2
Amerykanie mają obsesję pierwszej klasy na punkcie sekciarskich grup. Jedną z najbardziej entuzjastycznie przyjętych debiutanckich powieści 2010 roku były Dziewczyny Emmy Cline, będące kroniką letnich igraszek nastolatki z sektą w stylu Mansona pod koniec lat sześćdziesiątych. Film dokumentalny HBO o scjentologii z 2015 roku Droga do wyzwolenia został uznany przez krytyków za "obowiązkowy". Z równym zachwytem przyjęty został serial dokumentalny Netflixa Bardzo dziki kraj z 2018 roku, który opowiadał o kontrowersyjnym guru Osho (Bhagwan Shree Rajneesh) i jego komunie Rajneeshpuram; film, okraszony modną playlistą i stylowymi zdjęciami ubranych na czerwono apostołów, zdobył nagrodę Emmy i obejrzały go miliony widzów. W tygodniu, w którym zaczęłam pisać tę książkę, wszyscy moi przyjaciele mówili o horrorze w stylu folk Midsommar z 2019 roku, opowiadającym o (fikcyjnej) morderczej dionizyjskiej sekcie w Szwecji, która odprawiała psychodeliczne rytuały seksualne i składała ofiary z ludzi. A teraz, w 2020 roku, kiedy redaguję tę książkę, mówią głównie o Przysiędze i Seduced [Uwiedzeni], konkurujących ze sobą serialach dokumentalnych o oszustwach NXIVM, organizacji samorozwojowej, która przekształciła się w szajkę handlu ludźmi. Studnia inspirowanych sektami dzieł artystycznych i przestępstw jest bezdenna. Jeśli chodzi o guru i ich groupies, po prostu nie możemy odwrócić wzroku3.
Słyszałam kiedyś wyjaśnienie psychologa, że gapienie się wynika z bardzo konkretnej reakcji fizjologicznej: widzisz wypadek samochodowy lub jakąkolwiek katastrofę - lub nawet po prostu news o katastrofie, choćby nagłówek - i ciało migdałowate twojego mózgu, odpowiedzialne za kontrolowanie emocji, pamięć i taktyki przetrwania, zaczyna wysyłać sygnały do kory czołowej, która zajmuje się rozwiązywaniem problemów, aby spróbowała się dowiedzieć, czy to zdarzenie stanowi dla ciebie bezpośrednie zagrożenie. Wchodzisz w tryb walki lub ucieczki, nawet jeśli tylko siedzisz na kanapie. Powodem, dla którego miliony z nas oglądają filmy dokumentalne o sektach lub wpadają raz po raz do króliczych nor, badając grupy od Jonestown po QAnon, nie jest to, że kryje się w nas jakiś sfiksowany podglądacz, którego w niewytłumaczalny sposób pociąga mrok. Wszyscy widzieliśmy wystarczająco dużo wypadków samochodowych i przeczytaliśmy wystarczająco dużo demaskatorskich publikacji o jakichś sektach; gdybyśmy chcieli tylko szprycy upiorności, już bylibyśmy znudzeni. Ale nie nudzimy się, ponieważ wciąż szukamy satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że pozornie "normalni" ludzie dołączają do fanatycznych grup o skrajnej ideologii i - co ważniejsze - pozostają w nich. Szukamy zagrożeń, zastanawiając się na pewnym poziomie: Czy wszyscy są podatni na wpływ sekty? Czy mogłoby to przytrafić się tobie? Czy mogłoby to przytrafić się mnie? A jeśli tak, to w jaki sposób?
Nasza kultura ma skłonność do udzielania powierzchownych odpowiedzi na pytania dotyczące wpływu sekty, głównie za pomocą niejasnych haseł, jak "pranie mózgu". Dlaczego wszyscy ci ludzie zginęli w Jonestown? "Wypili kool-aid!". Dlaczego maltretowane siostry-żony poligamisty nie zwieją tak szybko, jak tylko się da?[3] "Są pozbawione wolnej woli!" Proste.
Ale to nie jest takie proste. W rzeczywistości pranie mózgu jest pseudonaukową koncepcją i potępia ją większość psychologów, z którymi rozmawiałam (więcej o tym za chwilę). Prawdziwsze odpowiedzi na pytanie o wpływ sekty można uzyskać dopiero wtedy, gdy zadasz właściwe pytania: Jakich technik używają charyzmatyczni przywódcy, żeby wykorzystać fundamentalne potrzeby ludzi w zakresie wspólnoty i sensu? Jak doskonalą taką moc?
