnieć te wszystkie te momenty, w których ktoś chwalił mnie za to, że świetnie mówię po polsku.
Kameruńscy księża z misją wśród Polaków i podlaski akcent, którego próbował się pozbyć mój instruktor. To były małe wyłomy w polerowanej warstwie rzeczywistości, w której nikt nie prowadzi już z nikim dyskusji, a wszyscy zajmują z góry określone pozycje. Były subtelnym przypomnieniem, że świat nie zawsze płynie tymi torami, których się spodziewamy.
Podpisałam umowę z wydawnictwem w listopadzie 2020 roku. Początkowo sądziłam, że już zawsze będzie to dla wszystkich rok koronawirusa, jednak z czasem przestałam mieć pewność, że pandemia stanie się dla nas na wiele lat punktem odniesienia podczas nawigowania po pokoleniowych doświadczeniach. Przestałam mieć pewność, że doświadczymy jeszcze uniwersalnych punktów odniesienia. Zaczęłam wątpić, czy to możliwe w dobie zmierzchu masowej telewizji. Nie mamy już wspólnych obrazów. Każdy ma własny tunel zdjęć i filmów, każdy coraz bardziej zapamiętuje wydarzenia inaczej.
Zdałam sobie sprawę, że coraz mniej rozumiem z tego, jakimi prawami rządzi się rzeczywistość. Nigdy nie wierzyłam w dziennikarską obiektywność, bo nikt, nawet w największym przypływie szczerości, nie może przekroczyć tego, skąd pochodzi, kim jest ani czego doświadczył. Nabierałam coraz większej pewności, że nawet jeśli istniała kiedyś obiektywna prawda, to teraz już naprawdę nie da się jej ująć w konkretne ramy. Wszystko coraz bardziej stawało się sprawą indywidualnej opinii, skrojonego przez algorytm tunelu obrazów oraz nowej religii, w której czci się tożsamość. Od pewnego czasu nie daję się już przekonać żadnej ze stron w spolaryzowanej debacie, którą toczymy w internecie. Czuję, że jesteśmy w jakimś procesie zmiany, w zawieszonym biegu. Biegniemy jeszcze, ale tylko po to, by jak najdłużej odwlec odkrycie, że dookoła wszystko jest w rozpadzie.
W następnym roku zrozumiałam, że nie da się napisać tej książki. Podpisując umowę, chciałam opisać przede wszystkim tych, którzy od dawna nie żyją. Łudziłam się, że odtworzę emocje i doświadczenia osób o afrykańskim pochodzeniu, o których myślano jako o innych. To miały być historie wcześniej nieopowiadane lub do tej pory rekonstruowane na wyrywki. Pytałam się siebie, czy umiem opowiedzieć o tych, którym zwykle nie udzielano głosu. Po kilku miesiącach odkryłam, że mam jeden niedokończony rozdział o dziewczynie, która nawet nie była czarna. Stała się czarna w naszych polskich oczach, którym jest wszystko jedno.
Bo czarnych osób w Polsce właściwie nie ma. Istnieją, ale znikają za winklem, gdy wychodzą z tramwaju, chowają się za drzwiami swoich mieszkań, których wnętrza są takie same jak wnętrza mieszkań ich białych sąsiadów. Zawieruszają się w pytaniach ze spisu ludności, kiedy tak jak ja zaznaczają polską narodowość i miejsce urodzenia gdzieś pomiędzy Odrą a Bugiem. Ich czarność kłuje w oczy przechodniów na ulicach polskich miasteczek, a potem znika na marginesach ich tożsamości i rozpływa się w codzienności rosnących cen i aspiracji. Staje się prawie przezroczysta, tak że z trudem można ją dostrzec na koniuszkach czarnych palców. Chociaż ktoś ciągle walczy w mediach o nasz głos, ja czuję, że ten głos nie istnieje. Nie jest nasz, bo nie ma żadnego "my". Cienki i słaby rozpada się na wiele opowieści, nieważnych dla żadnej ze stron sporu Polaków z Polakami.