Odpowiedzią, jak się okazuje, nie jest jakaś dziwaczna, oszałamiająca magia, która dzieje się w odległej komunie, gdzie wszyscy wkładają wianki i tańczą w promieniach słońca. (Takie rzeczy dzieją się corocznie na festiwalu Coachella... który, choć można się spierać, jest osobnym rodzajem "sekty"). Prawdziwa odpowiedź sprowadza się do słów. Sposobu ich używania. Od zręcznej redefinicji istniejących słów (i wymyślania nowych) do potężnych eufemizmów, tajnych kodów, zmian sensu, modnych powiedzonek, śpiewów i mantr, "mówienia językami", wymuszonej ciszy, a nawet hasztagów, język jest zasadniczym środkiem, w którym ujawniają się różne stopnie wpływów sekty. Wiedzą o tym guru z rodzaju duchowych wyzyskiwaczy, ale też ludzie od piramid finansowych, politycy, dyrektorzy generalni start-upów, internetowi głosiciele spiskowych teorii, instruktorzy ćwiczeń, a nawet influencerzy z mediów społecznościowych. Zarówno w ujęciu pozytywnym, jak i mętnawym "język kultu/sekty" jest w rzeczywistości czymś, co słyszymy i czym się inspirujemy każdego dnia. Nasze wypowiedzi w życiu codziennym - w pracy, na siłowni, na Instagramie - są dowodem na różnego stopnia przynależność do "sekty". Trzeba tylko wiedzieć, w co się wsłuchać. Tak naprawdę, mimo że jesteśmy rozpraszani przez osobliwe stroje[4] rodziny Mansonów i inną efektowną "sekciarską" ikonografię, to, co nam umyka, to fakt, że jednym z najważniejszych czynników doprowadzania ludzi do punktu skrajnego oddania i utrzymywania ich tam jest coś, czego nie możemy zobaczyć.
Chociaż "język sekty" występuje w różnych odmianach, wszyscy charyzmatyczni przywódcy - od Jima Jonesa przez Jeffa Bezosa po instruktorów SoulCycle[5] - używają tych samych podstawowych narzędzi językowych. Ta książka opowiada o języku fanatyzmu w jego wielu formach: języku, który nazywam sekciarskim (jak angielski, hiszpański czy szwedzki). Część pierwsza zbada język, którego używamy, aby mówić o tych grupach, i obali pewne powszechnie uznawane mity na temat tego, co w ogóle oznacza słowo "sekta". Części od drugiej do piątej ujawnią kluczowe elementy języka sekciarskiego i sposoby, w jakie uwodzą one zwolenników grup tak destrukcyjnych jak Wrota Niebios i scjentologia... ale także - przenikają do naszego codziennego słownika. Na tych stronach dowiemy się, co motywowało ludzi kiedyś i co ich motywuje obecnie do stawania się fanatykami zarówno dobrych, jak i złych idei. Kiedy zrozumiecie, jak brzmi język "sekciarski", nie będziecie już mogli go odsłyszeć.
Język wyznacza charyzmę lidera. To właśnie on daje mu siłę do stworzenia miniwszechświata - systemu wartości i prawd - a następnie zmuszenia wyznawców do przestrzegania zasad. W 1945 roku francuski filozof Maurice Merleau-Ponty napisał, że język jest żywiołem istot ludzkich, tak jak "woda jest żywiołem ryb". Więc to nieprawda, że obcojęzyczne mantry Tashy i akronimy Alyssy odegrały niewielką rolę w kształtowaniu ich "sekciarskich" doświadczeń. Raczej, ponieważ słowa stanowią medium, za pomocą którego systemy wierzeń są wytwarzane, pielęgnowane i wzmacniane, ich fanatyzm zasadniczo nie mógłby bez nich istnieć. "Bez języka nie ma wierzeń, ideologii ani religii - napisał do mnie ze Szkocji John E. Joseph, profesor lingwistyki stosowanej na Uniwersytecie Edynburskim. - Pojęcia te wymagają języka jako warunku ich istnienia". Bez języka nie ma "sekt".
Z pewnością można mieć przekonania i nie wyrażać ich wprost. Prawdą jest również, że gdyby Tasha lub Alyssa nie chciały uwierzyć w przesłania swoich przywódców, żaden zbiór słów nie byłby w stanie ich do tego zmusić. Ale przy odrobinie chęci język może mnóstwo zdziałać, by stłumić niezależne myślenie, zaciemnić prawdę, zachęcić do poddania się efektowi potwierdzenia i emocjonalnie naładować doświadczenia tak, że żaden inny tryb życia nie wydaje się możliwy. Sposób, w jaki dana osoba się komunikuje, może nam wiele powiedzieć o tym, z kim się zadawała, kto miał na nią wpływ. Jak daleko sięga jej lojalność.
Motywy stojące za sekciarsko brzmiącym językiem nie zawsze są szemrane. Czasami są całkiem zdrowe, jak wzmacnianie solidarności społecznej lub gromadzenie ludzi wokół misji humanitarnych. Jedna z moich najlepszych przyjaciółek pracuje dla organizacji non profit zajmującej się chorymi na raka i opowiada zabawne historie o chwytliwych hasłach bombardujących miłością i quasi-religijnych mantrach, które działacze powtarzają bez końca, aby podtrzymać zaangażowanie u osób zbierających fundusze: "Kiedyś jest dzisiaj"; "To jest nasz Tydzień Triumfu"; "Wznieśmy się ponad i dalej"; "Jesteście najwspanialszym pokoleniem wojowników i bohaterów dążących do odkrycia lekarstwa na raka". "Przypomina mi to sposób, w jaki mówią ludzie zajmujący się marketingiem wielopoziomowym - mówi mi (odnosząc się do sekciarskich firm sprzedaży bezpośredniej, takich jak Mary Kay i Amway; więcej o nich później). - To trochę sekciarskie, ale w dobrej sprawie. I wiesz co? To działa". W części piątej książki dowiemy się o wszelkiego rodzaju bzdurnych pieśniach i hymnach używanych w miejscach "sekciarskiego fitnessu", które mogą brzmieć ekstremistycznie dla sceptycznych osób z zewnątrz, ale w rzeczywistości nie są aż tak destrukcyjne, gdy przyjrzeć im się bliżej.
Niezależnie od tego, czy jest niegodziwy, czy ma dobre intencje, język jest sposobem na to, aby członkowie społeczności zgadzali się ze sobą ideologicznie. Żeby pomóc im poczuć, że są częścią czegoś wielkiego. "Język zapewnia kulturę wspólnego zrozumienia" - powiedziała Eileen Barker, socjolożka badająca nowe ruchy religijne w London School of Economics. Ale wszędzie tam, gdzie są fanatycznie czczeni przywódcy i związane przekonaniami kliki, w grę wchodzi pewien poziom presji psychologicznej. Może to być tak powszednie, jak przeciętny przypadek FOMO[6], lub tak zdradzieckie, jak zmuszanie do popełnienia brutalnych przestępstw. "Szczerze mówiąc, język jest wszystkim - powiedział mi ściszonym głosem jeden z byłych scjentologów podczas wywiadu. - On cię izoluje. On sprawia, że czujesz się wyjątkowa, jakbyś była na bieżąco, ponieważ masz inny język do komunikowania się".
Zanim jednak przejdziemy do sedna języka sekciarskiego, musimy skupić się na zasadniczej definicji: co dokładnie oznacza słowo "sekta" lub "kult"? Jak się okazuje, wymyślenie ostatecznej definicji jest w najlepszym razie trudne. W trakcie zbierania informacji i pisania książki moje rozumienie tego słowa stało się mgliste i dość płynne. Nie jestem jedyną osobą skonsternowaną tym faktem. Niedawno przeprowadziłam małą sondę uliczną w pobliżu mojego domu w Los Angeles, podczas której zapytałam kilkadziesiąt nieznajomych osób, co według nich oznacza to słowo; odpowiedzi rozpinały się od: "Mała grupa wyznawców skupiona wokół podstępnego indywiduum ze zbyt dużą władzą" przez: "Każda grupa ludzi, którzy są szczerymi pasjonatami czegoś" aż po: "Cóż, może dotyczyć czegokolwiek, no nie? Możesz mieć sektę kawoszy lub kult surfingu". I żadna odpowiedź nie została udzielona z absolutnym przekonaniem.