W kolejnym roku stało się coś, czego nikt się nie spodziewał, choć wszyscy wiedzieli, że to się wydarzy. Wojna zaczęła się w czwartek. Władimir Putin ogłosił "specjalną operację" w Ukrainie. Nagle "przed wojną" zaczęło oznaczać coś, co wydarzyło się chwilę temu, a nie czasy powstańców i żołnierzy wyklętych. Coś, co jest bardzo blisko, co jest strachem i krzątaniną, które kładą się wilgotnym cieniem na przezroczystych twarzach ludzi bardzo do nas podobnych, tyle że znajdujących się w sytuacji bez wyjścia. Podobnie zmęczonych, tak samo ubranych, żyjących w podobnych mieszkaniach i z tym samym uporem próbujących odwrócić się bokiem do rozdań europejskiej historii, tylko robiących to mniej skutecznie.
Prawie dwa miliony ludzi. Przyjechali pociągami w ścisku. Albo własnymi samochodami, dwie przyjaciółki, które nigdy nie pracowały, z czwórką dzieci i kotem. Czasem z radzieckim paszportem i powtarzaną z obłędem w oczach prośbą, by zadzwonić do niemieckiej ambasady. Niejednokrotnie zostawiając za sobą apartament, cotygodniowy manikiur i trenera personalnego, a przywożąc syna i samotność tak wielką, że wpycha w objęcia Hamburga handlującego żywym towarem. Czasem pieszo, przez zieloną granicę, w ostatnim roku wieku poborowego, by zobaczyć wnuki. Niektórzy z nich nie mieli ukraińskich paszportów, jak około osiemdziesięciu tysięcy studentów z krajów Azji i Afryki. Niektórzy z nich nie byli biali.
Od tamtej pory co jakiś czas myślę o tych ostatnich, ale z ukraińskimi paszportami, wyglądającymi tak jak ja z polskim. O kobietach. Czy niektóre z nich były w ciąży? Czy próbowano je cofać na koniec kolejki, argumentując, że najpierw Ukrainki? Czy w odpowiedzi machały swoimi ukraińskimi paszportami na dowód, że kolor skóry to nie wszystko? Czy może solidarnie z tymi, których zdradzał nie tylko kolor skóry, ale i paszport, maszerowały na koniec kolejki? Na ile dni na mrozie starczyło im rasowej solidarności?
W tamten ciemny czwartkowy poranek Polacy ruszyli ukraińskim uchodźcom z pomocą. Gdy politycy zajmowali się rozmowami na szczycie, zwykli ludzie napełnili baki za własne pieniądze i ruszyli na wschód. Rozdawać kanapki, tłumaczyć, przenosić matki z dziećmi do swoich mieszkań i domów. Na dziewięć miesięcy przed Gwiazdką z dumą witaliśmy zagubione wędrowczynie. Dość szybko jednak okazało się, że najlepszą przepustką do ciepłego polskiego łóżka jest wygląd. Dobry wygląd białej kobiety z dziećmi, która zdecydowanie nie jest samotnym czarnym lub brązowym mężczyzną. Tym ostatnim od dawna w Polsce pomaga się trudniej. Ja jednak ciągle myślałam o brązowych matkach z dziećmi, które miały ukraińskie paszporty w plecakach i w przeciwieństwie do wielu białych Ukraińców mówiły po ukraińsku. Ile ich było? Czy przeszły przez granicę? Czy przed nimi, tak jak często przed niebiałymi mężczyznami, też gasły uśmiechy i odwracały się kartonowe tabliczki z wykaligrafowanym po ukraińsku napisem: "Darmowy transport"?
Kwestia pochodzenia jest istotna, bo ciągle coś sobie o niej opowiadamy. Czarne ciało jest zawsze opowieścią. Oczekiwaniem, graniczącym z pewnością. Doktorantka astrofizyki jest przekonana, że jestem "katastrofalnym skutkiem krzyżowania ras". Kobieta na przystanku autobusowym jest pewna, że z trudem rozczesuję włosy. Przypadkowy chłopak z Tindera, że chcę się pieprzyć całą noc, jak czarne dziewczyny w piosence Rolling Stonesów. Mężczyzna z kolejki w urzędzie podziwia, jak pięknie nauczyłam się mówić po polsku. Organizatorzy paneli dyskusyjnych są przekonani, że jeśli chodzi o rasizm i dyskryminację mniejszości, jestem ekspertką, a przynajmniej wiarygodnym obrazem polityki inkluzywności. Swoim wyglądem mogę próbować sprostać przynajmniej tym ostatnim wyobrażeniom.
To nie jest opowieść o rasizmie. Ani o tym, jak wyglądało życie niebiałych ludzi w różnych momentach historii. Ta książka jest o tym, co sobie opowiadaliśmy i co nadal opowiadamy o ludziach podobnych do mnie. Jak wyglądają, skąd pochodzą, kim są sami dla siebie i dla nas. To jest o opowieści, która mieści się w krótkim słowie: "Murzyn".