Jest powód tej semantycznej mgły. Wiąże się to z faktem, że fascynująca etymologia słów "kult" i "sekta" (którą wkrótce opiszę) odpowiada dokładnie stale zmieniającej się relacji naszego społeczeństwa do duchowości, wspólnoty, sensu i tożsamości - relacji, która stała się raczej... dziwna. Zmiany językowe zawsze odzwierciedlają zmiany społeczne, a na przestrzeni dziesięcioleci, gdy nasze źródła powiązań i cele egzystencjalne zmieniały się z powodu zjawisk takich jak media społecznościowe, rosnąca skala globalizacji i odchodzenie od tradycyjnych religii, byliśmy świadkami powstawania alternatywnych podgrup - niektórych niebezpiecznych, innych nie aż tak bardzo. "Sekta" ewoluowała, aby opisać je wszystkie.
Odkryłam, że "sekta" czy "kult" stały się jednym z tych terminów, które mogą oznaczać coś zupełnie innego w zależności od kontekstu rozmowy i nastawienia mówiącego. Można go przywołać jako potępiające oskarżenie wskazujące na śmierć i zniszczenie, zuchwałą metaforę sugerującą niewiele więcej niż odpowiednio dobrane stroje i entuzjazm oraz prawie wszystko pomiędzy.
We współczesnym dyskursie ktoś mógłby jednym tchem zastosować słowa "sekta" albo "kult" do nowej religii, grupy internetowych radykałów, start-upu i marki kosmetyków do makijażu. Gdy kilka lat temu pracowałam w magazynie kosmetycznym, od razu zauważyłam, jak powszechne wśród marek kosmetycznych jest odwoływanie się do "kultu" jako terminu marketingowego w celu wywołania szumu związanego z wprowadzaniem na rynek nowych produktów. Pobieżne wyszukiwanie tego słowa w mojej starej służbowej skrzynce odbiorczej przyniosło tysiące wyników. "Rzuć okiem na kolejne kultowe zjawisko", czytamy w komunikacie prasowym dotyczącym modnej linii kosmetyków do makijażu, po czym autor notatki zarzeka się, że nowy puder do twarzy z ich tak zwanego Cult Lab "doprowadzi ćpunów piękna i fanatyków makijażu do szaleństwa". W innej propozycji firma zajmująca się pielęgnacją skóry obiecuje, że ich "kultowy zestaw ulubionych" eliksirów z CBD za 150 dolarów "to coś więcej niż pielęgnacja skóry, to bezcenny dar możliwości dekompresji i pokochania siebie, aby poradzić sobie z tym, czym życie w nas rzuca". Bezcenna możliwość? Radzenie sobie z czymkolwiek? Obiecywane korzyści płynące z używania tego kremu pod oczy nie różnią się niczym od korzyści obiecywanych przez duchowego kanciarza.
Choć może wydawać się to mylące, jak ten zestaw "kultowych" czy "sekciarskich" definicji, poruszamy się po tym terenie zaskakująco dobrze. Socjolingwiści odkryli, że ogólnie rzecz biorąc, słuchacze całkiem dobrze wyciągają wnioski w zakresie znaczenia i domyślnego ryzyka za każdym razem, gdy w rozmowie używane jest znajome słowo. W zasadzie jesteśmy w stanie się zorientować, że kiedy mówimy o Jonestown, mamy na myśli coś innego niż "kult" pielęgnacji skóry CBD czy fanów Taylor Swift. Oczywiście jest miejsce na błędną interpretację, jak zawsze w przypadku języka. Ale po prawdzie większość doświadczonych rozmówców rozumie, że kiedy opisujemy niektórych maniaków fitnessu jako "sekciarzy", możemy odnosić się do ich intensywnego, rzeczywiście pozornie religijnego oddania, ale prawdopodobnie nie martwimy się, że utoną w finansowej ruinie lub przestaną rozmawiać ze swoimi rodzinami (przynajmniej nie jako warunek członkostwa). Jeśli chodzi o Swifties lub SoulCyclers, "kult" lub "sekta" może służyć bardziej jako metafora, podobnie jak można porównać szkołę lub pracę do "więzienia", by opisać opresyjne środowisko lub surowych przełożonych bez wzbudzania obaw o dosłowne znaczenie tego słowa. Kiedy wysłałam pierwszą prośbę o wywiad do Tanyi Luhrmann, antropolożki psychologicznej z Uniwersytetu Stanforda i znanej badaczki peryferii religii, odpowiedziała: "Droga Amando, z przyjemnością porozmawiam. Myślę, że SoulCycle to sekta :-)" - ale podczas naszej późniejszej rozmowy wyjaśniła, że to stwierdzenie żartobliwe i nigdy nie powiedziałaby tego oficjalnie. Co oczywiście już zrozumiałam. Później dowiemy się więcej od Tanyi.
W przypadku grup takich jak SoulCycle termin "sekta" odnosi się do zapiekłej wierności członków wobec sekciarskiej koterii, co może przypominać nam pewne aspekty zagrożenia, takie jak na poziomie grupy Mansona - zaangażowanie finansowe i czasowe, konformizm i egzaltowane przywództwo (z których wszystkie z pewnością mogą stać się toksyczne) - ale nie masowa izolacja od świata zewnętrznego lub zagrażające życiu kłamstwa i nadużycia. Wiemy również bez potrzeby skrupulatnego potwierdzania faktów, że nikomu, kto chciałby odejść, nie grozi śmierć ani krzywda fizyczna.
Ale jak ze wszystkim w życiu, nie ma zero-jedynkowego podziału na dobrą i złą sektę; sekciarstwo to spektrum. Steven Hassan, doradca do spraw zdrowia psychicznego, autor The Cult of Trump [Kult Trumpa] i jeden z czołowych ekspertów w dziedzinie sekt w kraju, opisał kontinuum wpływów reprezentujące grupy od zdrowych i konstruktywnych do niezdrowych i destrukcyjnych. Hassan twierdzi, że grupy zmierzające do destrukcyjnego końca stosują trzy rodzaje oszustwa: pomijają to, co musisz wiedzieć, zniekształcają, aby wszystko, co mówią, było bardziej akceptowalne, poza tym jawnie kłamią. Jedną z głównych różnic między tak zwanymi sektami etycznymi (Hassan odnosi się do fanów sportu i muzyki) a szkodliwymi jest to, że grupa etyczna otwarcie mówi, w co wierzy, czego od ciebie chce i czego oczekuje po twojej przynależności. A odejście nie wiąże się z poważnymi konsekwencjami, jeśli w ogóle. "Jeśli powiesz "znalazłem lepszy zespół" lub "nie gram już w koszykówkę", inni nie będą ci grozić - wyjaśnia Hassan. - Nie będziesz mieć irracjonalnych obaw, że oszalejesz lub zawładną tobą demony"[7].
Lub, jak w przypadku naszej byłej członkini 3HO Tashy, że zamienisz się w karalucha. "Absolutnie" - odpowiedziała Tasha, kiedy zapytałam, czy naprawdę wierzyła w obietnicę grupy, że jeśli popełni poważne przestępstwo, takie jak spanie ze swoim guru lub odebranie sobie życia, wróci jako najbardziej znienawidzony owad na świecie. Tasha wierzyła również, że jeśli ktoś umrze w obecności świętego męża, zmarły odrodzi się w lepszym bycie. Tasha pewnego razu zauważyła karalucha w publicznej toalecie i była przekonana, że to swami, który zrobił coś okropnego w poprzednim życiu i próbuje wrócić z lepszą wibracją. "Czułam się, że wiesz: "O mój Boże, on próbuje umrzeć przy mnie, ponieważ jestem wysoką nauczycielką"". Tasha zadrżała. Kiedy karaluch wpadł do umywalki, wyjęła korek, żeby nie miał zaszczytu utonięcia w jej obecności. "Przestraszyłam się i wybiegłam z łazienki - opowiadała. - To był prawdopodobnie szczyt mojego szaleństwa".
Z kolei nasza crossfiterka Alyssa Clarke powiedziała mi, że najbardziej przerażające, co może jej się przytrafić, to że ktoś na Facebooku nazwie ją leniem, jeśli pominie trening. Lub, jeśli zdecyduje się rzucić boxy i zamiast tego zająć się spinningiem (niech Bóg broni), że jej starzy kumple i kochankowie zaczną powoli znikać z jej życia.
Żeby uściślić tę szeroką gamę sekciarskich społeczności, wymyśliliśmy potoczne modyfikatory, takie jak "kultowy", "wyznaniowy" oraz (w istocie) "sekciarski".