Warszawa, 2022
1. Kiedy byłam biała. Ćwiczenia z pamięci
Jest się białym tak, jak jest się bogatym, jak jest się pięknym, jak jest się inteligentnym.
Frantz Fanon, Czarna skóra, białe maski
*
Nie pamiętam kiedy pierwszy raz usłyszałam o "Murzynie". Przypuszczam, że to było wtedy, kiedy w domu po raz pierwszy przeczytano mi Murzynka Bambo Juliana Tuwima. Nie pamiętam, ale wyobrażam sobie, że mogła to być moja mama, która zawsze świetnie interpretowała poezję. "Litwo, Ojczyzno moja!", "Mrze garbus dosyć korzystnie", "Umierali tam Pepesowcy / SDKPiL / umarli, zgnili / został Cel".
Pamiętam, jak babcia czytała mi wszystkie części serii o Muminkach i kolejne tomy przygód Ani z Zielonego Wzgórza. Nie zastanawiałam się wtedy nad tym, że nie mogłabym chodzić do szkoły razem z Anią i Dianą. Nie przyszłoby mi to do głowy, nikt o tym nie mówił.
Być może to pamięć płata figle i nikt mi nie czytał tego biednego Tuwima. Może po prostu zaplątał się wśród zbiorów wierszy i bajek dla dzieci, które były u nas w domu. Bez względu na to, jak było, większość wiersza mogę zacytować z pamięci, obudzona w środku nocy. Tak jak początek Inwokacji z Pana Tadeusza, hymn Polski i setki niepotrzebnych tekstów piosenek, które zaśmiecają mi głowę.
Murzynek Bambo w Afryce mieszka,
Czarną ma skórę ten nasz koleżka.
Uczy się pilnie przez całe ranki
Ze swej murzyńskiej pierwszej czytanki.
Urodziłam się w Krakowie 22 kwietnia 1991 roku. Jakoś tydzień później ojciec przyjaciółki mojej mamy, taksówkarz, przywiózł mnie do Nowego Sącza swoim samochodem. Nie mogę tego pamiętać. W mojej wyobrażonej pamięci jest to wielki samochód, mercedes albo bmw, czarny lub brudnobiszkoptowy. Na tylnym siedzeniu ja, w białym beciku, w białych ramionach mojej mamy.
Spędziłam w Nowym Sączu dziewiętnaście lat życia, w ciasnym mieszkaniu na osiedlu Millenium, zbudowanym z okazji tysiąclecia chrztu Polski w 1966 roku, gdy pierwszym sekretarzem był Władysław Gomułka. Ten sam, który powiedział, że walka z syjonizmem nie ma nic wspólnego z antysemityzmem.
Miałam znajomego, który krążył między palestyńskimi pasterzami a izraelską armią niczym żywa tarcza. Miałam dziadka, którego z dzisiejszej perspektywy należałoby uznać za antysemitę. Robił psikusy swojej żydowskiej sąsiadce, która mieszkała w tej samej kamienicy. Razem z kolegami sikali na jej wycieraczkę i zadzierali sukienkę. To były lata trzydzieste, a oni byli dziećmi. Czy dziecko może być antysemitą? Podobno moja prababcia spuszczała mu za te wybryki tęgie lanie. Nie zdążyłam jej o to spytać, bo zmarła, zanim się urodziłam.
Nie wiem, czy żydowska dziewczynka i jej rodzina przeżyli wojnę.
Wiem, że przeżyli ją mój dziadek, najmłodszy z całej czwórki, jego matka, ojciec, dwie siostry i dwóch braci. Wiem, że mój pradziadek żył krótko, a prababcia długo. Wiem, że rodzeństwo dziadka po wojnie wyjechało, by, tak jak cały naród, budować swoją stolicę i kraj bez orła w koronie. Wiem, że jedna z sióstr i mój dziadek zostali tam, skąd pochodzę.
Kwestia pochodzenia jest istotna.
Czy mój dziadek był antysemitą? Nazywał Żydów albo tych, których za nich brał, "ickami", albo mówił, że ktoś "narobił dzieci jak Żyd czapek". Nie wiem, czy umarł, nie zmieniając poglądów, bo u schyłku życia chorował na demencję. Gdy nie jest się pewnym, jaki jest dziś dzień, chyba nie można być pewnym własnych uprzedzeń?
Dziewiętnaście lat życia w bloku na osiedlu Millenium. Dziewiętnaście lat w rodzinie, która kochała mnie najbardziej na świecie i zawsze wspierała. Szkoła podstawowa, gimnazjum i średnia. Lalki Barbie, wyklejanki z bibuły, kasztany i jeże z plasteliny dla Pani Jesieni, rakiety kosmiczne z butelek po wodzie Bon Aqua i kubeczki po danonkach, które nigdy nie poleciały w kosmos. Książki z różnych bibliotek, czytane od końca. Pierogi, sznycelki z buraczkami, domowej roboty dżemy truskawkowe i omlety grzybki. Puchate jak wielkie wąsy cesarza Franciszka Józefa. Wiele lat później dowiem się, że podobny omlet nazywa się Kaiserschmarrn4 i jest austro-węgierski, tak jak Nowy Sącz, w którym na świat przychodzą moi pradziadkowie.
Dziewiętnaście lat z babcią, która przychylała mi nieba i wciąż jest najprawdopodobniej najbardziej dumną ze mnie osobą, oprócz mojej mamy.
Już nie jest, bo umarła, zanim skończyłam pisać tę książkę.
Dziewiętnaście lat zmieniającej się Polski.
Zakupy z babcią w hurtowni spożywczej, lody Panda w kiosku na osiedlu, sok w poziomym kartoniku z jednej ze spółdzielni przetwórstwa owocowego i taki w szklanej butelce z zawleczką z hasłem motywacyjnym na odwrocie. Jedzony z mamą w kawiarni hotelu Cracovia biały tort, który wyglądał lepiej, niż smakował - jak z filmu. Wypożyczalnie kaset wideo i do znudzenia oglądane kucyki Pony. I wiele innych rzeczy też pamiętam.
Gdy siedemdziesiąt siedem lat po zakończeniu drugiej wojny przyjeżdżam sprzątać mieszkanie po moich dziadkach, okazuje się, że przypadkiem wynajęłam nocleg w kamienicy, w której urodził się mój dziadek.
Dziadek podobno nie chciał podać ręki mojemu czarnemu ojcu. Podobno powiedział, że asfalt powinien leżeć tam, gdzie jego miejsce. Nie wiem tego na pewno, nigdy tego od niego nie usłyszałam, chyba dowiedziałam się później od kogoś innego. Mogłam też zapomnieć.
Pamiętam, jak chodziliśmy razem do cyrku i musiałam mieć gładko związane włosy. Czapeczkę najlepiej białą bawełnianą, a nie beret żółto-niebieski. Mój dziadek nie lubił jaskrawych kolorów, był krawcem i świetnie się ubierał.
Był też robotnikiem i pracował w kolejowych zakładach naprawczych. Przedwojenny rocznik, 1928. Przewidziałam, że umrze w Boże Narodzenie, sześć miesięcy i jeden dzień po babci. Wiem już, że nigdy nie przeczyta tej książki.
Moja babcia, którą znałam, nie mogła patrzeć na chleb ze smalcem, bo w latach pięćdziesiątych w krakowskim akademiku często nie miała do jedzenia niczego innego. Gdy nie miała na bilet tramwajowy, na politechnikę chodziła pieszo czterdzieści minut. W taki mróz, jaki opisywał Tyrmand w Dzienniku 1954. Czy to było dla niej daleko? Chyba tak, skoro kilkadziesiąt lat później to wspominała. Mówiła świetnie po francusku, zanim zapomniała ten język, bo z kim miała rozmawiać po francusku w Nowym Sączu? Jeździła w czynie społecznym odbudowywać swoją stolicę. Była pierwszą osobą w rodzinie, która skończyła studia. Powtarzała mi, że muszę im wszystkim pokazać. Nie zdążyłam zapytać, co pokazać i komu, ale to zdanie zostanie ze mną na zawsze i nie wymażą go godziny spędzone w pluszowych fotelach gabinetów psychoterapeutycznych.
Moja babcia była inżynierką i pracowała w biurze na kolei. Lubiła pomadki w kolorze spłowiałych cegieł, perłowe lakiery do paznokci i wodę toaletową Pani Walewska. Wiem już, że nigdy nie spyta, czytając ten rozdział: "Dziecko, ale czy wszyscy muszą o tym wiedzieć?".
Moja druga babcia zmarła w Ghanie, zanim się urodziłam. Nie wiem, ile miała lat ani jakich używała perfum. Nie dostałam po niej trzeciego imienia. Mieszkała nad morzem i prowadziła przedsiębiorstwo rybackie w portowym mieście Tema, położonym niedaleko Akry, stolicy Ghany. Pamiętam siedmiokątną monetę z wybitym kształtem muszli o wartości jednego cedi, którą przywiózł mi ojciec. Pamiętam, że bardzo mi się podobała.
Mój drugi dziadek był malarzem pokojowym. Nie wiem, czy zmarł. Może żyje. Jego również nie poznałam.
Mój ojciec miał liliową koszulę, buty z wężowej skóry i pasek z krokodyla albo odwrotnie. Miał bliznę na ręku od oparzenia wrzątkiem. Palił papierosy, pachniał tytoniem i wodą kolońską Brut. Nie lubiłam tego zapachu. Lubił gadżety muzyczne i prenumerował jakiś periodyk lekarski.
Raz poszedł ze mną i z mamą do zoo.
Raz poszedł ze mną i z mamą do McDonalda.
Raz poszedł ze mną i z mamą do kina.
To był Kosmiczny mecz, więc mogę sprawdzić, że to było w 1997 roku.
Pamiętam, jak były święta i siedział obok mnie przy stole. Pamiętam, jak oglądał Gang Olsena i śmiał się albo ja się śmiałam za nas oboje. Pamiętam, jak udawałam, że nie oglądam kątem oka Con Air z Nicolasem Cag'em, bo to przecież film dla dorosłych. To musiał być 1998 albo 1999 rok, bo film był w domu na wideo.
Pamiętam, jak nocą oglądał walki bokserskie, pamiętam plakat z 2Pakiem, bo słuchał rapu, pamiętam koszulkę w barwach narodowych Ghany. Czarny jak skóra, czerwony jak krew, zielony jak las i żółty jak słońce. Chyba. Sprawdzam, ale jednak nie - czerwony jak walka o niepodległość, żółty jak bogactwa mineralne - jak złoto.
Pamiętam pocztówki z Londynu oraz pocztówki z Ghany z przedstawicielami królewskiego rodu Asante, obwieszonymi ciężkim złotem, obutymi w dekoracyjnie przeskalowane skórzane sandały, pokryte podobnymi zdobieniami. Jeszcze jakiś list od niego i list ode mnie, w którym opisywałam, jak oglądam z dziadkami obchody sylwestra w różnych częściach świata, pokazywane w telewizji publicznej. Ten list zredagowała i skróciła mi mama, cierpliwie tłumacząc, że "tatuś nie zrozumie". On w ogóle niewiele rozumiał.
A może było inaczej i wcale nie tak było z tym listem?
Nic więcej nie pamiętam.
Nie pamiętam rozmów o tym, kiedy urodzili się tamta babcia i tamten dziadek. Ani o tym, co robili, zanim Kwame Nkrumah przejął władzę i skończył się kolonializm. Ani dat ich narodzin. Nie pamiętam słowa o wujkach, ciotkach i kuzynach. Ani słowa o tym, czy w Ghanie obchodzi się imieniny, czy urodziny, jakie są święta, czy piecze się na nie ciasta i jaką się robi sałatkę. Nie pamiętam żadnej wspólnie przeczytanej książki, żadnego wspólnie narysowanego obrazka, słowa po angielsku, żartu, żadnej wspólnej piosenki. Ani jednej partii "Grzybobrania".
Nie wiem, czego mogę jeszcze nie pamiętać.
Może to prawda, że mężczyźni z tamtego pokolenia - którzy pod każdą szerokością geograficzną musieli być twardzi i którzy bywali nieobecni - nie umieją przekazywać kultury.
Może to prawda, że tożsamość wymaga kultury, a ta potrzebuje pulchnych ramion i ciepłych biustów babć i ciotek falujących nad gorącymi garnkami.
Może po prostu kultura potrzebuje czasu. Czasu, którego przez osiem albo dziewięć lat mój ojciec nie podarował mi prawie wcale. Albo źle pamiętam.
Choć nie widziałam go od lat, on zawsze wchodzi jako pierwszy. Sprawia, że ludzi zdaje się obchodzić, kim jestem. Że patrząc na moje kilkutygodniowe dziecko, zastanawiają się, jaki ma kolor skóry.